Google Website Translator Gadget

niedziela, 8 kwietnia 2018

Wiosna radosna (albo i nie).

Planowałem, że napiszę coś pierwszego kwietnia. Krótko mówiąc, chciałem Was wkręcić, nabrać, rozśmieszyć.
Plany planami, a święta mają swoje prawa. Nie znalazłem czasu na numizmatyczny Prima Aprilis. Zresztą ostatnio, nie wiedzieć czemu, odechciewa mi się żartować.

Bo jak mieć nastrój do żartów, kiedy czyta się coś takiego (fragmenty dyskusji na forum TPZN). Najpierw głos kolekcjonera (zdzicho, Członek TPZN, Stały bywalec):
Co do zabytków archeologicznych,to niestety:
"Jest sprawą bezsporną iż ruchome zabytki archeologiczne sa rzeczami wyjętymi z obrotu,co do których nie mogą znależć zastosowania przepisy zasiedzenia prawa własności/art.174 k.c./ ani jego nabycia w dobrej wierze/art.169 k.c./"    https://books.google.pl/books?id=SGtSAwAAQBAJ&pg=PA31&dq=wlasno%C5%9B%C4%87+zabytku+archeologicznego&hl=pl&sa=X&ved=0ahUKEwi146_e5qXaAhWEyaYKHQcODPwQ6AEIJzAA#v=onepage&q=wlasno%C5%9B%C4%87%20zabytku%20archeologicznego&f=false
No chyba,że zabytek archeologiczny został legalnie kupiony i sprowadzony do Polski.  W tych trudnych czasach dla kolekcjonerów z premedytacją wybrałem boratynki gdyż:
"...3. Przedmioty, które nawet w dobrym i bardzo dobrym stanie zachowania nie mają żadnej albo prawie żadnej wartości historycznej i nie mogą być uznane za zabytki ruchome./.../Do trzeciej grupy można zaliczyć /.../powszechnie występujące numizmaty, miedziane monety ostatnich królów Polski...http://gazeta.policja.pl/997/inne/prawo/52929,Jak-kopac-legalnie-nr-51-062009.html    i tego się trzymam.
Do tego oczywiście należy przechowywać dowody zakupu monet itd.
I kiedy  pod drzwiami staną, i nocą kolbami w drzwi załomocą mam nadzieje,ze uratuję kolekcję.
Odpowiedź innego kolekcjonera i równocześnie prawnika (Aurelius, Członek TPZN, Stały bywalec):
Drogi Panie Zdzicho, akurat od prawnych aspektów kolekcjonowania jestem - proszę mi wybaczyć chwalenie - jednym z nielicznych (może jedynym) ekspertem-kolekcjonerem, co znajduje oczywiście swoje ujście w Warsztatach ... Niestety boratynki nie uchronią Pana przed Policją, bo nie o wartość tu chodzi, lecz o podejrzenie tzw. wykopków za pomocą wykrywacza i łopatki oraz sprzedawanie artefaktów w internecie.
Ile to żeśmy wypadków posiadania/przewożenia przez granicę całkowicie bezwartościowych monetek (typu trójkopiejka z 1899 r.) na tym forum analizowali? achhh... strony by zabrakło.
Rzecz jest w systemie, a system jest taki, że należy mieć na wszystko tzw. kwit. Policja by g... zrobiła w tym przypadku, gdyby mieszkańcy owego lokalu mieli fakturę zaświadczającą, że nabyli owe gliniane dzbaneczki w sklepie kolekcjonerskim gdzieś w zachodnim Londynie. Policjanci ukłoniliby się grzecznie, wpisali zero do statystyki i poszli szukać cokolwiek aby jednak wpisać "1". Tak to działa. A do tego dochodzi nierzetelność mediów. Bzdury Onet opisuje, że nie może być przedmiotem obrotu coś co hipotetycznie leżało w ziemi w Polsce i że jest własnością Skarbu Państwa. W ten sposób można wziąć wszystko i to bez wyroku sądowego - na "widzimisię". Ale tak to nie działa. Wystarczy wykazać, że rzecz nie pochodzi z nielegalnych wykopalisk i temat umiera. Pozdrawiam i zapraszam do swoich skromnych (choć istniejących na wąskim rynku numizmatycznym) publikacji na ten temat...
Wspomniane w tej odpowiedzi "warsztaty", to oczywiście Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej, których edycja wiosenna odbywa się w Toruniu, jesienna od kilku lat u Czapskich w Krakowie. Najbliższy termin to  20-21 kwietnia 2018, miejsce: Toruń, sala 307 Collegium Maius UMK, ul. Fosa Staromiejska 3 (20 i 21.04) oraz Instytut Archeologii, Szosa Bydgoska 44/48 (21.04). Więcej szczegółów tu: http://forum.tpzn.pl/index.php?board=98.0

