Google Website Translator Gadget

sobota, 8 września 2018

Tradycyjny wpis pourlopowy

W tym roku późniejszy, niż zwykle, bo nietypowo wyjechałem dopiero około połowy sierpnia. W terminie, w którym zazwyczaj wracałem.

Jeziora, lasy, rower. Urlop bez jakichkolwiek akcentów numizmatycznych. Przepraszam, były i monety, ale tylko w postaci wyławianych z obiegu nowych obiegówek, w tym i obiegowo-okolicznościowej pięciozłotówki.
Podobno nakład jest równy ilości obywateli Rzeczypospolitej. Natknąłem się na wiele bardzo krytycznych głosów o tej monecie. Zarzucono jej chyba wszystkie możliwe grzechy. Od nierzucającego się w oczy wyglądu (ja też nie zwróciłem na nią uwagi, gdy odbierałem resztę w sklepie) po ułożenie napisu okolicznościowego, który zdaniem malkontentów powinien zaczynać się w miejscu, w którym się kończy i biec w przeciwną stronę. De gustibus...

Krótko przed urlopem zorientowałem się, że część zdjęć w moim katalogu obiegowych monet III RP przestała być widoczna i od razy zabrałem się za ich ponowne udostępnienie. Sam sobie przyczyniłem pracy, bo wpadłem na pomysł uporządkowania zdjęć na serwerach Google. Kiedyś, gdy działało googlowe narzędzie Picasa, dodając zdjęcia, dość łatwo układałem je w logicznie zaplanowany sposób. Później Google wyłączył Picasę, a nowe narzędzie, Zdjęcia Google nie jest już tak przyjazne w obsłudze. Krótko mówiąc, porządkując zdjęcia, spowodowałem, że adresy niektórych pozmieniały się, co oczywiście uniemożliwiło ich wyświetlanie w katalogu. Całe szczęście, że zdjęcia ilustrujące wpisy na blogu są zapisywane bezpośrednio w blogger.com.
Trochę tego bałaganu w katalogu jeszcze pozostało, ale systematycznie staram się wprowadzić ład i porządek. Nie wiem tylko, czy za chwilę nie będę miał z tym jeszcze więcej pracy, bo Google przechodzi na nowy system i wprowadza coś, co nazywa "nowe witryny".

Skoro już o zdjęciach monet mowa, to porządki robię też w galerii utworzonej na potrzeby katalogu miedziaków Augusta III. Okazało się, że część monet muszę na nowo obfotografować, bo jakość starych zdjęć jest powiedzmy... niezadowalająca. A jako że największym problemem, na jaki natknąłem się przy tworzeniu katalogu, jest mnogość odmian i wariantów groszy wynikająca z kreciej roboty króla Prus, dużo uwagi poświęcam analizie ich stempli. Weźmy na początek grosz z roku 1753, bez wątpliwości legalny produkt mennicy w Gubinie, a konkretnie rewers tej monety.
Orzeł z dolnej części tarczy wygląda z bliska tak:
Skrzydła ułożono nabijając blisko siebie punce klinów o różnej długości, szerszych przy głowie, zwężających się ku końcowi.
Teraz rocznik 1754 z tej samej mennicy
i Orzeł z jego rewersu.
Ta sama technika, ta sama robota. Ale nie szukając długo, w tym samym roczniku mamy takiego grosza.
Awers niemal identyczny, włącznie z charakterystyczną literą T w legendzie. Tymczasem na rewersie coś się zmieniło.
To coś jeszcze lepiej widać w górnej części herbu.
Skrzydła są utworzone z wyraźnie zarysowanych "ramion" uzupełnionych piórami-klinami poszerzającymi się na zewnątrz.

W czym problem, zapytacie. Zmienił się rytownik albo pozostał ten sam, ale zmienił używany zestaw narzędzi. Problem w tym, że według znanych mi źródeł, rytownikiem do końca działania gubińskiej mennicy pozostawał Stieler. Czyli prawdziwa jest teza druga, powiecie. Stieler postanowił zmienić rysunek orła, przygotował nowe punce i tyle. Może i tak, ale można mieć pewne wątpliwości, bo ten grosz z datą 1755,
a konkretniej, jego awers ma cechy groszy bitych już pod kontrolą pruską. Tymczasem orzeł na rewersie powstał tą samą techniką, jak na groszu z 1754 r.
Powiecie więc, że nie ma co dzielić włosa na czworo, po prostu Prusacy zagarnęli nie tylko wyposażenie mennicy, ale też personel i Stieler nadal robił stemple. I to jest chyba (tak na dziś uważam) właściwa konkluzja, bo po cóż szukać innych, bardziej skomplikowanych wyjaśnień.

Wiem, wiem, powtarzam się. Pisałem już o tym w styczniu tego roku, ale niedawno dostałem znaczną partię miedzi Augusta III, szelągi i grosze. Czyszczę je stopniowo i układając czytelne już monety obok siebie widzę coś w rodzaju łańcuszka na wpół zatartych śladów łączących monety na pozór całkiem różne i niepodobne do siebie. Mam nadzieję, że niedługo usunę przynajmniej część luk w tym łańcuszku.

A na deser, plon przedostatniego dnia urlopu.
Sierpniowe podgrzybki - wcześnie ta jesień przyszła.

piątek, 10 sierpnia 2018

Wiadomości dobre i takie sobie.

Myślałem kilka dni temu, że warto by odświeżyć wspomnienia z Gabinetu Numizmatycznego naszej mennicy. Tak przy okazji bardzo prawdopodobnego wyjazdu służbowego do Warszawy.
Wchodzę więc na stronę mennicy, żeby sprawdzić aktualne warunki wejścia do GN i cóż moje oczy widzą? Taki oto komunikat.
Tak sobie pomyślałem, że inwentaryzacja, ale taka prawdziwa, robiona nie przez pracowników nieodróżniających szeląga od talara i stempla menniczego od pieczątki dyrektora, to coś, co powinno zostać zrobione już dawno temu. Bo czy to normalne, że by (jak czytam na stronie 298 katalogu J. Parchimowicza "Monety Rzeczypospolitej Polskiej 1919-1939):
"Wyniki przeglądu przekroczyły wszelkie nasze oczekiwania. Zostało rozpoznanych i sfotografowanych 46 "nowych" stempli monetarnych."
Czyli gdzieś w GN leżały sobie przedwojenne stemple, o których nie wiedzieli badacze numizmatyki międzywojennego XX-lecia. Ciekawe, czy były ujęte w inwentarzu, a jeśli tak, to jak były opisane?
Historia powtórzyła się przy pracy nad katalogiem prób z okresu PRL, o czym pan Parchimowicz opowiadał na sesji wykładowej przed aukcją GNDM.
Więc z jednej strony martwi mnie, że Gabinet Numizmatyczny Mennicy Polskiej SA stał się niedostępny na nieokreślony czas. Z drugiej strony, mam nadzieję, że po inwentaryzacji uda się wyjaśnić kilka tajemnic nurtujących kolekcjonerów.
Mam na myśli trochę chaotyczne, ale bardzo ciekawe dyskusje toczone na forum monety.pl, poświęcone między innymi problemowi nakładów pięciozłotówek z Nike.


