Google Website Translator Gadget

niedziela, 19 maja 2019

Przeczytałem, zobaczyłem, wysłuchałem...

Na początek cytat (Gazeta.pl/next):
Belgia wycofuje drobne monety, zaokrągla ceny. Od grudnia sprzedawcy będą obowiązkowo uśredniać kwoty do 5 centów przy płatności gotówką. To kolejny kraj, który decyduje się na rezygnację z groszy. Także w Polsce, zdaniem ekspertów, należałoby to rozważyć.
Co tu rozważać? Kalkulator i wszystko jasne. Nie wierzę też w przywiązanie Polaków do groszy. Codziennie prawie jestem świadkiem lekceważenia, jeśli nie pogardy, do najniższych nominałów monet. Pieniądze wydawane na zakup jedno- i dwugroszówek od mennicy, niezależnie od tego, która to mennica, można wydać lepiej i z większym pożytkiem dla wszystkich. I nie jest żadnym pocieszeniem, że w USA stale bije się miliardy jednocentówek. Ich bardziej na to stać, a u nas obieg gotówkowy zanika.

Teraz trochę o zastosowaniach fizyki w numizmatyce.
Fizyka opisuje i próbuje wyjaśniać świat. Czasem lepiej, czasem gorzej. Prawa fizyki wykorzystywano (i wykorzystuje się nadal) do badania stopów na monety, do konstruowania narzędzi i maszyn do produkcji monet i do badania monet. Ta ostatnia dziedzina, to oczywiście i narzędzia proste, od wieków znane, jak szkła powiększające, mikroskopy, wagi, suwmiarki itp. ale też coraz bardziej wyrafinowane urządzenia wykorzystujące nowsze odkrycia fizyków. Podczas krakowskiej edycji Toruńskich Warsztatów Numizmatyki Antycznej mieliśmy możliwość sprawdzenia w działaniu urządzeń Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych LANBOZ. Między innymi spektroskopu umożliwiającego bezinwazyjne badanie składu monety. Wielkie zasługi dla numizmatyki ma Fraunhofer-Gesellschaft zur Förderung der angewandten Forschung e.V., czyi w skrócie Towarzystwo Fraunhofera. Nazwa pochodzi oczywiście od nazwiska fizyka i astronoma Josepha von Fraunhofera. Towarzystwo, zgodnie z nazwą, zajmuje się wspieraniem badań stosowanych, czyli dążeniem do praktycznego wykorzystywania wyników badań podstawowych. Na stronie towarzystwa pojawiła się niedawno, w dziale wiadomości dla mediów, notatka zatytułowana "Facial recognition for coins". Tytuł zaskakujący w pierwszej chwili, bo cóż wspólnego ma rozpoznawanie twarzy z monetami. Lektura i zdjęcia rozwiewają wątpliwości. W jednej z wielu placówek badawczych Towarzystwa opracowano (skonstruowano i oprogramowano) urządzenie do skanowania monet, pozwalające na digitalizację zbiorów numizmatycznych. Niby nic nowego, bo gabinety numizmatyczne, firmy aukcyjne i kolekcjonerzy na całym świecie od dawna fotografują monety i tworzą archiwa zdjęć. Urządzenie, o którym mowa, to krok dalej. Oprócz zdjęcia w świetle widzialnym, na obraz monety składa się również warstwa z trójwymiarowym odwzorowaniem powierzchni. Trochę przypomina to zdjęcia terenu w technologi LIDAR - kto nie wie o co chodzi, niech zajrzy np. na Geoportal. W rezultacie dostajemy obraz, na którym widać więcej, niż na monecie, a to po pierwsze umożliwia dokładniejszą identyfikację mniej czytelnych monet, po drugie umożliwia stwierdzenie identyczności monety - na przykład upewnienie się czy moneta wypożyczona z kolekcji na wystawę i moneta zwrócona po zakończeniu wystawy, to ta sama moneta i czy nie została w jakiś sposób uszkodzona, po trzecie umożliwia precyzyjną analizę stempli menniczych. Takie połączenie wykorzystania fizyki i informatyki daje świetne perspektywy badaczom numizmatyki, szczególnie antycznej i średniowiecznej.

Wysłuchałem w ubiegłym tygodniu wykładu "Sarmaci, rzymskie monety i polscy kolekcjonerzy numizmatów" zaprezentowanego przez kierownika Gabinetu Numizmatycznego MNK, Jarosława Bodzka.