Kolekcjonuję monety od przeszło pół wieku. "Kwity" wspomniane przez P. Grońskiego mam co najwyżej dla kilkunastu procent monet w zbiorze. Wierzcie mi, nie poprawia mi nastroju świadomość, że możliwa jest sytuacja, w której będę musiał się tłumaczyć z posiadania np. tego grosza.
Cóż z tego, że potrafię wykazać kiedy, od kogo i za ile go kupiłem. Może się okazać, że mój dostawca nie będzie umiał udowodnić, że nie wszedł legalnie w posiadanie tej monety, co spowoduje potraktowanie mnie jako pasera.

Naprawdę, nie jest mi do śmiechu.

A co poza tym?
Do krainy wiecznych łowów odeszła "zabawka", o której pisałem sześć lat temu https://zbierajmymonety.blogspot.com/2012/03/sezon-rozpoczety.html
Okazało się, że w środku, oprócz akumulatora jest jeszcze wlutowana maleńka bateria podtrzymująca pamięć, np. podczas wyjmowania akumulatora w celu wymiany karty SIM czy karty pamięci. Bateryjka się po prostu rozszczelniła, a to, co z niej wyciekło, przegryzło kilka ścieżek na płycie głównej. Krótko mówiąć telefon padł.
Mam nowy, o nieporównanie większych możliwościach, ale straciłem trochę czasu na przenoszenie kontaktów, zaznajomienie się z obsługą, instalację potrzebnych mi programów i odinstalowanie tych zbędnych. Zobaczymy, jak długo wytrzyma ta nowa zabawka.

A co poza tym?
Do kolekcji trafiają kolejne monety. Stare (m. innymi pokazany wyżej grosz) i nowe - z rocznika 2018 jak na razie udało mi się zdobyć tylko 1 grosz i 5 groszy. Wiem, że w obiegu jest więcej nominałów i można je kupić np. na Allegro, ale założyłem, że obiegówki będę pozyskiwał wyłącznie z obiegu. Może dlatego nie mam jeszcze pięciozłotówki z ubiegłego roku, a dwuzłotówkę z 2016 upolowałem też dopiero w marcu 2018. Ale upolowałem.
Tegoroczne nabytki, to do dzisiaj 21 monet. Sama drobnica. Pomijając wspomnianą pięciozłotówkę, najwyższym nominałem jest ten półtorak Zygmunta III z 1626 roku.
Ładny, czytelny i co najważniejsze, w odmianie, której dotąd nie miałem.

A co poza tym?
Wiosna, proszę państwa. Nareszcie. Wieczorkiem pójdę sobie pobiegać.


