Google Website Translator Gadget

niedziela, 10 grudnia 2017

Numizmatyka w archiwaliach i starych drukach

Zaproszenie dostałem w czerwcu 2017. 
Odpisałem dziękując za zaproszenie i zapewniłem, że chętnie do Krakowa przyjadę. Wiadomość z następnego dnia bardzo mnie zaskoczyła, bo był w niej taki fragment: "Oczywiście z wykładem!".
Po dłuższym zastanowieniu powiedziałem sobie Raz kozie śmierć, wysłałem propozycję tematu, później zgodnie z życzeniem Organizatorów, krótkie streszczenie i czekałem na decyzję, zastanawiając się, czy nie będzie lepiej, jeśli moja propozycja zostanie odrzucona. 
Nie została odrzucona.W listopadzie dostałem program konferencji
https://drive.google.com/open?id=1GNkACHfgxmOitGDgZ_juP5r_cHKdN3p8
i nie powiem, żebym poczuł się komfortowo, widząc nazwiska pozostałych uczestników. Jak tu nie mieć tremy?
7 grudnia dotarłem do głównego gmachu Muzeum Narodowego, zgłosiłem się w punkcie rejestracji uczestników, odebrałem plakietkę uczestnika
usiadłem w fotelu i czekałem na pierwszy referat, przyglądając się przybywającym słuchaczom. Może lepiej by było, gdybym tego nie robił, albo gdybym nie rozpoznawał nikogo, bo trema rosła praktycznie z każdą wchodzącą do sali osobą. Pocieszało mnie tylko, że następnego dnia, mój referat będzie pierwszym, na dodatek o "nieludzko wczesnej godzinie" - tak godzinę rozpoczęcia konferencji określił pan Lech Kokociński - założyciel i pierwszy prezes PTN. Może nie wszyscy przyjdą?

Czytając program konferencji, zaznaczyłem sobie referaty, których chciałem wysłuchać. Planowałem, że z pozostałych zrezygnuję, a czas wykorzystam na zwiedzanie muzeum - jedyny polski obraz Leonarda widziałem ostatnio ze trzydzieści lat temu (teraz wisi piętro wyżej sali "U Samurajów", w której była konferencja). Rocznicowa wystawa dzieł Stanisława Wyspiańskiego, to też wydarzenie, którego nie powinno się lekceważyć. 
Dobrze, że program drugiego dnia konferencji kończył się przed czternastą, bo z moich czwartkowych planów zwiedzania muzeum nie zostało nic. Referaty były bardzo interesujące, jeśli nie z powodu samej tematyki, to dla możliwości poznania warsztatu profesjonalistów - numizmatyków, muzealników, archiwistów.

Po ostatnim czwartkowym referacie, Organizatorzy przygotowali niespodziankę - zostaliśmy zaproszeni "do Czapskich" na skromny poczęstunek i zwiedzanie ekspozycji. Dzięki temu nadrobiłem zaległości i obejrzałem czasową wystawę "Moneta & Imperium".
Najwyższy czas, bo wystawa kończy się niebawem, a monety piękne.
Przyszedł czas próby, piątkowy poranek. Dojechałem punktualnie i z niepokojem obserwowałem zapełniającą się salę. Moje nadzieje z poprzedniego dnia spełzły na niczym.
Podobno było nieźle. Zmieściłem się w wyznaczonym czasie, ale nie powiedziałem wszystkiego, co powiedzieć chciałem. Już poprzedniego dnia wiedziałem, że zamiast trzech podtematów, powinienem był się skoncentrować na jednym tylko. Byłby wtedy czas na i na szczegóły, i na przedstawienie wyników mojej pracy i na opis zamierzeń na przyszłość.
Następnym razem będzie lepiej (o ile następny raz będzie). 
W ramach odstresowania zrealizowałem wcześniejsze plany odwiedzając Damę i podziwiając dzieła Wyspiańskiego, wśród nich znajdując obraz (szkic?), żywcem przypominający jagiellońskie denarki.

P.S.
Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to pod koniec przyszłego tygodnia pochwalę się nowymi w moim zbiorze, bardzo szczególnymi monetami. Trzymajcie kciuki.

środa, 29 listopada 2017

Czegoś tu brakuje.

Dziś z poczty przyniosłem.
Szeląg koronny Jana Kazimierza. Rocznik 1660. Mennica krakowska. W katalogu Wolskiego nr KK60A.31.11.???
No właśnie, stan zachowania jest na tyle zły, że szczegółowe określenie wariantu wydaje się niemożliwe. Dlaczego więc zdecydowałem się na zakup? 
Bo czegoś tu brakuje; na awersie.
Sprzedający o tym wiedział, bo tytuł aukcji brzmiał "JAN KAZIMIERZ, SZELĄG 1660 --BEZ - T.L.B.- RZADKI". 
Na stemplach awersu używanych w pierwszym roku działalności krakowskiej mennicy szelężnej (czyli w 1659) nie było inicjałów Boratiniego. Stan ten utrzymał się także w początkowym etapie jej działalności w roku 1660. Tak się złożyło, że do dzisiaj miałem w zbiorze krakowskie szelągi 1660 tylko te z TLB pod portretem króla.
Inicjały Tytusa Liwiusza na szelągach z mennicy ujazdowskiej bitych w 1659 roku były
Przy okazji można pobawić się w wyszukanie podstawowych różnic pozwalających na odróżnienie wczesnych produktów Krakowa i Ujazdowa.
A gdzie wybito tego szeląga?
Awers typowy dla monet z Ujazdowa, rewers jak najbardziej krakowski, z Różą nad głową orła i z charakterystycznie przedzielonym REGN ()I.
Przecież nie mogło tak być, że jedną stronę monety wybito w Ujazdowie, drugą w Krakowie!
Tak być nie mogło, ale dla powstania takiego połączenia stempli (zwanego biciem hybrydowym) wystarczyło przewieźć stempel z jednej mennicy do drugiej. Albo oddelegować człowieka, który stemple wykonywał, a ten przecież zabrał z sobą wszystkie punce, których w swojej pracy używał (bo były jego własnością, a nie mennicy). Każda z opcji możliwa tym bardziej, że obie mennice dzierżawił ten sam człowiek.

Podobne problemy pojawiły się już wcześniej - uzasadnień przypisywania pewnych trojaków Zygmunta III do Wschowy albo Poznania jest tyle, ilu badaczy próbowało ustalić, gdzie je bito. Kolekcjonerzy trojaków czekają na zapowiedzianą publikację Ryszarda Kozłowskiego. Publikację, w której ma to zostać rozstrzygnięte. Na razie musi im wystarczyć nagranie wykładu wygłoszonego przez R. Kozłowskiego w warszawskim oddziale PTN. Nagranie trwa godzinę, ale warto obejrzeć je "od deski do deski".

