Google Website Translator Gadget

sobota, 6 listopada 2021

Witryny Google - zmiany.

 Rzadko, bo rzadko, ale sprawdzam co jakiś czas moje strony internetowe hostowane w ramach witryn Google. Kilka dni temu zobaczyłem taki obrazek.


O tym, że Google planuje wdrożenie nowego mechanizmu tworzenia stron, czytałem już kilka lat temu. Pierwsze próby przejścia na nowy mechanizm dawały tak straszne rezultaty, że pozostawiłem wszystko w dotychczasowym stanie. Teraz sytuacja zmieniła się, bo jak widzicie, istotną częścią komunikatu jest zdanie "Możliwość edytowania jest wyłączona". Dokonywanie jakichkolwiek zmian w klasycznej wersji witryn stało się niemożliwe.

Cóż było robić. Kliknąłem w "Uaktualnij witrynę" - na początek na stronie reklamującej moje katalogi. Poszło całkiem nieźle. Trzeba oczywiście popracować nad formą, ale treść nie ucierpiała. Zaakceptowałem zmiany, rezultat możecie sprawdzić tutaj. Kolejno uaktualniałem pozostałe strony. Najpierw Felietony Numizmatyczne, później Królestwo Polskie 1835-1841 i w końcu Obiegowe monety III RP.

Wraz z narastaniem skomplikowania struktury stron, pogarszały się rezultaty. Z felietonami poszło całkiem dobrze. Musiałem tylko uaktualnić wstęp, bo straciły ważność wszystkie odnośniki do e-numizmatyki i oczywiście do cafe Allegro. Czeka mnie naturalnie likwidacja odnośników w treści felietonów, ale to praca z gatunku tych, których staram się unikać - nie dość, że żmudna, to nic nie wnosząca do treści.

Katalog monet zdawkowych Królestwa Polskiego z datami od 1835 do 1841 pozostał używalny. Pionowe menu po lewej stronie umożliwia dostęp do całej zawartości strony. Zniknęły odnośniki do ofert i notowań archiwalnych poszczególnych monet Forma oczywiście do poprawienia, ale póki co, da się z tego korzystać. 

Najgorzej został potraktowany katalog obiegówek III RP. Nie dość, że sam go zaniedbałem, zajęty pisaniem wersji książkowej, to konwersja bardzo utrudniła korzystanie z niego. Nawigację i dostęp do wszystkich treści zapewnia oczywiście menu, ale tym razem wylądowało ono na górze strony, co powoduje, że nie można utrzymywać jego gałęzi w rozwinięciu. 

Przeróbki wszędzie gdzie okażą się niezbędne, oczywiście wprowadzę, ale pewnie dopiero w przyszłym roku. Najpierw muszę doprowadzić do końca projekt tegoroczny, a czasu coraz mniej.

Nie udało mi się jeszcze ocenić wpływu konwersji na stopień wykorzystania przestrzeni na pliki oferowanej przez Google. Muszę się temu przyjrzeć i w razie potrzeby podjąć jakieś działania.


środa, 27 października 2021

O wcieleniach kolekcjonerów ciąg dalszy.

Emerytura piękna rzecz, ale o ile mam już święty spokój z pracą zawodową, o tyle na emeryturę numizmatyczną jeszcze się nie wybieram. Pora więc zabrać się do roboty, bo komentarze pod poprzednim, ostatnim wrześniowym wpisem naglą.

Cykl poświęcony różnym wcieleniom kolekcjonerów, kolekcjonerów monet w szczególności, rozpocząłem latem tego roku. Napisałem już coś o chwalipiętach, mentorach, magazynierach, konserwatorach, a obiecywałem znacznie, znacznie więcej.
"Będzie o MAGAZYNIERACH, ZAOPATRZENIOWCACH, TROPICIELACH i ŁOWCACH, HAZARDZISTACH, ZWIERZYNIE ŁOWNEJ czyli o JELENIACH, o INWESTORACH, ANTYKWARIUSZACH, KONSERWATORACH, BIBLIOTEKARZACH, DYDAKTYKACH, DETEKTYWACH, NAUKOWCACH, ODKRYWCACH, AUTORACH, FAŁSZERZACH, ZŁODZIEJACH, OSZUSTACH, ARCHIWISTACH, TŁUMACZACH, FOTOGRAFIKACH, LITERATACH, HISTORYKACH SZTUKI. To już wiem, a na pewno w trakcie pojawią się jeszcze inne kolekcjonerskie wcielenia." napisałem w czerwcu.
Nie każda z tych ról wymaga osobnego wpisu. Dziś kilka zdań o tropicielach, łowcach, jeleniach, hazardzistach. 

Łowiectwo i tropienie, to jedna z przyjemniejszych stron kolekcjonerstwa, z zastrzeżeniem, że w tej chwili przez łowiectwo rozumiem polowanie na obiekty kolekcjonerskie, a nie na kolekcjonerów. O tym drugim przypadku za chwilę, teraz o prawdziwym łowcy.

Czasem poluje się na konkretnego zwierza, czasem „myśliwy” strzela na oślep. Przez wiele lat moją wymarzoną zdobyczą była jednofenigówka KP z 1917 r. Polowałem, ale szczerze mówiąc, nikłą miałem nadzieję na sukces. To było polowanie połączone z tropieniem - wiedziałem o jakiego "zwierza" chodzi, tropy pojawiały się rzadko, bo rzadko, ale dość regularnie, tyle że z podejściem na odpowiednią do strzału odległość (czytaj: zgromadzeniem niezbędnej ilości pieniędzy) bywało gorzej. A jednak się udało. 

widywało się ładniejsze, ale i tak radość wielka

Wiele lat wcześniej, równie niedostępna wydawała mi się dziesięciofenigówka z tego samego roku, oczywiście w odmianie NBO. Zdobycie pierwszej przyniosło radość nie mniejszą, niż upolowanie jednofenigówki, ale obie te radości nie dorównują euforii po odkryciu, że odmiana ta występuje w dwóch wariantach.


Zazwyczaj cierpliwie czaję się (a więc polowanie z zasiadki) na bardzo konkretne monety. Tak było i jest z polowaniem na odmiany miedziaków Augusta III. Jak pokazuję na blogu (kolekcjoner-chwalipięta), cierpliwość bywa nagradzana. Czasem :-)

Poluję też z naganką (sprawdziłem i sam się zdziwiłem – z naganką, a nie nagonką). Ogłaszam na forach, na blogu, że poszukuję tej lub tamtej monety. I tu bywają zwycięstwa i porażki. Zwykle płaci się wtedy więcej, niż na licytacjach, ale niekiedy nie ma innego wyjścia. Tym sposobem zdobyłem pierwszego grosza A3S z 1752 r. 

Czasem ruszamy na łowy nie mając upatrzonej konkretnej zdobyczy. Śledzimy oferty sklepów, ogłoszenia, aukcje... Strzela się do wszystkiego, co wydaje się atrakcyjne – ze względu na cenę, wygląd, cokolwiek... 

