Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMB. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 listopada 2015

DMB

W lutym tego roku pisałem o niespodziankach. Bilet
kupiłem tak szybko, jak było to możliwe. Ośmiomiesięczne oczekiwanie ciągnęło się niemiłosiernie ale w końcu dobiegło do końca. Trasę Sosnowiec Gdańsk pokonaliśmy w siedem godzin, pomimo drobnego nieporozumienia z nawigacją (w Łodzi oczywiście). Obiad (palce lizać), kwadrans przebijania się przez korki i już można było zająć wybrane miejsca. Gdzieś tu:
Na koncertach zdjęć nie robię. Koncert, to koncert. Trzeba słuchać, rejestrować w pamięci muzykę, nastrój sali. Jeden strzał "aparatem" wbudowanym w zabawkę, którą mam już prawie cztery lata jednak zrobiłem.
Na zdjęciu niewiele widać szczegółów, ale na miejscu, na żywo było wspaniale. Koncert zaczął się z niewielkim opóźnieniem. Najpierw płyta zaintonowała tradycyjne (???) "Sto lat" budząc małe zaskoczenie zespołu, który zaraz potem ruszył "z kopyta" kawałkiem zatytułowanym "Don't drink the water". Jak u Hitchcocka - "Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". I rosło, choć był to koncert, a nie film. Kolejno słuchaliśmy:
#41,
When the World Ends,
Death on the High Seas,
Too Much,
Big Eyed Fish (zagrany pierwszy raz na tej trasie koncertowej),
Belly Belly Nice,
Crash Into Me,
What Would You Say (z przezabawną kreskówką wyświetlaną na ekranie za zespołem),
You Might Die Trying,
Why I Am,
You & Me,
Satellite,
Jimi Thing (17:26 długa, długa wersja z "pojedynkiem" trąbki i saksofonu) .
Koncert zakończyły "mrówki" - Ants Marching (poprzedzone wstępem "Shake Your Body")


Po krótkiej przerwie (niewiele odpoczął Carter Beauford, który przez znaczną jej część siał po sali pałeczkami) przyszła pora na obowiązkowe bisy:
najpierw Granny, później jeden z moich ulubionych kawałków - Two Step, oczywiście z piękną solówką Cartera, przeciągnięty prawie do siedemnastu minut. I kolejne pałeczki poszybowały na płytę i do bocznych sektorów. A potem zapaliły się światła, znak że więcej bisów nie będzie. Trudno.

Koncert nie tak długi, jak oczekiwałem. Czystej muzyki była jedna godzina, pięćdziesiąt osiem minut i czternaście sekund - nie odmierzałem stoperem, podaję za http://dmbalmanac.com. Wcześniejsze koncerty na tegorocznej europejskiej trasie trwały po prawie dwie i pół godziny. Wydaje mi się, że znam wytłumaczenie - Dave nie mógł nie zauważyć tego, co przeszkadzało słuchaczom - tym na płycie mniej, tym w sektorach bardziej. Przeszkadzało echo, pogłos. Coś, co nie ma prawa pojawić się w dobrze nagłośnionej sali. Nie byłem wcześniej na żadnym koncercie w Ergo Arena więc nie wiem, czy zawinili dźwiękowcy, czy po prostu w tej hali tak być musi (skłaniam się ku tej właśnie opcji).
Zespół znalazł receptę - nie wykonywał utworów balladowych, w których główną rolę gra głos wokalisty. Panowie postawili na dynamikę, ściana dźwięku skutecznie tłumiła niepożądane efekty, ale skutek musiał być taki, jaki był. Po dwóch godzinach tak intensywnego grania zespół nawet tak zaprawiony w bojach jak DMB musiał się zmęczyć.