Kwestie Kraków, czy Ujazdów albo Poznań czy Wschowa, wprawdzie trudne do rozwikłania, w zestawieniu z próbą ustalenia kiedy i gdzie wybito poszczególne grosze Augusta III wydają się dziecinnie proste. Tu mamy do czynienia z pracą co najmniej czterech mennic (niewykluczone, że siedmiu) i z kładzeniem na monetach dat nie mających nic wspólnego z rzeczywistym rokiem bicia. Wszelkie moje przewidywania, co do terminu ukończenia pracy nad książką-katalogiem poświęconą miedziakom Augusta III biorą w łeb. Materiału (monety, archiwalia) przybywa a czasu, niekoniecznie. Doba stale ma tylko 24 godziny.

P.S.
Nie wiem, co jest przyczyną, ale co pewien czas dostaję od kilku, czasem kilkunastu osób pytania dotyczące Linuksa. 
"Czy to prawda, że nie używa Pan Windowsów?" 
"Czy da się na tym pracować?" 
"Czy są jakieś problemy ze sprzętem?"
I tak dalej, i tak dalej. 
Teraz właśnie jest taki okres i podobnych pytań dostałem całą serię.
Jest tak. 
Tak, nie używam systemu operacyjnego Windows.
Tak, w moim komputerze rządzi Linuks, a konkretnie Debian w wersji stabilnej, ze środowiskiem graficznym XFCE (wymarzone środowisko dla mojego, nie pierwszej młodości "blaszaka" - wydajne i z mnóstwem opcji konfiguracyjnych).
Pulpit wygląda tak
Po prawej jest pionowy panel (przy szerokim monitorze sprawdza się lepiej od paska na ŋórze lub dole ekranu). Na panelu, od góry mam
  • informację o aktualnie odtwarzanej muzyce (lubię, kiedy przy pracy coś mi gra)
  • wskaźniki obciążenia procesora, użycia pamięci i pliku wymiany oraz temperaturze procesora
  • informacje pogodowe (z najlepszego moim zdaniem, norweskiego serwisu yr.no
  • ikony uruchomionych programów
  • ikony programów i usług działających w tle (schowek, Dropbox, Skype itp)
  • ikony menu programów, menedżera dźwięku, pokazywania pulpitu
  • zegar - kalendarz
  • ikony zamykania, hibernacji i restartu systemu.
Tłem pulpitu jest zdjęcie, które zrobiłem pewnego mglistego poranka w Charzykowych. Słońce już powoli tę mgłę niszczyło, ale zanim całkiem zniknęła było pięknie
Jeszcze kilka miesięcy i znów tam pojadę.

środa, 15 listopada 2017

Kutná Hora, město stříbra a magie - podejście drugie.

To już prawie tradycja - 11 listopada i dni sąsiednie przeznaczam na turystykę numizmatyczną.
Kiedy poprzednio byłem w Kutnej Horze, nie zdążyłem zobaczyć wszystkiego, co widzieć chciałem. Przede wszystkim mam na myśli muzeum srebra mieszczące się w "Hradku".
O ile zwiedzanie starej kopalni srebra jest atrakcją, z której korzystają liczne wycieczki, zwiedzanie muzeum srebra nie zainteresowało nikogo poza mną. Myślałem, że tak, jak lubię najbardziej, będę mógł się sam powłóczyć po muzeum. Nic z tego. Nie ważne, że "wycieczka" jednoosobowa. Bez przewodnika "není možno". Odczekałem kilka minut do pełnej godziny przy wejściu, dostałem plakietkę - dowód uiszczenia opłaty za możliwość fotografowania (jak zwykle z zastrzeżeniem - bez lampy błyskowej) i już można było rozpocząć zwiedzanie. Szybko uzgodniliśmy z panią przewodniczką, że najodpowiedniejszy będzie język czeski. W grę wchodziły jeszcze niemiecki (Ich verstehe nicht) oraz angielski (w tym przypadku ja miałem przewagę, co nie znaczy, że i tak nie było by problemów). 
Zaczyna się oczywiście od geologii i mineralogii.
Kolejne sale poświęcono historii miasta i życiu jego mieszkańców. Po obejrzeniu makiety średniowiecznej Kutnej Hory i wysłuchaniu przewodniczki zrozumiałem, dlaczego tak często na ulicach spotyka się zdezorientowanych turystów obracających w dłoniach plany miasta albo szukających ratunku w smartfonach. Na planie Kutnej Hory trudno doszukać się jakiejkolwiek regularności. Nie ma typowego dla średniowiecznych miast układu z centralnie położonym rynkiem, w którego pobliżu znajduje się główna świątynia i z wyeksponowanym zamkiem - siedzibą władzy. Uliczki przecinają się pod nieoczekiwanymi kątami. Rynków, a raczej niewielkich placów jest multum. Naprawdę niełatwo się w tym połapać. Wytłumaczenie jest proste. Kiedy w okolicy odkryto złoża rudy srebra, rozpoczęto jej wydobycie w ten sposób, że dookoła drążonego szybu powstawała niewielka osada. Szybów przybywało. Osady rozrastały się, każda niezależnie od innych, łączyły z sobą bo nie były od siebie daleko i w końcu powstało duże bogate miasto-labirynt, które otoczono murami (dziś niewiele z nich zostało).
Mijając kolejne sale, czekałem na ekspozycję poświęconą głównemu produktowi miasta - monetom. Po drodze było kilka okołonumizmatycznych akcentów, na przykłąd gliniane skarbonki.
W końcu pojawiły się i monety. Najpierw w gablocie poświęconej katedrze świętej Barbary
aż w końcu dotarliśmy do sali, w której monety grały główną rolę. Pokazano w niej czeskie monety z okresu poprzedzającego okres groszy praskich,
oczywiście grosze i parwusy a także późniejsze emisje habsburskie. W gablotce z groszami rzuca się w oczy taki okaz
grosz praski - piedfort - wielokrotnie grubszy od normalnego grosza. W opisie nie podano jego wagi, ale przypuszczam, że może być zbliżona do wagi talara.

