Zacznę od spraw okołokomputerowych, bo to dla gadżeciarzy wymarzone pole do popisu.
Komputer, to dla mnie przede wszystkim narzędzie pracy, a od narzędzi wymagam niezawodności i wygody w użytkowaniu. Potrzeba niezawodności skłoniła mnie do rozstania z systemami Microsoftu, potrzeba wygody trzyma mnie przy zwykłym "blaszaku". Mimo, że w pracy zawodowej używam też laptopów, do ich klawiatur przyzwyczaić się nijak nie mogę. Gadżeciarska żyłka odzywa się we mnie kiedy patrzę na coś takiego
Dla moich potrzeb wystarczające aż nadto. Miejsca na biurku nie zajmuje toto wcale (można przyczepić za monitorem) i jest bezgłośne - żadnych wiatraków! Zainteresowani? Brać, wybierać: https://system76.com/desktops/meerkat
Linuks na tym czuje się świetnie
- à propos Linuksa; Wzburzyłem się niedawno zmianą sposobu aktualizacji mojej dystrybucji (Netrunner). Wziąłem się nawet poważnie za poszukiwania rozsądnej alternatywy. Wstępnie padło na powrót do źródeł, czyli do Debiana ale jak to w życiu bywa, okazało się, że kiedy się człowiek z takim pomysłem prześpi, przechodzi ochota na radykalne zmiany. Pośpiech sprawdza się przy łapaniu pcheł, a nie przy podejmowaniu decyzji o daleko idących konsekwencjach. Osądźcie sami. Używam teraz Netrunnera w wersji 14 – Main Edition LTS Long Term Support, czyli wersji o długim, bo pięcioletnim okresie wsparcia. Do roku 2019 mam zagwarantowane konieczne poprawki bezpieczeństwa i aktualizacje podstawowego oprogramowania. Może nie błyszczy nowościami i wodotryskami, znaczną część pakietów gadżeciarze uznali by za przestarzałe ale system jest stabilny, wystarczająco szybki, bezpieczny i to mi w zupełności wystarcza.
Kiedy okres wsparcia się skończy, pomyślę o zmianie. Do roku 2019 wiele się zdarzyć może i nie ma sensu zastanawiać się na zapas nad nowym systemem. Może będzie to Debian (stable), może nowe wydanie Netrunnera (LTS oczywiście). Pewne nadzieje wiążę z wpisem na forum Netrunnera - może coś z tego wyniknie. Wiem jedno - pozostanę przy Linuksie.
Gadżeciarstwo, to dziś głównie smartfony i współpracujące z nimi zabawki. Moim telefonem też już się tu chwaliłem. Używam go nadal i nie przewiduję zmian w najbliższym czasie. Ładowarki używam raz na dziesięć dni, nie straszny mu upadek ani wywrotka na kajaku, a i przelew bankowy można na nim zrobić i pocztę sprawdzić. Ma moduł GPS dzięki któremu i dzięki doinstalowanemu programikowi TrekBuddy modę rejestrować wycieczki piesze, rowerowe, kajakowe itp. Póki działa nad zmianą zastanawiać się nie będę.
Skoro już o GPS mowa, to mam i nawigację samochodową. Też posuniętą w latach. Dawno, dawno temu atak gadżetomanii skłonił mnie do zakupu takiej zabawki
Taniego zakupu, bo urządzenie proste i na dodatek kupione w akcji kuponowej Gazety Wyborczej. Urządzenie ma preinstalowaną nawigację MapaMap, do której od początku miałem masę zastrzeżeń. Bez większego kłopotu znalazłem w sieci sposób na zmianę oprogramowania. Przez jakiś czas używałem Automapy ale o ile do jej funkcjonalności nie miałem uwag, to tryb aktualizacji (i jej koszty) podobały mi się mniej.
Kilka minut pracy z wyszukiwarką naprowadziło mnie na stronę MapFactor. Stosunek jakości do ceny znakomity - wersja Free :-)
Zamiast Hołowczyca jest syntetyczny "lektor", czasem trudno go zrozumieć, ale zawsze rzut oka na ekranik wyjaśnia wszystko. Mapy aktualizowane są co miesiąc i są to mapy całego świata - do wyboru do koloru. Ilość opcji wyznaczania tras nie poraża, ale to, co konieczne, jest - definiowanie "ulubionych" lokalizacji, wybór rodzajów dróg, wyznaczanie tras przez zadane punkty pośrednie (z możliwością automatycznego sortowania kolejności tych punktów). Jeżdżę i nie narzekam. Dzięki Navigator 14 stara nawigacja działa bez zarzutu.