Koncert znakomity - nie zepsuły tego ani czas trwania koncertu ani wady nagłośnienia. Poszukajcie w sieci zdjęć. Na znakomitej większości, na twarzach słuchaczy widać szerokie uśmiechy. Podtrzymuję to, co nie raz już tu pisałem - Dave Matthews Band to teraz najlepsza koncertowa kapela świata. Jeśli tylko znów pojawi się gdzieś w okolicy, znów pojadę ich posłuchać.

A na razie, czekając na nową płytę i na następne koncerty mogę sobie przypominać Gdańsk słuchając zapisu z koncertu. Zajrzyjcie na profil https://www.facebook.com/dmbpl i sprawdźcie sami.

PS.
Po powrocie z Gdańska przyniosłem z poczty cztery monety od trzech dostawców. Nieczęsto zdarza się tak ciekawy zestaw. Pochwalę się za dwa, trzy dni.
 

sobota, 22 czerwca 2013

Wolność.

O wolności można w nieskończoność: przygotujcie się na dłuższe czytanie.

Samych definicji jest multum. Która jest najlepsza, prawdziwa? I znów problem! Prawda - co jest prawdą? Jak by długo nie dyskutować, skończy się na wniosku, który można streścić trawestując Józefa Piłsudskiego "prawda jest jak dupa, każdy ma swoją". Wolność też. Czy wolność północnokoreańskiego nauczyciela była by wolnością i dla Was?

Lato zaatakowało bezpardonowo, upał zniechęca nie tylko do myślenia, a ja tu z takim filozoficznym tematem wyjeżdżam? Wszystko przez to, że człowiekowi coraz trudniej opędzić się od natłoku informacji. Dość skutecznie izoluję się od pseudopolityki hołubionej przez naszą dziennikażerię (copyright Stanisław Stupkiewicz sr Studio Opinii), ale nie mogę przecież całkowicie odciąć się od świata.
Najpierw usłyszałem w radio o odkrytym w jakiejś stodole fabrycznie nowym fiacie 126P. Ktoś go z jakichś tylko sobie wiadomych powodów ukrył, ktoś znalazł, ktoś od znalazcy odkupił i chce z zyskiem odsprzedać. Medialny szum spowodował, że samochód wystawiony na Allegro zaczęli licytować...
No właśnie, kto licytował? Głosy ilu osób były uczciwymi propozycjami kupna?
Aukcja błyskawicznie przekształciła się w cyrk. Oferowano tysiące, dziesiątki i setki tysięcy, miliony, w końcu miliard. Jawne kpiny. Zobaczcie przy ilu nickach jest niebieska ikonka teczki oznacza, że sprzedający jest użytkownikiem konta Firma, czyli zarejestrowanym przedsiębiorcą.

Wolność, poza wszystkim, jest też wolnością do robienia z siebie idioty i chama ale - na szczęście - nie jest wolnością od ponoszenia konsekwencji.
Pan "prlauto" sprzedający starego-nowego "malucha" szacował w wywiadach jego wartość na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Rozsądek podpowiada, by wpisać wszystkich licytujących powyżej stu tysięcy na czarną listę, zwłaszcza "przedsiębiorców". Niestety Allegro litościwie utajnia ich nicki. W regulaminie zapisano: "Dzięki temu nie są oni narażeni na otrzymywanie niechcianej korespondencji czy podszycie się przez kogoś pod sprzedawcę, żeby wyłudzić zapłatę za przedmiot.".
"Dzięki" temu nie są oni narażeni również na otrzymywanie ostrzeżeń, że moneta, na którą chcą wydać duże pieniądze jest ordynarnym falsyfikatem.

Dobrze, nie wszyscy wiedzą, kto zaszalał w licytacji fiacika. Teoretycznie wie to administracja Allegro, ale tylko dzięki temu, że była to aukcja.
Od tej chwili nie ma żadnych przeszkód by z premedytacją i bez konsekwencji zniszczyć dowolnie upatrzonego sprzedawcę wystawiającego swoje towary w opcji "kup teraz".
Od tej chwili, do czasu zniesienia tego wspaniałego "ułatwienia" nie wystawię na Allegro nic po cenie ustalonej - wyłącznie licytacje.

