Google Website Translator Gadget

czwartek, 13 maja 2021

OLX, czyli o sprzedawaniu monet przez kolekcjonerów raz jeszcze.

W marcu napisałem krótki tekst, w reakcji na narzekania o braku "porządnego portal do handlu, wymiany, tylko dla monet". Nie będę przypominał dziś powodów, dla których oczekiwanie "portalu ... tylko dla monet" jest mrzonką. Chcę natomiast podzielić się spostrzeżeniami po dwumiesięcznym prawie, intensywniejszym korzystaniu z OLX. 

Podtrzymuję opinię wyrażoną w marcu, że jest to bardzo dobre miejsce do pozbywania się dubletów i monet, które z różnych powodów przestały pasować do zbioru.

Po pierwsze, jako sprzedawcy mogą działać osoby nie prowadzące działalności gospodarczej. Oczywiście, tak samo jest na eBay.pl, choć już nie na Allegro.pl, bo tam sprzedawcy okazjonalni zostali wrzuceni do tworu Allegro Lokalnie.
eBay i Allegro mają nad OLX przewagę, bo oferują sprzedaż aukcyjną - wyceny dokonuje "niewidzialna ręka rynku" (czasem With a little help from the sellers friends), ale z kolei OLX wygrywa, nie pobierając prowizji od sprzedawców monet i innych obiektów kolekcjonerskich.

Po drugie, na OLX zagląda naprawdę wiele osób. Według badania Gemius/PBI w marcu 2020 serwis OLX.pl zanotował 13,4 mln użytkowników (dane PBI/Gemius), którzy wygenerowali 1,5 mld odsłon (za Wikipedią). 

Po trzecie, bezpieczeństwo sprzedających. Mechanizm wysyłki z paczkomatu do paczkomatu (Przesyłka OLX), oprócz racjonalnych kosztów wysyłki oraz sprawnie działającego bezpiecznego systemu przekazywania należności, zapewnia sprzedającemu prywatność. Kupujący nie poznają adresu ani numeru konta sprzedających. Rozumiem oczywiście, że z punktu widzenia kupującego niekoniecznie wygląda to na rozwiązanie w pełni bezpieczne, ale przy zachowaniu reguł zdrowego rozsądku, narażenie nie jest większe, niż na innych serwisach. 

Co mi się nie podoba w funkcji "Przesyłka OLX", to brak możliwości łączenia przesyłek. Zasada osobnej przesyłki do każdego ogłoszenia sprawia, że kupujący unikają ogłoszeń dotyczących pojedynczych, niedrogich monet, bo po doliczeniu kosztów wysyłki, niedrogie stają się drogimi. To zjawisko wymusza na sprzedających oferowanie takich niedrogich monet w zestawy, co nie zawsze musi odpowiadać potencjalnym nabywcom. Każde ograniczenie można oczywiście obejść. Można korespondencyjnie lub telefonicznie umówić się na wysyłką łączną kilku oferowanych osobno obiektów, ale w takich przypadkach margines ryzyka może się znacznie poszerzać.

Wszystko, co wyżej napisałem, może się Wam wydawać nadmiernym optymizmem, bo pierwsze wrażenie po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "monety" może czasem wbić w fotel, i to nie z powodu atrakcyjności oferty. Gwarantuję (niestety), że najpierw rzucą się Wam w oczy takie na przykład "kwiatki":


Można się długo zastanawiać, na co liczy oferent. Mam nadzieję, że tylko oferent, a nie sprzedawca, bo szansę na sprzedaż tego "numizmatu" za te pieniądze oceniam na porównywalne z szansą na główną wygraną w Eurojackpot. Z drugiej strony, kto bogatemu zabroni bezsensownego wydawania pieniędzy. 

Metodą na unikanie obrazków i opisów podważających wiarę w rozsądek naszych rodaków jest umiejętne używanie wyszukiwarki. To zresztą dotyczy nie tylko OLX. Na innych serwisach sprzedażowych też można znaleźć numizmatyczne cudeńka, jeśli się tylko wie czego szukać, albo gdy się człowiek wczuje w sposób myślenia kogoś, kto niekoniecznie wie, co ma, albo myśli, że wie, a w rzeczywistości wie nie całkiem.

