Google Website Translator Gadget

niedziela, 25 stycznia 2015

Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?

- Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
zapytał mnie kolega z pracy (młodszy kolega, mam dzieci w jego wieku).
Czasu za wiele nie było, poopowiadałem coś o bezpieczeństwie, o łatwości aktualizacji oprogramowania i systemu, o swobodzie konfigurowania systemu itp. Rzecz jasna wspomniałem też o kosztach.

Trudno się odpowiada na takie pytania. Cóż ja mogę wiedzieć o motywacjach innych ludzi. Mogę tylko przypuszczać, że czasem ich motywacje są takie same, jak moje. Łatwiej mi odpowiedzieć, dlaczego ja używam Linuksa.

Swoje PC-ty zawsze składałem sam. Zaczynając od pierwszego, gdzieś około roku 1990. Bez twardego dysku, z systemem MS-DOS uruchamianym z dyskietki. Później rozbudowanym o HDD (całych 40 MB - po prostu rozpusta), kolorowy monitor i system Windows 3.11. Na początku nikt się specjalnie prawami autorskimi Microsoftu nie przejmował. Firmy oficjalnie kupowały i użytkowały składaki nie zastanawiając się nad jakimiś licencjami na system i inne programy. Ja też się tym nie przejmowałem.
Pierwszy raz spróbowałem zastąpić Windowsa Linuksem pod koniec lat 90-tych. To był Knoppix. Pierwsze koty za płoty. Software nie mógł dogadać się z hardware. Wróciłem do Windows (98). Później próbowałem jeszcze kilka razy, zwykle przy jakichś większych modernizacjach sprzętu. I tak trwało to do roku 2009. Wtedy przytrafiła mi się większa awaria. Padła płyta główna. Dość archaiczna, więc siłą rzeczy kupno nowej wywołało lawinę - wymagała innego zasilania - kupiłem nowy zasilacz. Trzeba było wymienić procesor, pamięć. Nawet mysz i klawiaturę, bo miały wtyczki których nie dało się wcisnąć w gniazda PS2. System i dane przeżyły - dysk HDD nie został uszkodzony. Cóż z tego, skoro system nie wstał. Nowa konfiguracja sprzętowa okazała się przeszkodą nie do pokonania. Włożyłem płytkę z pirackim XP-kiem do napędu i okazało się, że instalacja systemu od nowa też prosta nie będzie. Proces wieszał się w pewnym momencie; czarny ekran, a po restarcie informacja o braku systemu na dysku.
Sięgnąłem po płytkę z Ubuntu (kiedyś Canonical rozsyłał je za darmo, nie trzeba było nic ściągać i wypalać).
System uruchamiany z CD wystartował. Hardware został wykryty bezbłędnie, połączenie z siecią wystartowało, sprawdziłem, że mam dostęp do swoich danych na dysku. Decyzja nie mogła być inna. Na szczęście zawsze przestrzegałem zasady, że dane powinny być na innej partycji, niż system, więc nie było problemu z zastąpieniem starego systemu nowym. Na partycji systemowej, miejsce Windows XP zajęło Ubuntu, a dokładniej jego wersja z KDE, czyli Kubuntu. Mogłem pracować dalej.
Z czystej ciekawości sprawdziłem ile kosztowało by mnie zainstalowanie legalnej siódemki od Microsoftu. Wersja Home premium oznaczała konieczność wydania przeszło 350 złotych. W życiu! Dwa lata później za taką kwotę kupiłem dwa twarde dyski SATA po 500 GB każdy.
I tak już zostało. W moim PC nie ma śladu po MS Windows. Kubuntu zostało zastąpione najpierw przez PCLinux OS, później przez Netrunnera.

Dlaczego więc używam Linuksa?

