Nie dość, że za oknem monotonnie do urzygania, to etapy dwóch równolegle trwających prac weszły w najmonotonniejsze i najnudniejsze fazy. Raz, uzupełnianie zdjęć monet do katalogu zbioru, dwa składanie w całość katalogu miedziaków Augusta III.
Kiedy wpisywałem w katalog zbioru drobne monety niemieckie z lat 1873-1945 (trudno i darmo, to de facto monety obiegowe ziem polskich), to jakoś brakło czasu na ich fotografowanie. Teraz się to mści, bo wygląda to tak:
Biorę kilka sztuk, układam na płycie skanera, uruchamiam program do jego obsługi
skanuję, otrzymany obraz wczytuję do GIMPa
wycinam poszczególne monety (na szczęście mają jednakową średnicę, więc raz utworzone zaznaczenie można wykorzystywać do kolejnych monet przesuwając je tylko z miejsca na miejsce).
Wycięty obraz monety trzeba teraz obrócić, bo prawidłowe ułożenie na szybie skanera udaje się raz na trzydzieści siedem przypadków (tak na oko). Do tego wykorzystuję plugin wyszukany kiedyś na stronie z dodatkami do GIMPa. Polega to na zaznaczeniu dwóch punktów (jak wiadomo, dwa punkty wyznaczają prostą) leżących na prostej, która powinna być pozioma, albo pionowa.
Teraz zamiast wywoływać plugin z menu, naciskam kombinację trzech klawiszy (Ctrl-Shift-O), którą do tej operacji przypisałem na stałe w konfiguracji GIMPa i otrzymuję pożądany wynik.
Jak widać, zaznaczenie ścieżki nie obraca się). Tak obrobione skany awersów i rewersów zapisuję w tymczasowym katalogu i uruchamiam w terminalu programik sklejający je parami.
Na koniec wklejam otrzymane obrazy w katalog.
Nudy na pudy, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Dawkuję więc sobie tę nudę małymi porcjami, nie więcej, niż tuzin dziennie i żeby nie zasnąć słucham przy okazji muzyki różnej i różniastej serwowanej przez Spotify.
A po uzupełnieniu kolejnego zestawu zdjęć, dla "rozrywki" biorę się za miedziaki króla grubasa.
Cudzysłów, bo tu też akurat faza monotonnych działań. Opracowanie bazuje na katalogu monet - odmian i wariantów. A tych jest "mnóstwo dużo". Znacznie więcej, niż znaleźć można w szczegółowych katalogach Czapskiego, Gumowskiego, Kahnta, Kurpiewskiego i Baumanna. Mam w tej chwili najpełniejszy chyba zbiór szelągów i groszy koronnych Augusta III (a i tak brak mi jeszcze kilkudziesięciu monet). I przyszła właśnie pora na montowanie tego katalogu. Zdjęcia obrobiłem już dawno, ale trzeba opakować je opisami, odnośnikami do wymienionych przed chwilą katalogów, uwagami o rzadkości występowania...
Z tymi odnośnikami do literatury nie zawsze jest łatwo. Zobaczcie na przykład fragment strony z artykułu "Gubin i jego mennice" napisanego przez M. Gumowskiego.
Ktoś się pomylił i po pierwsze, we wszystkich pięciu przypadkach napisał AUGUSTUS i zapisał jednakową formę litery N znajdującej się pod herbami. Trzeba teraz sprawdzić, co kryje się pod numerem 7842 u Czapskiego. Okazuje się, że jest to szeląg podobny do n-ru 2844 ale z imieniem AVGVSTVS i odwróconą literą N (jak cyryliczne I) pod herbami. Z kolei nr 2844 to szeląg taki jak nr 2803, tylko z datą 1753. A szeląg 2803 jest szelągiem takim jak 2796, tylko że z literą N. Z kolei szeląg 2796 ma być taki jak nr 2784 ale z AUGUSTUS z roku 1752 i literą A. I dochodzimy w końcu do szeląga 2784, czyli monety z AVGVSTVS z roku 1749, bez litery pod herbami.
Konstruowanie jasnego, przejrzystego katalogu okazuje się może mniej nudne, niż masowa obróbka zdjęć niewiele różniących się monet, ale jest bardzo uciążliwe i wymaga nieustannego skupienia. Nie można się obejść od karteczek ze strzałkami łączącymi kolejne numery z publikacji Czapskiego i Gumowskiego.
Mozół.
P.S.
Po poprzednim wpisie trafiła mi się fucha. Kolega (jak się okazuje, koledzy z pracy też zaglądają na mojego bloga, choć monetami się ie interesują) - ale nie ten, który sprowokował mnie do rozpisywania się o Linuksie - poprosił mnie o pomoc. Stwierdził, że jego komputer "zamula", że w odstępach półrocznych mniej więcej łapie jakąś zarazę, na którą jedynym lekarstwem jest stawianie systemu od nowa (Windows XP) i traci już do tego cierpliwość. Chciałby sprawdzić, czy to co napisałem o Linuksie to prawda.
