Google Website Translator Gadget

środa, 22 kwietnia 2015

Lubicie liczyć?

Tak, wiem. Połowa koszmarów sennych to egzaminy z matematyki, walka przy tablicy z zadaniem o goniących się pociągach miasta A do miasta B albo ... (tu każdy wstawia, co najbardziej mu w kość dawało).
Ja nigdy takich snów nie miewam. Nawet z chemiczką w roli głównej, a to Jej lekcji najbardziej nie lubiłem. Matematyka, fizyka - nie trauma, tylko czysta rozrywka. 

I zachciało mi się wczoraj coś policzyć.Nie w pamięci, nie na palcach ani nawet nie na kartce papieru.
Pamiętacie, że NBP publikuje (Polska normalnieje) wielkości nakładów monet obiegowych. Nic prostszego, jak przenieść tę tabelkę do arkusza kalkulacyjnego i zacząć wyciągać wnioski.

Najpierw rzeczy najprostsze. Ile obiegowych monet wyprodukowała nasza mennica?
Dużo. 13 997 083 193 słownie trzynaście miliardów dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem milionów osiemdziesiąt trzy tysiące sto dziewięćdziesiąt trzy monety. Najnowsze oficjalne dane o ilości mieszkańców naszego pięknego kraju są z roku 2013. Załóżmy, że wiele się nie zmieniło - jest nas 38,5 miliona, co oznacza, że na każdego z nas przypadają trzysta sześćdziesiąt cztery monety. Macie tyle w portmonetce? Ja nie.
Najwięcej wybito jednogroszówek - ponad pięć miliardów; najmniej pięciozłotówek - "tylko" dwieście sześćdziesiąt milionów.
Najwięcej monet opuściło mennicę w roku 2009 - miliard dwieście milionów. O sto milionów mniej w roku 1992 ale wtedy jeszcze nie na rynek - musiały poczekać na denominację złotego. Najmniej w roku 1996 - nieco ponad osiemdziesiąt milionów.

O jakich kwotach mówimy?
Łączny nominał tych prawie czternastu miliardów monet to 3 331 444 912 złotych, czyli na każdego z nas przypada okrągła sumka 86 złotych i 53 groszy. Najwięcej gotówki wybito w 1994 roku - prawie osiemset milionów złotych (nic dziwnego, wtedy wybito głównie nominały od złotówki w górę), najmniej w roku 2002 - ledwo ponad dziesięć milionów.

Jedziemy dalej. Wiadomo ile który nominał waży. Przynajmniej teoretycznie. To sprawdźmy, ile metalu mennica przerobiła na monety. Trzydzieści cztery i pół tysiąca ton! Najwięcej poszło na jednogroszówki - prawie osiem i pół tysiąca ton.

UWAGA! Zadanie domowe.
Wyobraź sobie, że wszystkie monety obiegowe III RP przetopiono i odlano z nich pełny sześcian. Zakładając, że średnia gęstość polskiej monety obiegowej wynosi 8 i pół grama na centymetr sześcienny (miedzionikiel, mosiądz manganowy, brąz aluminiowy), oblicz długość krawędzi tego sześcianu.

34500 ton stopu miedzi. Ciekawe. Jakbym to wszystko zebrał i zaniósł do skupu złomu...
Średnia cena skupu stopów z zawartością miedzi wynosi dziś około 12 zł/kilogram. Liczymy szybciutko i okazuje się, że skup powinien mi wypłacić około czterystu piętnastu milionów złotych.
To się nie opłaca! Przecież łączny nominał to grubo ponad trzy miliardy złotych. Nie idę do skupu.

Zaraz, zaraz. A gdyby tak zebrać tylko jedno i dwugroszówki? Prawie czternaście tysięcy ton. Za to skasował bym w skupie ponad sto sześćdziesiąt sześć milionów złotych, a nominał tego drobiazgu, to tylko sto dwa miliony.
Sześćdziesiąt cztery miliony złotych do przodu!!!