  • Bo nie mam żadnych problemów z obsługą sprzętu, w tym skanera, bezprzewodowej myszki i klawiatury multimedialnej oraz  kamerki internetowej.
  • Bo Linuks jest bezpłatny, a do tej pory nawet  mając legalny system Windows trzeba było płacić za przejście na nowe wydanie (z XP na Vistę, Seven, ósemkę; teraz podobno ma się to zmienić, pożyjemy zobaczymy).
  • Bo bez problemu znajduję w repozytoriach potrzebne mi oprogramowanie, a kiedy je już zainstaluję, mam zapewnioną łatwą jego aktualizację bez dodatkowego wysiłku z mojej strony - pilnuje tego system.
  • Bo Linuks jest bezpieczny, jeśli tylko przestrzega się w minimalnym stopniu zasad bezpieczeństwa - nie pracuj na koncie roota (administratora), nie korzystaj z niepewnych repozytoriów. 
  • Bo mam pełną swobodę w kształtowaniu środowiska pracy.
  • Bo gdy chcę myszką ściszyć lub pogłośnić dźwięk, to wystarczy, że pokręcę kółkiem myszy na ikonie programu za to odpowiadającego. Nie muszę klikać i poruszać suwakiem. 
  • Bo mnóstwo rzeczy mogę wykonać łatwo i szybko używając terminala (konsoli). W odwiecznym sporze Windowsowców z Linuksiarzami, argumentem tych pierwszych przeciwko Linuksowi jest konieczność używania terminala. Rzecz w tym, że to nie konieczność - tzw. zwykły użytkownik wyklika wszystko, co mu potrzebne. A okazuje się, że czasem klikanie jest trudniejsze od użycia terminala. Pisałem kiedyś, jak używając terminala mogę bez użycia okienkowego programu graficznego sklejać w całość zdjęcia awersu i rewersu monety. A kiedy takich par awers-rewers mam kilka? Pisze się program w języku terminala. Program, to duże słowo. Zakładając, że zdjęcia awersów i rewersów są w katalogu Dokumenty wystarczy coś takiego:
    for i in `seq -w 1 $1`
    do
    montage -geometry 1200 ~/Dokumenty/$i'aa'.jpg ~/Dokumenty/$i'a'.jpg ~/Dokumenty/$i.jpg
    done

    Ot i cały program. Zdjęcia są sprowadzane do jednakowych rozmiarów (1200 x 1200 pikseli) i łączone parami.
    Pomagają też ALIASY. Alias to w skrócie zapis dowolnej komendy pod nazwą, która będzie dla użytkownika łatwiejsza do zapamiętania, a nadal będzie wykonywała wcześniejsze zadania. Polecenie montage -geometry +2+2 03a.jpg 03z.jpg 03.jpg
    mogę na przykład zastąpić słowem "sklej". Mogę też jednym słowem zastąpić zestaw kilku poleceń, na przykład mam coś takiego
    g='mocp -S && mocp -p'
    Wpisanie w terminal (który uruchamiam naciśnięciem klawisza F12) literki g i naciśnięcie ENTER uruchamia odtwarzanie muzyki z plików lokalnych w losowej kolejności - takie prywatne radyjko.  



Pewnie mógłbym jeszcze kilka innych powodów wymienić, ale te są najważniejsze. Bezpieczeństwo, wygoda, skuteczność, ekonomia. Czegóż chcieć więcej.

PS.
Cóż wart wpis bez grafiki.
Mój pulpit prezentuje się dziś tak:
Nie zaśmiecam go ikonami, i tak skryją się pod oknami uruchamianych programów. Nie skrywa się pasek widoczny po prawej. A na pasku są (od góry)
monitor sieci,
monitor systemu - obciążenie procesora, pamięci, pliku wymiany (mam mało RAMu),
monitor temperatury procesora,
ikony najczęściej uruchamianych programów (GIMP, Thunderbird, Krusader - dwupanelowy manager plików, Commence, Spotify, Opera),
wskaźnik powiadomień systemowych,
ikony programów i usług działających w tle (Dropbox, Skype, Mega, manager schowka, sterowanie audio),
zegar,
aktywator menu programów,
ikona wyłączania, uśpienia, wylogowania.

P.P.S.
Coś o monetach napiszę niebawem.

sobota, 17 stycznia 2015

I wszystko jasne

Żałuję, że nie zrobiłem zrzutu ekranu 10 stycznia.
Najpierw na stronie Narodowego Banku Polskiego pojawiła się informacja o wysokości nakładów monet obiegowych w roku 2014. To, co dla mnie najważniejsze brzmiało tak:
1 grosz - 420 924 900
2 grosze - 137 084 750
5 groszy - 96 004 500
10 groszy - 88 000 000
20 groszy - 46 000 000
50 groszy - 28 400 000
1 złoty - 35.250.000
2 złote - 28.000.000
5 złotych - nie wybito

