Strony

wtorek, 25 lipca 2017

Nasz sport narodowy.

Przegląd Numizmatyczny w wersji drukowanej żyje.
Gdzieś w Internecie przemknęła mi krótka informacja, że PN życie zawdzięcza pozyskaniu hojnego sponsora, który zaoferował finansowanie wydawnictwa do jubileuszowego, setnego numeru.
W notce odredakcyjnej, pan Jarosław Dutkowski narzeka na pazerność Allegro, która "zachęca" co większe polskie firmy numizmatyczne do rezygnacji ze współpracy z serwisem. Kilka stron dalej, właściciel jednej z takich firm, pan Damian Marciniak przedstawił swoje przemyślenia na ten temat, które już wcześniej znalazłem na jego blogu. Generalnie, zgadzam się z obu panami, bo od dłuższego czasu uważam postępowanie właścicieli Allegro za nielojalne wobec wiernych użytkowników, którzy w pionierskim okresie walnie przyczynili się do zbudowania marki firmy. Troszkę zbulwersował mnie jednak tytuł tekstu pana Damiana "Pożegnanie dobrej numizmatyki z Allegro". Rozumiem, że to taki skrót myślowy - "dobra numizmatyka" = rzadkie i drogie monety. Tylko, że to nieprawda, a przynajmniej nie cała prawda. Znam "kolekcjonerów" których "kolekcje" składają się z monet, które łączy tylko jedno - żadna nie została kupiona za mniej, niż 10.000 złotych. Tyle, że właściciele wiedzą o nich tylko tyle, ile kosztowały i gdzie zostały zakupione. Czy to "dobra numizmatyka"? Akurat pana Damiana nie posądzam o brak wyobraźni i nie zdawanie sobie sprawy z tego, że bez rynku numizmatycznego, na którym będą również monety mniej kosztowne, mówiąc wprost - monety tanie, kolekcjonerstwo będzie zanikać i prędzej, czy później i klienci zamożniejsi zwrócą się w stronę innych możliwości.
W podobnym duchu napisał kilka zdań inny znany profesjonalista, pan Janusz Parchimowicz. Pochwalił się, mającym się wkrótce ukazać katalogiem monet próbnych PRL, zaczynając tekst od wytłuszczonego zdania z trzema wykrzyknikami: "Uwaga prawdziwi kolekcjonerzy!!!" I w ten sposób za 14 złotych dowiedziałem się, że nie jestem prawdziwym kolekcjonerem. Nic to, bo z niektórych wypowiedzi niektórych polityków mógłbym wnioskować, że nie jestem też prawdziwym Polakiem (ta zgubna przyjemność z jazdy na rowerze...).
Oprócz krótkiej notatki o katalogu prób PRL, pan Parchimowicz opublikował w tym numerze PN jeszcze dwa niewielkie teksty. Jeden zatytułował "Po co nam katalogi, wszystko jest w internecie...".
Pomijając mniej, lub bardziej uzasadnione pretensje do ludzi publikujących w internecie katalogi oparte na katalogach drukowanych (w końcu autorzy tych ostatnich też często powielają czyjeś wcześniejsze prace, bardzo często bezkrytycznie przepisując błędne dane, np. o nieistniejących monetach), odnoszę wrażenie, że musi jeszcze dużo wody Wisłą spłynąć, zanim do wszystkich dotrze, że druk na papierze nie najlepiej sprawdza się w dziedzinie otwartej, jaką przecież jest numizmatyka. W tym samym tekście, autor chwali się niedawno kupioną monetą - próbną dziesięciozłotówką z 1973 roku, podkreślając, że to "moneta której w internecie nie było". To znów skrót myślowy, bo moneta została zakupiona... na aukcji internetowej oczywiście. W internecie nie było tylko żadnej publikacji na jej temat. Na papierze również. A może były takie informacje, tylko zakamuflowane gdzieś, w jakiejś niewielkiej, lokalnej gazetce, albo na czyimś blogu?
Odkrywca monety umieści ją oczywiście w swoim katalogu, a za miesiąc, kwartał, rok odkryje kolejne monety, których "nie było w internecie" i o jego katalogu też będzie można mówić, jak o Internecie - słaby, bo nie wszystko w nim jest. Może lepiej zadbać o dobry katalog sieciowy? Takie  rozwiązanie ma jednak małą, ale zasadniczą wadę - gorzej się monetyzuje, jak mówią spece od Internetu.
Jakby nie było, łatwiej szuka się w Internecie, niż w bibliotece Nie trzeba wertować tysięcy stron, trzeba tylko umieć sformułować zadanie dla wyszukiwarki.

