Google Website Translator Gadget

niedziela, 15 lipca 2018

I po co ja tam pojechałem?

Wczorajszy wpis skończyłem zapowiedzią wyjazdu na giełdę staroci. Miałem nadzieję, że może uda się coś ładnego upolować nie przed monitorem, a pod gołym niebem.
Co tu dużo mówić. Najlepiej jakość oferty giełdowej pokazuje to zdjęcie.
Oferta monet mniej więcej w tej samej jakości. Jak już coś z daleka wyglądało obiecująco, z bliska okazywało się albo "klamką" albo wyrobem made ich China.
Tylko przy jednym stoisku zastanawiałem się, czy nie sięgnąć po gotówkę. Powodem był grosz Stanisława Augusta Z MIEDZI KRAIOWEY, a powodem, że jednak z zakupu zrezygnowałem był brak pewności, czy to rocznik 1786, czy 1788. Ostatnia cyfra rocznika była całkowicie nieczytelna.
Półtorej godziny spaceru po giełdzie nie wystarczyło, więc podjechałem nad dawno nieodwiedzaną Pogorię III. A jak już tam byłem, to obiegłem jezioro (pomimo dość wysokiej temperatury - nie lubię biegać, gdy na termometrze jest ponad 25 stopni).
Tyle dobrego (poza przebieżką), że przywiozłem z giełdy kilka wizytówek/ulotek ze stoisk z monetami. Roześlę moją listę braków. Może uda się tym sposobem wypełnić luki w zbiorze.



sobota, 14 lipca 2018

Odkrycia, publikacje, numizmatyka...

Niby sezon ogórkowy, wakacje i ogólne lenistwo,aż tu nagle...

27 czerwca pan Marcin Żmudzin opublikował na swoim blogu https://spodstempla.pl hipotezę, według której szelągi bez znaków mincerskich z datą 1597, w literaturze przyporządkowane mennicy poznańskiej, wybito w Lublinie. Po niedługiej polemice z Dariuszem Marzętą stanęło na tym, że nie dość, że trudno obronić poznańskie pochodzenie tych szelągów, to wiele wskazuje na to, że i grosz z 1598 roku z popiersiem Zygmunta II na awersie, również należy do produktów lubelskich, a nie poznańskich.
Nie znamy dziś przesłanek, które skłoniły naszych poprzedników do uznania tych monet za wyroby mennicy w Poznaniu. Argumentami za ich lubelskim pochodzeniem są punce użyte do wyrobu stempli i charakterystyczny styl monet.

Dla mnie rewelacja, dowód na użyteczność i wagę pasji kolekcjonerów. Użyteczność nie tylko dla rynku kolekcjonerskiego (choć sprawcą sensacji jest pracownik firmy numizmatycznej), ale przede wszystkim dla nauki. A z tym wiąże się kolejna, niebagatelna sprawa. Część dyskusji poświęconej poznańskiemu/lubelskiemu szelągowi odbyła się na forum TPZN. W jej trakcie pojawiły się wypowiedzi dotyczące publikacji odkrycia.
Fajnie by było, żeby takie odkrycia czy "obrony" odbywały się w czasopismach i artykułach recenzowanych. Forum dziś jest jutro nie ma, stąd pisanie tutaj coraz bardziej uznaję za stratę czasu i parę idącą w gwizdek. Może Pan Marcin będzie miał ochotę przygotować artykuł nt. swojego odkrycia? Zwarte, przemyślanie teksty lepiej się czyta i jakiś ślad po tym zostanie.
Pan Marcin odpowiedział tak
Uważam, że doskonałym przetarciem dla takich tez i formą ich przekazania szerszej publice jest internet - blogi, fora, czasopisma internetowe. Artykuł w BN czy Wiadomościach może stanowić podsumowanie raczej.
na co padła krótka, zdecydowana odpowiedź
Pan już to podsumował, wystarczy przelać na papier. Pana decyzja, ale nie rezygnowałbym.
W sumie racja. Kto natrafił na wskazane blogi i forum i jest tematem zainteresowany, na pewno rzecz zapamiętał, odnotował, może nawet wydrukował kluczowe fragmenty do swojego archiwum, ale czy to wystarczy, żeby rzecz zaistniałą w świecie nauki? Może tak, a może jednak nie. Faktem jest, że  "Forum dziś jest jutro nie ma" przykładem, uporczywie przypominane przeze mnie Cafe Allegro. Druk więc wydaje się konieczny.

