Google Website Translator Gadget

wtorek, 25 lipca 2017

Nasz sport narodowy.

Przegląd Numizmatyczny w wersji drukowanej żyje.
Gdzieś w Internecie przemknęła mi krótka informacja, że PN życie zawdzięcza pozyskaniu hojnego sponsora, który zaoferował finansowanie wydawnictwa do jubileuszowego, setnego numeru.
W notce odredakcyjnej, pan Jarosław Dutkowski narzeka na pazerność Allegro, która "zachęca" co większe polskie firmy numizmatyczne do rezygnacji ze współpracy z serwisem. Kilka stron dalej, właściciel jednej z takich firm, pan Damian Marciniak przedstawił swoje przemyślenia na ten temat, które już wcześniej znalazłem na jego blogu. Generalnie, zgadzam się z obu panami, bo od dłuższego czasu uważam postępowanie właścicieli Allegro za nielojalne wobec wiernych użytkowników, którzy w pionierskim okresie walnie przyczynili się do zbudowania marki firmy. Troszkę zbulwersował mnie jednak tytuł tekstu pana Damiana "Pożegnanie dobrej numizmatyki z Allegro". Rozumiem, że to taki skrót myślowy - "dobra numizmatyka" = rzadkie i drogie monety. Tylko, że to nieprawda, a przynajmniej nie cała prawda. Znam "kolekcjonerów" których "kolekcje" składają się z monet, które łączy tylko jedno - żadna nie została kupiona za mniej, niż 10.000 złotych. Tyle, że właściciele wiedzą o nich tylko tyle, ile kosztowały i gdzie zostały zakupione. Czy to "dobra numizmatyka"? Akurat pana Damiana nie posądzam o brak wyobraźni i nie zdawanie sobie sprawy z tego, że bez rynku numizmatycznego, na którym będą również monety mniej kosztowne, mówiąc wprost - monety tanie, kolekcjonerstwo będzie zanikać i prędzej, czy później i klienci zamożniejsi zwrócą się w stronę innych możliwości.
W podobnym duchu napisał kilka zdań inny znany profesjonalista, pan Janusz Parchimowicz. Pochwalił się, mającym się wkrótce ukazać katalogiem monet próbnych PRL, zaczynając tekst od wytłuszczonego zdania z trzema wykrzyknikami: "Uwaga prawdziwi kolekcjonerzy!!!" I w ten sposób za 14 złotych dowiedziałem się, że nie jestem prawdziwym kolekcjonerem. Nic to, bo z niektórych wypowiedzi niektórych polityków mógłbym wnioskować, że nie jestem też prawdziwym Polakiem (ta zgubna przyjemność z jazdy na rowerze...).
Oprócz krótkiej notatki o katalogu prób PRL, pan Parchimowicz opublikował w tym numerze PN jeszcze dwa niewielkie teksty. Jeden zatytułował "Po co nam katalogi, wszystko jest w internecie...".
Pomijając mniej, lub bardziej uzasadnione pretensje do ludzi publikujących w internecie katalogi oparte na katalogach drukowanych (w końcu autorzy tych ostatnich też często powielają czyjeś wcześniejsze prace, bardzo często bezkrytycznie przepisując błędne dane, np. o nieistniejących monetach), odnoszę wrażenie, że musi jeszcze dużo wody Wisłą spłynąć, zanim do wszystkich dotrze, że druk na papierze nie najlepiej sprawdza się w dziedzinie otwartej, jaką przecież jest numizmatyka. W tym samym tekście, autor chwali się niedawno kupioną monetą - próbną dziesięciozłotówką z 1973 roku, podkreślając, że to "moneta której w internecie nie było". To znów skrót myślowy, bo moneta została zakupiona... na aukcji internetowej oczywiście. W internecie nie było tylko żadnej publikacji na jej temat. Na papierze również. A może były takie informacje, tylko zakamuflowane gdzieś, w jakiejś niewielkiej, lokalnej gazetce, albo na czyimś blogu?
Odkrywca monety umieści ją oczywiście w swoim katalogu, a za miesiąc, kwartał, rok odkryje kolejne monety, których "nie było w internecie" i o jego katalogu też będzie można mówić, jak o Internecie - słaby, bo nie wszystko w nim jest. Może lepiej zadbać o dobry katalog sieciowy? Takie  rozwiązanie ma jednak małą, ale zasadniczą wadę - gorzej się monetyzuje, jak mówią spece od Internetu.
Jakby nie było, łatwiej szuka się w Internecie, niż w bibliotece Nie trzeba wertować tysięcy stron, trzeba tylko umieć sformułować zadanie dla wyszukiwarki.

