Google Website Translator Gadget

niedziela, 28 czerwca 2015

Od łagodnej zimy do samoobsługowej myjni samochodowej.

Zima na przełomie 1881 i 1882 roku była łagodna i krótka. Z jednej strony, to dobrze, bo mniej wydano na opał, nie było powodzi, wcześniej ruszyła wegetacja roślin uprawnych. Z drugiej strony, krótka i łagodna zima naraziła przemysł spożywczy na wielkie straty i spowodowała spadek podaży piwa w drugiej połowie roku 1882.
Wymieniona w tekście wielka lodownia warszawska była przedsiębiorstwem dostarczającym towaru pierwszej potrzeby, na równi z wodociągami. Z nadejściem wiosny, co roku pojawiały się w gazetach ogłoszenia.
Lodownia przy Jeziorku Czerniakowskim nie była jedyna. Konkurencja oferowała nawet niższe ceny

Zauważyliście, że najmniejszą ilością lodu oferowaną w ogłoszeniach jest pół puda? To nie przypadek. Pud to rosyjska jednostka wagowa, około 16 kilogramów. Pół puda lodu (nieco ponad 8 kilogramów) zapewniał utrzymanie odpowiednio niskiej temperatury w domowych "lodówkach" (zwanych lodowniami pokojowymi) - drewnianych szafkach, w których przechowywano mięso i inne łatwo psujące się produkty żywnościowe.
Lodówka- szafka z szufladą na lód (u góry)
źródło - Wikipedia

Co to wszystko ma wspólnego z monetami, z numizmatyką? Jeśli gdzieś w kontekście pojawiają się pieniądze, to zwykle coś wspólnego znaleźć można.

Kogo było stać, zamawiał abonament na codzienne dostawy lodu. Kosztowało to niemało, bo jak w ogłoszeniach czytamy, pół puda dziennie wymagało wydania co najmniej dwa i pół rubla miesięcznie przez co najmniej osiem miesięcy w roku. Dwadzieścia rubli - kawał grosza. Nie każdy potrzebował lodu codziennie. W końcu nie co dzień było w domu mięso. Można było kupować lód tylko wtedy, kiedy był niezbędny. Można było oczywiście płacić gotówką, ale nie było to wygodne. Z innych doniesień prasowych znamy pojawiające się okresowo braki pieniądza zdawkowego na rynku. Nie było czym płacić, nie było czym wydawać reszty. I jeszcze jedno - lód roznosili ludzie niekoniecznie biegli w rachunkach i co tu dużo mówić, nie zawsze uczciwi. Lekarstwem było wprowadzenie bonów, które w przypadku wielkiej lodowni warszawskiej przyjęły formę metalowych żetonów
awers: WIELKA LODOWNIA WARSZAWSKA
rewers: SŁUŻBA LODOWNI POKOJOWYCH / PÓŁ PUDA
mosiądz? - średnica 23 mm, waga 5 gramów

Pojęcie pieniądza zastępczego jest dobrze znane kolekcjonerom.Zwykle nie mamy problemów z rozpoznaniem w metalowym krążku pieniądza dominialnego czy deputatowego. Rzadziej zastanawiamy się jak taki pieniądz funkcjonował w praktyce. Nie mamy wątpliwości, jak wyglądała transakcja, w której wymieniano żeton na określone dobra (piwo, gotówkę, lód, wodę, chleb). Mniej wiemy o tym, jak pieniądz zastępczy trafiał do ludzi. Łatwo opisać to dla pieniądza dominialnego (folwarcznego) - tu żetony były potwierdzeniem wykonania ustalonej pracy. Nie wymagały od nikogo umiejętności pisania i czytania - odpracowałeś dniówkę przy żniwach, masz "pieniądz" - zrobisz z nim, co zechcesz - wymienisz na normalną gotówkę (tak też można było), dostaniesz w mojej karczmie dzbanek okowity albo odbierzesz równowartość w mące, ziemniakach itp.
Przeczytałem gdzieś, że żetony wydawane przez gazownie stosowano w przypadku klientów, którzy "niechętnie regulowali należności". Takim delikwentom zamiast normalnego licznika miano montować licznik wrzutowy - chciałeś gotować albo mieć jasno, musiałeś wrzucić żeton do licznika. Wydaje mi się, że prawda jest nieco inna. Liczniki wrzutowe zakładano po prostu w mieszkaniach na wynajem. Im częściej zmieniali się lokatorzy tym chętniej stosowano takie rozwiązanie. Stosuje się jej zresztą do dzisiaj.

