Google Website Translator Gadget

sobota, 17 września 2022

Jeszcze lato, a już jakby jesień.

Pogoda dziś nie rozpieszcza więc zamiast do lasu udałem się przed monitor i klawiaturę.

Czy wspominałem już, że zdanie "Po przejściu na emeryturę będę mieć więcej czasu na moje hobby" niekoniecznie jest zdaniem prawdziwym? Jak jest w moim przypadku, widać po częstotliwości ukazywania się nowych wpisów na blogu. Trochę usprawiedliwia mnie (przynajmniej w mojej, subiektywnej ocenie) sytuacja na rynku numizmatycznym, który wyewoluował w złym (przynajmniej w mojej, subiektywnej ocenie) kierunku. Złym, to może jednak przesada - lepiej chyba myśleć o nim, jako nieoptymalnym. 

Mamy X dużych, jak na polską skalę, firm numizmatycznych, regularnie organizujących aukcje, na których  oferowane są fantastyczne numizmaty dotąd niedostępne nie tylko dla przeciętnych (i nieprzeciętnych) kolekcjonerów, ale też takie, o których najlepsze muzea mogą tylko marzyć. Zauważyliście z pewnością, że nie mam zwyczaju rozpisywania się na blogu o tych aukcjach i tych monetach. Firmy wystarczająco dobrze dbają o ich reklamę. Wyjątek robię dla monet, które interesują mnie w związku z moimi katalogami, ale robię to dopiero po zakończeniu aukcji. Tak jest i dziś. 

Niedawno, na 11 aukcji Coinsnet wystawiono grupę monet Królestwa Polskiego 1917-1918, a wśród nich jednofenigówkę 1917. 

Cena razem z opłatą aukcyjną nie przekroczyła trzech tysięcy złotych. Nic dziwnego, bo to jeden z 35 znanych mi egzemplarzy tej do niedawna "unikalnej" monety. Jego zdjęcie zapisałem w archiwum w lutym 2020 jako egzemplarz 33.  

Dla zwykłych kolekcjonerów pozostają Allegro i eBay, gdzie wspomniane wyżej firmy oferują zazwyczaj towar z niższych i najniższych półek. Mamy też "Allegro Lokalnie" i OLX, ale tam trwa bezustanne i bezskuteczne - mam nadzieję - "polowanie na jelenia". Kupić tam coś porządnego za rozsądną cenę to zadanie trudne, ale sprzedaje się łatwo. No i jest oczywiście FB. Bez konta w serwisie można co najwyżej obserwować niektóre, bo nie wszystkie, potencjalnie interesujące profile. Coraz rzadziej coś ciekawego widzę. Handel i wymiana dostępne są tylko dla członków grup zamkniętych. Wiem, że wielu kolekcjonerów korzysta z tej możliwości, ale zdarza się, że czasem administratorzy grup blokują dostęp niektórym osobom z sobie tylko znanych powodów. Z Facebooka zrezygnowałem z powracać tam nie zamierzam. Cóż więc pozostaje - cierpliwość! Cierpliwość i poszukiwanie innych możliwości. Szukam więc i cierpliwie próbuję - łatwo nie jest, najczęściej wynik jest taki lub podobny: 

Szkoda, bo wypatrzyłem fajne monety, ale nie udało się raz, nie uda się sto razy, a za sto pierwszym... Może już 20 września? Mam coś na oku :-)

Kilka dni później Numisbalt będzie sprzedawać monetę, która wydaje się powinna mnie zainteresować, ale jakoś nie mam przekonania, że to co opisano jako kontrmarkę jest nią w rzeczywistości. Tego grosza nie będę licytować, ale zapamiętam go i będę cierpliwie czekać na jego debiut na polskim rynku. 

Za sprawą platformy OneBid zainteresowałem się ponownie sieciowymi "kolekcjami". To rzecz nienowa, od lat działają  na przykład uCoin.net i colleconline. Teraz możliwość budowy wirtualnej kolekcji zaoferował właśnie OneBid. 

Zarządzaj swoją kolekcją

W związku z licznymi pytaniami od naszych użytkowników o taką funkcjonalność z radością pragniemy poinformować że udostępniliśmy już możliwość budowania własnych kolekcji. Zakładka Kolekcje znajduje się w Profilu po zalogowaniu na konto. Tworzone kolekcje mogą być prywatne lub publiczne. Pierwszy rodzaj będzie dostępny wyłącznie w panelu użytkownika i nikt poza właścicielem nie będzie miał do niej dostępu. W przypadku kolekcji publicznej podstawowe informacje na jej temat będą dostępne dla każdego. Kolekcje publiczne są dostępne pod adresem https://onebid.pl/pl/collections/.

Jeden użytkownik może mieć wiele kolekcji, które mogą być uporządkowane w wielu kategoriach. Do kolekcji można dodawać dowolne obiekty, nie tylko kupione za pośrednictwem naszego serwisu. Jednocześnie informujemy że tworzenie kolekcji publicznych może być wyłącznie na użytek własny i nie może mieć charakteru komercyjnego.

Na razie jest skromnie, widzę tylko jedną kolekcję publiczną. 

Przyczyna niewielkiej jak dotąd popularności usługi tkwi być może w zapisach regulaminu. 

§ 10. PUBLIKACJA KOLEKCJI W SERWISIE

  1. Kolekcje mogą być publikowane w Serwisie wyłącznie przez zalogowanych Użytkowników.
  2. Publikacja Kolekcji w Serwisie jest bezpłatna.
  3. Opublikowana Kolekcja jest dostępna dla wszystkich korzystających z Serwisu.
  4. Z momentem publikacji Kolekcji Użytkownik udziela Usługodawcy niewyłącznej, nieograniczonej terytorialnie i nieodpłatnej licencji na utrwalanie, zwielokrotnianie i rozpowszechnianie całości lub dowolnego fragmentu Kolekcji, w celu jego wyświetlania w Serwisie, a także w dowolnym miejscu za pośrednictwem sieci Internet, w tym w wyszukiwarkach internetowych (jak np. Google), portalach społecznościowych (np. Facebook, Instagram, YouTube). Udzielenie licencji jest konieczne dla pełnego korzystania z Serwisu.
  5. Użytkownik zachowuje swobodę określenia treści Kolekcji, pod warunkiem, że mieści się ona w granicach prawa i spełnia następujące wymagania:
    1. opis Kolekcji sporządzony zostanie w języku polskim lub obcym, nie będzie zawierał słów powszechnie uznanych za wulgarne lub obraźliwe
    2. treść Kolekcji powinna zawierać jasny, dokładny i kompletny opis, zgodny z prawdą i niewprowadzający w błąd
    3. w treści Kolekcji nie mogą się znajdować jakiekolwiek dane kontaktowe do właściciela kolekcji
  6. Usługodawca ma prawo zablokowania Użytkownikowi możliwość publikacji Kolekcji

 Punkt czwarty może budzić zastrzeżenia. 

Cierpliwie czekam na ciąg dalszy działań na stronie SNP - po zmianach we władzach stowarzyszenia i zapowiedziach rozwoju strony internetowej pojawiła się na niej taka informacja 

To na dziś cała zawartość strony, zobaczymy co stanie się za miesiąc.

Tymczasem obol licznych nienumizmatycznych zajęć znajduję chwile na:

  • porządkowanie zbioru i systematyczne opróżnianie pudełek z dubletami i monetami dla mnie zbędnymi, 
  • porządkowanie mojej numizmatycznej biblioteczki - też wymaga odchudzenia
  • poszukiwanie informacji do nowych wydań katalogów.

Kilka świeżo znalezionych przykładów z międzywojennej prasy: 

Przesłanka wskazująca na fałszywość oskarżeń kierownictwa mennicy o brak nadzoru nad stemplami polskich monet w mennicy wiedeńskiej. Wygląda na to, że chodziło o zwykłą kradzież. Swoją drogą, ukraść bilon na kwotę "przeszło 7 milionów"? Nieprawdopodobne! 