Na Facebooku napisałem wtedy
Niestety mamy na razie pewności, czy w przypadku monet 1, 2 i 5 groszy to nakład łączny, czy tylko dostawa z Mennicy Polskiej SA.
Sądząc po tym, że nakłady tych monet podano z dokładnością do 50 szt. przypuszczam, że to nakłady łączne.
Przypuszczałem, że więcej szczegółów być może uda się uzyskać po korespondencji z NBP. Nawał zajęć spowodował, że do wczoraj nie zdążyłem wysłać zapytania. I wczoraj właśnie okazało się, że informacja na stronie NBP została zmieniona.
Kluczowy fragment wygląda teraz tak
co oznacza, że oficjalnie potwierdzono wysokość nominałów bitych przez The Royal Mint wynoszące po 1 milionie egzemplarzy monet 1, 2 i 5 groszy (partia pilotażowa).
Nakłady tych nominałów z datą 2014 wynoszą:
1 grosz
Mennica Polska SA - 86 000 000
The Royal Mint - 333 924 900
2 grosze
Mennica Polska SA - 20 000 000
The Royal Mint - 116 084 750
5 groszy
Mennica Polska SA - 15 000 000
The Royal Mint - 80 004 500

Nakłady dwu- i pięciogroszówek są małe. Są niższe od dotychczas najniższych (5 groszy 1993 - 20 280 101 sztuk, 2 grosze 1990 34 400 000 sztuk), ale nie są bardzo niskie. Jednogroszówek wybito dużo, niższe są nakłady roczników 1990, 1991 i 1993.

Nie wysokość nakładów jest dziś najważniejsza. Naprawdę ważne jest to, że Narodowy Bank Polski błyskawicznie (jak na zwyczaje sprzed kilku zaledwie lat, kiedy takie dane publikowano po kwartale dopiero) opublikował nakłady monet obiegowych poprzedniego roku, a jeszcze ważniejsze jest, że ktoś w NBP zauważył niezadowolenie kolekcjonerów z pierwszej wersji informacji o nakładach.

I jeszcze jedno. 10 stycznia w tabeli były też dane o wysokości nakładu pięciozłotówki z 2014 r., tej z "zajączkiem". To pierwsza moneta z cyklu zapoczątkowanego po rezygnacji z bicia okolicznościowych dwuzłotówek ze stopu nordic gold. Ostatnia była dwójka honorująca Jana Karskiego wprowadzona do obiegu 24 kwietnia 2014 r. "Złote" dwuzłotówki zastąpiono pięciozłotówkami, których pierścień wykonany jest ze stopu MN 25, zaś rdzeń z CuAl6Ni2. NBP określa je jako okolicznościowe monety obiegowe, ale wbrew ich "obiegowości" informację o wysokości nakładu usunięto z tabeli z monetami obiegowymi. Użyłem cudzysłowu, bo nie tak łatwo można tymi monetami płacić; zauważyłem wiele relacji o odmowach przyjmowania tych monet w sklepach.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Beczka wcale nie jest tu przenośnią.
Kilka dni temu robiąc zakupy zauważyłem na półce z czerwonymi winami taką etykietę
Widzicie ten napis? VECCHIE MONETE - OLD COINS?  Widzicie (na tym zdjęciu nie rzucają się tak w oczy, jak na sklepowej półce) wizerunki włoskich monet z początków XX wieku?
Nie mogłem przejść obojętnie, tym bardziej, że i tak zamierzałem kupić jakieś wino do obiadu.
Tak, jak monety uwidocznione na etykiecie rarytasami nie są, tak i samo wino nie jest trunkiem nadzwyczajnym. Bardziej półwytrawne, niż wytrawne, ale do picia jak najbardziej zdatne. Nie odkryłem jakiegoś nadzwyczajnego wina godnego najlepszych stołów, ale też na pewno nie przepłaciłem (niecałe 20 PLN).
Polecam na drobny prezent dla kolekcjonerów monet. Kolekcjoner win minę może mieć kwaśną, choć wino kwaśne nie jest.




poniedziałek, 12 stycznia 2015

Monety, czyli pieniądze

Monety są jedną z form materialnych pieniądza. Pieniądza, czyli czegoś służącego do płacenia za towary i usługi. Mówi się czasem, że pieniądz , to środek mający moc umarzania zobowiązań - to takie bardziej "księgowe" podejście do zagadnienia, ale prawdziwe. Kupując coś, zobowiązujemy się do zapłaty. Najłatwiej tę obietnicę spełnić posługując się pieniądzem.