Z Warszawy nadeszła jeszcze jedna wiadomość, która pewnie nie tylko mnie ucieszy. W roku 2020 ma zostać otwarta stała ekspozycja Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego.
Tak, jak przed sześciu laty czekaliśmy na otwarcie krakowskiego Muzeum Czapskich, teraz będziemy odliczać dni do otwarcie wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Co bardzo ważne, jak podano w informacji na stronie muzeum, będzie to pierwsza stała wystawa od powstania gabinetu numizmatycznego w MNW. Z opisu wynika jeszcze, że w odróżnieniu od ekspozycji u Czapskich, GMiM MNW przygotowuje wystawę w zamyśle przypominającą tę, którą miałem okazję jakiś czas temu oglądać w Dreźnie. Wystawę podzieloną na bloki tematyczne, wzbogaconą o multimedia. Szersza informacja na stronie Fundacji Sobańskich. Może być bardzo ciekawie.



niedziela, 5 sierpnia 2018

Intrygujący falsyfikat grosza Augusta III

Umówione dawno, dawno temu spotkanie z kolekcjonerem monet Poniatowskiego doszło do skutku zgodnie z planem. Zaowocowało ciekawą rozmową i zakupem miedzianego grosza. Nie, nie grosza SAP, lecz szczególnego grosza Augusta III.
Oto on.
Dlaczego ma to być grosz intrygujący i szczególny? Już tłumaczę.
Rzuca się w oczy wcięcie na godz. 3 awersu - ślad po wycięciu innego krążka. Samo w sobie, takie wycięcie nie jest niczym szczególnym wśród miedziaków Augusta III. Ciekawostką jest dobrze widoczne odbicie kreskowanego obrzeża towarzyszące wycięciu. To też nie jest takie rzadkie, ale tylko w przypadku monet tłoczonych NA PRASIE WALCOWEJ. Grosze Augusta tłoczono jednak na prasach śrubowych! Tak było w legalnych, saskich mennicach do roku 1755 i podobnie w tych samych mennicach przejętych przez Prusy podczas wojny siedmioletniej i innych pruskich mennicach fałszujących polską monetę z polecenia Fryderyka II.

Dokładniejsze oględziny tego grosza prowadzą do kolejnych odkryć. Najistotniejsze, to błąd w imieniu króla. Słabo, bo słabo, ale bez żadnych wątpliwości czytamy AVGVSTS. Brak trzeciego V - powinno być AVGVSTVS. Idźmy dalej. Portret króla - twarz zbliżona do... Sam nie wiem. Trochę, ale tylko trochę, przypomina twarz z szelągów bitych w Gruntalu. Zbroja i okrycie w stylu monet bitych w Gubinie, łącznie z kształtem broszy (pączek z dziurką) znanym z szelągów z rocznika 1755.
Rewers. EL SAX 175... Trzeba się bardzo dokładnie przyjrzeć monecie pod różnymi kątami oświetlenia, żeby dostrzec ślad cyfry 4. Więc 1754, tyle że to wcale nie musi oznaczać, że monetę w tym roku wybito. Legenda bez kropek!
Poniżej korona - mała, niesymetryczna. Orły i Pogonie na tarczy herbowej mocno niedoskonałe. Wyraźnie widać, że utworzone przez odbijanie malutkich punc z kreskami, owalami, kropkami. I na koniec korona elektorska nad herbem Saksonii utworzona z dwóch kółek.
Moneta ma średnicę 20 mm, waży równe trzy gramy.

Z pewnością falsyfikat, ale z jakiego warsztatu? Na pierwszy rzut oka (szczególnie niewprawnego), ten grosz można by wziąć za wyrób oficjalnej mennicy, więc nie był to byle jaki, piwniczny warsztacik. Na dodatek te ślady obrzeża drugiej monety. O czym mogą świadczyć?
Pierwsza nasuwa się na myśl oczywiście prasa walcowa. W połowie XVIII w wychodząca z użycia, ale jeszcze gdzieniegdzie stosowana. Kontrargumentem może być brak łódkowatego wygięcia krążka, charakterystycznego dla monet walcowanych. Argumentem za jest natomiast (paradoksalnie) brak analogicznego śladu na rewersie, co było powszechną wadą monet tłoczonych walcami, spowodowaną trudnościami w synchronizowaniu obrotów walców ze stemplami.
Możliwość druga - grosz wytłoczono na prasie śrubowej, ale nie na pojedynczym krążku, tylko na pasku miedzianej blachy (jak na prasie walcowej) i później niedokładnie wycięto wykrojnikiem.
Możliwość trzecia - grosz wytłoczono na prasie śrubowej na pojedynczym krążku, który przed ponownym uderzeniem stempli nie został całkowicie usunięty z prasy i na krawędzi pojawiło się odbicie fragmentu obrzeża. Tę możliwość osobiście wykluczam. Powinna skutkować również jakimiś śladami drugiego obrzeża na rewersie, a tych nie widzę.
Najprawdopodobniejsza wydaje mi się opcja druga - tłoczenie prasą śrubową na pasku blachy, choć ewentualność, że to tłoczenie prasą walcową jest bardzo pociągająca. Aktualne pozostają przypuszczenia, że odbywało się to w nieźle wyposażonym warsztacie. Mogła nim być któraś z mennic, najpewniej gdzieś w Prusach, ale w grę mogą wchodzić i inne warsztaty. Na przykład produkujące liczmany albo guziki.
W każdym razie jest to interesujący okaz i jestem bardzo zadowolony, że znalazł się w moim zbiorze.

Razem z nim trafił do zbioru przykład technicznej niedoróbki gubińskiej mennicy. Szeląg Augusta III z tegoż samego, 1754 roku.
Krążek dwukrotnie znalazł się między stemplami, mocno w międzyczasie poruszony. Skutek - słowo REX przesłania profil króla, a na rewersie rzuca się w oczy bałagan na tarczy herbowej (i oczywiście powtórzone fragmenty legendy).

A następnego dnia, niezrażony upałem, wybrałem się na najwyższy poza Tatrami szczyt w Polsce. Jak się okazało, nie tylko ja miałem taki pomysł. Pomijam "Bieg rzeźnika", który odbywał się tego samego dnia, dzięki pogodzie rzeźniczy do potęgi. Na Perci Akademików kolejka prawie, jak na Giewont.
Na szczycie tłum, jak na krakowskim rynku
Ale widoki piękne, pogoda wspaniała (na szczycie było prawie chłodno!) - w sumie świetny dzień.
Widok z zejścia na przełęcz Brona. Dobrze widoczna ścieżka żółtego szlaku (Perć Akademików) i ludzie na szczycie, nawet z tej odległości.
Jak ktoś jest żądny dodatkowych wrażeń, może zaryzykować (bo to chyba nielegalne) wyjście na szczyt wieczorem, podziwianie zachodu słońca, gwiazd przez całą noc - niedługo polecą Perseidy - i podobno z niczym nieporównywalnego wschodu słońca.  Może kiedyś...

niedziela, 15 lipca 2018

I po co ja tam pojechałem?

Wczorajszy wpis skończyłem zapowiedzią wyjazdu na giełdę staroci. Miałem nadzieję, że może uda się coś ładnego upolować nie przed monitorem, a pod gołym niebem.
Co tu dużo mówić. Najlepiej jakość oferty giełdowej pokazuje to zdjęcie.
Oferta monet mniej więcej w tej samej jakości. Jak już coś z daleka wyglądało obiecująco, z bliska okazywało się albo "klamką" albo wyrobem made ich China.
Tylko przy jednym stoisku zastanawiałem się, czy nie sięgnąć po gotówkę. Powodem był grosz Stanisława Augusta Z MIEDZI KRAIOWEY, a powodem, że jednak z zakupu zrezygnowałem był brak pewności, czy to rocznik 1786, czy 1788. Ostatnia cyfra rocznika była całkowicie nieczytelna.
Półtorej godziny spaceru po giełdzie nie wystarczyło, więc podjechałem nad dawno nieodwiedzaną Pogorię III. A jak już tam byłem, to obiegłem jezioro (pomimo dość wysokiej temperatury - nie lubię biegać, gdy na termometrze jest ponad 25 stopni).
Tyle dobrego (poza przebieżką), że przywiozłem z giełdy kilka wizytówek/ulotek ze stoisk z monetami. Roześlę moją listę braków. Może uda się tym sposobem wypełnić luki w zbiorze.



sobota, 14 lipca 2018

Odkrycia, publikacje, numizmatyka...