Pozwólcie na osobisty wtręt (w końcu to MÓJ blog). Mój podzielony na dwie części artykuł o szelągach i groszach koronnych Augusta III wydrukowano w Biuletynie Numizmatycznym, w pierwszych dwóch numerach z roku 2017. I dobrze, tyle, że pracę nad nim zakończyłem pod koniec roku 2015 i w tym samym roku przekazałem materiał do Redakcji BN. Przez cały rok 2016 działo się niewiele. Korekty autorskie robiłem już na początku 2017. W końcu rzecz wyszła drukiem po prawie dwóch latach od napisania. Siłą rzeczy, w momencie druku, artykuł był częściowo nieaktualny - w międzyczasie dotarłem do nowych monet, informacji; zmieniłem pogląd na pewne sprawy.
Nigdy nie próbowałem publikacji w Wiadomościach Numizmatycznych, ale nie przypuszczam, by w tym przypadku proces publikacji toczył się szybciej.
Co bardzo istotne, oba periodyki publikują prace poddane naukowej recenzji. Artykuł do BN recenzowały trzy osoby. W WN pewnie jest podobnie. To ważne nie tylko dla satysfakcji autora (że jego praca okazała się godna publikacji) ale, co tu dużo mówić, dzięki recenzentom, dzięki ich formalnym i nieformalnym kontaktom rośnie szansa, że praca zostanie szerzej zauważona w środowisku naukowym. 

Wróćmy do sprawy lubelskości monet dotychczas uznawanych za poznańskie. Mamy rok 2018. Jeżeli nic się nie zmieniło, to artykuł na ich temat wyjdzie drukiem w roku 2020. No i dobrze. Mimo wszystko postarał bym się o taką publikację. W sumie cała praca, łącznie z częściową kwerendą archiwów, została wykonana. Teraz tylko siąść i zebrać wszystko razem, uporządkować i już. Tyle, że podobno mamy wiek dwudziesty pierwszy, światem rządzi informacja, a ta zyskała nieporównanie więcej sposobów na docieranie do odbiorców. Prawda, Internet to bagno, ale taką samą prawdą jest, że to bagno tylko dla tych, którzy lubią się taplać w błocie. Dla reszty, Internet, to niemal nieskończenie wielka biblioteka. Prawda, że i ta biblioteka może spłonąć, ale jeśli nie nastąpi jakiś armagedon energetyczny, to pożar nie obejmie całości (vide biblioteka aleksandryjska). Przetrwają "książki" zachowane lokalnie. Sam mam tego całkiem sporo. Te najcenniejsze (dla mnie oczywiście) "książki" z internetowej biblioteki, mam w postaci wydruków. Zanik zasilania ich nie unicestwi ani nie uniemożliwi korzystania z nich. Niby wszystko wydaje się proste i każdy może sobie stworzyć takie prywatne archiwa, czy to cyfrowe, czy papierowe, ale między może stworzyć, a stworzy jest ocean przeszkód - od braku czasu zaczynając, na lenistwie (motorze wszelkiego postępu) kończąc. Na pewno łatwiej jest zarchiwizować (niezależnie od technologii) gotowy, skończony artykuł, niż wielostronicowy wątek z internetowego forum, zwykle pełen dygresji, niepotrzebnych, niemerytorycznych uwag, a czasem i jakichś osobistych sporów i pretensji. Jest lekarstwo na tę chorobę, i to nie jedno. Mam na myśli portale typu Academia.edu.
Jak dotąd umieściłem tam (za zgodą redakcji BN) pliki pdf z moimi wcześniej opublikowanymi artykułami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by publikacja na tym portalu była jedyną formą publikacji. System nadawania etykiet (tagów) artykułom umożliwia umieszczanie tekstów na konkretnych "półkach", ułatwiając dotarcie do nich osobom zainteresowanym daną tematyką.
Myślę, że ten sposób dystrybucji publikacji naukowych, to przyszłość i konieczność. Oczywiście Academia.edu, to tylko przykład. Są w Internecie podobne miejsca, na części z nich obowiązuje solidny system recenzencki, więc publikacja na nich nie jest w niczym gorsza od publikacji drukiem. Na dodatek, dość łatwo wyjść poza lokalne podwórko - wystarczy tłumaczenie tekstu na któryś z powszechniej stosowany język.