Prawdopodobnie pierwsze transakcje dokonywane przez człowieka polegały na wymianie, barterze jakbyśmy dziś powiedzieli. Na przykład tak
- Dam ci skórę niedźwiedzia, którego niedawno zabiłem i zjadłem jeśli ty dasz mi za to twoją krzemienną siekierkę.
Takie transakcje były trudne, bo uwarunkowane jednoczesnością potrzeby i oferty (po co mi czternasta siekierka?).
Wyewoluowało to w kierunku wyboru niektórych dóbr najwygodniejszych dla "kupującego" i "sprzedającego". Takimi dobrami były na przykład skóry (można było przerobić je na odzież), ziarno (można było przerobić je na pożywienie), kawałki metalu (można było przerobić je na narzędzia albo ozdoby).
Pieniądz w formie monet wywodzi się z tej trzeciej formy, z bryłek metali szlachetnych.
W siódmym wieku p.n.e. w Lidii, krainie w Azji Mniejszej (tereny dzisiejszej Turcji wokół miasta Sardes) wymyślono sposób pozwalający uniknąć konieczności ważenia i badania jakości metalu, a konkretniej złota. Niewielkie jego bryłki, o ustalonej masie, zaczęto opatrywać odciskiem pieczęci przedstawiającej głowę ryczącego lwa
- musicie uwierzyć na słowo, że jest tu lew. Dziś uznajemy je za najstarsze monety świata.
Potem poszło już szybko. Stemple, którymi opatrywano bryłki metalu stawały się coraz bardziej skomplikowane - fałszerze i oszuści nie pojawili się na świecie wczoraj. Bryłki przestały być bryłkami - przyjęły kształt płaskich krążków. Stały się monetami, ale nie przestały być kawałkami kruszcu i miały takąż moc umarzania zobowiązań, jak kruszec w innej postaci. Były jednak wygodniejsze w użyciu.

Kolejnym krokiem w rozwoju pieniądza-monety był wynalazek nominału nie będącego jednostką masy tylko przypisaną, umowną wartością określającą siłę nabywczą kawałka metalu. Pojawiły się monety z innych niż srebro i złoto metali. Pojawiły się uregulowania prawne określające wzajemny stosunek wartości monet o różnych nominałach (i bitych z różnych stopów) i pojawiła się możliwość zarabiania na wprowadzaniu pieniądza do obiegu. Możliwość zarezerwowania dla wąskiego grona władców, posiadaczy praw menniczych, którzy mieli do dyspozycji i inne prawa, w tym prawo ustalania ordynacji menniczych, czyli przepisów określających wielkość i jakość monet.

Przerobienie określonej ilości metalu na monety przynosiło władcy zysk, z którego oczywiście musiał on opłacić ludzi wykonujących te monety i ludzi nadzorujących tę produkcję. Kusiło to panów menniczych do produkcji pieniądza w ilości ponad potrzeby (inflacja) i do coraz częstszych, obowiązkowych oczywiście wymian - zastępowania starego pieniądza nowym. Stary pieniądz przymusowo wycofywany z obrotu stawał się surowcem na pieniądz nowy, zawierający mniej kruszcu - albo z powodu zmniejszania wagi monet, albo z powodu niższej próby kruszcu w monecie. Takie obniżanie wartości monet określa się jako peioratio monetae. Natomiast proces przymusowej wymiany pieniądza na nowy, to renovatio monetae. Najwcześniej, bo w X w. odnotowano go w Anglii. Sto lat później w Niemczech, Czechach i na Węgrzech. W Polsce pojawił się na początku XII w. w postaci wymiany pieniądza mniej więcej co dwa lata. Największe nasilenie przymusowej wymiany pieniądza wystąpiło u nas na przełomie XII/XIII w. Osoby posługujące się starymi pieniędzmi surowo karano - inaczej wymiana nie przynosiła by władcy zaplanowanych zysków.
W 1207 r papież Innocenty III skierował do Władysława Laskonogiego bullę, w której pouczał go
Do naszej mianowicie uwagi, wiedzcie, doszło, że gdy na mocy zwyczaju kraju moneta używana w ciągu roku u was po raz trzeci jest odnawiana, i ta co pierwej była w użyciu, na koniec staje się gorsza od drugiej w następującym użyciu, wy temuż aposto­łowi zapłatę należną przesuwacie na ten czas do zapłacenia, w którym monety, którą płacicie gorsze będzie użycie.
Rzym nie chciał akceptować, by świętopietrze płacono w końca roku, kiedy moneta po kilkakrotnej wymianie miała już mniejszą wartość.