Informacja o źródłach srebra na monety bite w USA 
I jeszcze dwie wiadomości z roku 1924 
Zbieram mozolnie takie wiadomości, bo często są bardzo dokładne i znakomicie pokazują jak budowano system pieniężny II Rzeczpospolitej. 

Nie znalazłem niestety czasu by dziś zameldować się w Praszce, na kolejnym seminarium w tamtejszym muzeum.

Szczerze żałuję, bo kilka lat temu przekonałem się, że warto tam bywać. 

Nie byłem także na XVI Kongresie https://inc2022.pl, i też żałuję. Coraz bardziej...

 

środa, 31 sierpnia 2022

Numizmatyczna biblioteczka beletrystyczna.

Ostrzeżenie -  dziś będzie bardzo dużo do czytania, w tym masa cytatów, ale za to mało obrazków.

Na moich dożywotnich wakacjach mam na czytanie nie więcej czasu, niż przed nimi, co oznacza, że nadal czytam dużo. Jestem jednym z tych mieszkańców naszej niepokojącej ojczyzny, dzięki którym średnia ilość książek przeczytanych na obywatela jest większa, niż zero. Na lubimyczytac.pl opublikowano w lipcu wyniki badań Krajowego Instytutu Mediów. Wyniki straszne. 

Ponad połowa Polaków nie przeczytała ani jednej książki w ciągu ostatniego roku. Jak podaje Krajowy Instytut Mediów, na przestrzeni minionych dwunastu miesięcy aż 56% badanych nie sięgnęło po żadną lekturę – ani w formie papierowej, ani elektronicznej.

 

Książek nie czytała przeszło połowa osób z wykształceniem średnim i prawie jedna trzecia osób z wykształceniem wyższym. Zgroza!

Dobra. Ponarzekałem, czas by napisać o tym, co zaplanowałem. Otóż, co oczywiste, czytam nie tylko opracowania numizmatyczne. Znajduję czas na beletrystykę i tzw. literaturę faktu. O niej kiedy indziej, dziś o beletrystyce. Wspominałem już kiedyś o Naszej Pani Radosnej W. Zambrzyckiego. Jest tam niewielki fragment związany z monetami - przed planowanym przeskokiem w czasy cesarza Oktawiana, główny bohater kupuje w antykwariacie "drobne pieniążki", które będą mu i jego towarzyszom potrzebne w pierwszych dniach w cieniu Wezuwiusza. Co jakiś czas wracam do tej książeczki przypominając sobie stare i znajdując nowe smaczki. Szczerze polecam.  

W tym roku kończę długi, długi cykl książek sir Terence'a Davida Johna Pratchetta opisujących magiczny świat dysku. 

Czekają na swoją kolej jeszcze cztery ostatnie tomy, a z przeczytanych chciałbym polecić dwa, które powinien przeczytać i zastanowić się nad nimi każdy kolekcjoner - nie tylko kolekcjoner monet. To "Piekło pocztowe" i "Świat finansjery". Pratchett, z właściwym sobie poczuciem humoru opisał świat kolekcjonerów, nie mniej dziwny od świata dysku spoczywającego na grzbietach czterech słoni: Berilii, Tubula, Wielkiego T’Phona i Jerakeena, stojących na skorupie A’Tuina, wielkiego żółwia płynącego przez Kosmos. Albo Pratchett sam był kolekcjonerem, albo znał jakichś i uważnie ich obserwował. Inaczej nie mógłby napisać takich zdań. 

Świat szpilek był światem cudownym. Szpilki to hobby, które może zająć człowieka na cale życie. Moist wiedział o tym, ponieważ wydał jednego dolara na "Szpilki" niejakiego J. Lanugo Owlsbury'ego, zapewne najnowsze dzieło na ten temat. Niektórzy klienci, przeglądający książki na półkach ("Niedociągnięcia, podwójne ostrza i skazy", "Szpilki Uberwaldu i Genoi", "Pierwsze kroki wśród szpilek", "Przygody w Akufilii"…) i zerkający ukradkiem na gablotę szpilek pod szkłem, mieli twarze tak zachłanne, że go to przeraziło. Wszyscy byli płci męskiej. Najwyraźniej kobiety nie były naturalnymi "łebkarzami".

Brzmi znajomo? Następny akapit docenią kolekcjonerzy pamiętający wydawane kilkadziesiąt lat temu lokalne, amerykańskie i angielskie periodyki numizmatyczne. A z resztą, czy ten opis nie pasuje do pierwszych wydań Biuletynu Numizmatycznego, albo Numizmatyka Krakowskiego? 

Znalazł "Szpilki Totalne" na dolnej półce. Magazyn miał wygląd pisma  przygotowanego w warunkach domowych i trochę rozmazany, drobny druk, brakowało mu natomiast takich subtelności jak akapity, a w wielu przypadkach także interpunkcja. 

Jednego, czego polski kolekcjoner czegokolwiek powinien zazdrościć pratchettowskim "łebkarzom" była obfitość oferty fachowej literatury. 

Kiedy Moist położył niewielki magazyn na ladzie, właściciel sklepu – potężny brodaty mężczyzna z dredami na głowie, szpilką w nosie, piwnym brzuchem, który by wystarczył na trzy osoby, i słowami "Szpilki albo Śmierć" wytatuowanymi na bicepsie – podniósł broszurę, po czym opuścił lekceważąco.

–Jest pan pewien? – zapytał. – Mamy tu "Miesięcznik Szpilkowy", "Nowe Szpilki", "Szpilki Praktyczne", "Szpilki Współczesne", "Superszpilki", "Szpilki Międzynarodowe", "Mówią Szpilki", "Świat Szpilek", "Szpilki Świata", "Szpilki i Szpilkarnie", "Przegląd Akufilii", "Szpilki Ekstremalne", z Uberwaldu, bardzo dobre pismo, jeśli kolekcjonuje pan zagraniczne szpilki, "Szpilki dla Początkujących"… to takie pismo kolekcjonerskie, co tydzień dołączają nową szpilkę, "Czas Szpilek" oraz… – W tym miejscu właściciel mrugnął porozumiewawczo – "Szpilki w Zaułkach".

Bohater książki, Moist Lipwig, oszust i znawca ludzkiej psychologii, został obarczony niełatwym zadaniem wskrzeszenia poczty w Ankh-Morpork. Zadanie z sukcesem zrealizował, przy okazji wynajdując znaczki pocztowe, które błyskawicznie zdetronizowały szpilki i zostały ulubionymi przez Morporkczyków przedmiotami kolekcjonerstwa.  

–Co pan rysuje, panie Lipwig? – Chłopak wyciągnął szyje. – Wygląda jak Urząd Pocztowy!

–Doskonale. Będzie na stemplu, Stanley. Popatrz tutaj… Co myślisz o pozostałych? – Wręczył mu resztę szkiców.

–Jej, niezły z pana rysownik, panie Lipwig. Ten wygląda całkiem jak Vetinari!

–To stempel za pensa – wyjaśnił Moist. – Skopiowałem jego wizerunek z jednopensówki. Herb miasta na dwupensowym, Morporkia z widłami na piątce, a Wieża Sztuk na dużym, jednodolarowym stemplu. Myślałem tez o stemplu dziesięciopensowym.

–Bardzo ładne, panie Lipwig – przyznał Stanley. – Tyle szczegółów… Jak male obrazy. Jak się nazywają te cienkie linie?

–Sianko. Dzięki temu bardzo trudno je podrobić. A kiedy list ze stemplem trafia do Urzędu Pocztowego, rozumiesz, bierzemy któryś ze starych gumowych stempli i przybijamy na nowym stemplu… Nie, lepiej nazwę je znaczkami, bo oznaczają opłacenie poczty, a stempel i tak trzeba przybić. Wiec przybijamy na znaczku, żeby nie dało się go użyć drugi raz…

Co było dalej, łatwo się domyślić - przecież większość z nas też kiedyś, mniej lub bardziej poważnie ćwiczyła filatelistykę. 