Niby sezon ogórkowy, wakacje i ogólne lenistwo,aż tu nagle...

27 czerwca pan Marcin Żmudzin opublikował na swoim blogu https://spodstempla.pl hipotezę, według której szelągi bez znaków mincerskich z datą 1597, w literaturze przyporządkowane mennicy poznańskiej, wybito w Lublinie. Po niedługiej polemice z Dariuszem Marzętą stanęło na tym, że nie dość, że trudno obronić poznańskie pochodzenie tych szelągów, to wiele wskazuje na to, że i grosz z 1598 roku z popiersiem Zygmunta II na awersie, również należy do produktów lubelskich, a nie poznańskich.
Nie znamy dziś przesłanek, które skłoniły naszych poprzedników do uznania tych monet za wyroby mennicy w Poznaniu. Argumentami za ich lubelskim pochodzeniem są punce użyte do wyrobu stempli i charakterystyczny styl monet.

Dla mnie rewelacja, dowód na użyteczność i wagę pasji kolekcjonerów. Użyteczność nie tylko dla rynku kolekcjonerskiego (choć sprawcą sensacji jest pracownik firmy numizmatycznej), ale przede wszystkim dla nauki. A z tym wiąże się kolejna, niebagatelna sprawa. Część dyskusji poświęconej poznańskiemu/lubelskiemu szelągowi odbyła się na forum TPZN. W jej trakcie pojawiły się wypowiedzi dotyczące publikacji odkrycia.
Fajnie by było, żeby takie odkrycia czy "obrony" odbywały się w czasopismach i artykułach recenzowanych. Forum dziś jest jutro nie ma, stąd pisanie tutaj coraz bardziej uznaję za stratę czasu i parę idącą w gwizdek. Może Pan Marcin będzie miał ochotę przygotować artykuł nt. swojego odkrycia? Zwarte, przemyślanie teksty lepiej się czyta i jakiś ślad po tym zostanie.
Pan Marcin odpowiedział tak
Uważam, że doskonałym przetarciem dla takich tez i formą ich przekazania szerszej publice jest internet - blogi, fora, czasopisma internetowe. Artykuł w BN czy Wiadomościach może stanowić podsumowanie raczej.
na co padła krótka, zdecydowana odpowiedź
Pan już to podsumował, wystarczy przelać na papier. Pana decyzja, ale nie rezygnowałbym.
W sumie racja. Kto natrafił na wskazane blogi i forum i jest tematem zainteresowany, na pewno rzecz zapamiętał, odnotował, może nawet wydrukował kluczowe fragmenty do swojego archiwum, ale czy to wystarczy, żeby rzecz zaistniałą w świecie nauki? Może tak, a może jednak nie. Faktem jest, że  "Forum dziś jest jutro nie ma" przykładem, uporczywie przypominane przeze mnie Cafe Allegro. Druk więc wydaje się konieczny.

Pozwólcie na osobisty wtręt (w końcu to MÓJ blog). Mój podzielony na dwie części artykuł o szelągach i groszach koronnych Augusta III wydrukowano w Biuletynie Numizmatycznym, w pierwszych dwóch numerach z roku 2017. I dobrze, tyle, że pracę nad nim zakończyłem pod koniec roku 2015 i w tym samym roku przekazałem materiał do Redakcji BN. Przez cały rok 2016 działo się niewiele. Korekty autorskie robiłem już na początku 2017. W końcu rzecz wyszła drukiem po prawie dwóch latach od napisania. Siłą rzeczy, w momencie druku, artykuł był częściowo nieaktualny - w międzyczasie dotarłem do nowych monet, informacji; zmieniłem pogląd na pewne sprawy.
Nigdy nie próbowałem publikacji w Wiadomościach Numizmatycznych, ale nie przypuszczam, by w tym przypadku proces publikacji toczył się szybciej.
Co bardzo istotne, oba periodyki publikują prace poddane naukowej recenzji. Artykuł do BN recenzowały trzy osoby. W WN pewnie jest podobnie. To ważne nie tylko dla satysfakcji autora (że jego praca okazała się godna publikacji) ale, co tu dużo mówić, dzięki recenzentom, dzięki ich formalnym i nieformalnym kontaktom rośnie szansa, że praca zostanie szerzej zauważona w środowisku naukowym. 

Wróćmy do sprawy lubelskości monet dotychczas uznawanych za poznańskie. Mamy rok 2018. Jeżeli nic się nie zmieniło, to artykuł na ich temat wyjdzie drukiem w roku 2020. No i dobrze. Mimo wszystko postarał bym się o taką publikację. W sumie cała praca, łącznie z częściową kwerendą archiwów, została wykonana. Teraz tylko siąść i zebrać wszystko razem, uporządkować i już. Tyle, że podobno mamy wiek dwudziesty pierwszy, światem rządzi informacja, a ta zyskała nieporównanie więcej sposobów na docieranie do odbiorców. Prawda, Internet to bagno, ale taką samą prawdą jest, że to bagno tylko dla tych, którzy lubią się taplać w błocie. Dla reszty, Internet, to niemal nieskończenie wielka biblioteka. Prawda, że i ta biblioteka może spłonąć, ale jeśli nie nastąpi jakiś armagedon energetyczny, to pożar nie obejmie całości (vide biblioteka aleksandryjska). Przetrwają "książki" zachowane lokalnie. Sam mam tego całkiem sporo. Te najcenniejsze (dla mnie oczywiście) "książki" z internetowej biblioteki, mam w postaci wydruków. Zanik zasilania ich nie unicestwi ani nie uniemożliwi korzystania z nich. Niby wszystko wydaje się proste i każdy może sobie stworzyć takie prywatne archiwa, czy to cyfrowe, czy papierowe, ale między może stworzyć, a stworzy jest ocean przeszkód - od braku czasu zaczynając, na lenistwie (motorze wszelkiego postępu) kończąc. Na pewno łatwiej jest zarchiwizować (niezależnie od technologii) gotowy, skończony artykuł, niż wielostronicowy wątek z internetowego forum, zwykle pełen dygresji, niepotrzebnych, niemerytorycznych uwag, a czasem i jakichś osobistych sporów i pretensji. Jest lekarstwo na tę chorobę, i to nie jedno. Mam na myśli portale typu Academia.edu.
Jak dotąd umieściłem tam (za zgodą redakcji BN) pliki pdf z moimi wcześniej opublikowanymi artykułami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by publikacja na tym portalu była jedyną formą publikacji. System nadawania etykiet (tagów) artykułom umożliwia umieszczanie tekstów na konkretnych "półkach", ułatwiając dotarcie do nich osobom zainteresowanym daną tematyką.
Myślę, że ten sposób dystrybucji publikacji naukowych, to przyszłość i konieczność. Oczywiście Academia.edu, to tylko przykład. Są w Internecie podobne miejsca, na części z nich obowiązuje solidny system recenzencki, więc publikacja na nich nie jest w niczym gorsza od publikacji drukiem. Na dodatek, dość łatwo wyjść poza lokalne podwórko - wystarczy tłumaczenie tekstu na któryś z powszechniej stosowany język.