A co z gadżeciarstwem numizmatycznym?
Praktycznie mnie nie dotyka. Interesuję się wyłącznie monetami obiegowymi. Lustrzanki, "dukaty" lokalne i podobna metaloplastyka to zupełnie nie moja bajka.
Monety przechowuję w papierowych kopertkach 5 x 5 cm ułożonych w drewnianych kasetach na slajdy (czy pamiętacie jeszcze, co to takiego?).
Wiele publikacji o monetach mam w postaci plików komputerowych, ale w dalszym ciągu większość biblioteki, to normalne, drukowane książki, katalogi i czasopisma (a może to forma gadżeciarstwa właśnie?). Może to i niewygodne,kiedy trzeba przekopywać się przez stertę książek kombinując przy tym "gdzie ja to widziałem?", ale za to jak wspaniale ćwiczy pamięć!
A skoro już przy monetach jesteśmy, to odkryłem dziś we własnym zbiorze coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Półgrosz litewski Aleksandra Jagiellończyka
Nie zauważyłem wcześniej, że w DVC LITVANIE zamiast C użyto odwróconej litery D. Mincerz nawet nie spróbował usunąć pionowej kreski by to D upodobnić do C.To jedno.
Druga interesująca rzecz to znaki przestankowe w legendach awersu i rewersu. Zobaczcie:
Po obu stronach monety mamy kombinację dwóch znaków, kółka i wygiętego klina (róg?). O ile mi wiadomo, żaden z autorów publikacji numizmatycznych nie zwrócił na to uwagi, a przecież nie są to kropki, kółka czy dwukropki - zwykłe znaki przestankowe, jakie spotykamy w legendach. Nawet bardzo drobiazgowy wykaz znaków menniczych, jaki E. Kopicki umieścił w części czwartej dziewiątego tomu swojego Katalogu Monet i Banknotów Polskich, wykaz w którym wśród znaków menniczych są pojedyncze kropki i kółka, tych znaków z półgroszków Aleksandra nie uwzględnia.
Warto by było poświęcić trochę czasu na zbadanie sprawy. Może uda się dopasować te znaki do konkretnej osoby?
Google Website Translator Gadget
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Netrunner OS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Netrunner OS. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 maja 2015
środa, 18 lutego 2015
Niespodzianki.
Najpierw przyjemne.
Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.
Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych. Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa" jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.
Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.
Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?
Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.
Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych. Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa" jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.
Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
http://ergoarena.pl/dave-matthews-band-raz-pierwszy-polsce-koncert-ergo-arenie-bilety-niespodzianka/
Pierwszy koncert w Polsce. Tanio nie jest, ale nie ma rady, trzeba będzie pojechać. Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
There is no upgrade path due to the many fundamental changes that come with Plasma 5.2Czyli jest problem. Albo, chcąc mieć zaktualizowany system, muszę go zainstalować od nowa i ręcznie dodać niezbędne mi programy (wielkim problemem by to nie było), albo chcąc mieć święty spokój, muszę pozostać przy obecnie zainstalowanej wersji. Ma być wspierana do 2019 r. więc to też nie było by wielkim problemem.
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.
Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?
poniedziałek, 2 lutego 2015
Kumulacja nudy.
Nie dość, że za oknem monotonnie do urzygania, to etapy dwóch równolegle trwających prac weszły w najmonotonniejsze i najnudniejsze fazy. Raz, uzupełnianie zdjęć monet do katalogu zbioru, dwa składanie w całość katalogu miedziaków Augusta III.
Kiedy wpisywałem w katalog zbioru drobne monety niemieckie z lat 1873-1945 (trudno i darmo, to de facto monety obiegowe ziem polskich), to jakoś brakło czasu na ich fotografowanie. Teraz się to mści, bo wygląda to tak:
Biorę kilka sztuk, układam na płycie skanera, uruchamiam program do jego obsługi
skanuję, otrzymany obraz wczytuję do GIMPa
wycinam poszczególne monety (na szczęście mają jednakową średnicę, więc raz utworzone zaznaczenie można wykorzystywać do kolejnych monet przesuwając je tylko z miejsca na miejsce).
