Google Website Translator Gadget

wtorek, 25 lipca 2017

Nasz sport narodowy.

Przegląd Numizmatyczny w wersji drukowanej żyje.
Gdzieś w Internecie przemknęła mi krótka informacja, że PN życie zawdzięcza pozyskaniu hojnego sponsora, który zaoferował finansowanie wydawnictwa do jubileuszowego, setnego numeru.
W notce odredakcyjnej, pan Jarosław Dutkowski narzeka na pazerność Allegro, która "zachęca" co większe polskie firmy numizmatyczne do rezygnacji ze współpracy z serwisem. Kilka stron dalej, właściciel jednej z takich firm, pan Damian Marciniak przedstawił swoje przemyślenia na ten temat, które już wcześniej znalazłem na jego blogu. Generalnie, zgadzam się z obu panami, bo od dłuższego czasu uważam postępowanie właścicieli Allegro za nielojalne wobec wiernych użytkowników, którzy w pionierskim okresie walnie przyczynili się do zbudowania marki firmy. Troszkę zbulwersował mnie jednak tytuł tekstu pana Damiana "Pożegnanie dobrej numizmatyki z Allegro". Rozumiem, że to taki skrót myślowy - "dobra numizmatyka" = rzadkie i drogie monety. Tylko, że to nieprawda, a przynajmniej nie cała prawda. Znam "kolekcjonerów" których "kolekcje" składają się z monet, które łączy tylko jedno - żadna nie została kupiona za mniej, niż 10.000 złotych. Tyle, że właściciele wiedzą o nich tylko tyle, ile kosztowały i gdzie zostały zakupione. Czy to "dobra numizmatyka"? Akurat pana Damiana nie posądzam o brak wyobraźni i nie zdawanie sobie sprawy z tego, że bez rynku numizmatycznego, na którym będą również monety mniej kosztowne, mówiąc wprost - monety tanie, kolekcjonerstwo będzie zanikać i prędzej, czy później i klienci zamożniejsi zwrócą się w stronę innych możliwości.
W podobnym duchu napisał kilka zdań inny znany profesjonalista, pan Janusz Parchimowicz. Pochwalił się, mającym się wkrótce ukazać katalogiem monet próbnych PRL, zaczynając tekst od wytłuszczonego zdania z trzema wykrzyknikami: "Uwaga prawdziwi kolekcjonerzy!!!" I w ten sposób za 14 złotych dowiedziałem się, że nie jestem prawdziwym kolekcjonerem. Nic to, bo z niektórych wypowiedzi niektórych polityków mógłbym wnioskować, że nie jestem też prawdziwym Polakiem (ta zgubna przyjemność z jazdy na rowerze...).
Oprócz krótkiej notatki o katalogu prób PRL, pan Parchimowicz opublikował w tym numerze PN jeszcze dwa niewielkie teksty. Jeden zatytułował "Po co nam katalogi, wszystko jest w internecie...".
Pomijając mniej, lub bardziej uzasadnione pretensje do ludzi publikujących w internecie katalogi oparte na katalogach drukowanych (w końcu autorzy tych ostatnich też często powielają czyjeś wcześniejsze prace, bardzo często bezkrytycznie przepisując błędne dane, np. o nieistniejących monetach), odnoszę wrażenie, że musi jeszcze dużo wody Wisłą spłynąć, zanim do wszystkich dotrze, że druk na papierze nie najlepiej sprawdza się w dziedzinie otwartej, jaką przecież jest numizmatyka. W tym samym tekście, autor chwali się niedawno kupioną monetą - próbną dziesięciozłotówką z 1973 roku, podkreślając, że to "moneta której w internecie nie było". To znów skrót myślowy, bo moneta została zakupiona... na aukcji internetowej oczywiście. W internecie nie było tylko żadnej publikacji na jej temat. Na papierze również. A może były takie informacje, tylko zakamuflowane gdzieś, w jakiejś niewielkiej, lokalnej gazetce, albo na czyimś blogu?
Odkrywca monety umieści ją oczywiście w swoim katalogu, a za miesiąc, kwartał, rok odkryje kolejne monety, których "nie było w internecie" i o jego katalogu też będzie można mówić, jak o Internecie - słaby, bo nie wszystko w nim jest. Może lepiej zadbać o dobry katalog sieciowy? Takie  rozwiązanie ma jednak małą, ale zasadniczą wadę - gorzej się monetyzuje, jak mówią spece od Internetu.
Jakby nie było, łatwiej szuka się w Internecie, niż w bibliotece Nie trzeba wertować tysięcy stron, trzeba tylko umieć sformułować zadanie dla wyszukiwarki.

Jak marudzić, to marudzić (to właśnie ta nasza narodowa dyscyplina). Odwiedziłem niedawno dwa nieodległe miasta, a w nich muzea.

W Żywcu, w dziale historii miasta pokazano talara Jana Kazimierza z 1649 r. i grupkę austriackich talarów z XVII wieku (przepraszam za jakość zdjęć, fotografowałem byle czym, błyskać nie pozwolili).
 
Bez żadnych informacji o pochodzeniu monet, o kontekście historycznym itp.
W dziale archeologicznym
skarb z Sopotni, złożony wyłącznie z monet austriackich (116 sztuk), ukryty po 1765 (na podstawie siedmiokrajcarówki z tego rocznika). Przynajmniej opisano skład skarbu i sposób wydatowania skarbu, ale już informacji o tym, co za te pieniądze można było kupić nie ma, a o to pytał rodziców nastolatek wyraźnie ożywiony widokiem SKARBU. Wcześniej wlókł się znudzony wzdłuż gablot z potłuczonymi fragmentami garnków i kaflami.

Troszkę lepiej, ale też tak sobie, było w Bielsku-Białej, mieście, było nie było z tradycją menniczą. O bielskiej mennicy żadnej wzmianki. W gablotach monet więcej (nie wszystkie sfotografowałem).
Na początek coś z antyku
Opisy są na półprzezroczystym tle na bocznych ściankach gablot, więc na zdjęciu (robionym byle czym) wychodzą beznadziejnie.
Dalej trochę pojedynczych monet z wykopalisk w mieście (w tym niezły liczman z ilustracją pokazującą sposób użycia liczmanów) i duża gablota z monetami używanymi w mieście od XVII wieku.
Niestety, gablota pod oknem, oświetlona tak, żeby było coś widać, ale niekoniecznie dobrze. Tym razem opisy na karteczkach. Czy zawsze prawidłowe, śmiem wątpić, bo...
monety podpisane, jako grosze Augusta III to w rzeczywistości grosz i szeląg, a leżący po lewej "szeląg", to na moje oko raczej grosz (czyżby pomyłka przy układaniu monet w gablocie?)

O czym by tu jeszcze pomarudzić...
Tak! Pogoda!
Tak beznadziejnego lipca dawno nie było.
A może był?

wtorek, 18 lipca 2017

Aleksandra Tournelle i Habsburżanki

Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było. Albo kończyłem podstawówkę, albo dopiero co rozpocząłem naukę w liceum.
Ciotka, siostra taty, przy okazji jakiegoś rodzinnego spotkania zapytała mnie
- Słyszałam, że zbierasz znaczki. To prawda?
- Prawda, zbieram.
- W takim razie mam coś dla ciebie. - i wyjęła z torebki kopertę.
Wysypałem zawartość na stół. Były to austriackie znaczki sprzed pierwszej wojny światowej - już wtedy wiedziałem, że najpospolitsze z pospolitych. Ale to były znaczki na wycinkach, na fragmentach pocztówek, a o tych ostatnich wiedziałem, że mogą być znacznie, znacznie ciekawsze i wartościowsze od znaczków.
Podziękowałem grzecznie i zapytałem, czy ciocia te znaczki dostała już takie wycięte, czy może sama, nożyczkami...
- To ja wycięłam, to były takie stare, nieciekawe widokówki.
- A zostały cioci jeszcze jakieś? - zapytałem z nadzieją w głosie.
- Tak, mam ich jeszcze trochę. Chciałbyś zobaczyć?
Pewnie, że chciałem. Często bywaliśmy w Żywcu, gdzie ciotka mieszkała, więc okazja do oglądania widokówek przyszła szybko.
Ciotka wyjęła z szafy brązową kopertę i wysypała widokówki na stół. Podniosłem pierwszą z brzegu i...
Niewiele brakowało, żeby na ten sam stół opadła moja szczęka.
To była ta widokówka
 
- Skąd ciocia ma te widokówki?
- Po sąsiedzku z rodzicami, twoimi dziadkami, mieszkała taka stara dyrektorka szkoły. Od niej dostałam.
- Co ciocia chce zrobić z tymi pocztówkami?
- Podobają ci się? To sobie weź. Takiemu znajomemu już wcześniej trochę znaczków wycięłam, ale powiedział, że to nic ciekawego i więcej nie chce.

To sobie wziąłem i mam je do dzisiaj. W sumie 23 widokówki.

Nie wiem, co to za uroczystość uwieczniono na zdjęciu wykorzystanym w charakterze widokówki, ale wiem, kto tę widokówkę wysłał i do kogo.

Zacznijmy od adresatki. Fräulein Alexandra Tournelle, dyrektorka szkoły żeńskiej w Żywcu. Panna Tournelle trafiła do Żywca z Nowego Targu w roku 1897. Objęła szkołę żeńską utworzoną w 1866 r. i w ciągu niewielu lat doprowadziła najpierw do wyposażenia zaniedbanej szkoły w wiele pomocy naukowych, a później do wybudowania jej nowej siedziby. Pracowała w żywieckiej oświacie do roku 1929 (mimo ofert pracy w Krakowie i Lwowie). Zmarła w Żywcu w roku 1951 lub 1952 (są na ten temat sprzeczne dane). Pamiętam jak wyglądał Jej skromny grobowiec złożony z dwóch bliźniaczych płyt (pod drugą spoczęła jej służąca, Antonina Chrobakowa). W zeszłym roku próbowałem go ponownie odszukać, ale w miejscu, w którym pamiętałem, że powinien być, nie mogłem go znaleźć. W tym roku zrozumiałem dlaczego. Na miejscu dawnego grobu Aleksandry Tournelle jest nowy grobowiec. O zasłużonej dla miasta pedagog, przypomina umieszczona na nim niewielka płyta
Szkoda tego starego grobowca. Nie powinno być tak, że w przypadku osób tak ważnych dla lokalnej społeczności, tak zasłużonych, brak opłaty za miejsce na cmentarzu może prowadzić do przekazania grobu komuś innemu.
Zauważyliście, że na płycie napisano Aleksandra de Tournelle? Pani Tournelle wywodziła się z francuskiego rodu markizów de Tournelle. Jej przodkowie uciekli z Francji po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. O swoim szlachetnym pochodzeniu zdawała się nie pamiętać, we wszystkich znanych mi dokumentach figuruje jako Aleksandra (albo Alexandra) Tournelle - bez "de".