–Ludzie wysyłają koperty ze znaczkami w kopertach adresowanych do zajazdu dyliżansów w Genoi, żeby pierwsza kopertę można było odesłać w drugiej kopercie.

–Chcą dostać z powrotem te koperty? Po co?

–Bo były użyte, sir.

–I przez to są wartościowe?

–Nie jestem pewien, w jaki sposób, sir. To tak jak mówiłem, sir. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie nie wierzą, że to prawdziwe znaczki, dopóki nie wykonały tej pracy, dla której zostały wymyślone, sir. Pamięta pan ten pierwszy wydruk pensowych znaczków, które musieliśmy rozcinać nożyczkami? Koperta z takim znaczkiem warta jest dla kolekcjonera dwa dolary.

–Dwieście razy więcej niż znaczek?

–Tak to już jest – stwierdził Stanley. Oczy mu błyszczały. – Ludzie wysyłają listy do siebie, żeby je oznaczyć, znaczy ostemplować, sir. Żeby były użyte.

–Mam w kieszeni parę używanych chusteczek – odparł zdziwiony Moist. – Myślisz, że ludzie zechcą je kupić za dwieście razy więcej, niż kosztowały?

–Nie, sir – uznał Stanley.

–Wiec dlaczego…? 

Dlaczego? Wiecie dlaczego? 

Oczywiście, na tym się nie skończyło.   

Zbieranie znaczków... Zaczęło się już pierwszego dnia, a potem szaleństwo rosło jak... jak coś wielkiego, stosując się do dziwacznych, zwariowanych zasad. Czy istniała jakaś inna dziedzina, w której skaza zwiększała wartość towaru? Czy ktoś kupiłby garnitur dlatego, że jeden rękaw jest krótszy od drugiego? Albo przyszyty jest przypadkowy kawałek materiału? Oczywiście, kiedy Moist to zauważył, zaczął wprowadzać błędy świadomie, dla publicznej rozrywki, ale na pewno nie zaplanował tego, by głowa lorda Vetinariego pojawiała się dołem do góry jeden raz na każdym arkuszu niebieskich. Pewien drukarz chciał je zniszczyć, ale Moist powalił go atakiem z wyskoku.

Cały ten interes wydawał się nierealny, jak zawsze w świecie Moista. Kiedyś, kiedy Moist był niegrzecznym chłopcem, sprzedawał marzenia, a prawdziwym przebojem było to, w którym dzięki szczęśliwemu przypadkowi człowiek zdobywa fortunę. Sprzedawał szkło jako brylant, bo chciwość przesłaniała ludziom wzrok. Rozsądni, uczciwi ludzie, którzy każdego dnia ciężko pracowali, wbrew wszelkim doświadczeniom wierzyli jednak w pieniądze za nic. Ale zbieracze znaczków... Ci ludzie wierzyli w drobne doskonałości. Możliwe było, by maleńką część świata doprowadzić do właściwego stanu. A nawet jeśli się nie dało, człowiek przynajmniej wiedział, których kawałków brakuje. Mógłby to być, na przykład, niebieski trójkątny za 50 pensów z błędem, ale gdzieś krążyło jeszcze sześć takich i kto wie, czy szczęście nie uśmiechnie się do zaangażowanego poszukiwacza? Musiałoby to być wielkie szczęście, co Moist musiał przyznać, gdyż cztery z tych sześciu czekało bezpiecznie w ołowianej skrzynce pod podłogą w jego gabinecie, odłożone na ciężkie czasy. Ale i tak gdzieś pozostały jeszcze dwa, może zniszczone, zagubione, zjedzone przez ślimaki albo – i tutaj nadzieja leżała warstwą grubą jak śnieg zimą – wciąż w jakimś zapomnianym pliku listów w głębi szuflady.

Czy to Wam czegoś nie przypomina?

Po sukcesie pocztowym. Moist w nagrodę, a może raczej za karę dostał zadanie następne - miał dokonać sanacji banku centralnego i... mennicy. Pratchettowi bliżej było do filatelistów, niż numizmatyków. W Świecie finansjery, z którego pochodzi poprzedni cytat, o monetach, jako obiektach kolekcjonerskich jest niewiele, jeśli nie nic. Za to, dostajemy wyjaśnienie pojęcia pieniądza fiducjalnego. Kawa na ławę.

– Złoto jest bardzo ciężkie, panie Lipwig. To szlachetny metal, czysty i bez domieszek. – Lewa powieka Benta zadrgała. – To metal, który nigdy nie wypadł z łask.

– Naprawdę? – zapytał Moist i sprawdził, czy drzwi nadal są otwarte.

– Jest również podstawą bardzo solidnego systemu finansowego – ciągnął Bent, a światło odbijało się od sztabek i rozjaśniało jego twarz. – To jest Wartość! To Cena! Bez zakotwiczenia w złocie nastąpiłby chaos!

– Dlaczego?

– Kto by ustalał wartość dolara?

– Ale przecież nasze dolary nie są z czystego złota, prawda?

– Ach, no tak. Są złotego koloru, panie Lipwig. Mają mniej złota niż morska woda; są złotawe. Osłabiliśmy własną walutę, panie Lipwig. To nikczemność! Nie istnieje gorsza zbrodnia! Oko zadrgało mu znowu.

– Eee... morderstwo? – podpowiedział Moist. Tak, drzwi wciąż były otwarte. Pan Bent machnął ręką.

– Morderstwo zdarza się tylko raz, a kiedy podważy się zaufanie do złota, zapanuje chaos. Ale to była konieczność. Te potworne monety są rzeczywiście tylko złocone, lecz stanowią materialny symbol prawdziwego złota w skarbcu. W swej nędzy uznają jednak prymat kruszcu i naszą niezależność od manipulacji rządu! My sami mamy tu więcej złota niż jakikolwiek inny bank w mieście, a tylko ja posiadam klucz do tych drzwi! No, prezes też go ma, oczywiście – dodał, całkiem jakby przypomniał sobie coś irytującego i nieprzyjemnego.

– Gdzieś czytałem, że moneta reprezentuje zobowiązanie wydania złota o wartości dolara – podpowiedział Moist. Pan Bent złożył dłonie w piramidkę i skierował wzrok ku górze, jakby się modlił.

– W teorii tak – przyznał po chwili. – Ale wolałbym powiedzieć, że to niepisane porozumienie, iż wykonamy zobowiązanie wymiany monety na złoto wartości dolara, pod warunkiem jednak, że nikt nas o to nie poprosi. 

 Mennica w Ankh-Morpork była przedsiębiorstwem archaicznym, złożonym z mnóstwa szop. 

Ludzie z Szop obsługiwali szopę szlifowania, szopę stemplowania, szopę polerowania, odlewnię (dwie szopy), ochronę (jedna szopa, ale bardzo duża) oraz szopę magazynową z zamkiem, który Moist potrafiłby otworzyć kichnięciem. Inne szopy pozostawały tajemnicą, ale prawdopodobnie zbudowano je na wypadek, gdyby ktoś szybko potrzebował jakiejś szopy.

 Mennica miała swoją historię i swoje problemy. 

Była to historia kompletna i wymagała porządnej opowieści. W pewnym momencie Moist był już pewien, że przyszedł czas na epokę lodowcową. Słowa przepływały obok jak deszcz ze śniegiem, ale jak deszcz ze śniegiem, niektóre się lepiły. Stanowisko dziedzicznego majstra powołano setki lat temu, kiedy pozycja zarządcy mennicy była tylko synekurą przyznawaną kumplowi od kieliszka obecnego króla czy patrycjusza, ten zaś wykorzystywał ją jak skarbonkę i robił tyle, że co jakiś czas pojawiał się z wielkim workiem, kacem i znaczącym spojrzeniem. Majstrostwo ustanowiono, ponieważ niejasno zdawano sobie sprawę, że ktoś powinien wszystkim kierować, w miarę możliwości na trzeźwo.

