Google Website Translator Gadget

niedziela, 14 kwietnia 2013

Jak fałszować monety.

Metod jest mnóstwo. Wszystko zależy od tego, jaki cel przyszłemu fałszerzowi przyświeca.

Przypadek najprostszy. Na chlebek mam, na masełko też, ale na szyneczkę już nie starcza. A gdyby tak wyręczyć mennicę i w domowym zaciszu zrobić sobie trochę gotówki? Można tak - bierzemy pieniądz prawdziwy, robimy odlew z byle czego (warto zadbać tylko, żeby ciężar był taki, jak powinien) i stajemy przed problemem upodobnienia "byle czego" do srebra. Można posłużyć się cieniuśką srebrną blaszką i ogniem - powstaje
SUBERATUS
Jak widać, braki gotówki to problem odwieczny.

Kiedy pod ręką brak srebrnej blaszki, można sięgnąć do podręcznika chemii. Tak bawili się "Udziałowcy chrzanowskiej "mennicy"", o czym uprzejmie doniósł Ilustrowany Tygodnik Kryminalno-Sądowy znany też jako Tajny detektyw. Cytat:
,,Najważniejszym narzędziem była skrzynka drewniana bez dna wielkości pudełka z tutek (mniej-więcej dwóch pudełek papierosów), składająca się z dwóch części, złączonych zawiaskami. Do skrzynki tej wkładali fabrykanci masę gipsową, w którą przed stwardnięciem gipsu wgniatali oryginalne monety posmarowane masłem. Po stężeniu gipsu wyjmowali monety prawdziwe, skrzynkę zamykali i w ten sposób w powstałej formie sporządzali falsyfikaty. Stop był sporządzony wedle specjalnej receptury fachowego metalurga. Gotowy odlew wkładano do specjalnych roztworów chemicznych, które nadawały im naturalny połysk”
Jak widać przedwojenna prasa nie obawiała się ujawniania technicznych szczegółów, choć mogły być gotowym przepisem dla naśladowców Icka Rosenbluma, Mordki Schwarzbarda i Jana Karbownika. Chrzanowska mennica działała kilka lat i wyprodukowała około pięciu tysięcy pięciozłotówek. Starczyło pewnie nie tylko na szyneczkę, pomimo, że trzeba było opłacić dystrybutorów.

Fałszerze monet źle zazwyczaj kończyli. Kilkaset lat temu płacili życiem, a żeby ewentualnym naśladowcom wybić z głowy podobne pomysły, ostatnie chwile skazańców poprzedzano okrutnymi torturami, publicznymi dla lepszego efektu. A to coś komuś obcięto, a to posłużono się twórczo narzędziami pracy fałszerza i surowcami przez niego używanymi, ze szczególnym uwzględnieniem roztopionego metalu.
Kiedy rozpracowywano fałszerską aferę Mikołaja Komorowskiego, pana na Żywcu, najbardziej ucierpiał jego dworzanin, niejaki Krzysztof Rychalski. Ujęty podstępem na cieszyńskim jarmarku (prawdopodobnie w związku z rozprowadzaniem fałszywej monety) został uwięziony i przewieziony do Karniowa. Tam wykonano na nim wyrok w sposób okrutny i widowiskowy - Rychalskiego wożono po mieście na rozpalonym miedzianym koniu.

Nie miał takich problemów największy fałszerz polskiego pieniądza, król pruski Fryderyk II zwany Wielkim. W tym przypadku nie było mowy o "domowym zaciszu". Fałszerskimi warsztatami były mennice. Własne i obce, zagarnięte  podczas wojny.

A co z monetami, których teraz używamy? Czy i one są fałszowane? Są, bo w sprzyjających okolicznościach rachunek ekonomiczny daje wynik dodatni.
Fałszowanie monet obiegowych opłacało się zwłaszcza w czasach PRL kiedy fałszerze korzystali z surowca kradzionego w państwowych firmach, w których pracowali a niekiedy nawet posługiwali się sprzętem tych firm (odlewnie, prasy). Fałszowano aluminiowe pięciozłotówki z rybakiem, fałszowano miedzioniklowe dwudziestozłotówki z "blokami" i z M. Nowotko.
Fałszywe 20 zł. 1976.
Bicie w miedzi, pokryte powłoką z jasnego metalu.

Teraz nie jest inaczej, tyle że fałszerze pracują zwykle "na swoim".
Fałszywe 5 złotych 1994 bite stemplami.
Odlewane też się trafiają - część środkowa jest w nich po prostu malowana na "złoto"!

W roku 2011 r. fałszerze wprowadzili do obiegu około 9 tysięcy fałszywych banknotów i ponad 6 tysięcy monet. Dla roku 2012 Narodowy Bank Polski podał, podobne wartości, w sumie kilkanaście tysięcy monet i banknotów.

W całej masie monet w obiegu jedna fałszywa przypada przeciętnie na dwa miliony prawdziwych. W strefie euro jest gorzej, jedna fałszywka przypada na 100 tys. monet, ale tam pokusa jest większa - 2 euro ma większą siłę nabywczą od pięciozłotówki. Znacznie częściej fałszuje się banknoty, ale w większości są to prymitywne fałszerstwa przy użyciu dobrych kserokopiarek albo drukarek komputerowych.

Wierzcie, albo nie, ale większe szkody przynosi fałszowanie monet na szkodę kolekcjonerów. A plaga ta panoszy się coraz szerzej, bo też i zyski są nieporównanie większe, a ryzyko mniejsze. A kiedy z uporem maniaka fałszerz będzie twierdził, że on nie fałszuje tylko produkuje "repliki", to kary się wywinie (chyba, że zadrze z Urzędem Skarbowym).

Pewne jest jedno. Jakby się fałszerz nie starał, jego "dzieło" pozostanie fałszerstwem, nieważne na czyją szkodę i zawsze od oryginału różnić się będzie. Głęboko wierzę, że nie da się zrobić genialnego falsyfikatu nierozróżnialnego od oryginału.
Jestem też całkowicie pewien, że fałszowanie monet, nieważne na czyją szkodę, nie jest niczym innym, jak kradzieżą. Kradzieżą pieniędzy moich, Twoich...
Czy to dobrze być złodziejem? Czy chcesz być złodziejem?

Jak fałszować monety?
Nie fałszować!

P.S.
Trzy razy się zastanów, czy naprawdę chcesz kupić "replikę" Nike 1932 albo jakiegoś talara. Czy dodadzą blasku Twojej kolekcji? Podniosą jej wartość?
Wątpię, więc lepiej nie nabijaj kabzy złodziejowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Printfriendly