Na koniec świeża informacja z kronik policyjnych. Napawająca nadzieją, że handel bezczelnymi podróbkami zostanie choć trochę ograniczony.
Informacja ze strony policji dolnośląskiej.
Funkcjonariusze Wydziału dw. z Cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, w wyniku realizacji sprawy operacyjnej, współpracując z funkcjonariuszami Wydziału Dochodzeniowo Śledczego Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy, zatrzymali 48 - letniego mieszkańca powiatu świdnickiego, podejrzewanego o puszczanie w obieg, za pośrednictwem Internetu, kopii znaków pieniężnych. Zabezpieczono kopie 32 monet, a także komputer i dysk twardy...
Należy pamiętać, że wszelkie kopie środków płatniczych emitowanych przez Narodowy Bank Polski, a takimi też są monety okolicznościowe, są nielegalne i puszczanie ich w obieg, a tym samym ich posiadanie jest przestępstwem z artykułu 310 Kodeksu Karnego. W przypadku zetknięcia się z tego typu nielegalnym procederem powinniśmy powiadomić Policję lub Prokuraturę.
Chodzi oczywiście o chińskie podróbki zalewające Allegro, OLX i inne miejsca, w których można sprzedawać monety. Mam tylko wątpliwości, czy posiadanie podróbek naprawdę jest tożsame z puszczaniem ich w obieg.
Może kiedyś policja podejmie podobne kroki w stosunku do osób handlujących podróbkami monet, które z obiegu wyszły dziesiątki i setki lat temu. W kodeksie karnym są przecież odpowiednie paragrafy.

Zdjęć monet dziś nie będzie - niewiele ostatnio udaje mi się kupić w internecie. Jutro zajrzę na jedną z giełd staroci - może tam na coś ciekawego trafię.

sobota, 30 czerwca 2018

Brigitte Bardot???

"Każdy mincarz powinien będzie literę pierwszą tego miasta, gdzie się mincuje, na swej menicy kłaść, żeby każdego z nich menica była rozeznana, nie kładąc inszych herbów na mennicy, tylko królewskie na wierzchu, a Podskarbiego koronnego pro tempore będącego, jako najskromniejszy na spodku..."
To fragment ordynacji Jana Firleja z 22 czerwca 1599 r., którą król zatwierdził 20 lipca. Gumowski ("Mennica bydgoska", Toruń 1955, str. 27) twierdził, że podskarbi chciał tym sposobem ukrócić praktykę umieszczania na monetach herbów innych niż herby Polski, Litwy, króla i podskarbiego. Na monetach z Bydgoszczy pojawiały się oprócz nich herby właściciela mennicy oraz jej zarządcy. Już w tym samym, 1599 roku na szelągach i trojakach bitych w Bydgoszczy pojawia się litera B, jak Bydgoszcz. Albo Bidgostia lub Bromberg, jak kto woli.
W roku następnym zarządzenie podskarbiego obowiązywało nadal.
Z dzisiejszego spaceru na pocztę przyniosłem kilka kopert. W jednej z nich był lekko ogryziony (tzw. ząb czasu) szeląg z roku 1600 z mennicy bydgoskiej.
Średnica 17,5 mm, waga 0,78 grama. Teoretycznie powinno być 1,12 grama, jak nakazywała ordynacja z 1580 r. Częścią niedoboru wagi można obciążyć wspomniany ząb czasu, ale chyba tylko częścią. Pozostała część niedoboru mogła powstać celowo już w mennicy, bo jak wynika z obliczeń wykonanych na podstawie informacji podanej przez Dawida Brauna w dziele wydanym w 1772 r. "Ausführlich-historischer Bericht vom polnischund preußischen Münz-Wesen" bicie szelągów zgodnie z ordynacją Batorego było po prostu nieopłacalne.
Za grzywnę czystego srebra trzeba było płacić 9 złotych i 12 groszy (złote liczono, pamiętajmy, po 30 groszy). Z tej ilości srebra należało bić 990 szelągów, czyli licząc po 3 szelągi na grosz dawało to pieniądze o wartości 11 złotych. Tylko 1 złoty i dwa grosze ponad koszt części tylko surowca. A gdzie koszt miedzi, robocizny? Żeby szelągi bić się opłacało, trzeba było albo zaniżać próbę, która wynosiła tylko 20%, albo zaniżać wagę monet, albo i jedno i drugie. Nic dziwnego, że w kraju powszechnie oprotestowywano zalew drobnego, coraz podlejszego pieniądza. Protesty były na tyle zasadne i mocne, że król w trosce o swoje dobre imię - w końcu to ono miało gwarantować jakość pieniądza - w roku 1601 nakazał zamknięcie wszystkich mennic poza uruchomioną rok wcześniej mennicą krakowską. Dotknęło to oczywiście i mennicę Bydgoską. Do połowy roku bito w niej jeszcze monety,
ale druga połowa 1601 i lata następne należały do mennicy krakowskiej.
Wróćmy jednak do Bydgoszczy. Na nowym w moim zbiorze szelągu, zgodnie z ordynacją Firleja, jest pierwsza litera nazwy miasta. A nawet dwie!
Jest kilka odmian bydgoskich szelągów z tego rocznika. Z jedną literą B pod królewskim monogramem, z dwiema literami B umieszczonymi po obu stronach monogramu powyżej daty, z dwiema literami B umieszczonymi pod monogramem (jak moja) i bez litery B - pominiętej przypadkiem, lub celowo. Któż teraz jest w stanie przyczynę?
Podobne odmiany są i dla roku 1601, choć w roku 1599 mamy do czynienia wyłącznie z szelągami z jedną tylko literą B (lub bez niej). Ordynacja kazała kłaść ...literę pierwszą tego miasta..., dlaczego więc na niektórych monetach ją podwajano? Gumowski wyjaśnia to tak:
Czy to wyjaśnienie uzasadnione, nie wiem. Wiem natomiast jedno. Mam lat tyle ile mam, więc nic dziwnego, że gdy widzę dwie litery B obok siebie, jedna po drugiej, to pierwszym skojarzeniem jest...
Tak, oczywiście, Brigitte Bardot!
Dlaczego?
Sprawdźcie sami - najlepiej oglądając "I bóg stworzył kobietę", albo cały film, albo przynajmniej scenę tańca na stole.

czwartek, 14 czerwca 2018

Tajemniczy ołów.

