Google Website Translator Gadget

sobota, 14 października 2017

Zaległości, nowości, perspektywy...

Dziwny ten rok jakiś. I nie tylko o pogodę mi chodzi.
Właśnie zorientowałem się, że nie mam w zbiorze złotówki i dwuzłotówki z ubiegłego roku! Jak to mogło się stać?
Coraz rzadziej płacę gotówką - coraz rzadziej wydają mi resztę. Mniej okazji do przeglądania drobnych i jakoś się te dwa nominały nie przydarzyły. To się nadrobi, rzecz jasna, ale taka sytuacja zdarza mi się pierwszy raz.
Z rocznika 2017 brak mi jeszcze tylko pięciozłotówki. To też się nadrobi.
Rzadsze kontakty z obiegową drobnicą mają jeszcze jeden zły skutek.
Przedwczoraj dostałem e-mail z Rosji. W załączniku, takie dwa zdjęcia.
 
Wielkie mi rzeczy, złoty pięćdziesiąt. A jednak nie takie zwykłe. Po lewej - 4.8.7.a, po prawej 4.8.7.b (https://sites.google.com/site/monetyobiegoweiiirp/katalog/monety-po-denominacji/50-groszy/2010---4-8-7), a w środku?
Rewers, jak na 4.8.7.a, awers jak na 4.8.7.b, jednym słowem hybryda.
Żeby to koledzy kolekcjonerzy z Rosji musieli wynajdować warianty naszych obiegówek! Od jutra płacę tylko gotówką!!!
Na razie wspominam o tym tylko tu, na blogu. Nowy wariant wprowadzę do katalogu dopiero po potwierdzeniu jego istnienia.

Za tydzień w Krakowie u Czapskich Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej. Program, jak zwykle ciekawy.

20 października:
 – „Moneta jako źródło archeologiczne” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. Rakoczy)
– „Moneta i retoryka w starożytnej Grecji i Rzymie: historia równoległa” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
– „Monety a prawo na przestrzeni dziesięcioleci” – wykład i dyskusja – 1,5 godz. (P. Groński)
– zwiedzanie laboratoriów MNK i Instytutu Archeologii UJ z możliwością przebadania wybranych monet – 1,5 godz.
21 października:
– od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich
– „Mennictwo Seleukidów – cz. 5. (od Antiocha IV do Demetrosa I)” – 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
– „Nummi restituti i ich funkcje w epoce cesarstwa rzymskiego” – 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (K. Balbuza)
– „Monety inspiracją renesansowego emblematu” – 1 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
– zwiedzanie wystawy czasowej „Moneta i imperium. Od Achemenidów po królestwa hellenistyczne” (oprowadza J. Bodzek)


W tym roku niestety nie jadę. 20 będę jeszcze na wyjeździe służbowym (który mam też nadzieję częściowo przekształcić w kolejną wycieczkę numizmatyczną, z której oczywiście przekażę sprawozdanie), 21 października przeznaczam na odpoczynek.

Czy znacie jakieś skuteczne lekarstwo na ulotność treści dostępnych w Internecie? Nie chodzi mi o dane statyczne, bo te (jeśli tylko mnie interesują) archiwizuję sobie, te najważniejsze również w formie wydruków. Gorzej z dużymi dynamicznymi projektami (RIP Cafe Allegro przykładem najlepszym). Ostatnio zniknęły dwa nummus.org i  allegromat.pl - serwisy archiwizujące aukcje Allegro. Pozostaje nam teraz tylko https://archiwum.allegro.pl/  - archiwum oficjalne, ale z założenia ograniczone do obiektów, które ktoś z administracji serwisu uzna za interesujące, oraz http://www2.allegromat.pl/ - niby to samo, co niegdysiejszy allegromat.pl ale bez możliwości wyszukiwania po numerach. Dawniej aukcje archiwizowane na allegromacie udostępniało się podając odnośnik w formie http://www.allegromat.pl/aukcjaxxx. Wszystkie takie odnośniki przestały działać. Komu to przeszkadzało?

Dyskusja o notatkach Bisiera, o której niedawno wspominałem, ucichła. Trwa i ciekawie (za sprawą materiałów źródłowych przedstawionych przez nowego uczestnika) się rozwija spór o Gumowskiego (Skarb z Zagórzyna i sprawa Mariana Gumowskiego). Problem godzenia osobistych pasji z powiązanymi z nimi obowiązkami służbowymi dotyczy nie tylko numizmatyków i nie tylko muzealników. Inną sprawą jest tendencja do ocen zerojedynkowych. Łajdak nie może mieć cech pozytywnych, zasłużonemu naukowcowi nie wolno imputować czynów etycznie wątpliwych. A świat nie jest czarno-biały przecież.

Do zbioru niczego ciekawego od  dłuższego czasu nie włączyłem. Najpierw dopinanie publikacji w Biuletynie Numizmatycznym, cały czas praca nad powiązaną z nią książką (opóźni się, nie ma na to rady), a w ostatnich dniach przygotowania do konferencji, którą w grudniu organizuje Muzeum Czapskich, nie pozostawiają za dużo czasu na poszukiwania okazów do zbioru. Jakieś drobiazgi oczywiście kupuję, ale od jakiegoś czasu na nic szczególnego, wartego pochwalenia się, nie znalazłem.

Co do wspomnianej konferencji, to szczegóły znajdziecie tu
http://mnk.pl/aktualnosci/konferencja-numizmatyczna
Z przyczyn, o których pisałem kilka linijek wyżej, cytuję treść informacji o konferencji:
MNK i Polskie Towarzystwo Numizmatyczne (oddział w Krakowie) zapraszają na konferencję naukową pt. "Numizmatyka w archiwaliach i starych drukach", która odbędzie się w dniach od 7 do 8 grudnia 2017 r.
Konferencja ma charakter interdyscyplinarny, skierowana jest do przedstawicieli różnych dyscyplin naukowych: historyków, archiwistów, archeologów, numizmatyków. Celem konferencji jest przedstawienie szeroko pojętych zagadnień numizmatycznych z historycznej i dokumentalnej perspektywy.

Proponowane zagadnienia:
  • tworzenie publicznych i prywatnych kolekcji
  • kolekcjonerzy i ich wpływ na rozwój numizmatyki
  • korespondencja numizmatyczna
  • archiwa na temat starych znalezisk monet
  • stara książka a numizmatyka
  • archiwalia związane z numizmatyką, numizmatykami i medalierami.
Osoby zainteresowane wygłoszeniem referatu proszone są o nadsyłanie zgłoszeń (temat wystąpienia, abstrakt (300–500 słów), krótka informacja o autorze: afiliacja oraz dane kontaktowe) do dnia 1 listopada 2017 roku na adres e-mail: numizmatyka@mnk.pl lub archiwum@mnk.pl. Przewidywany czas trwania referatu to max. 20 minut.