Do przodu?
Ależ skąd! Sześćdziesiąt cztery miliony peelenów w plecy - tyle my Polacy zapłaciliśmy za "suche piwo". Nie dość, że ta niemała kwota została wydana na produkcję monet nie pierwszej potrzeby, to jeszcze w imię...
Nie wiem w imię czego ktoś, kto za to odpowiada zadecydował, że pomimo wcześniejszego należy utrzymać produkcję najniższych nominałów. Tańszą, bo z żelaza "pomalowanego" cieniutko mosiądzem, ale przecież nie darmową. I kolejne miliony w plecy.
Groszy na każdego Polaka przypada ponad sto trzydzieści sztuk, dwugroszówek sześćdziesiąt sześć. Czy to nie wystarczy? Czy te nominały są nam naprawdę potrzebne?
Szczerze wątpię.

UWAGA! Zagadka.
Co to za monety? Co je łączy? Co w nich szczególnego?
Podpowiedź - odpowiedź kryje się w tym wpisie :-)


Gdyby ktoś chciał sprawdzić rachunki albo wykorzystać je w jakiś twórczy sposób, to stąd można pobrać plik pdf


Miłej zabawy

P.S.
Za rozwiązanie zadania domowego - nagroda (dla autora pierwszej poprawnej odpowiedzi). Odpowiadać proszę w komentarzach.

P.P.S.
Za rozwiązanie zagadki nagrody nie będzie, ale ciekawią mnie Wasze pomysły na odpowiedź.



środa, 15 kwietnia 2015

Trzy literki.



Jana Andrzeja Morsztyna (Morstina) długo kojarzyłem wyłącznie ze zgrabnymi wierszykami, z których najdłużej pamiętałem "Na krzyżyk na piersiach jednej panny". O dłuższym wierszu "Nagrobek kusiowi" nasza polonistka nie wspominała. Chyba nie tylko dlatego, że takie niepolityczne (jak mawiał imć Zagłoba) nazwisko nosiła?
Dopiero gdy bardziej zainteresowała mnie numizmatyka, dowiedziałem się, że Morsztyn piastował urząd podskarbiego wielkiego koronnego. Zdarzyło mu się to w bardzo nieciekawym czasie, bo w latach 1668 - 1683 (złożył urząd 1 lipca), czyli od roku abdykacji Jana Kazimierza, po własną ucieczkę do Francji, na którą zdecydował się (a miał inne wyjście?) po ujawnieniu wielkich nadużyć finansowych i udziału w  nieudanej próbie przygotowania detronizacji Sobieskiego, podobno zaplanowanej wspólnie z Ludwikiem XIV.
Pieczętował się Morsztyn herbem Leliwa przedstawiającym sześcioramienną gwiazdę nad półksiężycem.
Ort koronny Jana Kazimierza z 1668 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa pod popiersiem króla)


Tytułowe literki, jakie - o tym za chwilę, pojawiają się na monetach Sobieskiego bitych w Bydgoszczy (niektórzy autorzy twierdzą, że i w Krakowie). Czasy, gdy Morsztyn był podskarbim to końcowy okres działania mennicy bydgoskiej (i innych mennic koronnych). W roku 1667, na miesiąc zamknął ją poprzednik Morsztyna, podskarbi Krasicki - skutek afer braci Tymfów i Boratiniego. Tymfowie uciekli za granice Rzeczpospolitej, Boratini nie dość, że się wybronił od oskarżeń, to jeszcze uzyskał pozwolenie na dalszą działalność menniczą, która miała odbywać się w Krakowie i ponownie otwartej mennicy bydgoskiej. Plany te pokrzyżowała uchwała sejmowa nakazująca zamknięcie obu mennic w roku 1668.
Sytuacja ekonomiczna Polski pogarszała się, kraj zalewał obcy pieniądz więc sejm przymusił podskarbiego Morsztyna do wznowienia emisji pieniądza. W 1677 roku ponownie otwarto zamknięte dziewięć lat wcześniej mennice. Krakowską objął Boratini, bydgoską Michał Hoderman wspólnie (choć nie zawsze zgodnie) z Włochem Santi de Urbanis Bani. Wkrótce i w Bydgoszczy ponownie rozgościł się Boratini. Po jego śmierci, zarząd nad mennicą przejęli spadkobiercy, którzy pozostawili inicjały przodka (T.L.B. - ale to nie o tych literkach ma być mowa) na bitych przez siebie monetach.
Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. ostatniego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa na rewersie). Na awersie inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