Wycięty obraz monety trzeba teraz obrócić, bo prawidłowe ułożenie na szybie skanera udaje się raz na trzydzieści siedem przypadków (tak na oko). Do tego wykorzystuję plugin wyszukany kiedyś na stronie z dodatkami do GIMPa. Polega to na zaznaczeniu dwóch punktów (jak wiadomo, dwa punkty wyznaczają prostą) leżących na prostej, która powinna być pozioma, albo pionowa.
Teraz zamiast wywoływać plugin z menu, naciskam kombinację trzech klawiszy (Ctrl-Shift-O), którą do tej operacji przypisałem na stałe w konfiguracji GIMPa i otrzymuję pożądany wynik.
Jak widać, zaznaczenie ścieżki nie obraca się). Tak obrobione skany awersów i rewersów zapisuję w tymczasowym katalogu i uruchamiam w terminalu programik sklejający je parami.
Na koniec wklejam otrzymane obrazy w katalog.
Nudy na pudy, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Dawkuję więc sobie tę nudę małymi porcjami, nie więcej, niż tuzin dziennie i żeby nie zasnąć słucham przy okazji muzyki różnej i różniastej serwowanej przez Spotify.
A po uzupełnieniu kolejnego zestawu zdjęć, dla "rozrywki" biorę się za miedziaki króla grubasa.
Cudzysłów, bo tu też akurat faza monotonnych działań. Opracowanie bazuje na katalogu monet - odmian i wariantów. A tych jest "mnóstwo dużo". Znacznie więcej, niż znaleźć można w szczegółowych katalogach Czapskiego, Gumowskiego, Kahnta, Kurpiewskiego i Baumanna. Mam w tej chwili najpełniejszy chyba zbiór szelągów i groszy koronnych Augusta III (a i tak brak mi jeszcze kilkudziesięciu monet). I przyszła właśnie pora na montowanie tego katalogu. Zdjęcia obrobiłem już dawno, ale trzeba opakować je opisami, odnośnikami do wymienionych przed chwilą katalogów, uwagami o rzadkości występowania...
Z tymi odnośnikami do literatury nie zawsze jest łatwo. Zobaczcie na przykład fragment strony z artykułu "Gubin i jego mennice" napisanego przez M. Gumowskiego.
Ktoś się pomylił i po pierwsze, we wszystkich pięciu przypadkach napisał AUGUSTUS i zapisał jednakową formę litery N znajdującej się pod herbami. Trzeba teraz sprawdzić, co kryje się pod numerem 7842 u Czapskiego. Okazuje się, że jest to szeląg podobny do n-ru 2844 ale z imieniem AVGVSTVS i odwróconą literą N (jak cyryliczne I) pod herbami. Z kolei nr 2844 to szeląg taki jak nr 2803, tylko z datą 1753. A szeląg 2803 jest szelągiem takim jak 2796, tylko że z literą N. Z kolei szeląg 2796 ma być taki jak nr 2784 ale z AUGUSTUS z roku 1752 i literą A. I dochodzimy w końcu do szeląga 2784, czyli monety z AVGVSTVS z roku 1749, bez litery pod herbami.
Konstruowanie jasnego, przejrzystego katalogu okazuje się może mniej nudne, niż masowa obróbka zdjęć niewiele różniących się monet, ale jest bardzo uciążliwe i wymaga nieustannego skupienia. Nie można się obejść od karteczek ze strzałkami łączącymi kolejne numery z publikacji Czapskiego i Gumowskiego.
Mozół.
P.S.
Po poprzednim wpisie trafiła mi się fucha. Kolega (jak się okazuje, koledzy z pracy też zaglądają na mojego bloga, choć monetami się ie interesują) - ale nie ten, który sprowokował mnie do rozpisywania się o Linuksie - poprosił mnie o pomoc. Stwierdził, że jego komputer "zamula", że w odstępach półrocznych mniej więcej łapie jakąś zarazę, na którą jedynym lekarstwem jest stawianie systemu od nowa (Windows XP) i traci już do tego cierpliwość. Chciałby sprawdzić, czy to co napisałem o Linuksie to prawda.
Poczucie misji nie pozwoliło mi na odmowę.
Po wspomnianych reinstalacjach systemu kolega nabrał dobrego zwyczaju trzymania ważnych plików na osobnej partycji. Trzeba było przenieść na nią tylko kilka rzeczy, które nie wiadomo dlaczego zapisały się w "moje dokumenty" na dysku systemowym i wyeksportować zakładki Firefoxa. Z pocztą nie było problemu, bo kolega trzyma ją na serwerze, wystarczyło zapisać ustawienia konta.