Nie wiem kto odpowiada za wybrany przez Allegro model biznesowy, ale gdybym był teraz "łowcą głów" albo przedsiębiorcą rekrutującym pracowników na stanowiska kierownicze, na wszelki wypadek wszystkie CV z informacjami o pracy na wysokich stanowiskach w Grupie Allegro przepuszczał bym przez niszczarkę.
Doprowadzenie jako-tako działającego serwisu aukcyjnego do stanu, w którym każdemu daje się wolność do bezkarnego działania na szkodę innych użytkowników serwisu, do stanu w którym trzeba RĘCZNIE odświeżać strony aukcji, RĘCZNIE wysyłać subskrybowane powiadomienia to arcymistrzostwo w lekceważeniu klientów.
No chyba, że to sukcesy jakiejś piątej kolumny. Ale żeby tego w porę nie zauważyć? Jednak niszczarka.

"Licytacja" malucha sprowokowała Allegro do błyskawicznego ruchu.
Pozostaje format "kup teraz", który udostępniono użytkownikom bez rejestracji. Jak się nie kręć, dupa z tyłu.

Swoją wolność do ograniczania ilości informacji atakujących ze wszystkich stron realizuję między innymi przez staranny wybór subskrypcji wiadomości. Ostatnio trafiło do mnie kilka nowinek z tegorocznej trasy koncertowej Dave Matthews Band (cały czas mam nadzieję, że grupa znów pojawi się w Europie). A że upał, przygotowałem sobie coś zimnego do sączenia i odpaliłem film podlinkowany w jednej z wiadomości.
A potem drugi
Improwizacja, to wolność; wolność, to improwizacja. Wolność, ale nie bez ograniczeń, nie taka swojska "a tera, jak kto czuje" i nie mickiewiczowska
"...szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele i? - jakoś to będzie !"

Od zawsze miałem słabość do muzyki improwizowanej. W październiku pamiętnego roku 1981 rzuciło mnie na dwa tygodnie do Warszawy. Firmowe szkolenie. Kto pamięta, wie jak było. Nic to, dwa tygodnie bez jedzenia (no prawie) wytrzymać można. Korzyści z tego wielorakie - nienaganna sylwetka, nadmiar pieniędzy... 
Pierwszego, czy drugiego dnia, widząc co się święci na froncie gastronomicznym zacząłem poszukiwania innych obiektów godnych moich pieniędzy. Nie trwały długo. Najpierw zobaczyłem plakat, morze plakatów, potem udałem się pod wskazany adres, ustawiłem w kolejce i po niezbyt długim staniu z cieńszym portfelem, ale z radością w sercu już wiedziałem gdzie spędzę kilka następnych wieczorów.
W niedzielę, 25 października ostatnim punktem koncertu (i festiwalu) był występ Billy Cobhama. Takiej perkusji się nie zapomina. Przed nim grał młody francuski skrzypek Didier Lockwood. Jeszcze nie tak sławny, jak później, ale już znakomity. Czy to przypadek, że w marcu 2005 r. panowie zagrali razem (w towarzystwie gitarzysty Johna Abercrombie i basisty Matsa Vindinga)?