– Więc to pan wszystkim tutaj kieruje? – wtrącił pospiesznie Moist, by zatamować strumień naprawdę interesujących informacji o pieniądzach.

– Zgadza się, sir. Czasowo. Od stu lat nie mieliśmy zarządcy.

– Więc jak dostajecie wypłatę? Przez chwilę trwała cisza. Potem pan Shady odpowiedział takim tonem, jakby tłumaczył coś dziecku:

– To jest mennica, sir.

– Sami produkujecie swoje pensje?

– A kto inny mógłby to zrobić, sir? Ale wszystko oficjalnie, prawda, panie Bent? To on dostaje wszystkie kwity. Właściwie tylko eliminujemy pośredników.

– No, przynajmniej prowadzicie zyskowny interes – stwierdził grzecznie Moist. – Znaczy, robicie tu niezłe pieniądze.

– Udaje nam się wyjść na zero, sir, rzeczywiście – zgodził się Shady takim tonem, jakby nie była to łatwa sprawa.

– Na zero? Jesteście mennicą! Jak można nie mieć zysków, kiedy się produkuje pieniądze?

– Koszty, sir. Gdzie pan spojrzy, wszędzie mamy koszty.

– Wszędzie?

– Wszędzie – potwierdził dziedziczny majster stanowczo. – One nas rujnują, sir, naprawdę. Produkcja ćwierćpensówki kosztuje pół pensa, a półpensówka prawie pensa. Pens wychodzi pensa i ćwiartkę, ale sześciopensówka to dwa i ćwierć pensa, więc na nich zarabiamy. Pół dolara kosztuje siedem pensów. Dolary są tańsze, po sześć pensów, ale to dlatego, że wszystko robimy na miejscu. Prawdziwy problem to szelągi: warte są pół ćwiartki, ale kosztują po sześć pensów, bo to delikatna robota, skoro są takie małe i jeszcze mają w środku dziurkę. Trzypensowe, sir... mamy tylko kilka osób, które je wykonują, te monety są bardzo pracochłonne, wychodzi po siedem pensów sztuka. I niech pan nawet nie pyta o dwupensówki...

– A co z dwupensówkami?

– Cieszę się, że pan o to spytał, sir. Delikatna robota, kosztują nas po siedem i jedną szesnastą pensa.

Mam wrażenie, że ktoś powinien dać Świat finansjery do poczytania prezesowi NBP, ministrowi finansów i premierowi. 

Czytam dużo i nie tylko Pratchetta. Jeden z ubiegłotygodniowych wieczorów zajął mi Brandon Sanderson. Większość jego książek, to sięgające tysiąca stron cegły, ale tym razem trafiłem na krótkie opowiadanie - Migawka. 

Tytułowa migawka, to wierna do najmniejszych szczegółów rekonstrukcja miasta. Rekonstrukcja żyjąca. Mieszkańcy migawki  - podróbki - "żyją" do momentu jej wyłączenia, a do tego czasu odtwarzają wszystko, co wydarzyło się w czasie między wybranym dniem z przeszłości, a dniem włączenia migawki. Do migawki wprowadza się detektywów mających rozwiązać zagadki przestępstw - morderstw, kradzieży, włamań. Wewnątrz odtworzonej Migawki detektywi Davis i Chaz są najwyższą władzą. Ich odznaki pozwalają im ominąć każdą przeszkodę i lekceważyć prawa obywatelskie otaczających ich podróbek. Jeden z nich wykorzystuje to (między innymi) do lokalizowania monet. Wszystko dzieje się w przyszłości, w której monety, choć nadal są używane zgodnie z przeznaczeniem - można nimi płacić za zakupy, to już się ich nie produkuje. Stają się coraz rzadsze. Detektyw, jak wielu z nas, poszukuje okazów, których brak w zbiorze jego syna - konkretnych nominałów, roczników, mennic. Problemem jest to, że z migawki nie można nic wynieść. Nie udaje się nawet próba połknięcia rzadkiej dwudziestopięciocentówki. Pozostaje tylko nadzieja, że po powrocie z migawki do normalnego świata, wiedząc gdzie jest pożądany okaz, uda się go zdobyć. 

W Migawce kolekcjonerstwo nie gra ani głównej ani nawet ważnej roli. Może to tylko zabieg autora, by atrakcyjnie i możliwie nie łopatologicznie wyjaśnić, dlaczego detektywi wysyłani do migawki nie ulegają pokusie łatwego zarobku. 

Miałem kiedyś podobny pomysł. Pisząc dwa tekściki do Opowiadań numizmatycznych zastanawiałem się nad fantastyczną nowelką na motywie podróży w czasie i wykorzystywania ich do zdobywania jeśli nie monet, to tylko (tylko?) wiedzy o nich - o mennicach, ludziach...

Może kiedyś?

Na koniec pytanie - czy Wy też natrafiliście w swoich nienumizmatycznych lekturach na jakieś ciekawe motywy kolekcjonerskie?

wtorek, 9 sierpnia 2022

Ogórki 2022

I to co za oknem - bo przecież lato, i to co się dzieje w kraju i na świecie - bo ostatnio wyprawiają się rzeczy straszne, wszystko to powoduje, że monety schodzą na plan drugi albo nawet trzeci. Nie miejcie więc proszę pretensji, że rzadko ostatnio piszę. Zwykle też tak latem bywało i w latach poprzednich, choć wtedy przeszkadzały tylko wakacyjne "obowiązki". 

Nie zmieniło się również to, że latem, w przerwach od lasu, ogrodu, rowerów, jezior, wieczornego przesiadywania ze znajomymi przy dobrym jedzeniu i piciu, troszkę łatwiej można upolować jakąś interesującą monetę. A że przerw niewiele, to i monet niewiele. W lipcu dwie tylko i na dodatek prawie identyczne. 

Różni je oczywiście rocznik. Co się jeszcze w oczy rzuca, to litery N na rewersie - na pierwszej monecie są w odbiciu lustrzanym. Jakie jeszcze widzicie istotne różnice? Co jest istotne?
Pan Dariusz Marzęta w swoim Wirtualnym Muzeum Polskiego Szeląga przyjął, że dla tych monet istotne są (dla rocznika 1622):

Kryteria zastosowane do wyróżnienia odmian w danym roczniku:
– ozdobniki po bokach korony na awersie
– korona nad Snopkiem lub jej brak
– litery „N” w napisie na rewersie (normalne lub odwrócone)
– dwie ostatnie cyfry daty (22 lub ZZ)

Kryterium zastosowane do wyodrębnienia wariantów:
– stylistyka liter „Z” w dacie (dolne belki przechylone do dołu, dolne belki przechylone do góry, górne belki równe, górne belki przechylone do góry) 

Zaskoczyło mnie, że w WMPS nie znalazłem szelągów z identycznym zestawem cech charakterystycznych. Zaskoczyło, bo to przecież monety specyficzne, bite przez dwa lata tylko.  Przypisuje się je mennicy warszawskiej, o której wiemy niewiele - że istniała i że związani z nią byli mincerze - Jan Szmidt i Stanisław Bierman oraz dzierżawca - Jakub Jacobson - holenderski mincerz, przedsiębiorca, zarządca naszych mennic koronnych i miejskich (Bydgoszcz, Gdańsk, Toruń, Elbląg, Kraków, Warszawa, Wilno). 