Żetony na określoną ilość lodu, chleba, wody itp pełniły rolę pośrednią między abonamentem, a sprzedażą detaliczną. Abonament z WLW kosztował 3 ruble za pół puda dziennie, co oznaczało dzienny koszt w wysokości 10 kopiejek. Jednorazowy zakup pół puda lodu wymagał wydania powiedzmy 15 kopiejek. Możne było też kupić potrzebną ilość żetonów (każdy gwarantował dostawę pół puda lodu) po 12 kopiejek. Zysk dla wszystkich - klient miał tańszy lód i jak już miał żetony, to nie poszedł do konkurencji!

Czy nie przypomina Wam to żetonów do samoobsługowych myjni samochodowych?








niedziela, 21 czerwca 2015

Edukacja, głupcze!

Poniżej kilka interesujących (moim zdaniem) miejsc, które warto w internecie odwiedzić.

Monetarium bydgoskie
Polecam "czytelnię". Artykuł o kłopotach finansowych bydgoszczan, to źródło bardzo ciekawych wiadomości o finansach II Rzeczpospolitej widzianych oczyma zwykłych obywateli. Najnowszy artykuł poświęcony pięciozłotówce z 1925 r. (Konstytucja) to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika monet II RP.

Federację Bibliotek Cyfrowych już tu kilkakrotnie wspominałem. Federacja stale powiększa wielkość udostępnianych zasobów, a od niedawna testuje nową wersję strony - polecam gorąco.

Skoro już przy bibliotekach cyfrowych jestem, to chciałbym zachęcić do uważnego przeglądania niezliczonych stron tworzonych przez pasjonatów historii i przez lokalne instytucje. Całkiem przypadkowo trafiłem niedawno na portal Książnicy Cieszyńskiej, a na nim na artykuł profesora Borysa Paszkiewicza o średniowiecznych monetach księstwa cieszyńskiego. Niestety nie na wiele zdają się próby użycia wyszukiwarki umieszczonej na portalu. Lepiej użyć wyszukiwarki Google z opcją przeszukiwania zasobów konkretnej domeny. Wtedy łatwiej o takie odkrycia
http://archiwum.kc-cieszyn.pl/biblioteka/strony/pam9.php?autor=pam9&licz=1

Na kolejnej stronie, http://konik.pl/  jest niestety wiele odsyłaczy nieaktualnych (o tym kilka zdań za chwilę), ale wśród tych niezdezaktualizowanych trafiają się bardzo ciekawe. Na przykład znalazłem tu archiwum gazety "Poszukiwania".  Bardzo sympatyczna lektura na deszczowe dni nadchodzącego lata.

Tak już jest z internetowymi publikacjami, że zdarza im się zniknąć bez zapowiedzi i bez śladu, co gorsza. Dlatego, kiedy trafiam na coś, co uznaję za ciekawe/cenne/przydatne (niepotrzebne skreślić), zapisuję to sobie w archiwum - nie odnośnik, tylko zawartość. Treść strony, albo całego serwisu. Dzięki temu na przykład nie straciłem możliwości wygodnego przeszukiwania publikacji "Die Saurmasche Münzsammlung deutscher schweizerischer und polnischer Gepräge von etwa dem Beginn der Groschenzeit bis zur Kipperperiode" Hugona von Saurma-Jeltsch. Strona, na której udostępniano wygodną do przeglądania wersję (w html-u) od czasu do czasu znika. Ja mam jej pełne archiwum na dysku.
Czasem autor strony sam zaleca i ułatwia archiwizację, vide "Not in RIC" - znakomita strona z poprawkami i uzupełnieniami do "Roman Imperial Coinage". Autor zachęca do tworzenia lokalnych jej kopii http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,7168.0.html


