Google Website Translator Gadget

środa, 15 kwietnia 2015

Trzy literki.



Jana Andrzeja Morsztyna (Morstina) długo kojarzyłem wyłącznie ze zgrabnymi wierszykami, z których najdłużej pamiętałem "Na krzyżyk na piersiach jednej panny". O dłuższym wierszu "Nagrobek kusiowi" nasza polonistka nie wspominała. Chyba nie tylko dlatego, że takie niepolityczne (jak mawiał imć Zagłoba) nazwisko nosiła?
Dopiero gdy bardziej zainteresowała mnie numizmatyka, dowiedziałem się, że Morsztyn piastował urząd podskarbiego wielkiego koronnego. Zdarzyło mu się to w bardzo nieciekawym czasie, bo w latach 1668 - 1683 (złożył urząd 1 lipca), czyli od roku abdykacji Jana Kazimierza, po własną ucieczkę do Francji, na którą zdecydował się (a miał inne wyjście?) po ujawnieniu wielkich nadużyć finansowych i udziału w  nieudanej próbie przygotowania detronizacji Sobieskiego, podobno zaplanowanej wspólnie z Ludwikiem XIV.
Pieczętował się Morsztyn herbem Leliwa przedstawiającym sześcioramienną gwiazdę nad półksiężycem.
Ort koronny Jana Kazimierza z 1668 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa pod popiersiem króla)


Tytułowe literki, jakie - o tym za chwilę, pojawiają się na monetach Sobieskiego bitych w Bydgoszczy (niektórzy autorzy twierdzą, że i w Krakowie). Czasy, gdy Morsztyn był podskarbim to końcowy okres działania mennicy bydgoskiej (i innych mennic koronnych). W roku 1667, na miesiąc zamknął ją poprzednik Morsztyna, podskarbi Krasicki - skutek afer braci Tymfów i Boratiniego. Tymfowie uciekli za granice Rzeczpospolitej, Boratini nie dość, że się wybronił od oskarżeń, to jeszcze uzyskał pozwolenie na dalszą działalność menniczą, która miała odbywać się w Krakowie i ponownie otwartej mennicy bydgoskiej. Plany te pokrzyżowała uchwała sejmowa nakazująca zamknięcie obu mennic w roku 1668.
Sytuacja ekonomiczna Polski pogarszała się, kraj zalewał obcy pieniądz więc sejm przymusił podskarbiego Morsztyna do wznowienia emisji pieniądza. W 1677 roku ponownie otwarto zamknięte dziewięć lat wcześniej mennice. Krakowską objął Boratini, bydgoską Michał Hoderman wspólnie (choć nie zawsze zgodnie) z Włochem Santi de Urbanis Bani. Wkrótce i w Bydgoszczy ponownie rozgościł się Boratini. Po jego śmierci, zarząd nad mennicą przejęli spadkobiercy, którzy pozostawili inicjały przodka (T.L.B. - ale to nie o tych literkach ma być mowa) na bitych przez siebie monetach.
Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. ostatniego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa na rewersie). Na awersie inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

W roku 1684 mennice koronne wydzierżawiono na rok (od 1.10.1684 do 30.09.1685) kasztelanowi brzesko-kujawskiemu, Spytkowi Pstrokońskiemu. Zrobił to następca Morsztyna na stanowisku podskarbiego wielkiego koronnego, Marcin Zamoyski herbu Jelita (skrzyżowane trzy włócznie).
 Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Zamoyskiego
(herb Jelita na rewersie). Na awersie nadal inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

Pstrokoński, który wcześniej obiecywał daleko idące reformy i wysoki czynsz dzierżawny, po osiągnięciu celu wcale nie zabrał się do pracy. Uruchomił mennicę w Krakowie ale nie otworzył mennicy w Poznaniu, na co też mu zezwolono, ani nie uruchomił od razu zatrzymanej mennicy bydgoskiej. Chyba się po prostu nie znał na rzeczy. Kraków ruszył, bo Pstrokoński szybko znalazł poddzierżawcę, Gotfryda Bartscha. Bydgoszcz musiała poczekać do czasu, kiedy i dla niej znalazł się fachowiec. Był nim Samuel Pfahler. W literaturze spotyka się różną pisownię jego nazwiska. U Kirmisa jest to Samuel Feller, u Hniłki (a za nim i u Gumowskiego) Phachler, Kopicki pisze o Samuelu von Pfahler. Ta ostatnia pisownia wydaje się najwłaściwsza.

I dochodzimy do tytułowych trzech literek. Najpierw (a może nie ?) pojawiły się dwie,
Szóstak koronny Sobieskiego z 1684 r. pierwszego roku dzierżawy mennicy bydgoskiej przez Pstrokońskiego. Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.P.

potem (a może wcześniej) trzy
Szóstak koronny Sobieskiego z tego samego rocznika. 
Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.V.P.

I powiedzcie mi teraz drodzy czytelnicy, czyje to inicjały? Czy Spytka Pstrokońskiego, czy Samuela Pfahlera?

Co katalog, co książka, co artykuł, to inna interpretacja. Gumowski w Podręczniku numizmatycznym z 1914 r., prawdopodobnie powtarzając za Czapskim, inicjały SP i SVP przypisuje "nieznanemu bliżej zarządcy mennicy krakowskiej za Jan III w 1684 r."; Kopicki w "Katalogu podstawowych typów..." tom IX cz.1.  przypisuje je Samuelowi von Pfahler,; tak samo interpretują je Kamiński z Kurpiewskim. Pączkowski (we wprowadzeniu do mennictwa Jana III w katalogu Parchimowicza) wiąże je z Pstrokońskim. Kałkowski zdecydowanie przypisuje S.P. Pstrokońskiemu, o S.V.P. nie wspomina.

Moim zdaniem, o ile S.P. Pstrokońskiemu przypisać można, to już S.V.P. nie. Von w tradycji niemieckiej było łącznikiem między imieniem, a nazwą siedziby rodu z czasem przekształcającą się w nazwę rodu. Po polsku mówiło się raczej Zbyszko z Bogdańca albo  Biernat z Lublina. Wtrącanie obcego von nie było potrzebne. Dlatego myślę, że S.V.P. to litery Pfahlera, rzeczywistego, a nie tytularnego zarządcy mennicy. A jaka była chronologia tych odmian, czy Pstrokoński kazał Pfahlerowi wyrzucić V, by monety kojarzono z nim właśnie, czy też Pfahler chcąc podkreślić swoje znaczenie dodał V do inicjałów Pstrokońskiego - tego na razie nie wiemy. 

P.S.
Monety z polskiej mennicy zarządzanej przez Pfahlera nie zachwycają, zwłaszcza jakością. Bardziej podobają mi się monety ze śląskich mennic, w których Pfahler działał przed kontraktem z Pstrokońskim. W latach 1674-1678 była to Oleśnica, w 1678 Bierutów. Z dziełka

wynika, że wielu krewnych Pfahlera było związanych z mennictwem.
Trudno się dziwić. Robienie pieniędzy zawsze było dochodowym zajęciem :-)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Printfriendly