Pieniądz kruszcowy nie znał granic. Dlatego w Polsce znajduje się skarby złożone z obcych monet, a w skarbach odnajdowanych w innych krajach spotyka się nasze monety. Regulowano to publikując tablice ewaluacyjne określające wzajemny stosunek wartości różnych monet. Najbardziej znanym u nas przykładem takich tablic jest "Wizerunek i szacunek mynic wszelakich cudzoziemskich" Kaspra Rytykiera wydany w Krakowie w roku 1600.

Duże zamieszanie w systemach porównywania pieniądza i w ordynacjach menniczych przyniosła zmiana stosunku wartości złota do srebra wywołana potężnym importem kruszców z Ameryk. Złoto zaczęło drożeć. W 1501 r. za Olbrachta, stosunek cen złoto do srebra wynosił 1 do 7,5 a w roku 1600 za Zygmunta III już 1 do 11,5. Przy tym oba kruszce straciły moc nabywczą, staniały w stosunku do żywności i większości towarów. Inaczej mówiąc, ceny wzrosły. Jeśli przyjąć, że za Olbrachta siła nabywcza grosza wynosiła 100 jednostek, to za Zygmunta III spadła ona do niecałych 20 jednostek.

Zachowało się wiele dokumentów zawierających informacje o cenach i zarobkach w różnych okresach. Porównywanie siły nabywczej pieniądza w różnych miejscach i różnym czasie nie jest łatwe, bo trudno znaleźć jej uniwersalny miernik. Jednym z takich mierników jest TROFA. Co to słowo oznacza? Najprościej mówiąc, trofa to ilość pokarmu zapewniająca przeciętne potrzeby energetyczne średnio aktywnemu człowiekowi przy zastrzeżeniu racjonalnego odżywiania. Więcej na ten temat w jednym z moich felietonów z 2004 r. Tam też znajdziecie informacje o wydawnictwach, z których można dowiedzieć się ile zarabiali i wydawali nasi przodkowie. Zainteresowanym mogę polecić jeszcze książkę Grzegorza i Anny Wójtowiczów "Historia monetarna Polski" i książkę, o której już na blogu wspominałem - "Wielki problem drobniaków" T. J. Sargenta i F. R. Veldego.

Kwestie z pogranicza numizmatyki i ekonomii, to temat rzeka (morze, ocean...). Sam problem psucia pieniądza opisany i przeanalizowany przez Kopernika (i Greschama) to godziny niełatwej lektury. Zainteresowanych zachęcam do poszukiwań źródeł, na przykład w Federacji Bibliotek Cyfrowych. Niektóre teksty czyta się, jak najlepsze kryminały.



sobota, 10 stycznia 2015

Konia z rzędem...

Komu i za co konia z rzędem, napiszę za chwilę.
Najpierw obiecanych kilka słów o ostatnim ubiegłorocznym nabytku, którym pochwaliłem się w zakończeniu poprzedniego wpisu.
Po uwolnieniu z "trumienki" moneta prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami:
Zaraz, zaraz, przecież na slabie grader umieścił ocenę XF40. Czy to naprawdę moneta w stanie "Extremely Fine"? Sięgnijmy do źródła (czytaj Wikipedii). W tabelce na stronie http://en.wikipedia.org/wiki/Sheldon_coin_grading_scale czytamy
40 Extremely Fine/Extra Fine Ex. Fine, EF40 Overall sharpness, light wear at the highest points of the coin, details of the coin are sharp. Traces of mint luster may show.
co googlowy tłumacz przekłada na
ogólna ostrość, światło zużycie w najwyższych punktach medalu, szczegóły monety są ostre. ślady mięty połysku może pokazać
(ciekawe, jak długo jeszcze będą mnie bawić takie tłumaczenia), a co należy rozumieć tak:
Rysunek monety ostry. Lekkie przetarcia w jego najwyższych partiach. Szczegóły rysunku ostre. Mogą być widoczne ślady lustra menniczego.

Gdyby oglądać monetę przez zmatowione tworzywo slabu, w słabym oświetleniu, gołym okiem, które gołe być nie powinno, bo tych kilku dioptrii wady okulista by nie przegapił, gdyby tak tę monetę oglądać, to można by uznać, że jest "Extremaly Fine". Uwolniona z pudełka mniej zachwyca.
Moneta "z ziemi", na szczęście nie zniszczona chemicznym "czyszczeniem", ale z widocznymi głębokimi rysami i z paskudną patyną charakterystyczną dla "wykopków".
Dlaczego więc napisałem, że moneta prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami? Dlatego, że byłem pewien, że jej stan przeszacowano.