Na koniec świeża informacja z kronik policyjnych. Napawająca nadzieją, że handel bezczelnymi podróbkami zostanie choć trochę ograniczony.
Informacja ze strony policji dolnośląskiej.
Funkcjonariusze Wydziału dw. z Cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, w wyniku realizacji sprawy operacyjnej, współpracując z funkcjonariuszami Wydziału Dochodzeniowo Śledczego Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy, zatrzymali 48 - letniego mieszkańca powiatu świdnickiego, podejrzewanego o puszczanie w obieg, za pośrednictwem Internetu, kopii znaków pieniężnych. Zabezpieczono kopie 32 monet, a także komputer i dysk twardy...
Należy pamiętać, że wszelkie kopie środków płatniczych emitowanych przez Narodowy Bank Polski, a takimi też są monety okolicznościowe, są nielegalne i puszczanie ich w obieg, a tym samym ich posiadanie jest przestępstwem z artykułu 310 Kodeksu Karnego. W przypadku zetknięcia się z tego typu nielegalnym procederem powinniśmy powiadomić Policję lub Prokuraturę.
Chodzi oczywiście o chińskie podróbki zalewające Allegro, OLX i inne miejsca, w których można sprzedawać monety. Mam tylko wątpliwości, czy posiadanie podróbek naprawdę jest tożsame z puszczaniem ich w obieg.
Może kiedyś policja podejmie podobne kroki w stosunku do osób handlujących podróbkami monet, które z obiegu wyszły dziesiątki i setki lat temu. W kodeksie karnym są przecież odpowiednie paragrafy.

Zdjęć monet dziś nie będzie - niewiele ostatnio udaje mi się kupić w internecie. Jutro zajrzę na jedną z giełd staroci - może tam na coś ciekawego trafię.

sobota, 30 czerwca 2018

Brigitte Bardot???

"Każdy mincarz powinien będzie literę pierwszą tego miasta, gdzie się mincuje, na swej menicy kłaść, żeby każdego z nich menica była rozeznana, nie kładąc inszych herbów na mennicy, tylko królewskie na wierzchu, a Podskarbiego koronnego pro tempore będącego, jako najskromniejszy na spodku..."
To fragment ordynacji Jana Firleja z 22 czerwca 1599 r., którą król zatwierdził 20 lipca. Gumowski ("Mennica bydgoska", Toruń 1955, str. 27) twierdził, że podskarbi chciał tym sposobem ukrócić praktykę umieszczania na monetach herbów innych niż herby Polski, Litwy, króla i podskarbiego. Na monetach z Bydgoszczy pojawiały się oprócz nich herby właściciela mennicy oraz jej zarządcy. Już w tym samym, 1599 roku na szelągach i trojakach bitych w Bydgoszczy pojawia się litera B, jak Bydgoszcz. Albo Bidgostia lub Bromberg, jak kto woli.
W roku następnym zarządzenie podskarbiego obowiązywało nadal.
Z dzisiejszego spaceru na pocztę przyniosłem kilka kopert. W jednej z nich był lekko ogryziony (tzw. ząb czasu) szeląg z roku 1600 z mennicy bydgoskiej.
