Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miedzianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miedzianka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 października 2013

Z MIEDZI KRAIOWEY

Kilka dni temu trafiło do mnie zdjęcie "monety" i prośba o jej zidentyfikowanie:
Rewers (na zdjęciu po lewej) wygląda, jak rewers trojaka Królestwa Polskiego z 1826 r. Zupełnie nie pasuje do niego awers z legendą MIEDZIANA GÓRA i herbem, który stylistycznie nie ma nic wspólnego z pierwszą połową XIX wieku.
Wniosek może być tylko jeden - to współczesny żeton bity w Miedzianej Górze.

Miedziana Góra, to dawna podkielecka wieś, dziś stanowiąca część kieleckiej aglomeracji. W pobliżu znajduje się tor wyścigów samochodowych. Nas najbardziej interesują związki miejscowości z działalnością menniczą.

Wszystkie polskie monety miedziane emitowane przed rokiem 1786 bito na krążkach z importowanego surowca. Albo sprowadzano miedź albo już gotowe miedziane krążki. Głównie z terenów dzisiejszej Słowacji i Węgier.
Polskie złoża miedzionośne w Górach Świętokrzyskich poznano znacznie wcześniej. Miedziana Góra, jako osiedle górnicze powstała pod koniec XVI wieku, jednak dopiero za panowania Stanisława Augusta zadecydowano o jej wykorzystaniu w charakterze dostawcy surowca do warszawskiej mennicy.
Podobno z kieleckich złóż pochodziła miedź, której użyto do pokrycia wawelskich dachów.

W roku 1782 powołano Komisję Kruszcową z siedzibą w Miedzianej Górze. Jej celem było poszukiwanie złóż rud metali, soli kamiennej i węgla. Rzeczpospolita utraciła część swoich złóż wskutek I rozbioru. Trzeba było znaleźć nowe dla zapewnienia dostaw surowców i dochodów dla skarbu. Komisja miała się również zajmować sprawami związanymi z produkcją pieniądza.

Pierwsze monety z legendą "Z MIEDZI KRAIOWEY", grosze i trojaki, wybito w roku 1786. Produkcja miedzi w podkieleckich kopalniach nie wystarczała do zaspokojenia potrzeb mennicy. Z polskiej miedzi wybito część jednogroszówek w latach 1786, 1787 i 1788 i część trojaków w latach 1786-1788 i 1791-1792. Nakładów nie znamy. Wiadomo tylko, że są to monety znacznie rzadsze od monet z tych roczników, na których umieszczono normalne legendy.

Stanisław August Poniatowski odwiedził Miedzianą Górę w roku 1787. Król żywo interesował się działalnością mennicy warszawskiej. Powstała przecież z jego inicjatywy.

Mennica warszawska wznowiła bicie groszy i trojaków "Z MIEDZI KRAIOWEY" w czasach Królestwa Polskiego. W latach 1822-1825 bito grosze
w latach 1826-1827 trojaki

Tym razem znamy nakłady tych monet. Grosze wybito w nakładach:
1822 - 2,7 miliona
1823 - 5,0 miliona
1824 - 5,4 miliona
1825 - 2,1 miliona
Nakład trojaków znamy dla rocznika 1826 - 569867 sztuk. Ile trojaków wybito w roku następnym nie wiemy, ale ilość ta nie mogła być bardzo różna od rocznika 1826 - częstości występowania są podobne.

Dziś Polska jest w czołówce światowych producentów miedzi. Nasze zasoby szacuje się na niecałych 30 milionów ton, a ich lokalizacja to nie Kielecczyzna lecz okolice Legnicy i Głogowa. Złoża miedzionośne występują i w innych rejonach (o dolnośląskiej Miedziance już kiedyś pisałem), lecz ich wielkość jest zbyt mała dla zapewnienia opłacalności eksploatacji.
Jednym z takich wyeksploatowanych złóż jest Miedzianka pod Chęcinami (niedaleko Kielc) - góra i niewielka wioska. Pierwsza wzmianka o złożach miedzi w Miedziance pochodzi z XV wieku. Poważne wydobycie rozpoczęto tam za czasów Zygmunta III Wazy. Trwało ono do wieku osiemnastego. Wydobycie z mocno wyeksploatowanego złoża próbował bezskutecznie wznowić Stanisław Staszic. Nowe złoże w tej okolicy zlokalizowano dopiero na początku XX wieku. Wyeksploatowali je w czasach I Wojny Światowej Austriacy. Miedź była potrzebna na frontach wielkiej wojny. Poszukiwania rud miedzi pod Chęcinami prowadzono jeszcze w początku lat 50-tych XX wieku. Zasoby okazały się zbyt małe dla uruchomienia wydobycia.
Dziś Góra Miedzianka to rezerwat przyrody, który przy okazji chroni pozostałości po pracach górniczych. W pobliżu znajduje się Muzeum Górnictwa Kruszcowego.