Wolność. Piękna rzecz.
Kto bogatemu zabroni - pisałem niedawno. To, co działo się na tej aukcji mogę tłumaczyć sobie tylko upojeniem albo przegrzaniem zwojów. Czy wolno, czy powinno się zabraniać ludziom robienia głupstw, szkodzenia sobie? Może lepiej pozwolić swobodnie działać naturze - niech przeżyją najlepiej dostosowani, jak z Darwina wywodził Spencer. Sam nie wiem. Póki co dziwię się tylko, a to przecież niemało, bo jak pisał Jonasz Kofta.
I nic we mnie i nic koło mnie 
Kiedy się dziwić przestanę 
Kiedy się dziwić przestanę 
Będzie po mnie

Wolność. 
Nad południowo-zachodnim brzegiem jeziora Charzykowskiego góruje wzgórze Wolność. Między wzgórzem, a jeziorem jest osada o takiejż nazwie. A nazwa skąd? Osadników uwolniono na pewien czas od podatków. Wolność od danin miała umożliwić rozwój osady. W całej Polsce można znaleźć miejsca, których nazwy taki mają źródłosłów. 
Na Wolność nad Charzykowskim wybieram się za kilka tygodni. Jak co roku.

Na deser jeszcze jeden perkusista. Zanim to włączycie, przygotujcie sobie coś dobrego, wywieście kartkę "NIE PRZESZKADZAĆ!", siądźcie wygodnie  i słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie...

P.S.
Dawniej marzyliśmy, żeby muzycy ze świata przyjeżdżali do nas, do Polski. Teraz wystarczy, że pojawią się w Europie - wystarczy wsiąść w samochód, samolot, pociąg. Nie trzeba korzyć się przed "władzą", która pozwoli, albo nie pozwoli, "przydzieli dewizy" albo nie przydzieli (po idiotycznym kursie, dodajmy). Na razie, gdybym zechciał wysłuchać na żywo któregoś z tegorocznych koncertów DMB w ojczyźnie wolności musiał bym jeszcze zdecydować się na nierzadko upokarzającą procedurę wizową. Jest nadzieja, że niedługo i to się zmieni. A wtedy? Wtedy naszą wolność, jak i dziś, będą ograniczać tylko brak chęci, brak pieniędzy, brak zdrowia. 

P.P.S
Wolność, to prawo wyboru. Dobrze przy tym pamiętać o konsekwencjach.


sobota, 2 marca 2013

Mam w domu nowy komputer.

Dwa tygodnie temu napisałem, że za kilka dni (optymista, he, he) będę się mógł cieszyć nową zabawką. Poczta nierychliwa, ale spolegliwa (w pierwotnym, poprawnym znaczeniu), w końcu dostarczyła wymiętą  chińską (żółtą, a jakże) kopertę
a  w niej kartonowe pudełeczko, a w nim małe plastikowe "cóś" i kabelek. Odgrzebałem leżącą w zapomnieniu bezprzewodową myszkę, wcisnąłem moduł WiFi w odpowiednie gniazdo nowej zabawki, zabawkę w odpowiednie gniazdo telewizora. Jeszcze jeden kabelek - w tej roli wystąpiła ładowarka mojego telefonu i w rezultacie mamy coś takiego
Pozostało tylko włączyć telewizor i wybrać gniazdo HDMI jako źródło sygnału.
Ta mała chińska wtyczka, to po prostu komputer. Mały, ale może dużo. Specyfikacja wygląda tak:
To, co ma działać, działa. Przede wszystkim sklep Google z niezbędnymi programami. Działa WiFi - nowy maluch błyskawicznie wykrył wszystkie dostępne sieci, a po wpisaniu hasła połączył się z tą właściwą i uzyskał dostęp do zawartości udostępnionych folderów. Możemy przeglądać zapisane zdjęcia, słuchać muzyki, oglądać filmy.
Internet też jest w zasięgu ręki. Obsługa klawiatury ekranowej przy pomocy myszki nie jest taka straszna, jak mogło by się wydawać, pod warunkiem, że nie pisze się dłuższych tekstów. Do odpytywania wyszukiwarki wystarczy w zupełności.
Pierwszy wieczór z nową zabawką spędziłem na koncercie


Koncerty bandu Dave'a Matthewsa nie należą do krótkich - trzy godziny to norma. Muzyka - cudna, a fakt, że obraz jest na ekranie większym, niż ten przy którym teraz siedzę to główny plus nowej zabawki. Pisać też mógłbym przy jej pomocy, gdybym tylko miał bezprzewodową klawiaturę.