Teraz o nadawcy.
O nadawczyni właściwie. Widokówkę podpisała Mechtylda. To samo imię umieszczono na winietce zastępującej znaczek - VON ERZHERZOGIN  MECHTILDE. Któż to taki? Mechtylda Habsburg (1891-1966), trzecia córka Karola Stefana Habsburga i Marii Teresy Habsburg (de domo również Habsburg). Córka trzecia, ale dziecko czwarte. Jej starsze rodzeństwo, to Eleonora, Renata i Karol Olbracht. Miała jeszcze dwóch młodszych braci, Leona Karola i Wilhelma.
Mechtylda wyszła w styczniu 1913 r. (kilka dni po ślubie starszej siostry) za mąż za Olgierda Czartoryskiego. Na tej widokówce podpisała się już nazwiskiem męża.


Jak łatwo się domyślić, panna Tournelle oprócz zarządzania szkołą żeńską, zajmowała się również edukacją córek arcyksięcia Karola Stefana. Panny Habsburżanki regularnie wysyłały widokówki do swojej nauczycielki z podróży z rodzicami (niektóre widokówki są adresowana bardzo niewprawnym, dziecięcym pismem), z późniejszych, już bardziej dorosłych wojaży i nie zapominały o niej będąc już poważnymi mężatkami.
Najstarsza była Eleonora (1886-1974),
która w styczniu roku 1913 poślubiła kapitana marynarki, Alfonsa von Kloss.
Najwcześniej, bo w 1909 wyszła za mąż Renata (1888-1935). Patrząc na jej pismo na widokówkach, na fantazyjny podpis, myślę sobie, że to musiało być niezłe ziółko. Popatrzcie na kartkę wysłaną z Algieru przez dziewiętnastolatkę.
Dwa lata później została żoną księcia Hieronima Radziwiłła
Przeczytajcie uważnie opis wydrukowany na tej pocztówce. Tak wygląda jej strona odwrotna (a właściwie główna).
Sam pan Juliusz Kossak namalował Renatę i jej narzeczonego (Kossak był częstym gościem u żywieckich Habsburgów). Pocztówka z reprodukcją obrazu podpisana przez osobę na obrazie przedstawioną - lubię ją bardzo.

Sądząc po tym, że żadna z zachowanych pocztówek nie została wysłana przez któregoś z synów Karola Stefana, prawdopodobnie Pani Tournelle ich wykształceniem się nie zajmowała. Oni byli przygotowywani do innych zadań. Karol Stefan Habsburg, po tym, jak osiadł z rodziną w Żywcu, okazał się być prawdziwym polskim patriotą (Habsburg!!!). Przez jakiś czas myślano nawet, by po przywróceniu Polsce wolności, został jej królem. Z tego nic nie wyszło. Polska została republiką. Karol Stefan uzyskał obywatelstwo polskie dla całej rodziny w roku 1921, zmarł w 1933 r. Dziedzicem Żywca został jego syn Karol Olbracht, który również okazał się dobrym Polakiem (choć z wyboru przecież). I on i jego młodszy brat, w roku 1918 wstąpili do polskiego wojska. Tylko najmłodszy z braci, Wilhelm, nie podzielał poglądów ojca - w wojnie o kształt niepodległej Polski walczył w szeregach armii ukraińskiej, za co został przez ojca potępiony. Rodzina zerwała z nim wszelkie kontakty, choć uwzględniono go w testamencie Karola Stefana. Późniejsze losy Wilhelma są nieznane. Zmarł prawdopodobnie w roku 1955.
Karol Olbracht po wkroczeniu Niemców do Polski został uwięziony. Konsekwentnie, mimo bardzo ciężkich warunków w cieszyńskim więzieniu, wielokrotnie odmawiał odrzucenia polskiego obywatelstwa. Tak samo postępowała jego żona (Szwedka z pochodzenia). Oboje trafili do obozu pracy w Turyngii (niedaleko Buchenwaldu) skąd uwolniły ich dopiero 10 kwietnia 1945 r. oddziały amerykańskie. 

Jak już wspomniałem, wśród pocztówek, które udało mi się uratować, nie ma ani jednej wysłanej przez Karola Olbrachta ani Leona Karola. Jest tylko karnet ze zdjęciem "domku chińskiego" z żywieckiego parku z życzeniami

Znaczki zbierałem dość długo, coś tam jeszcze w szafach leży, pewnie niedługo o nich napiszę, bo niektóre mają związek z numizmatyką.
Na dziś koniec, a że o monetach nie było ani słowa? Na monetach świat się nie kończy.

czwartek, 13 lipca 2017

Między urlopami

Ostatni czerwcowy wpis zakończyłem skanem trzynastu monet, które krótko przedtem do mnie dotarły. Później zafundowaliśmy sobie krótki urlop, więc dokładniejszy opis nowych nabytków przedstawię dopiero dzisiaj.
Zanim to zrobię, podzielę się niespodzianką, która czekała po powrocie.
W pierwszym tegorocznym numerze Biuletynu Numizmatycznego jest (nareszcie!) mój artykuł o miedzianych monetach koronnych Augusta III. To znaczy pierwsza jego część. Nie wiedziałem, że artykuł zostanie podzielony na części. Całość ma 34 strony (łącznie z abstractem), więc pozostało jeszcze 19 stron do drugiego numeru.
W związku z tym, prawdopodobnie opóźni się publikacja książki, której artykuł jest podstawą. Nie chcę by pokazała się przed publikacją całości artykułu.

Teraz nowe monety.
O jedną zapytano mnie zaraz po opublikowaniu wpisu, o tę pierwszą w najwyższym rzędzie. Chodziło o to, czy to moneta oryginalna, czy falsyfikat z epoki.
Zygmunt III Waza, grosz koronny 1614
Moim zdaniem oryginalna, choć podejrzana. Rysunek bardzo poprawny (korona, orzeł), litery puncowane, ale jest kilka szczegółów budzących wątpliwości. Po pierwsze niska waga - zamiast 1,58 grama jest tylko 1,24 (a wytarcia niewielkie), po drugie - patyna wskazująca na zaniżoną zawartość srebra (choć po obu stronach wychodzi spod niej jasna, srebrna (?) powierzchnia, po trzecie niedoskonałości kompozycyjne - podniesione drugie G i prawy ozdobnik przy koronie na awersie (korona też lekko pochylona) oraz leżąca szóstka w dacie - takiego egzemplarza jeszcze nie widziałem. Jeśli falsyfikat z epoki - bo że nie współczesny, tego jestem pewien - to pochodzący z dobrze wyposażonego warsztatu doświadczonego mincerza. 

Pozostałe monety mniej ciekawe, co nie znaczy, że całkiem nudne. Trzy szelągi litewskie Batorego z pospolitych roczników. Miałem, ale monet króla Stefana w zbiorze nigdy za wiele - zostają.


Grosz litewski Zygmunta III z 1626 r.
Tego wariantu w zbiorze jeszcze nie miałem - cecha charakterystyczna - na awersie małe kółeczka jako przerywniki w legendzie, na rewersie brak ozdobników pod herbem podskarbiego.

Pięć krakowskich trojaków Zygmunta III z lat 1621-1624. Też uzupełnią zbiór, bo część ma inne znaki rozdzielające legendę, niż na monetach, które już miałem. Jeden wygląda ciekawiej:

Trojak koronny Zygmunta III z 1624 r.
bo na rewersie albo nigdy nie było kropki po prawej stronie herbu podskarbiego, albo stempel się w tym miejscu zapchał (stawiam na brak).
Szeląg ryski z 1578 r. - z typowymi wykruszeniami ale nie tak pospolity, jak by się wydawało (1577 jest pospolitszy). Na innych egzemplarzach z tego rocznika, które wcześniej widziałem krzyżyk nad herbem miasta umieszczony był wewnątrz obwódki - tu przerywa obwódkę. I na koniec dwa wczesne półtoraki Zygmunta III. Jeden z roku 1614 - dublet, ale w zbiorze pozostanie, drugi z 1616 jest ciekawszy.
Dołączył do dwóch innych bydgoskich półtoraków z herbem Sas, a wyróżnia się wśród nich kształtem tarczy z herbem podskarbiego, odwróconymi literami N i gwiazdkami na rewersie. W sumie udany zakup za niewygórowaną kwotę (jak to w sezonie wakacyjnym).

piątek, 30 czerwca 2017

Ogórki? Jakie ogórki?

Kiedy czytam, że znów ktoś widział UFO, skonstruował perpetuum mobile albo coś sobie gdzieś wstrzyknął, wiem że pora na urlop. Wakacje. Ogórki. Ale nie w tym roku! Co prawda Anonymous znaleźli na serwerach NASA selfi marsjanina, co prawda celebrytki i celebryci prześcigają się w wynajdywaniu nowych metod autopromocji, ale poza tym dzieje się tyle, że śmiało można przyjąć, że w tym roku ogórki nie obowiązują (chyba, że małosolne).

Po pierwsze, Allegro przyspieszyło decyzję kilku firm numizmatycznych o przejściu na swoje. Przebieg i rezultaty aukcji GNDM napawają optymizmem.
Po drugie, coś nareszcie zaczyna się dziać na stronie SNP. Wczoraj zobaczyłem na niej taki komunikat:
Zobaczymy, czy zapowiedzi sprzed półrocza zostaną spełnione.