Dziwne, że tak mało o tej mennicy wiemy. Jedną z nielicznych, godnych uwagi publikacją na jej temat jest artykuł Zbigniewa Kurzyny w Wiadomościach Numizmatycznych - rok 1970, zeszyt 1. Wiemy z diariuszy sejmowych, że król Zygmunt III Waza tłumaczył się z otwarcia mennicy w Warszawie na sejmie w roku 1623, ale nie mamy pewności co do okresu, w którym ta mennica była czynna. Jej produkcja była na tyle obfita, że napisowe szelągi warszawskie fałszowano w Suczawie, na dodatek nie zawsze kładąc właściwe daty na monetach. Oprócz falsyfikatów z datami 1622 i 1623 znamy też takie fałszywe szelągi z 1616 r. Jest taki u Czapskich (w katalogu kolekcji nr 2577), do pewnego czasu uznawany za oryginalny. Czapski uznał tę monetę za tak ważną, że umieścił w katalogu jej rysunek! Katalog zbioru hrabiego Emeryka  był i do dziś często jest uznawany przez innych autorów za bardzo wiarygodne źródło. Dlatego, pomimo, że to moneta, w której srebra na lekarstwo, a na rysunku wyraźnie widać cechy tłoczenia na prasie walcowej, pojawia się w nowszych katalogach. W katalogu monet Zygmunta II z 1990 roku ilustruje ją rysunek przekopiowany z Czapskiego. O suczawskich falsyfikatach więcej znajdziecie w artykule Krzysztofa Wnęka "Fałszerstwa szelągów Rzeczypospolitej z XVII wieku wykonane techniką walcową" w Wiadomościach Numizmatycznych Rocznik LVII (2013) zeszyt 1–2.

Dziwne też (a może nie), że w roczniku 1622 jest stosunkowo dużo odmian i wariantów stempli, a rocznik 1623 to tylko jedna odmiana i bardzo nieliczne warianty. Najprostszym wyjaśnieniem mogłoby być założenie, że mennica rozpoczęła intensywną produkcję w początku 1622 roku i przerwała ją krótko po rozpoczęciu roku następnego.

Sezon ogórkowy zakończy się wkrótce i przeskok do normalnej aktywności, dla numizmatyków będzie przeskokiem w aktywność nadzwyczajną. 11 września rozpocznie się w Warszawie XVI Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny. Potrwa do 16 września. Szczegółowy program i wszystkie niezbędne informacje na temat kongresu można znaleźć na jego stronie internetowej. Pełny harmonogram wystąpień i prezentacji uczestników jest tutaj. Można go pobrać w formie dokumentu pdf. Kongres pierwotnie planowano na jesień 2021. Plany pokrzyżowała pandemia COVID-19 i kongres przesunięto na wrzesień 2022. Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że polska będzie gospodarzem kolejnego kongresu, miałem szczery zamiar udziału w nim - jako widz/słuchacz. Późniejsze wydarzenia sprawiły, że będę musiał ograniczyć się do lektury artykułów, które jak zwykle, po każdym kongresie są publikowane w różnych wydawnictwach. Dla zachęty do zainteresowania się tymi publikacjami proponuję zapoznanie się z częścią plonu poprzednich kongresów.

Na koniec akcent dla niektórych humorystyczny, dla mnie symptom wtórnego analfabetyzmu i postępującego zgłupienia ogarniającego coraz większą część rodaków. 
Dłoń trzymająca monetę nie wygląda na dziecięcą! 

poniedziałek, 18 lipca 2022

Wakacyjna mieszanka

Moje wakacje zaczęły się w październiku 2021 i trwają nieprzerwanie do dziś, ale przypuszczam, że dla większości z Was wakacje, to maksymalnie tylko kilka tygodni podczas których praca i hobby spadają na dalszy plan. Dlatego dziś, choć w większości o monetach, ale nie tylko o nich.   

Po pierwsze, z przykrością donoszę, że pierwsza próba kupienia kilku polskich monet na poważnej, szwajcarskiej aukcji nie wypaliła - przelicytowano mnie jeszcze na etapie "pre-bid". Nie zniechęcam się, będą następne podejścia.

GNDM systematycznie dodaje kolejne pozycje do katalogu jesiennej aukcji. Jest między nimi bardzo ładny egzemplarz feniga Królestwa Polskiego z 1917 roku. 

W opisie podano, że razem z monetą, nabywca otrzyma dawne dokumenty z zakupu aukcyjnego. Dokumenty zawierają opinię eksperta potwierdzającą autentyczność monety i jej polaroidowe zdjęcia. I tu zaskoczenie - porównajmy zdjęcie aukcyjne ze zdjęciem z certyfikatu. 
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to dwie różne monety. Po uważnym porównaniu widać jednak, że to ten sam egzemplarz. Kolorowe zdjęcie GNDM uwydatniło plamy korozji, ale widoczne wżery nad literą O w POLSKIE i nad TW w KRÓLESTWO oraz skaleczenia nad literą K w KRÓLESTWO rozwiewają wątpliwości. Mam jednak wrażenie, że monetę źle przechowywano i aktywna korozja spowodowała pogorszenie stanu monety - plamka na krawędzi jedynki w nominale i plama pod OL w POLSKIE chyba urosły, bo na zdjęciach E. Paprotha są prawie niewidoczne. Trochę utrudniło to sprawdzenie, czy mam już w archiwum zdjęcia tej sztuki, ale dość szybko okazało się, że nie i że to kolejny do odnotowania, trzydziesty piąty już egzemplarz na rynku. Cena wywoławcza 8000 zł.

Ponieważ pojawiła się tu sprawa certyfikatu, chciałbym zwrócić Waszą uwagę na serwis reklamujący się krótko, ale dobitnie. 

Nazwisk ekspertów nie podano. Jest natomiast cennik. 
Jest i przykład ekspertyzy. 

Super! Dziękuję, nie skorzystam. 

Zostawiamy monety w spokoju, niech patynują, nabierają urody i wartości. A my w tym czasie do lasu, nad wodę... 

Albo na koncert. 

I będzie świetnie, bo - pamiętajcie, nie ma złej pogody, byle się odpowiednio ubrać. 


niedziela, 10 lipca 2022

Kolekcjonerska strategia zakupowa 2022-20??

Na forum Poszukiwanieskarbow.com, w październiku 2020 zainicjowano wątek o znaczącym tytule - "Świat oszalał ...". Zaczęło się od pomorskich szerfów, ale wątek rozwija się w różnych kierunkach, które jedno łączy - ceny nienajrzadszych monet przebijające sufit. Data publikacji i tytuł wątku skorelowane - w pandemicznym roku 2020 rozpoczął się trwający do dziś wzrost cen monet. Niech nad jego przyczynami dywagują ekonomiści i psychologowie. Ja, będąc kolekcjonerem muszę myśleć o tym, jak powiększać kolekcję bez narażania domowego budżetu. 

W czasach przedinternetowych, które dobrze pamiętam, monety kupowałem na giełdach staroci, spotkaniach kolekcjonerskich, w nielicznych sklepach numizmatycznych oraz oczywiście bezpośrednio od innych zbieraczy. Internet otworzył dostęp do szuflad i klaserów kolekcjonerów, których w realu nie miałbym szans spotkać. To był czas, kiedy mój zbiór rozrastał się najszybciej, głównie dzięki Allegro, na którym założyłem konto chyba w maju 2000.

Był jeszcze Swistak, Kiermasz, czeskie Aukro ściśle powiązane z Allegro, eBay (zarejestrowałem się na niemieckim, później pojawiła się wersja polska) - łatwo można było namierzać okazy zapełniające luki w zbiorze i wyszukiwać okazyjne oferty. Trwało to do przełomu spowodowanego odejściem największych graczy "na swoje". Pojawił się serwis OneBid i inne podobne gwarantujące profesjonalną obsługę, ale jednocześnie ceny zaczęły rosnąć, a malały szanse na upolowanie okazji. Malały, bo równolegle nastąpiła fundamentalna zmiana - jeden po drugim zaczęły pojawiać się specjalistyczne katalogi powodujące wzrost zainteresowania odmianami i wariantami monet. "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - motto sesji numizmatycznych GNDM świetnie wyjaśnia dlaczego coraz częściej pospolite z pozoru monety sprzedają się za kwoty niezrozumiale wysokie dla przeciętnego zbieracza. Przykład sprzed kilku dni, z cyklu czwartkowych aukcji WCN. 
Tak było jeszcze na kilka minut przed zakończeniem aukcji. Niekontrowersyjnie oceniony stan zachowania, cena szacunkowa podwojona, co niczym nadzwyczajnym nie jest. Tyle, że opis nie do końca poprawny (o czym za chwilę). Czwartkowy wieczór przyniósł zmianę - po zakończeniu aukcji sytuacja wyglądała tak. 
Cenę szacunkową przebito ponad dwudziestokrotnie. Dwie osoby widziały więcej, niż pozostali licytujący, a co ważniejsze więcej od autora aukcyjnego opisu monety. Widziały więcej, bo wiedziały więcej. Popatrzcie, obie monety (ta po prawej z innej aukcji WCN) opisno jako "Plage 106" 
Tymczasem u pana Karola Plage mamy: 

