oglądam, czytam, słucham, piszę, pracuję, biegam...
Mógłbym dodać do tej listy jeszcze parę innych zajęć, ale to nie ma być powieść, tylko wpis na blogu.
Oglądam? Ostatnio na przykład kolejne odcinki wywiadu z profesorem Stanisławem Suchodolskim. Bardziej słucham, niż oglądam,bo to nie film, nie reportaż, tylko opowieść. Pasjonująca. Pierwszy odcinek jest tutaj. Kolejne znajdziecie bez trudu.
Oglądam też rzeczy lżejsze, nie samą numizmatyką człowiek żyje. Nie mija mi fascynacja serialem "Fargo". Najpierw był film fabularny braci Coen z 1996 roku - opowieść o nieudaczniku zlecającym porwanie własnej żony, by wyłudzić okup od... Oczywiście, od "ukochanego" teścia. Nieudaczników jest w tym filmie więcej.
Bracia po nakręceniu kilku jeszcze fabuł - moje ulubione, to "Big Lebowski", "To nie jest kraj dla starych ludzi" i "Tajne przez poufne" - wzięli się za serial, tym razem w roli producentów. Oglądam właśnie trzeci już sezon serialu "Fargo" i nie mogę się nim nacieszyć. Każdy odcinek, każdego sezonu "Fargo" rozpoczyna informacja, że jest wierną relacją z wydarzeń, które miały miejsce w stanie Minnesota i tylko troska o tych, którzy przeżyli sprawiła, że zmieniono imiona i nazwiska bohaterów.To oznacza, że nie wszyscy przeżyli...
Trafiłem niedawno na niebywałą lekturę. Dość niezwykłe jest też miejsce, gdzie można ją przeczytać - Portal orzeczeń sądów powszechnych. Gdy to piszę, na portalu jest 206 309 dokumentów. Ile z nich ma klasę tego orzeczenia, nie wiem, ale muszę częściej tu zaglądać. Dlaczego? Sprawdźcie sami - opowieść o dobrej żonie i niezbyt dobrym mężu.
Czytając to uzasadnienie, pomyślałem sobie, że pan sędzia Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim pisząc, że "...linia obrony w tym momencie przekracza już takie granice nonsensu, że
trudno ją traktować inaczej niż w kategoriach humorystycznych." wykazuje nadmierne zaufanie do racjonalności postępowania ludzi.
"Fargo" klarownie przedstawia tak nieprawdopodobne sploty zdarzeń pozornie ze sobą niepowiązanych (albo przeciwnie, wyglądających na logiczny ciąg zdarzeń, choć w rzeczywistości nie mających z sobą nic wspólnego), że uwierzenie w to, że trzeźwa żona postanowiła zawieźć samochodem pijanego męża na stację benzynową, by tam mógł kupić sobie papierosy, nie wymaga żadnego wysiłku umysłowego.
Co oprócz tego? Czytam, piszę, czytam żeby pisać. Piszę, jak wiecie o miedziakach Augusta III. Skończyłem niedawno korektę artykułu do Biuletynu Numizmatycznego - niebawem wyjdzie w druku w pierwszym, tegorocznym numerze. Na bazie artykułu piszę książkę od czasu do czasu dzieląc się przemyśleniami i wątpliwościami i tu na blogu i na forach internetowych. Efekt łatwy do przewidzenia. To co wydawało się gotowym, dopieszczonym fragmentem większej całości, okazuje się albo ślepą uliczką, albo wstępem do znacznie bardziej rozbudowanej treści. Przykład? Proszę bardzo. W kwietniu kupiłem
bo w spisie treści wypatrzyłem artykuł o elektryzującym tytule "Polnisches Kupfergeld der Jahrgänge 1752 bis 1755 sowie 1758 - geprägt unter sächsischer oder preußischer Herrschaft?". Rozumiecie, że musiałem to mieć? Kupiłem i się nie zawiodłem, bo w treści znalazłem informację dotąd w Polsce chyba nieznaną. Pani Elke Bannicke, kuratorka berlińskiego Gabinetu Numizmatycznego i Lothar Tewes w krótkim artykule skoncentrowali się na pominiętym w saskich archiwach okresie wojny siedmioletniej. Na podstawie archiwaliów z Geheimes Staatsarchiv Preussischer Kulturbesitz przedstawili krótko losy mennic w Grünthalu, Gubinie, Dreźnie i Lipsku. Jedyne znane autorom dowody na bicie polskich pieniędzy miedzianych w mennicach saskich pod nadzorem pruskim dotyczą wyłącznie Lipska i Drezna, dokąd przeniesiono wyposażenie z Grünthalu i Gubina. Do stycznia 1758 r. produkcję prowadziło konsorcjium Ephraima bijąc grosze z datami 1753, 1754 i 1755, a od lutego 1758 spółka Gumpertza, Isaaca i Itziga. Ta spółka rozpoczęła bicie groszy z datą 1758 i kontynuowała je do stycznia roku 1759. Na podstawie czynszu menniczego w kwocie 20 tysięcy talarów autorzy oszacowali, że groszy z rocznikiem 1758 wybito ponad 14,5 miliona sztuk, zauważając jednak, że częstotliwość ich występowania wskazywała by raczej na niższy nakład. Bannicke i Tewes podali też, że w źródłach zachowała się informacja o wybiciu przez Gumpertza i spółkę 5,82 milionów szelągów Augusta III z rocznikiem 1755 w mennicy we Wrocławiu. Ta informacja nie była u nas dotąd publikowana!
