Google Website Translator Gadget

poniedziałek, 6 marca 2017

Wiem, że nic nie wiem...

Świadom jestem, że macie już dość mojej obsesji (?), stałego wałkowania tematu miedziaków koronnych Augusta III. Też powoli zaczynam mieć już tego dość.
Pomijając sprawy poza numizmatyczne, bo i takie są na świecie, król August et consortes są głównymi winowajcami ostatnich zaniedbań na blogu. Z tym koniec. Blog to blog - musi żyć swoim życiem, a miedziaki Wettyna, swoim.
Zanim do tego dojdzie, podzielę się z Wami pewnymi przemyśleniami natury historycznej i ogólnej.

Wydawało mi się, że częściowo, bo częściowo, ale udało mi się uporządkować stan wiedzy o szelągach i groszach koronnych Augusta. Przypadek (Nie ma przypadków, Panie Doktorze!!!) sprawił, że poprzednie zdanie musiałem zacząć od "Wydawało mi się....".
A było to tak. Ktoś na forum internetowym zapytał o monetę, którą zdobył do swojej kolekcji; ktoś niezbyt dokładnie odpowiedział; zabrałem głos w dyskusji, przedstawiając swój punkt widzenia na pochodzenie tej monety na co odezwał się ktoś, kto ma na ten temat pogląd odmienny. Wywiązała się długa polemika, nie zawsze klarowna, bo pełna nieoczekiwanych zwrotów (by czytać dyskusje na tym forum, trzeba się zarejestrować - gwarantuję, że warto, nie tylko ze względu na wspomnianą polemikę). O ile mój adwersarz (Pozdrowienia!) zdaje się być całkiem pewny swoich tez, to mój aktualny pogląd na temat miejsca bicia miedziaków koronnych Augusta III sprowadza się do sokratejskiego "wiem, że nic nie wiem". No może nie całkiem nic, ale wiem, że nie wszystko, co wydawało mi się oczywiste, jest takim w rzeczywistości. Wszystko przez Wettynów z linii albertyńskiej.

Najpierw jeden z nich uznał, że władanie Saksonią i bycie jednym ze świeckich elektorów Świętego Cesarstwa Rzymskiego, to za mało. Skorzystał z okazji stworzonej przez wolną elekcję na polski tron i do bogatej i świetnie zorganizowanej Saksonii dodał wielką, żyzną Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Łatwo nie było, ale się udało i to do tego stopnia, że i jego syn zasiadł na polskim tronie. I po co im (i nam) to było?
Dziwne to było stulecie, ten wiek osiemnasty. Wiek oświecenia, wiek rozkwitu filozofii i nauk ścisłych, ale i wiek wielkich zmian na mapie świata, mapy Polski nie wyłączając. Mieli obaj Augustowie dość cyniczny stosunek do sprawowania rządów w Polsce. Ich działania sprowadzały się głównie do jak najsprawniejszego przysparzania sobie korzyści. Nie Saksonii, nie Polsce, tylko sobie. Nie można zaprzeczyć, że przy okazji oba kraje też wiele skorzystały. Największe profity osiągali jednak władcy i ich współpracownicy - jednostki, które w mniejszym lub większym stopniu wpłynęły na Historię.

Przedmiot mojego "sporu" z R. Janke to "zasługa" królewskiego oberministra Henryka Brühla, jego w pewnym okresie sekretarza Piotra Gartenberga, podskarbiego wielkiego koronnego Teodora Wessela i w końcu (co nie znaczy, że najmniej "zasłużonego") pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego. Najpierw August III ze swoim ministrem uruchomili produkcję miedzianego pieniądza dla Polski. Król złamał przyrzeczenie zapisane w Pacta Conventa, ale przecież nie takie przyrzeczenia łamano dla pieniędzy znacznie mniejszych i powodów błahszych. Gartenberg pierwotnie był tylko jednym z trybików tej operacji. Później, kiedy odpowiednio się już wzmocnił został może nie dyrygentem, ale na pewno wybitnym solistą. Cała trójka, panowie B. G. i W. robili co mogli aby i król miał korzyść z produkcji monety dla Polski i oni sami osiągali co najmniej takie same korzyści. Nie dość, że wpływali na ordynacje mennicze, że kontrolowali produkcję pieniądza w mennicach Saksonii, że dbali prośbą, groźbą i przekupstwem, by te pieniądze trafiały na polski rynek, to jeszcze według wszelkich znaków na Niebie i Ziemi, zorganizowali swoją prywatną mennicę w starostwie spiskim. 