Okolice podchęcińskiej Miedzianki to miejsce akcji "Księgi urwisów", powieści zmarłego niedawno Edmunda Niziurskiego i miejsce, w którym kręcono plenerowe zdjęcia do opartego na książce filmu "Tajemnica dzikiego szybu".

sobota, 19 listopada 2011

Jakie piękne miasteczko.

Zapowiadałem relację za dwa, trzy dni - okazało się, że trzeba było czekać prawie tydzień. Będzie dużo do czytania i oglądania.

Po sfotografowaniu dworca i solidnym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie.
Postanowiłem zacząć od tego, na czym miasto wyrosło. Pierwsze kroki skierowałem więc na Hrádek.
Nazwa słusznie  kojarzy się z grodem (hradem). Budynek powstał pod koniec XIII wieku (pierwsza wzmianka pochodzi z 1312 r.) i stanowił część miejskich fortyfikacji. Bronił jednak nie tyle miasta, co bogactwa ukrytego pod nim. Miasto powstało nad bogatymi złożami rud srebra i pod koniec XIII wieku pochodziła stąd prawie jedna trzecia srebra wydobywanego w Europie.
Hrádek jest dziś siedzibą Czeskiego Muzeum Srebra, a jedną z muzealnych atrakcji jest spacer tunelami starej kopalni. Zwiedzający po nałożeniu kasków i ochronnych białych płaszczy płóciennych, zaopatrzeni w lampki górnicze prowadzeni są przez miasteczko (Podívejte se! Vypadají jako pochod Ku Klux Klanu!) do wejścia do kopalni. Najpierw trzeba zejść w dół po 160 metalowych schodach (Se otepluje - někde blízko je jádro Země), później przewodnik prowadzi do niewielkiej komory, w której niegdyś wydobywano rudę. Po drodze mija się wąziutkie i niskie boczne chodniki (pokonywać je można było tylko na czworaka lub czołgając się) i pionowe szyby prowadzące na niższe piętra kopalni. Pięter tych jest co najmniej sześć, a najniższe chodniki znajdują się ponad pół kilometra pod miastem. Niestety są do dziś zalane wodą i nie zostały przebadane ani udostępnione do zwiedzania. Po obejrzeniu miejsca wydobywania rudy, zwiedzający prowadzeni są przez 350-metrowy chodnik - dawną sztolnię odwadniającą.
W tym miejscu chodnik jest wyjątkowo szeroki i wysoki. Najniższe miejsce ma ledwo 120 cm wysokości, najwęższe 40 cm szerokości - nie wszyscy przejdą!
Nie wszystkim też podobała się kilkunastominutowa przerwa w podziemnej wędrówce. Przewodnik zarządził ją w wygodnym, dość szerokim korytarzu, gdzie można było nawet usiąść na drewnianych belkach obudowy. Zostaliśmy poproszeni o wyłączenie swoich lampek. Zapalona pozostała tylko lampka przewodnika i to mocno przysłonięta dłonią, tak by dawała światło przypominające światło dawane przez średniowieczne kaganki. Później, nie przerywając opowieści o pracy twórców kopalni, przewodnik zgasił swoją lampkę. Zapanowały absolutne ciemności. Włóczyłem się za młodu z kolegami po beskidzkich i jurajskich jaskiniach, więc nie zdziwiło mnie, że człowiek nie widzi własnej dłoni trzymanej tuż przed oczyma, ale niektóre osoby były tym mocno zdziwione. Po włączeniu lampek ruszyliśmy w dalszą drogę by po chwili wyjść spod ziemi i udać się przez miasto z powrotem do muzeum. Niestety nie dostałem zgody na fotografowanie w pomieszczeniach ekspozycyjnych.