Mowa była o przyczynach włączania pewnych monet rzymskich do kolekcji monet polskich i z Polską związanych. Nie będę teraz streszczał wykładu, bo cztery lata coś już na ten temat na blogu napisałem, i w tym zakresie niczego nowego się nie dowiedziałem. Bohaterkami wykładu były monety Marka Aureliusza i Konstantyna Wielkiego, w których legendach pojawia się odniesienie do Sarmacji. Pan Bodzek przedstawił wszystkie sześć egzemplarzy tych monet, które w swojej kolekcji miał Emeryk Hutten-Czapski i ich pochodzenie. I to była najciekawsza część wykładu. Zwykle nie zastanawiamy się nad tym, jak tych prawie dwieście lat temu tworzył się kolekcjonerski ruch numizmatyczny, jak powstawał rynek numizmatów, a to historia bardzo ciekawa. Pokazująca relacje między kolekcjonerami i wzajemne wpływy na zakres zainteresowań, a także realia "pracy" kolekcjonerów - prowadzenie bogatej korespondencji (i jej archiwizowanie) i prowadzenie rejestrów transakcji.
Na koniec okazało się, że za sprawą wspomnianego wyżej wpisu na moim blogu, byłem jednym z bohaterów wykładu, jako przykład trwania tradycji włączania monet rzymskich o sarmackich konotacjach do zbiorów monet polskich, pomimo utrwalenie się świadomości prawdy, że Sarmaci, to Sarmaci, a Polacy, to Polacy i nie można mówić o sarmackim pochodzeniu naszego narodu. Faktem jest jednak, że sarmatyzm odegrał bardzo ważną rolę w naszej kulturze, sztuce, piśmiennictwie i obyczajowości XVII i XVIII w. i nie można udawać, że takie zjawisko nie istniało. Nie dość, że istniało, to wywarło potężny wpływ na całą naszą późniejszą historię.

Niestety nie będę mógł bezpośrednio uczestniczyć w kolejnej, czwartej już sesji wykładowej przed ósmą aukcją GNDM. Szkoda, bo program jest niezwykle ciekawy.
Na szczęście dobrą tradycją tych sesji wykładowychjest ich nagrywanie i udostępnianie w Internecie. Na pewno znajdę czas na uważne obejrzenie i wysłuchanie wykładów. Szkoda tylko tych kuluarowych spotkań i rozmów przed, w pzerwach i po wykładach. Mówi się trudno. W końcu nie przypuszczam, żeby po tak udanych sesjach poprzednich i świetnie zapowiadającej się sesji następnej, ta tradycja miała by zaniknąć.


Na koniec prośba. Powtórzę tu treść postu Warianty napisu SALUS REIPUBLICAE SUPREMA LEX na rancie Nike , który umieściłem na forum TPZN.
Nike, to pierwsze masowo bite monety II RP z napisem na rancie. Napis „SALUS REIPUBLICAE SUPREMA LEX” - dobro Rzeczpospolitej najwyższym prawem.
Początkowo mennica tłoczyła napis na maszynie, w której krążek pod dużym naciskiem toczono po płaskiej kliszy z wypukłymi literami. Maszyna miała zbyt małą wydajność opracowano więc nowe, wydajniejsze urządzenie, w którym klisza z napisem miała kształt krążka. W momencie, gdy przygotowywałem do druku mój katalog monet II RP miałem niewiele danych o wariantach napisu na rancie. Napisałem wtedy, że:
Na pięciozłotówkach z Nike można zaobserwować różne warianty napisu na rancie. Podstawowe dwa, to
I. przerwa między LEX i SALUS ma 10 milimetrów,
II. przerwa między LEX i SALUS ma 18 milimetrów.
   Istnieją też monety, na których odstęp ten wynosi 8 lub 13 mm. Wariant I znajdujemy na Nike bitych zarówno w Warszawie, jak i w Brukseli. Można z tego wnioskować, że i tu i tam używano krążków z jednego źródła.
Zostałem niedawno zapytany:
Czy istnieją jakieś źródła , które by ten temat zgłębiał ?  Dlaczego mamy różne odległości ? Jaki udział procentowy jest danych monet pod względem wariantów odległości ? Czy charakterystyczne fale, które występują czasami na rantach są powiązane z którymś konkretnie wariantem odstępu ?

Moje pięciozłotówki z Nike przedstawiają się tak:

1928 - Bruksela
7 mm
9 mm

1928 - Warszawa
9 mm - znak mennicy 1,2 mm od stopy
12 mm - znak mennicy 1,7 mm od stopy
10 mm i 14 mm - znak mennicy 2,1 mm od stopy

1930
13 mm

1931
14 mm

Rocznika 1932 nie mam

Ponieważ nie mam dostępu do dużej ilości tych monet, a zdjęcia i opisy w ofertach aukcyjnych nie niosą potrzebnych informacji, proszę o zmierzenie odległości między LEX, a SALUS (po obwodzie, od prawej krawędzi X do lewej krawędzi S) i podzielenie się wynikami w tym wątku. Może uda się coś ciekawego z tego wywnioskować.
Informacje proszę umieszczać w wątku na forum TPZN, a jeśli ktoś nie chce się tam na rejestrować, proszę kliknąć w odnośnik "Napisz do mnie" i wysłać wiadomość bezpośrednio na moją skrzynkę e-mail.

piątek, 3 maja 2019

Półtorakowa zagadka.