Udział w konferencji jest bezpłatny. Koszt dojazdu i pobytu (noclegi i wyżywienie) pokrywają uczestnicy konferencji.

Program konferencji, wraz ze szczegółowymi informacjami, zostanie przesłany uczestnikom oraz umieszczony na stronie internetowej Muzeum Narodowego w Krakowie do 20 listopada 2017 r.

Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w konferencji

Komitet Organizacyjny:

Na tej konferencji będę (ostatnie dwa dni tegorocznego urlopu) i jako słuchacz i (jak na razie wszystko na to wskazuje) jako jeden z prelegentów.

I jeszcze jedna nowość. Odżyła strona internetowa Przeglądu Numizmatycznego http://www.przegladnumizmatyczny.pl/.
Nie jest to jeszcze zapowiadany, rozbudowany portal numizmatyczny, ale coś się dzieje. Między innymi dodano następne numery PN do pobrania w formie plików pdf. Z nadzieją czekam na rozwój sytuacji.

czwartek, 28 września 2017

Na tytuł brakło mi inwencji.

Dzisiaj prawie nic o monetach, więcej  o sprawach okołonumizmatycznych.

Na wstępie, siłą tradycji, informuję o ukazaniu się Przeglądu Numizmatycznego 3/2017.
W numeracji ciągłej 98, więc do zapowiedzianej setki, jako ostatniego drukowanego wydania pozostało niewiele.
Zawartość urozmaicona - od średniowiecza, po próby PRL. Dla mnie najciekawszy, choćby ze względu na zdjęcia, tekst o narzędziach menniczych ze zbiorów wrocławskich i toruńskich.

Z uwagą śledzę umiarkowanie zażarte spory na forach numizmatycznych.

Pierwszy, u przeciwników złomu, to efekt rozmnażania przez podział. Dokładnie już nie wiem, co było na początku (Jajko!), ale chyba wspomniana już na tym blogu dyskusja o losach kolekcji Dattariego. Z jej podziału wyłoniły się wątki o roli muzeów i o potrzebie (albo wręcz przeciwnie) upłynniania muzealnych dubletów na rynku numizmatycznym. Z którego z nich wypączkowała dyskusja   Skarb z Zagórzyna i sprawa Mariana Gumowskiego, nie wiem. Jak by nie było, cały ten łańcuszek wątków dowodzi, że nasze - kolekcjonerów, numizmatyków-amatorów, ale i numizmatyków-profesjonalistów - oczekiwania w stosunku do muzeów, spełniają placówki nieliczne. Nam, amatorom najtrudniej przychodzi zrozumienie zasad rządzących placówkami finansowanymi ze środków publicznych (a więc "z naszych kieszeni"), ich inercja i taka sobie, powiedzmy, wydajność. My rzadko mamy okazję poświęcać naszej pasji 8 godzin każdego roboczego dnia w roku, a mimo to bywamy skuteczniejsi, np. w digitalizowaniu naszych kolekcji.

Drugi, z forum monety.pl rozlał się na jeszcze kilka miejsc w sieci, a dotyczy postaci Gustawa Wilhelma Ludwika Soubise-Bisier. Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka prezentując obiekty przygotowane na trzecią aukcję "live" pokazał rzadkie próby monet II Rzeczpospolitej, a wśród nich 10 20 groszy z datą 1924 znaną ze zbiorów MN w Warszawie i z tzw. notatek Bisiera. Pojawiły się głosy, że ta dziesięcidwudziestogroszówka (i ta z muzeum również), to falsyfikaty, a właściwie wyroby fantazyjne, a same notatki Bisiera, to też mistyfikacja mająca dać alibi do naciągania kolekcjonerów na nieistniejące rarytasy.

O ile, co do zarzutów stawianych M. Gumowskiego zdania nie mam - dopuszczam obie narracje, to w sprawie Soubisie-Bisiera nie mam wątpliwości. Miał dostęp do wyrobów mennicy, do których nie wszyscy dostęp mieli, są ślady transakcji z 1936 roku, są relacje spadkobierców, ergo dokument znany jako jego zapiski uważam za autentyczny, jak i za realnie istniejące i o udokumentowanym pochodzeniu uważam monety w tych zapiskach oferowane. Bo zapiski, to w rzeczywistości notatki związane ze sprzedażą tej części jego kolekcji.

A w lektur tych przerwach (z czego to cytacik?), piszę, a ponieważ do pisania potrzebne mi źródła więc znów czytam. Tym razem nie na monitorze, tylko przeglądam przeróżne mniej, lub bardziej zakurzone gazety i książki.
Znajduję w nich oprócz wiadomości potrzebnych mi do pracy również wiadomości dalekie od moich zainteresowań, ale czasem zaskakujące.

Na przykład natrafiłem na coś takiego (periodyk "Izys Polska, czyli dziennik umieiętności, wynalazków, kunsztów i rękodzieł poświęcony kraiowemu przemysłowi tudzież potrzebie wieyskiego i mieyskiego gospodarstwa" http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/116162?tab=1
Cytat z wyboru dokonanego przez Juliana Tuwima do felietonów  w "Problemach")
WYDOBYCIE NIECZYTELNYCH NAPISÓW NA PIENIĄDZACH I MONETACH.
Położyć taką sztukę na gorącym żelazie, a znikły napis zrobi się widzialnym. Miejsca bowiem, na których były litery, są mniej zgniecione od innych; łatwiej się przeto oksydują, tak iż przez tę nierówną oksydację stare litery stają się czytelnymi.
Nie próbowałem (i próbować nie zamierzam), ale jeśli ktoś się odważy, to chętnie zapoznam się z rezultatami.

Na inną ciekawostkę natrafiłem w książeczce Stanisława Broniewskiego "Igraszki z czasem czyli minione lata na cenzurowanym". W rozdziale poświęconym między innymi teatrom krakowskim autor opisał proceder, dzięki któremu niemajętni studenci mieli możliwość zapoznawania się z kilkuaktowymi przedstawieniami teatralnymi. Kupowano jeden najtańszy bilet, który kosztował 30 centów (halerzy). Tyle, co trzy obiady w studenckiej garkuchni.  Dalej, słowami S. Broniewskiego
...lojalni obywatele, posiadający legalne bilety, gdy wychodzili z budynku w czasie antraktu, dostawali rodzaj żetonów zwanych "kontramarkami". Akademicy odstępowali sobie wzajemnie owe kontramarki i w ten sposób za jedną wejściówkę każdy oglądał przynajmniej jeden akt, po czym schodzili się razem na Plantach i uzupełniali sobie nawzajem treść akcji. Portierzy wyłapywali często takich gości legitymujących się wypożyczonym żetonem i wyrzucali ich ze słowami "nie zawracaj pan kontramary"...
Kiedy to przeczytałem, przypomniałem sobie, że chyba mam w którejś szufladzie miedziany żeton, który może być taką "kontramarą".