Jak marudzić, to marudzić (to właśnie ta nasza narodowa dyscyplina). Odwiedziłem niedawno dwa nieodległe miasta, a w nich muzea.

W Żywcu, w dziale historii miasta pokazano talara Jana Kazimierza z 1649 r. i grupkę austriackich talarów z XVII wieku (przepraszam za jakość zdjęć, fotografowałem byle czym, błyskać nie pozwolili).
 
Bez żadnych informacji o pochodzeniu monet, o kontekście historycznym itp.
W dziale archeologicznym
skarb z Sopotni, złożony wyłącznie z monet austriackich (116 sztuk), ukryty po 1765 (na podstawie siedmiokrajcarówki z tego rocznika). Przynajmniej opisano skład skarbu i sposób wydatowania skarbu, ale już informacji o tym, co za te pieniądze można było kupić nie ma, a o to pytał rodziców nastolatek wyraźnie ożywiony widokiem SKARBU. Wcześniej wlókł się znudzony wzdłuż gablot z potłuczonymi fragmentami garnków i kaflami.

Troszkę lepiej, ale też tak sobie, było w Bielsku-Białej, mieście, było nie było z tradycją menniczą. O bielskiej mennicy żadnej wzmianki. W gablotach monet więcej (nie wszystkie sfotografowałem).
Na początek coś z antyku
Opisy są na półprzezroczystym tle na bocznych ściankach gablot, więc na zdjęciu (robionym byle czym) wychodzą beznadziejnie.
Dalej trochę pojedynczych monet z wykopalisk w mieście (w tym niezły liczman z ilustracją pokazującą sposób użycia liczmanów) i duża gablota z monetami używanymi w mieście od XVII wieku.
Niestety, gablota pod oknem, oświetlona tak, żeby było coś widać, ale niekoniecznie dobrze. Tym razem opisy na karteczkach. Czy zawsze prawidłowe, śmiem wątpić, bo...
monety podpisane, jako grosze Augusta III to w rzeczywistości grosz i szeląg, a leżący po lewej "szeląg", to na moje oko raczej grosz (czyżby pomyłka przy układaniu monet w gablocie?)

O czym by tu jeszcze pomarudzić...
Tak! Pogoda!
Tak beznadziejnego lipca dawno nie było.
A może był?

wtorek, 18 lipca 2017

Aleksandra Tournelle i Habsburżanki

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Albo kończyłem podstawówkę, albo dopiero co rozpocząłem naukę w liceum.
Ciotka, siostra taty, przy okazji jakiegoś rodzinnego spotkania zapytała mnie
- Słyszałam, że zbierasz znaczki. To prawda?
- Prawda, zbieram.
- W takim razie mam coś dla ciebie. - i wyjęła z torebki kopertę.
Wysypałem zawartość na stół. Były to austriackie znaczki sprzed pierwszej wojny światowej - już wtedy wiedziałem, że najpospolitsze z pospolitych. Ale to były znaczki na wycinkach, na fragmentach pocztówek, a o tych ostatnich wiedziałem, że mogą być znacznie, znacznie ciekawsze i wartościowsze od znaczków.
Podziękowałem grzecznie i zapytałem, czy ciocia te znaczki dostała już takie wycięte, czy może sama, nożyczkami...
- To ja wycięłam, to były takie stare, nieciekawe widokówki.
- A zostały cioci jeszcze jakieś? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Tak, mam ich jeszcze trochę. Chciałbyś zobaczyć?
Pewnie, że chciałem. Często bywaliśmy w Żywcu, gdzie ciotka mieszkała, więc okazja do oglądania widokówek przyszła szybko.
Ciotka wyjęła z szafy brązową kopertę i wysypała widokówki na stół. Podniosłem pierwszą z brzegu i...
Niewiele brakowało, żeby na ten sam stół opadła moja szczęka.
To była ta widokówka
 
- Skąd ciocia ma te widokówki?
- Po sąsiedzku z rodzicami, twoimi dziadkami, mieszkała taka stara dyrektorka szkoły. Od niej dostałam.
- Co ciocia chce zrobić z tymi pocztówkami?
- Podobają ci się? To sobie weź. Takiemu znajomemu już wcześniej trochę znaczków wycięłam, ale powiedział, że to nic ciekawego i więcej nie chce.