Średnica 17,5 mm, waga 0,78 grama. Teoretycznie powinno być 1,12 grama, jak nakazywała ordynacja z 1580 r. Częścią niedoboru wagi można obciążyć wspomniany ząb czasu, ale chyba tylko częścią. Pozostała część niedoboru mogła powstać celowo już w mennicy, bo jak wynika z obliczeń wykonanych na podstawie informacji podanej przez Dawida Brauna w dziele wydanym w 1772 r. "Ausführlich-historischer Bericht vom polnischund preußischen Münz-Wesen" bicie szelągów zgodnie z ordynacją Batorego było po prostu nieopłacalne.
Za grzywnę czystego srebra trzeba było płacić 9 złotych i 12 groszy (złote liczono, pamiętajmy, po 30 groszy). Z tej ilości srebra należało bić 990 szelągów, czyli licząc po 3 szelągi na grosz dawało to pieniądze o wartości 11 złotych. Tylko 1 złoty i dwa grosze ponad koszt części tylko surowca. A gdzie koszt miedzi, robocizny? Żeby szelągi bić się opłacało, trzeba było albo zaniżać próbę, która wynosiła tylko 20%, albo zaniżać wagę monet, albo i jedno i drugie. Nic dziwnego, że w kraju powszechnie oprotestowywano zalew drobnego, coraz podlejszego pieniądza. Protesty były na tyle zasadne i mocne, że król w trosce o swoje dobre imię - w końcu to ono miało gwarantować jakość pieniądza - w roku 1601 nakazał zamknięcie wszystkich mennic poza uruchomioną rok wcześniej mennicą krakowską. Dotknęło to oczywiście i mennicę Bydgoską. Do połowy roku bito w niej jeszcze monety,
ale druga połowa 1601 i lata następne należały do mennicy krakowskiej.
Wróćmy jednak do Bydgoszczy. Na nowym w moim zbiorze szelągu, zgodnie z ordynacją Firleja, jest pierwsza litera nazwy miasta. A nawet dwie!
Jest kilka odmian bydgoskich szelągów z tego rocznika. Z jedną literą B pod królewskim monogramem, z dwiema literami B umieszczonymi po obu stronach monogramu powyżej daty, z dwiema literami B umieszczonymi pod monogramem (jak moja) i bez litery B - pominiętej przypadkiem, lub celowo. Któż teraz jest w stanie przyczynę?
Podobne odmiany są i dla roku 1601, choć w roku 1599 mamy do czynienia wyłącznie z szelągami z jedną tylko literą B (lub bez niej). Ordynacja kazała kłaść ...literę pierwszą tego miasta..., dlaczego więc na niektórych monetach ją podwajano? Gumowski wyjaśnia to tak:
Czy to wyjaśnienie uzasadnione, nie wiem. Wiem natomiast jedno. Mam lat tyle ile mam, więc nic dziwnego, że gdy widzę dwie litery B obok siebie, jedna po drugiej, to pierwszym skojarzeniem jest...
Tak, oczywiście, Brigitte Bardot!
Dlaczego?
Sprawdźcie sami - najlepiej oglądając "I bóg stworzył kobietę", albo cały film, albo przynajmniej scenę tańca na stole.