Ceny! Te na pierwszy rzut oka mogą odstraszać. Nie mam teraz na myśli przypadków, jak na pokazanym wyżej obrazku, mówię o standardowych ogłoszeniach wystawionych przez przeciętnych oferentów. Na szczęście większość z nich jest otwarta na rozsądne negocjacje dotyczące i ceny i łączonej wysyłki wielu obiektów. Wiem, co piszę, bo testowałem z pozytywnymi efektami.

Testować będę nadal. I jako sprzedający (https://www.olx.pl/oferty/uzytkownik/PhPR/), i jako kupujący. Zachęcam do podjęcia takich samych prób. Przecież im więcej będzie tam ogłoszeń rozsądnych, tym większe będą szanse na sukcesy dla obu stron transakcji.


środa, 21 kwietnia 2021

Nowotko 1983

 Pisałem niedawno o dwudziestozłotówkach z Marcelim Nowotko bitych w latach 1974 do 1976. W komentarzach do tamtego wpisu pan Paweł przysłał odnośniki do zdjęć Nowotki z rocznika 1983. To ciekawy rocznik. Wybity w nakładzie zaledwie 152.000 egzemplarzy. Cały nakład rocznika 1983 rzekomo miał zostać rozprowadzony między działaczy PZPR oraz członków PTAiN.  Nieważne, co mówiono. Mimo niskiego nakładu, moneta nie cieszyła się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów.

Przy tak niskim nakładzie nie należy oczekiwać istnienia wariantów stempli. Tych sto pięćdziesiąt dwa tysiące monet można było wybić kilkoma parami stempli, czyli teoretycznie powinna wystarczyć jedna matryca do ich tłoczenia. Tymczasem ze zdjęć przysłanych przez p. Pawła, zdaje się wynikać coś zdumiewającego. Zdjęcia wyglądają tak.

Czy różnica wielkości rysunku to złudzenie, czy nie?

Zdjęcia w tej formie nie nadają się do analizowania różnic stempli. Moneta górna została sfotografowana na wprost - oś obiektywu była prostopadła do powierzchni monety. Monetę dolną sfotografowano pod kątem. Obróbka zdjęć prowadząca do przekonwertowania do identycznych rozmiarów i jednakowego ułożenia daje taki efekt.

Widoczne linie siatki pomocniczej pokazują, że moneta po prawej ma troszkę mniejszą średnicę rysunku. Problem w tym, że może to być efekt zastosowanych przekształceń. Przeskalowanie elipsy (moneta sfotografowana pod kątem) do koła (tak powinna wyglądać fotografowana na wprost) zmienia proporcje rysunku, zaburza rzeczywiste rozmieszczenie szczegółów. 

Czy da się więc wykonać poprawną analizę zdjęć robionych pod różnymi kątami? Jest to możliwe, jeśli uda nam się poprawnie ocenić wzajemne ułożenie monety i obiektywu aparatu. Pomiar odległości elementów rysunku będzie prawidłowy tylko w płaszczyźnie prostopadłej do płaszczyzny wyznaczonej przez oś obiektywu i jej rzut na powierzchnię monety. To skomplikowane tylko na pierwszy rzut oka. Zobaczcie na następne zdjęcie.

Zdjęcie dolnej monety zostało wycięte, przeskalowane w jednej tylko osi, do szerokości równej szerokości monety górnej i ponownie wklejone. Linie pomocnicze przechodzące przez cyfry 9 i 8, przecinają je na obu monetach w tym samym miejscu, ale całość legendy monety górnej zamyka się w kole o średnicy większej, niż na monecie dolnej. Różnica jest niewielka, ale wyraźna.

To tylko zdjęcia. 100% pewności dadzą tylko bezpośrednie pomiary obu monet, ale prawdopodobieństwo, że wyniki będą takie, jak przy porównaniu zdjęć jest bardzo duże. To oznacza, że nie dość, że były dwie różne matryce, to jeszcze musiały być dwie patryce do ich wytłoczenia. Moim zdaniem oznacza to, że przygotowywano się do bicia znacznie większego nakładu, a skończono na tak małej ilości, bo ze względu na inflację, wartość nominalna monety byłaby nieakceptowalnie mała w stosunku do kosztów jej wybicia.   