Rezultat - pokaźna część książki do przerobienia.
Słucham. W tej chwili na przykład tego
Spotify od pewnego czasu wygrywa u mnie z radiem. Choćby dzięki pewnej nieprzewidywalności - jeśli spróbować opcji "Odkrywaj" albo którejś z list odtwarzania przygotowanej na podstawie muzyki, której wcześniej słuchałem.
Poza tym staram się mniej więcej na bieżąco śledzić kilka upatrzonych internetowych stron numizmatycznych, poszukiwać nowych, ciekawych źródeł wiadomości o monetach (np. niedawno wypatrzyłem u wschodnich sąsiadów taki wątek http://coins.su/forum/topic/168119-solidy-rigi-1621-1655-godov/ ). Przeglądam internetowe aukcje i sklepy numizmatyczne - niedługo poczta powinna dostarczyć mi coś ciekawego - przynajmniej na aukcyjnym zdjęciu wydało mi się ciekawe. Gdy przesyłka dotrze, podzielę się radością (lub rozczarowaniem).
I jeszcze jeden problem, a ściślej mówiąc brak problemów. Debian. Od czasu gdy zastąpił na moim komputerze inne "linuksy", między innymi pochodne Debiana, jedyne, na co mogę narzekać, to nuda. Nuda, której życzę każdemu użytkownikowi komputera. Po prostu działa. Bez zacięć, bez niespodzianek przy aktualizacjach, bez kłopotów ze sterownikami, sprzętem, urządzeniami podpinanymi do komputera.
Żeby jeszcze pogoda się poprawiła...
Google Website Translator Gadget
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Suchodolski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Suchodolski. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 maja 2017
środa, 4 lipca 2012
Ale upał!
Przedurlopowe lenistwo pogłębia się. Im wyżej pnie się słupek termometru za oknem, tym trudniej o mobilizację do pracy. Potrzebna jest bardzo, bardzo konkretna motywacja.
Na przykład kalendarz.
Rolnicy to znają. Pewne rzeczy trzeba zrobić w ściśle określonym terminie - nie wcześniej, nie później.
Ciąg dalszy za moment.
Po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem pokaźną porcję emaili sugerujących przeprofilowanie bloga "Zbierajmy monety". Na przykład na "Jedz smacznie i niezdrowo". Zmiany profilu nie planuję, ale od czasu do czasu jakieś kulinarne wtręty będą się pojawiać.
Ad rem.
Dwa tygodnie po świętym Janie to najwłaściwszy czas na Nocino di Modena.
Przepisów na ten likier jest tyle, ile orzechów na dorodnym drzewie. Mam swój. Wypróbowany.
Bierze się litr spirytusu 95% i 20 do 25 zielonych orzechów włoskich zbieranych między 24 czerwca (dzień św. Jana), a 10 lipca (muszą się łatwo kroić nożem).
Orzechy tniemy na ćwiartki uważając, żeby się przy tym nie upaprać. W najgorszym razie przez kilka dni będziemy mieli brązowe plamy na rękach i na tym wszystkim, na co tryśnie sok z krojonych orzechów.
Pokrojone orzechy zalewamy spirytusem. Dorzucamy ćwierć laski wanilii, ćwierć ćwierci laski cynamonu (nie proszek!) i kilka goździków. Zamykamy szczelnie i ustawiamy w ciepłym, ciemnym miejscu na 40 dni. Zawartość szybko ciemnieje. Co kilka dni trzeba naczyniem potrząsnąć, ale jak się nie potrząsa, to też dobrze wychodzi.
