Google Website Translator Gadget

sobota, 19 listopada 2011

Jakie piękne miasteczko.

Zapowiadałem relację za dwa, trzy dni - okazało się, że trzeba było czekać prawie tydzień. Będzie dużo do czytania i oglądania.

Po sfotografowaniu dworca i solidnym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie.
Postanowiłem zacząć od tego, na czym miasto wyrosło. Pierwsze kroki skierowałem więc na Hrádek.
Nazwa słusznie  kojarzy się z grodem (hradem). Budynek powstał pod koniec XIII wieku (pierwsza wzmianka pochodzi z 1312 r.) i stanowił część miejskich fortyfikacji. Bronił jednak nie tyle miasta, co bogactwa ukrytego pod nim. Miasto powstało nad bogatymi złożami rud srebra i pod koniec XIII wieku pochodziła stąd prawie jedna trzecia srebra wydobywanego w Europie.
Hrádek jest dziś siedzibą Czeskiego Muzeum Srebra, a jedną z muzealnych atrakcji jest spacer tunelami starej kopalni. Zwiedzający po nałożeniu kasków i ochronnych białych płaszczy płóciennych, zaopatrzeni w lampki górnicze prowadzeni są przez miasteczko (Podívejte se! Vypadají jako pochod Ku Klux Klanu!) do wejścia do kopalni. Najpierw trzeba zejść w dół po 160 metalowych schodach (Se otepluje - někde blízko je jádro Země), później przewodnik prowadzi do niewielkiej komory, w której niegdyś wydobywano rudę. Po drodze mija się wąziutkie i niskie boczne chodniki (pokonywać je można było tylko na czworaka lub czołgając się) i pionowe szyby prowadzące na niższe piętra kopalni. Pięter tych jest co najmniej sześć, a najniższe chodniki znajdują się ponad pół kilometra pod miastem. Niestety są do dziś zalane wodą i nie zostały przebadane ani udostępnione do zwiedzania. Po obejrzeniu miejsca wydobywania rudy, zwiedzający prowadzeni są przez 350-metrowy chodnik - dawną sztolnię odwadniającą.
W tym miejscu chodnik jest wyjątkowo szeroki i wysoki. Najniższe miejsce ma ledwo 120 cm wysokości, najwęższe 40 cm szerokości - nie wszyscy przejdą!
Nie wszystkim też podobała się kilkunastominutowa przerwa w podziemnej wędrówce. Przewodnik zarządził ją w wygodnym, dość szerokim korytarzu, gdzie można było nawet usiąść na drewnianych belkach obudowy. Zostaliśmy poproszeni o wyłączenie swoich lampek. Zapalona pozostała tylko lampka przewodnika i to mocno przysłonięta dłonią, tak by dawała światło przypominające światło dawane przez średniowieczne kaganki. Później, nie przerywając opowieści o pracy twórców kopalni, przewodnik zgasił swoją lampkę. Zapanowały absolutne ciemności. Włóczyłem się za młodu z kolegami po beskidzkich i jurajskich jaskiniach, więc nie zdziwiło mnie, że człowiek nie widzi własnej dłoni trzymanej tuż przed oczyma, ale niektóre osoby były tym mocno zdziwione. Po włączeniu lampek ruszyliśmy w dalszą drogę by po chwili wyjść spod ziemi i udać się przez miasto z powrotem do muzeum. Niestety nie dostałem zgody na fotografowanie w pomieszczeniach ekspozycyjnych.