Skoro jest srebro, to powinny być srebrne monety. Następnym miejscem, które odwiedziłem był vlašský dvůr (włoski dwór).
Nazwa zamku pochodzi od fachowców, których sprowadził Wacław II z Florencji i którzy z początkiem XIV wieku uruchomili w nim mennicę.
Funkcje zamku nie ograniczały się do mennicy. Zamek był jedną z siedzib królów czeskich. To tu odbyła się w 1471 r. koronacja Władysława II Jagiellończyka.
Jedną z pamiątek po Jagiellonie jest portal z literą W na nadprożu.
Poniżej znajduje się słabo widoczny dziś napis Noli me tangere (łac. nie dotykaj mnie!) - drzwi prowadzą do dawnego skarbca, w którym gromadzono produkcję mennicy.
A było to niemało monet, bo...
każde, zamurowane dziś wejście prowadziło do warsztatu mincerskiego, który wyglądał mniej więcej tak, jak na tej rekonstrukcji,
a każdy mincerz miał za zadanie wyprodukować co dzień dwa tysiące dobrze wybitych monet.
Szybki rachunek: 15 warsztatów x 6 dni w tygodniu x 2000 monet = 180.000 praskich groszy tygodniowo. Nieźle, zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę, że monety bito na takich stanowiskach
Sympatyczna przewodniczka, która oprowadzała moją jednoosobową wycieczkę nie zgodziła się na fotografowanie we wnętrzu zamkowej kaplicy. Szkoda, bo to podobno jedyna średniowieczna kaplica z oryginalnym wyposażeniem z epoki - trzema pięknymi drewnianymi ołtarzami.
Po rozgrzaniu się przy pomocy horkej čokolády s Bailey´s ruszyłem ku następnym atrakcjom.
Największą z nich jest Chrám svaté Barbory
Główna fasada była w remoncie, a duża strzałka kierowała do bocznego wejścia. Po wykupieniu vstupenki upewniłem się, że można fotografować pouze bez blesku! i zacząłem zwiedzanie. Tym razem tak, jak najbardziej lubię - bez przewodnika.
Pierwsze kroki skierowałem ku najsłynniejszemu świętobarbarskiemu freskowi
przedstawiającemu bicie monety grubej (grosze - dwie osoby) i drobnej (parwusy - jedna osoba).
W tej samej bocznej nawie trafiłem na jeszcze jedną pamiątkę po naszym Władysławie
Wędrówka po wnętrzu kościoła i później, dookoła na zewnątrz zajęła mi prawie dwie godziny. Ale czy można się temu dziwić, skoro na każdym kroku, gdzie nie spojrzeć, pojawiają się cuda. Na przykład taki gargulec
Jeden z kilkudziesięciu (?), a nie zauważyłem dwóch identycznych!

Porządnie już zmęczony zacząłem rozglądać się za miejscem na dobry obiad. Jak już tydzień temu wspomniałem, uczciłem świętego Marcina pieczoną gęsią popitą miejscowym, czerwonym winem. Miejscowym, bo pochodzącym z winnicy leżącej tuż obok kościoła świętej Barbary.
Winnica poniżej kościoła św. Barbary.
Po lewej Kolegium Jezuickie, po prawej kościół św. Jakuba,
pomiędzy nimi Hrádek.

Powłóczyłem się jeszcze trochę uliczkami starego miasta upewniając się, że słusznie od roku 1995 r. jest ono razem z kościołem św. Barbary i kościołem klasztornym w dzielnicy Sedlec zapisane na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Rozglądałem się przy tym za miejscem, w którym mógłbym kupić sobie jakąś autentyczną numizmatyczną pamiątkę z wycieczki (żetony sprzedawane w automatach porozstawianych na całej starówce i kopie groszy praskich sprzedawane w muzeach już na wstępie postanowiłem zignorować). Może się źle rozglądałem, ale trafiłem na jeden tylko antykwariat oferujący monety. Niestety, jedynymi polskimi monetami były tylko srebrne dwustuzłotówki z 1974 r. Było kilkanaście habsburskich drobniaków ze śląskich mennic, ale te lepiej zachowane wyceniono zbyt moim zdaniem wysoko - np. 4500 koron (ponad 750 zł) za kłodzką trzykrajcarówkę Ferdynanda (jako króla Węgier) z 1627 r. - moneta rzadka, ale nie aż tak.