Widzicie różnice? Bardzo jestem ciekaw, jak potoczyła by się licytacja, gdyby opis był poprawny i gdyby pojawiła się w nim jeszcze jedna informacja, której Plage nie umieścił w swoim katalogu. Chodzi o cyfrę 4 w roczniku, a dokładniej o to, co jest pod tą cyfrą. Popatrzcie jeszcze raz na zdjęcie, widzicie? Spod czwórki nieśmiało wychyla się trójka. Dziesięciogroszówki z niezmienioną datą 1840 bito aż do roku 1865 - tę z aukcji WCN wybito prawdopodobnie w roku 1840, przerabiając stempel rewersu z poprzedniego roku. 

Na tej samej czwartkowej aukcji sprzedano też taką monetę 

Macedoński brąz wybity trzy wieki przed naszą erą. Ceny szacunkowej nie osiągnięto! 

Wracamy do tytułu dzisiejszego wpisu - jaką strategię zakupową ma przyjąć kolekcjoner, by rozsądnie powiększać zbiór. Jedno się nie zmienia - "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - wiedzy nic nie zastąpi, kolekcjoner powinien wiedzieć jak najwięcej o tym, co kolekcjonuje. 

Co dalej? Gdybym miał teraz zastanawiać się nad profilem kolekcji, którą chciałbym budować, to wybrałbym, może niepatriotycznie, monety obce. W Polsce są znacząco tańsze od rodzimych. To oczywiste - im większy popyt, tym wyższe ceny, a popyt na rodzime z reguły jest większy od popytu na obce. A jeśli już masz jakiś zaawansowany zbiór numizmatów związanych z Polską, to czy przypadkiem nie jest to dobry moment na zmianę profilu? Spieniężenie zbioru za niezłe pieniądze (korzystna koniunktura) i przeznaczenie ich na nowe zakupy. 

Ja się chyba nie zdecyduję na tak drastyczny krok, a z rozbudowy zbioru rezygnować nie zamierzam. Będąc na garnuszku ZUS moje szanse na skuteczną walkę na krajowych aukcjach oceniam na bardzo nikłe. Moja strategia będzie wyglądać tak:

  • Nadal będę śledził duże aukcje (OneBid i podobne oraz aukcje organizowane własnymi siłami przez niektóre firmy i stowarzyszenia numizmatyczne) i licytował, kiedy zobaczę coś ciekawego. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Nadal będę śledził oferty na Allegro, eBay, OLX itp. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Zainteresuję się aukcjami organizowanymi przez zagraniczne firmy numizmatyczne - myślę, że od czasu do czasu wypatrzę coś ciekawego pasującego do mojego zbioru. 
  • Częściej, niż przez ostatnie lata będę "polował" na giełdach, targach staroci i targowiskach. Muszę jednak bardziej polegać na tym, co sam wypatrzę, niż na pamięci sprzedawców - vide poprzedni wpis
  • Wymyśliłem sobie, że może warto by spróbować objazdu kilku flohmarktów - niemieckich pchlich targów. Już po wakacyjnym sezonie, przy okazji zwiedzając trochę oraz degustując tamtejsze wina i piwa. Jeśli plan wypali - podzielę się wynikami i wrażeniami.
A Wy? Macie może jakieś inne pomysły?


poniedziałek, 27 czerwca 2022

Udany połów na chojnickim Jarmarku Świętojańskim.

 Dawno nie byłem na żadnej giełdzie staroci, więc kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłem sprawdzić, czy coś się przez te miesiące (lata?) zmieniło. Okazją był trzydniowy Jarmark Świętojański w Chojnicach.

 
 

Upał nie zachęcał do spacerów po mieście. Na szczęście strefa kolekcjonerska w czasie kiedy do niej wchodziłem była zacieniona - na płycie rynku, gdzie handlowano jedzeniem, piciem i innym jarmarcznym towarem trudno było wytrzymać. Żar lał się z nieba.

Tłumów, jak widzicie nie było. Stoisk, na których były jakiekolwiek monety - zaledwie kilka. Cierpliwie wędrowałem od jednego do drugiego, pytając o stare polskie monety i cierpliwie tłumaczyłem, że dla mnie stare, to nie przełom XX/XXI wieku, ani nawet XIX/XX. Standardowa odpowiedź: - mam tu gdzieś jakiegoś półtoraczka, kilkuminutowe poszukiwanie strony w klaserze z tymże półtoraczkiem i... nawet nie pytałem o cenę, bo nie było po co. Było kilka agonalnych szóstaków Jana Kazimierza; na jednym ze stoisk trafiłem na kilkadziesiąt miedziaków - boratynki i miedź Augusta III - ewidentne wykopki, w większości czytelne, ale w takich stanach, że mógłbym się zdecydować wyłącznie na coś bardzo rzadkiego. Niczego takiego niestety tam nie wypatrzyłem. Już miałem odejść, kiedy sprzedawca przypomniał sobie, że gdzieś tu jeszcze powinny być jakieś grosze Poniatowskiego. Były, a jakże, ale równie atrakcyjne, jak wspomniane wyżej boratynki. A między nimi trojak z 1789 roku, ładniejszy od tego, którego mam w zbiorze, z nieuszkodzonym ozdobnym rantem. To był pierwszy zakup. Dwa stoiska dalej, pomimo standardowej odpowiedzi, że niczego starszego niż II RP w klaserze nie znajdę, postanowiłem jednak ten klaser przejrzeć. Powodem była strona, na której klaser był otwarty, cała wypełniona monetami Królestwa Polskiego 1917-1918. Nie, na niej też niczego, czego bym już nie miał nie znalazłem. Na kolejnych kartach rzeczywiście były tylko monety późniejsze, II RP, PRL, jakieś Niemcy sprzed I Wojny. Giełdowy standard. Mimo wszystko, zamiast podziękować i przejść do następnego, ostatniego już stoiska, przewracałem kolejne strony klasera, aż do ostatniej. A na niej, w ostatnich dwu kieszonkach były dwie monety w holderach pasujące do reszty, jak kwiatek do kożucha. Najpierw zapytałem o tę, która na holderze miała krótki napis "Rzym ?". 

- To gratis dla kogoś, kto kupi coś za co najmniej 50 złotych.  

- OK. A ile Pan chce za ten Cieszyn? 

- A ile Pan proponuje?  

Nie cierpię takich zagrywek. W końcu moneta była opisana niekoniecznie bardzo dokładnie, ale całkiem dobrze - Teschen, heller. To giełda, a nie aukcja! Zwykle w takich sytuacjach grzecznie dziękuję i idę dalej, ale usłyszałem zachętę 

- Niech Pan coś zaproponuje, na pewno się dogadamy.

No to zaproponowałem, zapłaciłem, wpakowałem dwa holdery do portfela, podziękowałem i poszedłem dalej. Nic więcej w tym dniu, ani w dwa kolejne nie kupiłem, a i tak tę giełdę uważam za bardzo udaną. 

W archiwach polskich domów aukcyjnych nie znajdziecie wielu notowań cieszyńskich halerzy Adama Wacława. Niedawno (luty 2018) podobny egzemplarz sprzedał się u Damiana Marciniaka 

Podobny, ale nie identyczny, bo wybity w mennicy w Skoczowie zarządzanej przez Krzysztofa Kantora (litery C C). Mój jest z mennicy cieszyńskiej, w której w tym czasie mincmistrzem był Dietrich Rund (litery D R). Jedyne notowanie tej monety, jakie udało mi się znaleźć w polskich archiwach to 15 aukcja WCN, na której sprzedawano między innymi dużą kolekcję monet Księstawa Cieszyńskiego. 
To był rok 1998 i od tego czasu nic. Co ciekawe, w katalogu monet książąt cieszyńskich Piotra Kalinowskiego wydanym w roku 2009 halerz 1612 D-R jest ilustrowany zdjęciami monet z WCN właśnie. 