czwartek, 14 czerwca 2018

Tajemniczy ołów.

Przedwczoraj, we wtorek, wybrałem się po pracy do Krakowa. Powód? Tak w ogóle, to Kraków sam w sobie jest wystarczającym powodem, ale proszę bardzo. Oto powód.
To ostatni tegoroczny wykład z cyklu "Numizmatyka, czyli co?" Na większość  poprzednich niestety jakoś czasu nie znalazłem, a temat tego zainteresował mnie już podczas ubiegłorocznej konferencji "Numizmatyka w archiwaliach i starych drukach". Pani Anna Bohnak przedstawiła wtedy korespondencję Karola Bołsunowskiego przechowywaną z zasobach archiwum Muzeum Narodowego w Krakowie. We wtorek miała przedstawić wykład poświęcony plombom drohiczyńskim ale w ostatniej chwili okazało się, że zastąpi ją Pan Mateusz Woźniak. Niewielkie, kilkuosobowe grono słuchaczy zaproszono tym razem nie do sali w przyziemiu, tylko na piętro, do sali wystaw czasowych, w której w tej chwili znajduje się ekspozycja zatytułowana "Istotne – niepozorne. Ołowiane znaki pieczętne". Mieliśmy więc nie tyle wykład, co oprowadzanie kuratorskie.
Wspomniany wcześniej Karol Bołsunowski (1838-1924), kijowski kolekcjoner i archeolog zgromadził potężną kolekcję niepozornych ołowianych przedmiotów, które masowo ujawniły się w Drochiczynie w roku 1864, po podmyciu skarpy wzgórza zamkowego przez wiosenny przybór Bugu.
Bołsunowski opublikował wyniki swoich badań między innymi w rocznikach Światowida (1902 i 1904), a także w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych. Na wystawie pokazano między innymi korespondencję Bołsunowskiego z redakcją WNA, w tym jedną z niewydanych tablic z przedstawieniami plomb.
Teorii o przeznaczeniu tych maleńkich blaszek ołowianych Bołsunowski miał kilka. Rozważał nawet, czy nie pełniły one roli czegoś w rodzaju amuletów. Mimo wszelkich wątpliwości, najbardziej prawdopodobne jest, że były to jednak plomby. Plomby, czyli znaki potwierdzające na przykład kompletność partii towaru i fakt uiszczenia opłat celnych albo tranzytowych. Na wjeździe na pewne terytorium zakładano plomby na towary, które miały tylko przez to terytorium przejechać, a nie zostać na nim sprzedane i pobierano opłatę za pozwolenie przewozu. Przy opuszczaniu terytorium, w komorze celnej sprawdzano, czy plomby nie zostały naruszone i zwalniano transport do dalszej drogi. Najprawdopodobniej w tym momencie kupcy pozbywali się niepotrzebnych już plomb i po prostu je wyrzucali.
Taka komora celna znajdowała się w Drohiczynie, na pograniczu Rusi i Polski.
Podobne plomby znajdowano też w innych miejscach, na przykład w Czermnie utożsamianym dziś z Czerwieniem, stolicą Grodów Czerwieńskich.
Pan Woźniak zwrócił też uwagę na inną funkcję plomb. Zachowały się relacje o używaniu skórek wiewiórczych w funkcji pieniądza. Określona ilość skórek i to skórek pozbawionych sierści, nie nadających się do wykorzystania w innym celu, była ekwiwalentem określonej ilości srebra monetarnego. Plomba nałożona na sznur łączący skórki w wiązkę była gwarancją "nominału". Na wystawie pokazano fotografie drewnianych płąskorzeźb ze Stralsundu, na których przedstawiono scenę polowania na wiewiórki
i scenę przybycia do miasta wschodnich kupców trzymających w rękach takie wiązki skór.
Wystawy nie ograniczono do tematyki plomb drohiczyńskich. Pokazano na niej również ołowiane plomby z czasów późniejszych, na przykład plomby używane przez cech sukienników.
Szczególnym rodzajem plomb/pieczęci są ołowiane bulle papieskie, którymi opatrywano dokumenty wysyłane ze stolicy apostolskiej.
Kończy wystawę gablota z plombami współczesnymi, głównie z tworzyw sztucznych. Plombami, którymi jak przed wiekami zamyka się przyczepy ciężarówek, kontenery i wagony kolejowe przed wyjazdem na trasę tranzytową, podczas której towar ma nie opuszczać pojazdu.
Nadal, jak na wiązki skór, plomby nakłada się na zamknięcia opakowań na monety opuszczające mennicę.
Plomby drohiczyńskie (i wszystkie inne) raczej trudno nazwać obiektami numizmatycznymi. Nie znam relacji dowodzących by kiedykolwiek pełniły rolę pieniądza, ale bezsprzecznie można je powiązać z czymś, co dziś nazywamy obrotem gospodarczym. Czyli zawsze były i są blisko pieniądza.

P.S.
Może trudno w to uwierzyć, ale plomby, podobnie jak monety, również bywają fałszowane i są to fałszerstwa na szkodę kolekcjonerów. Przykłady takich podróbek również na wystawie pokazano.

sobota, 9 czerwca 2018

Ale się działo!

Działo się wczoraj, dzieje się dziś od rana i będzie się działo jeszcze przez trzy dni.
Oczywiście chodzi o czerwcowy maraton numizmatyczny zafundowany kolekcjonerom przez firmę Pana Damiana Marciniaka.
Wczoraj, 8 czerwca odbyła się sesja wykładowa "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz", od dawna zapowiadana przez GNDM.
 Program zapowiadał się ciekawie
więc wybrałem się do Warszawy, żeby posłuchać mądrych ludzi i co nie mniej ważne, żeby spotkać się z kolekcjonerami. I tymi, których znam od dawna i tymi, których znam tylko z internetu i by poznać tych, których poznać okazji nigdy nie było.
Frekwencja dopisała. Kiedy stojąc przed salą "Kometa" czekaliśmy na rozpoczęcie sesji, ktoś zażartował, że wygląda to na zjazd blogerów numizmatycznych. Rzeczywiście było nas tam wielu.