Muzeum srebra zaliczone. Kolejnym przystankiem miał być kościół świętego Pawła.
Niestety okazał się zamknięty na głucho. Przyczynę odkryłem oglądając odwrotną stronę biletu do katedry św. Barbary, której ominąć nie wolno i która jest otwarta przez okrągły rok.
Na bilecie jest zachęta do odwiedzenia kościoła św. Pawła wraz z informacją, że jest to możliwe tylko od czerwca do września (włącznie). Jak się później przekonałem w Čáslavi, gdzie zarezerwowałem sobie noclegi, powszechną w Czechach praktyką jest zamykanie muzeów na okres zimowy. Dlatego Czaslawskie muzeum mogłem obejrzeć tylko od zewnątrz.
Nie udało mi się też dostać do wnętrza imponującego kościoła św. Piotra i Pawła w Čáslavi.
Nie dziwcie się, że wieża nie zmieściła się w kadrze - ma prawie 90 metrów wysokości. 

Wniosek jest oczywisty. Jeśli chce się w Czechach zobaczyć jak najwięcej, trzeba zaplanować wycieczkę na miesiące cieplejsze.

P.S.
Tradycyjna świętomarcińska gęś nie zawiodła. Objadłem się do wypęku, czego i Wam życzę, ale w tym celu, trudno i darmo, konieczny jest wyjazd w listopadzie.

niedziela, 5 listopada 2017

Poznań

Planowałem to od dawna. W 2015 roku wysłałem zapytanie w sprawie kwerendy szelągów Augusta III do kilku muzeów. Na blogu w sierpniu tegoż roku napisałem, że jedno z muzeów  odpowiedziało mi tak:
Uprzejmie informuję że w ..... znajduje się przynajmniej 380 szt. tych monet z różnych lat wybicia. Są one w zdecydowanej większości bliżej nieokreślone, w związku z czym bardziej szczegółowa kwerenda powinna zostać przeprowadzona przez Pana osobiście.
Dziś mogę już ujawnić, co kryło się pod wielokropkiem. Chodziło o Muzeum Narodowe w Poznaniu. Okazja nadarzyła się dopiero w październiku tego roku.
Jak w podobnych przypadkach z przeszłości, połączyłem wyjazd służbowy z najciekawszym z przeróżnych hobby. Wymiana e-maili z przypomnieniem prośby sprzed dwóch lat doprowadziła do uzgodnienia terminu i czasu kwerendy. Po przyjeździe do Poznania pierwsze kroki skierowałem do głównego gmachu Muzeum Narodowego, co okazało się błędem. Bardzo szybko naprawionym. Krótki spacer i stanąłem pod wieżą i zamkową bramą.
Gabinet Numizmatyczny znajduje się w budynku na wprost bramy
W chwilę po przywitaniu siedziałem przy stoliku zaopatrzony w dobrą lupę i przygotowaną w domu tabelę z odmianami i wariantami szelągów, w której znalazły się rubryki uwzględniające rocznik, legendę awersu (AVGVSTVS/AUGUSTUS) i literę pod tarczą herbową. Na stoliku pojawiła się pierwsza tacka z trzydziestoma pięcioma kopertkami z monetami. Praca wyglądała mniej więcej tak:
  • wyjęcie monety/monet (w niektórych kopertkach było kilka monet),
  • odczytanie legend monety,
  • porównanie z opisem na kopertce,
  • odnotowanie monety w tabeli .
I tak przez prawie trzy godziny. Obejrzałem i odnotowałem dane 272 szelągów. Na pozostałą setkę brakło czasu, ale nie bardzo tego żałuję, bo były to monety opisane, jako nieokreślone. Kilka z nich na próbę sprawdziłem - okazały się egzemplarzami albo zupełnie wytartymi, z niewidocznym rocznikiem i nieczytelnym znakiem pod tarczą herbową albo bitymi niecentrycznie w taki sposób, że kluczowe elementy legend nie znalazły się na krążku. Jedyne, co można było stwierdzić, to czy są w "typie gruntalskim", czy "gubińskim".
Statystyka wygląda tak. Z ogólnej liczby 272 sztuk, 63 były czytelne tylko częściowo - można było ustalić typ legendy awersu i albo rocznik albo literę pod herbami. Z pozostałych 209 monet, 49 wybito w Gruntalu, 160 w Gubinie lub innych mennicach, ale stemplami gubińskiego wzoru.
W obrębie typu gruntalskiego statystyka wygląda następująco:
1749 - 5 szt.
1750 - 4 szt.
1751 - 11 szt.
1752 - 9 szt.
1753 - 9 szt.
1754 - 10 szt.
1755 - 1 szt.
Taka statystyka nie jest odbiciem wielkości nakładów. Mamy nadreprezentację pierwszych dwóch roczników, którą można wytłumaczyć chęcią zatrzymywania w zbiorze monet opisywanych w literaturze, jako rzadkie. Rocznik 1755 może się wydać zaskakująco nisko reprezentowany, ale dla mnie jest to kolejne potwierdzenie obserwacji oferty rynkowej. Gruntalskie szelągi z 1755 r, teoretycznie tylko pięciokrotnie rzadsze od rocznika 1753, w praktyce pojawiają się znacznie rzadziej. Przyczyny nie znam.
W sumie, w oglądanym zespole znalazły się wszystkie znane mi wcześniej odmiany i warianty szelągów gruntalskich.

Wśród w pełni czytelnych monet z Gubina (157 szt.) zdecydowanie najliczniejsze okazały się szelągi z 1754 r. z literką H - było ich aż 43 (27%). Następną w kolejności odmianą okazały się szelągi z 1753 r. z odwróconym T - było ich 11.
Do października  miałem potwierdzone istnienie 50 odmian szelągów w typie gubińskim, 8 odmian wzmiankowanych w literaturze byłem skłonny uznać za rzeczywiście istniejące (ale nie miałem okazji naocznego potwierdzenia tego). Aż 16 odmian, które są w literaturze wymienione, według wszelkiego prawdopodobieństwa w naturze nie występuje - kolejni autorzy pisali o nich na podstawie (najprawdopodobniej) błędnego odczytania źle zachowanych monet. Nie wykluczam też zwykłych błędów pisarskich.
Wizyta w Gabinecie Numizmatycznym MN w Poznaniu nie dostarczyła dowodów na istnienie żadnej z tych niepewnych odmian! Na jednej z kopert był co prawda zapis, że w środku jest szeląg z literą L, ale przy bliższych oględzinach okazało się, że to uszkodzone, odwrócone T, co potwierdziło moje wnioski z wcześniejszych obserwacji. Prawdopodobnie szelągów z L nie bito.
Zaskoczeniem okazało się natomiast ujawnienie szeląga z odwróconą literą V. Wygląda to, jakby użyto puncy z V zamiast A. Druga opcja, to przypadkowe odwrócenie właściwej puncy - miało być V i jest V, tyle, że do góry nogami. Zresztą takie odwrócone V łatwiej było wpasować w rozwidlenie tarczy herbowej.