W roku 1684 mennice koronne wydzierżawiono na rok (od 1.10.1684 do 30.09.1685) kasztelanowi brzesko-kujawskiemu, Spytkowi Pstrokońskiemu. Zrobił to następca Morsztyna na stanowisku podskarbiego wielkiego koronnego, Marcin Zamoyski herbu Jelita (skrzyżowane trzy włócznie).
 Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Zamoyskiego
(herb Jelita na rewersie). Na awersie nadal inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

Pstrokoński, który wcześniej obiecywał daleko idące reformy i wysoki czynsz dzierżawny, po osiągnięciu celu wcale nie zabrał się do pracy. Uruchomił mennicę w Krakowie ale nie otworzył mennicy w Poznaniu, na co też mu zezwolono, ani nie uruchomił od razu zatrzymanej mennicy bydgoskiej. Chyba się po prostu nie znał na rzeczy. Kraków ruszył, bo Pstrokoński szybko znalazł poddzierżawcę, Gotfryda Bartscha. Bydgoszcz musiała poczekać do czasu, kiedy i dla niej znalazł się fachowiec. Był nim Samuel Pfahler. W literaturze spotyka się różną pisownię jego nazwiska. U Kirmisa jest to Samuel Feller, u Hniłki (a za nim i u Gumowskiego) Phachler, Kopicki pisze o Samuelu von Pfahler. Ta ostatnia pisownia wydaje się najwłaściwsza.

I dochodzimy do tytułowych trzech literek. Najpierw (a może nie ?) pojawiły się dwie,
Szóstak koronny Sobieskiego z 1684 r. pierwszego roku dzierżawy mennicy bydgoskiej przez Pstrokońskiego. Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.P.

potem (a może wcześniej) trzy
Szóstak koronny Sobieskiego z tego samego rocznika. 
Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.V.P.

I powiedzcie mi teraz drodzy czytelnicy, czyje to inicjały? Czy Spytka Pstrokońskiego, czy Samuela Pfahlera?

Co katalog, co książka, co artykuł, to inna interpretacja. Gumowski w Podręczniku numizmatycznym z 1914 r., prawdopodobnie powtarzając za Czapskim, inicjały SP i SVP przypisuje "nieznanemu bliżej zarządcy mennicy krakowskiej za Jan III w 1684 r."; Kopicki w "Katalogu podstawowych typów..." tom IX cz.1.  przypisuje je Samuelowi von Pfahler,; tak samo interpretują je Kamiński z Kurpiewskim. Pączkowski (we wprowadzeniu do mennictwa Jana III w katalogu Parchimowicza) wiąże je z Pstrokońskim. Kałkowski zdecydowanie przypisuje S.P. Pstrokońskiemu, o S.V.P. nie wspomina.

Moim zdaniem, o ile S.P. Pstrokońskiemu przypisać można, to już S.V.P. nie. Von w tradycji niemieckiej było łącznikiem między imieniem, a nazwą siedziby rodu z czasem przekształcającą się w nazwę rodu. Po polsku mówiło się raczej Zbyszko z Bogdańca albo  Biernat z Lublina. Wtrącanie obcego von nie było potrzebne. Dlatego myślę, że S.V.P. to litery Pfahlera, rzeczywistego, a nie tytularnego zarządcy mennicy. A jaka była chronologia tych odmian, czy Pstrokoński kazał Pfahlerowi wyrzucić V, by monety kojarzono z nim właśnie, czy też Pfahler chcąc podkreślić swoje znaczenie dodał V do inicjałów Pstrokońskiego - tego na razie nie wiemy. 