Dlatego opowieści o specjalnym statusie tej monety, o jej jubileuszowym charakterze ("okrągła", 80-ta rocznica urodzin Nowotki), o rozprowadzaniu między wybrańcami itp. to moim zdaniem kolejna  bezsensowna "legenda miejska". Im takich legend mniej, tym lepiej dla numizmatyki. Z drugiej strony, fajnie słucha się takich dziwnych opowieści, siedząc w miłym towarzystwie, przy dobrym jedzeniu i piciu.

Cały ten mój wywód ma jeszcze jeden cel. Chodzi mi o uświadomienie ważności sposobu fotografowania monet, jeśli ich zdjęcia mają być podstawą do wyróżniania odmian i wariantów stempli. 

Ideał, to zdjęcia robione osobno każdej z monet przy zachowaniu identycznej geometrii stanowiska fotograficznego - aparat na statywie, oś obiektywu prostopadła do monety, stała odległość obiektywu od monety. W praktyce to dosyć trudne. Dlatego do takich celów lepiej nadaje się dobry płaski skaner CCD.

P.S. 23 kwietnia 2021

Dostałem kilka dodatkowych zdjęć od właściciela tych monet. Między innymi, były zdjęcia zrobione na wprost, bez elipsoidalnego zniekształcenia. Ich obróbkę ograniczyłem do pozbycia się tła i obrzeża - zostało pole monety. Po zastosowaniu procedury opisanej w niedawnym wpisie "Szczegóły i szczególiki" otrzymałem taki animowany obrazek.

Jak widać, rysunek na obu monetach jest identycznych rozmiarów. Nie mamy więc w tym przypadku do czynienia z wariantami stempla, tylko z różną szerokością obrzeża.


czwartek, 15 kwietnia 2021

10 groszy 1973 ciąg dalszy


Fascynująca moneta.
Nic dziwnego, że temat co jakiś czas wraca.
Tak zaczynał się niedawny wpis, którego część dotyczącą tej tajemniczej monety zakończyłem zdaniem "Jestem otwarty na rzeczową dyskusję, ale na razie pozostaję przy opinii, że ta niezwykle rzadka, "najdroższa obiegówka PRL" została wybita w Kremnicy.".
Minęły dwa tygodnie i okazało się, że konieczne jest dopisanie ciągu dalszego i zmiana opinii. Trochę zdopingował mnie wątek na monetyforum.pl. Tak sobie pomyślałem, że informację o tym, że 10 gr. 1973 bez znaku mennicy wybito w Kremnicy, umieściłem kiedyś na blogu nie zastanawiając się głębiej nad wiarygodnością jej źródła. Przypomnę, napisałem wtedy tak: 
"Nie przypuszczałem, że przewodnik będzie znał odpowiedzi na moje pytania ale miałem nadzieję, że pomoże mi dotrzeć do kompetentnej osoby. Tak się też stało. Niestety, kompetentny nie oznacza wszystkowiedzący. Krótko mówiąc, podobno nie zachowały się żadne dokumenty, z których mogło by wynikać kto, kiedy i dlaczego wybił dziesięciogroszówki 1973 r. w Kremnicy. Dowiedziałem się tylko, że około roku 1993, po podziale Czechosłowacji, mennica czyściła magazyny oferując niepotrzebne już zapasy na wolnym rynku. Podobno to wtedy trafiły na rynek nasze dziesięciogroszówki.Ile ich było, kto je kupił? Tego się nie dowiedziałem."
Oparłem się na krótkiej rozmowie z dwiema osobami, tylko na rozmowie, a nie na kwerendzie dokumentów. Wysłałem do kremnickiej mennicy list z prośbą o informacje na temat najdroższej obiegówki PRL.  
Zanim przyszła odpowiedź, na facebookowym profilu GNDM pojawił się wpis poświęcony banknotom PRL, a konkretniej, paczce wzorów banknotu 100.000 złotych. Sam wpis dla mnie mało interesujący, ale coś mnie tknęło, by zajrzeć do komentarzy do wpisu, a tam... Pytanie:
Chodzą tzw. Słuchy na rynku numizmatycznym ze podobnie jak banknoty tak samo NBP wyprzedawał zapasy monet prlowskich - ile w tym jest prawdy a ile miejskiej legendy?
I odpowiedź Pana Damiana:
Sam jeszcze w 2003 roku kupiłem resztówkę 20 groszy 1957 - ostanie 79 szt; obydwie odmiany daty, w tym 2/3 odmiany z szeroką datą która była wówczas mniej chciana, bo była "brzydsza" - na ciemnym aluminium. Już od pośrednika kupowałem rybaki 1958 (bałwanki) które kupił z NBP jeszcze w latach 90-tych, a jedynie ze słyszenia znam fakt że i1 zł 1957 też na początku były w ofercie 🙂 Słynne 10 gr 1973 bz też było z NBP - znam osobę, która miała album z PRL i pokuładane po jednej stronie w holderach nominałów z jednego rocznika. Jak ubywało to brał z woreczka kupionego w NBP i uzupełniał - dopiero po czasie zorientował się, że są wśród nich również te bez znaku (jakiś czas temu sprzedawaliśmy zbiór kolekcjonera, który kupił tak w tym sklepie właśnie swoje 10 gr 1973 bz).
To, że nasza 10-groszówka była sprzedawana z zapasów NBP, oczywiście nie jest równoważne temu, że monety te wybito w Warszawie, ale oznacza, że wybito je na zlecenie NBP. Otwarte pozostaje pytanie, gdzie je wybito (i kiedy).
12 kwietnia dostałem odpowiedź z Kremnicy.