ENTRADA AL TEATRO = WEJŚCIE DO TEATRU
średnica 31 mm, waga 10,2 grama  
Hiszpańską, co prawda, ale może i w Madrycie trzeba było uciekać się do tego sposobu kontrolowania widzów wychodzących na przerwie na świeże powietrze.
Nie zanotowałem kiedy i gdzie ten żeton zdobyłem. Zaciekawił mnie kiedyś widocznie i bardzo dobrze, bo w połączeniu z informacją o zwyczajach krakowskich studentów z końcówki XIX wieku stał się jeszcze bardziej interesujący. 


niedziela, 17 września 2017

Praszka

Od kilkunastu lat w Praszce organizowane są seminaria numizmatyczne. Tegoroczne (wczorajsze) było seminarium czwartym międzynarodowym i jednocześnie trzynastym ogólnopolskim. Zorganizowali je: Muzeum w Praszce, Praszkowskie Towarzystwo Numizmatyczne i redakcja kwartalnika GROSZ. Troszkę enigmatyczny tytuł seminarium - "Reminiscencje numizmatyczne" sprecyzowano w programie. Po przywitaniu gości przez pana Zbigniewa Szczerbika - Dyrektora Muzeum i pana Andrzeja Musiała - Prezesa Praszkowskiego Towarzystwa Numizmatycznego i Redaktora Naczelnego "Grosza" odbyły się dwie sesje referatów. Pierwszą rozpoczął pan Zdzisław Bogus, który żywo i barwnie opowiedział o dewaluacji i inflacji w cesarstwie rzymskim  w III w n.e. Referat ilustrowały nie tylko slajdy - słuchacze mogli obejrzeć związane z tematem monety z kolekcji pana Bogusa.
Pan Andrzej Musiał przedstawił perfidne wykorzystanie niszczonego inflacją polskiego pieniądza do akcji propagandowej podczas plebiscytu na Górnym Śląsku w marcu 1921 roku. W bezpośrednim sąsiedztwie lokali wyborczych rozrzucono duże ilości polskich banknotów zdeprecjonowanych rosnącą inflacją i rozklejono plakaty nawołujące do opowiadania się za przyłączeniem spornych terenów do Niemiec, kraju o stabilnym pieniądzu. Nie minęły dwa lata i w Niemczech wybuchła hiperinflacja, podczas której w październiku 1923 kurs brytyjskiego funta wynosił 122.764.600.000 marek, a miesiąc później marek 20.142.000.000.000
Kolejnym prelegentem był pan Mariusz Kieca, który na podstawie stanu grosza Jana IV z Pernštejna z własnej kolekcji (złocenie, dolutowane uszko), analogicznych groszy odnotowanych w innych zbiorach i w katalogach aukcyjnych oraz szyderczego żetonu antypapieskiego wysnuł przemawiający do wyobraźni wniosek, że kiedyś wszystkie te numizmaty były elementami łańcucha lub innej ozdoby stroju. Być może należącej do samego Jana Bogatego.
Pierwszą sesję referatów zakończył pan Dyrektor Szczerbik, który pochwalił się najnowszymi nabytkami praszkowskiego muzeum.
Mowa oczywiście była o monetach, a konkretnie o monetach zastępczych, bo - o czym zapomniałem na wstępie napisać - to pieniądz zastępczy jest głównym obiektem zainteresowania uczestników seminariów w Praszce.
Po krótkiej przerwie odbyła się druga sesja seminarium. Wyjątkowo przeznaczona nie na referaty, tylko w całości przeznaczona na dyskusję. Rzecz w tym, że organizatorzy postanowili wydać wspólnymi siłami kompendium wiedzy o polskim pieniądzu zastępczym. Podczas dyskusji przedstawiono wstępną wizję - cel publikacji i ogólne propozycje, co do zawartości. Pomijając moje osobiste wątpliwości, czy wszystko to, co uważane jest za pieniądz zastępczy jest w ogóle pieniądzem (czyli środkiem posiadającym moc umarzania zobowiązań), sądzę że takiego kompendium nie da się stworzyć bez dominującej roli redaktora, którego wizji całości muszą podporządkować się autorzy poszczególnych działów publikacji. Niestety mam obawy, że potencjalni autorzy, z których część, jeśli nie wszyscy byli na seminarium obecni, mają własne wizje swojego wkładu w całość, i w efekcie dzieło nie spełni oczekiwań ani pomysłodawców ani odbiorców.
Podczas dyskusji padł bardzo ważny głos dotyczący dotkliwego braku doskwierającego kolekcjonerom i badaczom, braku rzetelnej i na bieżąco aktualizowanej bibliografii publikacji numizmatycznych, zwłaszcza artykułów i notek publikowanych w czasopismach, w tym w lokalnych periodykach wydawanych przez oddziały i koła PTN. Swoją drogą, konieczne jest też chyba uwzględnianie publikacji internetowych , na przykład Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych. Propozycja, by bibliografia była jedną z ważniejszych części planowanego wydawnictwa została zaakceptowana, choć zgłoszono zastrzeżenie, że niektóre publikacje zawierają wiadomości zdezaktualizowane albo wprost błędne, w związku z czym należy się zastanowić, czy w bibliografii powinny się pojawić. I znów - uważam, że bibliografia, to bibliografia - jeśli ma być rzetelna, powinna zawierać możliwie wszystko, rolą autorów zaś, jest zwrócenie uwagi na błędy i przedstawienie aktualnego stanu wiedzy.
Po zakończeniu części merytorycznej, przyszła pora na posiłek (nie samymi monetami kolekcjoner żyje) i atrakcje przygotowane przez organizatorów. W programie seminarium zapisano:
godzina 14:30 - wycieczka niespodzianka
Okazało się, że wycieczka miała dwa etapy. Najpierw trafiliśmy do niedawno otwartego muzeum starych samochodów, w którym między innymi podziwialiśmy takie dwa Fordy T.
 
Oprócz nich były samochody nowsze, w tym i takie, którymi sami kiedyś jeździliśmy. Na przykład Fiat 126P - nie tak dawno temu mój pierwszy samochód, a dziś - pojazd zabytkowy z żółtymi tablicami rejestracyjnymi.
Drugim etapem była wioska Grębień. Nie tyle sama wioska, co stojący w niej drewniany kościółek. Na zewnątrz co najmniej niepozorny
ale za to wewnątrz - rewelacja!
 