Po trzecie, nie próżnują politycy - 22 czerwca Sejm przyjął zmiany do ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Ustawa trafiła do Senatu, pewnie przejdzie bez poprawek. Co zaproponowano? Ma powstać Narodowy Fundusz Ochrony Zabytków, co na pierwszy rzut oka wygląda rozsądnie. Jak wiadomo, diabeł ukrywa się w szczegółach i dopiero po uruchomieniu funduszu i praktyce pierwszych miesięcy (lat?) będzie wiadomo, czy nadzieje na poprawę nie okażą się płonne. Najwięcej komentarzy spowodowały jednak inne zmiany w ustawie. Najkrócej i najcelniej streszcza je tytuł wpisu na stronie (blogu) zdziennikaodkrywcy.pl - Sejm zaostrzył kary dla "nielegalnych" poszukiwaczy skarbów. Nie masz pozwolenia na poszukiwania? Będziesz przestępcą.
Świadomość prawna moich rodaków została ukształtowana okupacyjną "kombinatoryką" i peerelowskim "państwem na niby" (co innego słyszę, co innego widzę) i jest na przerażająco niskim poziomie. Kiedy w jednym z wątków poświęconym prawnym aspektom "poszukiwania skarbów" napisałem o konsekwencjach przekwalifikowania czynu z wykroczenia na przestępstwo, poczułem się jak Kasandra. Niezrozumienie, lekceważenie zagrożenia, absolutny brak wyobraźni, co do możliwych konsekwencji. Nie lubię sytuacji zmuszających mnie do gorzkiego "a nie mówiłem?", ale wygląda na to, że okazji do tego niestety nie zabraknie. Nauczyciel, policjant, urzędnik, leśniczy przyłapani na poszukiwaniach z wykrywaczem, z automatu pożegnają się z pracą. Czy wszyscy młodzi ludzie zdają sobie sprawę z tego, że starając się o pracę mogą (albo muszą) zostać poproszeni o zaświadczenie o niekaralności? I co?
Kolekcjonerzy monet tez mogą popaść w kłopoty. Nieostra ustawowa definicja zabytku plus zasada, że każdy znaleziony zabytek jest własnością Państwa plus domniemanie, że każda moneta mająca więcej niż x lat jest zabytkiem odkrytym podczas poszukiwań (czy miał Pan zezwolenie?) albo przypadkowo znalezionym (czy zgłosił Pan to do odpowiedniej instytucji?) mogą narazić kolekcjonera na oskarżenie o paserstwo - obrót przedmiotem stanowiącym własność państwa. Konsekwencje mogą być bardzo przykre, a pierwszą będzie odebranie monety. Co się z nią stanie? Najpierw trafi do magazynu dowodów rzeczowych, później być może do któregoś z muzeów.
Niepostrzeżenie dotarliśmy do następnego tematu. Tematu kilku gorących dyskusji na forum TPZN, z których wspomnę dwie: pierwszą zatytułowano Co robią muzea?, a drugą Po co wykopujemy te stare krążki metalu? Zaczęło się od dwu innych dyskusji: Smutne losy kolekcji Giovanni'ego Dattari i Garść myśli na temat kolekcji Dattari. Chodzi o kolekcjonera, który zgromadził wspaniały zbiór monet antycznych, ale o tym przeczytacie we wskazanych wątkach. 
Zawsze uważałem i pisałem, że podstawowym obowiązkiem poważnego kolekcjonera jest rzetelne skatalogowanie kolekcji. Wzorem niech będzie nam Emeryk Czapski. Z obowiązkami niestety jest tak, że można się z nich wywiązać tylko wtedy, gdy dysponuje się odpowiednimi zasobami. Pisząc o zasobach, mam na myśli nie tylko pieniądze i narzędzia. Co najmniej tak samo ważne są chęci i czas. Nie wiemy, czego brakowało Dattariemu, ale czegoś zabraknąć musiało, bo całości zbioru nie skatalogował. Zbierał przede wszystkim monety aleksandryjskie, ale przy okazji zgromadził wiele innych monet antycznych i te pozostały bez dobrego opracowania. Kolekcjoner umiera, spadkobiercy decydują się najpierw na przekazanie kolekcji państwu. Poszukiwanie muzeum gotowego przejąć zbiór i zapewnić mu należytą opiekę kończą się fiaskiem - czas na sprzedaż kolekcji. Znajduje się firma aukcyjna, która zajmie się sprzedażą - czy może zdarzyć się coś niedobrego?
Hiszpańska firma, która zajęła się zbiorem, zachowała się moim i nie tylko moim zdaniem nieprofesjonalnie. Nie zważając na to, że sprzedaje nie pierwszy lepszy zbiór przeciętnego kolekcjonera, tylko znakomity zbiór pełen rzadkich i bardzo rzadkich numizmatów, łączyła monety w pakiety (loty) np. po 500 monet nie zawsze zwracając uwagę na rangę i jakość poszczególnych egzemplarzy. Może zawiniła presja czasu, może kluczowym był właśnie fakt, że Dattari nie skatalogował tej części zbioru. Może właściciele nalegali na bardzo szybką finalizację sprzedaży. Może aukcjonerzy nie mieli kompetentnych współpracowników zdolnych do prawidłowej identyfikacji i opisu sprzedawanych monet. Nie wiemy co zadecydowało, ale znamy skutki. Dochód ze sprzedaży mógłby być nawet wielokrotnie wyższy, bo niekiedy za dwie, trzy monety z zestawu można było liczyć na kwotę wyższą od uzyskanej za cały zestaw. Wystarczyło zrezygnować z łączenia monet w tak duże zestawy, wystarczyło pokazać w katalogu aukcyjnym dobre zdjęcia poszczególnych monet.
Przy okazji dyskusji o losach kolekcji Dattari, na forum TPZN wywiązał się spór o to, co lepiej służy numizmatyce - zbiory muzealne, czy prywatne. Opinie, jak to w Polsce, skrajne. Od głosów, że lepiej by muzea opróżniły magazyny, po opinie, że utknięcie monety w prywatnej kolekcji wyłącza ją z obiegu naukowego, czasowo albo na zawsze. Jaka jest prawda?
Trzeba by pewnie zacząć od pytań podstawowych, np. "czym jest prawda?". Aż tak daleko w filozofię nie sięgajmy, ale na d innym podstawowym pytaniem pomyśleć musimy. Zadano je w wątku Co robią muzea? jako replikę na stwierdzenie, że muzealne zbiory służą badaniu przeszłości, a brzmi ono tak: Co daje nam badanie przeszłości?
Rozszerzając je, można by zapytać po co nam badania czegokolwiek, po co ludzkości nauka? Będąc prostym, ale jednak, magistrem fizyki, powinienem być przekonany, że przynajmniej nauki takie, jak fizyka, chemia, biologia sprawiają, że człowiekowi żyje się łatwiej, wygodniej, przyjemniej. Trudno się z tym spierać, choć czasem łatwiej i wygodniej nie znaczy lepiej - znów pole do popisu dla filozofów.
Wróćmy do naszych baranów, pardon - monet.
W sensie praktycznym, szczegółowa wiedza o tym, czy Rzym w pewnym okresie bił monety dla prowincji w mennicach cesarstwa, czy wysyłał gotowe stemple do prowincji, gdzie następowało bicie monet z lokalnego surowca, nie daje nam, jako ogółowi nic.
Bezpośrednio korzyść z tej wiedzy mogą odnieść co najwyżej kolekcjonerzy takich monet, którzy dzięki zastosowaniu wyrafinowanych metod opracowanych przez fizyków będą mogli upewnić się, że ich zbiór składa się z okazów oryginalnych (albo fałszywych). Przysłowiowemu Kowalskiemu ta wiedza, powtarzam, nie da nic. Ba! Kowalski straci, bo za pieniądze, które państwo wydaje na utrzymanie muzeów i badanie zgromadzonych w nich eksponatów mogły by powstać nowe, lepsze drogi, można by płacić wyższe wynagrodzenia i emerytury, zapewnić lepszą ochronę zdrowia, szkolnictwo itp.
Czy Kowalscy w ogóle bywają w muzeach? Śmiem wątpić. Zajrzą być może na wystawę "średniowiecznych narzędzi tortur" albo na wystawę zdjęć z czasów swojej młodości kierowani ciekawością lub potrzebą dreszczyku emocji. W końcu muzea wywodzą się z dawnych gabinetów osobliwości, w których trójgłowe ciele sąsiadowało z fałszywą mumią egipską, odlewem twarzy Wielkiego Bohatera, wachlarzem trzeciej kochanki króla i antyczną monetą (zręcznie sfałszowaną przez przemyślnego Italczyka).
Obiektywnie rzecz biorąc, muzea są po to, by X osób miało zatrudnienie, Y - przyjemność z ich zwiedzania, a rządzący poczucie dumy z działania na rzecz Nauki, Sztuki i Kultury.
Kiedy to zaakceptujemy i się z tym pogodzimy i uznamy, że mimo wszystko istnienie muzeów ma sens, to pojawia się kolejny dylemat. Czy lepiej, żeby monety trafiały do muzeów i w nich pozostawały, czy lepiej, by trafiały do prywatnych kolekcji?
Wielokrotnie opisywałem na blogu moje wycieczki do różnych muzeów, koncentrując się na eksponowanych zbiorach numizmatycznych. Muszę przyznać, że niestety większość tych zbiorów jest totalnie nieinteresująca dla zwiedzających nie zainteresowanych numizmatyką. U Czapskich takie osoby wykazują pewne oznaki ożywienia przy gablotach z nowożytnymi medalami (wielkie srebrne i złote medale robią wrażenie na każdym) i przy gablotach z pieniędzmi, które pamiętają z dzieciństwa. Większe zainteresowanie różnymi częściami wystawy zauważyłem w Dreźnie, np. w sali poświęconej różnym formom pieniądza. W większości pozostałych muzeów, większość zwiedzających (o ile w ogóle byli jacyś zwiedzający - w kilku muzeach byłem jedynym gościem) nie obdarzała małych, najczęściej źle oświetlonych monet nawet cieniem zainteresowania.
Muzealnych magazynów nie znam. Z kilkudziesięcioma monetami spoza muzealnej ekspozycji zapoznałem się u Czapskich przy okazji kwerendy dotyczącej szelągów Augusta III - te monety są dobrze opisane i łatwo dostępne. Czy tak dobrze jest wszędzie - wątpię, bo na przykład jedno z dużych muzeów, szczycące się pokaźnym zbiorem numizmatycznym, na pytanie o kilka konkretnych szelągów Augusta III odpowiedziało tak:
Szanowny Panie,
po przeprowadzeniu wstępnej kwerendy w zbiorze, stosownie do Pańskiej prośby z dnia 5 lipca br., uprzejmie informuję że w GN (xxx) znajduje się  przynajmniej 380 szt.  tych monet z różnych lat wybicia. Są one w zdecydowanej większości bliżej nieokreślone, w związku z czym  bardziej szczegółowa kwerenda  powinna zostać przeprowadzona przez Pana osobiście.
Z poważaniem
(yyy) kustosz
O czym to świadczy? Tylko o tym, że to (i niestety nie tylko to) muzeum nie jest zainteresowane wszystkim, co zalega w jego magazynach. Być może na pytanie o talary odpowiedź była by inna, ale czy z punktu widzenia nauki, talar na pewno niesie większą ilość informacji o przeszłości od trojaka albo szeląga? Fakt, można na nim zauważyć więcej szczegółów stroju władcy, ale jeszcze więcej widzimy ich na obrazach. Drobne monety są liczniejsze, znaleziska liczą czasem po kilka albo kilkanaście tysięcy egzemplarzy i powiedzmy sobie szczerze, mogą wydawać się nudne. Więc leżą w pudłach w magazynach, wyciągane na światło dzienne tylko przy okazji spisów inwentaryzacyjnych, albo... Niestety, co jakiś czas dowiadujemy się, że po pewnych okazach z muzealnych magazynów ślad znika. Nie ma sensu przechowywanie w muzeach tysięcy dubletów pochodzących z luźnych znalezisk albo od darczyńców, którzy nie przekazali żadnych informacji o pochodzeniu monet, dubletów, których rzetelna konserwacja jest zbyt kosztowna a eksponowanie po prostu bezcelowe. Nie oznacza to, że muzeum powinno zniechęcać osoby przynoszące monety (i inne zabytki). Wręcz przeciwnie, każdy powinien za dar otrzymać podziękowanie i mniejszy, lub większy upominek (np. wejściówki do muzeum). Monety po opracowaniu, jeśli miały by być kolejnymi dubletami zapychającymi szafy, powinny trafić na rynek. Kolekcjonerzy zyskają egzemplarze do swoich zbiorów, muzeum środki na działanie. A środki są potrzebne i na zakupy nowych obiektów, i na badania, i na rzeczy całkiem przyziemne, jak żarówki, papier toaletowy i pastę do podłóg. 