Poczucie misji nie pozwoliło mi na odmowę.
Po wspomnianych reinstalacjach systemu kolega nabrał dobrego zwyczaju trzymania ważnych plików na osobnej partycji. Trzeba było przenieść na nią tylko kilka rzeczy, które nie wiadomo dlaczego zapisały się w "moje dokumenty" na dysku systemowym i wyeksportować zakładki Firefoxa. Z pocztą nie było problemu, bo kolega trzyma ją na serwerze, wystarczyło zapisać ustawienia konta.
Odpaliliśmy komputer z "gwizdka" USB, sesja Live Netrunnera uruchomiła się bezproblemowo. Pokazałem koledze jak to mniej więcej wygląda i zapytałem
- no i co, instalujemy?
- Raz kozie śmierć, instaluj. Jak mi się nie spodoba to chyba da się to sformatować i na nowo postawić Windowsa?
- Da się.
Po kliknięciu w ikonę uruchamiającą instalację Netrunnera na HDD podaliśmy niezbędne dane (język, strefa czasowa, nazwa użytkownika, hasła) i po niecałych dwudziestu minutach system poprosił o ponowne uruchomienie komputera.
Po około trzydziestu sekundach kolega zalogował się i zapytał:
- To co teraz? Sterowniki, edytor tekstu, Skype, jakiś program i kodeki do multimediów?
- Wszystko już jest. Na razie ustawię Ci tylko automatyczne montowanie partycji z Twoimi plikami. Jest sformatowana pod Windowsem, ale zostawimy ją na wszelki wypadek bez zmiany. Jak Ci się Linuks nie spodoba, to nie trzeba będzie znowu tego zmieniać. Trzeba tylko zaimportować zakładki Firefoxa, doinstalować rozszerzenia, ustawić pocztę. Jakby coś nie działało, to pomogę Ci poustawiać.
- Jak to jest? Jak formatowałem Windowsa, to musiałem wszystko na nowo instalować, pół dnia mi to zajmowało.
- Spróbuj. Tu jest menu do uruchamiania programów. Pobaw się.
Po pół godzinie żegnałem się z kolegą, który nie mógł się nadziwić. Libre Office czytał wszystkie pliki, które powinien, muzyka grała, filmy miały polskie napisy, Skype łączył z dźwiękiem i obrazem, logowanie do poczty poszło bez problemu.
Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Bo instalacja i uruchomienie w pełni funkcjonalnego, wyposażonego w niezbędne do pracy programy zajmuje niecałą godzinę.
Google Website Translator Gadget
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skanowanie monet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skanowanie monet. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 lutego 2015
środa, 18 czerwca 2014
Łatwo nie było
Nasze nowe monety bite w Walii (a właściwie jedna, bo na razie mam jedną) niespodziewanie okazały się trudnym do zgryzienia orzechem.
Nie, żebym testował zębami jakość mosiężnej powłoki na ich stalowym rdzeniu. Stomatolodzy za dużo sobie liczą.
Okazało się, że nowy bilon nie jest fotogeniczny. Bardzo brzydko wychodzi na zdjęciach, przynajmniej tych amatorskich.
Obrazy ze skanera były tragiczne.
Znaku menniczego dopatrzyć się trudno, kolor jakiś dziwny...
Pierwsze podejście z aparatem fotograficznym
nie dało wiele lepszych wyników.
Po kilkunastu próbach różnych ustawień oświetlenia, zabawy z migawką, przesłoną itp. itd. udało mi się uzyskać wynik,
który na razie uznałem za zadowalający (czytaj poddałem się bez dalszej walki).
Mam kilka nowych pomysłów, może za kilka dni opanuję trudną umiejętność fotografowania naszych nowych "miedziaków". Na razie pas!
Nie, żebym testował zębami jakość mosiężnej powłoki na ich stalowym rdzeniu. Stomatolodzy za dużo sobie liczą.
Okazało się, że nowy bilon nie jest fotogeniczny. Bardzo brzydko wychodzi na zdjęciach, przynajmniej tych amatorskich.
Obrazy ze skanera były tragiczne.
Znaku menniczego dopatrzyć się trudno, kolor jakiś dziwny...
Pierwsze podejście z aparatem fotograficznym
nie dało wiele lepszych wyników.
Po kilkunastu próbach różnych ustawień oświetlenia, zabawy z migawką, przesłoną itp. itd. udało mi się uzyskać wynik,
który na razie uznałem za zadowalający (czytaj poddałem się bez dalszej walki).