 
 
 
 
Jeśli wcześniej nie kliknęliście w link przy nazwie wioski, przewińcie stronę i przeczytajcie notkę z Wikipedii.
Tej klasy obiekt w Czechach, Niemczech, Francji, gdziekolwiek w cywilizowanym świecie byłby reklamowany czymś więcej, niż niewielkim, brązowym drogowskazem z napisem "Kościół Świętej Trójcy". Z ręką na sercu przyznaję, że gdybym jechał tamtędy, nawet mając mnóstwo czasu i brak sprecyzowanych planów podróży, nie skręcił bym w wąską drogę wskazywaną przez taki drogowskaz. A gdybym nawet skręcił, to po przejechaniu tych zaledwie kilkuset metrów, najprawdopodobniej i tak bym niczego nie obejrzał i nawet niespecjalnie bym tego żałował, bo nie wiedział bym, czego obejrzeć nie mogłem. Przy kościółku brak jakichkolwiek tablic informujących o jego historii, o polichromiach, wyposażeniu ani o tym kiedy można zwiedzić wnętrze i gdzie szukać osoby, która by otworzyła drzwi. Jest tylko niewielka tabliczka z informacją o przeprowadzonej konserwacji (ze środków unijnych).

Choć zakończone wczoraj seminarium było już trzynastym, choć do Praszki nie mam zbyt daleko, bo tylko nieco ponad 100 kilometrów, było to moje pierwsze praszkowskie seminarium numizmatyczne. Powód wcześniejszego braku zainteresowania tymi seminariami jest prosty. Pieniądz zastępczy, a już papierowy pieniądz zastępczy, to jak to się mówi, nie moja bajka. W tym roku wybrałem się tam jednak bo chciałem się spotkać z pewnym kolekcjonerem mocno zaangażowanym w organizację seminariów w muzeum w Praszce, a z którym łączy mnie wspólne zainteresowanie kontrmarkami, które zmieniały wycofane z obiegu monety państwowe w pieniądz majątkowy (dominialny). Obejrzałem wspaniały zbiór kontrasygnowanych monet, w większości miedziaków Augusta III, bo to one głównie przeszły tę transformację po roku 1765. W moim zbiorze, jak mogłem się przekonać, brak jeszcze bardzo wielu typów kontrmarek spotykanych na szelągach i groszach Augusta III, ale i ja też mam okazy, do których mój rozmówca nie dotarł (czy nie macie wrażenia, że kolekcjonerzy są strasznie próżni?).

Nie obiecuję sobie, że w przyszłym roku też do Praszki jesienią pojadę. Wszystko zależy od programu, od zaplanowanych referatów. Obiecuję sobie natomiast, że jeśli tylko czas nie będzie mnie jakoś bardzo naglił, to będę się starał zaglądać w ciekawe miejsca wskazywane przez nawet najbardziej niepozorne drogowskazy. Co zobaczę, to moje.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Cicer cum caule albo groch z kapustą czyli o wszystkim i niczym

Tytuł ukradziony/zapożyczony* od Juliana Tuwima. Gdzieś w piwnicy powinno jeszcze leżeć kilka numerów "Problemów" z lat pięćdziesiątych XX w. z krótkimi tekstami Tuwima, który kolekcjonował fantastyczne ciekawostki z dawnej prasy (i nie tylko).
Składniki dzisiejszej mieszanki, to przede wszystkim internetowe wiadomości, na które zwróciłem ostatnio uwagę i ciekawe fragmenty przeczytanej niedawno książki.

Od niej właśnie zacznę. "Księga złoczyńców żywieckich" (Akta sądu koniecznego gajonego żywieckiego z lat 1589-1762). Nie doszedłem do tego, co oznacza "sąd konieczny" - na podstawie zawartości przypuszczam, że chodzi o posiedzenia sądu w sprawach, w których zapadały wyroki śmierci. "Sądy gajone" to posiedzenia sądowe odpowiednio inaugurowane tradycyjnymi formułami z zachowaniem wymaganego rytuału.
Zapisy w księdze też są częściowo sformalizowane. Zwykle na początku pojawia się formuła "... przed trapieniem, przy trapieniu i po trapieniu jaśnie, jawnie a wyraźnie zeznał, że...", a na końcu "co wszystko nieodmiennie twierdził do ostatniego punktu żywota swego i krwią to swoją zapieczętował, a z tym poszedł na sąd Boży". Trapienie, to oczywiście tortury, uznawane wtedy za niezawodny środek nakłaniania podejrzanych do szczerych zeznań. Za co na śmierć skazywano? Głównie za rabunki (słynni beskidzcy zbójnicy), za morderstwa ale również za pospolite kradzieże, za cudzołóstwo, za kazirodztwo, za "poróbstwo z klaczą" (winowajca żywcem na stosie spalony, klacz też). Wyroki wykonywano różnie - przez powieszenie, ścięcie, spalenie, ćwiartowanie, wbijanie na pal... To wszystko oczywiście publicznie.
W protokołach tyczących rabunków i kradzieży często mowa o pieniądzach. Niejaki Kuba Cyganik z Kocania, regularny rozbójnik na przykład przyznał, że z pieniędzy zrabowanych u wójta łokciańskiego dostało mu się "piętnaście złotych czeskich białych" (rok 1623). Inny zbójnik zeznał: "Działu wzięliśmy po półdziewiętu złotych". Półdziewięta, półtrzecia, półpięta  - takie liczebniki często pojawiają się w zeznaniach. Co oznaczają? Tak, jak półtora (półwtora) to jeden i pół, półdziewięta oznacza osiem i pół, a półtrzecia dwa i pół.
Wojciech Tetlak w roku 1619 zeznał, że ze wspólnikami zamordował dwóch kupców, a w ich rzeczach "było między pieniądzmi ze sześć dudławych malućkich, jakoby złotych". Dudławych, czyli przedziurawionych. Czyżby jakieś tureckie złoto?
W 1616 Samuel Chrapkowski z Gierałtowic, specjalizujący się w kradzieży bydła i sprzedawaniu zdjętych z niego skór, pracując u niejakiej Chyłkowej w Cieszynie, ukradł jej (oprócz pierścienia, płótna i oczywiście czterech krów) "taler, dukat i złotych dwadzieścia".
Takich wzmianek o różnych kwotach i różnych gatunkach pieniądza jest w "Księdze złoczyńców" więcej. Warto by dokładnie je przeanalizować.
Jest też kilka wzmianek o ukrywaniu łupów. Zadziwiająco często okazywało się, że zrabowane i ukryte dobra niszczały. Jakby rabusie nie wiedzieli, co z nimi zrobić. Z drugiej strony, jeżeli łupem był ser zabrany pasterzom, to co mieli z nim zrobić? Ile można było zjeść, zjedli, resztę chowali gdzieś w krzakach.
Ale są też zeznania poruszające wyobraźnię. "Wyznał tenże Mathusz, że za dział swój od Janka Chabki ze Sląska wziął złotych piętnaście. W Parszywcze złotych dwadzieścia schowanych pod jaworem pochyłem pod Soliskiem w wierch potoczka, skrzyżalom przyłożone." Nic, tylko do Praszywki jechać i pod Soliskiem szukać nad potoczkiem...