Przedwczoraj, we wtorek, wybrałem się po pracy do Krakowa. Powód? Tak w ogóle, to Kraków sam w sobie jest wystarczającym powodem, ale proszę bardzo. Oto powód.
To ostatni tegoroczny wykład z cyklu "Numizmatyka, czyli co?" Na większość  poprzednich niestety jakoś czasu nie znalazłem, a temat tego zainteresował mnie już podczas ubiegłorocznej konferencji "Numizmatyka w archiwaliach i starych drukach". Pani Anna Bohnak przedstawiła wtedy korespondencję Karola Bołsunowskiego przechowywaną z zasobach archiwum Muzeum Narodowego w Krakowie. We wtorek miała przedstawić wykład poświęcony plombom drohiczyńskim ale w ostatniej chwili okazało się, że zastąpi ją Pan Mateusz Woźniak. Niewielkie, kilkuosobowe grono słuchaczy zaproszono tym razem nie do sali w przyziemiu, tylko na piętro, do sali wystaw czasowych, w której w tej chwili znajduje się ekspozycja zatytułowana "Istotne – niepozorne. Ołowiane znaki pieczętne". Mieliśmy więc nie tyle wykład, co oprowadzanie kuratorskie.
Wspomniany wcześniej Karol Bołsunowski (1838-1924), kijowski kolekcjoner i archeolog zgromadził potężną kolekcję niepozornych ołowianych przedmiotów, które masowo ujawniły się w Drochiczynie w roku 1864, po podmyciu skarpy wzgórza zamkowego przez wiosenny przybór Bugu.
Bołsunowski opublikował wyniki swoich badań między innymi w rocznikach Światowida (1902 i 1904), a także w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych. Na wystawie pokazano między innymi korespondencję Bołsunowskiego z redakcją WNA, w tym jedną z niewydanych tablic z przedstawieniami plomb.
Teorii o przeznaczeniu tych maleńkich blaszek ołowianych Bołsunowski miał kilka. Rozważał nawet, czy nie pełniły one roli czegoś w rodzaju amuletów. Mimo wszelkich wątpliwości, najbardziej prawdopodobne jest, że były to jednak plomby. Plomby, czyli znaki potwierdzające na przykład kompletność partii towaru i fakt uiszczenia opłat celnych albo tranzytowych. Na wjeździe na pewne terytorium zakładano plomby na towary, które miały tylko przez to terytorium przejechać, a nie zostać na nim sprzedane i pobierano opłatę za pozwolenie przewozu. Przy opuszczaniu terytorium, w komorze celnej sprawdzano, czy plomby nie zostały naruszone i zwalniano transport do dalszej drogi. Najprawdopodobniej w tym momencie kupcy pozbywali się niepotrzebnych już plomb i po prostu je wyrzucali.
Taka komora celna znajdowała się w Drohiczynie, na pograniczu Rusi i Polski.
Podobne plomby znajdowano też w innych miejscach, na przykład w Czermnie utożsamianym dziś z Czerwieniem, stolicą Grodów Czerwieńskich.
Pan Woźniak zwrócił też uwagę na inną funkcję plomb. Zachowały się relacje o używaniu skórek wiewiórczych w funkcji pieniądza. Określona ilość skórek i to skórek pozbawionych sierści, nie nadających się do wykorzystania w innym celu, była ekwiwalentem określonej ilości srebra monetarnego. Plomba nałożona na sznur łączący skórki w wiązkę była gwarancją "nominału". Na wystawie pokazano fotografie drewnianych płąskorzeźb ze Stralsundu, na których przedstawiono scenę polowania na wiewiórki
i scenę przybycia do miasta wschodnich kupców trzymających w rękach takie wiązki skór.
Wystawy nie ograniczono do tematyki plomb drohiczyńskich. Pokazano na niej również ołowiane plomby z czasów późniejszych, na przykład plomby używane przez cech sukienników.
Szczególnym rodzajem plomb/pieczęci są ołowiane bulle papieskie, którymi opatrywano dokumenty wysyłane ze stolicy apostolskiej.
Kończy wystawę gablota z plombami współczesnymi, głównie z tworzyw sztucznych. Plombami, którymi jak przed wiekami zamyka się przyczepy ciężarówek, kontenery i wagony kolejowe przed wyjazdem na trasę tranzytową, podczas której towar ma nie opuszczać pojazdu.
Nadal, jak na wiązki skór, plomby nakłada się na zamknięcia opakowań na monety opuszczające mennicę.
Plomby drohiczyńskie (i wszystkie inne) raczej trudno nazwać obiektami numizmatycznymi. Nie znam relacji dowodzących by kiedykolwiek pełniły rolę pieniądza, ale bezsprzecznie można je powiązać z czymś, co dziś nazywamy obrotem gospodarczym. Czyli zawsze były i są blisko pieniądza.

P.S.
Może trudno w to uwierzyć, ale plomby, podobnie jak monety, również bywają fałszowane i są to fałszerstwa na szkodę kolekcjonerów. Przykłady takich podróbek również na wystawie pokazano.

sobota, 9 czerwca 2018

Ale się działo!

Działo się wczoraj, dzieje się dziś od rana i będzie się działo jeszcze przez trzy dni.
Oczywiście chodzi o czerwcowy maraton numizmatyczny zafundowany kolekcjonerom przez firmę Pana Damiana Marciniaka.
Wczoraj, 8 czerwca odbyła się sesja wykładowa "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz", od dawna zapowiadana przez GNDM.
 Program zapowiadał się ciekawie
więc wybrałem się do Warszawy, żeby posłuchać mądrych ludzi i co nie mniej ważne, żeby spotkać się z kolekcjonerami. I tymi, których znam od dawna i tymi, których znam tylko z internetu i by poznać tych, których poznać okazji nigdy nie było.
Frekwencja dopisała. Kiedy stojąc przed salą "Kometa" czekaliśmy na rozpoczęcie sesji, ktoś zażartował, że wygląda to na zjazd blogerów numizmatycznych. Rzeczywiście było nas tam wielu.

Sesję rozpoczął Pan Janusz Miliszkiewicz, dziennikarz, autor wielu publikacji poruszających problemy kolekcjonerstwa i rynku antykwarycznego. Opowiadał o swoich spotkaniach i przyjaźniach ze znakomitymi kolekcjonerami i o wartości, jakiej nabierają obiekty kolekcjonerskie, od monet, przez książki i obrazy na meblach kończąc, wartości związanej z ludźmi, do których te przedmioty należały. Zwrócił uwagę na to, jakie znaczenie ma znajomość pochodzenia naszych monet, książek itp. Proweniencja, jeśli nie konfabulowana, jeśli poparta wiarygodnymi dowodami, może znacząco wpłynąć na cenę sprzedaży. Przykładem choćby monety z dawnych wielkich kolekcji, z puncami Czapskiego, czy Potockiego, uzyskujące lepsze notowania od takich samych monet (w końcu monety, to produkty masowe), ale uboższych o udokumentowane pochodzenie.

Kolejnym prelegentem był Pan Janusz Parchimowicz, którego myślę, nie trzeba przedstawiać kolekcjonerom monet. Osoby, które nigdy nie korzystały z Jego katalogów proszę o podniesienie ręki. Nie widzę, dziękuję...
Pan Parchimowicz opowiedział o swojej pracy nad potężnym tomem, katalogiem monet próbnych PRL. Pokazał zdjęcia monet, które do tej pory albo były całkowicie nieznane z obrotu kolekcjonerskiego, albo przechodziły na aukcjach ze zbioru do zbioru, a ani sprzedający, ani nabywca nie dostrzegali istotnych szczegółów różniących te monety. To chyba najlepsza ilustracja tytułu sesji wykładowej - widzisz tyle, ile wiesz. Podczas pracy nad katalogiem, autor dotarł do niepublikowanych wcześniej archiwów i zbiorów Narodowego Banku Polskiego, ustalając, że w wielu przypadkach informacje o ilości wybitych prób podawane przez mennicę, znacząco różnią się od informacji na ten temat przechowywanych w NBP.

Trzeci referat, o tyle związany był z numizmatyką, że Pani Dominika Świątkowska wykonała dla GNDM wiele pięknych opraw bardzo zacnych książek, między innymi do "Gabinetu medalów polskich..." Edwarda Raczyńskiego. Referat, a właściwie wykład, bo poznaliśmy historię opraw książek od starożytności po czasy najnowsze. Wykład ilustrowany zdjęciami wspaniałych ksiąg i książek. Nie tylko zdjęciami, bo Pani Świątkowska przywiozła z sobą również książki oraz niemały zestaw narzędzi introligatorskich. Zainteresowanie słuchaczy było naprawdę wielkie. Po wykładzie długo zadawano pytania. O czas potrzebny na zdobycie takich umiejętności, o czas potrzebny na wykonanie tak pięknych opraw, o ceny tak oprawionych książek w końcu. Dodatkowo dostaliśmy (chyba starczyło dla wszystkich), pięknie ilustrowaną broszurkę.
Przypomniałem sobie, jak w końcu lat 60-tych, na lekcjach "prac ręcznych" przez miesiąc chyba uczyliśmy się trudnej sztuki oprawiania książek. I nie chodziło tu o zakładanie na książki obwolut składanych z szarego papieru. Naprawdę oprawialiśmy książki! Ja wziąłem na warsztat pierwszy tom Krzyżaków, który książką jako taką nigdy nie był, bo były to luźne kartki, które chyba jeszcze przed wojną dodawano do jakiegoś czasopisma. Wygrzebałem to gdzieś u Dziadków na strychu i zaopatrzyłem w twardą oprawę. Muszę poszukać tego mojego "dzieła", za które dostałem chyba czwórkę - pierwszą legę wszyłem do góry nogami. A działo się to w Bielsku-Bialej, w szkole podstawowej nr 16. Introligatorstwa uczył nas Pan dyrektor, Antoni Harat.

