Google Website Translator Gadget

środa, 4 lipca 2012

Ale upał!

Przedurlopowe lenistwo pogłębia się. Im wyżej pnie się słupek termometru za oknem, tym trudniej o mobilizację do pracy. Potrzebna jest bardzo, bardzo konkretna motywacja.
Na przykład kalendarz.

Rolnicy to znają. Pewne rzeczy trzeba zrobić w ściśle określonym terminie - nie wcześniej, nie później.

Ciąg dalszy za moment.
Po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem pokaźną porcję emaili sugerujących przeprofilowanie bloga "Zbierajmy monety". Na przykład na "Jedz smacznie i niezdrowo". Zmiany profilu nie planuję, ale od czasu do czasu jakieś kulinarne wtręty będą się pojawiać.

Ad rem.
Dwa tygodnie po świętym Janie to najwłaściwszy czas na Nocino di Modena.
Przepisów na ten likier jest tyle, ile orzechów na dorodnym drzewie. Mam swój. Wypróbowany.

Bierze się litr spirytusu 95% i 20 do 25 zielonych orzechów włoskich zbieranych między 24 czerwca (dzień św. Jana), a 10 lipca (muszą się łatwo kroić nożem).
Orzechy tniemy na ćwiartki uważając, żeby się przy tym nie upaprać. W najgorszym razie przez kilka dni będziemy mieli brązowe plamy na rękach i na tym wszystkim, na co tryśnie sok z krojonych orzechów.
Pokrojone orzechy zalewamy spirytusem. Dorzucamy ćwierć laski wanilii, ćwierć ćwierci laski cynamonu (nie proszek!) i kilka goździków. Zamykamy szczelnie i ustawiamy w ciepłym, ciemnym miejscu na 40 dni. Zawartość szybko ciemnieje. Co kilka dni trzeba naczyniem potrząsnąć, ale jak się nie potrząsa, to też dobrze wychodzi.

Po 40 dniach odcedzamy orzechy i przyprawy. Ekstrakt zlewamy z powrotem do naczynia.
Do rondelka wsypujemy 80 dkg cukru (a najlepiej pół kilograma i mały słoik miodu).  Wlewamy do tego 0,4 litra wody i mieszając podgrzewamy aż do momentu, kiedy syrop zacznie wrzeć, ale nie gotujemy!. Jak przestygnie, wlewamy do ekstraktu, mieszamy, zamykamy szczelnie i znów odstawiamy w ciemne, ciepłe miejsce.

Cierpliwość ćwiczymy mniej więcej do Bożego Narodzenia. Wtedy zlewany likier do butelek, korkujemy i …

Otwieramy w razie potrzeby, najlepiej w długie, zimowe wieczory, w dobrym towarzystwie. Uwaga, bo to mocne!

Pierwszy etap mam już za sobą. Słój dobrze się prezentuje. Zawartość będzie wykorzystywana między innymi do oblewania przyszłych, udanych zakupów numizmatycznych (które mam nadzieję nastapią).
Na razie udało mi się trafić jednogroszówkę z 1841 r.
Mocno wymęczona, ale to na prawdę rzadki gość na rynku.

Biblioteczka wzbogaciła się o "Numizmatykę sredniowieczną" Stanisława Suchodolskiego. Bardzo to ciekawa pozycja. Dokładniejszą lekturę zostawiam sobie na czas urlopu.

A ten już tuż, tuż.





3 komentarze:

  1. Może po zamoczeniu monety w orzechowym likierze, lepiej będzie widać tą jedynkę. ;-) Nakład 372,377 średnio rzadki, jednak zawsze jest ciężej znaleźć dobry stan monety o niskim i powszechnym nominale.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym nakładem to tak do końca nie ma pewności. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że liczby podawane jako nakład rocznika w rzeczywistości są liczbą monet WYDANYCH z mennicy, a nie wybitych w danym roku.
    Wśród tych 372,377 sztuk nie wszystkie musiały mieć rocznik 1841. Część mogła pochodzić z produkcji roku poprzedniego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze wiedzieć, dzięki.

    OdpowiedzUsuń

Printfriendly