Teraz coś prawie z ostatniej chwili.
– NBP, dostrzegając ważne zmiany jakościowe na rynku płatności bezgotówkowych, w tym przejęcie wiodącej roli w tym zakresie przez administrację publiczną i instytucjonalne wsparcie tych prac ze strony podmiotów rynkowych, a jednocześnie uznając potrzebę zachowania zrównoważonego rozwoju instrumentów płatniczych, podjął decyzję o zmniejszeniu swojej aktywności w zakresie Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności, tj. występując formalnie z Koalicji i powracając do roli obserwatora jej prac – piszą służby prasowe NBP.
Cytat ze strony https://www.cashless.pl z felietonu Jacka Uryniuka
Nie wiem, czy przypuszczenia autora dotyczące konfliktu NBP z Ministerstwem Rozwoju (czytaj A. Glapińskiego z M. Morawieckim) są słuszne, ale przynajmniej kolekcjonerzy monet obiegowych zyskali nadzieję, że nadal będą mieli co zbierać. Jak dotąd wszystko wskazuje na to, że z monet, nawet tych o najniższych nominałach nie rezygnujemy. Bardzo jestem ciekaw rezultatów eksperymentu przeprowadzonego przez Kaufland we Wrocławiu podczas niedawnych World Games (taka olimpiada konkurencji nieolimpijskich). Sieć otworzyła sklep w wielkim namiocie, a w nim, dla ułatwienia transakcji wszystkie ceny zaokrąglono do pełnych złotych. Chciałbym poznać wyniki analizy wpływu tego ruchu na wielkość obrotu, czy zyskali klienci, czy sklep.
To, że zmiany w podejściu do pieniądza i do sposobów płatności stale zachodzą, potwierdza analiza rotacji banknotów i monet (częstotliwości powrotu banknotów i monet do NBP). Banknoty "żyją" coraz dłużej, bo coraz więcej transakcji opłacanych jest bezgotówkowo i jest to tendencja stała.
Ciekawie wygląda wykres rotacji monet.
Po początkowym wzroście ich "czasu życia" nastąpił gwałtowny spadek i dopiero od czwartego kwartału 2013 zaczęła się rysować stała tendencja wzrostowa. To może wiązać się z coraz częstszą rezygnacją sklepów z ustalania minimalnej kwoty, poniżej której nie można zapłacić kartą.

Teraz o dwóch ostrzeżeniach kierowanych do turystów.
Pierwsze, trochę bałamutne. Cytaty z portalu radia RMF, ale to samo czytałem i na innych stronach.
Karabinierzy radzą turystom we Włoszech, aby na wakacje zabrali oprócz kremu do opalania także mały magnes. Jak wyjaśniają, uchroni on przed nasilającym się latem procederem wydawania reszty podrabianymi monetami.
...
Magnes przyciąga tylko te oryginalne. Fałszerze nie są w stanie odtworzyć magnetyzmu, który w mennicy otrzymuje się dzięki specjalnej procedurze po to, by możliwa była identyfikacja pieniędzy w automatach
Jeżeli pomocny ma być zwykły magnes, to mówienie o magnetyzmie uzyskiwanym dzięki specjalnej procedurze jest delikatnie mówiąc nieporozumieniem. Sprawa dotyczy monet 1 euro i 2 euro, a więc bimetalicznych, których jeden element wykonywany jest z metalu ferromagnetycznego - żelazo, nikiel albo stop z jego dużą zawartością oraz kobalt. Ten ostatni odpada, bo oficjalne dane tych monet przedstawiają się tak:
2 €
Średnica: 25,75 mm, Masa: 8,50 g
pierścień – miedzionikiel
rdzeń trzywarstwowy – mosiądz niklowy, nikiel, mosiądz niklowy
 
1 €
Średnica: 23,25 mm, masa: 7,50 g
pierścień – mosiądz niklowy
rdzeń trzywarstwowy – miedzionikiel, nikiel, miedzionikiel


Jeśli fałszerze użyli stopów bez zawartości niklu, albo ze zbyt małą jego zawartością, to magnes nie będzie przyciągał ich wyrobów. Wielowarstwowość rdzenia rzeczywiście umożliwia precyzyjną identyfikację tych monet w automatach, które falsyfikatów nie przyjmą, choćby pozytywnie przechodziły próbę z magnesem, natomiast magnes nie uchroni przed falsyfikatami, jeśli tylko fałszerze zastosują ferromagnetyk do ich wykonania.

Ostrzeżenie drugie, jak najbardziej poważne (informacje za Dailymail i The Argus).
Pewien Brytyjczyk podczas urlopu w Turcji znalazł kilkanaście starych monet i postanowił zabrać je ze sobą do domu. Podczas kontroli bagażu na lotnisku monety wypatrzyli tureccy celnicy. Turysta nie zgłosił znaleziska miejscowym  władzom, a celnicy na podstawie sposobu ich ukrycia w bagażu uznali, że to świadomy przemyt przedmiotów objętych zakazem wywozu. Mężczyznę aresztowano, monety mają zbadać specjaliści z muzeum. Jeśli okaże się, że to rzeczywiście zabytkowe monety, a nie podróbki podrzucane naiwnym turystom, to Brytyjczyk za przemyt może trafić do więzienia na dłużej, a podobno tureckie więzienia nie należą do najprzyjemniejszych. 

Na koniec miła dla mnie wiadomość. Ukazał się drugi tegoroczny numer Biuletynu Numizmatycznego, a w nim druga część mojego artykułu o miedziakach Augusta III.


