Google Website Translator Gadget

niedziela, 19 października 2014

Gdzie Rzym, gdzie Krym...

Gdzie Toruń, gdzie Kraków.
IX edycja Toruńskich Warsztatów Numizmatyki Antycznej odbyła się w...
Krakowie.
Tym razem udało mi się wziąć udział. Tylko w drugim dniu, ale i tak się cieszę.
Po małych przetasowaniach, program drugiego dnia warsztatów wyglądał tak:
18 października
  • od godz. 9.00 do 10.00 indywidualne zwiedzenie ekspozycji monet w Pałacu Czapskich
    Zupełnie inaczej ogląda się wystawę w towarzystwie ludzi dzielących się wiedzą o monetach i ich historii. Trudno o lepszych przewodników.
  • „Mennictwo starożytnej Licii przed podbojem Aleksandra Wielkiego" - J. Bodzek
    Temat daleki od moich zainteresowań, ale bardzo ciekawy, choćby ze względu na kwestie związane z identyfikacją mennic na podstawie charakterystycznych cech stylu portretów i wyobrażeń z rewersów monet. Swoją drogą niebywała różnorodność wyobrażeń - trudno czasem uwierzyć, że kolejne monety przedstawiały tę samą osobę.
     
  • „Mennictwo Olbii Pontyjskiej” - J. Rakoczy
    Prezentacja monet Olbii - od brązowych "delfinków", grotów/rybek i as grave. Do tego pasjonujący, żywy opis prac ekspedycji archeologicznej prowadzącej badania w zatopionej części miasta.
    Po wykładzie długa dyskusja o problemach wywoływanych przez nielegalne wykopaliska i przez próby wprowadzania monet fantazyjnych i fałszywych do obiegu naukowego i kolekcjonerskiego.
  • Panel dyskusyjny poświęcony aspektom prawnym związanym z numizmatyką - P. Groński
    W nawiązaniu do wykładu poprzedzającego - kwestia nielegalnych poszukiwań monet (i innych zabytków metalowych) przy użyciu wykrywaczy metali, z porównaniem zagranicznych systemów prawnych. Zagrożenia dla kolekcjonerów - paserstwo świadome i nieświadome - dokumentujcie swoje zakupy, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy możecie stanąć przed koniecznością udowodnienia, że wasza kolekcja nie składa się z monet uzyskanych drogą przestępstwa. Niestety praktyka jest taka, że to kolekcjoner musi wykazać swoją niewinność, a nie wymiar sprawiedliwości udowodnić jego winę.
    I do tego, nie mniej ważne sprawy podatkowe.
  • „Mennictwo Seleukidów - cz. 2.” - J. Bodzek
    Po wspólnym zdjęciu przed gmachem muzeum i przerwie obiadowej, kontynuacja wykładu z poprzedniej edycji TWNA.
  • „Rzymskie monety prowincjonalne jako źródła epigraficzne” - B. Awianowicz.
    Wykład ilustrowany nie tylko slajdami - omawiane monety można było obejrzeć na żywo. Nawet nie przez szybę gablotki. Bardzo ciekawe omówienie treści legend monet prowincjonalnych pod kątem językowym, gramatycznym i ortograficznym. Wykładowca udostępnił uczestnikom warsztatów bardzo pomocne materiały - "Jak czytać monety rzymskie okresu Republiki i Cesarstwa" kompendium głównych legend, skrótów oraz datowania.
Był więc i Rzym i Krym, i Toruń, i Kraków. Jestem bardzo zadowolony z prawie dziesięciu godzin spędzonych "u Czapskich". Myślę, że w przyszłym roku będę musiał się postarać i pojechać na następną edycję warsztatów do Torunia.

Oglądając zdjęcia ilustrujące wykład o mennictwie licyjskim, próbując doszukać się podobieństwa bardzo różnych twarzy na monetach jednego przecież władcy nie mogłem nie przypomnieć sobie o monetach znacznie, znacznie późniejszych.
Czekam teraz niecierpliwie na tego grosza
A razem ze mną czekają koledzy:
 
To podobno też ten sam władca.