W fundamentalnym dziele Friedensburga i Segera jest informacja, że we wrocławskim muzeum autorzy odnotowali po 2 sztuki tych halerzy. 

Kopicki różnie ocenił ich rzadkość, zasadnie uznając, że moneta skoczowska jest znacznie rzadsza. 

Punktowa "wycena" Kopickiego nijak się nie ma do rzeczywistej rzadkości i wartości monet. Identyczną "cenę" 10.  5. " ma na przykład pięciogroszówka z 1930 roku dostępna dziś  w obiegowym stanie za 20 do 30 złotych. A w ofertach można przebierać.    

Nie będę się tu rozpisywał o cieszyńskiej mennicy i jej mincmistrzach. Gdyby ktoś chciał uzupełnić swoje wiadomości w tym zakresie, polecam zakup książeczki Janusza Spyry "Moneta w dawnym Cieszynie" wydanej z okazji ukazania się dwuzłotowej monety z wizerunkiem najstarszego zabytku Cieszyna - romańskiej rotundy p.w. św. Mikołaja i Wacława z XI w. Z jej treścią można się również zapoznać wchodząc na stronę https://visitcieszyn.com i dalej w zakładce "Historia i tradycja" - "Moneta w dawnym Cieszynie". Warto tam zajrzeć.  

Cieszyn zostaje w zbiorze, Julian Apostata... Pewnie go sprzedam prędzej, czy później. Nie jest na tyle ładny i charakterystyczny, żebym go sobie zatrzymał. 


czwartek, 9 czerwca 2022

Rachunek prawdopodobieństwa.

Pamiętacie ze szkoły o co z tym prawdopodobieństwem chodzi? Nie? A to takie proste - miarą prawdopodobieństwa zdarzenia niemożliwego (np. rzut piłeczką palantową na Ziemi na odległość 37,89 kilometra) jest ZERO - nikt tak daleko nie rzuci, a zdarzenia pewnego (np. staczanie się szklanej kulki po równi pochyłej umieszczonej na stole stojącym w pracowni fizyki w liceum im. Adama Asnyka w Kaliszu) jest JEDEN (albo 0% i 100% odpowiednio) - kulka stoczy się po równi. Miarą prawdopodobieństwa zdarzeń, które mogą, ale nie muszą zajść jest ułamek właściwy - coś między zerem, a jedynką.

No to teraz czas na przyjrzenie się monetom. Dodajmy, monetom szczególnym. Od roku 2016 referencyjną pozycją literatury numizmatycznej dla miedzianych szelągów Jana Kazimierza jest książka Cezarego Wolskiego "Miedziane szelągi Jana Kazimierza Wazy 1659 - 1667". 528 stron trudnych do ogarnięcia dla nowicjusza, ale bardzo pomocnych dla zaawansowanego kolekcjonera. Jest w nim ujęta pod numerem D.11b.12 boratynka litewska z roku 1661, której rzadkość określono na R8. O takim stopniu rzadkości zadecydowało kilka szczegółów - na awersie portret króla charakterystyczny dla mennicy krakowskiej, na rewersie data zapisana 166I (druga jedynka jest rzymska - bez "daszka" i ozdobnej stopki) - Pogoń charakterystyczna dla bić z mennicy w Ujazdowie. Na dodatek, na katalogowych zdjęciach widzimy monetę zachowaną idealnie, w pięknej, błyszczącej brązowej patynie. W czasie pisania książki, autor znał tylko jeden egzemplarz tej monety. Drugi egzemplarz pojawił się na rynku w lutym roku 2021. 

Ładna cena, jak za pospolitego z pozoru miedziaczka, prawda? No to zobaczcie, co stało się w maju 2022. 
Mennicza sztuka, oceniona przez graderów z NGC na MS 64 BN. Pierwszą ciekawostką, oprócz ceny, jest fakt, że to nie jest egzemplarz pokazany w katalogu Wolskiego. O drugiej i następnych ciekawostkach za chwilę.

Kolekcjonerzy boratynek nie zdążyli ochłonąć po szoku wywołanym ceną kończącą licytację na Heritage Auctions, kiedy polska firma numizmatyczna pochwaliła się ozdobą swojej kolejnej aukcji. 

To egzemplarz ilustrowany u Wolskiego. Graderzy NGC ocenili tę sztukę wyżej - mamy MS 65 BN. 

I tu po raz pierwszy przypomniały mi się lekcje matematyki, na których pan profesor Kazimierz Polak spokojnie tłumaczył nam co to zdarzenia sprzyjające, jak liczymy prawdopodobieństwo wypadnięcia trójki przy rzucie kostką i co najważniejsze, jak liczymy prawdopodobieństwo wypadnięcia trójki w szesnastu kolejnych rzutach tą samą kostką (przy założeniu, że kostka nie jest sfałszowana tak, żeby zawsze wypadała trójka). Jakie więc jest prawdopodobieństwo, że wszystkie trzy znane egzemplarze tej bardzo, bardzo rzadkiej odmiany zachowały się tak dobrze - są niemal idealne. Nawet moneta z Allegro jest, jak na boratynkę, zachowana świetnie.

Nie tylko dobrze zachowane są te monety. Są one na dodatek prawie idealnie centrycznie wybite. Nie tylko mnie to zastanowiło. Napisał do mnie pan Zdzisław Szuplewski, wielki znawca boratynek, zwłaszcza krakowskich, prosząc o podzielenie się moimi przemyśleniami na temat tych monet. 

Pierwsze, o co zapytałem, to czy wiadomo, jakie jest wzajemne ułożenie awersu i rewersu. Dlaczego o to zapytałem? Czy pamiętacie, w jaki sposób produkowano boratynki? Najprostszą metodą. Dolny stempel mocowano w ciężkim stole albo pniu. Na ten stempel kładziono krążek, przykładano trzymany w ręce górny stempel i uderzano w niego ciężkim młotem. Metoda prosta i szybka ale nieprecyzyjna. Nie było czasu na idealne układanie krążka i idealne przystawianie górnego stempla - boratynki często są niecentryczne. Nie było czasu na idealnie równoległe ułożenie powierzchni stempli - boratynki często mają niedobicia części legendy i rysunku. Nie było czasu na pilnowanie, by stemple były ułożone identycznie, by góra awersu była tam, gdzie góra rewersu - typowa boratynka to "skrętka", na której awers i rewers ułożone są całkiem przypadkowo, nie jak na monetach bitych maszynowo.

Z monetami ogradowanymi przez NGC nie ma problemu, na zdjęciach widać jakie jest ułożenie stron. 

Na tej drugiej, z SNMW jest tak samo! Okazało się, że i ta trzecia, ta z Allegro również ma rewers obrócony o prawie idealnie 180 stopni względem awersu. Widać to na filmie, który na YouTube opublikował właściciel monety. 
https://www.youtube.com/watch?v=rFNDL9yhU6Y
Przewińcie do 1:30 - układ awers/rewers widać bardzo dobrze.

Czyli na jedynych znanych trzech egzemplarzach mamy:

  • bicie tą samą parą stempli
  • obustronnie centralne, głębokie bicie
  • identyczna orientacja awers-rewers
  • idealny, a w najgorszym razie bardzo dobry stan zachowania.

Statystyka wręcz nieprawdopodobna. Niemożliwe, by były to monety z normalnej produkcji do obiegu. Zapytałem jeszcze pana Zdzisława, czy znane są obiegowe egzemplarze tej odmiany oraz czy znane są boratynki wybite tym samym stemplem rewersu (ujazdowskim) ale z ujazdowskim, a nie krakowskim awersem. Na obydwa pytania dostałem odpowiedzi negatywne ale pojawił się jeszcze jeden szczegół, na który nie zwróciłem uwagi. Pan Szuplewski przysłał mi takie zdjęcie. 