To sobie wziąłem i mam je do dzisiaj. W sumie 23 widokówki.

Nie wiem, co to za uroczystość uwieczniono na zdjęciu wykorzystanym w charakterze widokówki, ale wiem, kto tę widokówkę wysłał i do kogo.

Zacznijmy od adresatki. Fräulein Alexandra Tournelle, dyrektorka szkoły żeńskiej w Żywcu. Panna Tournelle trafiła do Żywca z Nowego Targu w roku 1897. Objęła szkołę żeńską utworzoną w 1866 r. i w ciągu niewielu lat doprowadziła najpierw do wyposażenia zaniedbanej szkoły w wiele pomocy naukowych, a później do wybudowania jej nowej siedziby. Pracowała w żywieckiej oświacie do roku 1929 (mimo ofert pracy w Krakowie i Lwowie). Zmarła w Żywcu w roku 1951 lub 1952 (są na ten temat sprzeczne dane). Pamiętam jak wyglądał Jej skromny grobowiec złożony z dwóch bliźniaczych płyt (pod drugą spoczęła jej służąca, Antonina Chrobakowa). W zeszłym roku próbowałem go ponownie odszukać, ale w miejscu, w którym pamiętałem, że powinien być, nie mogłem go znaleźć. W tym roku zrozumiałem dlaczego. Na miejscu dawnego grobu Aleksandry Tournelle jest nowy grobowiec. O zasłużonej dla miasta pedagog, przypomina umieszczona na nim niewielka płyta
Szkoda tego starego grobowca. Nie powinno być tak, że w przypadku osób tak ważnych dla lokalnej społeczności, tak zasłużonych, brak opłaty za miejsce na cmentarzu może prowadzić do przekazania grobu komuś innemu.
Zauważyliście, że na płycie napisano Aleksandra de Tournelle? Pani Tournelle wywodziła się z francuskiego rodu markizów de Tournelle. Jej przodkowie uciekli z Francji po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. O swoim szlachetnym pochodzeniu zdawała się nie pamiętać, we wszystkich znanych mi dokumentach figuruje jako Aleksandra (albo Alexandra) Tournelle - bez "de".

Teraz o nadawcy.
O nadawczyni właściwie. Widokówkę podpisała Mechtylda. To samo imię umieszczono na winietce zastępującej znaczek - VON ERZHERZOGIN  MECHTILDE. Któż to taki? Mechtylda Habsburg (1891-1966), trzecia córka Karola Stefana Habsburga i Marii Teresy Habsburg (de domo również Habsburg). Córka trzecia, ale dziecko czwarte. Jej starsze rodzeństwo, to Eleonora, Renata i Karol Olbracht. Miała jeszcze dwóch młodszych braci, Leona Karola i Wilhelma.
Mechtylda wyszła w styczniu 1913 r. (kilka dni po ślubie starszej siostry) za mąż za Olgierda Czartoryskiego. Na tej widokówce podpisała się już nazwiskiem męża.


Jak łatwo się domyślić, panna Tournelle oprócz zarządzania szkołą żeńską, zajmowała się również edukacją córek arcyksięcia Karola Stefana. Panny Habsburżanki regularnie wysyłały widokówki do swojej nauczycielki z podróży z rodzicami (niektóre widokówki są adresowana bardzo niewprawnym, dziecięcym pismem), z późniejszych, już bardziej dorosłych wojaży i nie zapominały o niej będąc już poważnymi mężatkami.
Najstarsza była Eleonora (1886-1974),
która w styczniu roku 1913 poślubiła kapitana marynarki, Alfonsa von Kloss.
Najwcześniej, bo w 1909 wyszła za mąż Renata (1888-1935). Patrząc na jej pismo na widokówkach, na fantazyjny podpis, myślę sobie, że to musiało być niezłe ziółko. Popatrzcie na kartkę wysłaną z Algieru przez dziewiętnastolatkę.
Dwa lata później została żoną księcia Hieronima Radziwiłła
Przeczytajcie uważnie opis wydrukowany na tej pocztówce. Tak wygląda jej strona odwrotna (a właściwie główna).
Sam pan Juliusz Kossak namalował Renatę i jej narzeczonego (Kossak był częstym gościem u żywieckich Habsburgów). Pocztówka z reprodukcją obrazu podpisana przez osobę na obrazie przedstawioną - lubię ją bardzo.