środa, 8 października 2014

Fachowa robota. Prawie...

Kupiłem sobie monetę z dziurką.

Opisaną, jako falsyfikat z epoki.

Dziurka, jako taka, nie jest w tym przypadku niczym niezwykłym. Zjawisko uniemożliwiania ponownego wprowadzenia do obiegu monet, które uznano za fałszywe znane jest od stuleci.

Podobnie postępowano w Polsce w okresie międzywojennym.

Perforowano nie tylko falsyfikaty. Po rozpoczęciu niemieckiej okupacji, na ziemiach wcielonych do Rzeszy natychmiast wycofano polskie pieniądze. Obowiązywała tam waluta niemiecka. Dla Generalnego Gubernatorstwa
przewidziano coś w rodzaju ograniczonej autonomii. Jednymi z jej przejawów było utworzenie Banku Emisyjnego w Polsce (Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora dla okupowanych polskich obszarów nr 14 z 23 grudnia 1939 r.) i zachowanie złotego, jako obowiązującej waluty. Bank Emisyjny uruchomiono 8 kwietnia 1940 r. Od razu rozpoczęto wymianę banknotów Banku Polskiego na banknoty Banku Emisyjnego (w relacji 1:1) i wycofywanie bilonu, który kierowano do przetopienia. Metal  zawarty w monetach był cennym surowcem dla przemysłu zbrojeniowego. W celu uniemożliwienia nielegalnego przekazywania wycofanych monet z powrotem do obiegu, unieważniano je w prasach walcowych lub perforowano.

Złotówka, którą odebrałem wczoraj na poczcie jest falsyfikatem bardzo ciekawym. Po pierwsze metrologia - średnica 25,2 mm, a więc ciut większa, od normatywnej. Mogło by to sugerować odlew, ale inne cechy świadczą o biciu stemplami.
Masa, zaledwie 5,46 g (norma, to 7,00 g!). Na dodatek całkowity brak reakcji na magnes, a przypominam, oryginalne złotówki 1929 bito w niklu, który jest przyciągany przez magnes.
Obejrzyjmy monetę dokładniej.
Awers, a właściwie jego fragment:
Mamy dwie możliwości. Albo fałszerz tłoczył stempel z matrycy i to na niej pojawiło się zdwojenie, albo wielokrotnie ściskał krążek między stemplami nie zachowując ich idealnego ułożenia i zdwojenie pojawiło się dopiero na monecie. Jak było, nie wiemy. Jeśli jednak ujawnią się inne egzemplarze z identycznym zdwojeniem, górę weźmie hipoteza pierwsza, co oznaczało by, że fałszerz (fałszerze?) miał sporą wiedzę i dobrze wyposażony warsztat.
O tym, że był niezłym fachowcem wiem już dzisiaj.
Porównajmy rewers z dobrze zachowanym oryginałem.
Rysunek rewersu złotówki z 1929 r. wbrew pozorom nie jest prosty do skopiowania. Wielość krzywizn utrudnia idealne odtworzenie rysunku. Stemple prawie na pewno powstały na bazie odlewów oryginalnej monety. Bardzo dobrych odlewów.

Zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie falsyfikat na szkodę kolekcjonerów, bo jak widać znaku mennicy na falsyfikacie nie ma. Tylko jaka jest szansa na to, że kolekcjoner polujący na białego kruka obiegowych monet II RP nie zauważy takiego niedoboru masy? Poza tym, wszystkie znane oryginały bez znaku mennicy nie mają żadnych zdwojeń. Co za dużo, to nie zdrowo. Taki nadmiar szczęścia powinien uruchomić alarm w głowie każdego kolekcjonera.

I ten otwór.
Nie zrobiono go przebijakiem, bo wygląda jak otwór wiercony pod śrubę ze stożkowym łbem. I tak chyba powstał - wlot rozwiercono wiertłem o większej średnicy. Po co? Może chodziło o uzyskanie możliwości lepszego podejrzenia struktury krążka. Taki sposób perforacji mógł mieć związek z badaniami kryminalistycznymi, a nie służyć do zwykłego unieważnienia falsyfikatu.