Kolekcjoner bywa często hazardzistą. Wydaje mu się, że wypatrzył na aukcji coś niezwykle ciekawego. Licytuje, wygrywa, czeka. A listonosz przynosi coś najzwyczajniejszego w świecie. Chciejstwo bywa zgubne. Mam w szufladzie ciężkie już pudełeczko szelągów Augusta III kupionych w przekonaniu, że są na ich rewersach literki, których w zbiorze jeszcze nie miałem. Tymczasem okazywało się, że coś wyglądające na E jest literą F,  coś co miało być K, okazuje się B a zamiast N jest H.

Jest jeszcze jedna wersja kolekcjonera-hazardzisty - łowcy strzelającego do zwierzyny, której co prawda nie zna, ale przypuszcza, że może być okazem wyjątkowym, a przynajmniej  niecodziennym. Tak kupiłem kiedyś malutkie quattrino z mennicy Urbino wybite za panowania Francesco Maria II Della Rovere (1549-1631), księcia Urbino.

Przeczytałem niedawno na forum TPZN wyznanie kolekcjonera, który kupując nowe obiekty do zbioru, kieruje się zasadą, że kupić warto tylko to, co się podoba. Że niekoniecznie należy ograniczać się do jakiegoś konkretnego okresu/tematu/panowania itp. tylko gromadzić rzeczy piękne, przemawiające do właściciela. Trochę takie podejście przypomina mi działania twórców kunstkamer i gabinetów osobliwości, o których pisałem na początku tego cyklu.

Tyle o osobach po stronie kolby, czas na tych, co na celowniku, na jeleni.
Pochlebiam sobie, że w tej roli zdarzyło mi się wystąpić ledwie kilka razy, z czego większość w czasach kiedy dostęp do numizmatycznej wiedzy był trudny i kosztowny. Wtedy stałem się posiadaczem takiej na przykład sztuki.
Dziś bym się na nią nie połakomił. 
Ofiarami "polowań na jelenia" stają się w pierwszym rzędzie "inwestorzy", a konkretniej ludzie mający nadzieję na duży i w miarę szybki zarobek, zapominający, że inwestowanie na rynku, którego się ni zna jest skazane na porażkę. "jeleniami" są poszukiwacze okazji, łapiący się na przykład na takie oferty.
Na dwa dni przed końcem licytacji sześć osób uwierzyło w opis umieszczony przez sprzedawcę i ostro licytowało "kota w worku", choć umieszczono go w kategorii "Kopie i falsyfikaty". Dział ten to puszcza, w której bezustannie trwa polowanie na jelenia. Wystarczy napisać „nie znam się”, „odziedziczyłam po kolekcjonerze”, „znalazłem w kominie”, „wystawiam w tym dziale bo na Allegro zakazano sprzedaży złotych monet” itp. 
Sukcesy takich myśliwych osobiście wiążę ze stanem naszej oświaty, a konkretnie z zanikiem umiejętności czytania ze zrozumieniem i lekceważeniem logiki w nauczaniu. Nie bez znaczenia jest też powszechna w społeczeństwie „żądza pieniądza”. 

Nie bądźcie jeleniami! 

wtorek, 28 września 2021

O najważniejszej zasadzie.

 Bez obaw, nie będzie żadnych wzorów chemicznych. Nie o tych zasadach dziś piszę.

28 września 1698 roku urodził się Pierre Louis Moreau de Maupertuis. Matematyk, fizyk, filozof, geodeta i astronom - jednym słowem, człowiek wszechstronny.  Stereotyp uczonego, to postać nudna, zagrzebana w książkach, roztargniona itp. Siedemdziesiąt trzy komedie o naukowcach widziałem i zawsze tak ich przedstawiano. Tymczasem prawda, zwykle (nie zawsze, bo pamiętajmy, kwantyfikatory wielkie są... niebezpieczne) jest inna. Tym bardziej inna im bardziej wszechstronnym człowiekiem jest naukowiec. Maupertuis działał na wielu polach. Na przykład wyruszył w roku 1736 na dwuletnią wyprawę do Laponii, gdzie kierował pracami nad pomiarem długości południka, próbując jednocześnie oszacować wielkość spłaszczenia kuli ziemskiej na biegunach. Najwyraźniej nie wziął sobie do serca obiekcji pewnych wpływowych kręgów, co do kształtu Ziemi i jej miejsca w Kosmosie. Nawiasem mówiąc, asystował mu na wyprawie szwedzki fizyk i astronom Anders Celsius. Znajome nazwisko, nieprawdaż? Znajome bardziej, niż nazwisko Maupertuis, a przecież to Maupertuis jest autorem „zasady najmniejszego działania”. Kluczowej zasady rządzącej światem - dosłownie i w przenośni. Jej dzisiejszy wpis poświęcam.

"La Nature dans la production de ses effets agit toujours par les moyens les plus simples", czyli: Natura w wytwarzaniu swoich efektów zawsze działa najprostszymi środkami. Jak na twirdzenie fizyczne, brzmi to bardzo ogólnie. Jakże ma nie brzmieć ogólnie, jeśli dotyczy NATURY, wszystkiego, co nas otacza. Ma ta zasada i bardziej skomplikowaną postać. Jeśli nie boicie się wzorów fizycznych poszperajcie w książkach lub w sieci, szukając haseł: funkcja Lagrange'a albo zasada Hamiltona. Może być trudno, ale warto. Niekoniecznie trzeba te wszystkie całki przeliczać. Wystarczy poświęcić trochę uwagi ich opisom - przekładowi języka matematyki na opis zjawisk fizycznych. 
Dowiecie się, że w mechanice nierelatywistycznej (newtonowskiej), cząstki (obiekty) poruszają  się tak, by wydatek energetyczny był jak najmniejszy. Nie tylko cząstki, światło też  - stąd wynikają prawa rządzące załamaniem światła na granicy różnych ośrodków. 
Minimalizując działanie (funkcję) otrzymujemy równanie, które dowodzi, że cząstki relatywistyczne (których prędkość jest bliska prędkości światła) poruszają się w czasoprzestrzeni po lokalnie najkrótszych drogach! Pamiętacie, że na powierzchni Ziemi, która jest kulą, najkrótsza trasa między punktami A i B nie jest linią prostą, tylko fragmentem "koła wielkiego"? Tak samo jest w przestrzeni, którą zakrzywiają wielkie masy. Zasada najmniejszego działania też to tłumaczy. Zgodnie z nią, przy nieobecności materii czasoprzestrzeń jest możliwie jak najmniej zakrzywiona. 
Prostsze przykłady: kulka upuszczona na elastyczną tkaninę zamocowaną na jakiejś ramie nie potoczy się po niej w sposób przypadkowy, ale zawsze po tej samej, minimalizującej wydatek energetyczny, krzywej. Błonka mydlana rozpięta na pętli z drutu przybiera kształt zgodny z wyliczeniami Maupertuis.