Sesję rozpoczął Pan Janusz Miliszkiewicz, dziennikarz, autor wielu publikacji poruszających problemy kolekcjonerstwa i rynku antykwarycznego. Opowiadał o swoich spotkaniach i przyjaźniach ze znakomitymi kolekcjonerami i o wartości, jakiej nabierają obiekty kolekcjonerskie, od monet, przez książki i obrazy na meblach kończąc, wartości związanej z ludźmi, do których te przedmioty należały. Zwrócił uwagę na to, jakie znaczenie ma znajomość pochodzenia naszych monet, książek itp. Proweniencja, jeśli nie konfabulowana, jeśli poparta wiarygodnymi dowodami, może znacząco wpłynąć na cenę sprzedaży. Przykładem choćby monety z dawnych wielkich kolekcji, z puncami Czapskiego, czy Potockiego, uzyskujące lepsze notowania od takich samych monet (w końcu monety, to produkty masowe), ale uboższych o udokumentowane pochodzenie.

Kolejnym prelegentem był Pan Janusz Parchimowicz, którego myślę, nie trzeba przedstawiać kolekcjonerom monet. Osoby, które nigdy nie korzystały z Jego katalogów proszę o podniesienie ręki. Nie widzę, dziękuję...
Pan Parchimowicz opowiedział o swojej pracy nad potężnym tomem, katalogiem monet próbnych PRL. Pokazał zdjęcia monet, które do tej pory albo były całkowicie nieznane z obrotu kolekcjonerskiego, albo przechodziły na aukcjach ze zbioru do zbioru, a ani sprzedający, ani nabywca nie dostrzegali istotnych szczegółów różniących te monety. To chyba najlepsza ilustracja tytułu sesji wykładowej - widzisz tyle, ile wiesz. Podczas pracy nad katalogiem, autor dotarł do niepublikowanych wcześniej archiwów i zbiorów Narodowego Banku Polskiego, ustalając, że w wielu przypadkach informacje o ilości wybitych prób podawane przez mennicę, znacząco różnią się od informacji na ten temat przechowywanych w NBP.

Trzeci referat, o tyle związany był z numizmatyką, że Pani Dominika Świątkowska wykonała dla GNDM wiele pięknych opraw bardzo zacnych książek, między innymi do "Gabinetu medalów polskich..." Edwarda Raczyńskiego. Referat, a właściwie wykład, bo poznaliśmy historię opraw książek od starożytności po czasy najnowsze. Wykład ilustrowany zdjęciami wspaniałych ksiąg i książek. Nie tylko zdjęciami, bo Pani Świątkowska przywiozła z sobą również książki oraz niemały zestaw narzędzi introligatorskich. Zainteresowanie słuchaczy było naprawdę wielkie. Po wykładzie długo zadawano pytania. O czas potrzebny na zdobycie takich umiejętności, o czas potrzebny na wykonanie tak pięknych opraw, o ceny tak oprawionych książek w końcu. Dodatkowo dostaliśmy (chyba starczyło dla wszystkich), pięknie ilustrowaną broszurkę.
Przypomniałem sobie, jak w końcu lat 60-tych, na lekcjach "prac ręcznych" przez miesiąc chyba uczyliśmy się trudnej sztuki oprawiania książek. I nie chodziło tu o zakładanie na książki obwolut składanych z szarego papieru. Naprawdę oprawialiśmy książki! Ja wziąłem na warsztat pierwszy tom Krzyżaków, który książką jako taką nigdy nie był, bo były to luźne kartki, które chyba jeszcze przed wojną dodawano do jakiegoś czasopisma. Wygrzebałem to gdzieś u Dziadków na strychu i zaopatrzyłem w twardą oprawę. Muszę poszukać tego mojego "dzieła", za które dostałem chyba czwórkę - pierwszą legę wszyłem do góry nogami. A działo się to w Bielsku-Bialej, w szkole podstawowej nr 16. Introligatorstwa uczył nas Pan dyrektor, Antoni Harat.

Następnym prelegentem był Pan Dariusz Jasek, który opowiadał o pracy nad swoją książką "Studukatówka bydgoska 1621 Zygmunta III Wazy / The Poland 1621 Gold 100 Ducats".
Opowiadał bardzo ciekawie, w końcu nie każdy miał okazję nie tylko widzieć tę piękną monetę, ale również mógł wziąć ją do ręki. Autor i słuchacze wspólnie zastanawiali się, czy była to prawdziwa moneta, przeznaczona do obiegu, do płacenia za towary i usługi, czy też było to coś w rodzaju medalu nagrodowego. W każdym razie, nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że spośród wszystkich europejskich studukatówek, nasza jest najładniejsza. Tym bardziej podziwiać powinniśmy talent jej autora, pochodzącego ze Szwajcarii Samuela Ammona, który w początku drugiej dekady siedemnastego wieku został zatrudniony w gdańskiej mennicy. Dziesięć lat później zrobił stemple do studukatówki Zygmunta III (miał wtedy 31 lat), a w roku następnym, w marcu niestety zmarł. Ciekawe, czego mógłby jeszcze dokonać, gdyby żył dłużej.