Mam kilka nowych pomysłów, może za kilka dni opanuję trudną umiejętność fotografowania naszych nowych "miedziaków". Na razie pas!
sobota, 21 maja 2011
Fotografowanie i skanowanie monet - ciąg dalszy.
Co prawda, tydzień temu obiecałem, że następny wpis poświęcę komputerowej obróbce zdjęć monet, ale kilka pytań od czytelników wymusiło zmianę planów.
Zdjęcie zrobione z małej odległości takiej monecie ułożonej dokładnie na wprost obiektywu wygląda tak:
Niestety, obiektyw odbija się w monecie.
Od razu uwaga: skaner w tym przypadku też nie jest rozwiązaniem, bo na skanie też widać jakieś tęczowe odbłyski:
Wszystkiemu winne te bezlitosne prawa fizyki. Trzeba więc je jakoś wykorzystać. Kąt padania jest równy kątowi odbicia - to pamiętają chyba wszyscy. Popróbujmy więc. Najprościej (pod warunkiem, że mamy dobre światło dzienne) zrobić tak, jak to często widzimy na zdjęciach do aukcji internetowych. Moneta na dłoni, aparat w drugiej ręce i...
Prawie dobrze! Niestety, dosyć duży kąt, pod którym zrobiłem to zdjęcie sprawia, że koło przeszło w elipsę. Kiedy spróbujemy fotografować z bliska pod małym kątem, to obiektyw rzuci cień na monetę i...
Manipulując wzajemnym ułożeniem monety i aparatu oraz oświetleniem i parametrami ekspozycji możemy uzyskać taki efekt:
Gdyby nie ten niewielki odblask w górnej części monety, było by prawie idealnie.
Parametry ekspozycji są bardzo ważne - zwłaszcza wielkość przesłony, która decyduje o głębi ostrości. Za mało światła może nas skusić do powiększenia otworu przesłony (mniejsza wartość liczbowa) zamiast do wydłużenia czasu ekspozycji (bo trzeba wyjąc statyw i zastosować samowyzwalacz/wężyk) i wynik jest taki:
Dół zdjęcia ostry, góra nieostra.
Czy to zawsze musi być takie skomplikowane? Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego, czemu ma służyć nasze zdjęcie.
Jeżeli ma być ilustracją uzupełniającą opis monety wystawianej na aukcję, to trzeba zadbać o dobrą widoczność szczegółów - to, że zamiast koła będzie elipsa, nie będzie miało żadnego znaczenia.
Jeżeli zdjęcie robimy w celach "naukowych" - będzie służyło do porównania odmian/wariantów, to bezwzględnie konieczne jest zachowanie proporcji i jak najlepsza widoczność szczegółów. Można ewentualnie zrobić później dodatkowe zbliżenia kluczowych detali rysunku.
Zdjęcia robione na potrzeby publikacji drukowanych powinny spełniać techniczne wymagania stawiane przez wydawcę/drukarnię i oczywiście powinny jak najlepiej ilustrować treść publikacji - o tym, że muszą być po prostu wyraźne nie muszę chyba przypominać.
Na koniec jeszcze jedna sprawa - wielkość i rozdzielczość zdjęcia. Mój aparat (Fuji FinePix S9600) ma matrycę 9,0 MPix. Zdjęcia robione w maksymalnej rozdzielczości mają rozmiary 3488 x 2616 pikseli (pomnożenie tych liczb daje wartość 9.124.608 pikseli). Dla porównania, skanując obraz o tej samej wielkości na moim skanerze (Epson V300), przy skanowaniu z rozdzielczością 2400 DPI otrzymuję obraz o "objętości" przekraczającej 18 MPix, co umozliwia uzyskiwanie znacznie dokładniejszych obrazów monet.
Co praktycznego wynika z rozdzielczości naszego sprzętu?
Im większą część zdjęcia zajmuje moneta, tym lepsze uzyskuje się jej powiększenia, tym lepiej można obejrzeć jej szczegóły. Jeżeli moneta zajmie 10 procent zdjęcia, to znaczy, że przypadku mojego aparatu, na jej obraz złoży się tylko 0,9 miliona pikseli, czyli zamknie się ona w kwadracie o boku 950 pikseli. To nie jest tak mało, ale spójrzcie na zdjęcie następne:
Ukradłem je z aukcji Allegro. Jaką część zdjęcia zajmuje moneta? Całe 4 %. To stanowczo za mało, że by można było zauważyć wszystkie szczegóły.
Za kilka dni pojawi się w końcu wpis o komputerowej obróbce zdjęć i skanów monet.