* niepotrzebne skreślić

czwartek, 24 sierpnia 2017

Człuchów

Urlop za nami. Pogoda nie rozpieszczała, a w pewnym momencie po prostu zaatakowała. Nas oszczędziło, ale tuż, tuż było źle. O tak - zdjęcia z sobotniego przedpołudnia (12 sierpnia):
 
Piątkowe Szanty w Charzykowych w porę przerwano. Na szczęście, a może raczej dzięki zdrowemu rozsądkowi ludzi, nikt chyba nie zdecydował się na wyjazd samochodem przed końcem burzy. Gdyby było inaczej, ofiar mogło być znacznie więcej.
Ponieważ lasy w okolicy w znacznej części wyglądają tak, jak na zdjęciach, ogłoszono zakaz wstępu do nich. Nieliczni grzybiarze-ryzykanci lekceważąc zakaz narażają nie tylko zdrowie i życie, ale też portfele, bo służby leśne patrolują teren i grożą wysokimi mandatami. Musi nam w tym roku wystarczyć to, co nazbieraliśmy przed 11 sierpnia.
Do lasu nie można więc trzeba było zająć się czymś innym. Dawno nie byliśmy w Człuchowie - postanowiłem sprawdzić, co się tam zmieniło. Zamkowa wieża nadal góruje nad miasteczkiem.
To jedyny zachowany fragment krzyżackiego zamku. Widoczny po prawej fragment zabudowań to kościół ewangelicki wybudowany w latach 1826-1828 na fundamentach dawnej zamkowej kaplicy. Na fundamentach, bo zamek rozebrano pod koniec XVIII wieku. Potrzebne były cegły do odbudowy miasta spalonego w pożarach w 1786 i 1793 roku.
Od kilku lat archeolodzy odsłaniają fundamenty ukryte w ziemi od dwustu lat.
Oprócz murów, ziemia oddaje liczne drobne zabytki ruchome - fragmenty ceramiki, naczyń i oczywiście to, co nas najbardziej interesuje, czyli monety. Co ciekawsze wydobyte artefakty wyeksponowano w muzeum znajdującym się w murach wspomnianego wyżej kościoła. Na wystawie są też eksponaty przeniesione z dawnej siedziby muzeum przy alei Wojska Polskiego.
Pierwsza sala, do której weszliśmy po kupieniu biletów
 
i pierwsze zaskoczenie. W wydzielonej części wyświetlany jest dziesięciominutowy film o historii miasta, zamku i prowadzonych wykopaliskach. Ciekawy, nie przegadany. Wielu zwiedzających siada, ogląda i słucha od początku do końca (film wyświetlany jest w pętli).
Drugie zaskoczenie przyniosła pierwsza gablota, zaraz przy wejściu.
Przeczytałem i nie mogłem uwierzyć - w gablocie wyeksponowano skarb - niewielki, ale skarb - znaleziony dwa tygodnie przed naszą wizytą w muzeum!!! Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tak błyskawicznym i dobrym udostępnieniem znaleziska. Zadziwiający kontrast ze stanem rzeczy opisywanym na przykład w tym wątku na forum TPZN http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,11428.0.html
A to niektóre monety z tego skarbu:
 
 
 
 I na deser, jeszcze dwie monety znalezione "kilka dni po odkryciu skarbu".
Prace w tym miejscu trwają więc być może coś jeszcze wypłynie spod ziemi. Warto podkreślić, że wszystkie te niedawno wykopane monety wyeksponowano w sposób pozwalający na oglądanie obu stron. Problemów z identyfikacją nie było, bo wszystkie są bardzo dobrze zachowane.
Na wystawie monet jest znacznie więcej. Są monety znalezione podczas odsłaniania piwnic
i kilka skarbów znalezionych wcześniej w okolicach Człuchowa.
Grzymisław, gmina Debrzno:
 
Mosiny (depozyt z muzeum w Koszalinie):
 
Garsk (depozyt z muzeum w Słupsku).
 
Biały Bór (depozyt z muzeum w Słupsku).
 
Uff. Dużo tego, jak na niewielkie muzeum regionalne. Szkoda, że wzrok już nie ten i dokładne oglądanie malutkich monet w szklanych gablotach wymagało wiele wysiłku (o częstych zmianach okularów nie wspominając).

W porównaniu ze stanem sprzed kilkunastu lat (teraz żałuję, że tak długo nie zaglądałem do Człuchowa) zmieniło się też otoczenie zamku. W uporządkowanym parku w obrębie murów ustawiono repliki maszyn oblężniczych: katapulty, taranu i miotacza ciężkich oszczepów (bricoli)
 
Mam nadzieję, że wystarczająco Was zachęciłem do odwiedzenia Człuchowa. Ja tam w przyszłym roku na pewno wrócę.

P.S.
Nic nie wspomniałem o niesamowitym widoku z wieży. Teraz mogą go podziwiać nawet osoby, dla których wędrówka wąskimi krętymi schodkami ukrytymi w murze była zadaniem ponad siły- w wieży zamontowano windę.


wtorek, 25 lipca 2017

Nasz sport narodowy.