P.S.
Monety z polskiej mennicy zarządzanej przez Pfahlera nie zachwycają, zwłaszcza jakością. Bardziej podobają mi się monety ze śląskich mennic, w których Pfahler działał przed kontraktem z Pstrokońskim. W latach 1674-1678 była to Oleśnica, w 1678 Bierutów. Z dziełka

wynika, że wielu krewnych Pfahlera było związanych z mennictwem.
Trudno się dziwić. Robienie pieniędzy zawsze było dochodowym zajęciem :-)



czwartek, 9 kwietnia 2015

Kiedy będzie lepiej?

Lepiej już było.

A wszystko przez chciwość, jeden z grzechów głównych.
Patrzcie i drżyjcie.

W niedzielę, 5 kwietnia 2015 kończyła się aukcja
 Co też na niej sprzedawano, że zainteresowało się tyle osób?
 Trzy złotówki z 1957 r. wyglądające na mennicze. Gratka dla kolekcjonera obiegowych monet PRL. Ten nominał w tym roczniku w takim stanie sprzedaje się grubo powyżej tysiąca złotych, a tu mamy trojaczki.
Okazja!
Okazja?
 
Wyłącznie dla sprzedającego. Kupił u Chińczyków góra po 2$ za sztukę (darmowa dostawa do Polski), wystawił we właściwej kategorii i zaciera ręce.

Po utajnieniu nicków kupujących, po likwidacji cafe Allegro nie macie szans misiaczki. I nie myślcie, że jeśli będziecie kupować tylko tanie monety, to nic Wam nie grozi. Jeśli dobrze poszukacie, to możecie znaleźć na Allegro na przykład fałszywą pięciozłotówkę z rybakiem i wcale nie mam na myśli ani falsyfikatu na szkodę emitenta wyprodukowanego kiedyś w Opolu Lubelskim, ani rzadkiego wariantu z ósemką przypominającą bałwanka. Uczynna mała żółta rączka wyprodukowała dla nas (?) najpospolitszy rocznik 1974.

Współczuję osobom zaczynającym przygodę z kolekcjonowaniem monet. Jeszcze kilkanaście lat temu na młodych (stażem) kolekcjonerów nie czyhało tyle zasadzek. Nie twierdzę, że nie było falsyfikatów. One były od zawsze, ale nie fałszowano byle czego. Wystarczyło nie nastawiać się na kupno rarytasów i można było czuć się prawie bezpiecznie.

To už se nevrátí.



Pisałem niedawno, że niewiele ciekawego znajduję na Facebooku. Zdania nie zmieniam, ale muszę przyznać, że czasem natrafiam na coś zadziwiającego. Na profilu NBP, pierwszego kwietnia znalazła się informacja o wydawnictwie promującym Centrum Pieniądza im. Sławomira S. Skrzypka tworzone przy NBP. Przeczytałem, udałem się na wskazaną stronę, pobrałem udostępnione numery "Bankoteki" i przy przeglądaniu pierwszego numeru osłupiałem.

Na pewno akapity o numizmatycznych marzeniach i o brakteacie Jaksy z Kopanicy zawierają moje słowa. Co do reszty opublikowanego tekstu, łącznie z tytułem, pewności nie mam. Najdziwniejsze, że zupełnie nie pamiętam kiedy i komu takiego wywiadu udzielałem. Nie mam żadnych notatek na ten temat. NIC! 

Że tego typu placówka edukacyjna jest potrzebna, to rzecz oczywista. Pozostaje tylko czekać na jej uruchomienie (planowane na marzec roku 2016).

Jednego jestem pewien. Musiało to być przed 15 marca 2011 r. bo w tym dniu kupiłem moje ówczesne marzenie, pięciogroszówkę 1840 z kropkami po 10 i po GROSZY.
Stan nie powala ale i tak byłem i jestem szczęśliwy z posiadania tej monety. A Nike 1932 i "głębokiego sztandaru" do dziś nie mam.

P.S.
Dziesięciogroszówkę 1973 bez znaku mennicy, o której pisałem niedawno wylicytowała osoba o nicku ujawnianym w formie "a...r" - identycznie, jak zwycięzca aukcji całego zestawu. Tyle, że teraz licytacja zakończyła się na kwocie 7890,00.


poniedziałek, 23 marca 2015

5162756447 albo o kibicach słów kilka.