Jakby nie było, moneta ciekawa. I na dodatek falsyfikatu tego nominału jeszcze nie miałem. Okazało się, że konkurentów miałem niewielu i moneta trafiła do mojego zbioru.

Pisałem kiedyś o zagadkach dotyczących obiegowych monet PRL:
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-03
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-05
Temat pasjonujący, nic dziwnego, że sprowokował i inne osoby.
Bardzo żałuję, że nie znalazłem czasu na wyjazd do Łodzi  do Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego na wykład Pana Andrzeja Fąka "Powojenne monety obiegowe i okolicznościowe. Krótka lista wątpliwości". Zapoznałem się tylko z krótkim sprawozdaniem umieszczonym na stronie łódzkiego oddziału PTN http://lodz.ptn.pl/wyklad-02-10-2014/
Szkoda, że nie upowszechniło się jeszcze rejestrowanie takich wydarzeń i udostępnianie ich zainteresowanym, którzy z różnych powodów nie mogli uczestniczyć w nich osobiście.

niedziela, 28 września 2014

Oddam pomysł w dobre ręce.

Czasu naciągnąć się nie da. Można próbować (podobno), ale per saldo to się nie opłaca. Te chemikalia niestety mają skutki uboczne.
Naciągnąć się nie da, a tymczasem w głowie kiełkują pomysły, które wydają się niezłe.
Jeden z tych pomysłów spróbuję dziś "sprzedać". Tanio!

Zagrzebuję się coraz głębiej w pracę nad dwoma katalogami. Uznałem, że najwyższy czas sfinalizować temat miedziaków koronnych A3S. To jeden.
Kilka razy obiecałem, że w tym roku postaram się zrobić trzecie wydanie katalogu monet Królestwa Polskiego 1917-1918. To drugi.
Obydwa wymagają mnóstwa żmudnej pracy nad zgromadzonymi przez lata zdjęciami monet. Tu nie da się nic zautomatyzować, przyspieszyć, uprościć. A czasu do dyspozycji mam tyle, ile zostaje z każdej doby po odjęciu godzin snu, pracy na etacie (z dojazdem), prac domowych, zakupów i takich "niepotrzebnych" dodatków, jak życie rodzinne, spotkania ze znajomymi, książki, filmy, rower, bieganie. Parę innych pożeraczy czasu można by jeszcze znaleźć.

Na przykład korespondencja z innymi kolekcjonerami.
Jeden z nich poczuł potrzebę szczegółowego zajęcia się półtorakami Zygmunta III, na początek bitymi w Krakowie i poprosił o ocenę swoich pomysłów na opisanie i przedstawienie poszczególnych odmian i wariantów.
Pan Cezary oczywiście zna katalog półtoraków tworzony pod przewodnictwem Pana Góreckiego na forum TPZN
http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,3129.0.html
ale fakt, że ktoś tematem się już zajął, nie oznacza, że nie można zrobić tego w nieco odmienny sposób. Nawiasem mówiąc, katalog Góreckiego został niedawno uznany przez WCN za rzetelną literaturę źródłową
http://wcn.pl/archive/108922?q=108922&number=1
Z Panem Cezarym wymieniłem kilka emaili, pisząc, co w Jego katalogu mi odpowiada, a co zrobił bym inaczej. Jaki będzie efekt końcowy - czas pokaże.

Kolekcjonerzy, widząc niedoskonałości istniejącej literatury numizmatycznej coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce i przystępują do zapełniania luk w katalogach. Przykładów, oprócz powyższych, można znaleźć wiele. Zaczynając od stworzonego na cafe Allegro katalogu odmian 10-fenigówki gdańskiej z 1920 r. poprzez katalog odmian talarów R. Janke opublikowany w Przeglądzie NUmizmatycznym, na katalogach niżej podpisanego kończąc.
Autorzy przyjmują różne konwencje prezentowania materiału, różne systemy numeracji, różnie podchodzą do czysto technicznego problemu - przygotowywania ilustracji.