Jak marudzić, to marudzić (to właśnie ta nasza narodowa dyscyplina). Odwiedziłem niedawno dwa nieodległe miasta, a w nich muzea.

W Żywcu, w dziale historii miasta pokazano talara Jana Kazimierza z 1649 r. i grupkę austriackich talarów z XVII wieku (przepraszam za jakość zdjęć, fotografowałem byle czym, błyskać nie pozwolili).
 
Bez żadnych informacji o pochodzeniu monet, o kontekście historycznym itp.
W dziale archeologicznym
skarb z Sopotni, złożony wyłącznie z monet austriackich (116 sztuk), ukryty po 1765 (na podstawie siedmiokrajcarówki z tego rocznika). Przynajmniej opisano skład skarbu i sposób wydatowania skarbu, ale już informacji o tym, co za te pieniądze można było kupić nie ma, a o to pytał rodziców nastolatek wyraźnie ożywiony widokiem SKARBU. Wcześniej wlókł się znudzony wzdłuż gablot z potłuczonymi fragmentami garnków i kaflami.

Troszkę lepiej, ale też tak sobie, było w Bielsku-Białej, mieście, było nie było z tradycją menniczą. O bielskiej mennicy żadnej wzmianki. W gablotach monet więcej (nie wszystkie sfotografowałem).
Na początek coś z antyku
Opisy są na półprzezroczystym tle na bocznych ściankach gablot, więc na zdjęciu (robionym byle czym) wychodzą beznadziejnie.
Dalej trochę pojedynczych monet z wykopalisk w mieście (w tym niezły liczman z ilustracją pokazującą sposób użycia liczmanów) i duża gablota z monetami używanymi w mieście od XVII wieku.
Niestety, gablota pod oknem, oświetlona tak, żeby było coś widać, ale niekoniecznie dobrze. Tym razem opisy na karteczkach. Czy zawsze prawidłowe, śmiem wątpić, bo...
monety podpisane, jako grosze Augusta III to w rzeczywistości grosz i szeląg, a leżący po lewej "szeląg", to na moje oko raczej grosz (czyżby pomyłka przy układaniu monet w gablocie?)

O czym by tu jeszcze pomarudzić...
Tak! Pogoda!
Tak beznadziejnego lipca dawno nie było.
A może był?

wtorek, 18 lipca 2017

Aleksandra Tournelle i Habsburżanki

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Albo kończyłem podstawówkę, albo dopiero co rozpocząłem naukę w liceum.
Ciotka, siostra taty, przy okazji jakiegoś rodzinnego spotkania zapytała mnie
- Słyszałam, że zbierasz znaczki. To prawda?
- Prawda, zbieram.
- W takim razie mam coś dla ciebie. - i wyjęła z torebki kopertę.
Wysypałem zawartość na stół. Były to austriackie znaczki sprzed pierwszej wojny światowej - już wtedy wiedziałem, że najpospolitsze z pospolitych. Ale to były znaczki na wycinkach, na fragmentach pocztówek, a o tych ostatnich wiedziałem, że mogą być znacznie, znacznie ciekawsze i wartościowsze od znaczków.
Podziękowałem grzecznie i zapytałem, czy ciocia te znaczki dostała już takie wycięte, czy może sama, nożyczkami...
- To ja wycięłam, to były takie stare, nieciekawe widokówki.
- A zostały cioci jeszcze jakieś? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Tak, mam ich jeszcze trochę. Chciałbyś zobaczyć?
Pewnie, że chciałem. Często bywaliśmy w Żywcu, gdzie ciotka mieszkała, więc okazja do oglądania widokówek przyszła szybko.
Ciotka wyjęła z szafy brązową kopertę i wysypała widokówki na stół. Podniosłem pierwszą z brzegu i...
Niewiele brakowało, żeby na ten sam stół opadła moja szczęka.
To była ta widokówka
 