Półtoraki bito w Polsce w latach 1614-1756. Z przerwami, czasem bardzo długimi. Dziś o pierwszym okresie (1614-1627) z naciskiem na lata dwudzieste. Przykład rewersu półtoraka z tego okresu:
Półtoraki bito masowo. Ręcznie, więc stemple zużywały się szybko. Zużyte zastępowano nowymi, wykonywanymi pośpiesznie, siłą rzeczy niezbyt starannie. Równie często zużywać się musiały punce z elementami rysunku stempli, z literami, cyframi, ozdobnikami itd.
Na rewersie mamy zawsze cztery cyfry - dwie ponad jabłkiem królewskim - to dwie cyfry rocznika, dwie w dolnej części jabłka - to teoretyczna wartość monety 1/24 talara. Teoretyczna tylko, bo wartość talara w półtorakach mierzona zawartością czystego srebra wynosiła nie 24 tylko od około 34 w roku 1614 do około 58 w 1625. Może prawdziwe było by to w roku 1600, kiedy Kacper Rytykier  w książeczce "Wizerunk i szacunek mynic wszelakich cudzoziemskich" pisał:
Naprzód to potrzeba wiedzieć, iż niektóre półtoraki Rzeszy, które mają liczbę 24 w jabłku z krzyżem napisaną, mogą bydź bez szkody po półtoru groszy brane: których w Rzeszy Niemieckiey biorą 24 za talar.
ale wtedy jeszcze w Rzeczpospolitej półtoraków nie bito.
Wracamy do zdjęcia rewersu, dokładniej do widocznych na nim cyfr. W tym konkretnym przypadku mamy rocznik 1623 (to coś, przypominające kółeczko, to cyfra 2). Widzimy też, że obydwie dwójki wybito używając tej samej puncy.
Jeszcze dwa przykładowe rewersy.


 Mamy trzy układy cyfr:
2 - x | 24
Z - x | Z4
2 - x | Z4
Być może istnieją półtoraki z  układem 
Z - x | 24
ale ani takiego nie mam, ani nie widziałem.

Litera Z w roli cyfry 2 pojawiała się w rocznikach 1614-1618, oczywiście w oznaczeniu nominału. Cyfra 2 wkracza w to miejsce w roku 1618 ale występuje zamiennie z Z do roku 1620, co oznacza, że nie występuje korelacja ze zmianą podskarbiego w roku 1616. Korelacji takiej można doszukiwać się z następną zmianą podskarbiego. W roczniku 1625 na półtorakach z herbem Sas, nominał występuje w formie 24, na znakomitej większości półtoraków z Półkozicem widzimy Z4. Na nich nominał w formie 24 jest tylko na rzadkich monetach z rocznikiem poprawianym z 24 na 25 i tylko jednym, czy dwóch wariantach z datą zapisaną jako 25 oraz jednym wariancie rocznika 1627. 

Jako pierwsza cyfra oznaczenia rocznika, litera Z jest na części rocznika 1620, później znika i wraca na to miejsce dopiero w roku 1626 ale nie wypiera całkowicie cyfry 2. 

Zastanawiałem się, czy tymi układami cyfr rządził przypadek, czy jakaś nieznana nam reguła. Jeśli pominąć nieliczne wybryki typu błędne przedstawienie rocznika 1621 w formie Z - 1 mamy taki obraz:

rocznik   rok  | nominał
----------------------------------------------------
1620     Z - 0 | Z4 lub 2 - 0 | 24 lub 2 - 0 | Z4
1621     2 - 1 | 24
1622     2 - 2 | 24
1623     2 - 3 | 24
1624     2 - 4 | 24
1625     2 - 5 | 24 lub 2 - 5 | Z4
1626     2 - 6 | Z4 lub 2 - 6 | Z4 lub Z - 6 | Z4
1627     2 - 7 | 24 lub 2 - 7 | Z4 lub Z - 7 | Z4
Wygląda więc na to, że od pewnego momentu w roku 1620 do pewnego momentu w roku 1625 reguła nie pozwalała na zastępowanie cyfry 2 literą Z. Kolejna reguła weszła w życie w roku 1625 - nominał ponownie zaczęto przedstawiać w formie Z4. Oczywiście w okresach przejściowych występowały odstępstwa od reguł, dzięki czemu mamy kilka wspomnianych wyżej rzadkich wariantów napisowych. Niedawno do mojego zbioru trafił półtorak będący dowodem na istnienie tej właśnie reguły, która musiała być w jakiś bardzo wyraźny sposób nakazana, a jej przestrzeganie kontrolowane i to na tyle mocno, że mniej istotna stała się oczywista reguła pragmatyczna. Jeśli na stemplu ma kilka razy wystąpić ten sam znak, litera albo cyfra, to nabija się ją na stempel tym samym narzędziem. Dlatego na pierwszym zdjęciu w tym wpisie obydwie dwójki są identyczne (choć do dwójki mało podobne). Identyczne są też litery Z na zdjęciu drugim.
Oto moneta, o której wspomniałem.
Zobaczcie, jak wygląda "dwójka" w nominale.
Punca z literą Z zużyła się albo gdzieś zapodziała, pręgarnia czekała na stemple, trzeba było sobie jakoś radzić. Najprościej było by nabić na stemplu puncę z cyfrą 2 użytą do zapisania rocznika, ale nakaz, to nakaz. Na monecie ma być Z4, to będzie. Nabite przy pomocy jakichś dwu niekompletnych punc, ale będzie Z4, a nie 24.
Mała ciekawostka, a cieszy. Jeszcze bardziej ucieszył by mnie półtorak z tego rocznika, który został wybity stemplami wykonanymi przez rytownika, który pragmatyzm cenił wyżej, niż jakieś tam odgórne nakazy. Niestety, nie trafiłem na razie na półtoraka z datą 2 - 4 lub Z - 4 i nominałem 24. Najważniejsze, że wiem, czego szukać.