Sądząc po tym, że żadna z zachowanych pocztówek nie została wysłana przez któregoś z synów Karola Stefana, prawdopodobnie Pani Tournelle ich wykształceniem się nie zajmowała. Oni byli przygotowywani do innych zadań. Karol Stefan Habsburg, po tym, jak osiadł z rodziną w Żywcu, okazał się być prawdziwym polskim patriotą (Habsburg!!!). Przez jakiś czas myślano nawet, by po przywróceniu Polsce wolności, został jej królem. Z tego nic nie wyszło. Polska została republiką. Karol Stefan uzyskał obywatelstwo polskie dla całej rodziny w roku 1921, zmarł w 1933 r. Dziedzicem Żywca został jego syn Karol Olbracht, który również okazał się dobrym Polakiem (choć z wyboru przecież). I on i jego młodszy brat, w roku 1918 wstąpili do polskiego wojska. Tylko najmłodszy z braci, Wilhelm, nie podzielał poglądów ojca - w wojnie o kształt niepodległej Polski walczył w szeregach armii ukraińskiej, za co został przez ojca potępiony. Rodzina zerwała z nim wszelkie kontakty, choć uwzględniono go w testamencie Karola Stefana. Późniejsze losy Wilhelma są nieznane. Zmarł prawdopodobnie w roku 1955.
Karol Olbracht po wkroczeniu Niemców do Polski został uwięziony. Konsekwentnie, mimo bardzo ciężkich warunków w cieszyńskim więzieniu, wielokrotnie odmawiał odrzucenia polskiego obywatelstwa. Tak samo postępowała jego żona (Szwedka z pochodzenia). Oboje trafili do obozu pracy w Turyngii (niedaleko Buchenwaldu) skąd uwolniły ich dopiero 10 kwietnia 1945 r. oddziały amerykańskie. 

Jak już wspomniałem, wśród pocztówek, które udało mi się uratować, nie ma ani jednej wysłanej przez Karola Olbrachta ani Leona Karola. Jest tylko karnet ze zdjęciem "domku chińskiego" z żywieckiego parku z życzeniami

Znaczki zbierałem dość długo, coś tam jeszcze w szafach leży, pewnie niedługo o nich napiszę, bo niektóre mają związek z numizmatyką.
Na dziś koniec, a że o monetach nie było ani słowa? Na monetach świat się nie kończy.

czwartek, 13 lipca 2017

Między urlopami

Ostatni czerwcowy wpis zakończyłem skanem trzynastu monet, które krótko przedtem do mnie dotarły. Później zafundowaliśmy sobie krótki urlop, więc dokładniejszy opis nowych nabytków przedstawię dopiero dzisiaj.
Zanim to zrobię, podzielę się niespodzianką, która czekała po powrocie.
W pierwszym tegorocznym numerze Biuletynu Numizmatycznego jest (nareszcie!) mój artykuł o miedzianych monetach koronnych Augusta III. To znaczy pierwsza jego część. Nie wiedziałem, że artykuł zostanie podzielony na części. Całość ma 34 strony (łącznie z abstractem), więc pozostało jeszcze 19 stron do drugiego numeru.
W związku z tym, prawdopodobnie opóźni się publikacja książki, której artykuł jest podstawą. Nie chcę by pokazała się przed publikacją całości artykułu.

Teraz nowe monety.
O jedną zapytano mnie zaraz po opublikowaniu wpisu, o tę pierwszą w najwyższym rzędzie. Chodziło o to, czy to moneta oryginalna, czy falsyfikat z epoki.
Zygmunt III Waza, grosz koronny 1614
Moim zdaniem oryginalna, choć podejrzana. Rysunek bardzo poprawny (korona, orzeł), litery puncowane, ale jest kilka szczegółów budzących wątpliwości. Po pierwsze niska waga - zamiast 1,58 grama jest tylko 1,24 (a wytarcia niewielkie), po drugie - patyna wskazująca na zaniżoną zawartość srebra (choć po obu stronach wychodzi spod niej jasna, srebrna (?) powierzchnia, po trzecie niedoskonałości kompozycyjne - podniesione drugie G i prawy ozdobnik przy koronie na awersie (korona też lekko pochylona) oraz leżąca szóstka w dacie - takiego egzemplarza jeszcze nie widziałem. Jeśli falsyfikat z epoki - bo że nie współczesny, tego jestem pewien - to pochodzący z dobrze wyposażonego warsztatu doświadczonego mincerza. 