Dobrý deň pán Chalupski

konzultovala som Vašu správu s kolegom z nášho archívu. Pozeral do sumáru razby mincí pre Poľsko, no z roku 1973 sú tam razby Mincovne len 50 Groš a 20 Zloty.

10 Groš sme razili v roku 1974. Tá však pravdepodobne vzácna nie je. Vyrazili sme ich 51 060 000 kusov. Dokumentácie k razbám týchto obehových mincí máme.   

Po uvoľnení opatrení si môžeme dohodnúť stretnutie priamo u nás v Mincovni.

Na wszelki wypadek, tłumaczenie:
Skonsultowałam się w pana sprawie z kolegą z naszego archiwum. Zajrzał do zestawienia bicia monet dla Polski, ale z roku 1973 są tam tylko bicia 50 groszy i 20 złotych.
10 groszy biliśmy w roku 1974. Te jednak prawdopodobnie nie są tak cenne. Wybiliśmy ich 51.060.000 sztuk. Dokumentację dotyczącą bicia tych monet obiegowych mamy. Po zniesieniu obostrzeń możemy umówić się na spotkanie bezpośrednio w naszej Mennicy. 

Odpowiedź krótka, ale zawierająca wiele informacji, w części wymagających dalszych poszukiwań. Najpierw nasza dziesięciogroszówka. Skoro w archiwum kremnickej mennicy jest dokumentacja produkcji polskich monet z lat 1973 i 1974, to należy przypuszczać, że brak zapisów dotyczących dziesięciogroszówki 1973 oznacza, że tej monety tam nie bito. Pozostaje  więc Warszawa. 

Jedziemy dalej. "Są tam tylko bicia 50 groszy i 20 złotych". Z rocznika 1973? Dwudziestozłotówki OK - chodzi o "bloki w tle łanów zboża", ale 50-groszówki? Według naszych katalogów, w Kremnicy bito ten nominał w latach 1975, 1976 i 1978. Może więc chodziło ogólnie o  wszystkie nominały bite dla Polski. Co w takim razie z innymi, w katalogach przypisywanymi Kremnicy, ze złotówkami choćby?

I sprawa następna, 10 groszy 1974. W naszych katalogach podaje się nakład 50.000.000 sztuk, tymczasem w otrzymanej wiadomości jest ilość większa o 1.060.000 sztuk. 

Nie ma rady, trzeba tę korespondencję kontynuować. Najpóźniej jutro wyślę szerszą tym razem listę pytań. Odpowiedzią oczywiście podzielę się tu na blogu. 