sobota, 13 kwietnia 2019

O trudnych początkach badań nad średniowiecznym mennictwem Polski

Tytuł wpisu, to rozszerzenie tytułu wykładu pana Mateusza Woźniaka - kolejnej odsłony wykładów z cyklu "Numizmatyka, czyli co?" organizowanego przez krakowskie Muzeum Czapskich.
Jak sam prelegent zaznaczył, na tytułowe pytanie "Czy Piast Kołodziej bił monety" nie da się odpowiedzieć. Po pierwsze dlatego, że nie mamy pewności, czy Piast Kołodziej to postać historyczna. Po drugie, bo brak jakichkolwiek świadectw materialnych na istnienie polskiego mennictwa przed Chrobrym. Pomijając całkowicie wątpliwości, czy przed Chrobrym (i jego ojcem) Polska istniała.
Całkiem spore grono ludzi takich wątpliwości nie ma. I to nie od dziś. Jedną z takich osób był Tadeusz Wolański, urodzony jeszcze za panowania Stanisława Augusta, zmarły w 1865. Syn radcy dworu Stanisława Augusta, przy okazji  przyrodnika, alchemika i oczywiście masona.
Wolański uczestniczył w wyprawie Napoleona na Moskwę w 1812 roku (dostał za to Legią Honorową) ale nie poświęcił się karierze wojskowej. Jego pasją stały się badania historyczne i archeologia oraz kolekcjonerstwo.
Zbierał monety i medale, zabytki archeologiczne ale i okazy przyrodnicze - muszle, motyle, ptaki. Może pod wpływem ojca? Oczywiście miał też bogatą bibliotekę.
Jego pasja historyczna była bardzo ściśle ukierunkowana - poświęcił się udowodnianiu, że Słowianie powinni być zaliczani do najpotężniejszych i może nawet najważniejszych cywilizacji starożytności. Do dziś znajduje licznych naśladowców i kontynuatorów. Nie zamierzam ich tu reklamować, bo ich teorie, to łagodnie mówiąc pseudonaukowy bełkot, a czasem czyste oszustwo, jak każde inne ukierunkowane na zysk, nieważne czy w postaci pieniądza, czy "sławy".
Wolański już za życia budził liczne kontrowersje. Gdy europejskie czasopisma naukowe odmawiały publikowania jego dysertacji, Wolański zebrał je i w roku 1845 sam opublikował w Gnieźnie w wydawnictwie Ernesta Günthera - "Tadeusza Wolańskiego listy o starożytnościach słowiańskich: zbiór pierwszy z 143 rycinami na XI tablicach".
Jego najbardziej znane dzieła, zresztą do dziś wznawiane, to dwie części pracy "Tadeusza Wolańskiego odkrycie najdawniejszych pomników narodu polskiego" wydanej w 1843 r. Ciekawi znajdą je w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Wiek dziewiętnasty przyniósł  masę odkryć numizmatycznych. Zastosowanie nowych technologii w rolnictwie, zwłaszcza głębszej orki, spowodowało ujawnienie licznych skarbów monet, w tym tych najstarszych, średniowiecznych. Porozbiorowa moda na zbieranie historycznych pamiątek utraconego państwa obejmowała też numizmatykę, a punktem honoru kolekcjonerów i badaczy było posiadanie jak najstarszych okazów polskich. Na pierwszych tablicach z rysunkami monet w publikacjach numizmatycznych Czackiego, Stronczyńskiego, Lelewela, Stężyńskiego-Bandtkie pełno monet, które poza tym, że znajdowane na polskich ziemiach, z Polską nic wspólnego nie miały. W roli pomników naszego mennictwa występują tam półbrakteaty z Hedeby, czeskie denary Brzetysława, niemieckie brakteaty.
W miarę rozwoju numizmatyki, w tym u zachodnich sąsiadów, poprawiały się możliwości datowania i ustalania atrybucji monet ze skarbów na podstawie składu znalezisk. Część błędów prekursorów naszej numizmatyki została wyeliminowana, ale w bardzo wielu przypadkach wątpliwości dotrwały do naszych czasów. Koronnym przykładem są denary uznawane do niedawna za pierwsze polskie monety, wybite za Mieszka I, które w świetle analiz składu skarbów dokonanych przez prof. Suchodolskiego należy przypisać Mieszkowi Drugiemu.
Nasi poprzednicy sprzed półtora wieku, jak wspomniałem, często albo dawali się nabierać sprytnym fałszerzom, albo nawet sami posuwali się do mistyfikacji. Na rynku pojawiały się fantazyjne okazy przypisywane pierwszym Piastom, albo nawet ich poprzednikom, a oryginalne średniowieczne monety, często źle wybite i słabo zachowane uznawano za  polskie na podstawie błędnie odczytywanych napisów i rysunków. Chciejstwo w czystej postaci!
 Barbarzyńskie naśladownictwa antycznych medalionów z legendami "odczytanymi" przez Wolańskiego, rzekomy dowód na antyczność mennictwa piastowskiego, a nawet polskiego.