Już to wystarczyłoby, żeby nie było łatwo ustalić gdzie, które monety bito. Żeby było jeszcze trudniej, swoje dołożył Fryderyk Wielki. W 1756 zaatakował Saksonię, wszczynając wojnę siedmioletnią. Wojna ogarnęła pawie całą Europę i za szyderstwo losu poczytać można, że Polsce największe straty poniosła nie z powodu działań militarnych, tylko przez bezprecedensowy, co do wielkości, zamach na jej system pieniężny. Wojenny bałagan sprawił, że tylko osoby bezpośrednio związane z produkcją spodlonego polskiego pieniądza wiedziały kto, gdzie, ile i jakie monety bił, dbając przy tym, by ta wiedza nigdy nie stała się zbyt powszechna. Wędrował personel mennic (ze swoimi narzędziami), wędrowały maszyny, gotowe stemple... W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, a czasem całkiem pewne, że monety z wszelkimi cechami charakterystycznymi dla pewnej mennicy okazują się produktami mennicy zupełnie innej. Stąd w polskiej literaturze numizmatycznej, od samego początku, od przełomu XVIII/XIX wieku tyle przekłamań i sprzecznych informacji o szelągach i groszach koronnych Augusta III. Stąd nasze dzisiejsze trudności w uporządkowaniu tematu.

Jak więc mamy się dziś w tym wszystkim połapać? Jak rozstrzygnąć, gdzie, co bito? Możemy tylko próbować, posiłkując się podobieństwami różnych wyrobów mennic i manierą rytowników stempli. Zawsze jednak bliżej temu będzie do intuicyjnych prób odgadnięcia rozwiązania zagadki niż do naukowej analizy. 

Może to, co napisałem wyglądać pesymistycznie, ale tak nie jest. Wykształcono mnie, wpajając zasadę, że z faktami się nie dyskutuje. Druga zasada jest nie mniej ważna (a może nawet ważniejsza) - trzeba umieć odróżnić fakty od ich interpretacji. Faktem jest na przykład, że pewne fragmenty dwóch różnych monet wyglądają identycznie. Interpretacją (wnioskiem) jest twierdzenie, że wobec tego monety te wybito w tej samej mennicy, albo, że stemple do nich wykonał ten sam człowiek, ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jedno nie musi pociągać za sobą drugiego i że możliwe są jeszcze inne interpretacje. Bytów oczywiście mnożyć nie należy i zwykle najbliższe prawdy jest rozstrzygnięcie najprostsze. Niestety i to może okazać się złudne, bo sytuacja w latach 1756-1763 zmieniała się, jak w kalejdoskopie, miasta i mennice przechodziły z rąk do rąk, a wszystkim rządziła żądza bogactwa. 

Jak bardzo by to pesymistycznie nie brzmiało, zapewniam, że książka, którą zacząłem pisać powstanie. Nie przedstawię w niej jednak jednej, jedynie słusznej prawdy objawionej, bo ani takiej nie poznałem, ani takiej ambicji nie mam. Pokażę różne punkty widzenia. Przedstawię ich uzasadnienia. Pokażę jak najwięcej odmian i wariantów szelągów i groszy trzymając się zasady, że informacje o nich muszą być potwierdzone w co najmniej dwóch źródłach. Nie uważam, że pokazanie gdzieś w internecie jednego zdjęcia dowodzi istnienia odmiany/wariantu.
Nawet tak niedoskonałe opracowanie będzie czymś lepszym, niż lekceważące pomijanie trudnego tematu, z jakim mamy do czynienia od dwustu pięćdziesięciu lat. 

Na dowód, że miedziaki Augusta III nie przesłoniły mi innych monet, pochwalę się świeżo kupionym szelągiem Zygmunta III
Szeląg ryski z 1612 roku z pełną datą na rewersie. Na awersie legenda kończy się bardzo nietypowo: RE POL. Takiego wariantu napisowego nie znalazłem w "nowym" Kopickim. Przy odmianie z pełną datą (nr 1386 R1) jest informacja, że istnieją odmiany, ale brak informacji o różnicach między nimi. Mała ciekawostka, a cieszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Printfriendly