niedziela, 11 marca 2018

Zagadka techniczna

Popatrzcie uważnie na te cztery monety.
Łączy je na pewno technika, której użyto do ich wykonania - wszystkie wytłoczono na prasie śrubowej (balansjerce). Opis działania tego urządzenia ładnie opisał Walery Kostrzębski w pracy Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich opublikowanej w Wiadomościach Numizmatyczno-Archeologicznych w latach 1896-1897. Ukazała się ona także w 1896 roku jako osobna odbitka (dostępna w FBC):
Do tego sposobu bicia służyła szruba mennicza, nadzwyczaj prostej konstrukcyi. W ramie prostokątnej żelaznej bardzo grubej i stojącej pionowo, był zrobiony u góry otwór okrągły, szeroki i gwintowany, w który wchodziła odpowiedniej wielkości szruba tak długa, by prawie dotykała podstawy ramy prostokątnej. Do wierzohołka takiej szruby, czyli do jej łba, był przymocowany graby drąg żelazny w połowie swej długości, tak, że z obu stron wystawał do dwu i więcej łokci. Po końcach drąga były obsadzone duże kule i taki drąg nazywano balansem. Za popchnięciem balansu w kierunku obrotowym szruba z nim złączona wkręcała się nadzwyczaj łatwo i szybko w otwór gwintowany i swym końcem dolnym z nadzwyczajną siłą uderzała o przedmiot położony na ramie dolnej. Ruch balansu tak był zastosowany, że dostatecznem było, by zrobił ćwierć obrotu kołowego, a już koniec szruby dochodził do podstawy ramy. Jeśli więc do końca szruby był przymocowany stempel górny monety, a na podstawie ramy umieszczony stempel dolny i na nim położona blaszka pieniężna, wtedy szruba przez obrót balansu, uderzając na blaszkę, wybijała na niej stemple. Do całej tej czynności potrzeba było trzech ludzi, jeden do nakładania blaszek pieniężnych na stempel dolny, a dwóch do obrotu balansu. Obrót balansu odbywał się w ten sposób, że do końców przymocowywano sznury, które dwaj ludzie stojący naprzeciw siebie pociągali jednocześnie ku sobie, przez co balans zrobił właściwy ruch, a szruba uderzywszy o blaszkę pieniężną, wskutek reakcyi uderzenia sama się odkręcała a z nią i balans wracał do pierwotnego położenia. Szybkość w wybijaniu monet zależała od tych dwóch ludzi, pociągających balans. Nierównie trudniejsze było zadanie robotnika a raczej mincarza, podkładającego blaszki, którą to czynność uskuteczniał pierwotnie ręcznie, a dopiero z postępem czasu wymyślono rodzaj nożyc, które podkładacz trzymając w prawej ręce, podsuwał blaszki do wybicia i zarazem wybite spychał. W lewej zaś ręce trzymał rodzaj noża z miękkiej stali, w tym celu, że jeżeli po zepchnięciu monety nabitej nie zdołał nałożyć drugiej blaszki, podkładał ów nóż, przez co stemple nie uderzały o siebie i nie psuły się.
Łączy te monety jeszcze bliskie sąsiedztwo czasowe. Wbrew pozorom najstarszą od najmłodszej dzieli nie lat dwanaście, a co najwyżej dziesięć. Oba grosze Augusta III wybito po zajęciu saskich mennic przez Prusy. Ten z datą 1755 może nawet później, niż datowany na 1758!

Jakiej jeszcze cechy wspólnej możemy się dopatrzeć? Zobaczcie.
Czy to przypadek, że na monetach wybitych co prawda tą samą techniką, ale w różnych mennicach, na obrzeżach widoczne są bardzo podobnie wyglądające uszkodzenia? 
Przypuszczam, że to nie przypadek, ale nie starcza mi wyobraźni by powiązać opis Kostrzębskiego z uszkodzeniami widocznymi na monetach. 
Może ktoś z Was ma jakieś pomysły, albo informacje na ten temat?

niedziela, 25 lutego 2018

I znów kupiłem falsyfikaty.

I znów z premedytacją.
Sprzedawcy nic w opisach aukcji nie wspominali, że to nie oryginały, ale załączone zdjęcia nie pozostawiały wątpliwości. Przynajmniej u mnie.

Pierwszy falsyfikat, to grosz Stanisława Augusta Poniatowskiego z roku 1768.
Dlaczego falsyfikat? Przecież wygląda całkiem dobrze (stan zachowania pomijając)? Nie będę się wymądrzał, odsyłam do kogoś, kto już to dokładnie uzasadnił i opisał http://monetysap.blogspot.com/p/monety.html - strona ładuje się długo, kiedy już się załaduje, fragment dotyczący pruskich fałszerstw monet miedzianych SAP znajdziecie mniej więcej w jej połowie.

Drugi, też miedziany, jest młodszy o kilkadziesiąt lat.
Niektóre bilonowe dziesięciogroszówki z datą 1840 wyglądają na miedziane, ale w rzeczywistości mają jednak pewną zawartość srebra. Teoretycznie 19,4%. Przebywanie w agresywnym środowisku, najpierw pozbawiło je powierzchniowej, cieniutkiej warstewki srebra wytworzonej w procesie tzw. bielenia, później doprowadziło do pokrycia monety patyną skutecznie maskującą srebro. W tym przypadku rzecz przedstawia się inaczej. W tej monecie zawartość srebra nie przekracza ułamka procenta.
W grę wchodzą dwie możliwości - albo monetę wybito w warszawskiej mennicy na omyłkowo podłożonym krążku jednogroszówki, albo mamy do czynienia z produktem jakiejś innej "mennicy". Dokładne oględziny monety wskazują niestety na tę drugą możliwość. Niestety, bo dziesięciogroszówka wybita w oficjalnej mennicy na niewłaściwym krążku jest bardzo rzadka i poszukiwana. W czterotomowym katalogu E. Kopickiego jej rzadkość określono na R5, moim zdaniem powinno być to R7, lub nawet R8.
Mój nabytek wytworzono najprawdopodobniej metodą odlewu - wskazują na to niedoskonałości rysunku przy jednoczesnym bardzo dobrym odwzorowaniu oryginału.