Wyjęcie monety ze slabu nie nastręczało żadnych trudności. Wystarczył scyzoryk, miejsca zgrzewu/klejenia puściły i...
Może ktoś korzystając z tego, że slab tak łatwo się otwiera, podmienił właściwą monetę? Firma gradingowa na swojej stronie internetowej udostępnia możliwość weryfikacji. No to do dzieła.
i...
Czyli jak? Fałszywy slab? Wysłałem opis slabu do firmy gradingowej. Po kilku dniach przyszła odpowiedź:
Wynik weryfikacji? Cytując klasyka - wiem, że nic nie wiem. Zakładam, że odpowiedź to tzw. skrót myślowy i że można ją zinterpretować w sposób następujący:
"Tak, to my zapakowaliśmy w slab tego szeląga Augusta III z roku 1751. "

Dobra nasza, myślę sobie, to teraz sprawdzę, jak w praktyce wygląda realizacja gwarancji udzielanych przez firmę gradingową. Przecież grading, to gwarancja autentyczności monety i właściwej oceny jej stanu zachowania oraz zabezpieczenie tego stanu przez zamknięcie monety w odpowiednim opakowaniu. I teraz przyszła pora na dokończenie tytułowego zdania.

Konia z rzędem temu, kto znajdzie regulamin bądź deklarację firmy zawierające opis gwarancji przez tę firmę udzielanych. Bez trudu znajduję takie uregulowania na stronach internetowych NGC, czy PCGS, ale mimo najlepszych chęci nie umiem ich odszukać na stronach rodzimych firm zajmujących się gradingiem monet.
Drugiego konia z rzędem temu, kto znajdzie informacje o brytyjskiej firmie European Coim Company (od niej ma pochodzić skrót ECC widniejący na slabie).
Trzeciego konia, a po prawdzie kucyka, temu, kto znajdzie informacje o firmie pakunkowej ECC Polska.
To razem z nimi... a co mi tam, zacytuję z firmowej strony
W jubileuszowym, dziesiątym roku działalności, przy udziale brytyjskiej firmy European Coin Company i wspólnie z firma pakunkową ECC Polska , wdrażamy jesienią 2006 grading w naszym kraju.
i dalej
Opakowana i oszacowana stanowo moneta to bezapelacyjnie wygodne ułatwienie dla zbieracza. Pewne dla każdego początkującego numizmatyka, który kupując monetę, nie jest narażony na rozczarowanie i niepotrzebne ryzyko, zarówno w zakresie stanu zachowania jak i jej autentyczności.
Pora kończyć tę nierówną walkę.
Z pełną świadomością kupiłem zamkniętą w slabie monetę opisaną, jako grosz Augusta III z 1751 r., której stan oszacowano na XF40 nie licząc na to, że w slabie naprawdę będzie grosz z tego rocznika, i że będzie on w tak dobrym stanie zachowania. 
Dla jasności dodam, że August III rozpoczął bicie groszy w roku 1752 i brak jakichkolwiek przesłanek, które mogły by świadczyć o emisji groszy w roku poprzednim, nawet próbnej.

Kupiłem tę monetę, bo... taki miałem kaprys. Bo potrzebowałem dobrego pretekstu, by napisać to, co teraz piszę. Na dodatek nie kosztowała wiele.

Fatalna jakość gradingu w wykonaniu niektórych firm nie odstrasza wielu, naprawdę wielu kolekcjonerów. Często wolą oni kupić monetę w niczego nie gwarantującym slabie, niż zdać się na własną ocenę stanu lub autentyczności.
Sam nie wiem, jak to nazwać. Proszę wybrać - lenistwo, niewiedza, brak instynktu samozachowawczego, brak umiejętności czytania ze zrozumieniem...

Za kilka dni pochwalę się pierwszymi tegorocznymi nabytkami.

PS.
Sława slabów ECC sięga nawet za ocean
http://www.coincommunity.com/forum/topic.asp?TOPIC_ID=33001


wtorek, 30 grudnia 2014

Co jest czym czego

Ze szkół pamiętam, że w rozmowie, jaką by nie była, najważniejsze jest, by rozmówcy używający pewnych słów mieli to samo na myśli.
Rządzi nomenklatura (bynajmniej nie nomenklatura partyjna - jej się tylko wydaje, że rządzi).
Rządzi nomenklatura - słownictwo, a właściwie reguły ustalające sposób tworzenia i stosowania słownictwa w jakiejś dziedzinie.
Sprawa jest w miarę prosta, kiedy poglądy wymieniają ludzie działający w tej samej dziedzinie. Kiedy spotykają się ludzie nie zajmujący się tym samym może się okazać, że wypowiadając te same słowa, całkiem o czym innym myśląc.