Odpaliliśmy komputer z "gwizdka" USB, sesja Live Netrunnera uruchomiła się bezproblemowo. Pokazałem koledze jak to mniej więcej wygląda i zapytałem
- no i co, instalujemy?
- Raz kozie śmierć, instaluj. Jak mi się nie spodoba to chyba da się to sformatować i na nowo postawić Windowsa?
- Da się.
Po kliknięciu w ikonę uruchamiającą instalację Netrunnera na HDD podaliśmy niezbędne dane (język, strefa czasowa, nazwa użytkownika, hasła) i po niecałych dwudziestu minutach system poprosił o ponowne uruchomienie komputera.
Po około trzydziestu sekundach kolega zalogował się i zapytał:
- To co teraz? Sterowniki, edytor tekstu, Skype, jakiś program i kodeki do multimediów?
- Wszystko już jest. Na razie ustawię Ci tylko automatyczne montowanie partycji z Twoimi plikami. Jest sformatowana pod Windowsem, ale zostawimy ją na wszelki wypadek bez zmiany. Jak Ci się Linuks nie spodoba, to nie trzeba będzie znowu tego zmieniać. Trzeba tylko zaimportować zakładki Firefoxa, doinstalować rozszerzenia, ustawić pocztę. Jakby coś nie działało, to pomogę Ci poustawiać.
- Jak to jest? Jak formatowałem Windowsa, to musiałem wszystko na nowo instalować, pół dnia mi to zajmowało.
- Spróbuj. Tu jest menu do uruchamiania programów. Pobaw się.
Po pół godzinie żegnałem się z kolegą, który nie mógł się nadziwić. Libre Office czytał wszystkie pliki, które powinien, muzyka grała, filmy miały polskie napisy, Skype łączył z dźwiękiem i obrazem, logowanie do poczty poszło bez problemu.
Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Bo instalacja i uruchomienie w pełni funkcjonalnego, wyposażonego w niezbędne do pracy programy zajmuje niecałą godzinę.
Kiedy wpisywałem w katalog zbioru drobne monety niemieckie z lat 1873-1945 (trudno i darmo, to de facto monety obiegowe ziem polskich), to jakoś brakło czasu na ich fotografowanie. Teraz się to mści, bo wygląda to tak:
Biorę kilka sztuk, układam na płycie skanera, uruchamiam program do jego obsługi
skanuję, otrzymany obraz wczytuję do GIMPa
wycinam poszczególne monety (na szczęście mają jednakową średnicę, więc raz utworzone zaznaczenie można wykorzystywać do kolejnych monet przesuwając je tylko z miejsca na miejsce).
Wycięty obraz monety trzeba teraz obrócić, bo prawidłowe ułożenie na szybie skanera udaje się raz na trzydzieści siedem przypadków (tak na oko). Do tego wykorzystuję plugin wyszukany kiedyś na stronie z dodatkami do GIMPa. Polega to na zaznaczeniu dwóch punktów (jak wiadomo, dwa punkty wyznaczają prostą) leżących na prostej, która powinna być pozioma, albo pionowa.
Teraz zamiast wywoływać plugin z menu, naciskam kombinację trzech klawiszy (Ctrl-Shift-O), którą do tej operacji przypisałem na stałe w konfiguracji GIMPa i otrzymuję pożądany wynik.
Jak widać, zaznaczenie ścieżki nie obraca się). Tak obrobione skany awersów i rewersów zapisuję w tymczasowym katalogu i uruchamiam w terminalu programik sklejający je parami.
Na koniec wklejam otrzymane obrazy w katalog.
Nudy na pudy, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Dawkuję więc sobie tę nudę małymi porcjami, nie więcej, niż tuzin dziennie i żeby nie zasnąć słucham przy okazji muzyki różnej i różniastej serwowanej przez Spotify.
A po uzupełnieniu kolejnego zestawu zdjęć, dla "rozrywki" biorę się za miedziaki króla grubasa.
Cudzysłów, bo tu też akurat faza monotonnych działań. Opracowanie bazuje na katalogu monet - odmian i wariantów. A tych jest "mnóstwo dużo". Znacznie więcej, niż znaleźć można w szczegółowych katalogach Czapskiego, Gumowskiego, Kahnta, Kurpiewskiego i Baumanna. Mam w tej chwili najpełniejszy chyba zbiór szelągów i groszy koronnych Augusta III (a i tak brak mi jeszcze kilkudziesięciu monet). I przyszła właśnie pora na montowanie tego katalogu. Zdjęcia obrobiłem już dawno, ale trzeba opakować je opisami, odnośnikami do wymienionych przed chwilą katalogów, uwagami o rzadkości występowania...