Na tym kończę krótki przegląd prasy, ale na chwilę pozostanę jeszcze przy tematyce internetowej, zręcznie łącząc ją z nieuchronnie nadciągającym końcem roku szkolnego.
Regularnie sprawdzam, czego szukały w sieci osoby, które wyszukiwarki skierowały na mojego bloga. Nie ukrywam, że robię to licząc na podpowiedzi tematów do kolejnych wpisów. Ale nie na takie!
Konkurs!
Bez nagród.
Czy "autor" poniższego zapytania uczęszcza jeszcze do szkoły, a jeśli tak, to czy uzyska promocję do następnej klasy?
Wyszukiwarka Google została zaskoczona takim pytaniem:
"ślady orłuw na monetah"
Zaskoczona, nie zaskoczona, po krótkim namyśle zaproponowała między innymi mojego bloga (przetestowałem). 
Zaproponowała też poprawną pisownię treści zapytania. Czy pytający to zauważył? Czy zapamiętał? To już temat na inną opowieść.
Wszystkim, którzy zastanawiają się nad przyczynami niemalejącej stopy bezrobocia, nad upadkiem kultury, kindersztuby, fatalnymi wynikami ankiet na temat czytelnictwa (podobno 10 milionów moich rodaków nie dość, że nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki, to nawet nie ma w domu nic, co można by książką nazwać), wszystkim tym radzę, by zamiast naśladować Billa Clintona i koncentrować się na gospodarce ("It's the economy, stupid"), mieli przed oczyma
Edukacja, głupcze!
Bez edukacji gospodarka rady sobie nie da, choćby wpompować w nią wszystkie pieniądze i dołożyć jeszcze dwanaście groszy.

A jeśli już jesteśmy przy monetach (na razie grosze to jeszcze monety, a nie tylko cyfrowe zapisy na naszych kontach), a jeszcze nie odbiegliśmy zbyt daleko od edukacji, to spróbujcie proszę oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia.
Otóż nie planując ani nie poszukując ich specjalnie, w ciągu tygodnia kupiłem do zbioru dwie monety, które mimo tego, że mają różne nominały, zostały wybite w różnych metalach i różnych mennicach za panowania różnych władców (dzieli je niewiele, bo tylko dwadzieścia lat), mają niezwykłą wspólną cechę. Wybrałem je spośród milionów monet oferowanych w internecie.
Staszewski śpiewa prawie o tym samym
Wybrałem Cię spośród milionów.
Wybrałem tak jak mogłem wtedy najlepiej.
Wpuściłem Cię do swego domu.
Nie myślałem o tym co gdzie i kiedy
Właśnie. Nie myślałem, co gdzie i kiedy, a kupiłem:

Na szelągu, na tym skanie tak dobrze tego nie widać, ale na szóstaku już tak. Do wybicia obu monet użyto stempli rewersu z poprzedniego rocznika - 1660 i 1680 odpowiednio, ale ostatnią cyfrę daty zmieniono z zera na jeden. Zmieniono nie przejmując się, że pod jedynkami pozostają widoczne zarysy zer. Taka ciekawostka. Nie tylko numizmatyczna, bo przede wszystkim świadcząca o do bólu pragmatycznym podejściu naszych przodków do pracy, do życia.
 
Inne pytania, które przyprowadzały ostatnio odwiedzających na mojego bloga:
co warto zbierać,
drogie stare monety,
cenne rzeczy z prl.

świadczą o tym, że ludzi bardziej chcą mieć, niż być.No to jeszcze raz:
Edukacja, głupcze!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Fałszerz Wielki.

Nie pamiętam już kiedy odnotowałem w kalendarzu treść przeczytanego gdzieś w sieci ogłoszenia.
8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".
Na tydzień przed zapowiedzianą datą zacząłem się niepokoić - żadnej nowej informacji o wykładzie. Cierpliwie odczekałem do piątku, piątego czerwca - nadal nic. Zadzwoniłem do PTN - dyżurująca, dopiero po konsultacjach z szefem koła potwierdziła - wykład odbędzie się zgodnie z planem.
Czy zdziwię Was, jeśli napiszę, że uznałem ten wykład za wydarzenie typu "obecność obowiązkowa"?

Na miejscu byłem pół godziny przed planowanym rozpoczęciem, co okazało się godziną przed rozpoczęciem rzeczywistym. Źle się jeździ samochodem po stolicy.
Furda spóźnienie. Wykład wynagrodził długie wyczekiwanie, a mogło być jeszcze lepiej, po po prostu brakło czasu. Czasu potrzebnego na rozwinięcie tematu i na powykładową dyskusję.