Żeby było ciekawiej, przyznać trzeba, że czasem Wolański miał rację. Mówili o tym i M. Woźniak i kilka miesięcy temu, na sesji GNDM S. Suchodolski. Chodzi o monetę, którą dziś uznajemy za najstarszy denar Bolesława Chrobrego.
Okazuje się, że taką monetę Wolański miał w kolekcji. Opublikował jej rysunek, ale jego krytycy uznali, że przypisywanie jej pierwszym Piastom jest błędem. Przez długie lata przyjmowano, że jedyny istniejący okaz tej monety pochodzący ze zbioru Wolańskiego, zaginął, ale to żadna strata dla polskiej numizmatyki. Do lat 90-tych XX w. kiedy to w Rajskowie koło Kalisza znaleziono średniowieczny skarb. Jego część (tylko) trafiła do Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej. Skarb datowano na końcówkę X wieku, a pełnym zaskoczeniem był ujawniony w nim denar znany z publikacji Wolańskiego. Drugi egzemplarz odkryto na Pomorzu w Garsku w roku 1994.

Nie jest łatwo kolekcjonować średniowiecze. Ze względu na koszty (choć nie zawsze, jak zaraz pokażę) i ze względu na trudności z ustaleniem, co właściwie mamy. Już samo ustalenie co przedstawia rysunek monety bywa bardzo trudne. Spróbujcie popatrzeć na brakteaty z którejś z ostatnich aukcji. Nie mniej kłopotów sprawiają legendy - poodwracane litery, czasem czytane zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara, czasem odwrotnie... Wykonawcy stempli chyba nie zawsze umieli czytać.
Kupiłem niedawno coś takiego
Za całe 70 PLN (z przesyłką), więc raczej tanio. Oczywiście zaraz zabrałem się za ustalanie co też to może być. Po jednej stronie mamy kapliczkę z ułożonym ukośnie krzyżem w centrum, po drugiej krzyż. Po obu stronach trudno czytelne legendy, a właściwie pseudolegendy, bo żadnego sensu w tych "napisach" nie ma. Sięgnięcie po CNP, dla niezorientowanych Corpus Nummorum Poloniae M. Gumowskiego z 1939 r. oczywiście przyniosło odpowiedź - numer 423 - "denar biskupi z kaplicą", który Gumowski opisał, jako monetę naśladującą niemieckie denary Ottona i Adelajdy napływające do Polski w dużych ilościach od samego początku rządów Bolesława Chrobrego. Uznał więc, że ten typ monet biskupich należy umieścić w latach ok. r. 992, w czasach urzędowania biskupa poznańskiego Ungera (984—1012). Grupę denarów, do której należy moja moneta opisał Gumowski tak:
"Opisana  wyżej  grupa  denarów  różni  się  od  innych  tym,  że  ma już  zdecydowany  rysunek  kapliczki  i  krzyża,  oraz  że  w  środku kapliczki  nosi  krzyżyk  prosty  +,  ukośny  X,  lub  duży  X.  Napisy otokowe  są  tu  jeszcze  bez  znaczenia,  składają  się  bowiem przeważnie z  klinów,  czasem  z  kółek,  a  jeszcze  rzadziej  z  liter. W  literach  powtarzają  się  D i O,  oraz  końcówka  NIE,  wzięta widocznie  z  monet Princes  Polonie.  Denary  tej  grupy  znalazły się  blisko  w  100  naszych wykopaliskach,  z  których najwcześniejsze  są:  Drołtowice,  Gniezno,  Murczyn,  Tylewice etc.,  zakopane  około  r.  1000"
Szczególnie interesujący jest ten fragment o denarach Princes Polonie. To jednak nadinterpretacja. Sprawdziłem jeszcze jedną książkę z mojej biblioteczki - "Katalog średniowiecznych monet niemieckich  w zbiorach Zakłądu Narodowego imienia Ossolińskich" autorstwa Barbary Butent-Stefaniak. I co? Oczywiście moja moneta jest i tu (nr 121), z adnotacją, że to CNP nr 423, ale opisana mniej entuzjastycznie - denar krzyżowy, typ II, 992-1025, mennica Magdeburg. Siłą rzeczy "NIE" widoczne w legendzie z denarami Chrobrego nie ma nic wspólnego. Jakoś to przeżyję. Moneta mi się podoba i w zbiorze zostaje.