Są dyscypliny sportowe, których kibice im głośniej krzyczą, tym bardziej są chwaleni - piłka nożna, siatkówka, narciarstwo zjazdowe...
Są dyscypliny, które kibiców ledwo tolerują i wymagają od nich bezwzględnej powściągliwości - nie wolno się odzywać ani nawet komentować rozgrywki minami, czy gestami - brydż, szachy, tenis (w tym ostatnim przypadku niestety ostatnio się to zmienia: na przykład oklaskiwanie błędów serwisowych - rzecz kiedyś nie do pomyślenia)...
Nie lubią nadaktywnych kibiców zwłaszcza brydżyści. Doskonale pamiętam rozdania przegrane przez kibiców. Wygrane też. I niesmak, że właściwie, to wygrałem nie ja tylko kibic.
Kibic brydżowy siedzący przy stoliku ma milczeć podczas rozgrywki i mieć bardziej pokerową twarz niż pokerowy mistrz świata! W brydżramie, albo kiedy rozgrywka się zakończy, skakać i wrzeszczeć można (choć nie zawsze wypada).

Licytacje też są swego rodzaju sportem. Są przegrani, jest wygrany. I są kibice.

Duża firma numizmatyczna wystawiła na aukcję zestaw monet, typowy tzw. lot. Zazwyczaj w ten sposób wystawia się masówkę, zestawy niezbyt wartościowych monet, których indywidualna sprzedaż zabrała by zbyt wiele czasu, czyli kosztowała by za dużo (czas to pieniądz wszakże).
Firma porządna, zawsze bardzo dobrze fotografowała wystawiane przez siebie numizmaty. Tak było i tym razem.
Licytacja zakończyła się po niezbyt ostrej walce jedenastu chętnych, na niewygórowanym poziomie 124,00 PLN. Dało to 7 złotych z małym ogonkiem za monetę (wliczając koszty przesyłki).

Licytacja zakończyła się 16 marca około 20:30 ale (pozostając przy sportowej analogii) rozgrywka jeszcze trwała. Aukcję internetową należy uznać za zakończoną gdy do sprzedającego dotrą pieniądze, a do kupującego wylicytowane dobra. Można by jeszcze poczekać na wymianę komentarzy/opinii, ale zwykle nie są one obowiązkowe. Tym razem obie strony z opiniami się nie ociągały.
Już dwa dni po zakończeniu aukcji kupujący wystawił firmie pozytywną opinię
Dzień później firma zrewanżowała się równie pozytywną opinią.
W międzyczasie pewien kibic uznał, że już po rozgrywce i upublicznił swoje spostrzeżenie.

Wydawać by się mogło, że jest "po herbacie". Nabywca szczęśliwy, po "strzale życia", sprzedający pewnie mniej, ale mówi się trudno. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.

A tu niespodzianka. Minęły dwa dni i ta sama firma wystawiła taką samą (tę samą?) monetę - ale już nie w zestawie z innymi, pospolitymi.

A publiczność patrzy i się zastanawia:
- Co to się stało?

Możliwych scenariuszy zdarzenia widzę mnóstwo. Na przykład taki:
Do firmy trafia zbiór monet PRL po zmarłym kolekcjonerze. Pobieżne oględziny, podział na „loty”, obróbka zdjęć, przygotowanie opisów. Poszło! Nikt nawet nie pomyślał, że wśród pięknie zachowanych aluminiowych krążków może być najrzadsza polska moneta obiegowa XX wieku - 10 groszy 1973 wybite w Kremnicy. Nikt się zresztą tym stanem zachowania szczególnie nie przejmował - to na przykład zdjęcie innego zestawu licytowanego w tym samym czasie.

Kilka osób zalicytowało, jedna wygrała.
Czy zwycięzca licytacji wiedział, co wylicytował? To wie tylko on. Na pewno białego kruka nie zauważyło pozostałych dziesięcioro licytantów!
Firma o tym, co tak naprawdę sprzedała, dowiedziała się od kibica, albo od „życzliwego”, który ją o spostrzeżeniu kibica poinformował. Myślę, że rozmowa szefa firmy z pracownikiem odpowiedzialnym za tę ofertę nie nadaje się do publicznego cytowania. Ja bym klął w żywy kamień, w słowach nie przebierając.