Pan Pączkowski poruszył temat od lat nurtujący kolekcjonerów. Monetarne fałszerstwa Fryderyka II zostały nieźle opracowane i opisane przez historyków i ekonomistów, ale nie doczekały się jak dotąd nawet próby poważnej analizy ze strony numizmatyków. Prace Szelągowskiego, Gumowskiego, czy Schrottera nie dają nam narzędzi pozwalających na odróżnienie pruskich fałszerstw od oryginalnych monet Augusta III poza nielicznymi wyjątkami - na przykład miedzianymi groszami z datą 1758. Uznaje się za pewne, że to produkt mennicy (mennic?) pod pruskim zarządem. Niewiele więcej można jednak stwierdzić. Zdaniem Pączkowskiego na przykład, bito je nie w 1758, tylko w 1760. A może aż do tego roku z nie zmienioną od 1758 datą?
grosz 1758 - to na pewno nie jest oficjalna moneta bita z polecenia króla Augusta

O miedziakach A3S mowa na wykładzie oczywiście była, ale podstawą rozważań Dariusza Pączkowskiego jest srebro. Szóstaki, orty, dwuzłotówki. Bito je (oryginały) krótko, bo od roku 1753 (orty od 1752) do 1756. Wtedy zaczęła się wojna siedmioletnia, saskie mennice przejęli Prusacy i się zaczęło. Bezprzykładna operacja masowego bicia monety obcego państwa za jawnym przyzwoleniem władcy innego państwa. Początkowo z wykorzystaniem narzędzi (w tym stempli) zagrabionych w zdobytych mennicach. Później stemplami wykonywanymi specjalnie w tym celu.
Rzut oka w katalogi wystarczy by się przekonać, jak obfite było to fałszerskie dzieło. Rzadko spotyka się tak wielką ilość odmian i wariantów w tak krótkim okresie. Krótkim z pozoru, bo cały czas na monetach kładziono daty 1753-1756, niezależnie od roku, w którym rzeczywiście je bito. Grosze 1758 i dwuzłotówki 1761 i 1762 to wyjątki. Na domiar złego, są mocne przesłanki do twierdzenia, że polskie srebro Augusta III fałszowano też w mennicach pruskich - np. we Wrocławiu i Królewcu.
Pączkowski zaproponował, by klucza pozwalającego na oddzielenie falsyfikatów od oryginałów poszukać analizując rysunek monet, szczególną uwagę zwracając na portret króla. Dla miedzianych groszy zaproponował dodatkowy wyróżnik - za fałszywe proponuje uznawać te z dużymi literami w legendzie. 
według D. Pączkowskiego to też pruski wyrób, co oznaczało by, że następna moneta, to oryginał
Z moich obserwacji wynika, że większość spotykanych groszy rocznika 1755 to pruskie falsyfikaty.

A co sądzić o groszach tego typu,
na których król "z twarzy nie jest podobny do nikogo"?

Jak wiadomo, August III znany był z obżarstwa "...jedz, pij i popuszczaj pasa". Już jako młody człowiek nie grzeszył nadmierną szczupłością, a z biegiem lat jego sylwetka zaokrąglała się. Dodatkowo dorobił się niedoczynności tarczycy, która przeszła w fazę obrzęku śluzowatego (choroby Gulla). Zmarł jak wiadomo na apopleksję, czyli mówiąc prościej wylew krwi do mózgu.
W chwili pruskiego ataku na Saksonię król był już blisko sześćdziesiątki (urodził się w 1696 r). Na pewno już wtedy zasługiwał na przydomek "otyły". Dlaczego to ważne? Dlatego, ża Pan Pączkowski zaproponował, by za pruskie falsyfikaty uznawać monety, na których August III został przedstawiony, jako posiadacz wielu podbródków albo wręcz monstrualnego podgardla. To w opozycji do części monet, na których Augusta przedstawiono, jako mężczyznę może nie szczupłego, ale z pewnością nie, jako grubasa.

