Google Website Translator Gadget

poniedziałek, 30 września 2013

Wygoń węża z kieszeni!

8 maja 1840 roku dyrekcja warszawskiej mennicy dostała polecenie przygotowania projektu monet jednogroszowych o zmienionym wyglądzie.

15 czerwca tegoż roku, do Komisji Finansów wpływa odpowiedź z Warszawy.

Dyrekcja informuje, że podstawą nowego projektu jest chęć uniemożliwienia przeróbek groszy na dziesięciogroszówki, łatwych ze względu na podobieństwo wielkości i rysunku stempli tych nominałów.
Dla odróżnienia groszy od dziesiątek zaproponowano podawanie nominały słownie oraz usunięcie wieńca okalającego nominał i datę na rewersie. Dyrekcja zaproponowała również, by w przypadku zaakceptowania nowego wzoru, wycofać z obiegu stare grosze i przebić je na nowe.

Zjawisko przerabiania groszy na dziesięciogroszówki musiało więc być częste.Mimo to, przez wiele, wiele lat ani nie zdobyłem, ani nawet nie widziałem takiej przeróbki. Do ubiegłego tygodnia.
Na Allegro pojawiła się aukcja 10 Groszy 1838 r MIEDZIAK-DESTRUKT
To nie destrukt!

To właśnie przeróbka, która tak dawała się we znaki instytucjom finansowym Królestwa Polskiego. Być może po przeróbce moneta była jeszcze pobielona - pokryta warstewką srebra albo jasnego metalu udającego srebro.

Zobaczyłem i od razu zastawiłem pułapkę. Sprzedawca napisał co prawda 
"Jest to moneta nie spotykana, znawcy cos na ten temat wiedza." 
ale dalszy opis: 
"Literka Y jest nizej ,10-ka nie rowno wybita, brak wybicia litery "W"." 
świadczy raczej, że sam nie zdawał sobie sprawy z tego co sprzedaje. 
Jedno tylko się w opisie zgadza: "Prawdziwy rarytas".
Mimo to, coś mnie podkusiło żeby ustawić bardzo ostrożny limit. Za bardzo ostrożny. Wynik skąpstwa łatwy do przewidzenia - przegrałem.
Następnym razem będę mniej ostrożny.

Szklaneczką Glenfiddich zamiast uczcić zwycięstwo, złagodziłem gorycz porażki.

A późnym wieczorem dotarła do mnie taka miła wiadomość:

Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie
ul. Piłsudskiego 12,
Sala audiowizualna wtorki, godz. 18.00

01 października
Anda Jaworucka-Drath, Banknoty z nadrukami w kolekcji MNK

15 października
Jacek Budyn, Koczownicy u bram – nomadzi w numizmatyce

05 listopada
dr Jerzy Ciecieląg, Antyczne monety żydowskie w służbie propagandy

19 listopada
Mateusz Woźniak, Unikatowe monety polskiego średniowiecza

03 grudnia
dr Marcin Biborski, Monety w konserwacji

17 grudnia
dr hab. Jarosław Bodzek, Król na monecie – numizmatyczne portrety władców
hellenistycznych

07 stycznia
dr hab. Sławomir Sprawski, Moneta w badaniach wczesnych dziejów Tesalii i
Macedonii

14 stycznia
Anna Bochnak, Warsztat numizmatyczny hrabiego Czapskiego

Kilka terminów w kalendarzu już zarezerwowałem.

sobota, 28 września 2013

Wystarczy chcieć?

Tydzień temu spędziłem kilka godzin w muzeum Czapskich. Metodycznie, sala po sali, gablota po gablocie, oglądałem, podziwiałem. Tym razem w spokoju, bez tłumu gości zaproszonych na uroczyste otwarcie, ale nie w samotności. Muzeum oprócz mnie zwiedzało jeszcze kilka osób, w większości w parach. Mieszanych. Panowie pokazywali swoim towarzyszkom co ciekawsze okazy i cierpliwie tłumaczyli powody, dla których te czasem niepozorne numizmaty, są ważniejsze od innych.