Pozostałe monety mniej ciekawe, co nie znaczy, że całkiem nudne. Trzy szelągi litewskie Batorego z pospolitych roczników. Miałem, ale monet króla Stefana w zbiorze nigdy za wiele - zostają.


Grosz litewski Zygmunta III z 1626 r.
Tego wariantu w zbiorze jeszcze nie miałem - cecha charakterystyczna - na awersie małe kółeczka jako przerywniki w legendzie, na rewersie brak ozdobników pod herbem podskarbiego.

Pięć krakowskich trojaków Zygmunta III z lat 1621-1624. Też uzupełnią zbiór, bo część ma inne znaki rozdzielające legendę, niż na monetach, które już miałem. Jeden wygląda ciekawiej:

Trojak koronny Zygmunta III z 1624 r.
bo na rewersie albo nigdy nie było kropki po prawej stronie herbu podskarbiego, albo stempel się w tym miejscu zapchał (stawiam na brak).
Szeląg ryski z 1578 r. - z typowymi wykruszeniami ale nie tak pospolity, jak by się wydawało (1577 jest pospolitszy). Na innych egzemplarzach z tego rocznika, które wcześniej widziałem krzyżyk nad herbem miasta umieszczony był wewnątrz obwódki - tu przerywa obwódkę. I na koniec dwa wczesne półtoraki Zygmunta III. Jeden z roku 1614 - dublet, ale w zbiorze pozostanie, drugi z 1616 jest ciekawszy.
Dołączył do dwóch innych bydgoskich półtoraków z herbem Sas, a wyróżnia się wśród nich kształtem tarczy z herbem podskarbiego, odwróconymi literami N i gwiazdkami na rewersie. W sumie udany zakup za niewygórowaną kwotę (jak to w sezonie wakacyjnym).

piątek, 30 czerwca 2017

Ogórki? Jakie ogórki?

Kiedy czytam, że znów ktoś widział UFO, skonstruował perpetuum mobile albo coś sobie gdzieś wstrzyknął, wiem że pora na urlop. Wakacje. Ogórki. Ale nie w tym roku! Co prawda Anonymous znaleźli na serwerach NASA selfi marsjanina, co prawda celebrytki i celebryci prześcigają się w wynajdywaniu nowych metod autopromocji, ale poza tym dzieje się tyle, że śmiało można przyjąć, że w tym roku ogórki nie obowiązują (chyba, że małosolne).

Po pierwsze, Allegro przyspieszyło decyzję kilku firm numizmatycznych o przejściu na swoje. Przebieg i rezultaty aukcji GNDM napawają optymizmem.
Po drugie, coś nareszcie zaczyna się dziać na stronie SNP. Wczoraj zobaczyłem na niej taki komunikat:
Zobaczymy, czy zapowiedzi sprzed półrocza zostaną spełnione.