Zajrzałem w starsze katalogi. 

  • Cz. Kamiński - Ilustrowany katalog monet polskich 1916-1987 - 10 gr. 1973 b.z. nie ujęto.
  • J. Parchimowicz - Katalog monet polskich od 1916 wydanie z r. 1994 - jak wyżej
  • J. Parchimowicz - Katalog monet polskich XIX i XX wieku, wydanie z r. 2000 - jest, nakład nieznany, notowanie z 11 aukcji WCN 175 złotych (chyba pierwsze aukcyjne notowanie tej monety, ale nie jestem pewien).

11 aukcja WCN odbyła się w roku 1996.

Dla porównania, za menniczą dwudziestogroszówkę z 1957 r. zapłacono na niej 100 zł. Niewielka różnica notowań może świadczyć o tym, że dziesięciogroszówka nie zaistniała jeszcze w świadomości kolekcjonerów jako wyjątkowy rarytas. 

We wspomnieniu D. Marciniaka uderza, że ten rarytas nie był sprzedawany przez NBP osobno, jako jakaś wyjątkowa moneta, tylko był zmieszany z normalnymi monetami z tego rocznika. To samo dotyczy zresztą obu wariantów dwudziestogroszówki 1957. Czy w tej sytuacji, broni się jakoś teoria, że to monety wyprodukowane intencjonalnie, jako przyszłe kolekcjonerskie rarytasy?

P.S.

Skończyłem pracę nad ostatnim tomem katalogu specjalizowanego obejmującego monety obiegowe III RP.

Do nabycia tu: 
albo tu:

sobota, 10 kwietnia 2021

20 złotych - Marceli Nowotko - zagadka nie do rozwiązania?

Krótko po wyemitowaniu pierwszych dwudziestozłotówek ("bloki", rok 1973), bo już w roku następnym pojawiły się nowe monety obiegowe o tym nominale, zaprojektowane przez St. Wątróbską. 

Monety z wizerunkiem Marcelego Nowotko warto polecić kolekcjonerom próbującym wyjść poza najprostszy schemat nominałowo-rocznikowy. Niewielkim nakładem finansowym można zbudować ciekawy zbiorek z wieloma wariantami stempli, usterkami bicia i falsyfikatami na szkodę emitenta.

Pierwszy rocznik, 1974, został wybity w Warszawie, co potwierdza znak mennicy umieszczony na awersie. I już w tym pierwszym roczniku pojawiają się drobne, ale istotne różnice w rysunku awersów. Mamy dwa warianty, a w ramach jednego z nich, dwa podwarianty.

Wariant pierwszy - legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,2 mm;
dwa podwarianty różniące się położeniem znaku mennicy.

Wariant drugi - legenda zamyka się w okręgu o średnicy 24,6 mm

W roku 1975 bicie dwudziestozłotówek rozpoczęła mennica w Kremnicy (obecnie Słowacja).
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że i w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma wariantami o różnej średnicy rysunku awersu. To złudzenie spowodowane różną szerokością obrzeża. Na obu pokazanych wyżej monetach legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,6 mm. 
Obrzeże nie jest elementem rysunku monety, tylko pochodną sposobu obróbki krawędzi stempla. Najlepiej wyjaśnić to, pokazując zdjęcie przykładowego stempla.
Stemple złotówki z 1988 r.  
Szerokość podtoczenia na krawędzi stempla determinuje szerokość i głębokość obrzeża.

Rocznik 1975 bito tylko w Kremnicy. W roczniku następnym mamy dwudziestozłotówki w dwu odmianach - ze znakiem mennicy warszawskiej i bez niego. Na monetach warszawskich znów znak mennicy wędruje.
Trzy warianty różniące się położeniem znaku mennicy.