P.S.
Przepraszam wszystkich Kowalskich odwiedzających muzea i inne świątynie nauki i sztuki. Od czasów słynnych meblościanek (a może i wcześniejszych) "Kowalski" jest synonimem przeciętnego Polaka i tylko to miałem na myśli.

P.P.S.
Żadnego zdjęcia monet? Nie może być!
Na szybie skanera leży teraz taki zestaw
Opracowanie i wciągnięcie monet do katalogu zbioru zajmie trochę czasu, bo pogoda za ładna na siedzenie przy monitorze.

niedziela, 25 czerwca 2017

Smutna wiadomość.

Na stronie Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego pojawiła się wczoraj bardzo smutna wiadomość http://ptn.pl/2017/06/24/zmarl-edmund-kopicki/
Na półce nad monitorem komputera, na którym to piszę mam podręczny zestaw najczęściej potrzebnych katalogów numizmatycznych. To oczywiste, że wśród nich nie mogło zabraknąć prac Pana Kopickiego.
Na zakończenie jeszcze tylko link do wywiadu sprzed siedmiu lat
http://blog.mennicawroclawska.pl/wywiad-z-edmundem-kopickim/

niedziela, 11 czerwca 2017

Czerwcowy przegląd prasy

Włochy
Trwa dyskusja nad sensem utrzymywania w obiegu najniższych nominałów monet. Parlament przegłosował zakończenie bicia monet 1- i 2-centowych od stycznia 2018. Wstrzymanie ich bicia ma dać oszczędności rzędu dwudziestu milionów euro rocznie, bo wyprodukowanie monety jednocentowej kosztuje 4,2 centa, a dwucentowej 5,2 centa. W grudniu 2015 odniosłem się do decyzji o utrzymaniu bicia naszych najniższych nominałów.
Zamiast wydawać rocznie 107 milionów na "miedziaki" bite w Warszawie, wydajemy 54 miliony na "miedziaki" (cudzysłów powinien chyba być podwójny) bite w Anglii. Wygląda na to, że oszczędzamy. Teoretycznie tak, ale zamiast oszczędzać 53 miliony można było zaoszczędzić całe 107 milionów. Wystarczyło zrezygnować z monet trzech najniższych nominałów.
Nie wydaje mi się, żeby Polska była krajem bogatszym od Włoch. Może teraz za włoskim przykładem dyskusja na ten temat powróci i u nas.

Wielka Brytania
Do obiegu weszły niedawno nowe jednofuntówki. Zmieniono wzór tych monet, bo stare były masowo fałszowane. Nowe miały być niepodrabialne. Oczywiście niemal natychmiast pojawiły się ich falsyfikaty. Wygląda na to, że nowy wzór rzeczywiście jest trudny do podrobienia, bo fałszywe nowe funty są dalekie od doskonałości - są cięższe od oryginalnych, bardziej zaokrąglone, rysunek mają mało precyzyjny. Nie przechodzą  (dzięki specjalnemu zabezpieczeniu) testu w automatycznych liczarkach do monet, dzięki czemu są sprawnie wychwytywane z obiegu. Ale są.
Na dodatek okazuje się, że oryginalne monety jednofuntowe też nie są doskonałe. Połączenie wewnętrznego rdzenia z zewnętrznym pierścieniem bywa nietrwałe. Zdarzają się (jak i na naszych bimetalicznych nominałach) luki między rdzeniem, a pierścieniem.

Polska - Opoczno
Myślę, że warto wybrać się do Muzeum Regionalnego w Opocznie. 9 czerwca otwarto w nim czasową wystawę „Monety i medale Kazimierza Wielkiego”. 


Wystawa prezentuje eksponaty z kolekcji Jarosława Janczewskiego - podobno  największej polskiej prywatnej kolekcji numizmatycznej dotyczącej tego króla.

Polska - aukcje numizmatyczne
Po decyzji Allegro o zmianie wysokości prowizji, największe firmy numizmatyczne zadeklarowały uruchomienie własnych serwisów aukcyjnych. Nie oszukujmy się, chodzi głównie o sprzedaż monet drogich. Nie z najwyższej półki, bo te sprzedaje się na aukcjach na żywo (nie bardzo wiem dlaczego nazywanych stacjonarnymi - te inne przecież też nie są ruchome), ale też nie tych najtańszych. Chodzi o monety o wartości kilku, kilkunastu tysięcy złotych. 
Dzisiaj (11 czerwca 2017) o 13:30 startuje Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka. Konkurencja zapewne będzie z uwagą śledzić to wydarzenie.

Na koniec pochwalę się nową monetą w kolekcji
denar łobżenicki Zygmunta III z roku 1623
średnica 12,3 mm, waga 0,35 grama
Sprzedawca uznał, że to rzadki szeląg litewski Zygmunta III i tak opisał monetę. Dobrze widoczny na rewersie Bróg, herb Krotoskich oraz rozmiary monety nie pozostawiają wątpliwości, co do prawdziwego miejsca jej bicia i nominału.
Miałem już w zbiorze podobną monetę
ale o całkowicie odmiennym rysunku (korony, tarcze herbowe). Odmian i wariantów tego nominału, nawet w obrębie samego rocznika 1623, jest zadziwiająco dużo. Wspaniały temat dla badaczy.

piątek, 2 czerwca 2017

Moje nowe stare monety.

Regularnie, codziennie sprawdzam, czy na Allegro, eBay i w kilku innych miejscach nie pojawiła się jakaś moneta, która może wypełnić jedną z mnóstwa, mnóstwa luk w mojej kolekcji. Bywa, że tygodniami nie ma na czym oka zawiesić. Bywa, że z nieznanych powodów, monety które sobie upatrzyłem są sprzedawane za kwoty absurdalnie wysokie, w związku z czym muszę obejść się smakiem. A czasem, znów przyczyna pozostaje tajemnicą, w krótkim czasie udaje mi się kupić kilka ciekawych egzemplarzy.  Tak stało się w tym tygodniu.

Przyniosłem dziś z poczty cztery koperty, w każdej po jednej monecie. Skaner widział je tak.
 
Trzy miedziaki. Dwa szelągi Augusta III, ale to chyba Was nie dziwi, grosz Poniatowskiego (no, powiedzmy) i szeląg litewski Zygmunta III. Właściwie, to każda z tych monet zasługuje na osobny wpis.

Grosz SAP z 1768 r. Bardzo starannie wybity. 20 mm średnicy, 3,5 grama. Jak Wam się podoba korona nad królewskim monogramem? Jakaś taka nieporadna, prawda? To jeden z wielu pruskich falsyfikatów monet naszego ostatniego króla elekcyjnego. Tak ładnego egzemplarza jeszcze nie widziałem.

Szeląg koronny Augusta III z roku 1750. Wybity w Dreźnie. Z zachowanych archiwów wynika, że w tym roku wybito tam polskie szelągi na kwotę 1000 talarów. Licząc talara po 8 złotych w monecie miedzianej, daje to 720 szelągów na talara, czyli nakład nie przekroczył 750 000 monet. Wydaje się, że to nie taki mały nakład, ale to moneta bardzo rzadka. W wydanym w 1890 roku Podręczniku numizmatycznym... Józef Tyszkiewicz, spośród miedziaków Augusta III najwyżej wycenił grosze 1752 i szelągi 1750 (po 2 marki), szelągi 1749 i grosze 1758 po 1 marce, szelągi 1751 po 0,50 marki. Nakład szelągów z 1749 r. jest nieznany, groszy z 1752 r. wybito niewiele ponad 30 tysięcy. Te ostatnie w handlu pojawiają się rzeczywiście rzadko, ale najczęściej w całkiem przyzwoitych stanach. Nie można tego powiedzieć o szelągach z 1750. Te zazwyczaj są bardzo skorodowane, a jeśli już pokaże się sztuka w stanie zbliżonym do menniczego, to trzeba na jej zakup przeznaczyć pokaźną sumę.

Następny szeląg Augusta III - 1753 F. W polskiej literaturze nienotowany. Jest w katalogu Kahnta. Wszystkie znane mi egzemplarze są spod jednej pary stempli. Ten spatynowany na zielono jest trzecią sztuką w moim zbiorze. Ustawiłem bardzo niski limit, właściwie tylko po to, żeby sprawdzić jaka będzie cena (robię tak, zamiast korzystania z funkcji "obserwuj") i niespodziewanie wygrałem. 

I w końcu ostatnia moneta - szeląg litewski Zygmunta III Wazy z 1618 r. Na skanie tego nie widać, ale na całej praktycznie powierzchni tła zachowało się lustro mennicze. Jakość bicia (a właściwie tłoczenia) taka sobie, typowa dla wileńskich szelągów z tego okresu. Nie stan jednak zachęcił mnie do licytowania tej monety. Przypatrzmy się jej bliżej.