Skoro jest srebro, to powinny być srebrne monety. Następnym miejscem, które odwiedziłem był vlašský dvůr (włoski dwór).
Nazwa zamku pochodzi od fachowców, których sprowadził Wacław II z Florencji i którzy z początkiem XIV wieku uruchomili w nim mennicę.
Funkcje zamku nie ograniczały się do mennicy. Zamek był jedną z siedzib królów czeskich. To tu odbyła się w 1471 r. koronacja Władysława II Jagiellończyka.
Jedną z pamiątek po Jagiellonie jest portal z literą W na nadprożu.
Poniżej znajduje się słabo widoczny dziś napis Noli me tangere (łac. nie dotykaj mnie!) - drzwi prowadzą do dawnego skarbca, w którym gromadzono produkcję mennicy.
A było to niemało monet, bo...
każde, zamurowane dziś wejście prowadziło do warsztatu mincerskiego, który wyglądał mniej więcej tak, jak na tej rekonstrukcji,
a każdy mincerz miał za zadanie wyprodukować co dzień dwa tysiące dobrze wybitych monet.
Szybki rachunek: 15 warsztatów x 6 dni w tygodniu x 2000 monet = 180.000 praskich groszy tygodniowo. Nieźle, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że monety bito na takich stanowiskach
Sympatyczna przewodniczka, która oprowadzała moją jednoosobową wycieczkę nie zgodziła się na fotografowanie we wnętrzu zamkowej kaplicy. Szkoda, bo to podobno jedyna średniowieczna kaplica z oryginalnym wyposażeniem z epoki - trzema pięknymi drewnianymi ołtarzami.
Po rozgrzaniu się przy pomocy horkej čokolády s Bailey´s ruszyłem ku następnym atrakcjom.
Największą z nich jest Chrám svaté Barbory
Główna fasada była w remoncie, a duża strzałka kierowała do bocznego wejścia. Po wykupieniu vstupenki upewniłem się, że można fotografować pouze bez blesku! i zacząłem zwiedzanie. Tym razem tak, jak najbardziej lubię - bez przewodnika.
Pierwsze kroki skierowałem ku najsłynniejszemu świętobarbarskiemu freskowi
przedstawiającemu bicie monety grubej (grosze - dwie osoby) i drobnej (parwusy - jedna osoba).
W tej samej bocznej nawie trafiłem na jeszcze jedną pamiątkę po naszym Władysławie
Wędrówka po wnętrzu kościoła i później, dookoła na zewnątrz zajęła mi prawie dwie godziny. Ale czy można się temu dziwić, skoro na każdym kroku, gdzie nie spojrzeć, pojawiają się cuda. Na przykład taki gargulec
Jeden z kilkudziesięciu (?), a nie zauważyłem dwóch identycznych!

Porządnie już zmęczony zacząłem rozglądać się za miejscem na dobry obiad. Jak już tydzień temu wspomniałem, uczciłem świętego Marcina pieczoną gęsią popitą miejscowym, czerwonym winem. Miejscowym, bo pochodzącym z winnicy leżącej tuż obok kościoła świętej Barbary.
Winnica poniżej kościoła św. Barbary.
Po lewej Kolegium Jezuickie, po prawej kościół św. Jakuba,
pomiędzy nimi Hrádek.

Powłóczyłem się jeszcze trochę uliczkami starego miasta upewniając się, że słusznie od roku 1995 r. jest ono razem z kościołem św. Barbary i kościołem klasztornym w dzielnicy Sedlec zapisane na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Rozglądałem się przy tym za miejscem, w którym mógłbym kupić sobie jakąś autentyczną numizmatyczną pamiątkę z wycieczki (żetony sprzedawane w automatach porozstawianych na całej starówce i kopie groszy praskich sprzedawane w muzeach już na wstępie postanowiłem zignorować). Może się źle rozglądałem, ale trafiłem na jeden tylko antykwariat oferujący monety. Niestety, jedynymi polskimi monetami były tylko srebrne dwustuzłotówki z 1974 r. Było kilkanaście habsburskich drobniaków ze śląskich mennic, ale te lepiej zachowane wyceniono zbyt moim zdaniem wysoko - np. 4500 koron (ponad 750 zł) za kłodzką trzykrajcarówkę Ferdynanda (jako króla Węgier) z 1627 r. - moneta rzadka, ale nie aż tak.