Z tymi odnośnikami do literatury nie zawsze jest łatwo. Zobaczcie na przykład fragment strony z artykułu "Gubin i jego mennice" napisanego przez M. Gumowskiego.
Ktoś się pomylił i po pierwsze, we wszystkich pięciu przypadkach napisał AUGUSTUS i zapisał jednakową formę litery N znajdującej się pod herbami. Trzeba teraz sprawdzić, co kryje się pod numerem 7842 u Czapskiego. Okazuje się, że jest to szeląg podobny do n-ru 2844 ale z imieniem AVGVSTVS i odwróconą literą N (jak cyryliczne I) pod herbami. Z kolei nr 2844 to szeląg taki jak nr 2803, tylko z datą 1753. A szeląg 2803 jest szelągiem takim jak 2796, tylko że z literą N. Z kolei szeląg 2796 ma być taki jak nr 2784 ale z AUGUSTUS z roku 1752 i literą A. I dochodzimy w końcu do szeląga 2784, czyli monety z AVGVSTVS z roku 1749, bez litery pod herbami.
Konstruowanie jasnego, przejrzystego katalogu okazuje się może mniej nudne, niż masowa obróbka zdjęć niewiele różniących się monet, ale jest bardzo uciążliwe i wymaga nieustannego skupienia. Nie można się obejść od karteczek ze strzałkami łączącymi kolejne numery z publikacji Czapskiego i Gumowskiego.
Mozół.
P.S.
Po poprzednim wpisie trafiła mi się fucha. Kolega (jak się okazuje, koledzy z pracy też zaglądają na mojego bloga, choć monetami się ie interesują) - ale nie ten, który sprowokował mnie do rozpisywania się o Linuksie - poprosił mnie o pomoc. Stwierdził, że jego komputer "zamula", że w odstępach półrocznych mniej więcej łapie jakąś zarazę, na którą jedynym lekarstwem jest stawianie systemu od nowa (Windows XP) i traci już do tego cierpliwość. Chciałby sprawdzić, czy to co napisałem o Linuksie to prawda.
Poczucie misji nie pozwoliło mi na odmowę.
Po wspomnianych reinstalacjach systemu kolega nabrał dobrego zwyczaju trzymania ważnych plików na osobnej partycji. Trzeba było przenieść na nią tylko kilka rzeczy, które nie wiadomo dlaczego zapisały się w "moje dokumenty" na dysku systemowym i wyeksportować zakładki Firefoxa. Z pocztą nie było problemu, bo kolega trzyma ją na serwerze, wystarczyło zapisać ustawienia konta.
Odpaliliśmy komputer z "gwizdka" USB, sesja Live Netrunnera uruchomiła się bezproblemowo. Pokazałem koledze jak to mniej więcej wygląda i zapytałem
- no i co, instalujemy?
- Raz kozie śmierć, instaluj. Jak mi się nie spodoba to chyba da się to sformatować i na nowo postawić Windowsa?
- Da się.
Po kliknięciu w ikonę uruchamiającą instalację Netrunnera na HDD podaliśmy niezbędne dane (język, strefa czasowa, nazwa użytkownika, hasła) i po niecałych dwudziestu minutach system poprosił o ponowne uruchomienie komputera.
Po około trzydziestu sekundach kolega zalogował się i zapytał:
- To co teraz? Sterowniki, edytor tekstu, Skype, jakiś program i kodeki do multimediów?
- Wszystko już jest. Na razie ustawię Ci tylko automatyczne montowanie partycji z Twoimi plikami. Jest sformatowana pod Windowsem, ale zostawimy ją na wszelki wypadek bez zmiany. Jak Ci się Linuks nie spodoba, to nie trzeba będzie znowu tego zmieniać. Trzeba tylko zaimportować zakładki Firefoxa, doinstalować rozszerzenia, ustawić pocztę. Jakby coś nie działało, to pomogę Ci poustawiać.
- Jak to jest? Jak formatowałem Windowsa, to musiałem wszystko na nowo instalować, pół dnia mi to zajmowało.
- Spróbuj. Tu jest menu do uruchamiania programów. Pobaw się.