Zauważyłem dwie prawidłowości. Panie najwięcej czasu spędzały przed wielką gablotą z medalami i wszystkie, czasem głośno, zachwycały się...
rękopisami Hrabiego. Najpierw pojedynczymi kartami umieszczonymi w gablotach razem z monetami, których dotyczyły. Później, w osobnej salce, rękopiśmiennym katalogiem.

Monety, medale może kupić każdy. To tylko kwestia czasu i pieniędzy. Niemałych, to prawda, ale tylko pieniędzy. Opracowanie zgromadzonej kolekcji, jej rzetelne skatalogowanie to już inna bajka. Niewątpliwie wymaga to czasu, mnóstwa czasu, jeśli kolekcja liczy wiele tysięcy obiektów. Ale dysponując nawet stuleciami, nie zrobi się nic nie mając do tego chęci, nie czując wewnętrznego przymusu. Czy ktoś nakazał tę pracę Czapskiemu? Czy ktoś go z niej rozliczał? Nie. On tak po porostu miał.
karta z katalogu kartkowego Emeryka Hutten-Czapskiego
skan z broszury edukacyjnej wydanej przez muzeum

Karty miedziaków są nie mniej precyzyjne od kart medali i portugałów. Na kartach monet średniowiecznych Hrabia pieczołowicie odtwarzał krój liter legend. Wszystkie osoby zatrzymujące się na dłużej w gabinecie Czapskiego miały jeden komentarz - to niewiarygodne!

W sali z monetami antycznymi w opisach wielu monet powtarza się zdanie: "Dar Karola Halamy". O kim mowa?
O panu naczelniku urzędu pocztowego z Żywcu, który już po drugiej wojnie światowej, w roku 1946 przekazał krakowskiemu Muzeum Narodowemu 2574 monety starożytne, w tym 858 greckich, 108 Republiki Rzymskiej, 1541 rzymskich okresu Cesarstwa oraz 67 bizantyńskich - z małym wyjątkiem  brązowych i srebrnych oraz 150 tomów literatury numizmatycznej. Do dziś dar Karola Halamy stanowi około jednej trzeciej całej kolekcji antycznych monet MNK.
Pan naczelnik był od  1891 roku członkiem Wiedeńskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Kilkanaście lat później ok. 1909 roku zapisał się do Krakowskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Publikował, korespondował, budował kolekcję, urządzał w swoim domu wystawy monet dostępne dla publiczności. Kierował żywiecką pocztą, był członkiem Rady Miejskiej w Żywcu, pracował w Komisjach Rewizyjnych, Zarządzie Miasta, w Wydziale Powiatowym i w Komunalnej Kasie Oszczędności i prowadził, jak byśmy dziś powiedzieli, działalność charytatywną. Czy ktoś mu kazał? Ktoś go z tego rozliczał?
Podczas wojny uchronił kolekcję przed rabunkiem i rozproszeniem. Po wojnie zrealizował swój zamiar jeszcze z 1939 roku - darował kolekcję Muzeum Narodowemu.

Sprawdziłem i sam w to nie mogę uwierzyć. W dwustu pięciu postach, które do tej pory opublikowałem ani raz nie pojawiło się nazwisko Boratini. Tak dalej być nie może. Kiedyś napiszę o nim coś więcej, dziś coś w rodzaju kalendarium.