W wolnych chwilach poczytam sobie o możliwościach szerszego wykorzystania mojego nowego komputera (komputer, to brzmi dumnie). Muszę zaznajomić się bliżej z systemem Android, bo to on rządzi w MK809.
Na razie cieszę się, że nie muszę przeciągać kabla od komputera do telewizora gdy zachce mi się obejrzeć coś na większym ekranie. I że nie muszę później na ten kabel uważać przechodząc do kuchni po korkociąg do otwarcia butelki wina, która dodatkowo uprzyjemni wieczór.
Żeby jeszcze doba miała kilka godzin więcej...


środa, 15 czerwca 2011

Chyba się starzeję, albo przyjemności duże i małe.

Mój dziadek twierdził, że im dłużej żyje, tym bardziej podoba mu się świat i tym więcej rzeczy sprawia mu przyjemność. A żył długo.
Urodził się, kiedy jeszcze nie było radia, a telefony nie miały tarczy (ani tym bardziej klawiatury) do wybierania numerów. Kiedy bracia Wright wykonali pierwszy kontrolowany lot swoim samolotem (całe 12 sekund) Dziadek miał już prawie 10 lat. Później obejrzał z bliska dwie wojny światowe, a za pośrednictwem telewizji (którą wynaleziono w tzw. międzyczasie) przyglądał się między innymi temu, jak Neil Armstrong stawiał pierwszy krok na Księżycu.


Chyba się starzeję, bo podobnie jak Dziadek, coraz częściej łapię się na tym, że coś, na co wcześniej uwagi nie zwracałem, co było normalne i oczywiste, teraz wydaje mi się ważne i sprawia mi wiele radości.
Na przykład zieleń liści drzew na tle błękitu nieba. W tym roku znacznie intensywniejsza, niż w ubiegłym (przynajmniej tak mi się wydaje).
A kiedy patrzę na tę zieleń jadąc samochodem do pracy słuchając sobie niedawno kupionej płyty (a właściwie dwóch) "DMB Live at Wrigley Field", to przyjemność się potęguje.
Bardzo żałuję, że przegapiłem kiedyś możliwość wyjazdu na koncert Dave Matthews Band do Berlina. Prawie trzy godziny muzyki i to tej, pisanej przez M. Może następnej europejskiej trasy uda się nie przegapić.

A czy nie jest powodem do radości fakt , że koncert ulubionego zespołu odbywający się za zachodnią granicą nie oznacza żadnych dodatkowych problemów, poza koniecznością odbycia ciut dłuższej podróży, niż do Poznania, czy Warszawy?
Tylko, czy w Europie jest możliwe takie wykonanie "Jimi Thing", jak na Wrigley Field?
Nie wiecie o co chodzi? Poszukajcie nagrania i posłuchajcie - naprawdę warto.


A co z naszym ulubionym hobby? Ależ jak najlepiej, Panie i Panowie. Sezon ogórkowy - nie, nie ten w niemieckim, kulinarno-szpitalnym wydaniu - to znakomity czas na łowy. Na początek trafił do mnie taki denarek (albo pieniążek, jak woli prof. Paszkiewicz) Władysława Jagiełły.

Najpierw myślałem, że wbrew opisowi aukcji, to nie Jagiełło, tylko Zygmunt Stary - ta wygięta obręcz korony! Koledzy z cafe Allegro przekonali mnie, że to jednak Jagiełło, odmiana z trzema kółkami. I radość podwójna. Bo nowa moneta w zbiorze, bo jest miejsce, w którym można prosić o pomoc i ją dostać.

I najważniejsze. Jeszcze tylko miesiąc i znów, jak co roku przenosimy się na kilka tygodni w Bory Tucholskie. I jak się tu nie cieszyć.

Printfriendly