Po pół godzinie żegnałem się z kolegą, który nie mógł się nadziwić. Libre Office czytał wszystkie pliki, które powinien, muzyka grała, filmy miały polskie napisy, Skype łączył z dźwiękiem i obrazem, logowanie do poczty poszło bez problemu.
Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Bo instalacja i uruchomienie w pełni funkcjonalnego, wyposażonego w niezbędne do pracy programy zajmuje niecałą godzinę.
Autor:
Zbierajmy monety
o
20:27
3
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
GIMP,
Linux,
Netrunner OS,
obróbka plików graficznych,
skanowanie monet
niedziela, 25 stycznia 2015
Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
zapytał mnie kolega z pracy (młodszy kolega, mam dzieci w jego wieku).
Czasu za wiele nie było, poopowiadałem coś o bezpieczeństwie, o łatwości aktualizacji oprogramowania i systemu, o swobodzie konfigurowania systemu itp. Rzecz jasna wspomniałem też o kosztach.
Trudno się odpowiada na takie pytania. Cóż ja mogę wiedzieć o motywacjach innych ludzi. Mogę tylko przypuszczać, że czasem ich motywacje są takie same, jak moje. Łatwiej mi odpowiedzieć, dlaczego ja używam Linuksa.
Swoje PC-ty zawsze składałem sam. Zaczynając od pierwszego, gdzieś około roku 1990. Bez twardego dysku, z systemem MS-DOS uruchamianym z dyskietki. Później rozbudowanym o HDD (całych 40 MB - po prostu rozpusta), kolorowy monitor i system Windows 3.11. Na początku nikt się specjalnie prawami autorskimi Microsoftu nie przejmował. Firmy oficjalnie kupowały i użytkowały składaki nie zastanawiając się nad jakimiś licencjami na system i inne programy. Ja też się tym nie przejmowałem.
Pierwszy raz spróbowałem zastąpić Windowsa Linuksem pod koniec lat 90-tych. To był Knoppix. Pierwsze koty za płoty. Software nie mógł dogadać się z hardware. Wróciłem do Windows (98). Później próbowałem jeszcze kilka razy, zwykle przy jakichś większych modernizacjach sprzętu. I tak trwało to do roku 2009. Wtedy przytrafiła mi się większa awaria. Padła płyta główna. Dość archaiczna, więc siłą rzeczy kupno nowej wywołało lawinę - wymagała innego zasilania - kupiłem nowy zasilacz. Trzeba było wymienić procesor, pamięć. Nawet mysz i klawiaturę, bo miały wtyczki których nie dało się wcisnąć w gniazda PS2. System i dane przeżyły - dysk HDD nie został uszkodzony. Cóż z tego, skoro system nie wstał. Nowa konfiguracja sprzętowa okazała się przeszkodą nie do pokonania. Włożyłem płytkę z pirackim XP-kiem do napędu i okazało się, że instalacja systemu od nowa też prosta nie będzie. Proces wieszał się w pewnym momencie; czarny ekran, a po restarcie informacja o braku systemu na dysku.
Sięgnąłem po płytkę z Ubuntu (kiedyś Canonical rozsyłał je za darmo, nie trzeba było nic ściągać i wypalać).
System uruchamiany z CD wystartował. Hardware został wykryty bezbłędnie, połączenie z siecią wystartowało, sprawdziłem, że mam dostęp do swoich danych na dysku. Decyzja nie mogła być inna. Na szczęście zawsze przestrzegałem zasady, że dane powinny być na innej partycji, niż system, więc nie było problemu z zastąpieniem starego systemu nowym. Na partycji systemowej, miejsce Windows XP zajęło Ubuntu, a dokładniej jego wersja z KDE, czyli Kubuntu. Mogłem pracować dalej.
Z czystej ciekawości sprawdziłem ile kosztowało by mnie zainstalowanie legalnej siódemki od Microsoftu. Wersja Home premium oznaczała konieczność wydania przeszło 350 złotych. W życiu! Dwa lata później za taką kwotę kupiłem dwa twarde dyski SATA po 500 GB każdy.
I tak już zostało. W moim PC nie ma śladu po MS Windows. Kubuntu zostało zastąpione najpierw przez PCLinux OS, później przez Netrunnera.
Dlaczego więc używam Linuksa?
Pewnie mógłbym jeszcze kilka innych powodów wymienić, ale te są najważniejsze. Bezpieczeństwo, wygoda, skuteczność, ekonomia. Czegóż chcieć więcej.
PS.
Cóż wart wpis bez grafiki.