Co to ma wspólnego z monetami, z numizmatyką? Jeśli się dobrze zastanowić, to zaskakująco dużo. Po pierwsze, czy zauważacie związek między zasadą Maupertuis, a "brzytwą Ockhama"? Nawiasem mówiąc, tę ostatnią nazywa się też zasadą ekonomii myślenia. W numizmatyce też nie należy "mnożyć bytów nad potrzebę", doszukiwać się odmian, wariantów, podwariantów itp. Nie należy dzielić włosa na czworo i ośmioro próbując bronić tezy o oryginalności monety, podczas gdy najprostszym tłumaczeniem jej odmienności jest krótka konstatacja - falsyfikat. 

Ekonomia działania - czas i środki poświęcona na czyszczenie monety, przysłowiowego trupka, lepiej przeznaczyć na poszukiwania ładniejszego egzemplarza. 

Maksymalizacja efektu przy minimalizacji nakładów - czy lepiej budować bardzo konkretnie zaplanowaną i ograniczoną kolekcję, czy nie ograniczając się do wąskiego tematu, łapać liczne sroki za ogon? Droga pierwsza prowadzi zwykle do stworzenia dobrego, ważnego zbioru, druga do powstania zbioru, jednego z tysięcy, tysięcy zbiorów bez znaczenia.

Czas. Mamy go tyle, ile mamy, a ile go mamy, nie od nas zależy. Ale od nas zależy, co z tym czasem zrobimy. I tu też wkracza zasada najmniejszego działania. Nie, nie namawiam do leżenia w bezruchu. Chodzi o maksymalizację efektu przy minimalizacji wysiłku. Pamiętacie ten wpis? To wiecie o co mi chodzi. Jak to się przekłada na kolekcjonerską praktykę? Na przykład tak - zamiast siedzieć przed monitorem obgryzając paznokcie i licytując "na żywo" monety, które chciałbym mieć w zbiorze, wysyłam listę limitów i zajmuję się czymś innym. Korzyści są co najmniej trzy - mam więcej czasu, kupuję taniej, nie denerwuję się bez potrzeby. A radość z wygranej nie mniejsza, niż po wyczerpującej sesji przed komputerem.

Mógłbym długo jeszcze podawać przykłady na powszechność i pożyteczność zasady najmniejszego działania, ale przeczyło by to jej samej. Jeśli miałem kogoś z Was nią zainteresować, zachęcić do przemyśleń, to to, co napisałem, wystarczy. 

O jednym wyjątku muszę jednak wspomnieć. Nigdy nie miałem poczucia straty czasu, kiedy się czegoś uczyłem. Nawet w szkole, ale to była inna szkoła i nie wiem jakby było dzisiaj. W każdym razie, na naukę czasu nie żałujcie. Poświęćcie go w najbliższy weekend na obejrzenie i wysłuchanie kolejnej sesji wykładowej organizowanej przez GNDM, na miejscu, lub przez internet. 
Program ciekawy:
  • 1 PAŹDZIERNIKA - PIĄTEK - Sala Kometa, hotel Marriott.
    • 15:30 Aby przeszłość miała przyszłość GNDM i Fundacja "Las Na Zawsze"
    • 16:00 Prezentacja skarbu Denarów z Cichobórza największego od ponad pół wieku depozytu monet rzymskich, odkrytego w Polsce.
    • 17:15 Kwartniki duże, koronne Kazimierza Wielkiego - wstęp do nowego poznania. Marek Poznański, kolekcjoner, badacz tematu
    • 17:45 Numizmatyka II RP znana i nieznana. Aspekty technologii produkcji w II RP i dziś. Piotr Kosanowski, Mennica Polska / Portal Numizmatyczny
  • 2 PAŹDZIERNIKA - SOBOTA - Sala Kometa, hotel Marriott.
    • 9:00 Drukrnie banknotów polskich. Wielka tajemnica Banku Polskiego - kradzież banknotów złotowych? Dr hab. Krzysztof Filipow prof. Uniwersytetu w Białymstoku. Kierownik Pracowni "Archeologi Nieodległej Przeszłości i Nauk Pomocniczych Historii XX w." UwB.
    • 10:00 Kolekcja Potockich, czyli tam i z powrotem. Mateusz Woźniak, kustosz Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Ja będę w tym przedsięwzięciu uczestniczył zdalnie. Tym razem do Warszawy mi nie po drodze.

Dzisiejszy wpis nie jest przypadkowy (bo nie ma przypadków). Jak już tu kilka razy wspominałem, miałem szczęście i przyjemność studiować fizykę. Jestem prostym, bo prostym, ale magistrem fizyki. Nad funkcjami Lagrange'a i hamiltonianami swoje prześlęczałem. Na dodatek, 28 września to również dzień moich urodzin. W tym roku szczególnych, bo umożliwiających mi rozpoczęcie przeznaczania każdego dnia od poniedziałku do piątku, dodatkowych dziewięciu godzin na własne działania i prace. 
Od pierwszego października częściej będę mógł się zajmować tym, co najbardziej lubię
Czego i Wam życzę.

piątek, 24 września 2021

Czy obrzeże jest elementem rysunku stempla monety?

Nie ma przypadków! Podobno. Spróbujcie mi więc wytłumaczyć takie następstwo zdarzeń.

Kilka dni temu wymieniłem kilka wiadomości e-mail z kolekcjonerem żywo zainteresowanym odmianami i wariantami stempli monet obiegowych. Rzecz dotyczyła różnego wyglądu awersu złotówek z roku 1977.

Gołym okiem widać, że półperełki przy obrzeżu różnią się wielkością. Różnica ta nie jest dla mnie czymś nowym. W moim katalogu monet PRL uwzględniłem ją, notując dwa warianty, a i b.
Pan Tomasz zauważył, że prawa moneta z jego zdjęcia to wariant b z mojego katalogu, ale zauważył też, że moneta po lewej wygląda inaczej, niż mój wariant a.  Oczywiście musiało się w tym momencie pojawić pytanie, czy to nie nowy wariant, powiedzmy c.

Zwykle trudno przychodzi nam przyznawać się do błędów, ale nie mam wyjścia. Upieranie się, że wszystkie pokazane wyżej monety, to warianty rysunku stempla byłoby kolejnym błędem. Wystarczy, że jeden już popełniłem, "mnożąc byty ponad potrzebę". Dowód na to, że błąd popełniłem, mam w swoim archiwum zdjęć. 

Udało mi się w roku 2007 odwiedzić muzeum mennicy warszawskiej i sfotografować część wystawianych obiektów, w tym stempli monet, a między nimi, stempli peerelowskich aluminiowych złotówek. 