Jak już wspomniałem, ilustracje to bardzo pracochłonny etap opracowywania katalogu. Można oczywiście pójść na skróty i nie przejmować się tym, że na jednym zdjęciu awers jest po lewej, rewers po prawej, a na innym odwrotnie. Że jedne zdjęcia są jasne, inne ciemne, że mają różne rozdzielczości itp. W wyniku otrzymuje się niestety dzieło mało czytelne i po prostu nieestetyczne.
Jeśli zamiarem jest stworzenie katalogu czytelnego i łatwego "w obsłudze" trzeba się pogodzić z koniecznością poświęcenia masy czasu na obróbkę zdjęć - wycięcie zbędnego tła, ujednolicenie układu, rozdzielczości i wielkości zdjęć, ich jasności, kontrastowi itd.
Dobrym przykładem takiego podejścia do tworzenia katalogu jest dostępny (w części na razie) katalog szelągów Jana Kazimierza tworzony przez forumowicza z www.poszukiwanieskarbów.com - polecam lekturę dłuuuugiego wątku http://www.poszukiwanieskarbow.com/Forum/viewtopic.php?f=52&t=103301&hilit=boratynki+kolekcji
(by czytać, trzeba się zarejestrować na forum, ale warto!).

 Bardzo ważne jest, by z rozwojem katalogu - a to nieuniknione, gdy katalog jest szczegółowy - utrzymywać numerację. Jeśli chcemy, by katalog był traktowany poważnie, to po prostu konieczność.
A co zrobić, kiedy okaże się, że przyjęty system numeracji z czasem okazuje się po prostu zły (np. uniemożliwiając dodawanie nowych odkryć we właściwe miejsce)? Nie ma rady, trzeba się do błędu przyznać, konieczne zmiany wprowadzić i liczyć na zrozumienie ze strony użytkowników. 

A co z tytułowym "pomysłem w dobre ręce"? Już do tego dochodzę.
Dawno, dawno temu popełniłem tekst KATALOG IDEALNY.
Przeczytajcie, a potem wróćcie, by dokończyć czytanie tego wpisu.

Jesteście z powrotem? No to jedziemy dalej.
Przez jedenaście lat, które upłynęły od opublikowania zachęty do stworzenia katalogu idealnego utwierdziłem się w przekonaniu, że to pomysł dobry. W mojej niemałej biblioteczce numizmatycznej jest wiele katalogów. Znacznie więcej, niż wymieniłem w tamtym felietonie. Na dobrą sprawę, każdy jest inny. Z katalogów polskich najbardziej podobają mi się katalog trojaków T. Igera i katalog popularny Suchanka i Kurpiewskiego. Pierwszy, ze względu na bardzo czytelne przedstawienie wariantów napisowych i niezłe zdjęcia, drugi ze względu na zastosowanie układu nominałowo-chronologicznego, który spodobał mi się od momentu, kiedy dostałem pierwszy katalog Krausego.
Z katalogów obcych - wspomniany właśnie Krause (powód znacie) oraz "Red book" - o nim też kiedyś pisałem, i to nie raz:
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-01
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2006/2006-41

Biorąc z tych katalogów to, co najlepsze i korzystając z dostępnych dziś cyfrowych systemów dystrybucji publikacji można stworzyć rzeczywiście najlepszy na świecie katalog. Wtedy, w 2003 roku pomysł nie chwycił. Może teraz się powiedzie. Oddaję go za darmo. No prawie.
Zastrzegam sobie tylko prawo do bezpłatnej subskrypcji i miejsce w stopce redakcyjnej, jako autor pomysłu.

Reszta w Waszych rękach.

Byłbym zapomniał o ilustracji.
To jeden z najświeższych nabytków
Nieregularny placek, chyba ołowiany, ważący 5.38 grama. Gładki z jednej strony, na stronie drugiej ma awers pięćdziesięciogroszówki z 1923 r. Przypuszczam, że to próbny odlew z fałszerskiej formy. 50 groszy w latach 20-tych XX w. to był nominał, którego fałszowanie miało ekonomiczne uzasadnienie. Wystarczyło pokryć taki odlew warstewką jasnego metalu i ktoś nieostrożny mógł przyjąć go za dobrą monetę.


niedziela, 7 września 2014

A to co?