Mój pulpit prezentuje się dziś tak:
Nie zaśmiecam go ikonami, i tak skryją się pod oknami uruchamianych programów. Nie skrywa się pasek widoczny po prawej. A na pasku są (od góry)
monitor sieci,
monitor systemu - obciążenie procesora, pamięci, pliku wymiany (mam mało RAMu),
monitor temperatury procesora,
ikony najczęściej uruchamianych programów (GIMP, Thunderbird, Krusader - dwupanelowy manager plików, Commence, Spotify, Opera),
wskaźnik powiadomień systemowych,
ikony programów i usług działających w tle (Dropbox, Skype, Mega, manager schowka, sterowanie audio),
zegar,
aktywator menu programów,
ikona wyłączania, uśpienia, wylogowania.
P.P.S.
Coś o monetach napiszę niebawem.
zapytał mnie kolega z pracy (młodszy kolega, mam dzieci w jego wieku).
Czasu za wiele nie było, poopowiadałem coś o bezpieczeństwie, o łatwości aktualizacji oprogramowania i systemu, o swobodzie konfigurowania systemu itp. Rzecz jasna wspomniałem też o kosztach.
Trudno się odpowiada na takie pytania. Cóż ja mogę wiedzieć o motywacjach innych ludzi. Mogę tylko przypuszczać, że czasem ich motywacje są takie same, jak moje. Łatwiej mi odpowiedzieć, dlaczego ja używam Linuksa.
Swoje PC-ty zawsze składałem sam. Zaczynając od pierwszego, gdzieś około roku 1990. Bez twardego dysku, z systemem MS-DOS uruchamianym z dyskietki. Później rozbudowanym o HDD (całych 40 MB - po prostu rozpusta), kolorowy monitor i system Windows 3.11. Na początku nikt się specjalnie prawami autorskimi Microsoftu nie przejmował. Firmy oficjalnie kupowały i użytkowały składaki nie zastanawiając się nad jakimiś licencjami na system i inne programy. Ja też się tym nie przejmowałem.
Pierwszy raz spróbowałem zastąpić Windowsa Linuksem pod koniec lat 90-tych. To był Knoppix. Pierwsze koty za płoty. Software nie mógł dogadać się z hardware. Wróciłem do Windows (98). Później próbowałem jeszcze kilka razy, zwykle przy jakichś większych modernizacjach sprzętu. I tak trwało to do roku 2009. Wtedy przytrafiła mi się większa awaria. Padła płyta główna. Dość archaiczna, więc siłą rzeczy kupno nowej wywołało lawinę - wymagała innego zasilania - kupiłem nowy zasilacz. Trzeba było wymienić procesor, pamięć. Nawet mysz i klawiaturę, bo miały wtyczki których nie dało się wcisnąć w gniazda PS2. System i dane przeżyły - dysk HDD nie został uszkodzony. Cóż z tego, skoro system nie wstał. Nowa konfiguracja sprzętowa okazała się przeszkodą nie do pokonania. Włożyłem płytkę z pirackim XP-kiem do napędu i okazało się, że instalacja systemu od nowa też prosta nie będzie. Proces wieszał się w pewnym momencie; czarny ekran, a po restarcie informacja o braku systemu na dysku.
Sięgnąłem po płytkę z Ubuntu (kiedyś Canonical rozsyłał je za darmo, nie trzeba było nic ściągać i wypalać).
System uruchamiany z CD wystartował. Hardware został wykryty bezbłędnie, połączenie z siecią wystartowało, sprawdziłem, że mam dostęp do swoich danych na dysku. Decyzja nie mogła być inna. Na szczęście zawsze przestrzegałem zasady, że dane powinny być na innej partycji, niż system, więc nie było problemu z zastąpieniem starego systemu nowym. Na partycji systemowej, miejsce Windows XP zajęło Ubuntu, a dokładniej jego wersja z KDE, czyli Kubuntu. Mogłem pracować dalej.
Z czystej ciekawości sprawdziłem ile kosztowało by mnie zainstalowanie legalnej siódemki od Microsoftu. Wersja Home premium oznaczała konieczność wydania przeszło 350 złotych. W życiu! Dwa lata później za taką kwotę kupiłem dwa twarde dyski SATA po 500 GB każdy.
I tak już zostało. W moim PC nie ma śladu po MS Windows. Kubuntu zostało zastąpione najpierw przez PCLinux OS, później przez Netrunnera.