W poznaniu są dwa takie szelągi. Do tej pory w żadnej publikacji ich nie wymieniano!

Jak już napisałem, na przejrzenie szelągów nieokreślonych, czasu nie wystarczyło. Tym bardziej brakło go na sprawdzenie nie mniejszej, niż szelągów, ilości groszy. Wniosek może być tylko jeden - muszę się wybrać do Poznania raz jeszcze. Z groszami niestety jest trudniej, bo trzy podstawowe wyróżniki (imię króla, rocznik, znak pod herbami) nie w pełni opisują te monety. Równie ważne są portret króla i rysunek w polu rewersu (korona, herby, kształt tarczy herbowej). Trudno, trzeba będzie więcej czasu poświęcić na przygotowanie pomocniczej tabeli.

Wśród odmian nie wzmiankowanych w literaturze jest jedna, której istnienie uważam jednak za całkiem możliwe. Mam na myśli szeląga 1754 z literą H ale w odróżnieniu od odmiany najpospolitszej, z imieniem króla pisanym przez V. Kiedy więc zobaczyłem tę aukcję
zalicytowałem, łudząc się, że tym razem to może być rzeczywiście to, co w jej tytule. Tym bardziej, że dalej w opisie aukcji można było przeczytać
Miałem nadzieję, że ponowne użycie słowa "szeląg" wyklucza pomyłkę przy wpisywaniu tematu aukcji.

Wygrałem - to nie takie oczywiste, bo od pewnego czasu obserwuję, że miedziaki Sasa cieszą się rosnącym zainteresowaniem.
Niestety, ani dwukrotne użycie nominału "szeląg", ani fakt, że sprzedawcą była niemała firma numizmatyczna nie wpływają na inne fakty, bardziej namacalne. Waga pokazuje 3,75 grama, suwmiarka, równe 20 mm. Grosz!
Ciekawe, czy kiedyś przytrafi im się sprzedaż dwudukata opisanego, jako dukat pojedynczy?

niedziela, 29 października 2017

Numizmatyka - filatelistyka

Jakiś czas temu, kończąc wpis o pani Tournelle, obiecałem, że napiszę coś o monetach na znaczkach pocztowych.
Mam zachomikowany klaser ze znaczkami, których motywem przewodnim są monety i tematy z nimi związane. Kilka przykładów:
 
 
 
 
Nie mam, rzecz jasna, zamiaru reprodukować tu wszystkiego, co się w tym klaserze znajduje, ale o kilku znaczkach wypadało by troszkę napisać.
Na szwedzkim, czarno-białym czterokoronowym znaczku z 1971 roku widzimy czworokątną ośmiomarkową klipę z 1568 r. Znaczek zaprojektował Sven Ake Gustafsson, a jego kliszę rytował Czesław Słania. Światowej sławy polski rytownik, spod którego ręki wyszło wiele nie tylko znaczków pocztowych, ale również banknotów.  Najlepsza strona internetowa poświęcona pracom Czesława Słani, na jaką natrafiłem to: http://www.slaniastamps-heindorffhus.com
Prace Słani to staloryty. Znaczki drukowane techniką stalorytniczą podobają mi się bardziej od wklęsłodruków. Wystarczy porównać
 
Dlatego lubię znaczki naszych południowych sąsiadów.
Zazwyczaj na znaczkach pokazuje się monety z tych samych państw, ale oczywiście są i wyjątki. Mamy monety egzotycznych państw poświęcone postaciom i wydarzeniom nie mającym nic wspólnego z tymi państwami. To samo dotyczy i znaczków pocztowych.
Filatelistyka nie ogranicza się do znaczków pocztowych. Kolekcjonuje się całostki pocztowe (karty i koperty w nadrukowanymi znaczkami),

całości pocztowe, czyli przesyłki z obiegu pocztowego, które przeszły normalną drogę od nadawcy do adresata.
W tym przypadku zamiast znaczka, mamy tzw. frankotyp (frankaturę mechaniczną) - tu używany w Mennicy Państwowej S.A.
Mam też kopertę z mennicy amerykańskiej w Filadelfii.
Na niej zamiast znaczka jest wydrukowana informacja, że opłata pocztowa została opłacona z góry, oraz ostrzeżenie, że użycie takiej koperty do celów prywatnych będzie karane grzywną w wysokości 300 dolarów.
Zbiera się również datowniki okolicznościowe. Na oficjalnych kopertach z pierwszego dnia obiegu (FDC)
i datowniki związane z osobami, miejscami, wydarzeniami. Na przykład z wystawami numizmatycznymi.
Na tej wystawie nie byłem, ale na poprzedniej, pierwszej i owszem. Na pamiątkę przywiozłem sobie małą broszurkę, w której znalazło się miejsce na odbitkę okolicznościowego datownika.
Filatelistyka, której poświęcałem kiedyś więcej czasu (i środków), dziś prawie zupełnie poszła w odstawkę. Nie pozbywam się jednak tego, co zgromadziłem. Może jeszcze kiedyś wrócę do tego hobby.

środa, 25 października 2017

Mors, czy Amor?

Moja silna wola znów okazała się słabą silną wolą i kupiłem małą, brzydką monetę, która zupełnie nie pasuje do mojego zbioru.
Usprawiedliwienia (czytaj wymówki) mam dwa: primo, przeczuwałem, że przyda się, jako temat do wpisu na blogu; secundo, tania była.