Teza ciekawa i na pewno warta dyskusji, choć osobiście mam w związku z nią wiele wątpliwości.
Nie sądzę na przykład, by fałszerzom szczególnie zależało na jak najwierniejszym przedstawianiu gwałtownie tyjącego monarchy. W końcu poddani nieczęsto mieli okazję do osobistych spotkań z królem. O ile w Warszawie August często pojawiał się publicznie i mógł być widziany przez wiele osób, to na prowincji znano jego twarz głównie z monet i rozsądnie myślący fałszerz powinien dążyć do tego, by jego produkty jak najbardziej przypominały monety oryginalne, a nie do oddawania na bieżąco zmian królewskiej fizys.

Innym wyróżnikiem nieoryginalności może być niska próba kruszcu, z którego wybito monety. Fryderyk Wielki (fałszerz wielki) zarabiał krocie na podrabianiu polskiej monety. Zaniżanie próby kruszcu tylko ten zarobek powiększało. Samo bicie monet ze stopu o próbie niewiele odbiegającej od przepisanej ordynacją też dawało "godziwy" zarobek. Dlatego nie zawsze można dziś uznawać wyniki badania składu stopu za jedyny rzetelny i niepodważalny miernik oryginalności monet. Rzecz komplikuje dodatkowo upływ czasu i podatność monet na wpływy czynników środowiskowych oraz sama technologia mennicza, której elementem było wzbogacanie powierzchniowej warstwy monet czystym srebrem (bielenie). Na domiar złego, porównywanie wyników otrzymanych z użyciem różnych przyrządów (spektrometrów) charakteryzujących się różnymi warunkami i parametrami pracy też może zniekształcać wyniki analiz.
Wszystko to sprawia, że tak trudno dziś odróżnić fryderycjańskie podróbki od oryginałów.

Pan Pączkowski zapowiedział kontynuowanie prac nad tematem. Będę je śledził z uwagą i nadzieją, bo siłą rzeczy tematyka zagadnienia mocno zazębia się z absorbującym mnie problemem miedziaków koronnych Augusta III.

wtorek, 2 czerwca 2015

Co to jest?

Nie znam kolekcjonera monet, który przy okazji budowy zbioru nie nagromadził by mniejszej lub większej - zwykle większej - ilości niepotrzebnych monet. Dlatego, że czasem trzeba kupić jakiś zestaw, w którym wypatrzy się coś "niezbędnego". Dlatego, że czasem zastąpi się egzemplarz gorzej zachowany monetą ładniejszą. Dlatego, że czasem chciejstwo sprawia, że widzimy nie to co jest, tylko to, co widzieć chcemy, a kiedy już zdobycz trafi w nasze ręce, te opadają, bo to przecież nie TO, tylko jakieś byle co.

Szczególną kategorią takich niepotrzebnych nabytków są monety, o których nie wiemy nic (poza tym, za ile i kiedy je kupiliśmy, choć nie zawsze wiemy dlaczego. Można by się tego pozbyć, ale z tyłu głowy siedzi taki natrętny podpowiadacz i sączy do ucha
- Jak nie możesz tego znaleźć w katalogu, to może być coś rzadkiego.
albo
- I co? Wystawisz bez identyfikacji? Napiszesz, że nie wiesz co to jest? Będą się z ciebie śmiać!

Mam oczywiście i ja szufladkę ze zbędnymi monetami. Od czasu do czasu wystawiam coś na Allegro albo eBay (ostatnio bardzo rzadko), na Tictail założyłem niewielki sklepik. Może kiedyś uznam, że trzeba się będzie tego pozbyć i zadziałam bardziej zdecydowanie. Na razie zapasy leżą. A wśród nich oczywiście są krążki, których nie zidentyfikowałem. Na przykład taki.
Jednostronnie bity w dobrym srebrze. Średnica 12,2 mm, waga 0,27 grama.
Jesteście nieocenieni. Wszystkie monety zostały zidentyfikowane. Ta, to węgierski brakteat z okresu 1172 - 1270 (Bela III - Bela IV).
edytowane 9 czerwca 2015.


I jeszcze jedna blaszka, też jednostronne bita.
Trochę większa, bo o średnicy 14,5 mm, ważąca 0,32 g.

To również Węgry; brakteat z tego samego okresu. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Trafiły do mnie te monetki razem z denarkami jagiellońskimi. Denarki nie sprawiły żadnych problemów, a z identyfikacją tych sreberek mam problem.

Nie pamiętam już czy następna monetka była w tym samym zestawie, czy nie.