Co było dalej?

Albo się firma z kupującym dogadała (Vito Corleone mówił - przedstawię mu propozycję, której nie będzie mógł odrzucić), albo postąpiła nie mniej brutalnie, ale znacznie mniej elegancko. To wiedzą tylko strony transakcji.
A może kupujący do dziś nie wie, co kupił? Taki scenariusz też jest możliwy, choć mało prawdopodobny.

Moneta ma dwie strony (o rancie nie wspominając). Cała ta sprawa znacznie więcej.

Z jednej strony, można by przyjąć, że kupujący po zorientowaniu się, że sprzedawca „nie wie, co czyni” powinien mu przemówić do rozsądku. Z drugiej strony - dlaczego miał by to robić, skoro była to powszechnie dostępna, publiczna oferta. I mnie udało się nie raz kupić w ten sposób bardzo rzadkie monety za bardzo nieduże pieniądze i wyrzutów sumienia u siebie nie zauważyłem.

Ciekawi mnie jednak, czy gdyby realizowany był właśnie taki scenariusz, to osoba, która przyniosła do firmy monety, a między nimi i tę feralną (?) dziesięciogroszówkę została/zostanie uszczęśliwiona dodatkowym wynagrodzeniem. Sytuacja, w której prywatna osoba przychodzi do firmy, oferując coś na sprzedaż, to coś całkowicie odmiennego od publicznej oferty. Że ta osoba w momencie sprzedaży nie otrzymała godziwej ceny za tę monetę wątpliwości nie mam - gdyby tak było, najsłynniejsza dziesięciogroszówka nie wylądowała by w jednym worku z resztą mniej atrakcyjnych sióstr.

Marian Gumowski, sto lat temu napisał w Podręczniku numizmatyki polskiej takie zdanie:

"Kwestya ile za monetę lub wykopalisko zapłacić, jest dla zbieracza rzeczą czysto subjektywną. Nic tutaj nie pomogą cenniki, ani inne normy stałe. Cena zależy bowiem od rozmaitych czynników. Monety okazałe, piękne i złote mają zawsze chętnych nabywców, tak samo monety pięknie odbite i zachowane. Kollekcyoner monet n.p. Jana Kazimierza więcej zapłaci za monety tego króla miż innego. Również więcej zapłaci się, i to chętnie, za sztukę brakującą do kompletu, niż za inną nawet rzadszą, którą się w zbiorze juz posiada. Pewną wytyczną może być tu rzadkość monety, zdanie jednak o tem można sobie wyrobić na podstawie długoletniego zbierania i oglądania wielu zbiorów. Przy kupowaniu monet z rąk niefachowych powinno być jednak zasadą, płacić nie wiele więcej nad wartość kruszcu."
O ile mam wiele uznania dla wkładu Profesora dla polskiej numizmatyki (choć dodać trzeba, że nie wszystkie Jego tezy wytrzymują próbę czasu, a i jakości Jego prac wiele zarzucano), to trudno tę wypowiedź uznać za nienaganną etycznie. Dziś postępowanie według takich zaleceń można by potraktować jako doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem (art. 286 paragraf 1 k. k.).

A może było inaczej? Może firma kupiła tę monetę w jakimś dużym zestawie typu „zestaw dealerski” i nikt nie zorientował się, co za rodzynek tkwi w tym cieście, w związku z czym firma nie ma problemu etycznego, tylko kompetencyjny?

A może firma pogodziła się z błędem, nabywca otrzymał wylicytowaną monetę, a na nowej aukcji oferowany jest inny egzemplarz słynnej dziesięciogroszówki?

I ostatnia możliwość (zwolennikom teorii spiskowych dedykuję), że to była celowa akcja dla podbicia zainteresowania właściwą aukcją. Tylko czy TAKA moneta potrzebuje sztucznej klaki?