Awers typowy, ale na rewersie czegoś brakuje! Gdzieś zniknął herb podskarbiego.
Cóż to za moneta? Czy aby nie falsyfikat?
Nie, to moneta jak najbardziej legalna.
W Ilustrowanym Skorowidzu... E. Kopickiego ma numer 3446 i rzadkość R5. Ten sam stopień rzadkości Kopicki pozostawił w katalogu monet Zygmunta III wydanym w roku 2007 (numer 1152). W starszym, bo z roku 1990 katalogu Kamińskiego/Kurpiewskiego ma numer 1993 i stopień rzadkości R7 (zdecydowanie zawyżony). Autorzy dodali po opisie taką informację:
"Moneta bez herbu wielkiego podskarbiego litewskiego - bita w przerwie między śmiercią Wołłowicza, a nominacją następnego podskarbiego Naruszewicza."
Hieronim Jarosz Wołłowicz herbu Bogoria był podskarbim wielkim litewskim od 28 lutego 1605 do... I tu jest problem, co autor, to inna wersja. Zacznijmy od tego, że na pewno nie zmarł w 1618 r. W literaturze i ta data podawana jest różnie 1636, 1641, 1643. Według najnowszych badań (Lulewicz, Rachuba), prawdziwa jest ta ostatnia - 1643. Skoro nie zmarł Wołłowicz w 1618, to coś innego musiało spowodować zmianę na tym stanowisku. Z Kiełb w Herbach urzędników polskich i litewskich... twierdzi, że podskarbi po prostu zrezygnował ze stanowiska, a stało się to 17 marca 1618 roku. Rezygnację tę poprzedziła choroba, która spowodowała, że już w 1616 r. obowiązki podskarbiego pełnił za zgodą sejmu jego zastępca, Krzysztof Naruszewicz herbu Wadwicz. Podskarbim został 24 marca 1618 r. - tydzień po rezygnacji poprzednika (nominację uzyskał 4 kwietnia). Z. Kiełb twierdzi, że brak herbu podskarbiego na niewielkiej partii szelągów litewskich z 1618 r. spowodowała omyłka rytownika stempli. Neguje możliwość zaistnienia okresu przejściowego podczas wakatu na stanowisku podskarbiego wielkiego litewskiego, uzasadniając swoją tezę tym, że Naruszewicz przez dwa lata zastępował przecież Wołłowicza. Czyj więc herb miałby omyłkowo pominąć rytownik, Wołłowicza, czy Naruszewicza? W grę wchodzi wyłącznie Bogoria Wołłowicza, tym bardziej, że herb ten prawie zawsze w całości umieszczany był wewnątrz obwódki oddzielającej legendę od herbów Korony i Litwy (Wadwicz "wcinał się" zwykle w legendę) .
Ja byłbym raczej skłonny uznać, że rytownik pominął herb Wołłowicza umyślnie. Podskarbi zrezygnował - położenie jego herbu na stemplu było by złamaniem zasad. Nowego podskarbiego formalnie jeszcze nie było. Obowiązki pełnił zastępca, ale przecież nie miał nominacji. Jego herb na monecie również był by naruszeniem zasad.
Wakat nie trwał długo, szelągów bez herbu podskarbiego wytłoczono niewiele, stąd ich rzadkość.
Szelągi w Wilnie tłoczono na prasie walcowej. Na walcach były stemple kilku monet. Jeśli brak Bogorii był by wynikiem przeoczenia, to najpewniej tylko na  jednym ze stempli na walcu. Jeśli pominięto go celowo, to na wszystkich. Trzeba by przeanalizować większą ilość takich szelągów by ustalić ile stempli było na walcu i czy na wszystkich brakowało herbu, czy tylko na części.
Tylko skąd wziąć dobre zdjęcia dużej ilości tak rzadkiej monety?

środa, 24 maja 2017

Trojak z nieokreślonej mennicy.

Dziś odpowiedź na pytanie zadane w zakończeniu wpisu z 19 maja 2017.
Pytałem, czy wiecie, dlaczego ta brzydka moneta to dla mnie radość, a nie rozczarowanie?  Ta moneta.
Sprzedawca opisał ją, jako trojaka Zygmunta III Wazy wybitego w mennicy poznańskiej w roku 1601.
Na pozór wszystko się zgadza. Rocznik jest czytelny. W katalogach jest uwzględnianych kilka odmian poznańskich trojaków z tego rocznika. Wydawało by się, że jedynym problemem będzie pełna identyfikacja odmiany/wariantu spowodowanym - łagodnie mówiąc - słabym stanem zachowania. To nie do końca tak.
Podstawowe odmiany poznańskich trojaków to (numery w/g katalogu T. Igera)
  • P.01.1 - bez znaków mincerskich i oznaczenia mennicy
  • P.01.2 - na rewersie obok Orła litera P - znak mennicy w Poznaniu
  • P.01.3 - jak wyżej, ale na awersie obwódka wokół popiersia
W katalogu E. Kopickiego  z 1995 r. znajdziemy jeszcze
  • 1179 - na rewersie obok Pogoni litera P - znak mennicy w Poznaniu
  • 1180 - na rewersie, nad pierwszym wierszem legendy litery P P
Najbliższe otoczenie Orła i Pogoni uniemożliwia całkowicie pewne sprawdzenie, czy są tam jakieś dodatkowe litery, ale nie uniemożliwia pełnej identyfikacji monety. Wydawać by się mogło, że najbezpieczniej będzie uznać, że to Iger P.01.1. Czy na pewno? Odpowiedź kryje się na awersie. Popatrzcie na skan fragmentu strony z katalogu Igera.
Na awersach wszystkich trzech odmian, na szyi króla jest ozdobny kołnierz z marszczonej tkaniny - KREZA i jest to kreza wyglądająca jakby była złożona z dwu warstw rurek. Na moim nowym nabytku król ma inny kołnierz, ma krezę, ale nie rurkową! Taki kołnierz występował na poznańskich trojakach Zygmunta III, ale wcześniej. Na trojakach z innych mennic również. W Poznaniu ostatni raz w roku 1597. Czy nie jest możliwe, że w mennicy zachował się stary stempel awersu? To bardzo mało prawdopodobne. Bardziej prawdopodobne jest, że zachowała się punca służąca do umieszczania na stemplu portretu króla (całego portretu, albo tylko części stroju).
Jak więc umiejscowić tego trojaka? Której mennicy go przypisać.
Nie tylko ja miałbym z tym problem. Moja moneta, to nie unikat. Znano ją już wcześniej. Jest i w katalogu Igera.
P oznaczało Poznań, cóż oznacza A w numerze?
Najprostsze wyjaśnienie, to "A bo ja wiem?", ale autorzy katalogów nie są tak niepoważni. Wyjaśnienie jest inne.
Stanisław Walewski opracowując katalog trojaków koronnych Zygmunta III od 1588 do 1624 ułożył monety według klucza, którego pierwszym kryterium jest mennica. Tadeusz Iger postąpił analogicznie, tyle że ponieważ jego katalog obejmuje okres od Zygmunta Stardego do wieku XIX, mennica jest na miejscu drugim, po panującym. Dla kolekcjonerów początkujących albo nie specjalizujących się w mennictwie Zygmunta III, znalezienie swojej monety w takim katalogu nie jest sprawą prostą. Łatwiej posługiwać się katalogiem, w którym monety ułożono chronologicznie, np. wspomnianym wyżej czterotomowym katalogiem Kopickiego, w którym są też podane informacje o mennicach, ale dodano je po opisie znaków menniczych, często ze znakiem zapytania.
Układ katalogu oparty na mennicach sprawia również kłopoty samym autorom, bo prędzej, czy później stają przed dylematem - której mennicy przypisać daną monetę. Trojaków Zygmunta III jest taka masa, jest wśród nich tak wiele różnych kombinacji znaków podskarbiowskich, menniczych i mincerskich, tak wiele wariantów portretu króla. Nie wszystkie umiemy dopasować do konkretnych mennic. Walewski poradził sobie w sposób jak najprostszy. Wszystkie wątpliwe monety wrzucił do jednego rozdziału zatytułowanego Trojaki anormalne. Wyróżnił 31 typów, z których część ma po kilka odmian. W tym wspólnym worku są i monety naśladowcze, i fałszerstwa na szkodę emitenta (ze srebra niższej próby albo z mocno zaniżoną wagą) i monety noszące cechy emisji legalnych, ale na tyle enigmatyczne, że określenie miejsca ich wybicia wydaje się niemożliwe.
T. Iger pozostając przy układzie wprowadzonym przez Walewskiego siłą rzeczy postąpił podobnie z monetami niewiadomego pochodzenia. Umieścił w katalogu dział Trojaki pochodzące z nieznanych mennic i warsztatów za czasów Zygmunta III Wazy, który podzielił na Trojaki anomalne i Naśladownictwa trojaków Zygmunta III Wazy. Wśród tych ostatnich pokazał przykłady trojaków wybitych na wzór trojaków Rzeczpospolitej ale przez innych emitentów (np. Transylwania) oraz przykłady prymitywnych fałszerstw wybitych w niewielkich warsztatach. Trochę niejasne, przynajmniej dla mnie, są kryteria, na podstawie których Iger odróżnił naśladownictwa od fałszerstw - czyżby chodziło o stopień prymitywizmu stempli?
Krótko mówiąc, mimo że moneta źle zachowana, to sprawiła mi radość, bo to mój pierwszy trojak anomalny.
Anomalny, a nie anormalny, bo...
Bo uważam, że to całkiem normalny trojak, tyle że wykazuje pewne anomalia w stosunku do innych trojaków Zygmunta III. Przede wszystkim ma anachroniczny portret króla, dodatkowo zaniżoną wagę - 2 gramy, ale przy tym stanie zachowania to nie jest bardzo drastyczny niedobór.
Na koniec zbiorcza lista synonimów słowa anomalny (ze strony synonim.net):
anormalny, atypowy, inny, niekonwencjonalny, nienaturalny, nienormalny, niestereotypowy, nieszablonowy, niesztampowy, nietradycyjny, nietypowy, odmienny, oryginalny, osobliwy, rzadki, rzadko występujący, specjalny, szczególny, wyszukany, anormatywny, chorobliwy, chorobowy, dewiacyjny, fanatyczny, maniacki, nieprawidłowy, patologiczny, perwersyjny, psychopatyczny, zaburzony, zdegenerowany, zwyrodniały, nadmierny, przesadny
Żaden z tych synonimów nie oddaje w pełni charakteru mojej monety. Chyba nie da się jej określić jednym słowem, dlatego tak, a nie inaczej zatytułowałem dzisiejszy wpis.

niedziela, 21 maja 2017

Trajan.

Pod poprzednim wpisem pojawiła się sugestia nowego tematu
Anonimowy19 maja 2017 21:58
Poproszę Autora bloga o poświęcenie jakiegoś wpisu, w miarę możliwości i czasu, na temat Cesarstwa Rzymskiego.
Jerzy Chalupski19 maja 2017 22:06 
Toż to temat nawet nie rzeka, tylko ocean! Czy coś konkretnego Panią/Pana interesuje?
Anonimowy
19 maja 2017 22:15

Tak, interesują mnie monety Trajana. Chciałbym się dowiedzieć, na jakie elementy tych monet zwracać uwagę, czym się różnią i które są poszukiwane. 
Nie mam w kolekcji ani jednej monety cesarza Trajana, drugiego z pięciu dobrych cesarzy, więc żadnej nie pokażę. Pokażę jego portret (rzeźbiarski).
Thomas Ihle [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) or CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0/)], via Wikimedia Commons 

Panował 19 lat - od roku 98 do 117 n.e. utrzymując cesarstwo w świetnej kondycji. Przyłączył do niego Dację i część ziem Partów - obie prowincje zasobne w złoto. Z końcem jego panowania mapa świata wyglądała tak:
By Tataryn - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=19625326

Amatorów monet, po fakty z życia Trajana odsyłam do książki Pawła "Dzikiego Zdeba" Zawory.