Po trzecie, nie próżnują politycy - 22 czerwca Sejm przyjął zmiany do ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Ustawa trafiła do Senatu, pewnie przejdzie bez poprawek. Co zaproponowano? Ma powstać Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, co na pierwszy rzut oka wygląda rozsądnie. Jak wiadomo, diabeł ukrywa się w szczegółach i dopiero po uruchomieniu funduszu i praktyce pierwszych miesięcy (lat?) będzie wiadomo, czy nadzieje na poprawę nie okażą się płonne. Najwięcej komentarzy spowodowały jednak inne zmiany w ustawie. Najkrócej i najcelniej streszcza je tytuł wpisu na stronie (blogu) zdziennikaodkrywcy.pl - Sejm zaostrzył kary dla "nielegalnych" poszukiwaczy skarbów. Nie masz pozwolenia na poszukiwania? Będziesz przestępcą.
Świadomość prawna moich rodaków została ukształtowana okupacyjną "kombinatoryką" i peerelowskim "państwem na niby" (co innego słyszę, co innego widzę) i jest na przerażająco niskim poziomie. Kiedy w jednym z wątków poświęconym prawnym aspektom "poszukiwania skarbów" napisałem o konsekwencjach przekwalifikowania czynu z wykroczenia na przestępstwo, poczułem się jak Kasandra. Niezrozumienie, lekceważenie zagrożenia, absolutny brak wyobraźni, co do możliwych konsekwencji. Nie lubię sytuacji zmuszających mnie do gorzkiego "a nie mówiłem?", ale wygląda na to, że okazji do tego niestety nie zabraknie. Nauczyciel, policjant, urzędnik, leśniczy przyłapani na poszukiwaniach z wykrywaczem, z automatu pożegnają się z pracą. Czy wszyscy młodzi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że starając się o pracę mogą (albo muszą) zostać poproszeni o zaświadczenie o niekaralności? I co?
Kolekcjonerzy monet tez mogą popaść w kłopoty. Nieostra ustawowa definicja zabytku plus zasada, że każdy znaleziony zabytek jest własnością Państwa plus domniemanie, że każda moneta mająca więcej niż x lat jest zabytkiem odkrytym podczas poszukiwań (czy miał Pan zezwolenie?) albo przypadkowo znalezionym (czy zgłosił Pan to do odpowiedniej instytucji?) mogą narazić kolekcjonera na oskarżenie o paserstwo - obrót przedmiotem stanowiącym własność państwa. Konsekwencje mogą być bardzo przykre, a pierwszą będzie odebranie monety. Co się z nią stanie? Najpierw trafi do magazynu dowodów rzeczowych, później być może do któregoś z muzeów.
Niepostrzeżenie dotarliśmy do następnego tematu. Tematu kilku gorących dyskusji na forum TPZN, z których wspomnę dwie: pierwszą zatytułowano Co robią muzea?, a drugą Po co wykopujemy te stare krążki metalu? Zaczęło się od dwu innych dyskusji: Smutne losy kolekcji Giovanni'ego Dattari i Garść myśli na temat kolekcji Dattari. Chodzi o kolekcjonera, który zgromadził wspaniały zbiór monet antycznych, ale o tym przeczytacie we wskazanych wątkach. 
Zawsze uważałem i pisałem, że podstawowym obowiązkiem poważnego kolekcjonera jest rzetelne skatalogowanie kolekcji. Wzorem niech będzie nam Emeryk Czapski. Z obowiązkami niestety jest tak, że można się z nich wywiązać tylko wtedy, gdy dysponuje się odpowiednimi zasobami. Pisząc o zasobach, mam na myśli nie tylko pieniądze i narzędzia. Co najmniej tak samo ważne są chęci i czas. Nie wiemy, czego brakowało Dattariemu, ale czegoś zabraknąć musiało, bo całości zbioru nie skatalogował. Zbierał przede wszystkim monety aleksandryjskie, ale przy okazji zgromadził wiele innych monet antycznych i te pozostały bez dobrego opracowania. Kolekcjoner umiera, spadkobiercy decydują się najpierw na przekazanie kolekcji państwu. Poszukiwanie muzeum gotowego przejąć zbiór i zapewnić mu należytą opiekę kończą się fiaskiem - czas na sprzedaż kolekcji. Znajduje się firma aukcyjna, która zajmie się sprzedażą - czy może zdarzyć się coś niedobrego?