PS.
Porządne miasto powinno leżeć nad rzeką, najlepiej dużą.

niedziela, 31 marca 2019

Cieszyńskie obole

O pieniądzu, jego genezie i roli (rolach) już tu pisałem - przecież stale o tym piszę. I dziś znów o tym napiszę i nie będzie to wpis krótki.
Czym innym był (i jest) pieniądz dla władcy, czym innym dla obywatela, żeby nie powiedzieć poddanego. Obowiązkiem władcy (króla, księcia, cesarza, rządu, rady miejskiej) jest dostarczenie władanym narzędzia umożliwiającego wymianę handlową czyli pieniądza. Przy okazji pieniądz, jest też narzędziem propagandy i manifestacją niezależności albo wspólnoty. Dla władcy, pieniądz jest też oczywiście źródłem zysku. Może raczej nie sam pieniądz, tylko mennica, która płaci władcy za prawo bicia monety, nieważne jak tę zapłatę nazwiemy, czy podatkiem, rentą czy też czynszem dzierżawnym.
Tu na scenie pojawia się kolejna grupa zarabiająca na pieniądzu - przedsiębiorcy menniczy. Zanim o pewnym konkretnym przedstawicielu tej profesji napiszę, krótkie (albo i nie) wprowadzenie historyczne.
Kiedy mowa o księstwach śląskich, myślimy zwykle o średniowieczu, no co najwyżej o ostatnich śląskich Piastach, czyli o wieku siedemnastym. Czy wiecie, że Księstwo Cieszyńskie formalnie przestało istnieć dopiero w roku 1918?
Powstało około roku 1290, jak zwykle w przypadku całego Śląska, przez podział. Najpierw Władysław podzielił między synów Księstwo Opolsko-Raciborskie, później Mieszko i Przemysław panujący wspólnie w Raciborzu dokonali następnego podziału. Mieszko zatrzymał tereny pomiędzy Ostrawicą, a Sołą i stał się założycielem linii Piastów cieszyńskich. Synowie Mieszka poszli tym tropem dalej i rozdzielili księstwo ojca na część oświęcimską i cieszyńską. Ta ostatnia przypadła Kazimierzowi Pierwszemu, który choć Piastem z pochodzenia będący, w roku 1327 złożył hołd lenny królowi czeskiemu.
Ważną datą w dziejach księstwa był rok 1498, w którym książę Kazimierz II otrzymał od Władysława Jagiellończyka przywilej w którym zezwalano na dziedziczenie księstwa, również w linii żeńskiej, do czwartego pokolenia włącznie. Przywilej wykorzystano w pierwszej połowie siedemnastego wieku. Po śmierci księcia cieszyńskiego Adama Wacława, dziedzicem został jego małoletni syn Fryderyk Wilhelm.
Księstwem najpierw rządzili regenci, później rządy przejął sam Fryderyk, ale trwało to krótko. Książę niespodziewanie i bezpotomnie zmarł w sierpniu roku 1625. W tym momencie cesarz Ferdynand III Habsburg, jako suweren, usiłował przejąć księstwo. Na scenę wkroczyła Elżbieta Lukrecja, młodsza z dwóch sióstr zmarłego Fryderyka Wilhelma.Elżbieta urodziła się 1 czerwca 1599 r. Jej ojciec jeszcze przed śmiercią zaaranżował małżeństwo córki z mocno od niej starszym Gundakerem von Liechtestein, nawiasem mówiąc, jednym z regentów sprawującym władzę za małoletniego Fryderyka Wilhelma.
Elżbieta twardo przeciwstawiła się planom Ferdynanda III i po długich perturbacjach uzyskała na mocy jagiellońskiego przywileju cieszyński tron.
Pora na zajęcie się monetami. Cieszyn miał prawa mennicze. Do czasów Fryderyka Wilhelma włącznie bito w mennicach w Cieszynie, Skoczowie i Bielsku monety - od halerzy, po talary, z tytulaturą i portretami książąt cieszyńskich.
Grosz Adama Wacława z 1608 r.