I na koniec, falsyfikat najstarszy. Też pruskiej proweniencji.
Kolejny egzemplarz grosza Augusta III z datą 1758 w moim zbiorze. Ciekawy, bo awers wygląda niemal identycznie, jak na tej monecie,
ale połączono go z całkowicie odmiennym stylowo stemplem rewersu.
Na dodatek, na monecie z datą 1758, dwie ostatnie cyfry daty wyglądają na wstawione w stempel, na którym wcześniej była jakaś inna data. Przeglądam teraz moje archiwum zdjęć groszy z lat 1754 i 1755, by znaleźć monetę wybitą takim stemplem rewersu. Może się uda.

czwartek, 15 lutego 2018

Ze starego kalendarza

Poszukując źródeł informacji o mennictwie Augusta III nie mogłem pominąć kalendarzy z okresu jego panowania. Skupiłem się oczywiście na latach 1749 do 1763. Jednym z pierwszych z tego przedziału czasowego jest kalendarz na rok 1753 wydany przez pijarów.
Zakon pijarów, czyli Zakon Kleryków Regularnych Ubogich Matki Bożej Szkół Pobożnych (Ordo Clericorum Regularium Pauperum Matris Dei Scholarum Piarum), w skrócie Zakon Szkół Pobożnych, działał w Polsce od roku 1642. Do podręczników historii trafił głównie za sprawą warszawskiego Collegium Nobilium założonego przez Stanisława Konarskiego w 1740.
Kalendarz ten, jak każdy inny, zawiera przede wszystkim spis dni nadchodzącego roku z podaniem świętych, ich patronów oraz wyszczególnieniem świąt kościelnych stałych i ruchomych, a także godzin wschodu i zachodu słońca.
Najpierw zaciekawił mnie tytuł, a właściwie jego część "...na rok przybyszowy...". Cóż znaczy "przybyszowy"? Wydawało mi się, że najlepiej będzie sprawdzić to w jakimś starym słowniku języka polskiego. Padło na słownik Lindego:
Przybyszowy rok, w którym miesiąc przybysz, maiący dwa nowie Księżyca.
"Miesiąc przybysz"? Kilka linijek wcześniej, Linde precyzuje:
Przybysz: Miesiąc maiący dwa nowie Księżyca, ieden pierwszych dni, drugi na końcu."
W innych słownikach często pojawia się bałamutna informacja, że rok przybyszowy, to po prostu rok przestępny. Bałamutna, choćby dlatego, że znalazłem inny kalendarz na ten sam rok, tym razem wydany przez jezuitów.
Czarno na pożółkłym widać, że przybyszowy i przestępny to nie to samo.

Co jeszcze, oprócz kalendarza, w tych kalendarzach znaleźć można? Ojcowie pijarzy skrupulatnie wymienili dni urodzin członków rodziny królewskiej, ale idąc dalej przedstawili "IMIONA PANOW EUROPEYSKICH Y JICH FAMILIJ", od papieża oczywiście zaczynając. W tej części, oprócz imion władców, przedstawiono informacje o ciekawszych zdarzeniach z ziem im podległych. Na przykład o znaleziskach archeologicznych, w tym i  takich, które nas, kolekcjonerów, zainteresować by mogły.
Dochodzimy w końcu do wiadomości o Polsce.
Pierwsze zdziwienie, bo zwykle mówimy o królu Auguście III, o pierwszym jego imieniu zapominając. Jako elektor saski, używał imienia Fryderyk August, ale jako król Polski, ograniczał się do Augusta III. Drugie zdziwienie, to informacja, że August III był pięćdziesiątym pierwszym polskim królem. Jakoś nie mogę się doliczyć...
Dalej mamy listę członków rodziny królewskiej, wykaz ziem podlegających panowaniu króla i osobno wymienione posiadłości "... zkąd ma Intraty...", w tym żupy solne w Wieliczce i Bochni i olborę olkuską.
Później, podobnie jak w opisach innych królestw, następuje krótkie omówienie najważniejszych - albo uznanych za takie, które najbardziej zainteresują nabywców kalendarza - wydarzeń ostatnich dwóch lat:
Dwa wyrazy, nawet nie zdanie! Ale jest. Nie wiem, jakie znaczenie miało znalezienie pokładów naturalnego mydła na Podolu. Przypuszczam, że niewielkie, bo relacje zagranicznych podróżników o plica polonica, jeszcze z połowy XIX wieku budzą obrzydzenie. W każdym razie, fakt pojawienia się nowych szelągów, pierwszych zdawkowych monet koronnych od czasów Jana III.