A teraz wypadało by odpowiedzieć czytelnikowi zainteresowanemu monetami "najlepszego z cesarzy". I mam problem, bo jak odpowiedzieć na tak zadane pytanie.

Chciałbym się dowiedzieć, na jakie elementy tych monet zwracać uwagę, czym się różnią i które są poszukiwane.

Proszę zajrzeć na Wildwinds (jeden z moich ulubionych serwisów dla miłośników antycznych monet)
- przeniesie się tam Pani/Pan klikając w ten link http://www.wildwinds.com/coins/ric/trajan/t.html
Prawda, że cesarz Trajan na monetach jest podobny do wyrzeźbionego cesarza Trajana? Stawiam złotówki przeciw zapałkom, że żywy też był podobny. Dlatego nawet kiedy nie uda się odczytać cesarskiego imienia na wytartej monecie, to sam portret wystarczy do stwierdzenia, że to moneta Trajana. 
To nie jest pełny katalog jego monet, a i tak imponuje objętością, a załączone zdjęcia wystarczająco wyraźnie ilustrują "czym się różnią", przynajmniej między sobą. 
Nie wiem jak Pani/Pan, ale ja wybierając monety do zbioru, zwracam uwagę na to, by moneta była czytelna, co najmniej w takim stopniu, by móc jednoznacznie stwierdzić jaka to odmiana i jaki wariant. Niespecjalnie interesuje mnie, która z ewentualnie dostępnych monet należy do poszukiwanych przez innych kolekcjonerów. W tej konkretnej chwili, kiedy muszę wybrać ta, czy ta, decyduje po pierwsze to, jaki jest stan mojego portfela, po drugie to, czy już taką monetę w zbiorze mam, czy nie. Zwykle wybór jest bardzo prosty

Proszę wybaczyć, że jestem troszkę złośliwy odpowiadając na Pani/Pana pytania, ale naprawdę, w tym przypadku inaczej nie potrafię.

piątek, 19 maja 2017

Co to będzie, co to będzie...

Pod poprzednim wpisem omawiającym między innymi zapowiedź zmian na Allegro, pojawił się komentarz.
Problemem nie jest kupno monety, bo tych miejsc jest sporo. Problemem jest miejsce gdzie przysłowiowy Kowalski możne je sprzedać. Często jest tak że za monety wartościowe w sklepie proponują grosze. Proszę obejrzeć cennik skupu monet w/w "tuzów" numizmatyki. Zdzierstwo i strzelanie sobie w stopę sklepów, żadnej uczciwości, potężne marże które zabierają zysk. Stąd taka popularność allegro. Jeżeli polska numizmatyka ma się rozwijać, to musi być miejsce na tego typu handel dla początkujących, dopiero co łapiących tego bakcyla a allegro umiera dla kolekcjonerów. Te duże firmy za parę lat zostaną ze swoją ofertą z coraz mniejszym popytem bo popularność numizmatyki spadnie. Czego im szczerze życzę, bo mniejszy popyt to tańsze monety.
Obiecałem, że napiszę coś więcej na ten temat, więc zacznijmy. Po kolei.

Problemem nie jest kupno monety, bo tych miejsc jest sporo.
To nie cała prawda. Rzeczywiście, miejsc gdzie można kupować monety jest mnóstwo. Problem polega na uczciwości sprzedających, uczciwości pośredników i ochronie, na jaką może i powinien liczyć kupujący. System ochrony kupujących na Allegro nie jest doskonały, ale jest. Portal nie wymiguje się od pomocy, gdy zachodzi konieczność włączenia w sprawę policji. Czy wszystkie inne miejsca, w których Kowalski kupuje monety są tak samo pomocne?
Allegro jest tylko pośrednikiem zarabiającym na prowizjach od sprzedających. Nie odpowiada, zwłaszcza w naszej branży, za oryginalność sprzedawanych przedmiotów, ale w mniejszym lub większym stopniu pomaga w ewentualnych sporach. Problem oryginalności sprzedawanych monet nie omija nawet największych sprzedawców, więc zamknięcie się największego pośrednika na obrót obiektami kolekcjonerskimi życia Kowalskiemu na pewno nie ułatwi.

Problemem jest miejsce gdzie przysłowiowy Kowalski możne je sprzedać.
Często jest tak że za monety wartościowe w sklepie proponują grosze.
Proszę obejrzeć cennik skupu monet w/w "tuzów" numizmatyki.
Takich miejsc też jest wiele. Zaczynając od eBay, na Facebooku kończąc, jeśli mamy na myśli pośredników umożliwiających samodzielne wystawianie monet. Większość, jeśli nie wszystkie firmy numizmatyczne oferują sprzedaż komisową, wszystkie skupują monety. Rzeczywiście zdarzają się firmy nieuczciwe, żerujące na sprzedających, ale to problem stary, jak handel. Nie kto inny, jak sam M. Gumowski napisał w "Podręczniku numizmatycznym", że Przy kupowaniu monet z rąk niefachowych powinno być jednak zasadą, płacić nie wiele więcej nad wartość kruszcu.
Pośrednik żyje z prowizji. Od kwot, które uzyska ze sprzedaży monet kupionych od Kowalskich musi odliczyć koszty prowadzenia działalności (czynsz, płace, media, podatki, literatura fachowa, reklama itd.) i powinien jeszcze na tym coś zarobić.

Zdzierstwo i strzelanie sobie w stopę sklepów, żadnej uczciwości, 
potężne marże które zabierają zysk.
Powoli przechodzimy do sedna sprawy, ukrytego w ostatnich dwóch słowach - ZABIERAJĄ ZYSK. Komu zabierają zysk? Czy istotą kolekcjonowania jest osiąganie zysku? Zysk, to cel przedsiębiorcy, handlarza albo usługodawcy.
Kiedy kolekcjoner sprzedaje monety:
  • Gdy rezygnuje z kolekcjonowania i pozbywa się zbioru.
  • Gdy zmienia profil kolekcji i pozbywa się jej zbędnej już części. 
  • Gdy zastąpi monetę w zbiorze egzemplarzem lepszym, ładniej zachowanym.
  • Gdy kupuje partię monet (bo taka była oferta), z której tylko część włącza do zbioru, a niepotrzebnej mu reszty chce się pozbyć.
To rozumiem. Natomiast jeżeli kupuje monety tylko po to by wkrótce sprzedać je z zyskiem, to nie jest kolekcjonerem, tylko...
No kim?
Jeżeli ktoś chce zarabiać w ten sposób, powinien albo założyć działalność gospodarczą, albo korzystać z usług pośredników. Rzeczywiście, trudno sprzedać przez pośrednika monety tanie, pospolite, źle zachowane. Oczekiwanie, że za taki towar dostanie się dobrą zapłatę jest samooszukiwaniem. Każdy zauważył chyba na Allegro powracające w nieskończoność aukcje skorodowanych, na pół czytelnych monet, na dodatek często fatalnie sfotografowanych. Takie aukcje, to prawdziwe utrapienie przy przeglądaniu nowych ofert w poszukiwaniu monet do kolekcji. Fakt, wiele z nich wystawiają profesjonaliści (często mam wrażenie, że to określenie na wyrost i powinno być ujęte w cudzysłów), ale czy to nie jest przypadkiem tak, że wpakowali się na minę kupując słabe monety od Kowalskich i teraz usiłują odblokować zamrożony kapitał? Życie pośrednika nie zawsze usiane jest różami.


Jeżeli polska numizmatyka ma się rozwijać, to musi być miejsce na tego typu handel dla początkujących, dopiero co łapiących tego bakcyla a allegro umiera dla kolekcjonerów.
Za przeproszeniem, co NUMIZMATYKA ma wspólnego z "tego typu handlem"? Poza tym, że przedmiotem w obu przypadkach są monety? Nie wystarczy zgromadzić kilkadziesiąt, kilkaset czy kilka tysięcy monet, by mieć prawo do stwierdzenia, że jest się numizmatykiem. Są numizmatycy, którzy nie mają ani jednej monety (poza tymi w portmonetce). Są pośrednicy, którzy zbankrutowali, bo nie potrafili oddzielić pracy od kolekcjonerskiej pasji i zamiast sprzedawać to, co od Kowalskich kupili, zasilali własny zbiór.

Biznesowe decyzje właścicieli Allegro są komentowane na forach numizmatycznych.
http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,11099.0.html
http://monety.pl/viewtopic.php?f=5&t=26512&start=240#p303373
Głos zabierają w nich również przedstawiciele największych polskich firm numizmatycznych, zapowiadając tworzenie i rozwijanie własnych kanałów sprzedaży. Kolekcjonerzy jakoś sobie poradzą, nie mam wątpliwości. Osoby dorabiające sobie drobnym (albo i nie drobnym) handlem monetami na Allegro też w większości dadzą sobie radę. Najważniejsze, by istniały miejsca, w których początkujący będą mogli uzyskiwać uczciwe i wiarygodne informacje o obiektach swoich pasji. Takie jak wskazane w tym akapicie fora numizmatyczne, jak nieodżałowanej pamięci Cafe Numizmatyka na Allegro.

10 maja napisałem
Przeglądam internetowe aukcje i sklepy numizmatyczne - niedługo poczta powinna dostarczyć mi coś ciekawego - przynajmniej na aukcyjnym zdjęciu wydało mi się ciekawe. Gdy przesyłka dotrze, podzielę się radością (lub rozczarowaniem).
Dziś przyniosłem list z poczty i wyjąłem z niego tę monetę.
Czy wiecie, dlaczego ta brzydka moneta to dla mnie radość, a nie rozczarowanie? 

P.S.
Odpowiedź umieściłem tu:
https://zbierajmymonety.blogspot.com/2017/05/trojak-z-nieokreslonej-mennicy.html

wtorek, 16 maja 2017

O znaczeniu słów.

Czasem nie warto robić czegoś, co się opłaca (w rozumieniu - daje materialny dochód). I vice versa. Kilka przykładów.