Następnym prelegentem był Pan Dariusz Jasek, który opowiadał o pracy nad swoją książką "Studukatówka bydgoska 1621 Zygmunta III Wazy / The Poland 1621 Gold 100 Ducats".
Opowiadał bardzo ciekawie, w końcu nie każdy miał okazję nie tylko widzieć tę piękną monetę, ale również mógł wziąć ją do ręki. Autor i słuchacze wspólnie zastanawiali się, czy była to prawdziwa moneta, przeznaczona do obiegu, do płacenia za towary i usługi, czy też było to coś w rodzaju medalu nagrodowego. W każdym razie, nikt z obecnych nie miał wątpliwości, że spośród wszystkich europejskich studukatówek, nasza jest najładniejsza. Tym bardziej podziwiać powinniśmy talent jej autora, pochodzącego ze Szwajcarii Samuela Ammona, który w początku drugiej dekady siedemnastego wieku został zatrudniony w gdańskiej mennicy. Dziesięć lat później zrobił stemple do studukatówki Zygmunta III (miał wtedy 31 lat), a w roku następnym, w marcu niestety zmarł. Ciekawe, czego mógłby jeszcze dokonać, gdyby żył dłużej.

Przed ostatnim referatem, organizatorzy zaskoczyli nas prezentem. Wszyscy słuchacze zostali obdarowani osobno wydanym katalogiem kolekcji monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, kolekcji, która poszła pod młotek licytatora dzisiaj, to znaczy w sobotę, 9 czerwca.
Na wewnętrznej stronie okładki umieszczono informację o nakładzie i przeznaczeniu tego katalogu.
Przed aukcją, Pan Damian, jak zwykle ogłosił na FB konkurs polegający na wytypowaniu monet, które osiągną najwyższe ceny oraz o prognozie końcowej ceny miedzianej odbitki próbnej dukata z 1765 r. Nagrodą dla zwycięzców ma być właśnie ten katalog. Przy okazji padła zapowiedź, że katalogu tego, GNDM nigdy nie będzie sprzedawać.
Wróćmy do ostatniego referatu. Wygłosił go Pan Rafał Janke, autor "Źródeł z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868" i wielu artykułów poświęconych mennictwu Poniatowskiego. Pan Rafał brał czynny udział w opracowaniu katalogu sprzedawanej kolekcji SAP, czym zasłużył sobie na egzemplarz nr 2 tego wyjątkowego katalogu.
Pan Janke podzielił się ze słuchaczami swoimi opiniami na temat przyczyn powstania niektórych odmian i wariantów monet ostatniego króla. Między innymi zaprezentował fragment sprawozdania pisarza mennicy, z którego można było wnioskować o przygotowywaniu się do emisji monety miedzianej o nominale półtora grosza. Materialnym dowodem na te przygotowania miałby być grosz 1793 o wadze o połowę większej od wagi grosza (GNDM 5, Lot. 705). W dyskusji po wykładzie, niektórzy słuchacze zarzucali referentowi zbyt arbitralne stawianie tez, np. na temat od jakiego stopnia szczegółowości nie powinno się już zwracać uwagi na różnice rysunku stempli.
Ja usiłowałem się dowiedzieć, czy Pan Janke ma jakieś informacje o braciach Ludewig, którzy byli rytownikami stempli w mennicy krakowskiej. Skąd przybyli, gdzie wcześniej pracowali. Jakość ich pracy świadczy o tym, że byli doświadczonymi, dobrymi medalierami. Niestety, podobnie jak mnie (mam nadzieję, że tylko na razie), Panu Rafałowi również nie udało się uzyskać żadnych informacji o ich wcześniejszych zatrudnieniach.

Sesja skończyła się pół godziny później, niż planowano. Żegnając nas, Pan Damian Marciniak zadeklarował, że podobne spotkanie planuje zorganizować również przed aukcją jesienną. Jeżeli ma to się stać zwyczajem GNDM, to świetnie. Uważam, że takie spotkania, możliwość wysłuchania interesujących referatów, możliwość wymiany poglądów, poznania innych kolekcjonerów są bardzo, bardzo potrzebne.Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej najlepszym tego dowodem.

Na aukcji nie zostałem. Zapisałem się do niej kilka dni temu, ustawiłem limity i postanowiłem nie ryzykować utraty zdrowego rozsądku, jaka mogła by nastąpić, gdybym pojawił się o 17:05 na sali aukcyjnej. Nie chodzi oczywiście o "miedzianego dukata, który poszedł za 26.000, ani o próbne pół grosza "z miedzi kraiow" sprzedane za kwotę o 2.000 większą. Najbardziej zależało mi na groszu wybitym na groszu Augusta III. Aukcję śledziłem już z domu i z przykrością obserwowałem pojawiające się na ekranie kwoty wyższe od mojego limitu.
W sumie przegrałem nieznacznie, ale przegrałem. I nie tylko tę monetę. Przegrałem do zera. Nie kupiłem nic. Mówi się trudno, poluje się dalej.

P.S.
Zapomniałem dodać, że sesja była nagrywana i z jej przebiegiem można się zapoznać tu: https://plus.google.com/u/0/+GabinetNumizmatycznyPlus/posts/ey5CyJr1Ke8?cfem=1

piątek, 1 czerwca 2018

Myślałem, że takiej dziesięciogroszówki 1840 wcześniej nie widziałem!

Wczoraj zakończyła się e-aukcja WCN oznaczona numerem 180531. Wziąłem w niej udział dla jednej monety, której niestety nie wygrałem.

WCN aukcja 180531, lot 159516, zdjęcie z aukcji


W opisie monety podano informację o numerach katalogowych "Kop. 9391 (R5), Plage 106 (R2), Bitkin 1183 (R1)" ale na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie jest to informacja ścisła, bo pod tymi numerami kryje się odmiana z omyłką w znaku mennicy - "W - W" zamiast "M - W", w moim katalogu oznaczona jako g/b. Tymczasem w aukcyjnym opisie monety napisano: "przebitka znaku mennicy z WW na MW". Na aukcyjnym zdjęciu dobrze widać, że litera M została na stemplu nabita dwukrotnie, ale kolejność moim zdaniem była odwrotna. Najpierw na stemplu odbito puncę z M całkiem poprawnie, być może za słabo, co spowodowało chęć jej poprawienia., ale poprawka wyszła nie do końca po myśli rytownika, bo drugie nabicie M na stempel nastąpiło co prawda mocniej, ale za to do góry nogami. Dlatego oglądający monety tej odmiany opisują ją, jako "W - W".

Mam w zbiorze monetę w odmianie "W-W". Jej zdjęcia są w moim katalogu, ale poprzedni właściciel poddał ją intensywnemu czyszczeniu chemicznemu. Po prostu jest mocno wytrawiona. Oczywiście od razu po nią sięgnąłem, chcąc sprawdzić, czy na niej też widać ślady dwukrotnego użycia puncy M.
Skany kluczowego fragmentu w rozdzielczości 4800 DPI zrobione dla trzech różnych ułożeń monety w stosunku do kierunku oświetlenia  wyglądają tak.
 
 
Jak widać, "czyszczenie" usunęło nie tylko patynę. Częściowo zniknęły też pozostałości po pierwszym, poprawnie nabitym M. Częściowo, ale nie do końca. Na pierwszym i trzecim skanie, ledwo, ledwo, ale widać resztki tej litery.

Z jednej strony, zaoszczędziłem 330 złotych (na limit w tej wysokości się zdecydowałem), z drugiej trochę szkoda, bo lepiej mieć monetę z oryginalną patyną i dobrze widocznym dowodem na dwukrotne, ostatecznie błędne, nabicie puncy litery ze znaku mennicy.