Oto ona.
Cóż to takiego? Zacznijmy od legend.
Awers: IMP M IVL PHILIPPVS AVG (litery A i V w AVG w ligaturze),
więc to moneta Marcusa Iuliusa Philippusa znanego bardziej, jako Filip I Arab.
Rewers: C F P D - to bardziej skomplikowane. Na innych monetach bitych w tej okolicy, umieszczano na rewersie legendę COL F L PAC DEVLT. Nadal trudne do rozszyfrowania? Oto pełne rozwinięcie COLONIA FLAVIA PACIS DEVLTENSIVM. Nadal nic?
FLAVIA - kolonia założona pod koniec I w n.e. przez Wespazjana z rodu Flawiuszy. Pierwszymi kolonistami mieli być weterani wojny domowej. Przydomek  PACIS wiąże się z działaniami Wespazjana po wojnie domowej. Cesarz zajął się odbudową i przebudową Rzymu, między innymi ufundował świątynię bogini pokoju  PAX.
DEVLTENSIVM pochodzi od nazwy trackiego miasta DEVLTVM - centrum administracyjnego i handlowego kolonii, które dziś jest niewielką bułgarską wioską Debelt (Дебелт) położoną nieopodal Burgas (Бургас). Dziś wioska, w czasach Filipa Araba duże miasto z własnym portem i mennicą. Po okresie prosperity miasto stopniowo podupadało, port przeniesiono na wschód, w kierunku dzisiejszego wybrzeża Morza Czarnego. Od wieku XV Deultum praktycznie przestało istnieć.
Archeolodzy zainteresowali się jego pozostałościami w roku 1881. Poważne prace i badania rozpoczęto dopiero pod koniec XX w. Odsłonięto świątynie, budynki publiczne w tym rzecz jasna łaźnie i rzymskie nekropolie, a także obiekty późniejsze - relikty zamku o początkach sięgających V wieku, przebudowywanego i użytkowanego do wieku XIV oraz kościołu z IX wieku. Na terenie wykopalisk otwarto w 1988 r. rezerwat archeologiczny.

Moneta na zdjęciach prezentuje się gorzej, niż "na żywo", ale nawet na nich widać dość wyraźnie umieszczoną na rewersie męską, uskrzydloną postać, opierającą jedną nogę na skale i trzymającą skierowany w dół długi przedmiot.
Kiedy szukałem informacji, które pozwoliły by mi zidentyfikować tę monetę (kiedy ją kupowałem, wiedziałem tylko, że to mały brąz Filipa I Araba, lub jego syna, Filipa II), natknąłem się na stronę Prolegomena to a Study of Eros on Roman Provincial Coinage. W części opisującej monety bite w Deultum jest zdjęcie monety podobnej do mojej, a jej rewers opisano tak: Eros to l., leaning, cross-legged, on a torch held against what looks like a small altar
Chcąc dowiedzieć się czegoś więcej, karmiłem wyszukiwarkę słowami "Philippvs", "Devltum", "Eros", "Amor", a ta z uporem maniaka podsuwała mi monety, których rewers wyglądał identycznie, ale w opisie zamiast Eros/Amor widniało Thanatos/Mors!
Dopiero zapytanie o monety z bóstwem śmierci zamiast bóstwem miłości umożliwiło dokładniejszą identyfikację.
Moja nowa moneta, to mały brąz (17 mm, 3 g) wybity w latach 244-249 n.e. Bóstwo na rewersie, to Mors (grecki Thanatos), a ten długi przedmiot, to zgaszona, skierowana w dół pochodnia. Moneta opisana w SNG Bulgaria, tom 1, nr 1779-1782 (Sylloge Nummorum Graecorum Bulgaria, Thrace and Moesia Inferior, Vol. 1, Deultum).

Dlaczego autorzy wstępu do studiów nad przedstawieniami Erosa na rzymskich monetach prowincjonalnych uznali, że skrzydlaty jegomość ze zgaszoną pochodnią to personifikacja miłości, a nie śmierci, pojęcia nie mam. Może wszystko, nawet śmierć, kojarzy im się z...
W takim razie powinni być miłośnikami  filmu Francois Ozona "La petite mort". A może wolą „Little Death” Australijczyka Josha Lawsona?

sobota, 14 października 2017

Zaległości, nowości, perspektywy...

Dziwny ten rok jakiś. I nie tylko o pogodę mi chodzi.
Właśnie zorientowałem się, że nie mam w zbiorze złotówki i dwuzłotówki z ubiegłego roku! Jak to mogło się stać?
Coraz rzadziej płacę gotówką - coraz rzadziej wydają mi resztę. Mniej okazji do przeglądania drobnych i jakoś się te dwa nominały nie przydarzyły. To się nadrobi, rzecz jasna, ale taka sytuacja zdarza mi się pierwszy raz.
Z rocznika 2017 brak mi jeszcze tylko pięciozłotówki. To też się nadrobi.
Rzadsze kontakty z obiegową drobnicą mają jeszcze jeden zły skutek.
Przedwczoraj dostałem e-mail z Rosji. W załączniku, takie dwa zdjęcia.
 
Wielkie mi rzeczy, złoty pięćdziesiąt. A jednak nie takie zwykłe. Po lewej - 4.8.7.a, po prawej 4.8.7.b (https://sites.google.com/site/monetyobiegoweiiirp/katalog/monety-po-denominacji/50-groszy/2010---4-8-7), a w środku?
Rewers, jak na 4.8.7.a, awers jak na 4.8.7.b, jednym słowem hybryda.
Żeby to koledzy kolekcjonerzy z Rosji musieli wynajdować warianty naszych obiegówek! Od jutra płacę tylko gotówką!!!
Na razie wspominam o tym tylko tu, na blogu. Nowy wariant wprowadzę do katalogu dopiero po potwierdzeniu jego istnienia.

Za tydzień w Krakowie u Czapskich Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej. Program, jak zwykle ciekawy.

20 października:
 – „Moneta jako źródło archeologiczne” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. Rakoczy)
– „Moneta i retoryka w starożytnej Grecji i Rzymie: historia równoległa” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
– „Monety a prawo na przestrzeni dziesięcioleci” – wykład i dyskusja – 1,5 godz. (P. Groński)
– zwiedzanie laboratoriów MNK i Instytutu Archeologii UJ z możliwością przebadania wybranych monet – 1,5 godz.
21 października:
– od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich
– „Mennictwo Seleukidów – cz. 5. (od Antiocha IV do Demetrosa I)” – 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
– „Nummi restituti i ich funkcje w epoce cesarstwa rzymskiego” – 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (K. Balbuza)
– „Monety inspiracją renesansowego emblematu” – 1 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
– zwiedzanie wystawy czasowej „Moneta i imperium. Od Achemenidów po królestwa hellenistyczne” (oprowadza J. Bodzek)


W tym roku niestety nie jadę. 20 będę jeszcze na wyjeździe służbowym (który mam też nadzieję częściowo przekształcić w kolejną wycieczkę numizmatyczną, z której oczywiście przekażę sprawozdanie), 21 października przeznaczam na odpoczynek.