- Skąd ciocia ma te widokówki?
- Po sąsiedzku z rodzicami, twoimi dziadkami, mieszkała taka stara dyrektorka szkoły. Od niej dostałam.
- Co ciocia chce zrobić z tymi pocztówkami?
- Podobają ci się? To sobie weź. Takiemu znajomemu już wcześniej trochę znaczków wycięłam, ale powiedział, że to nic ciekawego i więcej nie chce.

To sobie wziąłem i mam je do dzisiaj. W sumie 23 widokówki.

Nie wiem, co to za uroczystość uwieczniono na zdjęciu wykorzystanym w charakterze widokówki, ale wiem, kto tę widokówkę wysłał i do kogo.

Zacznijmy od adresatki. Fräulein Alexandra Tournelle, dyrektorka szkoły żeńskiej w Żywcu. Panna Tournelle trafiła do Żywca z Nowego Targu w roku 1897. Objęła szkołę żeńską utworzoną w 1866 r. i w ciągu niewielu lat doprowadziła najpierw do wyposażenia zaniedbanej szkoły w wiele pomocy naukowych, a później do wybudowania jej nowej siedziby. Pracowała w żywieckiej oświacie do roku 1929 (mimo ofert pracy w Krakowie i Lwowie). Zmarła w Żywcu w roku 1951 lub 1952 (są na ten temat sprzeczne dane). Pamiętam jak wyglądał Jej skromny grobowiec złożony z dwóch bliźniaczych płyt (pod drugą spoczęła jej służąca, Antonina Chrobakowa). W zeszłym roku próbowałem go ponownie odszukać, ale w miejscu, w którym pamiętałem, że powinien być, nie mogłem go znaleźć. W tym roku zrozumiałem dlaczego. Na miejscu dawnego grobu Aleksandry Tournelle jest nowy grobowiec. O zasłużonej dla miasta pedagog, przypomina umieszczona na nim niewielka płyta
Szkoda tego starego grobowca. Nie powinno być tak, że w przypadku osób tak ważnych dla lokalnej społeczności, tak zasłużonych, brak opłaty za miejsce na cmentarzu może prowadzić do przekazania grobu komuś innemu.
Zauważyliście, że na płycie napisano Aleksandra de Tournelle? Pani Tournelle wywodziła się z francuskiego rodu markizów de Tournelle. Jej przodkowie uciekli z Francji po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. O swoim szlachetnym pochodzeniu zdawała się nie pamiętać, we wszystkich znanych mi dokumentach figuruje jako Aleksandra (albo Alexandra) Tournelle - bez "de".

Teraz o nadawcy.
O nadawczyni właściwie. Widokówkę podpisała Mechtylda. To samo imię umieszczono na winietce zastępującej znaczek - VON ERZHERZOGIN  MECHTILDE. Któż to taki? Mechtylda Habsburg (1891-1966), trzecia córka Karola Stefana Habsburga i Marii Teresy Habsburg (de domo również Habsburg). Córka trzecia, ale dziecko czwarte. Jej starsze rodzeństwo, to Eleonora, Renata i Karol Olbracht. Miała jeszcze dwóch młodszych braci, Leona Karola i Wilhelma.
Mechtylda wyszła w styczniu 1913 r. (kilka dni po ślubie starszej siostry) za mąż za Olgierda Czartoryskiego. Na tej widokówce podpisała się już nazwiskiem męża.