Opis odmiany w moim katalogu uzupełnię po weekendzie.

piątek, 11 maja 2018

Po majówce

Rewanż za majówkę ubiegłoroczną udał się w stu procentach. Rok temu lało i mroziło, w tym roku świeciło i grzało. Miód-malina!
Pierwszy raz pojechaliśmy sprawdzić, jak nasze ulubione okolice wyglądają wiosną. Otóż wyglądają świetnie (ta świeża zieleń), a wyglądały by jeszcze lepiej, gdyby nie pchające się wszędzie w oczy skutki wichury z 10 sierpnia 2017. Przy każdej leśnej drodze sterty drewna, jak ekrany przy autostradzie.
To droga z Funki do Chojniczek, przy której na szczęście większość drzew pozostała nienaruszona. Są jednak miejsca, w których po lesie zostały tylko pnie i wykroty.
Na tej właśnie drodze, jadąc rowerem zauważyłem coś, co patrząc z daleka w pierwszej chwili wziąłem za zgubioną przez kogoś linkę do blokady roweru. Z bliska linka okazała się nie linką, tylko...

Najpierw pomyślałem, że ktoś ją zabił - celowo albo przypadkiem przejechał. Leżała nieruchomo, częściowo brzuchem do góry. Szybko okazało się, że żmija żyje i jest całkiem żwawa.

Ostrożnie przetransportowałem gada w krzaki na poboczu, żeby nie spotkał go los dziesiątek padalców, które co roku znajduję martwe na na leśnych drogach. Najczęściej niestety celowo zamordowanych przez głupich ludzi.

Wolne dni minęły szybko (za szybko). Po powrocie, nadrabiając internetowe zaległości, trafiłem na informację o nowym graczu na rynku internetowych aukcji numizmatycznych https://ankk.onebid.pl/. Oczywiście, od razu rzuciłem się do przeglądania katalogu, szczególną uwagę zwracając na interesujące mnie okresy. Wywołało to u mnie mocno mieszane uczucia. Z jednej strony kilkadziesiąt niezłych, albo i lepszych medali, kilka talarów, Nike 1930... Z drugiej "kwiaty" typu 10 groszy "bez daty", 2 złote 2008 z gładkim rdzeniem, pospolite monety w stanach "wykopkowych". Czarę goryczy przelały niesławne "kopie kolekcjonerskie", a mówiąc wprost, ordynarne falsyfikaty masowo wyrabiane na wschodzie i zalewające nie tylko nasz rynek.
Jeszcze w poniedziałkowy, późny wieczór okazało się, że nie byłem odosobniony w swoich odczuciach. Na forum TPZN pojawiły się krytyczne wypowiedzi. Szybka reakcja Antykwariatu Numizmatycznego Karola Karbownika polegająca na usunięciu falsyfikatów i niektórych wątpliwych destruktów daje nadzieję, że następne aukcje (o ile będą) będą wolne od takich "wynalazków".

Od pewnego czasu mozolnie przebijam się przez książkę Daniela Kahnemana "Pułapki myślenia", już o niej na blogu pisałem. Mozolnie, bo lektura wymaga uwagi i skupienia. Autor zajmuje się głównie różnymi mechanizmami podejmowania decyzji i formułowania ocen, uświadamiając ich zależność od czynników z pozoru niepowiązanych i wydawało by się nieistotnych. Pisze  o spontanicznych, emocjonalnych decyzjach konfrontując je z decyzjami poprzedzonymi gromadzeniem i analizą faktów, zwykle omawiając eksperymenty - testy przeprowadzane na wybranych grupach ludzi (w tym często studentów i naukowców). Jeden z takich eksperymentów dał nieoczywisty, choć wytłumaczalny wynik. Uważam, że to badanie powinni dobrze zapamiętać wszyscy, którzy na dużą, ale też i na małą skalę parają się sprzedażą monet i innych antyków.
Eksperyment polegał na tym, że jego uczestników poproszono o oszacowanie wartości dwóch kompletów zastawy stołowej. W komplecie "B" znajdowało się po osiem talerzy płaskich, miseczek i talerzyków. Wszystkie w idealnym stanie. W komplecie "A", oprócz wymienionych 24 elementów w idealnym stanie było jeszcze 8 filiżanek, z tego 2 potłuczone i 8 spodeczków, z tego 7 potłuczonych. Respondentów podzielono na trzy grupy. Pierwsza znała skład obu zestawów, druga tylko zestaw "A", trzecia tylko zestaw "B". Grupa znająca skład obu zestawów, nieznacznie, ale wyżej wyceniła zestaw "A" - były w nim w stosunku do zestawu "B" dodatkowe, nieuszkodzone elementy. Inaczej rzecz się miała z ocenami pozostałych grup. Wyższe oszacowanie uzyskał zestaw "B".
Zestaw "A" z powodu obecności elementów uszkodzonych został uznany za niepełnowartościowy.
Czy widzicie analogię? Czy bardzo by Was zdziwiło, gdyby sumaryczna kwota uzyskana na zamknięcie aukcji ANKK w jej obecnym kształcie była niższa, niż kwota uzyskana z aukcji, z której wycofano wszystkie obiekty wątpliwe i mało wartościowe? Ja uważam to za bardzo prawdopodobne.

Na śląskich i zagłębiowskich targach staroci widuje się od lat pewnego sprzedawcę, którego oferta mieści się w jednym, czy dwóch klaserkach. Jest w nich wszystko. Bezładnie wymieszane monety od antyku zaczynając, na grubym srebrze II RP kończąc. Problem w tym, że mniej więcej jedna trzecia, to falsyfikaty. I to niekoniecznie tych najdroższych monet. Odkąd pamiętam, nie widziałem, by ktoś, coś od tego sprzedawcy kupił. Pewnie od czasu do czasu "jeleń" się trafia, ale moim zdaniem odstraszającym czynnikiem jest przede wszystkim niespójność oferty, panujący w niej chaos i obecność monet ewidentnie fałszywych. Sąsiedztwo falsyfikatu sprawia, że dobra moneta "zaraża się" i staje się podejrzana.
Wracając do ANKK i doboru obiektów na aukcję. Myślę, że na mieszanie numizmatów z najwyższej półki z monetami będącymi w zasięgu przeciętnego, czy nawet początkującego kolekcjonera mogą sobie pozwolić tylko firmy o ustalonej pozycji rynkowej. "Startupy" takim postępowaniem mogą sobie start bardzo utrudnić.

Dziś wpis bez zdjęć monet. Ostatnio nic ciekawego nie wpadło mi w ręce. Oferta na Allegro ubożeje z dnia na dzień (przynajmniej w interesującym mnie obszarze). Na dużych aukcjach, żywych, sieciowych i mieszanych, kiedy już coś fajnego wypatrzę, to moje limity okazują się niestety niewystarczająco wysokie. Może kiedy pojawi się coś z kategorii "muszę to mieć!", będzie inaczej, ale jak na razie tego typu oferty jakoś wypatrzyć nie mogę.

sobota, 28 kwietnia 2018

Przed majówką

Praca nad książką o miedzianych szelągach i groszach Augusta III wolno, ale systematycznie zmierza ku końcowi. Trochę zamieszania spowodowała decyzja o zmianie układu zawartości. Pierwotny plan zakładał, że po nakreśleniu tzw. rysu historycznego i przedstawieniu dotychczasowego piśmiennictwa tematu, nastąpią opisy poszczególnych mennic i osób z nimi związanych, a całość zwieńczy katalog.