W niewielkich ilościach, bo księstwo nie miało kopalń srebra, ale bito. Z chwilą przejęcia władzy przez Elżbietę Lukrecję, cesarz Ferdynand potwierdził przywilej menniczy, ale zastrzegł, by emitowane w księstwie monety ściśle odpowiadały cesarskim, co do próby, nominałów i wyglądu. Tylko pod tym warunkiem mogły kursować na równi z cesarskimi. Najpierw, w 1642  zaczęto bić grosze (trzykrajcarówki), w roku 1644 pojawiły się krajcary - wszystkie z portretem Ferdynanda III na awersie, ale z cieszyńską legendą na rewersie. Bił je mincmistrz Dietrich Rundt, który działał w Cieszynie jeszcze za Adama Wacława. W roku 1648 na niecałe dwa lata mennicę przejął Ludwik Bremen. W roku 1649 zastąpił go Gabriel Goerloff, człowiek bardzo przedsiębiorczy, pomysłowy i sprawny. Zaniechał bicia krajcarów, kontynuował bicie groszy z portretem Ferdynanda III i rozpoczął bicie goszyków (greszli) z jabłkiem królewskim, jak na innych śląskich greszlach.
Greszel 1650 z literami GG pod nogami górnośląskiego Orła.
Wszystkie te monety były przeznaczone do obiegu w księstwie i cesarstwie. Jak wspomniałem, Goerlof był człowiekiem przedsiębiorczym. Płacił księżnej trzysta talarów rocznego czynszu za mennicę i chciał mieć z tego jak największy zysk. W roku 1650 wybił piękne talary z portretem księżnej Elżbiety Lukrecji. Te monety nie trafiały do obiegu. Można je w sumie nazwać donatywami, bo taką rolę pełniły. A już z całą pewnością donatywami były złote odbitki tych talarów o wadze 5 i 10 dukatów.
To były nominały najwyższe. Oprócz nich, też w roku 1650 rozpoczęło się bicie nominałów najniższych - oboli. To monety przedziwne. Z pewnością nie przeznaczone do obiegu na ziemiach Cieszyna i w cesarstwie habsburskim. O ile mogły by uchodzić za równoważne cesarskim halerzom, to ich wygląd monety cesarskiej nie przypominał.
Obol cieszyński Elżbiety Lukrecji z 1652 r.
W legendach ani słowa o Habsburgach, ani śladu korony cesarskiej. Za to są korony książęce, i nominał OBOLVS:PRINCIPA:TESC - obol księstwa cieszyńskiego. A wygląd? Nie da się ukryć, że bardzo zbliżony do szelągów polskich, ryskich, inflanckich...
Całość emisji bitej w prawie czystej miedzi (bo nawet deklarowanej próby jednołutowej monety te nie trzymały) szła na eksport do Rzeczpospolitej Obojga Narodów, głównie na Litwę, czyli na ziemie dzisiejszej Ukrainy i Białorusi. Tam te monety często są znajdowane i oferowane później na rynku razem z niezliczonymi szwedzkimi szelągami ryskimi bitymi przez Gustawa Adolfa, Krystyny i Karola. To był proceder bardzo zyskowny, a przy okazji zapewniający dopływ surowca do cieszyńskiej mennicy, bo obole sprzedawano za srebro w postaci innych monet albo srebrnego złomu.
Kto wpadł na pomysł umieszczenia na awersie litery T w kształcie, jak na średniowiecznych halerzach cieszyńskich i czyim pomysłem było nazwanie tych monet obolami nie wiemy. Być może to ambitna księżna Elżbieta Lukrecja chciała nawiązać do wielowiekowej tradycji swoich włości. W każdym razie inicjatorem emisji musiał być Goerloff. Może o tym świadczyć to, że po śmierci Elżbiety w maju 1653 roku, kiedy księstwo przeszło do domeny habsburskiej, a jego władcą został Ferdynand IV Habsburg (na krótko, bo tylko na rok), Goerloff utrzymał prawo bicia monety w Cieszynie. Powołał się na to, że miał opłaconą dzierżawę mennicy do roku 1654. Kontynuował więc bicie monet według ordynacji cesarskiej.
Greszel Ferdynanda IV z 1653 r. 
Na piersi orła herb Habsburgów zamiast śląskiej szachownicy.

Kontynuował też bicie oboli!
Obol cieszyński z roku 1654.
Teraz już z koroną cesarską na literą T, bez korony książęcej na rewersie.
Goerlof zakończył działalność w cieszyńskiej mennicy w roku 1655, już po śmierci Ferdynanda IV (nie nacieszył się Ferdynand długo Cieszynem). Najwidoczniej i tym razem z góry zapłacił czynsz dzierżawny za mennicę, a to uznawały wszystkie cesarskie komisje.
W roku 1655 mennica w Cieszynie zakończyła działalność na zawsze. Księstwo przetrwało do końca października 1918 roku. Później rozpoczęły się spory dyplomatyczne i militarne o przynależność ziem księstwa. 23 stycznia 1919 roku oddziały czechosłowackie zaatakowały Śląsk Cieszyński korzystając z zaangażowania Polski w wojnę z Rosją. Podobnie postąpiła Polska w roku 1938 zajmując Zaolzie.

Skąd pomysł na dzisiejszy wpis? Tydzień temu dostałem zaproszenie.
Oczywiście pojechałem.
Wysłuchałem ciekawego wykładu pana Zbigniewa Kalety
Obejrzałem wystawę ekslibrisów (wiele znajomych nazwisk) i żetonów.
 