"Jak mam fotografować nowe błyszczące monety albo lustrzanki? Kiedy ustawiłem aparat, tak jak pokazał Pan na blogu, to na zdjęciu, w monecie odbija się obiektyw aparatu."To rzeczywiście problem. Obawiam się, że amatorski sprzęt nie pozwoli uzyskać zadowalających (czytaj profesjonalnych) wyników. Nie mam w kolekcji ani jednej lustrzanki, ale zbieram przecież polskie monety obiegowe, w tym i te najnowsze. Ich gładka, błyszcząca powierzchnia też jest lustrem, które sprawia wiele kłopotów.
Zdjęcie zrobione z małej odległości takiej monecie ułożonej dokładnie na wprost obiektywu wygląda tak:
Niestety, obiektyw odbija się w monecie.
Od razu uwaga: skaner w tym przypadku też nie jest rozwiązaniem, bo na skanie też widać jakieś tęczowe odbłyski:
Wszystkiemu winne te bezlitosne prawa fizyki. Trzeba więc je jakoś wykorzystać. Kąt padania jest równy kątowi odbicia - to pamiętają chyba wszyscy. Popróbujmy więc. Najprościej (pod warunkiem, że mamy dobre światło dzienne) zrobić tak, jak to często widzimy na zdjęciach do aukcji internetowych. Moneta na dłoni, aparat w drugiej ręce i...
Prawie dobrze! Niestety, dosyć duży kąt, pod którym zrobiłem to zdjęcie sprawia, że koło przeszło w elipsę. Kiedy spróbujemy fotografować z bliska pod małym kątem, to obiektyw rzuci cień na monetę i...
Manipulując wzajemnym ułożeniem monety i aparatu oraz oświetleniem i parametrami ekspozycji możemy uzyskać taki efekt:
Gdyby nie ten niewielki odblask w górnej części monety, było by prawie idealnie.
Parametry ekspozycji są bardzo ważne - zwłaszcza wielkość przesłony, która decyduje o głębi ostrości. Za mało światła może nas skusić do powiększenia otworu przesłony (mniejsza wartość liczbowa) zamiast do wydłużenia czasu ekspozycji (bo trzeba wyjąc statyw i zastosować samowyzwalacz/wężyk) i wynik jest taki:
Dół zdjęcia ostry, góra nieostra.
Czy to zawsze musi być takie skomplikowane? Niekoniecznie. Wszystko zależy od tego, czemu ma służyć nasze zdjęcie.
Jeżeli ma być ilustracją uzupełniającą opis monety wystawianej na aukcję, to trzeba zadbać o dobrą widoczność szczegółów - to, że zamiast koła będzie elipsa, nie będzie miało żadnego znaczenia.
Jeżeli zdjęcie robimy w celach "naukowych" - będzie służyło do porównania odmian/wariantów, to bezwzględnie konieczne jest zachowanie proporcji i jak najlepsza widoczność szczegółów. Można ewentualnie zrobić później dodatkowe zbliżenia kluczowych detali rysunku.
Zdjęcia robione na potrzeby publikacji drukowanych powinny spełniać techniczne wymagania stawiane przez wydawcę/drukarnię i oczywiście powinny jak najlepiej ilustrować treść publikacji - o tym, że muszą być po prostu wyraźne nie muszę chyba przypominać.
Na koniec jeszcze jedna sprawa - wielkość i rozdzielczość zdjęcia. Mój aparat (Fuji FinePix S9600) ma matrycę 9,0 MPix. Zdjęcia robione w maksymalnej rozdzielczości mają rozmiary 3488 x 2616 pikseli (pomnożenie tych liczb daje wartość 9.124.608 pikseli). Dla porównania, skanując obraz o tej samej wielkości na moim skanerze (Epson V300), przy skanowaniu z rozdzielczością 2400 DPI otrzymuję obraz o "objętości" przekraczającej 18 MPix, co umozliwia uzyskiwanie znacznie dokładniejszych obrazów monet.
Co praktycznego wynika z rozdzielczości naszego sprzętu?
Im większą część zdjęcia zajmuje moneta, tym lepsze uzyskuje się jej powiększenia, tym lepiej można obejrzeć jej szczegóły. Jeżeli moneta zajmie 10 procent zdjęcia, to znaczy, że przypadku mojego aparatu, na jej obraz złoży się tylko 0,9 miliona pikseli, czyli zamknie się ona w kwadracie o boku 950 pikseli. To nie jest tak mało, ale spójrzcie na zdjęcie następne:
Ukradłem je z aukcji Allegro. Jaką część zdjęcia zajmuje moneta? Całe 4 %. To stanowczo za mało, że by można było zauważyć wszystkie szczegóły.
Za kilka dni pojawi się w końcu wpis o komputerowej obróbce zdjęć i skanów monet.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