Takiego "wklęśnięcia" fryzury króla nie ma na innych boratynkach z krakowskim awersem. Jest za to na wszystkich trzech monetach, o których piszę. Nic dziwnego, skoro bito je tymi samymi stemplami. 

Czy na pewno bito? Nie wiem. Jedyne pewne rzeczy, które wiem o tych monetach, to to, co wcześniej wymieniłem. Raz jeszcze:

  • bicie tą samą parą stempli (a może lepiej - identyczny rysunek obu stron monety)
  • obustronnie centralne, głębokie bicie
  • identyczna orientacja awers-rewers
  • idealny, a w najgorszym razie bardzo dobry stan zachowania. 

Wszystko to kłóci się z moim doświadczeniem w ocenie prawdopodobieństwa zdarzeń. Jasne, że nie można wykluczyć, że ktoś, gdzieś (np w muzealnym magazynie) znalazł idealnie zachowane boratynki i puścił je na rynek. Wykluczyć nie można, ale prawdopodobieństwo, że tak było oceniam na niewielkie. Prawdopodobieństwo, że do naszych czasów zachowały się idealnie jakieś boratynki też jest niezerowe, ale również bardzo małe, ale prawdopodobieństwo, że te idealnie zachowane boratynki, ręcznie przecież bite, mają identyczne ułożenie stron i bezbłędną centryczność jest jeszcze mniejsze. A kiedy uświadomimy sobie, że dla oszacowania prawdopodobieństwa serii zdarzeń trzeba ich prawdopodobieństwa pomnożyć...

Pamiętacie, to wszystko ułamki właściwe, z małym licznikiem i dużym mianownikiem. Wynik mnożenia jest tak bliski zeru, że, nawet zakładając, że kwestie finansowe są dla mnie nieważne, że cena nie gra roli, nie kupiłbym żadnej z tych monet. Prawdopodobieństwo, że to mistyfikacja, pułapka na zaawansowanych i zasobnych kolekcjonerów szacuję znacznie, znacznie wyżej, niż prawdopodobieństwo, że to monety wybite 361 lat temu.

Ciąg dalszy.

niedziela, 29 maja 2022

Nie tak sobie emeryturę wyobrażałem :-)

Pod koniec wrześnie roku ubiegłego napisałem "Dzisiejszy wpis nie jest przypadkowy (bo nie ma przypadków). Jak już tu kilka razy wspominałem, miałem szczęście i przyjemność studiować fizykę. Jestem prostym, bo prostym, ale magistrem fizyki. Nad funkcjami Lagrange'a i hamiltonianami swoje prześlęczałem. Na dodatek, 28 września to również dzień moich urodzin. W tym roku szczególnych, bo umożliwiających mi rozpoczęcie przeznaczania każdego dnia od poniedziałku do piątku, dodatkowych dziewięciu godzin na własne działania i prace. Od pierwszego października częściej będę mógł się zajmować tym, co najbardziej lubię." dodając taki obrazek. 

Niby wszystko się zgadza. Nie tracę czasu na pracę, na dojazd do niej i powrót do domu, ale nie ma szans, by większość czasu zaoszczędzonego tym sposobem poświęcić monetom i blogowi. Częściowo winna jest temu przeprowadzka - jak tu siadać do klawiatury, kiedy w zasięgu kilkuminutowego spaceru mam takie widoczki 


a kilkanaście kilometrów wspaniałymi ścieżkami rowerowymi i leśnymi drogami prowadzi nad jedno z wielu ukrytych w lesie jezior i jeziorek.
I na monety czas się znajdzie, tyle że coraz trudniej kupić coś niebanalnego za rozsądne pieniądze. W tym roku, choć to już końcówka maja, udało mi się upolować tylko siedem monet. Sześć już do mnie dotarło. Między innymi, całkiem przyzwoicie wybity (jak na tę mennicę) szeląg ryski z 1609 roku, opisany przez sprzedawcę jako rocznik 1600. 
Saski szeląg z 1753 roku z literką D wskoczył na miejsce gorzej zachowanego bliźniaka. 
Najbardziej, jak dotąd ucieszył mnie kolejny saski miedziak z kontrmarką z herbem Pilawa - tym razem pojedynczym. 
Miałem już wcześniej monetę z podwójną Pilawą 
a kiedyś polowałem na monetę z Pilawą pojedynczą, ale nabitą innym stemplem. Nie kupiłem jej, bo nie byłem pewien, czy to oryginalna kontrmarka z epoki, czy może udatnie wykonany falsyfikat na szkodę kolekcjonerów.
Miałem nadzieję na jeszcze jednego kontrmarkowanego miedziaka, ale niestety ktoś inny zalicytował wyżej. Licytacja jeszcze trwa, ale mój ostateczny limit został przekroczony. Trudno, może innym razem, przy innej okazji...

Cóż, ceny monet to dziś wielki problem dla kolekcjonerów. "Inwestorzy" zdają się mieć inny na to pogląd, więc siłą rzeczy (a może lepiej siłą konta) kolekcjonerzy muszą się często obejść smakiem. Na tej fali płynącym sprzedawcom też zdarzają się kiksy. 

Umieszczenie w opisie zdanka "Pozycja poszukiwana w każdym stanie zachowania" nie jest wystarczającą zachętą do wydania dwustu przeszło złotych na skorodowanego miedziaka z "banku ziemskiego". Przeszło bo prowizja i przesyłka też nie za darmo. 

Nie udały mi się też kolejne dwa podejścia 
Schowałem moje limity, zapewniam, że nie były niskie - do kontrmarki z Pogonią zabrakło niewiele (chyba, że limit konkurenta był znacznie wyższy, ale tego nie wiem przecież). Fenig mnie skusił, bo tego DD  wcześniej nie widziałem, nie ma go w moim katalogu. I w tym przypadku organizatorzy aukcji zastosowali "chwyt marketingowy" - w katalogu raz za razem opisowi monety towarzyszy zaklęcie: "W kolekcjach monet ostatniego wieku, bitych maszynowo w wielkich ilościach, nie ilość monet świadczy o jakości kolekcji, a ilość perełek się w niej znajdujących. Nie ma wyższej klasy perełek niż PRÓBY niskonakładowe, oraz jeszcze rzadsze do nich, powstałe przez przypadek, ciekawe błędy bicia (przesunięcia, odwrotki).".  Sądząc po cenach końcowych, zaklęcie skuteczne. 

Skusił mnie też katalog monet PRL, którego również nigdy wcześniej nie widziałem, a to sytuacja raczej wyjątkowa. Tu problemu z kupnem nie było - antykwariat wycenił wydawnictwo na 12 złotych. Kilka skanów: 



Katalog autorstwa Czesława Kamińskiego wydany przez Polskie Towarzystwo Archeologiczne w 1966 r. Dobry papier, tekst w trzech językach, "barwne" ilustracje banknotów - na jaki rynek to było przeznaczone?

Wartość merytoryczna, przynajmniej jeśli chodzi o monety, niewielka. Brak informacji o miejscu bicia, brak wielkości nakładów, dane o projektantach tylko dla nominałów powyżej złotówki. 

Coś musiało być nie tak z planami wydawnictwa, bo we wspólnej oprawie jest katalog ("Powielanie ukończono ww wrześniu 1966 r.") i uzupełnienie do niego datowane na rok 1968, ale wydrukowane na identycznym papierze i bez śladu, że było dołączane do już gotowego, wcześniej oprawionego katalogu. 

I jeszcze jedna ciekawostka - na ostatniej stronie zielone pieczątki - raz odbita "Eigentum" (własność) i niepełna czerwona odbitka tegoż słowa oraz cztery pieczątki imienne. 

Czy ktoś z Was wie coś o bielskim parkieciarzu Wasilewskim?


Printfriendly