Powoli zbliżał się wieczór, a w plamach miałem jeszcze jeden interesujący obiekt.
Na zewnątrz wygląda typowo
ot zwykła kaplica cmentarna, no może ciut większa, niż inne. A w środku?
Cała niemal dekoracja kaplicy została wykonana z ludzkich kości. Również i ten herb rodu Schwarzenbergów z krukiem wydziobującym oko Turkowi (dla upamiętnienia zasług dla zwycięstwa nad Turcją). Może to i lepiej, że Sobieskiemu czegoś takiego do herbu nie dodali.
Kości, to szczątki kilkudziesięciu tysięcy ofiar epidemii dżumy z XIV wieku, wojen husyckich z XV wieku i wojny trzydziestoletniej.

Z kostnice Sedlec do mojego penzionu było niedaleko, więc nie przejmując się zapadającym zmrokiem pokonałem ją pieszo.

Następnego dnia ruszyłem na północ, w kierunku polskiej granicy. Na jednym z postojów (wpadła mi w oko sympatycznie wyglądająca vinotéka, z której wyszedłem z kilkoma butelkami Rulandského modrého - szczerze polecam!) przyszła mi do głowy myśl, że Borowice, z których mam odebrać żonę, leżą blisko Miedzianki, o której niedawno pisałem. Przeprogramowałem nawigację, i po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów po wyjściu z samochodu zobaczyłem taki widok
Tyle zostało z rynku Kupferbergu.

A tak wyglądało to miejsce w tatach 20-tych XX wieku:

Pozostało trochę kilometrów krętymi, górskimi drogami o nawierzchni zdecydowanie gorszej, niż po południowej stronie granicy, później trochę więcej autostradą A4 (całkiem niezłą) i długi listopadowy weekend można było uznać za zakończony.

A jeśli ktoś spostrzegawczy wypatrzy na tak licznie pokazanych tu zdjęciach coś intrygującego, o czym nie wspomniałem, a wydaje się, że wspomnieć należało i pierwszy napisze o tym w komentarzu - dostanie nagrodę.

P.S.
Byłbym zapomniał. Czy już wiecie, jakie miasto odwiedziłem?
























TAK! To Kutna Hora. Warto się tam wybrać na kilka dni - jednodniowy pobyt, to stanowczo za mało.


sobota, 5 listopada 2011

Impuls 2, czyli...

na monetach świat się nie kończy.

Pisałem niedawno o zdarzających mi się czasem nieplanowanych zakupach. Nie dość, że bywają nieplanowane, to jeszcze czasem nie mają nic wspólnego z numizmatyką.

Kiedy wypatrzę jakąś potrzebną mi monetę, to zwykle sprawdzam, co też jeszcze ciekawego wystawia jej sprzedawca. W taki właśnie sposób trafiłem kiedyś na aukcję, na której sprzedawano taki wazonik

Zalicytowałem, bo spodobał mi się jego kształt, kolor, bo lubię wrzosy. Wygrałem.
Wazonik dotarł w całości, bardzo porządnie zapakowany. W naturze wygląda lepiej, niż wyglądał na zdjęciach w opisie aukcji. Wrzosy nie zajmują całej powierzchni wazonika. Po stronie przeciwnej jest pusto, tylko u góry jest napis - najprawdopodobniej nazwa miejscowości, z której pochodzi wazonik
KUPFERBERG

Przypuszczam, że na świecie jest wiele miejscowości noszących tę nazwę. Wydaje mi się jednak, że trafnie dopasowałem mój wazonik do jednej z nich, wyjątkowej pod każdym względem.

Było sobie kiedyś miasto, powiedzmy miasteczko. Kiedy Sudety należały do Prus, było to najmniejsze pruskie miasto. Na dodatek, jedno z kilku najwyżej położonych. Założono je w Rudawach Janowickich w wieku XII chyba, na wysokości przekraczającej 500 m n.p.m. Najpierw nazywało się Koppferberg, w XIX wieku stało się Kupferbergiem, a kiedy nie zmieniając lokalizacji, znalazło się w Polsce - zyskało nazwę Miedzianka, jednocześnie tracąc prawa miejskie i stając się wsią.