Hiszpańska firma, która zajęła się zbiorem, zachowała się moim i nie tylko moim zdaniem nieprofesjonalnie. Nie zważając na to, że sprzedaje nie pierwszy lepszy zbiór przeciętnego kolekcjonera, tylko znakomity zbiór pełen rzadkich i bardzo rzadkich numizmatów, łączyła monety w pakiety (loty) np. po 500 monet nie zawsze zwracając uwagę na rangę i jakość poszczególnych egzemplarzy. Może zawiniła presja czasu, może kluczowym był właśnie fakt, że Dattari nie skatalogował tej części zbioru. Może właściciele nalegali na bardzo szybką finalizację sprzedaży. Może aukcjonerzy nie mieli kompetentnych współpracowników zdolnych do prawidłowej identyfikacji i opisu sprzedawanych monet. Nie wiemy co zadecydowało, ale znamy skutki. Dochód ze sprzedaży mógłby być nawet wielokrotnie wyższy, bo niekiedy za dwie, trzy monety z zestawu można było liczyć na kwotę wyższą od uzyskanej za cały zestaw. Wystarczyło zrezygnować z łączenia monet w tak duże zestawy, wystarczyło pokazać w katalogu aukcyjnym dobre zdjęcia poszczególnych monet.
Przy okazji dyskusji o losach kolekcji Dattari, na forum TPZN wywiązał się spór o to, co lepiej służy numizmatyce - zbiory muzealne, czy prywatne. Opinie, jak to w Polsce, skrajne. Od głosów, że lepiej by muzea opróżniły magazyny, po opinie, że utknięcie monety w prywatnej kolekcji wyłącza ją z obiegu naukowego, czasowo albo na zawsze. Jaka jest prawda?
Trzeba by pewnie zacząć od pytań podstawowych, np. "czym jest prawda?". Aż tak daleko w filozofię nie sięgajmy, ale na d innym podstawowym pytaniem pomyśleć musimy. Zadano je w wątku Co robią muzea? jako replikę na stwierdzenie, że muzealne zbiory służą badaniu przeszłości, a brzmi ono tak: Co daje nam badanie przeszłości?
Rozszerzając je, można by zapytać po co nam badania czegokolwiek, po co ludzkości nauka? Będąc prostym, ale jednak, magistrem fizyki, powinienem być przekonany, że przynajmniej nauki takie, jak fizyka, chemia, biologia sprawiają, że człowiekowi żyje się łatwiej, wygodniej, przyjemniej. Trudno się z tym spierać, choć czasem łatwiej i wygodniej nie znaczy lepiej - znów pole do popisu dla filozofów.
Wróćmy do naszych baranów, pardon - monet.
W sensie praktycznym, szczegółowa wiedza o tym, czy Rzym w pewnym okresie bił monety dla prowincji w mennicach cesarstwa, czy wysyłał gotowe stemple do prowincji, gdzie następowało bicie monet z lokalnego surowca, nie daje nam, jako ogółowi nic.
Bezpośrednio korzyść z tej wiedzy mogą odnieść co najwyżej kolekcjonerzy takich monet, którzy dzięki zastosowaniu wyrafinowanych metod opracowanych przez fizyków będą mogli upewnić się, że ich zbiór składa się z okazów oryginalnych (albo fałszywych). Przysłowiowemu Kowalskiemu ta wiedza, powtarzam, nie da nic. Ba! Kowalski straci, bo za pieniądze, które państwo wydaje na utrzymanie muzeów i badanie zgromadzonych w nich eksponatów mogły by powstać nowe, lepsze drogi, można by płacić wyższe wynagrodzenia i emerytury, zapewnić lepszą ochronę zdrowia, szkolnictwo itp.
Czy Kowalscy w ogóle bywają w muzeach? Śmiem wątpić. Zajrzą być może na wystawę "średniowiecznych narzędzi tortur" albo na wystawę zdjęć z czasów swojej młodości kierowani ciekawością lub potrzebą dreszczyku emocji. W końcu muzea wywodzą się z dawnych gabinetów osobliwości, w których trójgłowe ciele sąsiadowało z fałszywą mumią egipską, odlewem twarzy Wielkiego Bohatera, wachlarzem trzeciej kochanki króla i antyczną monetą (zręcznie sfałszowaną przez przemyślnego Italczyka).
Obiektywnie rzecz biorąc, muzea są po to, by X osób miało zatrudnienie, Y - przyjemność z ich zwiedzania, a rządzący poczucie dumy z działania na rzecz Nauki, Sztuki i Kultury.
Kiedy to zaakceptujemy i się z tym pogodzimy i uznamy, że mimo wszystko istnienie muzeów ma sens, to pojawia się kolejny dylemat. Czy lepiej, żeby monety trafiały do muzeów i w nich pozostawały, czy lepiej, by trafiały do prywatnych kolekcji?