Czy znacie jakieś skuteczne lekarstwo na ulotność treści dostępnych w Internecie? Nie chodzi mi o dane statyczne, bo te (jeśli tylko mnie interesują) archiwizuję sobie, te najważniejsze również w formie wydruków. Gorzej z dużymi dynamicznymi projektami (RIP Cafe Allegro przykładem najlepszym). Ostatnio zniknęły dwa nummus.org i  allegromat.pl - serwisy archiwizujące aukcje Allegro. Pozostaje nam teraz tylko https://archiwum.allegro.pl/  - archiwum oficjalne, ale z założenia ograniczone do obiektów, które ktoś z administracji serwisu uzna za interesujące, oraz http://www2.allegromat.pl/ - niby to samo, co niegdysiejszy allegromat.pl ale bez możliwości wyszukiwania po numerach. Dawniej aukcje archiwizowane na allegromacie udostępniało się podając odnośnik w formie http://www.allegromat.pl/aukcjaxxx. Wszystkie takie odnośniki przestały działać. Komu to przeszkadzało?

Dyskusja o notatkach Bisiera, o której niedawno wspominałem, ucichła. Trwa i ciekawie (za sprawą materiałów źródłowych przedstawionych przez nowego uczestnika) się rozwija spór o Gumowskiego (Skarb z Zagórzyna i sprawa Mariana Gumowskiego). Problem godzenia osobistych pasji z powiązanymi z nimi obowiązkami służbowymi dotyczy nie tylko numizmatyków i nie tylko muzealników. Inną sprawą jest tendencja do ocen zerojedynkowych. Łajdak nie może mieć cech pozytywnych, zasłużonemu naukowcowi nie wolno imputować czynów etycznie wątpliwych. A świat nie jest czarno-biały przecież.

Do zbioru niczego ciekawego od  dłuższego czasu nie włączyłem. Najpierw dopinanie publikacji w Biuletynie Numizmatycznym, cały czas praca nad powiązaną z nią książką (opóźni się, nie ma na to rady), a w ostatnich dniach przygotowania do konferencji, którą w grudniu organizuje Muzeum Czapskich, nie pozostawiają za dużo czasu na poszukiwania okazów do zbioru. Jakieś drobiazgi oczywiście kupuję, ale od jakiegoś czasu na nic szczególnego, wartego pochwalenia się, nie znalazłem.

Co do wspomnianej konferencji, to szczegóły znajdziecie tu
http://mnk.pl/aktualnosci/konferencja-numizmatyczna
Z przyczyn, o których pisałem kilka linijek wyżej, cytuję treść informacji o konferencji:
MNK i Polskie Towarzystwo Numizmatyczne (oddział w Krakowie) zapraszają na konferencję naukową pt. "Numizmatyka w archiwaliach i starych drukach", która odbędzie się w dniach od 7 do 8 grudnia 2017 r.
Konferencja ma charakter interdyscyplinarny, skierowana jest do przedstawicieli różnych dyscyplin naukowych: historyków, archiwistów, archeologów, numizmatyków. Celem konferencji jest przedstawienie szeroko pojętych zagadnień numizmatycznych z historycznej i dokumentalnej perspektywy.

Proponowane zagadnienia:
  • tworzenie publicznych i prywatnych kolekcji
  • kolekcjonerzy i ich wpływ na rozwój numizmatyki
  • korespondencja numizmatyczna
  • archiwa na temat starych znalezisk monet
  • stara książka a numizmatyka
  • archiwalia związane z numizmatyką, numizmatykami i medalierami.
Osoby zainteresowane wygłoszeniem referatu proszone są o nadsyłanie zgłoszeń (temat wystąpienia, abstrakt (300–500 słów), krótka informacja o autorze: afiliacja oraz dane kontaktowe) do dnia 1 listopada 2017 roku na adres e-mail: numizmatyka@mnk.pl lub archiwum@mnk.pl. Przewidywany czas trwania referatu to max. 20 minut.

Udział w konferencji jest bezpłatny. Koszt dojazdu i pobytu (noclegi i wyżywienie) pokrywają uczestnicy konferencji.

Program konferencji, wraz ze szczegółowymi informacjami, zostanie przesłany uczestnikom oraz umieszczony na stronie internetowej Muzeum Narodowego w Krakowie do 20 listopada 2017 r.

Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w konferencji

Komitet Organizacyjny:

Na tej konferencji będę (ostatnie dwa dni tegorocznego urlopu) i jako słuchacz i (jak na razie wszystko na to wskazuje) jako jeden z prelegentów.

I jeszcze jedna nowość. Odżyła strona internetowa Przeglądu Numizmatycznego http://www.przegladnumizmatyczny.pl/.
Nie jest to jeszcze zapowiadany, rozbudowany portal numizmatyczny, ale coś się dzieje. Między innymi dodano następne numery PN do pobrania w formie plików pdf. Z nadzieją czekam na rozwój sytuacji.

czwartek, 28 września 2017

Na tytuł brakło mi inwencji.

Dzisiaj prawie nic o monetach, więcej  o sprawach okołonumizmatycznych.

Na wstępie, siłą tradycji, informuję o ukazaniu się Przeglądu Numizmatycznego 3/2017.
W numeracji ciągłej 98, więc do zapowiedzianej setki, jako ostatniego drukowanego wydania pozostało niewiele.
Zawartość urozmaicona - od średniowiecza, po próby PRL. Dla mnie najciekawszy, choćby ze względu na zdjęcia, tekst o narzędziach menniczych ze zbiorów wrocławskich i toruńskich.

Z uwagą śledzę umiarkowanie zażarte spory na forach numizmatycznych.

Pierwszy, u przeciwników złomu, to efekt rozmnażania przez podział. Dokładnie już nie wiem, co było na początku (Jajko!), ale chyba wspomniana już na tym blogu dyskusja o losach kolekcji Dattariego. Z jej podziału wyłoniły się wątki o roli muzeów i o potrzebie (albo wręcz przeciwnie) upłynniania muzealnych dubletów na rynku numizmatycznym. Z którego z nich wypączkowała dyskusja   Skarb z Zagórzyna i sprawa Mariana Gumowskiego, nie wiem. Jak by nie było, cały ten łańcuszek wątków dowodzi, że nasze - kolekcjonerów, numizmatyków-amatorów, ale i numizmatyków-profesjonalistów - oczekiwania w stosunku do muzeów, spełniają placówki nieliczne. Nam, amatorom najtrudniej przychodzi zrozumienie zasad rządzących placówkami finansowanymi ze środków publicznych (a więc "z naszych kieszeni"), ich inercja i taka sobie, powiedzmy, wydajność. My rzadko mamy okazję poświęcać naszej pasji 8 godzin każdego roboczego dnia w roku, a mimo to bywamy skuteczniejsi, np. w digitalizowaniu naszych kolekcji.