Urodził się przed rokiem 1620, prawdopodobnie w 1617.
W roku 1637, jako "doktor z Wenecji" udał się w naukową podróż do Egiptu. Dwudziestolatek!
Do 1641 roku badał zjawisko wylewów Nilu, wykonał pomiary zabytków egipskich próbując odtworzyć starożytny system miar, ustalił i zapisał współrzędne odwiedzanych zabytków (nie miał GPS).
Po wyjeździe z Egiptu pojawił się w Polsce, ale wkrótce, w 1645 r. ją opuścił udając się przez Węgry do Włoch. Na Węgrzech obrabowano go z cennych egipskich notatek i rękopisu pracy poświęconej udoskonaleniu wagi hydrostatycznej wynalezionej przez Gallileusza. Zwiększenie dokładności tej wagi pozwoliło Boratiniemu na dokładne zmierzenie ciężaru właściwego różnych substancji. W tym samym czasie rozpoczął opracowywanie jednolitego systemu miar. Zajęło mu to około trzydziestu lat. A w międzyczasie?
W 1648 r. wrócił do Polski.
W 1650-tym pojechał do Paryża szukając sponsora dla sfinansowania machiny latającej zdolnej unieść w powietrze człowieka. Miał "tylko" model, w którym mógł latać kot. Nie wyszło, ale z Francji wrócił wzbogacony o umiejętności wykonywania miedziorytów.
1651 - sprowadzał z Wenecji soczewki dla Heweliusza. Sam nauczył się je wytwarzać trochę później i osiągnął w tym wielką biegłość. Zbudował obserwatorium astronomiczne i  jako pierwszy zaobserwował plamy na Wenus.
1652 - pracuje jako architekt w Warszawie (Pałac Kazimierzowski, zamek Ujazdowski) i uzyskuje dzierżawę olbory olkuskiej - podatku płaconego w naturze przez olkuskich gwarków.
1654 - udaje się z misją dyplomatyczną do Toskanii równocześnie wykorzystując wyjazd do uzupełnienia wiedzy.
1657 - wraca do Polski, razem z bratem bierze czynny udział w wojnie ze Szwecją.
1658 - obejmuje kierownictwo mennicy krakowskiej (do roku 1661). Ponownie otrzyma ją w 1667 w zarząd na dwa lata razem z mennicą bydgoską. W tym samym roku występuje z projektem emisji miedzianych szelągów.
1659 - tworzy mennicę w Ujazdowie przeznaczoną do miedzianej produkcji szelężnej (do roku 1665). Boratynki bije też w Krakowie.
1660 - osiada na stałe w Polsce, kupuje majątek w Sulgostowie pod Opocznem. Prawdopodobnie jeszcze w tym samym roku organizuje mennicę miedzianą w Brześciu Litewskim.
1662 - podróż do Włoch.
1664 - obejmuje mennicę litewską w Wilnie.
1666 -  buduje most na Wiśle (i bierze go w dzierżawę).
1668 - po zamknięciu mennic angażuje się w politykę, nieskutecznie próbując doprowadzić do  elekcji Kondeusza. Królem zostaje Michał Korybut.
1675 - publikuje dzieło o mierze uniwersalnej. 
1678 - otrzymuje ponownie zarząd mennicy krakowskiej.
1681 (lub 1682) - Tytus Liwiusz Boratini umiera, ale jego spadkobiercy nadal biją w Krakowie monety z jego inicjałami (aż do 1687 r.)


Jako fizyk (z wykształcenia) i metrolog (z zawodu), nie mogę nie wspomnieć raz jeszcze o traktacie Misura universale. Opisał w nim sposób ustanowienia ujednoliconych, odtwarzalnych jednostek miary długości i ciężaru. Jednostką długości miał być metr (tak, ta nazwa to pomysł Boratiniego) będący długością wahadła wykonującego jedno wahnięcie na sekundę. Sześcian o boku równym jednej szesnastej metra napełniony wodą (Boratini podał dokładny przepis dotyczący sposobu pobierania wody w tym celu - deszczówka zbierana w określonych warunkach) miał być jednostka ciężaru.
Winieta karty tytułowej Misura universale
miedzioryt wykonany prawdopodobnie przez Boratiniego.


Co jeszcze?
Takie tam "drobiazgi" - skonstruował wiatrak pompujący wodę, wynalazł mikrometr (przez niektórych nazywany mikromierzem), zaplanował sposób przeprowadzenia pomiaru długości południka ziemskiego metodą triangulacyjną.
W międzyczasie miał sześcioro dzieci.