Podczas opracowywania części dotyczącej mennic stwierdziłem, że ta część materiału musi zostać przeredagowana. Dla lepszej czytelności całości, konieczne jest jej podzielenie na trzy części - lata przed wybuchem wojny siedmioletniej, okres wojny i działalności mennic pod kontrolą i na rachunek królestwa Prus i w końcu okres odzyskiwania mennic spod pruskiego zarządu i czasy po podpisaniu traktatu pokojowego w Hubertusburgu. Bez tego podziału, opis działania mennic gmatwa się niepotrzebnie i bardzo niekorzystnie rzutuje na część ostatnią, czyli katalog.
Katalog będzie w układzie nominałowo-chronologicznym. W tym względzie moje poglądy pozostają niezmienne od lat. W roku 2003 napisałem na ten temat krótki felieton https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2003/2003-35. Nadal uważam, że katalogi powinny być pisane przede wszystkim dla kolekcjonerów, zarówno zaawansowanych, dla których np. określenie mennicy, w której wybito monetę nie stanowi problemu, jak i dla początkujących, którzy mogą nawet mieć kłopot z ustaleniem nominału monety. I dla jednych i dla drugich układ stosowany w katalogach Krausego będzie czytelny, podczas gdy katalogi Igera (trojaki) i Wolskiego (boratynki) stawiają znaczną część kolekcjonerów przed zadaniem trudnym, nierzadko zniechęcającym ich do precyzyjnego określenia monety.

Co jakiś czas trafiają do mnie prośby o wycenę miedziaków Augusta i pytania, czy takie wyceny znajdą się w katalogu. Otóż nie. Ani w katalogu wycen nie będzie, ani żadnych porad w tym zakresie nie udzielam. Arbitralne wyceny katalogowe tracą znaczenie szybciej, niż jogurty bez konserwantów tracą przydatność do spożycia. Nie miał bym nic przeciwko temu, by we wszystkich - poza aukcyjnymi i ofertowymi - katalogach przy każdej monecie stawiano zamiast liczby (wyceny) dwuliterowy skrót c.a. (cena amatorska). I tak, to kupujący decydują o kwocie transakcji.
Ważniejszy jest problem szacowania stopnia rzadkości. Najlepiej zilustrować to przykładem. Łatwo dość porównać rzadkość groszy z roczników 1752 i 1753. Te pierwsze są zdecydowanie rzadsze. To widać na pierwszy rzut oka, gdy przegląda się jakiekolwiek archiwum aukcyjne. Maleńki problem pojawia się, gdy chcemy wiedzieć, która z odmian grosza 1752 jest rzadsza. By to ustalić, trzeba policzyć ilość ich znanych notowań. Problem dlatego maleńki, że to rzadki rocznik  i wszystkich notowań nie jest zbyt wiele.
Kiedy przejdziemy do rocznika następnego, 1753 już tak łatwo nie jest. Mamy dwie podstawowe odmiany AUGUSTUS/AVGVSTVS, a w każdej z nich po kilka wariantów różniących się interpunkcją legend i rysunkiem rewersu (jeśli pozostać tylko przy cechach najistotniejszych, widocznych na pierwszy rzut oka). Na dodatek, ten rocznik groszy na rynku pojawia się często, co nie oznacza, że jednakowo częste są obie odmiany, że o wariantach nie wspomnę. Uczciwe, precyzyjne oszacowanie każdego z wariantów jest szalenie pracochłonne, choćby z tego powodu, że trudno odsiać powtórzenia wystąpień konkretnych egzemplarzy. To zadanie na zajęcia pełnoetatowe. Ba, bez nadgodzin też do wykonania niemożliwe. Coś więcej o tym mógłby pewnie powiedzieć Pan Lech Stępniewski, autor "Not in RIC". Nawiasem mówiąc, RIC, czyli Roman Imperial Coinage, to katalog bardzo odległy od mojego wyobrażenia katalogu idealnego. Dla nowicjusza zniechęcający, a nawet nieprzydatny i nierzadko prowadzący do błędnych identyfikacji monet. Osobom mającym z nim problemy polecam Online Coins of the Roman Empire (OCRE). Jeśli macie wolną chwilę, to warto tam zajrzeć, nawet gdy mennictwo antyczne nie jest Waszym priorytetem.

Podsumowując część tyczącą miedziaków Augusta III - praca wre. Pewnie można by tak w nieskończoność, bo materiału i nowych wątków wciąż przybywa, ale tak, jak kiedyś pisałem, że kiedy już zdecydujemy się na czyszczenie monety (nie polecam), to rzeczą niemniej istotną od doboru metody jest umiejętność podjęcia decyzji - koniec, lepiej już nie będzie. Tej decyzji jeszcze podjąć nie mogę, ale kiedy już przyjdzie na nią czas, dowiecie się o niej pierwsi, oczywiście pod warunkiem, że nie zrezygnujecie z zaglądania na mojego bloga.

Wpis bez zdjęcia monety? Niemal niemożliwe.
Brzydactwo. Egzemplarz nawet nie do końca czytelny, więc poza tym, co pewne, czyli że to pruski falsyfikat grosza Stanisława Augusta, więcej napisać nie mogę. A chciałbym móc precyzyjnie określić, który z wariantów pruskiego grosza 1766 znalazł się w katalogu mojego zbioru pod numerem 3210.
Przy okazji, krótki wtręt o stanach zachowania. Na forum TPZN natrafiłem na wątek zatytułowany Ocena stanu zachowania boratynki. W pierwszej chwili wątek nie wydał mi się interesujący, bo kwestia stanów zachowania nieszczególnie mnie podnieca, ale rozwój dyskusji zaowocował przedstawieniem dwóch systemów klasyfikacji stanów zachowania monet, które konfrontują dwa podejścia do tematu. Najpierw praktyka obserwowana wśród "poszukiwaczy skarbów".
1/ moneta błyszczy i wszystko na niej widać, to stan I
2/ nie błyszczy i sporo widać, to stan II
3/ niewiele widać ale da się zidentyfikować, to stan III
4/ nic nie widać stan IV 
Spostrzeżenie smutne, ale często prawdziwe.
System drugi mógłbym przyjąć jako własny bez jakichkolwiek korekt. To system z punktu widzenia kolekcjonera.
I – moneta zachwycająca
II – moneta piękna
III – nada się do kolekcji
IV – nada się ale ledwo, ledwo
V – no niestety
VI – trup
Będąc w nastroju optymistycznym, mógłbym w tej skali moją nową pruską fałszywkę ocenić na IV. W nastroju gorszym dałbym jej co najwyżej V.
Gdyby zestawić tę skalę (© dariusz.m) z siedmiostopniową, którą przedstawiłem tu siedem lat temu, wyglądało by to chyba tak:

skala "kolekcjonerska"
skala siedmiostopniowa
I =
moneta zachwycająca
I = menniczy
monety bez śladów zużycia, dotyczy monet, które nigdy nie były używane jako środek płatniczy (tzn. nie były w obiegu), w polu monety (na powierzchni pomiędzy literami i innymi wyobrażeniami) wyraźnie widoczny tzw. błysk menniczy.
II =
moneta piękna
II = znakomity
dopuszczalne nieznaczne uszkodzenia powstałe w mennicy lub transporcie, może dotyczyć monet przeznaczonych do obiegu, lecz wycofanych z niego przed pojawieniem się charakterystycznych wytarć lub zarysowań
III =
nada się do kolekcji
III = bardzo piękny
nieznaczne ślady zużycia pochodzące z obiegu monety, lekkie wytarcie wyższych partii rysunku, drobne ryski, małe skaleczenia brzegu monety

IV = piękny
widoczne ślady zużycia, ale bez wpływu na czytelność rysunku i napisów monety
IV =
nada się ale ledwo, ledwo
V = bardzo dobry
znaczne zużycie, pojedyncze fragmenty rysunku i legendy nie w pełni czytelne, ale moneta może być dokładnie i jednoznacznie określona (łącznie z datą, mennicą oraz wariantami napisowymi i rysunkowymi)
V =
no niestety
VI = dobry
część rysunku i legendy całkowicie nieczytelna, monetę można określić rok, mennicę ale nie wariant napisowy lub rysunkowy)
VI =
trup
VII = zły
brak możliwości jednoznacznego określenia monety

"Skalę poszukiwaczy" pozwólcie, że pominę.

Na dziś koniec ślęczenia przed monitorem. Idę sprawdzić, czy nie jest za ciepło na bieganie.

Printfriendly