Dlaczego więc używam Linuksa?
- Bo nie mam żadnych problemów z obsługą sprzętu, w tym skanera, bezprzewodowej myszki i klawiatury multimedialnej oraz kamerki internetowej.
- Bo Linuks jest bezpłatny, a do tej pory nawet mając legalny system Windows trzeba było płacić za przejście na nowe wydanie (z XP na Vistę, Seven, ósemkę; teraz podobno ma się to zmienić, pożyjemy zobaczymy).
- Bo bez problemu znajduję w repozytoriach potrzebne mi oprogramowanie, a kiedy je już zainstaluję, mam zapewnioną łatwą jego aktualizację bez dodatkowego wysiłku z mojej strony - pilnuje tego system.
- Bo Linuks jest bezpieczny, jeśli tylko przestrzega się w minimalnym stopniu zasad bezpieczeństwa - nie pracuj na koncie roota (administratora), nie korzystaj z niepewnych repozytoriów.
- Bo mam pełną swobodę w kształtowaniu środowiska pracy.
- Bo gdy chcę myszką ściszyć lub pogłośnić dźwięk, to wystarczy, że pokręcę kółkiem myszy na ikonie programu za to odpowiadającego. Nie muszę klikać i poruszać suwakiem.
- Bo mnóstwo rzeczy mogę wykonać łatwo i szybko używając terminala (konsoli). W odwiecznym sporze Windowsowców z Linuksiarzami, argumentem tych pierwszych przeciwko Linuksowi jest konieczność używania terminala. Rzecz w tym, że to nie konieczność - tzw. zwykły użytkownik wyklika wszystko, co mu potrzebne. A okazuje się, że czasem klikanie jest trudniejsze od użycia terminala. Pisałem kiedyś, jak używając terminala mogę bez użycia okienkowego programu graficznego sklejać w całość zdjęcia awersu i rewersu monety. A kiedy takich par awers-rewers mam kilka? Pisze się program w języku terminala. Program, to duże słowo. Zakładając, że zdjęcia awersów i rewersów są w katalogu Dokumenty wystarczy coś takiego:
for i in `seq -w 1 $1`
do
montage -geometry 1200 ~/Dokumenty/$i'aa'.jpg ~/Dokumenty/$i'a'.jpg ~/Dokumenty/$i.jpg
done
Ot i cały program. Zdjęcia są sprowadzane do jednakowych rozmiarów (1200 x 1200 pikseli) i łączone parami.
Pomagają też ALIASY. Alias to w skrócie zapis dowolnej komendy pod nazwą, która będzie dla użytkownika łatwiejsza do zapamiętania, a nadal będzie wykonywała wcześniejsze zadania. Polecenie montage -geometry +2+2 03a.jpg 03z.jpg 03.jpg
mogę na przykład zastąpić słowem "sklej". Mogę też jednym słowem zastąpić zestaw kilku poleceń, na przykład mam coś takiego
g='mocp -S && mocp -p'
Wpisanie w terminal (który uruchamiam naciśnięciem klawisza F12) literki g i naciśnięcie ENTER uruchamia odtwarzanie muzyki z plików lokalnych w losowej kolejności - takie prywatne radyjko.
Pewnie mógłbym jeszcze kilka innych powodów wymienić, ale te są najważniejsze. Bezpieczeństwo, wygoda, skuteczność, ekonomia. Czegóż chcieć więcej.
PS.
Cóż wart wpis bez grafiki.
Mój pulpit prezentuje się dziś tak:
Nie zaśmiecam go ikonami, i tak skryją się pod oknami uruchamianych programów. Nie skrywa się pasek widoczny po prawej. A na pasku są (od góry)
monitor sieci,
monitor systemu - obciążenie procesora, pamięci, pliku wymiany (mam mało RAMu),
monitor temperatury procesora,
ikony najczęściej uruchamianych programów (GIMP, Thunderbird, Krusader - dwupanelowy manager plików, Commence, Spotify, Opera),
wskaźnik powiadomień systemowych,
ikony programów i usług działających w tle (Dropbox, Skype, Mega, manager schowka, sterowanie audio),
zegar,
aktywator menu programów,
ikona wyłączania, uśpienia, wylogowania.
P.P.S.
Coś o monetach napiszę niebawem.
Autor:
Zbierajmy monety
o
14:47
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Linuks,
Linux,
Netrunner OS
Subskrybuj:
Posty (Atom)