Czasem mam wątpliwości, czy życiorysy takich osób potwierdzają tezę, że "wystarczy chcieć", czy dowodzą, że same chęci to za mało. Że potrzebne jest coś jeszcze. Iskra boża, odwaga, brak instynktu samozachowawczego? Pewne wydaje mi się jedno - "wystarczy być", to złe podejście do życia (choć czasem przyjemne).

czwartek, 19 września 2013

Rachunek ekonomiczny.

Odwieczne pytanie - "Czy to się opłaci?". Dobrze, jeśli zadaje się je PRZED zainwestowaniem albo założeniem firmy (pomińmy aktywności dla których pytanie to nie ma najmniejszego sensu - na przykład "Chcę zacząć zbierać monety, ale czy to mi się opłaci?").

Mam w zbiorze pięciogroszówkę z 1923 roku. O, taką:
Nie. To nie jest to słynne brązowe yeti polskiej numizmatyki. Chociaż...
Nie wiem, z jakiego metalu jest moja moneta. Kupiłem ją w 2011 r. na Allegro za całe czternaście złotych. Aukcja nr 1446157564 - Rzeczpospolita Polska  5 Groszy 1923r SKRĘTKA !!!
Skrętki monet II RP są rzadkie więc się skusiłem. Nędzny stan zachowania odstraszył konkurencję - wygrałem.
Moneta ewidentnie z ziemi. Skręcenie stempli nie jest jej jedyną wadą "fabryczną".  Na awersie, na godz. ósmej jest jeszcze coś, co może przypominać pęknięcie stempla, ale nim nie jest. Ślady pęknięć stempli są wypukłe, a na monecie jest wgłębienie. Coś takiego może powstać wskutek pęknięcia krążka pod naciskiem stempla ale takie pęknięcia są widoczne po obu stronach monety. Albo...
Albo jest to wada odlewu. Po upuszczeniu na blat stołu monety z pęknięciem krążka słychać brzydki, tępy, szybko gasnący dźwięk. Moja piątka dźwięczy ładnie. Kupiłem falsyfikat. Odlewany falsyfikat na szkodę emitenta.
Ten eksponat znam niestety tylko ze zdjęcia.
Forma odlewnicza do przedwojennych pięciogroszówek
znaleziona przez "poszukiwacza skarbów" w 2004 r.


5 groszy na początku lat 20-tych. Co za to można było kupić? Czy mogło się opłacać fałszować tak mały nominał?
W roku 1926 koszty utrzymania przeciętnej rodziny robotniczej na Górnym Śląsku wynosiły około 250 zł miesięcznie czyli pięć tysięcy takich pięciogroszówek. Stawka godzinowa robotnika oscylowała wokół jednego złotego. Wątpię, by można było odlać w ciągu godziny dwadzieścia monet posługując się taką pojedynczą formą. Za wyborem tak niskiego nominału do fałszowania mogła przemawiać tylko łatwość wprowadzania drobnego bilonu do obiegu. Pewnie nikt się pięciogroszówkom specjalnie nie przyglądał.

Co innego takie monety

Te dwa falsyfikaty trafiły do mnie niedawno dzięki uprzejmości kolegi zza wschodniej granicy. Pięciozłotówka  została znaleziona gdzieś na przedmieściach Lwowa, dziesiątka na Wołyniu.
Pięć złotych 1933 - odlew z jasnego metalu, brak srebrzenia, średnica OK, ale za lekka o 1,47 g.
Dziesięć złotych 1932 - ślady srebrzenia na ciemnym metalu, średnica za mała o 1 mm, waga o zaniżona aż o 4,67 g.