Rocznik inny, zdjęcie przez szybę gabloty, więc są jakieś odbicia i błyski, ale wyraźnie widać w czym rzecz. W tle gipsowy model rewersu. Na nim widać, że obrzeże jest elementem rysunku, elementem oddzielającym półperełki od krawędzi rantu. To na modelu, ale przyjrzyjmy się dokładniej procesowi wyrobu stempli. Popatrzcie na kolejne zdjęcie (to i następne, to fragmenty kadrów z filmowego reportażu z mennicy).
Reporter trzyma matrycę do stempli (ta wyżej) i stożkowato zakończony walec, na który w prasie zostanie przeniesiony rysunek z matrycy. Pręt, który stanie się stemplem nie jest płaski! Matryca jest wtłaczana weń nie jednym, a wieloma naciśnięciami prasy. Matryca opuszczając urządzenie, które przeniosło rysunek monety na jej powierzchnię wyglądała tak.
Zanim można było jej użyć, została odpowiednio przygotowana, a jak wyglądała gotowa do pracy widać na poprzednim zdjęciu. Usunięto zbędny metal, nadając części roboczej kształt ściętego stożka. Stempel też poddawany jest obróbce. Mocuje się go w tokarce i...
doprowadza do takiego kształtu.
Pokazane wcześniej peerelowskie stemple wyglądają podobnie, bo ta część procesu ich wytwarzania niewiele się zmieniła. Kluczowe jest tu użycie tokarki, bo to na niej powstaje ostateczny kształt stempla, w tym ten fragment, który później, w prasie menniczej tworzy obrzeże monety. 
Wystarczy minimalna zmiana w prowadzeniu tokarskiego noża i półperełki wyglądają inaczej, bo znika większa, lub mniejsza ich część. 

Zarządzenia wprowadzające monety do obiegu określają ich parametry fizyczne - metal, wagę i średnicę. Ta, dla poszczególnych gatunków (nominałów jest stała), co powoduje, że głębsze lub płytsze podtoczenie krawędzi stempla przekłada się na różną szerokość obrzeża.  

Czy coś, co jest dziełem tokarki można określać, jako element rysunku monety? Raczej nie. Czy  mamy więc uznawać monety różniące się jedynie szerokością obrzeża za warianty? Raczej nie. Mój błąd, moja wina - w następnych wydaniach katalogu nie będzie "obrzeżowych" wariantów złotówek, mosiężnych pięciozłotówek i w końcu dwudziestozłotówek z Marcelim Nowotko. Pozostaną tylko te warianty, które cechują się różnicami (lub wymiarami) rysunku.

A teraz coś więcej o wspomnianych na początku przypadkach i następstwie zdarzeń. Ledwo skończyłem wymianę wiadomości z panem Tomaszem, która siłą rzeczy musiała dotknąć i tematu nazw elementów monety, na YouTube pojawił się kolejny filmik na kanale "Kwadrans z numizmatyką", filmik "Rant czy bok monety? Który to awers, który rewers? Elementy monet."
Jeśli chcemy, żeby nasze numizmatyczne dyskusje były owocne, żeby nie rodziły się nieporozumienia wynikające z różnych nazw dla elementów monet, powinniśmy posługiwać się tym samym słownikiem pojęć. Twórcy "Kwadransu..." propagują takie słownictwo:

Zgadzam się z nimi, poza jednym wyjątkiem. Najbardziej kłopotliwym i najczęstszym źródłem nieporozumień. Chodzi oczywiście o "trzecią stronę monety". Panowie proponują "bok", ja, może ze względu na wiek i galicyjskie przyzwyczajenia optuję za "rantem", ostatecznie może być "brzeg". 
Słysząc bok, zawsze zastanawiam się "lewy, czy prawy", a porządna, zwykła moneta jest okrągła! 

Co do jednego jesteśmy zgodni na pewno - obrzeże to nie bok, ani brzeg, ani rant. Awers ma swoje obrzeże, rewers swoje. Dlaczego je mają, panowie Jacek i Bartek dobrze wyjaśnili na swoim filmie.  

Zaczynam się powoli przyzwyczajać, że zaskakująco często zdarzają się z pozoru nieprawdopodobne koincydencje zdarzeń - zajmuję się jakimś tematem, nigdzie o tym nie wspominając i ni stąd ni zowąd pojawiają się niespodzianki - monety, dyskusje, publikacje, rozmowy...

niedziela, 12 września 2021

Testowa (?) emisja obiegówek 2019

Dziś temat lekko nieświeży, bo rzecz ogłoszono 23 sierpnia 2021. Opóźnienie dzisiejszego wpisu usprawiedliwiają trzy powody. Po pierwsze - wakacje, po drugie - mam ważniejsze tematy na głowie, po trzecie - ambiwalencja uczuć.

Jak nie od dziś wiadomo, 2 stycznia 2020 r. Narodowy Bank Polski wprowadził do obiegu monety 10 gr, 20 gr, 50 gr i 1 zł ze stali pokrytej miedzią i niklem. Ponad półtora roku od tego zdarzenia, wśród komunikatów NBP pojawił się ten, dla mnie może nie tyle zaskakujący, co budzący mieszane uczucia:
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kolekcjonerów Narodowy Bank Polski informuje, że od 1 września br. rozpocznie udostępnianie w kasach 16 oddziałów okręgowych NBP monet o nominale 10, 20, 50 gr oraz 1 zł z 2019 r. wykonanych ze stali pokrytej miedzią i niklem.
Monety 10, 20, 50 groszy oraz 1 zł z 2019 r. ze stali pokrytej miedzią i niklem będą udostępniane do czasu wyczerpania zapasów w ramach operacji bankowych przy uwzględnieniu wewnętrznych regulacji NBP. Jednocześnie informujemy, że ww. monety będą dostępne również przy okazji zakupu wartości kolekcjonerskich.
Nie dziwi mnie, że działania oszczędnościowe polegające na zastosowanie tańszych surowców do produkcji monet obiegowych, wymagały przeprowadzenia wielu technicznych prób. Raz na etapie produkcji blankietów, dwa, na etapie tłoczenia. Właściwie, to powinno się jeszcze przeprowadzić czasochłonne badania trwałości monet z nowego materiału.

Zacytowany komunikat NBP odczytuję tak - równolegle z produkcją miedzioniklowych monet o nominałach od 10 groszy do 1 złotego, mennica tłoczyła tymi samymi (?) stemplami monety na stalowych blankietach pokrytych miedzią i niklem. W jakiej ilości? Tego nie ujawniono w tabeli na stronie NBP, Przypuszczać można, że w grę wchodzą ilości sięgające po kilkaset tysięcy monet każdego z nominałów, bo trzeba było badać wydajność/wytrzymałość stempli, czyli tłoczyć monety aż do ich wyeksploatowania.  