Po powrocie do domu, przygotowując się do pisania skonstatowałem, że dotąd ukazało się bardzo niewiele opracowań poświęconych cieszyńskiej mennicy (zresztą tak jak i innym śląskim mennicom). Jedyną pozycją w mojej biblioteczce (oprócz oczywiście opracowań ogólnych), w której temat tej mennicy względnie całościowo omówiono jest niewielka broszura Jaromira Kalusa z 1994 roku, na której okładce wizerunków cieszyńskich monet nie sposób się dopatrzeć.
W środku jest oczywiście lepiej.
Nie mam na półce opracowania Piotra Kalinowskiego
ale jest ono dostępne w FBC. Obu tym pozycjom daleko do miana monografii. Ktoś chętny do jej napisania?



 

niedziela, 24 marca 2019

Moje rzymskie monety

Dawno temu obiecałem i, wstyd przyznać, o obietnicy zapomniałem. Przypomniano mi o tym niedawno i obiecałem jeszcze raz. Nie będzie do trzech razy sztuka. Teraz zapisałem w kalendarzu, a kalendarz rzecz święta.

Deklarując po raz drugi i ostatni, że napiszę o moich rzymskich monetach, pochwaliłem się, że mam ich aż/tylko* dwadzieścia siedem.
Najstarsza, brzydki, jak nieszczęście denar Marka Aureliusza, mojego ulubionego stoika.

Najmłodsza, niewielki (21 mm, 5,2 grama) brązik Arkadiusza.
Arkadiusz, czyli Flavius Arcadius był synem Teodozjusza I Wielkiego. Urodził się w roku 377 albo 378. Jako kilkulatek, bo w roku 383 zyskał tytuł augusta, czyli został współpanującym. Samodzielne rządy objął w roku 395. Rządził na wschodzie, Rzymem władał jego brat, Honoriusz. Teodozjusz, ich ojciec, był ostatnim cesarzem panującym obiema częściami cesarstwa. Czy dzieląc je na Wschód i Zachód osłabił je, czy tylko przypieczętował podział, który rysował się już od dłuższego czasu, trudno orzec. Przydomek Wielki, to chyba  konsekwencja jego polityki, która sprawiła, że chrześcijaństwo stało się religią państwową cesarstwa. W sumie można powiedzieć, że przyczynił się do upadku cesarstwa - pozwolił na osiedlenie się Gotów w Tracji, ostatecznie podzielił cesarstwo na dwie niezależnie rządzone części, a na dodatek doprowadził do wielu podziałów wewnętrznych prowadząc politykę religijną, którą dziś bez wahania nazwać by można ortodoksyjną. Na dodatek w roku 393 zakazał kontynuowania tradycji igrzysk olimpijskich, uznając ją za kultywowanie pogaństwa. Nie mam żadnej monety Teodozjusza.
Wróćmy do Arkadiusza. Krótko mówiąc, nie był dobrym władcą. Był niesamodzielny, de facto rządziła jego żona Aelia Eudoksja do spółki z kolejnymi cesarskimi ministrami. Trochę miał pecha, bo zaraz po objęciu rządów zaczęły się najazdy Hunów i Wizygotów. Te ostatnie stały się pretekstem do wymordowania pochodzących z północy członków przybocznej gwardii cesarskiej (co gwardii raczej nie wzmocniło). Przed rokiem czterechsetnym stracił kontrolę nad prowincją afrykańską. Po śmierci Eudoksji zupełnie przestał się angażować w rządzenie państwem. Zmarł w roku 408.
Rzymskie monetki z mojego zbioru to w większości małe brązy, na dodatek nienajlepiej zachowane. Trafiały do mnie zwykle przypadkiem, zakupione w zestawach z innymi, interesującymi mnie monetami. Tylko kilka z nich kupiłem celowo, jak na przykład follisa Konstantyna I Wielkiego SARMATIA DEVICTA. Innym przykłądem rzymskiej monety kupionej celowo jest follis Galeriusza (250-311)
z legendą rewersu SACRA MONET AVGG ET CAESS NOSTR. Trzeba przecież mieć monetę z boginią Monetą!
Na awersie próżno szukać pierwszego imienia cesarza. Legenda brzmi MAXIMIANVS NOB CAES. Ważniejsze okazało się imię kończące szereg cesarskich imion Gaius Galerius Valerius Maximianus. Galeriusz żył w, jak to się mówi, ciekawych czasach. Zaczynał jako zwykły żołnierz w armiach Aureliana i Probusa. Potem, za Dioklecjana (ożenił się z jego córką), został cezarem rządzącym Bałkanami. Po abdykacji teścia został cesarzem Wschodu (z tytułem augusta). Po śmierci cesarza Zachodu, Konstancjusza, Rzym wpadł w ręce Maksencjusza. Galeriusz próbował opanować stolicę Zachodu, ale Maksencjusz okazał się zbyt silnym przeciwnikiem. Galeriusz wrócił na wschód. Zmarł w roku 311.

Nie planuję rozbudowywania tej części zbioru. Nie obiecuję też, że będę pisał o innych monetach z tej części. Są tacy, którzy robią to lepiej i mają znacznie, znacznie więcej monet, które mogli by opisać. Zainteresowanych kieruję na forum TPZN.   

* niepotrzebne skreślić

Printfriendly