Kolejny rozdział o "OSOBLIWOSCI w POLSZCZE Ktore się w innych Krajach nie znayduią" wypełniony jest opisami kopalni w Wieliczce, źródeł mineralnych w Starostwie Spiskim, Tatr, źródeł ropy naftowej na Pokuciu oraz na końcu, "... machiny hydraulicznej od wielkiego Mikołaja Kopernika..." znajdującej się na Warmii, pod Fromborkiem. 

Dalej jest jeszcze ciekawiej.
Pierwsza "ciekawość" powinna zelektryzować amatorów łatwego (?) zarobku. Zobaczcie sami.
 
Nie wiem, czy w dziele pana Nolleta rzeczywiście jest opis takiego eksperymentu. Przypuszczam tylko, że Nollet opisał, jak wykonywać odlewy detali w siarce. Pewien natomiast jestem, że ten sposób mnożenia szóstaków działać nie może.
Takie same mam wątpliwości w stosunku do opisu następnego, wyjaśniającego, jak "poznać mieysce ziemi, gdzie się metalle, lub pieniądze zakopane znayduią". 
Jeśli chcielibyście te "niezawodne" metody poznać, zajrzyjcie do Wielkopolskiej Biblioteki Cyfrowej, z której pobrałem "Kolędę warszawską...". Pamiętajcie jednak, że mamy nową ustawę o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami i poszukiwanie "pieniędzy zakopanych" źle się może skończyć. 

niedziela, 28 stycznia 2018

Czyżby jeszcze jedna podejrzana mennica?


Stemple pierwszej partii polskich szelągów wybitych w Saksonii przygotowali drezdeńscy stempelschneiderzy Johann Wilhelm Höckner i Christian Sigismund Wermuth. Wzorowali się na boratynkach, miedzianych szelągach Jana Kazimierza, które z kolei prawdopodobnie zaprojektowano na podobieństwo francuskich liardów Ludwika XIV.
Höcknera odszedł z mennicy w Dreźnie w 1749 r. Zastąpił w tej pracy asystent Wermutha, Carl Christian Pribus (1729-1787).
Wikipedia podaje tylko, że Pribus rozpoczął pracę w mennicy drezdeńskiej przed 1763 r. (vor 1763), ale z archiwów wiadomo, że już w 1749 pracował on w mennicy drezdeńskiej, jako asystent Christiana Sigismunda Wermutha. Oprócz stempli szelągów z roczników 1749 i 1750 (wybitych w Dreźnie), Pribus wykonywał stemple szelężne dla mennicy w Grünthalu w latach 1751-1755. Przez cały ten czas ich rysunek pozostawał praktycznie niezmieniony.
Portret Augusta na awersie zmienił się nieznacznie - widać, że król troszkę się postarzał. Jeśli chodzi o kwestie techniczne, to wszystko wskazuje na stempel wykonany przy użyciu puncenu obejmującego całość portretu, takiego jak puncen awersu grosza przechowywany w berlińskim gabinecie numizmatycznym, opublikowanego przez Elke Bannicke i Lothara Tewesa w 2015 r. w 23 zeszycie Beiträge zur Brandenburgisch/Preußischen Numismatik.
Rewersy szelągów Pribusa powstawały inaczej. Ich rysunek składa się z wielu drobnych elementów nanoszonych na stemple małymi puncami.