Kupferberg (pozostanę przy nazwie z mojego szkiełka) od początku związany był z górnictwem. Najpierw żelaza - złoża jego rud żelaza odkrył podobno w XII w. legendarny Laurentius Angelus.  Pierwszą pewną wzmianką o Kupferbergu jest zapis w kronice Johannesa Kaufmanna mówiący, że przed rokiem 1311 właścicielem okolicy był Conrad Bavarus. Wydobywano tam wówczas również i srebro.
W roku 1512 Kupferberg kupił Hans Dippold von Burghaus, który zainwestował w wydobycie miedzi, której złoża odkryto przy okazji wydobycia srebra. Burghaus uzyskał od czeskiego króla Ludwika Jagiellończyka (tego od półgroszków świdnickich) dla Kupferberga prawa miasta górniczego.
Później miasto przeszło w ręce Justusa Decjusza, który był sekretarzem polskiego króla Zygmunta Starego.
Intensywna eksploatacja złóż miedzi spowodowała ich szybkie wyczerpanie. Kopalnie zamknięto, a nowi właściciele miasta - Hans i Franz Hellmannowie zbudowali przy potoku płynącym przez Kupferberg ługownie, w których wytwarzali witriol z materiału ze starych hałd. W tym przypadku witriol nie oznacza tzw. oleju szklanego, czyli stężonego kwasu siarkowego, lecz intensywnie niebieski, pięciowodny siarczan miedzi - „siny kamień”. Witriolu używano głównie jako barwnika w drukarstwie i farbiarstwie, ale też wykorzystywano jego własności grzybobójcze do konserwacji drewna.
Wojna trzydziestoletnia spowodowała czasowy upadek miasta. Górnictwo odradza się dopiero pod koniec XVII wieku. Następuje ponowny rozwój, którego podstawą jest eksploatacja starych chodników - zmiany ekonomiczne spowodowały, że znów stało się to opłacalne. Powstały też nowe kopalnie, ale znów okazało się, że złoża się wyczerpują i kopalnie trzeba zamykać.
Od połowy XIX wieku Kupferberg zaczął być znany jako miejscowość wypoczynkowa i tę funkcję pełnił aż do wybuchu II Wojny Światowej.
Myślę, że to właśnie z tego okresu pochodzi mój wazonik. O dokładniejsze datowanie się nie pokuszę, bo na szkle znam się niepomiernie słabiej, niż na monetach.

Po wojnie Sudety znalazły się w granicach Polski. Ludność Kupferberga wysiedlono do Niemiec, miejscowość przemianowano na Miedziankę i ustalono, że będzie miała status wsi.
Jej przekleństwem stała się inna substancja wydobywana z miejscowych kopalń. Chodzi o blendę uranową, którą wydobywano tam już w latach 90-tych XIX wieku. Po roku 1948 sudeckim uranem zainteresowała się Armia Czerwona. Uruchomiono wydobycie, a cały urobek (w sumie przeszło 500 ton) wywieziono do Związku Radzieckiego. Kopalnię zamknięto w 1953 roku.
Przeprowadzono jeszcze analizy możliwości kontynuowania wydobycia miedzi, ale ich wynik był negatywny. Elementem analizy był przegląd dawnej dokumentacji wyrobisk. Opisywała ona dwanaście poziomów starych chodników na głębokości do 220 m. Chodników było mnóstwo. Rozciągały się pod całym miastem. Powodowało to liczne szkody górnicze. Miasto, w którym było ponad 100 domów, kilka sklepów, działało kino, powoli niszczało. Budynki pękały, pojawiały się zapadliska i osuwiska ziemi. Prawdopodobnie już w latach 60-tych zadecydowano, że miasto zniknie z powierzchni ziemi. Najpierw wysadzono kościół ewangelicki. Później wydano zakaz  konserwacji budynków - w „gospodarce” socjalistycznej było to możliwe, bo potrzebne materiały budowlane można było kupić wyłącznie na podstawie specjalnych przydziałów zatwierdzanych przez „władzę”.
Na początku lat 70-tych nakazano wysiedlenie mieszkańców. Planowano całkowite zniszczenie wszystkich budynków, ale tak, jak to wtedy bywało, plany zrealizowano niezbyt dokładnie. Pozostała jedna z kamienic - ostatni relikt zabudowy miejskiego rynku (dawna gospoda Schwarzer Adler). Pozostał kościół św. Jana Chrzciciela. Pozostały resztki ruin i o dziwo, nie widać nowych zmian terenu, które miały nieuchronnie powstać na skutek szkód górniczych.




Wazonik stoi na półce i cieszy oko, a przypomniała mi o nim niedawno poranna audycja Michała Nogasia w III programie Polskiego Radia. Audycja poświęcona książce Filipa Springera „Miedzianka. Historia znikania". Wygląda na to, że znów trzeba będzie odwiedzić księgarnię.

Printfriendly