Po wakacjach mam wrażenie, że na Allegro jest coraz mniej ciekawych monet (przynajmniej dla mnie). A przecież kolekcja powinna się rozwijać. I co?

Chciejstwo!
Wypatrzyłem (i wygrałem) aukcję http://www.allegromat.pl/aukcja164346
Nadzieje rozbudziła moneta pierwsza od lewej w dolnym rzędzie.
Cóż tam może być pod herbami?
Monety dotarły. Okazało się, że...

jest tam H. Niestety. Niestety, bo to nic rzadkiego. Awers też typowy, AUGUSTUS i okrągła, pusta w środku brosza spinająca płaszcz.
Jest jednak coś, co sprawia, że z zakupu jestem zadowolony. Na zdjęciu pokazałem rzeczywisty układ awers/rewers - ta moneta to tzw. skrętka. Destrukt menniczy. A miedziaki Augusta III w zdecydowanej większości bito poprawnie - jeśli pominąć niecentryczne ułożenie krążka między stemplami.

"Nieszczęścia" podobno chodzą parami.
 Tym razem nie był to zakup przypadkowy. Monetę wystawiono, jako destrukt.
Awers wygląda na odbity poprawnie, ale rewers uderzono co najmniej dwa razy. Jak myślicie, czy można ustalić, który to rocznik?
Można, ale trzeba mieć do dyspozycji mnóstwo materiału porównawczego.
Cechy charakterystyczne:
  • W imieniu króla U (a nie V)
  • W legendzie rewersu dwukropki
  • Duża tarcza herbowa
Taka kombinacja pojawia się tylko raz (przynajmniej w materiale, który udało mi się zgromadzić) - w roczniku 1755.


A skoro mowa o zagadkach, to na bardzo interesującą trafiłem na cafe Allegro. Zagadka dotyczy takiego czegoś (zdjęcia z wątku na cafe):

 




Pomijając dziwne dywagacje językowe i mało związane z przedmiotem dyskusji, werdykt allegrowiczów sprowadził się do stwierdzenia, że to zwłoki jednogroszówki z 1923 r. - skutek potraktowania oryginalnej monety jakimś żrącym środkiem.

A rant? Dlaczego jego krawędzie nie poddały się chemikaliom? Nikt się nad tym nie zastanowił.
Po krótkiej korespondencji moneta trafiła tymczasowo w moje ręce. Zważyłem, zmierzyłem. Waży 1,4 grama zamiast 1,5 g; ma średnicę 14,5 mm zamiast 14,7 mm. To nie są duże odchyłki od parametrów emisji.

Jak się ma monetę w ręku, to łatwo można ją porównać z podobną. Porównywanie zdjęć wykonywanych przez różne osoby, różnym sprzętem,  w różnych warunkach nie zawsze się udaje. Ale ja mam na chwilę i tę zagadkę i monetę z własnej kolekcji.
Po zeskanowaniu i złożeniu w jeden obrazek mam
To coś nie powstało przez wytrawienie normalnej, obiegowej monety. Żadne chemikalia nie mogą zmienić w taki sposób kształtu liter. Na przykład O w GROSZ. A gdzie się podziało obrzeże? Pamiętajcie, że rant jest kanciasty, jak w dobrze zachowanej monecie. A tu,, na rewersie, dolny zawijas litery S dochodzi do samej krawędzi krążka. Na zwykłej monecie od krawędzi dzieli go wąski pasek tła i jakieś pół milimetra obrzeża. A przecież średnica jest tylko o 0,2 mm mniejsza.

Wniosek?
To nie zniszczona moneta obiegowa. To coś - żeton, szton do jakiejś gry, próba fałszerstwa (bezsensowna, ze względu na nominał) - wytworzono metodą odlewu (najprawdopodobniej).
Kiedy? Przez kogo? W jakim celu?
Na te pytania odpowiedzi nie znamy i pewnie bez pomocy dokumentów źródłowych nie poznamy.