To maleństwo (9,5 mm 0,19 grama) ma na pewno coś wspólnego z Węgrami, ale co to dokładnie jest, nie wiem.
Teraz już wiem - rzeczywiście Węgry; parwus Zygmunta Luksemburskiego 1387-1437. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Jeśli się nie dowiem, co to za monety, w rozpacz nie wpadnę, ale chętnie skorzystam z podpowiedzi. Lubię wiedzieć.

Bywa też tak, że wiedzieć w zasadzie muszę. Bo trzymać w zbiorze monety, o których się nic nie wie, to wstyd. Mam kilka monet, których identyfikacja zabrała mi sporo czasu. Oto jedna z nich.
Przy poprzednich, po prostu olbrzym. 30 mm średnicy ale waga tylko 3,88 grama.
Śląsk, a konkretniej księstwo legnicko-brzeskie. Rocznik 1621. To dało się z rewersu odczytać. Brak nominału w postaci liczby 24 wskazuje na ćwierćtalara.
Legenda awersu słabo czytelna. Długo nie byłem pewien, czy to Jan Chrystian, czy Jerzy Rudolf. Archiwum WCN nie dawało odpowiedzi. Dopiero mozolne wertowanie Ilustrowanego Skorowidza  E. Kopickiego doprowadziło do celu.Numer 5262 - Jerzy Rudolf Legnicki, ćwierćtalar z nieokreślonej mennicy.
Monetę kupiłem za kilkanaście złotych w roku 2009 wiedząc tylko tyle, że to Śląsk i rok tysiąc sześćset dwudziesty któryś - zdjęcia aukcyjne były fatalne.
Dopiero w roku 2012, kiedy Niemczyk wystawił na sprzedaż duży zbiór Śląska mogłem zobaczyć zdjęcie lepiej zachowanego egzemplarza http://archiwum.niemczyk.pl/img2.php?param=podglad&id=2879640260
Moją monetę, zanim do mnie trafiła spotkało wiele nieszczęść. Przypuszczam, że albo trafiła do latryny albo najpierw była w ogniu, a potem ktoś uparł się, że ją wyczyści - sądzę, że amoniakiem. Mocno straciła na urodzie i na wadze (odchudzanie, jak widać nie zawsze popłaca)..

Tożsamość ćwierćtalara odkryłem samodzielnie dzięki zasobom biblioteczki. Literatury, która pomogła by mi w rozszyfrowaniu pierwszych trzech pokazanych dziś monet niestety nie mam.
Czy ktoś z Szanownych Czytelników podpowie rozwiązanie zagadek?






niedziela, 24 maja 2015

Do Tych, czy do Tychów?

Przygotowując się do dzisiejszego wpisu musiałem sprawdzić czy mam Was zachęcać na wycieczkę do Tych, czy do Tychów. Zachęcić chcę, bo przedwczoraj, w piątek, łącząc pożyteczne z przyjemnym pierwszy raz zajrzałem nad Jezioro Paprocańskie. Wcześniej jakoś nigdy nie znalazłem na to czasu, czego od dwóch dni żałuję.
W piątkowe popołudnie pogoda nie zachwycała
ale samo miejsce, jak najbardziej.
Po powrocie do domu sprawdziłem jak to wygląda na mapie 
i wobec tego, że musiałem być w Tychach i w sobotę, i dzisiaj, w niedzielę, decyzja nie mogła być inna. Na dzisiejszy wyjazd wrzuciłem do bagażnika buty do biegania i zapasowy t-shirt (kolejny kłopot z polszczyzną t-shirt, czy tiszert?).
Dwanaście stopni - na szczęście powyżej zera - i leciutka mżawka to może nie pogoda wymarzona do biegania, ale też i nie odstręczająca. Obawiałem się, że po oddaleniu się od zagospodarowanej części w pobliżu tyskiej piramidy, już tak ładnie nie będzie. Myliłem się. Dookoła jeziora jest utwardzona, szeroka ścieżka dla rowerzystów, biegaczy i spacerowiczów. Jest czysto. Nawet na miejscach okupowanych przez wędkarzy, co wcale nie jest oczywiste. Dookoła prawdziwy las, na horyzoncie żadnych kominów i chłodni, jak nad Pogorią. Po prostu super.