Drugi, z forum monety.pl rozlał się na jeszcze kilka miejsc w sieci, a dotyczy postaci Gustawa Wilhelma Ludwika Soubise-Bisier. Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka prezentując obiekty przygotowane na trzecią aukcję "live" pokazał rzadkie próby monet II Rzeczpospolitej, a wśród nich 10 20 groszy z datą 1924 znaną ze zbiorów MN w Warszawie i z tzw. notatek Bisiera. Pojawiły się głosy, że ta dziesięcidwudziestogroszówka (i ta z muzeum również), to falsyfikaty, a właściwie wyroby fantazyjne, a same notatki Bisiera, to też mistyfikacja mająca dać alibi do naciągania kolekcjonerów na nieistniejące rarytasy.

O ile, co do zarzutów stawianych M. Gumowskiego zdania nie mam - dopuszczam obie narracje, to w sprawie Soubisie-Bisiera nie mam wątpliwości. Miał dostęp do wyrobów mennicy, do których nie wszyscy dostęp mieli, są ślady transakcji z 1936 roku, są relacje spadkobierców, ergo dokument znany jako jego zapiski uważam za autentyczny, jak i za realnie istniejące i o udokumentowanym pochodzeniu uważam monety w tych zapiskach oferowane. Bo zapiski, to w rzeczywistości notatki związane ze sprzedażą tej części jego kolekcji.

A w lektur tych przerwach (z czego to cytacik?), piszę, a ponieważ do pisania potrzebne mi źródła więc znów czytam. Tym razem nie na monitorze, tylko przeglądam przeróżne mniej, lub bardziej zakurzone gazety i książki.
Znajduję w nich oprócz wiadomości potrzebnych mi do pracy również wiadomości dalekie od moich zainteresowań, ale czasem zaskakujące.

Na przykład natrafiłem na coś takiego (periodyk "Izys Polska, czyli dziennik umieiętności, wynalazków, kunsztów i rękodzieł poświęcony kraiowemu przemysłowi tudzież potrzebie wieyskiego i mieyskiego gospodarstwa" http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/116162?tab=1
Cytat z wyboru dokonanego przez Juliana Tuwima do felietonów  w "Problemach")
WYDOBYCIE NIECZYTELNYCH NAPISÓW NA PIENIĄDZACH I MONETACH.
Położyć taką sztukę na gorącym żelazie, a znikły napis zrobi się widzialnym. Miejsca bowiem, na których były litery, są mniej zgniecione od innych; łatwiej się przeto oksydują, tak iż przez tę nierówną oksydację stare litery stają się czytelnymi.
Nie próbowałem (i próbować nie zamierzam), ale jeśli ktoś się odważy, to chętnie zapoznam się z rezultatami.

Na inną ciekawostkę natrafiłem w książeczce Stanisława Broniewskiego "Igraszki z czasem czyli minione lata na cenzurowanym". W rozdziale poświęconym między innymi teatrom krakowskim autor opisał proceder, dzięki któremu niemajętni studenci mieli możliwość zapoznawania się z kilkuaktowymi przedstawieniami teatralnymi. Kupowano jeden najtańszy bilet, który kosztował 30 centów (halerzy). Tyle, co trzy obiady w studenckiej garkuchni.  Dalej, słowami S. Broniewskiego
...lojalni obywatele, posiadający legalne bilety, gdy wychodzili z budynku w czasie antraktu, dostawali rodzaj żetonów zwanych "kontramarkami". Akademicy odstępowali sobie wzajemnie owe kontramarki i w ten sposób za jedną wejściówkę każdy oglądał przynajmniej jeden akt, po czym schodzili się razem na Plantach i uzupełniali sobie nawzajem treść akcji. Portierzy wyłapywali często takich gości legitymujących się wypożyczonym żetonem i wyrzucali ich ze słowami "nie zawracaj pan kontramary"...
Kiedy to przeczytałem, przypomniałem sobie, że chyba mam w którejś szufladzie miedziany żeton, który może być taką "kontramarą".

ENTRADA AL TEATRO = WEJŚCIE DO TEATRU
średnica 31 mm, waga 10,2 grama  
Hiszpańską, co prawda, ale może i w Madrycie trzeba było uciekać się do tego sposobu kontrolowania widzów wychodzących na przerwie na świeże powietrze.
Nie zanotowałem kiedy i gdzie ten żeton zdobyłem. Zaciekawił mnie kiedyś widocznie i bardzo dobrze, bo w połączeniu z informacją o zwyczajach krakowskich studentów z końcówki XIX wieku stał się jeszcze bardziej interesujący. 