Jak widać, nie można mówić o identyczności punc, a raczej o zachowaniu stylu. Na przykład korona zaczyna przypominać koronę dopiero w roku 1751. Wcześniej, to albo „berecik” albo jakiś fantazyjny pióropusz. Widzimy skrzydła w kilku  kształtach, nogi (do roku 1751) składają się z różnie układanych „patyczków” różnej długości. Niewielki, bo zaledwie 750-tysięczny nakład szelągów w roku 1750 można było wybić na prasie balansowej zużywając mniej, niż 10 par stempli. Tak małą ilość stempli można było wykonać tworząc rewersy przy użyciu małych punc z poszczególnymi częściami rysunku. Osobne punce dla elementów tworzących tarczę herbową, skrzydeł i tułowia orłów, konia, jeźdźca, saskiego herbu itd. Nakłady późniejszych roczników (za wyjątkiem 1755) były kilkunastokrotnie większe. Zachował się rachunek dla Pribusa, który za 102 pary stempli polskich szelągów dla roczników 1751 i 1752 otrzymał 300 talarów.
Pragmatyzm właściwy każdemu nastawionemu na zysk przedsiębiorcy spowodował, że rytownicy stempli zaczęli używać punc obejmujących większe części rysunku rewersów. Pamiętać trzeba, że rewersy zawierają elementy zmieniające się z każdym rokiem, więc zwykle ich stemple były stemplami górnymi, które szybciej się zużywały, w związku z czym musiano wykonywać ich więcej, niż stempli awersów. Użycie punc obejmujących całego Orła albo całą Pogoń umożliwiało szybsze i dokładniejsze wykonywanie stempli rewersów.
Stemple szelągów wykonywane przez Pribusa cechuje staranność wykonania i szlachetność rysunku. Być może wiąże się to z niewielkimi stosunkowo nakładami - w Grunthalu wybito łącznie niewiele ponad 40 milionów szelągów. Trudniejsze zadanie stało przed rytownikiem stempli pracującym w Gubinie. Był nim Johann Friedrich Stieler (1729-1790), który również zaczynał karierę w Dreźnie. Jeszcze w tej mennicy wykonał w 1751 roku stemple szelągów dla mennicy tworzonej w Gubinie - 18 listopada tegoż roku przesłano do Gubina 94 szelągowe stemple mennicze i polecono, by produkcja ruszyła jak najszybciej. Udało się ją uruchomić jeszcze w tym samym roku, przed oficjalnym otwarciem. Wybito wtedy takie szelągi

Rysunek całości jest bardzo staranny. Stielerowi musiało zależeć na otrzymanie prestiżowego (i intratnego) stanowiska w nowej mennicy. Pewien szczegół świadczy jednak bardziej elastycznym podejściu do obowiązków, niż widzieliśmy u Pribusa. Inaczej też ewoluowały gubińskie stemple. Już w roku 1752 obserwujemy niewielkie uproszczenia na awersie i rewersie.
Później jest to jeszcze bardziej widoczne. Przyczyną jest oczywiście ogrom pracy - Gubin wybił do roku 1755 ponad 110 milionów szelągów i prawie 50 milionów groszy. Do wszystkich stemple musiał wykonywać Stieler. Najprawdopodobniej miał pomocników, ale główny ciężar pracy spoczywał na nim.
W roku 1754, z którego pochodzi powyższy szeląg, na rewersach pojawiła się charakterystyczna i wielce znacząca moim zdaniem zmiana.
Chodzi o rysunek orłów, a konkretnie o ich skrzydła. Porównajmy.
Na poprzednim szelągu i na szelągach z lat 1751-1753 Stieler nie używał punc z całymi skrzydłami. Skrzydła składał z wąskich, stykających się z sobą klinów. Nowy rysunek skrzydeł powstał przez dodanie łukowatych "ramion", z których wyrastają tępo zakończone pióra. Dlaczego uważam tę modyfikację za znaczącą? Bo w roku następnym na wszystkich znanych mi gubińskich szelągach są już taki nowe orły, a co ważniejsze, to samo stało się na gubińskich groszach.

Uważam, że może to być podstawą do przypisania Stielerowi autorstwa niektórych groszy bitych w saskich mennicach pod kontrolą pruską, takich jak ten.
Być może chodzi o mennicę w Dreźnie. To lista jej rytowników dla interesującego nas okresu.