Jak by nie było, rzadka moneta czeka na nabywcę. Licytacja trwa. Linku nie dam - szukajcie sobie sami.


sobota, 21 marca 2015

O tym jak sprawy się klarują.

Sprawa pierwsza - Allegro.

Zarejestrowałem się na Allegro w czwartek, trzynastego kwietnia roku 2000 o godzinie 09:56:46. Dlaczego nie byłem w tym dniu w pracy, dziś już nie pamiętam. Informację o powstaniu pierwszego polskiego serwisu aukcyjnego z prawdziwego zdarzenia dostałem od "Ciacho", który zarejestrował się już w lutym.
Od kwietnia 2000 r. - przez prawie piętnaście lat - zaglądałem na Allegro prawie codziennie. Nie skłamię, jeśli napiszę, że każdego dnia, jeśli tylko byłem w domu, logowałem się na Allegro. Nie jestem pewien czy od samego początku, ale na pewno od bardzo dawna pierwszym miejscem do którego na Allegro zaglądałem nie była lista ofert z monetami tylko Cafe Numizmatyka.
To tam dzieliliśmy się radościami ze zdobycia nowych okazów do kolekcji, wątpliwościami co do autentyczności oferowanych monet, uzyskiwaliśmy pomoc w identyfikacji...
Co tu gadać, cafe Numizmatyka to był klub jak się patrzy.
Aż tu nagle...

Wiosenne porządki - zamykamy Cafe Allegro i zapraszamy na Facebooka

31 marca zamkniemy forum Cafe Allegro - społeczność, którą przez wiele lat tworzyli Allegrowicze. Obserwując spadek aktywności na forum uznaliśmy, że dotychczasowa formuła już się wyczerpała, stąd decyzja o zamknięciu tego kanału komunikacji.
Na cafe numizmatyka komunikat brzmiał ciut odmiennie:
...zdecydowaliśmy się zamknąć Cafe Allegro na początku kwietnia. Pozostaną jedynie fora związane z udostępnianymi przez nas narzędziami, a także forum Nowości i komunikaty. Zapewne niektórzy z Was przeczuwali to, spadek aktywności użytkowników na forach był od dłuższego czasu zauważalny. Nie znaczy to jednak, że rezygnujemy z publicznego kanału kontaktu z Wami! Już teraz możecie brać udział w dyskusjach na naszym profilu na Facebooku czy Twitterze, część z Was od dawna jest zresztą tam obecna.  
To, że w Allegro coś się psuje widać było od dawna. Popsuto wyszukiwarkę, popsuto cafe. Nna przykład zniknęły w czarnej dziurze zapisy dyskusji, które zaowocowały wyjaśnieniem wielu problemów, z którymi numizmatycy nie mogli się uporać od dziesięcioleci - vide klasyfikacja dziesięciofenigówek WMG.
Siłą rzeczy, zepsuta cafe straciła na popularności.  Okazało się to wygodnym pretekstem do dalszych działań.
Proces psucia Allegro przyspieszył. Pozbyto się opiekunów kategorii, którzy nie tylko moderowali tematyczne cafe, ale przede wszystkim pomagali. Na przykład w eliminowaniu ewidentnie oszukańczych ofert.

Teraz jedynym miejscem, w którym będzie można poradzić się co do autentyczności  bądź stanu zachowania oferowanych monet ma być Facebook. Pewnie powstanie tam wiele profili, które będą starały się przejąć funkcję cafe, ale zanim któryś z nich uzyska - o ile w ogóle uzyska - popularność i zaufanie odwiedzających, zapanują "mroki średniowiecza".

