Google Website Translator Gadget

piątek, 28 listopada 2014

Przedświątecznie.

Nie o dwudziestym piątym grudnia myślę. Inne święto tuż, tuż.

Zbliża się dzień św. Eligiusza, patrona numizmatyków, złotników. Pierwszy grudnia.
Eligiusz był biskupem Noyon (Francja). Żył na przełomie VI i VII wieku - urodził się około roku 590. Niesłusznie nie należy do świętych powszechnie znanych. Niesłusznie, bo choćby ze względu na przypisywane mu dzieła sztuki złotniczej. Nie przez przypadek jest patronem złotników, kowali, numizmatyków i kolekcjonerów monet. Medalierstwo i złotnictwo zawsze były sobie bliskie. Ojciec Eligiusza był złotnikiem, nic więc dziwnego, że syn kształcił się w tym samym zawodzie. Uczył się jednak nie u ojca (początkowo zapewne tak, ale ważniejsze, co było później). Praktykował u Abbona, który prowadził mennicę w Limoges. Później wsławił się pracami złotniczymi, które zapewniły mu kontrakty dla króla Chlotara II i jego następcy, Dagoberta I. Na przykład na wykonanie tronu.
Oprócz tego był Eligiusz zarządcą mennicy w Marsylii. Na bitych w niej monetach umieszczał swoje imię, ELIGI (na rewersach oczywiście, awers był dla króla).
Tiers de sou d'or (1/3 złotego pensa?)

W porównaniu z rzymskimi denarami, portret króla Dagoberta nie wypada szczególnie okazale, ale początek VII wieku nie był okresem rozkwitu sztuk. To przecież czas mroków średniowiecza.

Myślę, że warto w dniu świętego Eligiusza zrobić sobie jakiś numizmatyczny prezent. W ten sposób w grudniu będziemy mieli trzy okazje do otrzymania prezentów: Eligiusz, Mikołaj i Gwiazdka. A jeśli jeszcze ktoś miał szczęście urodzić się w grudniu i na dodatek na ten miesiąc przypadają mu imieniny, to może liczyć na gwałtowny rozwój kolekcji, czego Wam i przy okazji sobie gorąco życzę.

Byle nie były to okazy takie, jak ten koszmarek, wypatrzony niedawno na Allegro.


P.S.
Sądząc po odzewie na mój ostatni wpis Jachymow - turystycznie nie wiem, czy nie powinienem zabrać się za stworzenie bloga turystycznego.
W uzupełnieniu jeszcze jedno jachymowskie zdjęcie (choć zrobione już w domu).


Z wycieczki przywiozłem sobie pamiątkę - kilkucentymetrowy kamyk skrzący się metalicznie (pewnie jakieś łyszczki, serycyt?). Ścieżka, którą dziesiątego listopada piąłem się w górę, wzdłuż strumienia błyszczała i skrzyła się pod butami, i to pomimo braku słońca.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Printfriendly