Drezdeńscy grawerzy stempli wg Wikipedii

Jak widać, mamy lukę dla lat 1750-1755, co nie ma znaczenia dla kwestii autorstwa stempli miedzianych monet polskich, ponieważ ich w tym okresie w Dreźnie nie bito. Istotne jest, że Stieler wrócił do Drezna po zamknięciu mennicy w Gubinie. Wyszczególnione w ostatniej kolumnie oznaczenia stempli świadczą o tym, że i Stieler i Pribus wykonywali stemple również dla mennicy lipskiej. Stielerowskie „S” występuje na przykład na 1/6 talara Augusta III z datą 1763 (Kahnt 2010 nr 566a), „ST” znajdujemy na talarze Augusta III z datą 1763 (Kahnt 2010 nr 541a). „P” - znak Pribusa nie pojawia się na monetach Augusta III, znajdujemy go dopiero na talarze Fryderyka Christiana z roku 1763 (Kahnt 2014 nr 1003). Może to sugerować, że Pribus nie pracował w saskich mennicach dla pruskich dzierżawców i że powrócił do pracy w mennicy drezdeńskiej dopiero w 1763 r., ale to tylko przypuszczenie, bo rewersy niektórych ewidentnie "pruskich" groszy mają cechy zbliżone do prac Pribusa. Pewne natomiast wydaje się, że podczas wojny siedmioletniej aktywny pozostawał Stieler.
Po wojnie siedmioletniej obu rytowników, Pribusa i Stielera odnajdujemy w Dreźnie. W kalendarzu na rok 1775 wymieniono obu, żadnego nie wyróżniając, jako głównego.

Bezskutecznie, jak dotąd, poszukiwałem informacji o personaliach lipskich rytowników stempli. Wikipedia dla mennicy w Lipsku nie podaje tak szczegółowych informacji, jak dla Drezna. Wymienia tylko mincmistrzów, o rytownikach ani słowa. Intensywniejsze poszukiwania dały bardzo interesujący wynik - Daniel Friedrich Loos (urodzony 15 czerwca 1735 w Altenburgu, zmarł 1 października 1819 w Berlinie). Nie tylko nazwisko, ale i znaczące powiązania. Otóż pan Loos najpierw kształcił się w rodzinnym mieście, u Christiana Friedricha Stielera (1705 - 1758), ojca dobrze nam znanego Johanna Friedricha (!), a później w 1754 r. zaczął pracę w mennicy w Lipsku. Długo tam nie pozostał. Na przełomie 1756/1757 przeniósł się do mennicy w Magdeburgu i pozostał w niej aż do zamknięcia zakładu w roku 1767. Od 1768 roku pracował już jako główny medalier w mennicy w Berlinie. Jego syn Godfryd Bernard został głównym probierzem tej mennicy, ale to całkiem inna historia.
Wydaje się, że Daniel F. Loos mógł być mocno zamieszany w pruskie bicia polskich groszy. Wskazuje na to wspomniana wyżej publikacja Bannicke/Tewes. Oprócz puncenu z głową króla pokazano w niej puncen z tarczą herbową z rewersu polskich groszy.
W artykule jest jeszcze jedno zdjęcie pokazujące znak na bocznej powierzchni tego puncenu.
Taka sama gwiazda ma być na bocznej powierzchni puncenu z głową (ale jej zdjęcia już nie ma). W podpisach pod zdjęciami stwierdzono, że znak gwiazdy nie został jeszcze przyporządkowany do określonego wytwórcy. Ciekawe zdanie o tych narzędziach menniczych pojawia się w treści artykułu (tłumaczenie własne).
W kolekcji stempli menniczych Berliner Münzkabinett w Muzeum Bodego znajdują się patryca awersu z popiersiem Augusta III i niekompletna patryca rewersu z ukoronowanym sasko-polskim herbem, które mogłyby być związane z nielegalną pruską działalnością menniczą w Lipsku i Dreźnie. Wcześniej nim narzędzia te, opatrzone znakiem wytwórcy w postaci gwiazdy, trafiły do mennicy berlińskiej, wchodziły w skład inwentarza mennicy magdeburskiej, zamkniętej w 1767 r.
Nasuwać się może kilka przypuszczeń. Po pierwsze, Loos, jeszcze w Lipsku, zaraz po przejęciu mennicy przez Prusy, wykonał punce do groszy Augusta III, a może i stemple, którymi takie grosze bito w Lipsku i być może w Dreźnie, bo są informacje, że stemple kursowały między tymi mennicami. Po drugie, Loos przenosząc się do Magdeburga zabrał swoje narzędzia, nic więc nie stało na przeszkodzie, by i tam produkować polskie miedziaki. Może więc Haupt miał rację pisząc, że polską miedź fałszowano w siedmiu mennicach kontrolowanych przez Prusy.

Printfriendly