Dziesięciozłotówki fałszowano często. Niższe nominały zresztą też. Fałszowanie znaków pieniężnych, w tym monet powodowało znaczne straty materialne i groziło poważeniem zaufania do państwa. W roku 1933 odnotowano aż 5507 przestępstw tego rodzaju. Kartoteka przestępców parających się tym procederem zawierała dane 1422 osób. Oczywiście dane te dotyczą również obcych znaków pieniężnych (J. Kurpiewski, Fałszerstwa monet i banknotów, Warszawa 1990).
Dla ułatwienia eliminowania fałszywych monet z obiegu rozpoczęto produkcję prostych wag nie wymagających stosowania odważników.


Waga umożliwiająca szybkie sprawdzenie monet o różnych nominałach.
WCN aukcja 26, lot 855

Fałszywe monety wycofywane z obiegu perforowano, zapewne w celu uniemożliwienia ich powtórnego wprowadzenia do obiegu.


Banki i policja kierowały fałszywe monety do ekspertyzy do Mennicy Państwowej w Warszawie. W sprawozdaniu mennicy z działalności w latach 1930-1934 znajdujemy takie zestawienie
W zestawieniu nie ujawniono ilości monet poddanych ekspertyzie, ale pokazano strukturę nominałów. Wyraźnie widać, że po wprowadzeniu nowego wzoru pięciozłotówek w roku 1932 nastąpił gwałtowny, stuprocentowy wzrost udziału tego nominału w ogólnej liczbie falsyfikatów. Duży był też udział dwuzłotówek - na pewno wpływ na to miała wielkość monety i fakt, że niższe nominały falsyfikatów łatwiej wprowadzały się w obieg.Nominałów niższych od 10 groszy zestawienie, jak widać nie uwzględnia. Musiał to być rzeczywiście margines działalności międzywojennych fałszerzy.To, że fałszywe monety obiegowe II Rzeczpospolitej są znajdowane na terenie dawnych kresów wschodnich nie powinno dziwić. Ziemie te stanowiły przecież większą część terytorium Polski. W roku 2006 w Mińsku wydano niewielką, ale niezwykle interesująca publikację pod ciut mylącym tytułem - "Historia jednej fałszywej monety". Wbrew tytułowi, publikacja nie jest poświęcona jednej monecie. To kompleksowe omówienie fałszerstw monet obiegowych II RP. Pretekstem istotnie była jedna fałszywa moneta - dwuzłotówka 1932 ze stopu ołowiowego wchodząca w skład niewielkiego skarbu polskiego srebra odkrytego w okolicach Kobrynia w latach 70-tych. Autor bardzo dokładnie opisał falsyfikat porównując go z oryginałem. Nawiasem mówiąc, to chyba jedyna publikacja, w której można znaleźć informację, że na oryginalnej dwuzłotówce z 1932 r. na rancie jest 130 karbów ułożonych co 0,53 mm!
Sinczuk podaje również szczegółowe informacje o sile nabywczej pieniądza i wysokości zarobków. Przykładowo, za dniówkę przy żniwach płacono do 5 złotych, przy wykopkach ziemniaków do 2 złotych (porównajcie to z zarobkami śląskiego robotnika!); za krowę trzeba było zapłacić około 100 zł. Na moim blogu również znajdziecie podobne informacje.
Sfałszowanie dwuzłotówki było z pewnością opłacalne, o wyższych nominałach nie wspominając.
W dalszej części publikacji można się zapoznać z technikami produkcji fałszywych monet, składem stopu, z którego wykonano omawiany falsyfikat
oraz analizę opłacalności procederu i opis działań organów państwa skierowanych przeciwko fałszerzom. Mnóstwo cytatów, odnośników do literatury fachowej, ekonomicznej, archiwalnych akt urzędowych i przepisów prawa.

Obowiązkowa lektura dla każdego ambitnego kolekcjonera monet II RP. Wielka szkoda, że nikt jak dotąd nie pokusił się o wydanie polskiego przekładu (o ile mi wiadomo).
 



poniedziałek, 9 września 2013

Cztery.