Po 40 dniach odcedzamy orzechy i przyprawy. Ekstrakt zlewamy z powrotem do naczynia.
Do rondelka wsypujemy 80 dkg cukru (a najlepiej pół kilograma i mały słoik miodu). Wlewamy do tego 0,4 litra wody i mieszając podgrzewamy aż do momentu, kiedy syrop zacznie wrzeć, ale nie gotujemy!. Jak przestygnie, wlewamy do ekstraktu, mieszamy, zamykamy szczelnie i znów odstawiamy w ciemne, ciepłe miejsce.
Cierpliwość ćwiczymy mniej więcej do Bożego Narodzenia. Wtedy zlewany likier do butelek, korkujemy i …
Otwieramy w razie potrzeby, najlepiej w długie, zimowe wieczory, w dobrym towarzystwie. Uwaga, bo to mocne!
Pierwszy etap mam już za sobą. Słój dobrze się prezentuje. Zawartość będzie wykorzystywana między innymi do oblewania przyszłych, udanych zakupów numizmatycznych (które mam nadzieję nastapią).
Na razie udało mi się trafić jednogroszówkę z 1841 r.
Mocno wymęczona, ale to na prawdę rzadki gość na rynku.
Biblioteczka wzbogaciła się o "Numizmatykę sredniowieczną" Stanisława Suchodolskiego. Bardzo to ciekawa pozycja. Dokładniejszą lekturę zostawiam sobie na czas urlopu.
A ten już tuż, tuż.
Na przykład kalendarz.
Rolnicy to znają. Pewne rzeczy trzeba zrobić w ściśle określonym terminie - nie wcześniej, nie później.
Ciąg dalszy za moment.
Po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem pokaźną porcję emaili sugerujących przeprofilowanie bloga "Zbierajmy monety". Na przykład na "Jedz smacznie i niezdrowo". Zmiany profilu nie planuję, ale od czasu do czasu jakieś kulinarne wtręty będą się pojawiać.
Ad rem.
Dwa tygodnie po świętym Janie to najwłaściwszy czas na Nocino di Modena.
Przepisów na ten likier jest tyle, ile orzechów na dorodnym drzewie. Mam swój. Wypróbowany.
Bierze się litr spirytusu 95% i 20 do 25 zielonych orzechów włoskich zbieranych między 24 czerwca (dzień św. Jana), a 10 lipca (muszą się łatwo kroić nożem).
Orzechy tniemy na ćwiartki uważając, żeby się przy tym nie upaprać. W najgorszym razie przez kilka dni będziemy mieli brązowe plamy na rękach i na tym wszystkim, na co tryśnie sok z krojonych orzechów.
Pokrojone orzechy zalewamy spirytusem. Dorzucamy ćwierć laski wanilii, ćwierć ćwierci laski cynamonu (nie proszek!) i kilka goździków. Zamykamy szczelnie i ustawiamy w ciepłym, ciemnym miejscu na 40 dni. Zawartość szybko ciemnieje. Co kilka dni trzeba naczyniem potrząsnąć, ale jak się nie potrząsa, to też dobrze wychodzi.
Po 40 dniach odcedzamy orzechy i przyprawy. Ekstrakt zlewamy z powrotem do naczynia.
Do rondelka wsypujemy 80 dkg cukru (a najlepiej pół kilograma i mały słoik miodu). Wlewamy do tego 0,4 litra wody i mieszając podgrzewamy aż do momentu, kiedy syrop zacznie wrzeć, ale nie gotujemy!. Jak przestygnie, wlewamy do ekstraktu, mieszamy, zamykamy szczelnie i znów odstawiamy w ciemne, ciepłe miejsce.
Cierpliwość ćwiczymy mniej więcej do Bożego Narodzenia. Wtedy zlewany likier do butelek, korkujemy i …
Otwieramy w razie potrzeby, najlepiej w długie, zimowe wieczory, w dobrym towarzystwie. Uwaga, bo to mocne!
Pierwszy etap mam już za sobą. Słój dobrze się prezentuje. Zawartość będzie wykorzystywana między innymi do oblewania przyszłych, udanych zakupów numizmatycznych (które mam nadzieję nastapią).
Na razie udało mi się trafić jednogroszówkę z 1841 r.
Mocno wymęczona, ale to na prawdę rzadki gość na rynku.
Biblioteczka wzbogaciła się o "Numizmatykę sredniowieczną" Stanisława Suchodolskiego. Bardzo to ciekawa pozycja. Dokładniejszą lekturę zostawiam sobie na czas urlopu.
A ten już tuż, tuż.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