Moneta (?) wraca do właściciela, a ja pozostaję z przekonaniem, że daleko nam jeszcze do pełnej wiedzy o pieniądzu nieodległych przecież czasów II Rzeczpospolitej. I z przestrogą, by nie ferować radykalnych wyroków bez zastanowienia.



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

IN TEMPESTATE SECVRITAS

Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. 
A oto zerwała się wielka burza na jeziorze,
tak, że fale zalewały łódź; On zaś spał.
Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc:
"Panie, ratuj, giniemy!" A On im rzekł:
"Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?"
Potem, powstawszy, zgromił wichry i jezioro,
i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni:
"Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne"
(Mt 8,23-27)
Zdarzenie opisane w ewangelii św. Mateusza przedstawiono na awersie medalu, którego rewers ukazuje świętego Jerzego zabijającego smoka.


Gdy zajmowałem się identyfikacją monet na forum e-numizmatyka.pl dość regularnie pojawiały się pytania o podobne "medale".
Standardowa odpowiedź brzmiała tak:
Medal - talizman podróżnych i żeglarzy. 
Napis "S. GEORGRJVS. EQUITUM PATRONUS." oznacza Święty Jerzy, patron rycerzy (jeźdźców), 
a "IN TEMPESTATE SECURITAS" - bezpieczeństwo w burzy (sztormie). 
Jest wiele wersji tego medalu, w brązie, srebrze, ołowiu, a nawet w złocie - w Kremnicy wybito kiedyś takie numizmaty o wadze 7 i 10 dukatów - uzyskują wysokie ceny: 
http://www.coinarchives.com/w/results.php?search=tempestate&s=0&results=100
Później dowiedzialem się, że w Kremnicy bito też złote egzemplarze o wadze 5 dukatów. Svatojiřská medaile z Kremnice 

Ciekawy wątek na temat tych medali-talizmanów był na cafe Allegro w 2005 r. - przepadł niestety podczas jednej z "ulepszających" modernizacji cafe.
 

Medale ze sceną uciszenia burzy na jeziorze Genezaret i świętym Jerzym przebijającym smoka kopią były szczególnie popularne w XVII i XVIII wieku, ale produkowano je aż do końca wieku XIX (a może nawet dłużej).
Miały chronić przed upadkiem z konia (na polu bitwy zwykle oznaczało to śmierć rycerza), przed pociskami z nieprzyjacielskiej broni, przed śmiercią w morskiej otchłani. Nic dziwnego, że płacono za nie pokaźne sumy. Zachowały się zapisy potwierdzające zakup srebrnych odbitek o wadze talara za kwoty sięgające 30 talarów!
Dziś ich rolę przejęły znacznie tańsze, a chyba równie skuteczne, medaliki ze świętym Krzysztofem.

W produkcji tych amuletów specjalizowała się mennica w Kremnicy. Podobne, ale z legendą ORA PRO NOBIS (módl się za nami) biła mennica w Mansfeld. W niemieckiej literaturze określa się je nazwą Georgstaler (talar Jerzego).
Bito je a częściej odlewano w różnej wielkości, z różnych metali, z uszkami. Detektoryści znajdują je dość często, zwykle ze śladami po uszkach albo po prostu z przebitym otworem, najczęściej znacznie brzydsze od tych z umieszczonych wyżej odnośników. 


Ten ze zdjęcia kupiłem na Allegro w 2008 r. można powiedzieć, że okazyjnie. Jest wielkości talara - ma 39 mm średnicy, ale waży 18,2 grama, a więc znacznie mniej od talara. Nie przypuszczam, by był srebrny ale to bez znaczenia. Podoba mi się i w zbiorze pozostał.

Chętnie natomiast pozbędę się innego egzemplarza:
http://monety.tictail.com/product/medalik-podrozny-in-tempestate-securitas
zlutowanego z dwóch blaszek z wytłoczonym rysunkiem. Też kiedyś miał uszko, może nawet był srebrzony. To późny wyrób, z końca XIX wieku albo nawet jeszcze nowszy.