Jak łatwo się domyślić, panna Tournelle oprócz zarządzania szkołą żeńską, zajmowała się również edukacją córek arcyksięcia Karola Stefana. Panny Habsburżanki regularnie wysyłały widokówki do swojej nauczycielki z podróży z rodzicami (niektóre widokówki są adresowana bardzo niewprawnym, dziecięcym pismem), z późniejszych, już bardziej dorosłych wojaży i nie zapominały o niej będąc już poważnymi mężatkami.
Najstarsza była Eleonora (1886-1974),
która w styczniu roku 1913 poślubiła kapitana marynarki, Alfonsa von Kloss.
Najwcześniej, bo w 1909 wyszła za mąż Renata (1888-1935). Patrząc na jej pismo na widokówkach, na fantazyjny podpis, myślę sobie, że to musiało być niezłe ziółko. Popatrzcie na kartkę wysłaną z Algieru przez dziewiętnastolatkę.
Dwa lata później została żoną księcia Hieronima Radziwiłła
Przeczytajcie uważnie opis wydrukowany na tej pocztówce. Tak wygląda jej strona odwrotna (a właściwie główna).
Sam pan Juliusz Kossak namalował Renatę i jej narzeczonego (Kossak był częstym gościem u żywieckich Habsburgów). Pocztówka z reprodukcją obrazu podpisana przez osobę na obrazie przedstawioną - lubię ją bardzo.

Sądząc po tym, że żadna z zachowanych pocztówek nie została wysłana przez któregoś z synów Karola Stefana, prawdopodobnie Pani Tournelle ich wykształceniem się nie zajmowała. Oni byli przygotowywani do innych zadań. Karol Stefan Habsburg, po tym, jak osiadł z rodziną w Żywcu, okazał się być prawdziwym polskim patriotą (Habsburg!!!). Przez jakiś czas myślano nawet, by po przywróceniu Polsce wolności, został jej królem. Z tego nic nie wyszło. Polska została republiką. Karol Stefan uzyskał obywatelstwo polskie dla całej rodziny w roku 1921, zmarł w 1933 r. Dziedzicem Żywca został jego syn Karol Olbracht, który również okazał się dobrym Polakiem (choć z wyboru przecież). I on i jego młodszy brat, w roku 1918 wstąpili do polskiego wojska. Tylko najmłodszy z braci, Wilhelm, nie podzielał poglądów ojca - w wojnie o kształt niepodległej Polski walczył w szeregach armii ukraińskiej, za co został przez ojca potępiony. Rodzina zerwała z nim wszelkie kontakty, choć uwzględniono go w testamencie Karola Stefana. Późniejsze losy Wilhelma są nieznane. Zmarł prawdopodobnie w roku 1955.
Karol Olbracht po wkroczeniu Niemców do Polski został uwięziony. Konsekwentnie, mimo bardzo ciężkich warunków w cieszyńskim więzieniu, wielokrotnie odmawiał odrzucenia polskiego obywatelstwa. Tak samo postępowała jego żona (Szwedka z pochodzenia). Oboje trafili do obozu pracy w Turyngii (niedaleko Buchenwaldu) skąd uwolniły ich dopiero 10 kwietnia 1945 r. oddziały amerykańskie. 