Jak się powie A, trzeba powiedzieć B. Jak się napisze o jedynce, dwójce, trójce, trzeba uhonorować następne cyfry.

Dziś szef kuchni poleca czwórkę.

Zacząć wypada od najsławniejszej, choć kontrowersyjnej czwórki.

Fragment rysunku grosza głogowskiego Zygmunta Starego;
ostatnia cyfra rocznika jest interpretowana jako 4 lub 8.

Cyfra ta wygląda, jak ósemka z otwartą górną częścią. Emeryk Hutten-Czapski uważał, że jest to czwórka - jest to zgodne z pisownią tej cyfry spotykaną w dokumentach z XV i początku XVI wieku.
Marian Gumowski twierdził, że jest to jednak ósemka i ten pogląd utrwalił się we współczesnej numizmatyce. Bardziej przemawia do mnie opinia Czapskiego, choćby ze względu na taką właśnie pisownię czwórki spotykaną w dokumentach i na monetach obcych. Czapski znał się na starych dokumentach. Oprócz numizmatów miał bogatą kolekcję starodruków.
Stronczyński wzmiankował też istnienie groszy głogowskich z rocznikiem 1505, co zdaje się potwierdzać, że pierwsza datowana polska moneta została wybita w roku 1504.

Kolejną monetę wybito kilka lat później
 Półgrosz litewski Zygmunta Starego z 1514 r.

Ta czwórka jest dla nas czytelna i jednoznaczna. A gdyby ją trochę obrócić...
i zaokrąglić? Czy nie wyglądała by podobnie do cyfry z grosza głogowskiego?

Syn Zygmunta I Starego wprowadził do obiegu nietypowy dla Polski nominał - czworaki, czyli cztery grosze w jednym kawałku. Nominał podawano na nich w notacji rzymskiej, ale nieco innej, niż ta, której uczono nas w szkole.
 Czwórka składa się z czterech pionowych kresek.

 Znana nam forma IV pojawia się trochę później. Na przykład unikatowych próbnych trojakach i szóstakach Władysława IV. Albo na szóstakach Jana III Sobowskiego z 1680 r.
A cóż robi czwórka na takim szóstaku?

Miała być szóstką, ale rytownik zapomniał, że moneta jest lustrzanym odbiciem stempla i odbił punce w złej kolejności.

We wpisie czwórce poświęconym nie może zabraknąć jednej z moich ulubionych monet. Mam na myśli nie konkretny egzemplarz, a gatunek monety - dziesięciogroszówkę z 1840 roku.
Na wszystkich jej odmianach czwórka wygląda tak
Nie tylko ja poczułem dreszczyk emocji, kiedy na eBay'u pojawiło sie coś takiego
Po krótkim namyśle uznałem, że to nie jest produkt warszawskiej mennicy. Podobnie zresztą orzekło wielu kolekcjonerów. Wszystko wskazuje na to, że ktoś postanowił zapolować na "myśliwych" polujących na odmiany XIX-wiecznych monet obiegowych.

Następna słynna czwórka na polskiej monecie pojawia się w roku 1934. Ta jest ozdobna, otwarta. Oczywiście chodzi o pięciogroszówkę.
Na pierwszy rzut oka wygląda wiarygodnie, ale potraktowana brutalnie, ostrym narzędziem, moneta odkrywa swój sekret

Osobno wytłoczona czwórka została wprasowana w monetę z innego rocznika (najprawdopodobniej 1938) z usuniętą cyfrą.
Na oryginalnych monetach szczyt korony sięga PRZED lewe zakończenie podstawy cyfry dziewięć. Nowsze falsyfikaty tej monety, tłoczone stemplami wykonanymi na bazie oryginalnego egzemplarza na szczęście są łatwe do zdemaskowania.

Otwarta czwórka pojawia się też na monetach PRL

Na obiegówkach III RP czwórka znów jest zamknięta. Tę jednogroszówkę wybito bez pierścienia utrzymującego krążek centralnie między stemplami.




Printfriendly