Wielokrotnie opisywałem na blogu moje wycieczki do różnych muzeów, koncentrując się na eksponowanych zbiorach numizmatycznych. Muszę przyznać, że niestety większość tych zbiorów jest totalnie nieinteresująca dla zwiedzających nie zainteresowanych numizmatyką. U Czapskich takie osoby wykazują pewne oznaki ożywienia przy gablotach z nowożytnymi medalami (wielkie srebrne i złote medale robią wrażenie na każdym) i przy gablotach z pieniędzmi, które pamiętają z dzieciństwa. Większe zainteresowanie różnymi częściami wystawy zauważyłem w Dreźnie, np. w sali poświęconej różnym formom pieniądza. W większości pozostałych muzeów, większość zwiedzających (o ile w ogóle byli jacyś zwiedzający - w kilku muzeach byłem jedynym gościem) nie obdarzała małych, najczęściej źle oświetlonych monet nawet cieniem zainteresowania.
Muzealnych magazynów nie znam. Z kilkudziesięcioma monetami spoza muzealnej ekspozycji zapoznałem się u Czapskich przy okazji kwerendy dotyczącej szelągów Augusta III - te monety są dobrze opisane i łatwo dostępne. Czy tak dobrze jest wszędzie - wątpię, bo na przykład jedno z dużych muzeów, szczycące się pokaźnym zbiorem numizmatycznym, na pytanie o kilka konkretnych szelągów Augusta III odpowiedziało tak:
Szanowny Panie,
po przeprowadzeniu wstępnej kwerendy w zbiorze, stosownie do Pańskiej prośby z dnia 5 lipca br., uprzejmie informuję że w GN (xxx) znajduje się  przynajmniej 380 szt.  tych monet z różnych lat wybicia. Są one w zdecydowanej większości bliżej nieokreślone, w związku z czym  bardziej szczegółowa kwerenda  powinna zostać przeprowadzona przez Pana osobiście.
Z poważaniem
(yyy) kustosz
O czym to świadczy? Tylko o tym, że to (i niestety nie tylko to) muzeum nie jest zainteresowane wszystkim, co zalega w jego magazynach. Być może na pytanie o talary odpowiedź była by inna, ale czy z punktu widzenia nauki, talar na pewno niesie większą ilość informacji o przeszłości od trojaka albo szeląga? Fakt, można na nim zauważyć więcej szczegółów stroju władcy, ale jeszcze więcej widzimy ich na obrazach. Drobne monety są liczniejsze, znaleziska liczą czasem po kilka albo kilkanaście tysięcy egzemplarzy i powiedzmy sobie szczerze, mogą wydawać się nudne. Więc leżą w pudłach w magazynach, wyciągane na światło dzienne tylko przy okazji spisów inwentaryzacyjnych, albo... Niestety, co jakiś czas dowiadujemy się, że po pewnych okazach z muzealnych magazynów ślad znika. Nie ma sensu przechowywanie w muzeach tysięcy dubletów pochodzących z luźnych znalezisk albo od darczyńców, którzy nie przekazali żadnych informacji o pochodzeniu monet, dubletów, których rzetelna konserwacja jest zbyt kosztowna a eksponowanie po prostu bezcelowe. Nie oznacza to, że muzeum powinno zniechęcać osoby przynoszące monety (i inne zabytki). Wręcz przeciwnie, każdy powinien za dar otrzymać podziękowanie i mniejszy, lub większy upominek (np. wejściówki do muzeum). Monety po opracowaniu, jeśli miały by być kolejnymi dubletami zapychającymi szafy, powinny trafić na rynek. Kolekcjonerzy zyskają egzemplarze do swoich zbiorów, muzeum środki na działanie. A środki są potrzebne i na zakupy nowych obiektów, i na badania, i na rzeczy całkiem przyziemne, jak żarówki, papier toaletowy i pastę do podłóg. 

P.S.
Przepraszam wszystkich Kowalskich odwiedzających muzea i inne świątynie nauki i sztuki. Od czasów słynnych meblościanek (a może i wcześniejszych) "Kowalski" jest synonimem przeciętnego Polaka i tylko to miałem na myśli.

P.P.S.
Żadnego zdjęcia monet? Nie może być!
Na szybie skanera leży teraz taki zestaw
Opracowanie i wciągnięcie monet do katalogu zbioru zajmie trochę czasu, bo pogoda za ładna na siedzenie przy monitorze.

niedziela, 25 czerwca 2017

Smutna wiadomość.

Na stronie Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego pojawiła się wczoraj bardzo smutna wiadomość http://ptn.pl/2017/06/24/zmarl-edmund-kopicki/
Na półce nad monitorem komputera, na którym to piszę mam podręczny zestaw najczęściej potrzebnych katalogów numizmatycznych. To oczywiste, że wśród nich nie mogło zabraknąć prac Pana Kopickiego.
Na zakończenie jeszcze tylko link do wywiadu sprzed siedmiu lat
http://blog.mennicawroclawska.pl/wywiad-z-edmundem-kopickim/

Printfriendly