Narodowy Bank Polski zamówił, mennica wykonała. Rezultaty oceniono jako pozytywne i od stycznia 2020 "srebrne" obiegówki mają stalowy rdzeń. Nawiasem mówiąc, zmiana ta zapowiedziana  zaledwie dwa tygodnie przed realizacją, przysporzyła kłopotów producentom i operatorom automatów sprzedażowych. Stalowe monety z datą 2019 trafiły do skarbca NBP. Po półtora roku zdecydowano się na puszczenie ich w obieg, bo tak rozumiem zdania: Monety 10, 20, 50 groszy oraz 1 zł z 2019 r. ze stali pokrytej miedzią i niklem będą udostępniane do czasu wyczerpania zapasów w ramach operacji bankowych przy uwzględnieniu wewnętrznych regulacji NBP. Jednocześnie informujemy, że ww. monety będą dostępne również przy okazji zakupu wartości kolekcjonerskich.
Sprzedaż dla kolekcjonerów została wyraźnie oddzielona od "operacji bankowych". Przez te ostatnie rozumiem po prostu, być może błędnie, puszczenie tych monet w obieg. Jeśli tak, to chcąc uzupełnić zbiór obiegówek, trzeba albo udać się do oddziału NBP i kupić (za ile?) stalowe monety rocznika 2019 albo uzbroić się w magnes i cierpliwie sprawdzać monety przynoszone ze sklepów. 
Miedzionikiel, czy poniklowana stal?
Dlaczego mieszane uczucia? 
Po pierwsze pointa starego dowcipu, przerażająco od jakiegoś czasu aktualna, czyli "Cyryl, jak Cyryl, ale te metody...". Cóż by się strasznego stało, gdyby już w roku 2019 poinformowano o planach zmiany metalu monet? Dlaczego nie postąpiono, jak w przypadku pilotażowej partii "angielskich miedziaków" z datą 2013? Ujawnienie jej wielkości nikomu nie zaszkodziło, monety te są w normalnym obiegu, nie musiałem ich kupować.
Po drugie, ten enigmatyczny fragment zdania z komunikatu NBP - "...przy uwzględnieniu wewnętrznych regulacji NBP". Mam podawać jakieś specjalne hasło, żeby dostać te monety przy zamianie banknotów na bilon?
Niestety śmierdzi mi to kolejną, bo przecież nie pierwszą akcją zmierzającą do poprawy bilansu banku, a co bardziej prawdopodobne, stanu konta jakiejś grupy osób, kosztem kolekcjonerów. 

Jeśli moje niezawodne narzędzie, czyli magnesik zdobiący drzwi lodówki, wyłowi z portmonetki stalowe monety z datą 2019, będę zadowolony i włączę je do zbioru. Kupować ich ani w NBP, ani na rynku kolekcjonerskich nie zamierzam.

I jeszcze jedno. "Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kolekcjonerów...", jakoś mi się nie obiły o uszy plotki o stalowych monetach z datą 2019. A Wam? Słyszeliście coś o tym w roku 2019, 2020, 2021 zanim pojawił się komunikat? 

P.S.16.09.2021

Nigdy nie mów nigdy! 
Kilka dni minęło i zmieniłem zdanie co do zakupu tych monet. Kupiłem, a sprowokowała mnie do tego uwaga przeczytana na jednym z forów - napisano tam, że wszystkie stalowe monet pokryte miedzią i niklem z datą 2019 oferowane przez NBP mają liczne uszkodzenia w postaci drobnych rysek. Niewierny Tomasz (Jurek) ze mnie, więc musiałem to sprawdzić na żywo, a nie na zdjęciach.
Kupiłem (na OLX), dziś odebrałem.
Rzeczywiście na powierzchniach monet są widoczne drobne uszkodzenia. 

Moim zdaniem wszystkie te monety oferowane przez NBP w tym roku nie trafiły do woreczków prosto z mennicy. Najprawdopodobniej cała ta partia z datą 2019 została poddana jakimś próbom na wytrzymałość powłoki z miedzi i niklu nałożonej na stalowy rdzeń. Mogły to być obracające się bębny, do których wsypywano pewną ilość monet. Monety zderzały się z sobą powodując zarysowania i wgniecenia. Próba wypadłą pomyślnie - zarysowania są niewielkie, powłoka Cu+Ni nie odpryskuje. Roczniki 2020 i 2021 wybito już na krążkach stalowych z powłoką Cu+Ni.

Rarytasem będą stalowe monety 2019 bez tych śladów!

Znak zapytania w tytule pozostaje, choć w zasadzie powinien zniknąć. Zostaje, bo zmiana tytułu mogłaby wprowadzić zamieszanie w zakładkach Waszych przeglądarek.

P.P.S. 2021-09-30
Dzisiaj na stronie NBP opublikowano komunikat będący w znacznej części powtórzeniem komunikatu z 23 sierpnia 2021. Wiadomość uzupełniono informacją o wielkości nakładu emisji testowej.
"Informujemy także, że monety powszechnego obiegu o wartości nominalnej 10 gr, 20 gr, 50 gr i 1 zł z rokiem emisji 2019 wykonane ze stali pokrytej miedzią i niklem zostały wybite w nakładzie po 1 000 000 sztuk dla każdego nominału, w ramach łącznej wielkości emisji ustalonej dla każdego nominału ww. monet w zarządzeniu Nr 34/2019 Prezesa Narodowego Banku Polskiego z dnia 12 grudnia 2019 r. w sprawie ustalenia wzorów, stopu, masy i wielkości emisji monet o wartości nominalnej 10 gr, 20 gr, 50 gr i 1 zł (MP z 2019 r. poz. 1188)."
Komunikaty NBP można śledzić tu

czwartek, 9 września 2021

Nowe bicia dla Avesnes?

W katalogach znajdujemy informacje o monetach Królestwa Polskiego „nowego bicia” różniących się szczegółami rysunku od normalnych monet obiegowych. Skąd wzięły się takie monety?
Wszystkiemu są winni Francuzi. Tak przynajmniej brzmi wersja oficjalna. Otóż latem 1858 r. do Sekretarza Stanu przy Radzie Administracyjnej Królestwa Polskiego wpłynęło pismo o następującej treści:

Prośbę dotyczącą w sumie 63 monet (w tym 12 monet KP z datami 1835—1841) potraktowano bardzo poważnie.



W rezultacie do mennicy dotarło konkretne polecenie:



Czy może być coś prostszego, niż wyszukanie kilkunastu miedzianych monet obiegowych i wysłanie ich do Francji. Zapewne nie, ale skoro nadarza się okazja do wyprodukowania nowych "rzadkości numizmatycznych" i wymiany ich na inne materialne dobra, to nie można jej przecież zaprzepaścić. Przy okazji można uniknąć późniejszych zarzutów dotyczących luk w zbiorze własnych produktów i braku nadzoru nad zużytymi stemplami. Zamiast monety kupić na istniejącym już rynku kolekcjonerskim lub "odbić na posiadanych u siebie w zachowaniu stemplach" postanowiono wykonać nowe stemple do starych monet i użyć ich dla zaspokojenia potrzeb mera Avesnes. Kto tę decyzję podjął, nie wiemy.

W ten sposób powstały „nowe bicia” groszy i trojaków 1836 — 1841. Jak można było przewidzieć wybito ich więcej, niż miało trafić do Francji. Ile ich wybito? Tego też nie wiemy.