Przeczytałem sobie ostatnio na nowo książeczkę Henryka Mańkowskiego "Fałszywe monety polskie".
Wydaje nam się dziś, że nigdy wcześniej kolekcjonerzy nie byli tak bardzo oszukiwani przez fałszerzy. Okazuje się, że dawniej zagrożenie nie było mniejsze. Od samego początku XIX wieku czyli od narodzin nowoczesnego kolekcjonerstwa numizmatycznego w Polsce, pojawiali się nieuczciwi producenci falsyfikatów. Zdarzało się, że sami kolekcjonerzy własnoręcznie produkowali falsyfikaty do swoich zbiorów! Pisze Mańkowski
Ignacy Przeszkodziński, były pułkownik wojsk polskich, gorliwy zbieracz, miał słabość do posiadania kompletnych seryj monet, mianowicie z panowania Stanisława Augusta. Lata, których dostać nie mógł, dorabiał zapomocą dłutka i rylca. Pouczył go, zdaje się w sztuce tej pierwszorzędny mistrz, bo Józef Majnert. Tak przerobił talara 1788 na rok 1787, półtalarka 1783 na 1785 w czasie, gdy, jak wiadomo, w latach 1785 do 1787 ani talarów, ani półtalarów nie bito. 
Nie da się ukryć. Gdyby nie kolekcjonerzy, nie było by fałszerzy.

W innym miejscu Mańkowski zauważa:
Byli i inni, lecz ci fałszowali, zdaje się, tylko z amatorstwa, robili kopje, by uzupełnić swoje zbiory, a tylko lekkomyślność niejednego z nich innych zbieraczy na szkodę naraziła.
Podkreśliłem fragment, bo niedawno przekonałem się (wracam do pierwszej myśli tego wpisu), że to co było jasne i oczywiste dla Mańkowskiego i tak samo jasne i oczywiste jest dla mnie, niekoniecznie jest takim dla innych osób.
4 grudnia postawiono mi kilka pytań, na które odpowiadałem - jak mi się wydawało - merytorycznie i konkretnie. Okazało się, że moje opinie, są tylko moimi opiniami, a nie obiektywną prawdą.

Na przykład takie pojęcia, jak fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów i fałszerstwo na szkodę emitenta.
Szkoda - pierwsze znaczenie słownikowe - krzywda, strata. Jaką więc stratę, czy krzywdę ponosi emitent w związku z czyjąś fałszerską działalnością? Czy stratą jest brak zarobku? Prawo mennicze należne władcy gwarantowało mu dochód z produkcji monet. Na monetach bitych przez fałszerza władca nie zarabiał.
A co władca tracił, kiedy pojawiał się fałszerz? Przede wszystkim prestiż. I to nie tylko z tego powodu, że ktoś inny uzurpował sobie prawa mennicze, ale też z powodu bardziej prozaicznego. Produkty fałszerza były zwykle (ale nie zawsze!) gorszej jakości od monety oficjalnej - fałszerz chciał zarobić jak najwięcej. Zła moneta w obiegu świadczyła o słabości władcy, a jeśli było jej dużo, destabilizowała rynek.

A jaką szkodę ponosi kolekcjoner nabywający falsyfikat zamiast oryginału? Dopóki nie próbuje takiej monety sprzedać jest z niej zadowolony, może nawet dumny, jeśli miała to być moneta rzadka i cenna. Jeśli działając w dobrej wierze (przecież ma oryginał) sprzeda ją innemu kolekcjonerowi (jako oryginał), to może nawet na tym finansowo zyskać. Wymierną stratę materialną poniesie, gdy przy próbie sprzedaży okaże się, że to nie oryginał, tylko nic nie warta blaszka. Albo kawałek srebra czy złota, tyle, że nie zabytkowy, a całkiem świeżej produkcji (wtedy materialna strata może być trochę mniejsza).