Podobnie, jak do dzisiaj nie wiedziałem, że w niedalekim sąsiedztwie jest takie sympatyczne miejsce, tak i do wczoraj żyłem w błędnym przeświadczeniu, że fakt istnienia jednofenigówek Królestwa Polskiego z datą 1917 nie był znany przed rokiem 1967. Nie ma ich ani w pierwszym powojennym katalogu publikowanym przez Władysława Terleckiego od 1957 r. w Wiadomościach Numizmatycznych, ani w pierwszym wydaniu Katalogu Monet Polskich 1916-1965 tegoż autora. Rok 1967 jest ważny, bo wtedy właśnie dwóch anonimowych dziś kolekcjonerów uzyskało dostęp do tego, co pozostało po pożarze mennicy w Stuttgarcie, który wybuchł po bombardowaniu miasta 20 i 25 lutego 1944 roku. Odbudowując miasto zgromadzono na składowisku metal wydobyty z gruzów mennicy, w tym monety, niewykorzystane krążki oraz próby przechowywane w archiwum mennicy. To stamtąd w roku 1967 na rynek numizmatyczny trafiły prawdziwe rarytasy, niestety w przeważającej większości uszkodzone w pożarze i podczas późniejszego przechowywania w złych warunkach (informacja pochodzi ze strony internetowej firmy Münzenversandhaus Reppa GmbH).
Tak myślałem do wczoraj. A zmieniło się to za przyczyną monet Augusta III.
Zbierając materiały do opracowania na temat jego szelągów i groszy koronnych przeszukuję "półki" bibliotek cyfrowych. Co można tam znaleźć? Na przykład katalogi ofertowe. W jednym z nich wyceniono niektóre szelągi
i grosze
Katalog wydano w roku 1876. W ofercie krakowskiego antykwariatu nie ma grosza z roku 1752, ale są wszystkie pozostałe, łącznie z rocznikiem 1758 i wszystkie w tej samej cenie! Gdyby ktoś z Was zastanawiał się, skąd w tym zestawieniu grosz z roku 1753 z literą H, to proszę zwrócić uwagę na umieszczony przy nim numer z Zagórskiego. 640, to grosz z literą H, ale z roku 1754, a nie 1753. Ktoś, kto przygotowywał katalog do druku pomylił się po prostu.
Friedlein, moim zdaniem całkiem słusznie, potraktował szeląga 1751 z literką S, jako monetę pospolitą. Nie mam pojęcia, dlaczego Kamiński z Żukowskim oszacowali jej wartość na R7. Z kolei dziwi mnie troszkę fakt jednakowej wyceny szeląga 1749 bez literki i szeląga 1753 z literką A (ten ostatni wydaje mi się częściej występować), za to nie dziwi mnie, że oba te szelągi wyceniono kilkakrotnie wyżej od pospolitych groszy.

Ale ja przecież miałem pisać o fenigu z 1917 roku, a nie saskich miedziakach. Już wracam do tematu. Trafiłem mianowicie na  taki katalog,
a w nim
Wynika z tego, że świadomość istnienia feniga z datą 1917 miał już w roku 1929 jeden z naszych najbardziej znanych kolekcjonerów monet. Katalog aukcji frankfurckiej firmy Leo Hamburgera z 9 maja 1932 roku, na której pod młotek poszły rarytasy z kolekcji Chomińskiego jest do dziś cennym źródłem wiedzy numizmatycznej.
Dlaczego autorzy powojennych katalogów tak długo nic o fenigu 1917 nie wspominali?

Przy okazji. Mam w archiwum zdjęcia 27 różnych, ale bezspornie oryginalnych egzemplarzy feniga KP z 1917 r., które pojawiły się w ostatnich kilkunastu latach na rynku numizmatycznym. A są też przecież egzemplarze przechowywane w zbiorach muzealnych. Według klasyfikacji przyjętej dla monet znanych (zachowanych) przyjętej w katalogach E. Kopickiego oznacza to stopień rzadkości R5 (znanych 26 do 120 sztuk). Zdecydowanie odbiega to od szacunku R8 (2 do 3 sztuk), jaki dał tej monecie Kopicki w Ilustrowanym Skorowidzu w roku 1995.

P.S.
Można do Tych (forma poprawna leksykalnie), można do Tychów (regionalizm, ale rozpowszechniony na tyle, że nie uznawany za błąd).