niedziela, 17 września 2017

Praszka

Od kilkunastu lat w Praszce organizowane są seminaria numizmatyczne. Tegoroczne (wczorajsze) było seminarium czwartym międzynarodowym i jednocześnie trzynastym ogólnopolskim. Zorganizowali je: Muzeum w Praszce, Praszkowskie Towarzystwo Numizmatyczne i redakcja kwartalnika GROSZ. Troszkę enigmatyczny tytuł seminarium - "Reminiscencje numizmatyczne" sprecyzowano w programie. Po przywitaniu gości przez pana Zbigniewa Szczerbika - Dyrektora Muzeum i pana Andrzeja Musiała - Prezesa Praszkowskiego Towarzystwa Numizmatycznego i Redaktora Naczelnego "Grosza" odbyły się dwie sesje referatów. Pierwszą rozpoczął pan Zdzisław Bogus, który żywo i barwnie opowiedział o dewaluacji i inflacji w cesarstwie rzymskim  w III w n.e. Referat ilustrowały nie tylko slajdy - słuchacze mogli obejrzeć związane z tematem monety z kolekcji pana Bogusa.
Pan Andrzej Musiał przedstawił perfidne wykorzystanie niszczonego inflacją polskiego pieniądza do akcji propagandowej podczas plebiscytu na Górnym Śląsku w marcu 1921 roku. W bezpośrednim sąsiedztwie lokali wyborczych rozrzucono duże ilości polskich banknotów zdeprecjonowanych rosnącą inflacją i rozklejono plakaty nawołujące do opowiadania się za przyłączeniem spornych terenów do Niemiec, kraju o stabilnym pieniądzu. Nie minęły dwa lata i w Niemczech wybuchła hiperinflacja, podczas której w październiku 1923 kurs brytyjskiego funta wynosił 122.764.600.000 marek, a miesiąc później marek 20.142.000.000.000
Kolejnym prelegentem był pan Mariusz Kieca, który na podstawie stanu grosza Jana IV z Pernštejna z własnej kolekcji (złocenie, dolutowane uszko), analogicznych groszy odnotowanych w innych zbiorach i w katalogach aukcyjnych oraz szyderczego żetonu antypapieskiego wysnuł przemawiający do wyobraźni wniosek, że kiedyś wszystkie te numizmaty były elementami łańcucha lub innej ozdoby stroju. Być może należącej do samego Jana Bogatego.
Pierwszą sesję referatów zakończył pan Dyrektor Szczerbik, który pochwalił się najnowszymi nabytkami praszkowskiego muzeum.
Mowa oczywiście była o monetach, a konkretnie o monetach zastępczych, bo - o czym zapomniałem na wstępie napisać - to pieniądz zastępczy jest głównym obiektem zainteresowania uczestników seminariów w Praszce.
Po krótkiej przerwie odbyła się druga sesja seminarium. Wyjątkowo przeznaczona nie na referaty, tylko w całości przeznaczona na dyskusję. Rzecz w tym, że organizatorzy postanowili wydać wspólnymi siłami kompendium wiedzy o polskim pieniądzu zastępczym. Podczas dyskusji przedstawiono wstępną wizję - cel publikacji i ogólne propozycje, co do zawartości. Pomijając moje osobiste wątpliwości, czy wszystko to, co uważane jest za pieniądz zastępczy jest w ogóle pieniądzem (czyli środkiem posiadającym moc umarzania zobowiązań), sądzę że takiego kompendium nie da się stworzyć bez dominującej roli redaktora, którego wizji całości muszą podporządkować się autorzy poszczególnych działów publikacji. Niestety mam obawy, że potencjalni autorzy, z których część, jeśli nie wszyscy byli na seminarium obecni, mają własne wizje swojego wkładu w całość, i w efekcie dzieło nie spełni oczekiwań ani pomysłodawców ani odbiorców.
Podczas dyskusji padł bardzo ważny głos dotyczący dotkliwego braku doskwierającego kolekcjonerom i badaczom, braku rzetelnej i na bieżąco aktualizowanej bibliografii publikacji numizmatycznych, zwłaszcza artykułów i notek publikowanych w czasopismach, w tym w lokalnych periodykach wydawanych przez oddziały i koła PTN. Swoją drogą, konieczne jest też chyba uwzględnianie publikacji internetowych , na przykład Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych. Propozycja, by bibliografia była jedną z ważniejszych części planowanego wydawnictwa została zaakceptowana, choć zgłoszono zastrzeżenie, że niektóre publikacje zawierają wiadomości zdezaktualizowane albo wprost błędne, w związku z czym należy się zastanowić, czy w bibliografii powinny się pojawić. I znów - uważam, że bibliografia, to bibliografia - jeśli ma być rzetelna, powinna zawierać możliwie wszystko, rolą autorów zaś, jest zwrócenie uwagi na błędy i przedstawienie aktualnego stanu wiedzy.
Po zakończeniu części merytorycznej, przyszła pora na posiłek (nie samymi monetami kolekcjoner żyje) i atrakcje przygotowane przez organizatorów. W programie seminarium zapisano:
godzina 14:30 - wycieczka niespodzianka
Okazało się, że wycieczka miała dwa etapy. Najpierw trafiliśmy do niedawno otwartego muzeum starych samochodów, w którym między innymi podziwialiśmy takie dwa Fordy T.
 
Oprócz nich były samochody nowsze, w tym i takie, którymi sami kiedyś jeździliśmy. Na przykład Fiat 126P - nie tak dawno temu mój pierwszy samochód, a dziś - pojazd zabytkowy z żółtymi tablicami rejestracyjnymi.
Drugim etapem była wioska Grębień. Nie tyle sama wioska, co stojący w niej drewniany kościółek. Na zewnątrz co najmniej niepozorny
ale za to wewnątrz - rewelacja!
 
 
 
 
 
Jeśli wcześniej nie kliknęliście w link przy nazwie wioski, przewińcie stronę i przeczytajcie notkę z Wikipedii.
Tej klasy obiekt w Czechach, Niemczech, Francji, gdziekolwiek w cywilizowanym świecie byłby reklamowany czymś więcej, niż niewielkim, brązowym drogowskazem z napisem "Kościół Świętej Trójcy". Z ręką na sercu przyznaję, że gdybym jechał tamtędy, nawet mając mnóstwo czasu i brak sprecyzowanych planów podróży, nie skręcił bym w wąską drogę wskazywaną przez taki drogowskaz. A gdybym nawet skręcił, to po przejechaniu tych zaledwie kilkuset metrów, najprawdopodobniej i tak bym niczego nie obejrzał i nawet niespecjalnie bym tego żałował, bo nie wiedział bym, czego obejrzeć nie mogłem. Przy kościółku brak jakichkolwiek tablic informujących o jego historii, o polichromiach, wyposażeniu ani o tym kiedy można zwiedzić wnętrze i gdzie szukać osoby, która by otworzyła drzwi. Jest tylko niewielka tabliczka z informacją o przeprowadzonej konserwacji (ze środków unijnych).

Choć zakończone wczoraj seminarium było już trzynastym, choć do Praszki nie mam zbyt daleko, bo tylko nieco ponad 100 kilometrów, było to moje pierwsze praszkowskie seminarium numizmatyczne. Powód wcześniejszego braku zainteresowania tymi seminariami jest prosty. Pieniądz zastępczy, a już papierowy pieniądz zastępczy, to jak to się mówi, nie moja bajka. W tym roku wybrałem się tam jednak bo chciałem się spotkać z pewnym kolekcjonerem mocno zaangażowanym w organizację seminariów w muzeum w Praszce, a z którym łączy mnie wspólne zainteresowanie kontrmarkami, które zmieniały wycofane z obiegu monety państwowe w pieniądz majątkowy (dominialny). Obejrzałem wspaniały zbiór kontrasygnowanych monet, w większości miedziaków Augusta III, bo to one głównie przeszły tę transformację po roku 1765. W moim zbiorze, jak mogłem się przekonać, brak jeszcze bardzo wielu typów kontrmarek spotykanych na szelągach i groszach Augusta III, ale i ja też mam okazy, do których mój rozmówca nie dotarł (czy nie macie wrażenia, że kolekcjonerzy są strasznie próżni?).

Nie obiecuję sobie, że w przyszłym roku też do Praszki jesienią pojadę. Wszystko zależy od programu, od zaplanowanych referatów. Obiecuję sobie natomiast, że jeśli tylko czas nie będzie mnie jakoś bardzo naglił, to będę się starał zaglądać w ciekawe miejsca wskazywane przez nawet najbardziej niepozorne drogowskazy. Co zobaczę, to moje.

Printfriendly