1 grosz 1836 nowego bicia.

dla porównania, oryginalne bicie warszawskie z 1836 r.

Wszystko pięknie, ładnie. Nowe bicia warszawskiej miedzi są skatalogowane, osiągają na rynku niezłe ceny, zwykle są co najmniej dobrze zachowane - w końcu nie trafiły do zwykłego obiegu, bo nie do niego były przeznaczone.

Pięknie i ładnie, ale...
Nie daje mi spokoju, cóż mogło skłonić mera miasta Avesnes do tak intensywnego zainteresowania się miedzianymi monetami wybitymi w dalekiej Warszawie. Nie srebrem, nie złotem, tylko miedzią? Może zaświtałoby jakieś wyjaśnienie, gdybyśmy znali nazwisko tego mera. Wydawało by się, że taka informacja jest na wyciągnięcie ręki (w stronę np. Wikipedii, francuskiej najlepiej). Zaglądamy tam, i cóż się okazuje. Jest maleńka miejscowość Avesnes w departamencie Pas-de-Calais w regionie Hauts-de-France. Maleńka, bo mieszka w niej dziś mniej, niż pięćdziesiąt osób. W 1856 populacja liczyła 129 osób. Nazwiska mera z tego okresu nie podano, jedynym wymienionym ważnym mieszkańcem Avesnes tego okresu był urodzony tam Edward Barry (1809-1879), historyk. Pan Barry interesował się głównie starożytnością południowo-wschodniej Francji. Był kolekcjonerem, ale zbierał przede wszystkim brązy, terakoty itp.. Wazy etruskie z jego zbioru kupiło po jego śmierci miasto Tuluza, później trafiły do Luwru. Mało prawdopodobne, by jego marzeniem było posiadanie polskich, współczesnych mu miedziaków.

A może to nie to Avesnes? Istniała inna miejscowość o tej nazwie, ale ślad po niej zaginął, dawno przed wiekiem dziewiętnastym została wchłonięta przez Vron.

Korespondencja, którą pokazałem na wstępie, to skany z "Korpusu..." Romanowa. Zajrzałem do Plagego, na wszelki wypadek nie do reprintu, tylko do oryginału, a tam:


Nie Avesnes, tylko Avenes! No to do roboty. L'article « Avènes » n'existe pas sur ce wiki!
No to kto te monety zamawiał, do diaska! Czyżby jakiś pomysłowy Dobromir/Iwan z Petersburga?

Zajrzałem jeszcze raz do francuskiej Wikipedii na stronę wyliczającą homonimy Avesnes i zacząłem je sprawdzać jeden po drugim, wyszukując jakichś związków z Polską, Rosją, numizmatyką. Ostatni (zawsze tak jest, ostatni, nigdy pierwszy) odnośnik wskazał na miasto Avesnes-sur-Helpe. Też w regionie Hauts-de-France. W 1856 r. mieszkało tam przeszło cztery tysiące osób. Nic o merze miasta z tego okresu nie znalazłem, ale zwróciła moją uwagę informacja, że w roku 1814 Avesnes zostało zajęte przez Rosjan, którzy okupowali miasto w latach 1816-1818. Ciekawe!

Puśćmy wodze fantazji. Czy nie jest całkiem prawdopodobne, że jednym z tych rosyjskich żołnierzy był nasz rodak, może Warszawiak? Że na tyle spodobało mu się stare, francuskie miasto, a w szczególności któraś z jego mieszkanek, że tam osiadł, a jego potomek stał się na tyle wpływową osobą, by namówić mera na wystąpienie z prośbą o uzupełnienie kolekcji monet odziedziczonych po ojcu żołnierzu?
Podobnych historyjek można by wysnuć więcej, ale wątpię, by udało się dojść do prawdy. 

Trzeba by kogoś tam wysłać, kogoś znającego francuski, rosyjski i polski, żeby poszperał w archiwach, księgach parafialnych, przespacerował się po cmentarzach...

A może to Avesnes z korespondencji Sekretarza Stanu przy Radzie Administracyjnej Królestwa Polskiego, to zwykła blaga, podkładka, alibi dla tego pomysłowego Iwana? Czytając przypis umieszczony przez Plagego na pokazanym wyżej skanie, mówiący, że trojaki i grosze z datą 1824 wybito w Petersburgu w 1867 roku, myślę sobie, że nawet jeśli pierwotnie rzeczywiście była jakaś prośba z Francji, to końcowe rezultaty znacznie przerosły ten pierwszy pomysł. 
A my, kolekcjonerzy, mamy teraz na co polować.  

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

DESTRUKT - słowo roku.

Mam wrażenie, że od pewnego czasu słowo "destrukt" pojawia się w ofertach sprzedaży monet znacznie częściej, niż kilka lat temu. Owszem, o destruktach dyskutowaliśmy na forach numizmatycznych od dawna, jeszcze za św. pamięci Cafe Allegro, ale głównie w celu ustalenia dlaczego wygląd jakiejś monety odbiega od normy. Zauważyłem też, że w ostatnim roku znacznie wzrosło zainteresowanie stroną "destrukty", która jest częścią bloga, pomimo, że nie umieściłem na niej żadnej zachęty do kolekcjonowania destruktów i nie sugeruję ich dużego potencjału handlowego. 

Teraz "destrukt" w ofercie ma za zadanie przekonanie potencjalnego nabywcy o wyjątkowości monety i co za tym idzie, o jej dużej wartości. Czasem rzeczywiście błąd przy biciu monety powoduje, że wielu kolekcjonerów chce ją mieć i jej cena rynkowa staje się znacznie wyższa niż cena monety prawidłowo wybitej. Zdecydowanie częściej, usterki bicia powodują, że moneta wygląda źle i jej wartość spada w porównaniu z prawidłowo bitym egzemplarzem, pomimo, że błędne bicia są zdecydowanie rzadsze od prawidłowych.

Pod koniec sierpnia na forum TPZN pojawiła się prośba o ocenę pewnego szeląga Jana Kazimierza, popularnej boratynki z dziwnie wyglądającą datą. Reakcja forumowiczów była szybka, a odpowiedź krótka i zdecydowana: "Destrukt czyli moneta źle wybita, bubel". Bubel, to jedno słowo spowodowało, że wątek przekształcił się w spór o to, czy godzi się nazywać kilkusetletnie monety bublami. Rzeczywiście, pierwszym odruchem jest protest - to przecież świadek historii, materialne świadectwo dawnej techniki. Tymczasem, jeśli się zastanowić, to "bubel" jest całkiem poprawnym określeniem źle wybitej monety, pomimo, że bubel to słowo o zdecydowanie negatywnym oddźwięku. Bublem nazywamy wszystko to, co zostało źle wykonane, spartolone.  I rzeczywiście, to co my, kolekcjonerzy monet nazywamy destruktami, to w języku potocznym, śmiało nazwać można bublem.