Przegląd Numizmatyczny w wersji drukowanej żyje.
Gdzieś w Internecie przemknęła mi krótka informacja, że PN życie zawdzięcza pozyskaniu hojnego sponsora, który zaoferował finansowanie wydawnictwa do jubileuszowego, setnego numeru.
W notce odredakcyjnej, pan Jarosław Dutkowski narzeka na pazerność Allegro, która "zachęca" co większe polskie firmy numizmatyczne do rezygnacji ze współpracy z serwisem. Kilka stron dalej, właściciel jednej z takich firm, pan Damian Marciniak przedstawił swoje przemyślenia na ten temat, które już wcześniej znalazłem na jego blogu. Generalnie, zgadzam się z obu panami, bo od dłuższego czasu uważam postępowanie właścicieli Allegro za nielojalne wobec wiernych użytkowników, którzy w pionierskim okresie walnie przyczynili się do zbudowania marki firmy. Troszkę zbulwersował mnie jednak tytuł tekstu pana Damiana "Pożegnanie dobrej numizmatyki z Allegro". Rozumiem, że to taki skrót myślowy - "dobra numizmatyka" = rzadkie i drogie monety. Tylko, że to nieprawda, a przynajmniej nie cała prawda. Znam "kolekcjonerów" których "kolekcje" składają się z monet, które łączy tylko jedno - żadna nie została kupiona za mniej, niż 10.000 złotych. Tyle, że właściciele wiedzą o nich tylko tyle, ile kosztowały i gdzie zostały zakupione. Czy to "dobra numizmatyka"? Akurat pana Damiana nie posądzam o brak wyobraźni i nie zdawanie sobie sprawy z tego, że bez rynku numizmatycznego, na którym będą również monety mniej kosztowne, mówiąc wprost - monety tanie, kolekcjonerstwo będzie zanikać i prędzej, czy później i klienci zamożniejsi zwrócą się w stronę innych możliwości.
W podobnym duchu napisał kilka zdań inny znany profesjonalista, pan Janusz Parchimowicz. Pochwalił się, mającym się wkrótce ukazać katalogiem monet próbnych PRL, zaczynając tekst od wytłuszczonego zdania z trzema wykrzyknikami: "Uwaga prawdziwi kolekcjonerzy!!!" I w ten sposób za 14 złotych dowiedziałem się, że nie jestem prawdziwym kolekcjonerem. Nic to, bo z niektórych wypowiedzi niektórych polityków mógłbym wnioskować, że nie jestem też prawdziwym Polakiem (ta zgubna przyjemność z jazdy na rowerze...).
Oprócz krótkiej notatki o katalogu prób PRL, pan Parchimowicz opublikował w tym numerze PN jeszcze dwa niewielkie teksty. Jeden zatytułował "Po co nam katalogi, wszystko jest w internecie...".
Pomijając mniej, lub bardziej uzasadnione pretensje do ludzi publikujących w internecie katalogi oparte na katalogach drukowanych (w końcu autorzy tych ostatnich też często powielają czyjeś wcześniejsze prace, bardzo często bezkrytycznie przepisując błędne dane, np. o nieistniejących monetach), odnoszę wrażenie, że musi jeszcze dużo wody Wisłą spłynąć, zanim do wszystkich dotrze, że druk na papierze nie najlepiej sprawdza się w dziedzinie otwartej, jaką przecież jest numizmatyka. W tym samym tekście, autor chwali się niedawno kupioną monetą - próbną dziesięciozłotówką z 1973 roku, podkreślając, że to "moneta której w internecie nie było". To znów skrót myślowy, bo moneta została zakupiona... na aukcji internetowej oczywiście. W internecie nie było tylko żadnej publikacji na jej temat. Na papierze również. A może były takie informacje, tylko zakamuflowane gdzieś, w jakiejś niewielkiej, lokalnej gazetce, albo na czyimś blogu?
Odkrywca monety umieści ją oczywiście w swoim katalogu, a za miesiąc, kwartał, rok odkryje kolejne monety, których "nie było w internecie" i o jego katalogu też będzie można mówić, jak o Internecie - słaby, bo nie wszystko w nim jest. Może lepiej zadbać o dobry katalog sieciowy? Takie  rozwiązanie ma jednak małą, ale zasadniczą wadę - gorzej się monetyzuje, jak mówią spece od Internetu.
Jakby nie było, łatwiej szuka się w Internecie, niż w bibliotece Nie trzeba wertować tysięcy stron, trzeba tylko umieć sformułować zadanie dla wyszukiwarki.

Jak marudzić, to marudzić (to właśnie ta nasza narodowa dyscyplina). Odwiedziłem niedawno dwa nieodległe miasta, a w nich muzea.

W Żywcu, w dziale historii miasta pokazano talara Jana Kazimierza z 1649 r. i grupkę austriackich talarów z XVII wieku (przepraszam za jakość zdjęć, fotografowałem byle czym, błyskać nie pozwolili).
 
Bez żadnych informacji o pochodzeniu monet, o kontekście historycznym itp.
W dziale archeologicznym
skarb z Sopotni, złożony wyłącznie z monet austriackich (116 sztuk), ukryty po 1765 (na podstawie siedmiokrajcarówki z tego rocznika). Przynajmniej opisano skład skarbu i sposób wydatowania skarbu, ale już informacji o tym, co za te pieniądze można było kupić nie ma, a o to pytał rodziców nastolatek wyraźnie ożywiony widokiem SKARBU. Wcześniej wlókł się znudzony wzdłuż gablot z potłuczonymi fragmentami garnków i kaflami.

Troszkę lepiej, ale też tak sobie, było w Bielsku-Białej, mieście, było nie było z tradycją menniczą. O bielskiej mennicy żadnej wzmianki. W gablotach monet więcej (nie wszystkie sfotografowałem).
Na początek coś z antyku
Opisy są na półprzezroczystym tle na bocznych ściankach gablot, więc na zdjęciu (robionym byle czym) wychodzą beznadziejnie.
Dalej trochę pojedynczych monet z wykopalisk w mieście (w tym niezły liczman z ilustracją pokazującą sposób użycia liczmanów) i duża gablota z monetami używanymi w mieście od XVII wieku.
Niestety, gablota pod oknem, oświetlona tak, żeby było coś widać, ale niekoniecznie dobrze. Tym razem opisy na karteczkach. Czy zawsze prawidłowe, śmiem wątpić, bo...
monety podpisane, jako grosze Augusta III to w rzeczywistości grosz i szeląg, a leżący po lewej "szeląg", to na moje oko raczej grosz (czyżby pomyłka przy układaniu monet w gablocie?)

O czym by tu jeszcze pomarudzić...
Tak! Pogoda!
Tak beznadziejnego lipca dawno nie było.
A może był?

wtorek, 18 lipca 2017

Aleksandra Tournelle i Habsburżanki

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Albo kończyłem podstawówkę, albo dopiero co rozpocząłem naukę w liceum.
Ciotka, siostra taty, przy okazji jakiegoś rodzinnego spotkania zapytała mnie
- Słyszałam, że zbierasz znaczki. To prawda?
- Prawda, zbieram.
- W takim razie mam coś dla ciebie. - i wyjęła z torebki kopertę.
Wysypałem zawartość na stół. Były to austriackie znaczki sprzed pierwszej wojny światowej - już wtedy wiedziałem, że najpospolitsze z pospolitych. Ale to były znaczki na wycinkach, na fragmentach pocztówek, a o tych ostatnich wiedziałem, że mogą być znacznie, znacznie ciekawsze i wartościowsze od znaczków.
Podziękowałem grzecznie i zapytałem, czy ciocia te znaczki dostała już takie wycięte, czy może sama, nożyczkami...
- To ja wycięłam, to były takie stare, nieciekawe widokówki.
- A zostały cioci jeszcze jakieś? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Tak, mam ich jeszcze trochę. Chciałbyś zobaczyć?
Pewnie, że chciałem. Często bywaliśmy w Żywcu, gdzie ciotka mieszkała, więc okazja do oglądania widokówek przyszła szybko.
Ciotka wyjęła z szafy brązową kopertę i wysypała widokówki na stół. Podniosłem pierwszą z brzegu i...
Niewiele brakowało, żeby na ten sam stół opadła moja szczęka.
To była ta widokówka
 
- Skąd ciocia ma te widokówki?
- Po sąsiedzku z rodzicami, twoimi dziadkami, mieszkała taka stara dyrektorka szkoły. Od niej dostałam.
- Co ciocia chce zrobić z tymi pocztówkami?
- Podobają ci się? To sobie weź. Takiemu znajomemu już wcześniej trochę znaczków wycięłam, ale powiedział, że to nic ciekawego i więcej nie chce.