W moim katalogu monet PRL odnotowałem istnienie dwudziestozłotówek 1976 bez znaku mennicy różniących się szerokością obrzeża awersu. 
Ze wstydem przyznaję, że uznałem, że to analogia do rocznika 1974 i nie zadałem sobie trudu zmierzenia wymiarów rysunku dla tego rocznika. Zdopingowały mnie do tego niedawne publikacje internetowe, o których wspomniałem we wpisie poświęconym tajemniczej dziesięciogroszówce z 1973 r. Konkretnie chodzi o ten komentarz:
I jeszcze jedno mi się przypomniało. Analogiem do przedmiotowej 10 groszówki jest 20 złotych z Nowotką z 1976 r. Była bita ze znakiem mennicy w Warszawie i bez znaku w Kremnicy, z odmiennym stemplem awersu. Jednakże istnieje (również rzadka) odmiana tej monety bez znaku mennicy, z awersem takim samym jak dla emisji warszawskiej.
Sięgnąłem więc po monety i wykonałem pomiary. Na awersach monet ze znakiem mennicy, legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,2 mm (jak pierwszy wariant rocznika 1974), czyli wszystko się zgadza. Tymczasem na monetach bez znaku mennicy, okazało się, że różny wygląd awersów, to nie tylko kwestia szerokości obrzeża. Średnica legendy monet w wariancie z wąskim obrzeżem wynosi 25,3 mm, a dla wariantu z szerokim obrzeżem 25,8 mm. Błąd pomiaru szacuję na ± 0,5 mm. Czyli...
Jeden z wariantów dwudziestozłotówki 1976 bez znaku mennicy ma awers o wymiarach identycznych, jak na monetach wybitych w Warszawie, drugi zgadza się z wymiarami monet bitych w słowackiej Kremnicy. 

Czy na tej podstawie można przyjąć, że część nakładu rocznika 1976 bez znaku mennicy wybito w Warszawie? Moim zdaniem, nie. Za bardziej prawdopodobne uważam, że w Warszawie wykonano część stempli, których użyto w Kremnicy lub matrycę do nich. 
To oczywiście tylko przypuszczenie. Pewność może dać tylko wgląd w archiwa obu mennic, a to, jak przypuszczam, łatwe nie będzie. 

piątek, 2 kwietnia 2021

1 fenig 1917 - egzemplarz Nr 31

Na rynku pojawił się i został sprzedany kolejny, już trzydziesty pierwszy znany mi egzemplarz feniga Królestwa Polskiego z roku 1917.

Rewers czytelny, awers w znacznie gorszym stanie. Końcowa cena, 1652 zł (prowizja wliczona) odzwierciedla i stan zachowania i obniżającą się z roku na rok ocenę rzadkości.

Na tej samej aukcji był też drugi egzemplarz, zachowany lepiej, z pełną czytelnością rysunku i ze śladami długiego, bliskiego kontaktu z korzeniami trawy.  

W tym przypadku cena była zdecydowanie wyższa. Pół roku wcześniej, na 25 aukcji AMN ten sam egzemplarz sprzedano za 2875 zł + młotkowe.

Na marcowej aukcji Numimarketu, w części poświęconej monetom Królestwa Polskiego 1917-1918 była jeszcze jedna ciekawostka - krążek jednofenigówki (blank).

Sprzedany za 650 zł + młotkowe. Jego oryginalność potwierdził PCGS. 
Problem w tym, że chęć zweryfikowania tej oceny, która musi opierać się na pomiarach fizycznych - średnica, waga, analiza spektralna, musi wiązać się ze zniszczeniem slabu. To z kolei może sprowokować do brzydkich posądzeń albo i pomówień o podmianę. Ja swojego egzemplarza, kupionego w 2007 r. w sklepie Jana Mączki, "puszkować" nie zamierzam.
To były inne czasy, inne ceny. Oprócz tego krążka kupiłem wtedy szóstaka SAP 1794, ładnego półgroszka Olbrachta i pruskie bicie grosza Augusta III z 1755 r. za wszystko płacąc 90 zł. Pan Jan oferował wtedy również wybitą jednofenigówkę z 1917 r. 

Cena ofertowa, 7000 zł mocno przekraczała mój kolekcjonerski budżet. I dobrze, bo półtora roku później zapłaciłem 1725 zł za egzemplarz z pewnością gorzej zachowany, ale czytelny.

Tak mi się dzisiaj na wspominki zebrało. Pana Jana nie ma z nami od 4 listopada 2008 r. Wielka szkoda, bo i wiedzę i styl miał niepospolite.


Printfriendly