Przed ostatnim referatem, organizatorzy zaskoczyli nas prezentem. Wszyscy słuchacze zostali obdarowani osobno wydanym katalogiem kolekcji monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, kolekcji, która poszła pod młotek licytatora dzisiaj, to znaczy w sobotę, 9 czerwca.
Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono informację o nakładzie i przeznaczeniu tego katalogu.
Przed aukcją, Pan Damian, jak zwykle ogłosił na FB konkurs polegający na wytypowaniu monet, które osiągną najwyższe ceny oraz o prognozie końcowej ceny miedzianej odbitki próbnej dukata z 1765 r. Nagrodą dla zwycięzców ma być właśnie ten katalog. Przy okazji padła zapowiedź, że katalogu tego, GNDM nigdy nie będzie sprzedawać.
Wróćmy do ostatniego referatu. Wygłosił go Pan Rafał Janke, autor "Źródeł z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868" i wielu artykułów poświęconych mennictwu Poniatowskiego. Pan Rafał brał czynny udział w opracowaniu katalogu sprzedawanej kolekcji SAP, czym zasłużył sobie na egzemplarz nr 2 tego wyjątkowego katalogu.
Pan Janke podzielił się ze słuchaczami swoimi opiniami na temat przyczyn powstania niektórych odmian i wariantów monet ostatniego króla. Między innymi zaprezentował fragment sprawozdania pisarza mennicy, z którego można było wnioskować o przygotowywaniu się do emisji monety miedzianej o nominale półtora grosza. Materialnym dowodem na te przygotowania miałby być grosz 1793 o wadze o połowę większej od wagi grosza (GNDM 5, Lot. 705). W dyskusji po wykładzie, niektórzy słuchacze zarzucali referentowi zbyt arbitralne stawianie tez, np. na temat od jakiego stopnia szczegółowości nie powinno się już zwracać uwagi na różnice rysunku stempli.
Ja usiłowałem się dowiedzieć, czy Pan Janke ma jakieś informacje o braciach Ludewig, którzy byli rytownikami stempli w mennicy krakowskiej. Skąd przybyli, gdzie wcześniej pracowali. Jakość ich pracy świadczy o tym, że byli doświadczonymi, dobrymi medalierami. Niestety, podobnie jak mnie (mam nadzieję, że tylko na razie), Panu Rafałowi również nie udało się uzyskać żadnych informacji o ich wcześniejszych zatrudnieniach.

Sesja skończyła się pół godziny później, niż planowano. Żegnając nas, Pan Damian Marciniak zadeklarował, że podobne spotkanie planuje zorganizować również przed aukcją jesienną. Jeżeli ma to się stać zwyczajem GNDM, to świetnie. Uważam, że takie spotkania, możliwość wysłuchania interesujących referatów, możliwość wymiany poglądów, poznania innych kolekcjonerów są bardzo, bardzo potrzebne.Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej najlepszym tego dowodem.

Na aukcji nie zostałem. Zapisałem się do niej kilka dni temu, ustawiłem limity i postanowiłem nie ryzykować utraty zdrowego rozsądku, jaka mogła by nastąpić, gdybym pojawił się o 17:05 na sali aukcyjnej. Nie chodzi oczywiście o "miedzianego dukata, który poszedł za 26.000, ani o próbne pół grosza "z miedzi kraiow" sprzedane za kwotę o 2.000 większą. Najbardziej zależało mi na groszu wybitym na groszu Augusta III. Aukcję śledziłem już z domu i z przykrością obserwowałem pojawiające się na ekranie kwoty wyższe od mojego limitu.
W sumie przegrałem nieznacznie, ale przegrałem. I nie tylko tę monetę. Przegrałem do zera. Nie kupiłem nic. Mówi się trudno, poluje się dalej.

P.S.
Zapomniałem dodać, że sesja była nagrywana i z jej przebiegiem można się zapoznać tu: https://plus.google.com/u/0/+GabinetNumizmatycznyPlus/posts/ey5CyJr1Ke8?cfem=1

Printfriendly