A idąc trochę dalej. Czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale nie w ramach normalnej produkcji, tylko z materiału będącego własnością pracownika mennicy, to fałszerstwo, czy nie? Albo, czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale na krążku z niewłaściwego metalu, albo w sposób odbiegający od normatywnego - fałszerstwo to, czy nie fałszerstwo? A jeśli fałszerstwo, to na czyją szkodę? Emitenta? Przecież taki "rarytas" nie został  wyprodukowany po to, by płacić nim w sklepie za towary albo za usługi. Fakt, prestiż emitenta cierpi. Może są naruszane jakieś regulacje obowiązujące w mennicy, ale strata materialna mennicy ogranicza się do znikomej wartości użytego metalu i do zużycia maszyn i stempli.
A jaką szkodę ponosi kolekcjoner kupujący taki wyrób? Materialnej szkody zazwyczaj nie doświadcza. Jeśli jest to "kolekcjoner" (czytaj handlarz), to wręcz przeciwnie, może nieźle zarobić, Stratę odnotuje, jeżeli okaże się, że na skutek normalnych zjawisk rynkowych (prawa popytu i podaży) rynkowa wartość obiektu spadnie poniżej ceny zakupu. Albo...
jeżeli w ramach śledztwa w sprawie stwierdzonych w mennicy nieprawidłowości zostanie włączony w grono osób podejrzanych.
Tylko podejrzanych o co? O wprowadzanie fałszywej monety do obiegu? O paserstwo (kupił przedmiot pochodzący z przestępstwa)? O naruszenie przepisów skarbowych (bo nie płacił podatku od zysków z handlu monetami kolekcjonerskimi)?

Moje opinie w tym zakresie są jasne i od lat niezmienne.

Produkcja monet obiegowych w celu wprowadzenia do obrotu rynkowego to przestępstwo. I to akurat powinno być przyjmowane jako prawda obiektywna.

Włączanie do kolekcji takich monet może w pewnych przypadkach narazić kolekcjonera na kłopoty, bo zgodnie z prawem fałszywe pieniądze powinny być zgłaszane w banku albo na policji. W instrukcji opublikowanej na stronie NBP mowa co prawda tylko o banknotach, ale w stosunku do monet obowiązują te same zasady. W pracy Mańkowskiego jest taki akapit:
Zanim przystąpimy do właściwego naszego tematu, musimy wspomnieć chociaż w krótkości o fałszowaniu współczesnem monet w obiegu będących. Plaga ta jest bardzo starą i do dnia dzisiejszego nie wykorzenioną. Pomimo groźby i wykonania najsroższych kar za udowodnione fałszerstwo i nieprawne bicie monet, spotykamy w każdej epoce liczne dowody tych oszustw. To też każdy większy zbiór posiada i dla porównania posiadać powinien obok monet prawnie bitych i okazy współczesne fałszowane. 
Oczywiście określenie "okazy współczesne fałszowane", to nic innego, tylko monety, które dziś nazywamy raczej fałszerstwami z epoki.

Monety produkowane w mennicach (niezależnie od tego, czy oficjalnie i legalnie, czy nieoficjalnie i nielegalnie (?)) nie w celu wprowadzenia do rzeczywistego obiegu pieniężnego, tylko w celu sprzedaży kolekcjonerom, nie są monetami, a obiektami metaloplastycznymi.
Choćby narodziny ich były usankcjonowane stosownymi rozporządzeniami odpowiednich władz opatrzonymi czternastoma pieczęciami w siedmiu kolorach tęczy.

To z kolei pozostaje wyłącznie opinią. Moją i mam nadzieję, że nie tylko moją, ale opinią, a nie prawdą obiektywną.  Nie przeczę, że te wyroby mogą być przedmiotem kolekcjonerstwa (tak jak nie przymierzając etykiety zapałczane, albo "gołe baby", o których kiedyś śpiewał Kazik Staszewski). Nie zamierzam zaprzeczać rzeczywistości - te wyroby mają szerokie grono miłośników gotowych płacić za nie bardzo duże kwoty. Ale...

... kolejny powrót do pierwszego akapitu - kiedy ja mówię o monetach, to niekoniecznie mam na myśli to samo, co kolekcjoner "dukatów lokalnych" albo "lustrzanek" emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

To ostatni tegoroczny wpis na moim blogu. Życzę Wam kolekcjonerskich radości i sukcesów w roku następnym.

I niekolekcjonerskich też.

P.S.
Wpis bez zdjęcia? Nie może być!
Patrzcie, jakie cacko ostatnio kupiłem
Tak, kupiłem monetę "w gradingu". Za całych 17 złotych, w tym przesyłka. Taki rarytas, za tak niewielkie pieniądze! Jeszcze o nim napiszę, ale już w styczniu 2015 roku.

P.P.S
Tytuł "Co jest czym czego" ukradłem z małej książeczki "Wstęp do imagineskopii", o której już na blogu wspominałem. Szczerze polecam, może spis treści Was zachęci.