Warto pojechać do Muzeum Śląska Opolskiego - w Opolu oczywiście. W muzeum otwarto niedawno wystawę czasową "Pieniądz w Opolu". Na wystawie pokazano monety wybite w opolskich mennicach pochodzące z kolekcji muzealnych i prywatnych.
Monety w Opolu bito od trzynastego wieku (nieokreślona mennica książęca czynna w latach 1222 do 1290) po początek wieku osiemnastego (mennica cesarska Leopolda I Habsburga). U schyłku średniowiecza działała tam również mennica miejska. Na wystawie pokazano także znaleziska monet odkryte na terenie miasta, medale miejscowych twórców, opolski pieniądz papierowy oraz lokalne emisje monetopodobne - tzw. pieniądz lokalny. Wystawa będzie czynna do 21 lipca, więc czasu zostało niezbyt dużo. Jeszcze miej czasu do namysłu mają chętni do wzięcia udziału w jubileuszowej (bo dziesiątej) Nocy Muzeów. To wydarzenie odbędzie się 20 maja. W jego ramach, na godzinę 19:00 zaplanowano oprowadzanie kuratorskie po wystawie czasowej „Pieniądz w Opolu”.
Myślę, że warto zajrzeć do Opola, mimo że jak dotąd nie doczekaliśmy się otwarcia stałej wystawy pozyskanej przez MŚO kolekcji trojaków zgromadzonej przez Tadeusza Igera. 

Nie warto natomiast podejmować działań o wątpliwej zgodności z prawem, nawet jeśli może się to wydawać korzystne materialnie. Wspomniałem niedawno o portalu orzeczeń sądów powszechnych. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, czy znajdują się tam jakieś orzeczenia w sprawach związanych z monetami. Oczywiście są. W większości dotyczą włamań i rabunków, podczas których częścią albo całością łupu były numizmaty. Niewiele w tym ciekawego, może tylko to, że warto czasem pomyśleć o lepszym zabezpieczeniu kolekcji. Mam też wrażenie po lekturze kilku takich orzeczeń, że kwestii rzeczoznawców należało by poświęcić więcej uwagi, bo niektóre ekspertyzy wydają się mało fachowe.
Są oczywiście orzeczenia odnoszące się do oszustw polegających na ulicznej sprzedaży polerowanych jednopensówek, jako cennych złotych monet. Przestępcy parający się tym procederem  muszą być niezłymi psychologami. Ich skuteczność jest zdumiewająca, co najmniej w takim stopniu, jak naiwność ofiar. Warto więc się zastanowić za każdym razem, gdy ktoś zupełnie obcy, albo i nie całkiem obcy, oferuje bardzo (z pozoru) opłacalną transakcję.
Więcej czasu poświęciłem na lekturę jednego, bardzo długiego orzeczenia.
12 października 2016 r. II Wydział Karny sądu apelacyjnego w Warszawie, sygnatura akt II AKa 149/16.
Sprawa ciągnie się od lat (i jeszcze potrwa, jak wynika z orzeczenia), a dotyczy "prób monet obiegowych" wytworzonych w Mennicy Polskiej SA i rozprowadzanych przez wiele firm numizmatycznych. Pisałem o tym na blogu, tutaj i tutaj. Sprawa będzie miała dalszy ciąg, bo jak słusznie przypuszczałem, konstrukcja logiczna prowadząca do stwierdzenia, że oskarżeni wprowadzali fałszywe monety do obiegu, również sądowi wydała się nieprzekonująca. Sąd Okręgowy w Warszawie wyrokiem z dnia 18 grudnia 2015 r. uniewinnił oskarżonych od popełnienia zarzucanych im czynów, czemu przeciwstawiła się prokuratura. Sprawą zajął się sąd apelacyjny, który tylko część argumentów prokuratury uznał za zasadne. Nie wnikając w meritum sprawy, chciałbym zwrócić uwagę na klika ważnych fragmentów orzeczenia sądu apelacyjnego.
Po pierwsze, co jest podrobieniem (fałszerstwem) pieniądza (podkreślenie moje).
Oczywiście „podrobieniem” będzie wykonanie takiej imitacji, aby mogła ona uchodzić za oryginał. Wystarcza przy tym osiągnięcie takiego poziomu, że człowiek niedoświadczony nie będzie mógł od razu przekonać się o nieprawidłowości wręczonego jako pieniądz przedmiotu. Tym samym nie spełnia warunków karalności falsyfikat (przerobiony lub podrobiony pieniądz lub dokument), którego nieprawdziwość jest tak oczywista, widoczna na pierwszy rzut oka, że przeciętny człowiek w normalnych warunkach nie mógłby go wziąć za autentyczny.

Po drugie, to co kwestionowałem we wskazanych wpisach.
Przedmiotowych monet oskarżeni nie wprowadzali bądź ... nie zamierzali wprowadzić do normalnego obiegu, gdyż monety te w żadnym wypadku nie miały spełniać roli właściwej dla środków płatniczych. Wynika to z ceny za jaką monety były zbywane, co najmniej kilkaset razy przekraczającej ich wartość nominalną.

Nie ulega wątpliwości, że monety nabywali kolekcjonerzy bądź osoby działające na tym rynku. Tego typu transakcje nie miały formy „puszczenia w obieg” pieniądza ... gdyż zamiarem stron nie było użycie monet zgodnie z ich przeznaczeniem, a więc w obrocie gospodarczym równolegle z ich autentycznymi odpowiednikami i monety w powyższy sposób nie były wykorzystywane.
Po trzecie, problem ewentualnego oszustwa polegającego na doprowadzeniu do niekorzystnego rozporządzenia mieniem (w skrócie).
Nabywcami monet byli kolekcjonerzy, którzy chcieli posiadać monety wybite oryginalnym stemplem ... odmienne od typowych monet obiegowych z uwagi na stop metali użyty do ich wytworzenia. W środowisku kolekcjonerskim – co wynika wyraźnie z relacji składanych w niniejszej sprawie – panowało przekonanie, że monety wytworzone w stopie niewłaściwym dla danej monetymonetami próbnymi, chociaż nie zostały opatrzone stosownymi w tym zakresie oznaczeniami.
Mając nadto na uwadze, że w środowisku kolekcjonerskim panowało przekonanie, iż w M. (mennicy - wyjaśnienie moje) mogły być wytwarzane monety próbne bez stosownych oznaczeń, co potwierdzały tego rodzaju przypadki jak opisany przez świadka J. W. (2), to nie można zasadnie twierdzić, że oskarżeni sprzedając bądź oferując do sprzedaży przedmiotowe monety wprowadzali bądź usiłowali wprowadzać w błąd nabywców co do autentyczności monet bądź ich autentyczności jako monet próbnych, działając z zamiarem bezpośrednim kierunkowym, który dla bytu przestępstwa z art. 286 § 1 k.k. jest niezbędny, zarówno co do celu działania sprawców jak i użytych środków. Elementy przedmiotowe oszustwa muszą być bowiem objęte świadomością sprawcy, który chcąc uzyskać nienależną korzyść majątkową, działa świadomie w określony sposób
Wnioski, proszę, wyciągnijcie sami.

Na koniec jeszcze jedna sprawa - ostatnie zmiany na Allegro. Serwis najwyraźniej zmierza ku formie zbliżonej do AliExpress. Jak najmniej kłopotliwych sprzedawców pozbywających się niechcianych prezentów, jak najmniej sprzedawców nie prowadzących działalności gospodarczej. Podniesienie prowizji od sprzedaży wyrzuci ich za burtę. Na pokładzie pozostaną firmy (i firemki), ale tylko tak długo, jak Allegro cieszyć się będzie dotychczasową popularnością u kupujących. Jeżeli konkurencja (czytaj eBay i Amazon) ruszy z ofensywą, Allegro może przejść do historii. Działania Allegro wpływają oczywiście i na naszą branżę. WCN już dawno temu poszedł na swoje. Jakiś czas temu powstał portal Numimarket.pl zrzeszający wiele mniejszych firm numizmatycznych. Następne dwie duże firmy zadeklarowały wycofanie się z Allegro. Niemczyk zapowiedział, że decyzję podejmie po analizie wpływu nowych prowizji na wynik firmy. Marciniak zamierza lepsze pozycje sprzedawać na własnym portalu aukcyjnym, tanie i pospolite pozostawiając na Allegro i eBay. Na Allegro zapewne tak długo, jak będzie zapewniało to odpowiedni poziom sprzedaży. Dla mnie osobiście nie ma większego znaczenia, czy kupuję monety na Allegro, czy na eBay, ale ja jestem kolekcjonerem, nie handluję monetami. Często kupuję monety do zbioru również w innych miejscach w sieci - jest mnóstwo mniejszych i większych sieciowych sklepów numizmatycznych. Poza tym, nie mam firmy numizmatycznej, nie zajmuję się handlem monetami.
Ciekawe, jaki będzie skutek zmian na Allegro. Rozwój tego portalu aukcyjnego obserwuję od samego początku (zarejestrowałem się 17 lat i 1 miesiąc temu). Pamiętam oburzenie po wprowadzeniu opłat (tak, kiedyś Allegro było za darmo), pamiętam likwidację cafe (tego im nie daruję), pamiętam próby zbudowania silnej konkurencji - Kiermasz, Świstak. Allegro wszystko to przetrwało, bo stale ma wystarczającą ilość kupujących i dobry stosunek liczby sfinalizowanych transakcji do ilości wszystkich ofert. Czy podniesienie prowizji na poziom często wyższy od konkurencji zaszkodzi serwisowi, czy nie - to się okaże.

sobota, 13 maja 2017

Niespodzianki ze starej prasy.

Już wspominałem - w wolniejszych chwilach przeglądam przedwojenne gazety codzienne - ostatnio krakowskiego "Ikaca".

Wspominałem tu już kiedyś, że w początku lat dwudziestych ubiegłego wieku, Jan Aleksandrowicz, dyrektor mennicy warszawskiej, miał bardzo złą prasę. Zarzucano mu niefrasobliwość w postępowaniu z metalami szlachetnymi zbieranymi na skarb narodowy. Aleksandrowicz był wicedyrektorem Głównego Urzędu Probierczego odpowiedzialnym za Skarb Narodowy. Rzeczywiście, w GUP doszło do poważnych nieprawidłowości. Skończyło się na postępowaniu prokuratorskim, które udowodniło winę Jakowiczowi i Rzewskiemu.
Zarzucano Aleksandrowiczowi brak fachowości, podkreślając, że z wykształcenia jest farmaceutą (nie wiem dlaczego, ale skojarzyło mi się to z panem M.).
Za zbrodnię niemal poczytano, że nie wysłał nikogo do Wiednia (gdzie bito niklowe 10- i 20-groszówki), co miało narazić Polskę na niebezpieczeństwo - brak nadzoru nad wysłanymi tam modelami monet mógł spowodować, że Austriacy będą mogli bez ograniczeń bić te monety poza oficjalnym zamówieniem. Już widzę, jak później przyjeżdżają do Polski z wagonami niklu żeby kupować zań nasze lasy, pola i fabryki.
Krytykowano również wygląd monet, o czym też kiedyś pisałem.
Tu winy dyrektora mennicy było chyba najmniej - przecież projekty monet pochodziły z konkursów. W IKC, podobnie jak w Kurierze Warszawskim, też krytykowano "żniwiarkę", ale tym razem nie rewers, tylko awers.
IKC, Notatka z wydania 22 maja 1924 r.
 