Powoli zbliżał się wieczór, a w plamach miałem jeszcze jeden interesujący obiekt.
Na zewnątrz wygląda typowo
ot zwykła kaplica cmentarna, no może ciut większa, niż inne. A w środku?
Cała niemal dekoracja kaplicy została wykonana z ludzkich kości. Również i ten herb rodu Schwarzenbergów z krukiem wydziobującym oko Turkowi (dla upamiętnienia zasług dla zwycięstwa nad Turcją). Może to i lepiej, że Sobieskiemu czegoś takiego do herbu nie dodali.
Kości, to szczątki kilkudziesięciu tysięcy ofiar epidemii dżumy z XIV wieku, wojen husyckich z XV wieku i wojny trzydziestoletniej.

Z kostnice Sedlec do mojego penzionu było niedaleko, więc nie przejmując się zapadającym zmrokiem pokonałem ją pieszo.

Następnego dnia ruszyłem na północ, w kierunku polskiej granicy. Na jednym z postojów (wpadła mi w oko sympatycznie wyglądająca vinotéka, z której wyszedłem z kilkoma butelkami Rulandského modrého - szczerze polecam!) przyszła mi do głowy myśl, że Borowice, z których mam odebrać żonę, leżą blisko Miedzianki, o której niedawno pisałem. Przeprogramowałem nawigację, i po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po wyjściu z samochodu zobaczyłem taki widok
Tyle zostało z rynku Kupferbergu.

A tak wyglądało to miejsce w tatach 20-tych XX wieku:

Pozostało trochę kilometrów krętymi, górskimi drogami o nawierzchni zdecydowanie gorszej, niż po południowej stronie granicy, później trochę więcej autostradą A4 (całkiem niezłą) i długi listopadowy weekend można było uznać za zakończony.

A jeśli ktoś spostrzegawczy wypatrzy na tak licznie pokazanych tu zdjęciach coś intrygującego, o czym nie wspomniałem, a wydaje się, że wspomnieć należało i pierwszy napisze o tym w komentarzu - dostanie nagrodę.

P.S.
Byłbym zapomniał. Czy już wiecie, jakie miasto odwiedziłem?
























TAK! To Kutna Hora. Warto się tam wybrać na kilka dni - jednodniowy pobyt, to stanowczo za mało.


6 komentarzy:

  1. W 1283 nastąpiła rezygnacja z regencji Ottona Brandenburskiego- Wacław II powrócił do Pragi, od tego roku aż do jego śmierci w 1305 bito grosze praskie Wacława II, takie jak widać na Pańskim zdjęciu.

    OdpowiedzUsuń
  2. To ważne, ale nie to jest przedmiotem mojego konkursu dla spostrzegawczych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zauważyłem,że zmieniła się fasada wieży kościółka w Miedziance.Dach został przebudowany.Może kościół nadal pełni swoją funkcję?

    OdpowiedzUsuń
  4. Na cmentarzu grób rodziny Chałupskich... O to chodziło?

    OdpowiedzUsuń
  5. Kościół w Miedziance rzeczywiście został przebudowany. Stąd zmiana w wyglądzie wieży. Pełni też funkcję sakralną.

    To jednak nadal nie jest odpowiedzią na moją zagadkę.

    OdpowiedzUsuń
  6. "Robert pisze...
    Na cmentarzu grób rodziny Chałupskich... O to chodziło?"

    Tak!
    Gratuluję spostrzegawczości.
    To było dla mnie mocne zaskoczenie. Co prawda przodkowie mojej babci przybyli do Polski z Czech, ale siłą rzeczy nosili inne nazwisko.
    Nic nie wiem o przodkach "po mieczu" pochodzących z Czech. Na pewno od początku XIX wieku nikt z nich w Czechach nie mieszkał.

    Proszę o podanie adresu, na który mam wysłać nagrodę (literatura numizmatyczna). Mój adres e-mail znajdzie Pan na https://sites.google.com/site/monetypolskie/

    OdpowiedzUsuń

Printfriendly