Jak już wspomniałem, wśród pocztówek, które udało mi się uratować, nie ma ani jednej wysłanej przez Karola Olbrachta ani Leona Karola. Jest tylko karnet ze zdjęciem "domku chińskiego" z żywieckiego parku z życzeniami

Znaczki zbierałem dość długo, coś tam jeszcze w szafach leży, pewnie niedługo o nich napiszę, bo niektóre mają związek z numizmatyką.
Na dziś koniec, a że o monetach nie było ani słowa? Na monetach świat się nie kończy.

czwartek, 13 lipca 2017

Między urlopami

Ostatni czerwcowy wpis zakończyłem skanem trzynastu monet, które krótko przedtem do mnie dotarły. Później zafundowaliśmy sobie krótki urlop, więc dokładniejszy opis nowych nabytków przedstawię dopiero dzisiaj.
Zanim to zrobię, podzielę się niespodzianką, która czekała po powrocie.
W pierwszym tegorocznym numerze Biuletynu Numizmatycznego jest (nareszcie!) mój artykuł o miedzianych monetach koronnych Augusta III. To znaczy pierwsza jego część. Nie wiedziałem, że artykuł zostanie podzielony na części. Całość ma 34 strony (łącznie z abstractem), więc pozostało jeszcze 19 stron do drugiego numeru.
W związku z tym, prawdopodobnie opóźni się publikacja książki, której artykuł jest podstawą. Nie chcę by pokazała się przed publikacją całości artykułu.

Teraz nowe monety.
O jedną zapytano mnie zaraz po opublikowaniu wpisu, o tę pierwszą w najwyższym rzędzie. Chodziło o to, czy to moneta oryginalna, czy falsyfikat z epoki.
Zygmunt III Waza, grosz koronny 1614
Moim zdaniem oryginalna, choć podejrzana. Rysunek bardzo poprawny (korona, orzeł), litery puncowane, ale jest kilka szczegółów budzących wątpliwości. Po pierwsze niska waga - zamiast 1,58 grama jest tylko 1,24 (a wytarcia niewielkie), po drugie - patyna wskazująca na zaniżoną zawartość srebra (choć po obu stronach wychodzi spod niej jasna, srebrna (?) powierzchnia, po trzecie niedoskonałości kompozycyjne - podniesione drugie G i prawy ozdobnik przy koronie na awersie (korona też lekko pochylona) oraz leżąca szóstka w dacie - takiego egzemplarza jeszcze nie widziałem. Jeśli falsyfikat z epoki - bo że nie współczesny, tego jestem pewien - to pochodzący z dobrze wyposażonego warsztatu doświadczonego mincerza. 

Pozostałe monety mniej ciekawe, co nie znaczy, że całkiem nudne. Trzy szelągi litewskie Batorego z pospolitych roczników. Miałem, ale monet króla Stefana w zbiorze nigdy za wiele - zostają.


Grosz litewski Zygmunta III z 1626 r.
Tego wariantu w zbiorze jeszcze nie miałem - cecha charakterystyczna - na awersie małe kółeczka jako przerywniki w legendzie, na rewersie brak ozdobników pod herbem podskarbiego.

Pięć krakowskich trojaków Zygmunta III z lat 1621-1624. Też uzupełnią zbiór, bo część ma inne znaki rozdzielające legendę, niż na monetach, które już miałem. Jeden wygląda ciekawiej:

Trojak koronny Zygmunta III z 1624 r.
bo na rewersie albo nigdy nie było kropki po prawej stronie herbu podskarbiego, albo stempel się w tym miejscu zapchał (stawiam na brak).
Szeląg ryski z 1578 r. - z typowymi wykruszeniami ale nie tak pospolity, jak by się wydawało (1577 jest pospolitszy). Na innych egzemplarzach z tego rocznika, które wcześniej widziałem krzyżyk nad herbem miasta umieszczony był wewnątrz obwódki - tu przerywa obwódkę. I na koniec dwa wczesne półtoraki Zygmunta III. Jeden z roku 1614 - dublet, ale w zbiorze pozostanie, drugi z 1616 jest ciekawszy.
Dołączył do dwóch innych bydgoskich półtoraków z herbem Sas, a wyróżnia się wśród nich kształtem tarczy z herbem podskarbiego, odwróconymi literami N i gwiazdkami na rewersie. W sumie udany zakup za niewygórowaną kwotę (jak to w sezonie wakacyjnym).