Z punktu widzenia klasycznego kolekcjonera, zbierającego najładniejsze egzemplarze, jakie uda mu się zdobyć, destrukty są bublami i nie zasługują na uwagę. Są natomiast interesującymi (czasem bardzo interesującymi) obiektami dla kolekcjonera zainteresowanego technikami menniczymi, bo pozwalają zrozumieć i wytłumaczyć nietypowy wygląd niektórych monet. Na podstawie niektórych destruktów można też odtworzyć przebieg niektórych czynności wykonywanych w mennicach.

Czy ta wiedza jest kolekcjonerom potrzebna? Wbrew pozorom, bardzo, bo można ją czasem wykorzystać do potwierdzenia lub wykluczenia autentyczności monet.

Mam w zbiorze wiele destruktów, ale nie gromadzę ich bez ograniczeń. Nie traktuję ich jako obiektów, które zawsze  i wszystkie zasługują na uwagę. Staram się mieć po jednym przykładzie każdego ze znanych mi błędów menniczych od błędów bicia, przez błędy krążków monetarnych, błędy wykonania stempli, po usterki stempli powstałe podczas ich eksploatacji.

W sumie jest tego około 80 sztuk (na przeszło 3300 monet w zbiorze) więc nie tak dużo, a całkiem niewiele w porównaniu z ilością możliwości przedstawionych w książeczce "Official Price Guide to Mint Errors" Alana Herberta.

W USA destrukty rodzimych monet są poszukiwane i osiągają czasem bardzo wysokie ceny na aukcjach największych firm numizmatycznych To od czego zacząłem dzisiejszy wpis, to dowód na trwające próby przeszczepienia tego trendu na nasz skromny runek numizmatyczny (skromny oczywiście w porównaniu z rynkiem USA).

Jakie destrukty miałem na myśli pisząc, że niektóre mają duży potencjał rynkowy? Na przykład takie:


Cena za tę pięciozłotówkę wystawioną na Allegro Lokalnie  jest zdecydowanie przesadzona, przynajmniej na dziś, bo nie mamy pewności o legalnym pochodzeniu monety. Nie mam wątpliwości, że powstało to w mennicy. Pytanie tylko, jak to opuściło mennicę - legalnie, w standardowym opakowaniu bankowym, czy w jakiś mniej konwencjonalny sposób. 

Skąd pewność, że to produkt mennicy? Z wiedzy o technologii produkcji monet. A skąd ta wiedza? Z uważnej lektury przeróżnych publikacji, nie tylko numizmatycznych, z uważnego oglądania zdjęć i filmów wykonanych w różnych mennicach, z uważnych oględzin monet - monet wybitych prawidłowo i bubli/destruktów. Po niesławnej aferze tuzów z kilku firm numizmatycznych nie przypuszczam, żeby była to podobna sprawa, czyli zamówienie złożone u "uczciwego inaczej" pracownika mennicy. Jeśli nie wiecie, o co chodzi, zajrzyjcie tu i tu

Na monetyforum.pl przy okazji dyskusji o tym destrukcie, przypomniano, że podobny przypadek zdarzył się już w roku 2016. W wątku z tego forum, dotyczącym piątki z 2016 r. ktoś zgłaszał wątpliwości, co do możliwości, że najprawdopodobniej pod prasę trafił krążek bez otworu, czyli niedoróbka pierścienia, argumentując, że byłby problem z rdzeniem, który musiałby gdzieś trafić. Na monecie nie ma przecież po nim śladu. Nie jest to jednak dobry argument. Ślad nie musiał zostać, a rdzeń...  W tak szybko pracujących automatach, tłoczących dziesiątki monet na minutę, musi działać jakiś mechanizm zabezpieczający stemple przed błędami podajników i mechanizmu pobierającego monety z prasy, więc nie martwiłbym się o losy rdzenia - trafił do pojemnika z odpadami.

Czy wiecie, w jaki sposób powstają monety bimetaliczne?
Na stronie "world of bimetallic coins" jest enigmatyczna informacja o sposobach produkcji monet bimetalicznych - w googlowym tłumaczeniu:

"Istnieje kilka metod łączenia półfabrykatów bimetalicznych. W niektórych pracach pierścień zewnętrzny jest wytwarzany za pomocą wielostopniowego narzędzia progresywnego, które wybija środkowy otwór przed wycięciem z taśmy. Podwyższona zewnętrzna krawędź półfabrykatu, utworzona przez „obrzeże”, pomaga w zmniejszeniu nacisku wybijania. 

Wewnętrzna lub „zrzut” (powinno być rdzeń - J. Ch.) jest wykonana bardzo podobnie jak zwykły krążek monety, z wyjątkiem specjalnego frezowania na krawędzi. Gdy te dwa elementy zostaną uderzone przez prasę montażową, pierścień zewnętrzny odkształca się, aby wpłynąć do wnętrza wyfrezowanych nacięć, zapewniając skuteczne blokowanie przed skręceniem i zwiększając wytrzymałość połączenia. Istnieją inne sposoby łączenia półfabrykatów bimetalicznych, przy czym każdy producent ma swoją preferowaną metodę." 

W broszurze reklamowej producenta pras (Schuler) uściślono, że łączenie elementów odbywa się podczas jednej sekwencji pracy prasy.

"Manufacture of bi-metal and tri-metal coins. Minting lines in the MRV model series are optimally suited to the manufacture of bi-metal and tri-metal coins. Joining and coining are completed in one operating sequence. The rings and centers are fed separately and coined at maximum cycle rates."

Mały reportażyk: https://coinsweekly.com/coin-minting-presses-for-the-entire-world/

O ile mi wiadomo, nasza mennica nie korzysta z metody Kruppa, czyli tłoczenia monet na wcześniej przygotowanych bimetalicznych blankach (krążkach). Krupp jest ich dostawcą i między innymi reklamuje się tym, że nie jest możliwe rozdzielenie pierścienia i rdzenia gotowej monety bez jej całkowitego zniszczenia. Nasze dwójki i piątki można bez problemu dzielić i łączyć bez użycia jakichś wyrafinowanych narzędzi. Techniczna strona różnych procesów produkcji monet bimetalicznych została opisana w Leitão, P.J.; Teixeira, A.C.; Rodrigues, J.M.C.; Martins, P.A.F. (October 1997). "Development of an industrial process for minting a new type of bimetallic coin". Journal of Materials Processing Technology.

Wracamy do naszych pięciozłotówek. Są one składane z brązalowego rdzenia i miedzioniklowego pierścienia.

Elementy rdzenia i pierścienia tworzące "zatrzask" spajający monetę są znacznie mocniejsze, niż w dwuzłotówkach. Na rancie rdzenia znajduje się głęboki rowek o półokrągłym przekroju.

Krawędzie tego rantu są zaokrąglone, dzięki czemu rdzeń jest mocniej utrzymywany w pierścieniu, ponieważ wewnętrzny rant pierścienia, oprócz wypukłości w środkowej części jest dodatkowo wyprofilowany przy krawędzi. Wypukłość na krawędzi pierścienia powstaje podczas tłoczenia monety - materiał pierścienia pod naciskiem prasy menniczej wciska się w rowek na krawędzi rdzenia.