Ilustrowany Kuryer Codzienny nie był wzorem rzetelności dziennikarskiej. Pomylono nazwisko projektanta rewersu, Tadeusza Breyera, ale nie to mnie w tej notce zelektryzowało. Autor wymienił jeszcze jedno nazwisko. Otóż na mocy osobistej decyzji J. Aleksandrowicza, awers monet 1 zł, 2 zł i 5 zł (tych ostatnich do obiegu ie wybito) miał zaprojektować artysta rzeźbiarz Bartłomejczyk. We wszystkich znanych mi katalogach - łącznie z moim :-) - w których podawane są nazwiska projektantów monet, jako autora "żniwiarki" wymienia się wyłącznie T. Breyera. O Bartłomejczyku nie wspomina też W. Terlecki w "Mennicy warszawskiej".
Zacząłem szukać. Szybko okazało się, że i tu "redaktor" pomylił się. Nie żaden Bartłomejczyk, tylko Edmund Ludwik Bartłomiejczyk (1885-1950) - notka biograficzna w Wikipedii. No dobrze, był taki artysta, ale czy rzeczywiście miał coś wspólnego w projektem awersu monet Breyera? Najpierw sprawdziłem w broszurce Jacka Strzałkowskiego "Projekty monet polskich 1923-1938). W części dotyczącej konkursu z roku 1923 mowa jest tylko o Breyerze. O Bartłomiejczyku ani słowa, również w opisach późniejszych konkursów.
Ostatnią - i skuteczną - deską ratunku okazała się inna praca Strzałkowskiego, "Moneta i banknot w latach 1924-1925". Na stronie 25 znalazłem następujące zdania (pisownia oryginalna, podkreślenie moje):
"Przygotowując reformę walutową, ogłaszano trzykrotnie konkursy na projekty nowych monet. Dopiero w ostatnim w 1923 r. wybrano wzory autorstwa W. Jastrzębowskiego dla monet bilonowych oraz Tadeusza Breyera (1874-1952) z głową dziewczyny i kłosami zboża na rewersie i Edmunda Bartłomiejczyka (1885-1950) z orłem na aversie - dla monet 1, 2 i 5 złotowych"
Strzałkowski, jak widać, nie wskazuje jednoznacznie Aleksandrowicza, jako autora wyboru awersu zaprojektowanego przez Bartłomiejczyka. Raczej sugeruje, że była to decyzja komisji konkursowej. Nigdzie też nie znalazłem wzmianki o tym, czy Breyer zaprojektował obie strony monety. Wiadomo tylko, że zachował się jego konkursowy projekt rewersu.


Trzeba będzie wprowadzić korektę do katalogu!

Redakcja IKC doczekała się odpowiedzi na swoje doniesienia o skandalicznym "rosyjskim orle" na polskiej monecie.
 

Jedna zagadka - niespodzianka rozwiązana. Mam jeszcze drugą.
W IKC z 16 czerwca 1924 r. znalazłem coś takiego
Nie dotarłem jeszcze do źródłowego tekstu w lwowskiej Gazecie Porannej. Nie wiem, czy sprawa miała jakiś ciąg dalszy. Sprawdziłem tylko, że Jagielnica, gdzie na stacji kolejowej ujawniono "tłocznię menniczą" to miejscowość niedaleko Czortkowa (dziś Ukraina). Na ślad wsi Pankówka (Pankówki?) nie trafiłem - szukałem wprawdzie tylko w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego, bo gdzie jak gdzie, ale tam jest wszystko o polskich wioskach i osadach.
Może ktoś z Was okaże się lepszym detektywem?

środa, 10 maja 2017

Uprzejmie donoszę, że...

oglądam, czytam, słucham, piszę, pracuję, biegam...
Mógłbym dodać do tej listy jeszcze parę innych zajęć, ale to nie ma być powieść, tylko wpis na blogu.

Oglądam? Ostatnio na przykład kolejne odcinki wywiadu z profesorem Stanisławem Suchodolskim. Bardziej słucham, niż oglądam,bo to nie film, nie reportaż, tylko opowieść. Pasjonująca. Pierwszy odcinek jest tutaj. Kolejne znajdziecie bez trudu.
Oglądam też rzeczy lżejsze, nie samą numizmatyką człowiek żyje. Nie mija mi fascynacja serialem "Fargo". Najpierw był film fabularny braci Coen z 1996 roku - opowieść o nieudaczniku zlecającym porwanie własnej żony, by wyłudzić okup od... Oczywiście, od "ukochanego" teścia. Nieudaczników jest w tym filmie więcej.
Bracia po nakręceniu kilku jeszcze fabuł - moje ulubione, to "Big Lebowski", "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Tajne przez poufne" - wzięli się za serial, tym razem w roli producentów. Oglądam właśnie trzeci już sezon serialu "Fargo" i nie mogę się nim nacieszyć. Każdy odcinek, każdego sezonu "Fargo" rozpoczyna informacja, że jest wierną relacją z wydarzeń, które miały miejsce w stanie Minnesota i tylko troska o tych, którzy przeżyli sprawiła, że zmieniono imiona i nazwiska bohaterów.To oznacza, że nie wszyscy przeżyli...


Trafiłem niedawno na niebywałą lekturę. Dość niezwykłe jest też miejsce, gdzie można ją przeczytać - Portal orzeczeń sądów powszechnych. Gdy to piszę, na portalu jest 206 309 dokumentów. Ile z nich ma klasę tego orzeczenia, nie wiem, ale muszę częściej tu zaglądać. Dlaczego? Sprawdźcie sami - opowieść o dobrej żonie i niezbyt dobrym mężu.
Czytając to uzasadnienie, pomyślałem sobie, że pan sędzia Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim pisząc, że "...linia obrony w tym momencie przekracza już takie granice nonsensu, że trudno ją traktować inaczej niż w kategoriach humorystycznych." wykazuje nadmierne zaufanie do racjonalności postępowania ludzi.
"Fargo" klarownie przedstawia tak nieprawdopodobne sploty zdarzeń pozornie ze sobą niepowiązanych (albo przeciwnie, wyglądających na logiczny ciąg zdarzeń, choć w rzeczywistości nie mających z sobą nic wspólnego), że uwierzenie w to, że trzeźwa żona postanowiła zawieźć samochodem pijanego męża na stację benzynową, by tam mógł kupić sobie papierosy, nie wymaga żadnego wysiłku umysłowego.

Co oprócz tego? Czytam, piszę, czytam żeby pisać. Piszę, jak wiecie o miedziakach Augusta III. Skończyłem niedawno korektę artykułu do Biuletynu Numizmatycznego - niebawem wyjdzie w druku w pierwszym, tegorocznym numerze. Na bazie artykułu piszę książkę od czasu do czasu dzieląc się przemyśleniami i wątpliwościami i tu na blogu i na forach internetowych. Efekt łatwy do przewidzenia. To co wydawało się gotowym, dopieszczonym  fragmentem większej całości, okazuje się albo ślepą uliczką, albo wstępem do znacznie bardziej rozbudowanej treści. Przykład? Proszę bardzo. W kwietniu kupiłem 
bo w spisie treści wypatrzyłem artykuł o elektryzującym tytule "Polnisches Kupfergeld der Jahrgänge 1752 bis 1755 sowie 1758 - geprägt unter sächsischer oder preußischer Herrschaft?". Rozumiecie, że musiałem to mieć? Kupiłem i się nie zawiodłem, bo w treści znalazłem informację dotąd w Polsce chyba nieznaną. Pani Elke Bannicke, kuratorka berlińskiego Gabinetu Numizmatycznego i Lothar Tewes w krótkim artykule skoncentrowali się na pominiętym w saskich archiwach okresie wojny siedmioletniej. Na podstawie archiwaliów z Geheimes Staatsarchiv Preussischer Kulturbesitz przedstawili krótko losy mennic w Grünthalu, Gubinie, Dreźnie i Lipsku. Jedyne znane autorom dowody na bicie polskich pieniędzy miedzianych w mennicach saskich pod nadzorem pruskim dotyczą wyłącznie Lipska i Drezna, dokąd przeniesiono wyposażenie z Grünthalu i Gubina. Do stycznia 1758 r. produkcję prowadziło konsorcjium Ephraima bijąc grosze z datami 1753, 1754 i 1755, a od lutego 1758 spółka Gumpertza, Isaaca i Itziga. Ta spółka rozpoczęła bicie groszy z datą 1758 i kontynuowała je do stycznia roku 1759. Na podstawie czynszu menniczego w kwocie 20 tysięcy talarów autorzy oszacowali, że groszy z rocznikiem 1758 wybito ponad 14,5 miliona sztuk, zauważając jednak, że częstotliwość ich występowania wskazywała by raczej na niższy nakład. Bannicke i Tewes podali też, że w źródłach zachowała się informacja o wybiciu przez Gumpertza i spółkę 5,82 milionów szelągów Augusta III z rocznikiem 1755 w mennicy we Wrocławiu. Ta informacja nie była u nas dotąd publikowana!
Rezultat - pokaźna część książki do przerobienia.

Słucham. W tej chwili na przykład tego
Spotify od pewnego czasu wygrywa u mnie z radiem. Choćby dzięki pewnej nieprzewidywalności - jeśli spróbować opcji "Odkrywaj" albo którejś z list odtwarzania przygotowanej na podstawie muzyki, której wcześniej słuchałem.

Poza tym staram się mniej więcej na bieżąco śledzić kilka upatrzonych internetowych stron numizmatycznych, poszukiwać nowych, ciekawych źródeł wiadomości o monetach (np. niedawno wypatrzyłem u wschodnich sąsiadów taki wątek http://coins.su/forum/topic/168119-solidy-rigi-1621-1655-godov/ ). Przeglądam internetowe aukcje i sklepy numizmatyczne - niedługo poczta powinna dostarczyć mi coś ciekawego - przynajmniej na aukcyjnym zdjęciu wydało mi się ciekawe. Gdy przesyłka dotrze, podzielę się radością (lub rozczarowaniem).

I jeszcze jeden problem, a ściślej mówiąc brak problemów. Debian. Od czasu gdy zastąpił na moim komputerze inne "linuksy", między innymi pochodne Debiana, jedyne, na co mogę narzekać, to nuda. Nuda, której życzę każdemu użytkownikowi komputera. Po prostu działa. Bez zacięć, bez niespodzianek przy aktualizacjach, bez kłopotów ze sterownikami, sprzętem, urządzeniami podpinanymi do komputera.

Żeby jeszcze pogoda się poprawiła...

Printfriendly