To sobie wziąłem i mam je do dzisiaj. W sumie 23 widokówki.

Nie wiem, co to za uroczystość uwieczniono na zdjęciu wykorzystanym w charakterze widokówki, ale wiem, kto tę widokówkę wysłał i do kogo.

Zacznijmy od adresatki. Fräulein Alexandra Tournelle, dyrektorka szkoły żeńskiej w Żywcu. Panna Tournelle trafiła do Żywca z Nowego Targu w roku 1897. Objęła szkołę żeńską utworzoną w 1866 r. i w ciągu niewielu lat doprowadziła najpierw do wyposażenia zaniedbanej szkoły w wiele pomocy naukowych, a później do wybudowania jej nowej siedziby. Pracowała w żywieckiej oświacie do roku 1929 (mimo ofert pracy w Krakowie i Lwowie). Zmarła w Żywcu w roku 1951 lub 1952 (są na ten temat sprzeczne dane). Pamiętam jak wyglądał Jej skromny grobowiec złożony z dwóch bliźniaczych płyt (pod drugą spoczęła jej służąca, Antonina Chrobakowa). W zeszłym roku próbowałem go ponownie odszukać, ale w miejscu, w którym pamiętałem, że powinien być, nie mogłem go znaleźć. W tym roku zrozumiałem dlaczego. Na miejscu dawnego grobu Aleksandry Tournelle jest nowy grobowiec. O zasłużonej dla miasta pedagog, przypomina umieszczona na nim niewielka płyta
Szkoda tego starego grobowca. Nie powinno być tak, że w przypadku osób tak ważnych dla lokalnej społeczności, tak zasłużonych, brak opłaty za miejsce na cmentarzu może prowadzić do przekazania grobu komuś innemu.
Zauważyliście, że na płycie napisano Aleksandra de Tournelle? Pani Tournelle wywodziła się z francuskiego rodu markizów de Tournelle. Jej przodkowie uciekli z Francji po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. O swoim szlachetnym pochodzeniu zdawała się nie pamiętać, we wszystkich znanych mi dokumentach figuruje jako Aleksandra (albo Alexandra) Tournelle - bez "de".

Teraz o nadawcy.
O nadawczyni właściwie. Widokówkę podpisała Mechtylda. To samo imię umieszczono na winietce zastępującej znaczek - VON ERZHERZOGIN  MECHTILDE. Któż to taki? Mechtylda Habsburg (1891-1966), trzecia córka Karola Stefana Habsburga i Marii Teresy Habsburg (de domo również Habsburg). Córka trzecia, ale dziecko czwarte. Jej starsze rodzeństwo, to Eleonora, Renata i Karol Olbracht. Miała jeszcze dwóch młodszych braci, Leona Karola i Wilhelma.
Mechtylda wyszła w styczniu 1913 r. (kilka dni po ślubie starszej siostry) za mąż za Olgierda Czartoryskiego. Na tej widokówce podpisała się już nazwiskiem męża.


Jak łatwo się domyślić, panna Tournelle oprócz zarządzania szkołą żeńską, zajmowała się również edukacją córek arcyksięcia Karola Stefana. Panny Habsburżanki regularnie wysyłały widokówki do swojej nauczycielki z podróży z rodzicami (niektóre widokówki są adresowana bardzo niewprawnym, dziecięcym pismem), z późniejszych, już bardziej dorosłych wojaży i nie zapominały o niej będąc już poważnymi mężatkami.
Najstarsza była Eleonora (1886-1974),
która w styczniu roku 1913 poślubiła kapitana marynarki, Alfonsa von Kloss.
Najwcześniej, bo w 1909 wyszła za mąż Renata (1888-1935). Patrząc na jej pismo na widokówkach, na fantazyjny podpis, myślę sobie, że to musiało być niezłe ziółko. Popatrzcie na kartkę wysłaną z Algieru przez dziewiętnastolatkę.
Dwa lata później została żoną księcia Hieronima Radziwiłła
Przeczytajcie uważnie opis wydrukowany na tej pocztówce. Tak wygląda jej strona odwrotna (a właściwie główna).
Sam pan Juliusz Kossak namalował Renatę i jej narzeczonego (Kossak był częstym gościem u żywieckich Habsburgów). Pocztówka z reprodukcją obrazu podpisana przez osobę na obrazie przedstawioną - lubię ją bardzo.

Sądząc po tym, że żadna z zachowanych pocztówek nie została wysłana przez któregoś z synów Karola Stefana, prawdopodobnie Pani Tournelle ich wykształceniem się nie zajmowała. Oni byli przygotowywani do innych zadań. Karol Stefan Habsburg, po tym, jak osiadł z rodziną w Żywcu, okazał się być prawdziwym polskim patriotą (Habsburg!!!). Przez jakiś czas myślano nawet, by po przywróceniu Polsce wolności, został jej królem. Z tego nic nie wyszło. Polska została republiką. Karol Stefan uzyskał obywatelstwo polskie dla całej rodziny w roku 1921, zmarł w 1933 r. Dziedzicem Żywca został jego syn Karol Olbracht, który również okazał się dobrym Polakiem (choć z wyboru przecież). I on i jego młodszy brat, w roku 1918 wstąpili do polskiego wojska. Tylko najmłodszy z braci, Wilhelm, nie podzielał poglądów ojca - w wojnie o kształt niepodległej Polski walczył w szeregach armii ukraińskiej, za co został przez ojca potępiony. Rodzina zerwała z nim wszelkie kontakty, choć uwzględniono go w testamencie Karola Stefana. Późniejsze losy Wilhelma są nieznane. Zmarł prawdopodobnie w roku 1955.
Karol Olbracht po wkroczeniu Niemców do Polski został uwięziony. Konsekwentnie, mimo bardzo ciężkich warunków w cieszyńskim więzieniu, wielokrotnie odmawiał odrzucenia polskiego obywatelstwa. Tak samo postępowała jego żona (Szwedka z pochodzenia). Oboje trafili do obozu pracy w Turyngii (niedaleko Buchenwaldu) skąd uwolniły ich dopiero 10 kwietnia 1945 r. oddziały amerykańskie. 

Jak już wspomniałem, wśród pocztówek, które udało mi się uratować, nie ma ani jednej wysłanej przez Karola Olbrachta ani Leona Karola. Jest tylko karnet ze zdjęciem "domku chińskiego" z żywieckiego parku z życzeniami

Znaczki zbierałem dość długo, coś tam jeszcze w szafach leży, pewnie niedługo o nich napiszę, bo niektóre mają związek z numizmatyką.
Na dziś koniec, a że o monetach nie było ani słowa? Na monetach świat się nie kończy.

Printfriendly