Bimetaliczna pięciozłotówka została uznana w 1996 roku przez międzynarodowe gremium dyrektorów mennic, za najbardziej zaawansowaną technicznie obiegową monetę świata. Połączenie rdzenia z pierścieniem jest mocne, ale nie tak, jak przy metodzie Kruppa i na dodatek, na powierzchniach monet złożonych z 2 elementów pozostają wyraźnie widoczne ślady w miejscu łączenia elementów.
Na monecie z Allegro Lokalnie tych śladów nie ma, co jest dowodem na bicie na jednorodnym krążku. Nie wchodzi w grę na przykład elektrolityczne pokrycie zwykłej monety jasnym metalem - ślad łączenia musiałby pozostać widoczny. 

Podsumowując. 

Wszystko wskazuje na to, że moneta z Allegro Lokalnie jest destruktem, który może być atrakcyjny dla kolekcjonerów (o ile wyszła z mennicy legalną drogą, w worku ze zwykłymi obiegówkami), bo nie można wykluczyć, że jest unikatem - prawdopodobieństwo, że w partii surowca było więcej pierścieni bez wyciętego otworu jest minimalne. 
Jednocześnie nie oznacza to, że ta potencjalnie cenna moneta nie jest bublem. Jest nim, bo powstała w wyniku błędu.

Bubel, bublowi nie równy. O ile bubel/destrukt tego typu 

jest obiektem ciekawym, bo niesie wiele informacji o technice zastosowanej do jego wyrobu, to takie monety 
negatyw awersu zamiast rewersu - wybita moneta przylgnęła do stempla i sama stała się stemplem kolejnej

 
podwójnie wybita z zamianą awers/rewers

są technicznymi ciekawostkami, pomagającymi zrozumieć niuanse dawnych technik menniczych, ale ani nie są ładne, ani wyjątkowo rzadkie. Ręczna produkcja dużych ilości monet w krótkim czasie, w trudnych warunkach - oświetlenie, hałas itd. rzadko owocowała idealnie wybitymi egzemplarzami. Dominowały monety wybite niestarannie i błędnie. 

Destrukty monet bitych maszynowo są co prawda rzadsze, ale też nie są czymś niezwykłym. Nie należy więc bezkrytycznie przyjmować entuzjastycznych marketingowych zapewnień o  ich wyjątkowości i nadzwyczajnej wartości ani liczyć na to, że destrukt otrzymany w sklepie z wydawaną resztą pozwoli na spełnienie wszystkich naszych finansowych zachcianek.  


czwartek, 26 sierpnia 2021

Eksperyment - cytrynian vs miedź.

Dobrze zachowane miedziane monety to na rynku rzadkość. O ile te bite w XX wieku dość często zdarzają się w stanie menniczym albo tzw. gabinetowym, to emisje dziewiętnastowieczne w takim stanie to cenna rzadkość, a starsze, z XVIII i XVII wieku w stanie menniczym, to rarytasy, białe kruki.  

austriacki halerz w "szufladowej" patynie

Większość miedzianych monet oferowanych na Allegro i w sklepach numizmatycznych to monety z "banku ziemskiego". Monety pokryte cieńszą lub grubszą warstwą osadów, mylnie określaną jako patyna. Taka moneta 

może i jest pokryta patyną, ale ta ewentualna patyna jest schowana głęboko pod kamieniejącym zlepkiem ziemi, cząstek organicznych, produktami korozji miedzi i Bóg wie czym jeszcze. Ta boratynka przynajmniej jest czytelna - pełna identyfikacja odmiana/wariant jest możliwa nawet w  takim stanie.
Bywa (często) znacznie gorzej, na przykład tak

Kolekcjonerzy monet znają wiele poradników, w których są recepty czyszczenia miedziaków. Internet - fora, YouTube, blogi i vlogi - to też kopalnia porad. Wiele się nie pomylę, jeśli napiszę, że w 99 procentach przypadków, stosowanie tych metod w najlepszym przypadku skończy się tak
Otrzymamy wytrawione miedziane blaszki, z których agresywna chemia usunęła nie tylko brud i patynę, ale również część drobnych szczegółów rysunku, wcześniej chronionych przez warstwy zanieczyszczeń.

Ponieważ środek, o którym Hanna Jędrzejewska wspomniała w artykule "Zagadnienie usuwania osadów korozyjnych z monet" (patrz poprzedni wpis) miał według autorki dawać dobre rezultaty również dla monet miedzianych, nie pozostało mi nic innego, jak go przetestować. Wybrałem kilka krążków z pudełka "ZŁOM" i zacząłem zabawę.
przed kąpielą
po 24 godzinach
po kolejnej dobie

Biorąc pod uwagę stan wyjściowy, uważam, że jest nieźle. Nie ma efektu wytrawienia. Osady zanieczyszczeń rozpuszczają się nadspodziewanie dobrze - po każdym etapie monety były szczotkowane pod bieżącą wodą. Na tym etapie zakończyłem eksperyment dla pięciu monet z tego zestawu. Rzymski brązik z prawego dolnego rogu, pierwotnie całkiem nieczytelny, kąpie się nadal i z każdym dnie ujawnia więcej szczegółów rysunku. 
Wobec takich efektów pierwszych prób, wziąłem na warsztat kolejne monety, tym razem z pudełka "MOŻE COŚ Z TEGO BĘDZIE". 
Szeląg litewski Batorego, który od momentu gdy wpadł mi w ręce, wydawał mi się zbyt miedziany.
Po kąpieli nie ujawniły się żadne ślady srebra.

Słabo czytelny obol cieszyński, tu też nie należało oczekiwać wysokiej próby.
Na czytelności wiele nie zyskał, ale zielone paskudztwo zeszło całkiem ładnie.

I jeszcze brzeski szeląg litewski z 1666 roku
Moim zdaniem najlepszy pokaz możliwości cytrynianu w walce z zanieczyszczeniami na miedziakach. Oczywiście odkryta powierzchnia jest matowa i szorstka, ale niczego innego nie należało oczekiwać po trzech przeszło wiekach w ziemi. 

Eksperyment - cytrynian vs miedź uważam za zakończony z wynikiem pozytywnym. Od dzisiaj cytrynian 
zajmuje stałe miejsce w moim numizmatycznym warsztaciku i będzie stosowany w przypadkach trudnych i beznadziejnych. W pozostałych będę, jak dotąd, ograniczał się do mycia omówionego we wpisie z 12 sierpnia 2021 r.

P.S.
Z tą gabinetową patyną też bywa różnie. Mam trojaka z 1840 r. pochodzącego ze starego zbioru, w którym monety były przechowywane w "gabinecie" - drewnianej szafce z szufladkami. Zgadnijcie, moneta leżała na awersie, czy na rewersie?

Printfriendly