Jeśli komunikat, którym Allegro poczęstowało nas o czternastej 20 marca 2015 r.powiąże się z wywiadem udzielonym przez szychy z Allegro przy okazji otwarcia biura w Krakowie, to konkluzja może być tylko jedna - Allegro przestanie być miejscem dla kolekcjonerów.
Pan Przemysław Budkowski, prezes Allegro, stwierdził między innymi, że:
...problematyczna w przypadku zakupów jest przede wszystkim moda, ale ocenił, że rozwiązaniem nie jest rozbudowanie kategorii, które docelowo powinny zostać wręcz zlikwidowane, lecz dalsze usprawnienie mechanizmu wyszukiwania. – My musimy wiedzieć, jaka zielona sukienka będzie najbardziej pasowała danemu użytkownikowi i nad tym będzie m.in. pracował nasz krakowski zespół
A jak w tej chwili działa wyszukiwarka z domyślnie ustawianą na siłę opcją "trafność: największa"? Po prostu beznadziejnie. Natychmiast przypomniała mi się piosenka Piotra Bukartyka o tych
"...co wiedzą jedynie, jak świat wygląda, a jak powinien. "

Sprawa się wyklarowała - trzeba się rozejrzeć za miejscem bardziej przyjaznym kolekcjonerom.


Sprawa druga - wracamy do naszych baranów.
Zbierając materiały do pracy o miedziakach Augusta III dotarłem oczywiście i do starych katalogów aukcyjnych.
W kwietniu 1904 r. u Helbinga sprzedawano monety z kolekcji Zygmunta Chełmińskiego z Szarawki.
lot 1306 Kupferschillinge,
ohne Buchstaben von 1749, 50, 51, 52, 53 (2 St.), 54 und 55;
mit A von 1752,
mit B von 1752 und 53:
mit D von 1752 und 53;
mit F von 1752 (2 Varianten) und 53;
mit H von 1753, 54 und 55;
mit I von 1752 und 53;
mit N von 1753,
mit S von 1751, 52 und 53 (2 Varianten);
mit T von 1753,
mit V von 1752 und 53.
G. und s.g.e. 29 St.
Nic tu ciekawego nie widać.
Jeszcze miej szczegółów znajdziemy w katalogu firmy Münzenhandlung Adolph Hess Nachfolger z roku 1908 - kolekcja Ottona von Kubickiego z Warszawy
1592 Probe-Schilling 1750. Brustb. Rv. Gekr. Doppelwappen. Cz. 2786. R3.
Sehr schön.
1593 Kupfer-3 Schilling 1752, 53 (3) u. 54 (8). Cz. 2794 ff. Meist s.g.e. 12
1594 — 1755 (14) u. 58 (3). Cz. 2904ff. Meist s. g. e. 17
1595 Kupfer-Schilling 1749 (3) u. 50 (3). Cz. 2784 u. 86. R2. S. g. e. 6
1596 — 1751 (9), 52 (21), 53 (45), 54 (5) u. 55. Meist s. g. e. 81
Kilka dni temu dostałem od mojego imiennika wiadomość
Przypomnialem sobie ze jestem w  posiadaniu katalogu ( szkoda ze kopia) domu aukcyjnego Leopold Hamburger z 1873 roku...
Na tej aukcji pod młotek poszedł zbiór hrabiego Henryka Steckiego. Do wiadomości dołączony był skan fragmentu strony, na którym między innymi znajduje się coś takiego
Szeląg z literką k. Nie K, tylko k!
I podkreślenie, że takiej monety nie notują Zagórski, Bandtkie, Mikocki i Neumann.
Po chwili przyszedł jeszcze jeden e-mail - "co ciekawe,  wczoraj z litera k byl  na allegro" i link do aukcji. Zajrzałem i odpisałem: "To jest R. Mam egzemplarz spod tego samego stempla." nie dodając, że na mojej monecie R jest całe, nieuszkodzone.
Po krótkim namyśle wróciłem do wskazanej aukcji i monetę kupiłem (właściwie, to nie była aukcja, tylko format "kup teraz").
i kluczowy fragment
Można to wziąć za k, prawda? A dlaczego myślę, że to R, a nie k?
Bo kiedy ma się monetę w ręce, to widać, że są tam pozostałości brzuszka litery R, a poza tym nie znam innego przypadku umieszczenia pod herbami litery zapisanej inaczej, niż kapitalikami. Bytów nie należy mnożyć nad potrzebę.

I tak wyklarowała się sprawa tajemniczego szeląga z literą k ze zbioru hrabiego Steckiego.