Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fałszerstwa monet polskich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fałszerstwa monet polskich. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 sierpnia 2020

Milicja Obywatelska wiecznie żywa, czyli kraj na niby.

Temat wyskoczył, jak królik z kapelusza, kiedy w aktualizowanym właśnie katalogu obiegówek PRL dobrnąłem do rozdziału poświęconego monetom fałszywym. Bo okres PRL nie różnił się w tym względzie od żadnego okresu historycznego i żadnego miejsca na Ziemi gdzie istniała jakakolwiek forma pieniądza. Zawsze byli (i są) ludzie, którzy chcieli zarobić dużo, szybko i możliwie bez wysiłku. 

Fałszowanie pieniędzy to działalność z gruntu nielegalna, zbrodnia właściwie i jako zbrodnia zawsze była ścigana i karana najsurowiej, jak można, z karą śmierci włącznie.  I w tej chwili Kodeks Karny w art. 310 ustala dla fałszerzy karę nie niższą, niż 5 lat więzienia. Ba! Za same przygotowania do tego "należą się" co najmniej trzy miesiące paki.

Kodeks Karny PRL w artykule o tym samym numerze też przewidywał dla fałszerzy pieniędzy karę od pięciu do 25 lat pozbawienia wolności. Nie ustalono wtedy jednak kary za przygotowania do fałszowania pieniędzy lub do rozprowadzania sfałszowanych.

W okresie PRL, na szkodę emitenta fałszowano głównie duże nominały. Pierwsze zarejestrowane fałszerstwo monet dotyczyło złotówek z roku 1949. Fałszowano oczywiście i aluminiowe pięciozłotówki z rybakiem (nie mam takiego egzemplarza) oraz późniejsze dwudziestozłotówki z wieżowcami i z M. Nowotko.


Wspominałem już wiele razy, że dla numizmatyków zajmujących się pieniądzem nowożytnym i najnowszym, świetnym źródłem informacji są czasopisma, od dzienników po periodyki branżowe. W dziennikach z czasów PRL pojawiały się od czasu do czasu informacje o zatrzymaniu fałszerzy pieniędzy, ale próżno by w nich szukać szczegółów. 
Tych należało szukać w wydawnictwach specjalistycznych i nie mam tu wcale na myśli wydawnictw numizmatycznych. Kilka niezwykle interesujących tekstów znalazłem w periodyku Służba MO z lat 1965, 1968 i 1978. Sami zobaczcie, jak wspaniała to literatura i jak perfidne zbrodnie opisywała.

Cykl fałszerstwa monet zapoczątkował Józef Szmiglin z zawodu kowal, który w połowie maja 1951 roku w Ostródzie (województwo olsztyńskie) wyprodukował 70 falsyfikatów 1-złotowych monet emisji 1949 roku. Po przejrzeniu falsyfikatów, za nadające się do wprowadzenia w obieg uznał jedynie siedem, pozostałe zniszczył. W rezultacie zrezygnował również z kolportażu tych 7 wyselekcjonowanych falsyfikatów, wrzucając je do studni. W sierpniu 1951 roku jeden z miejscowych obywateli czyścił studnię i odnalazł wrzucone do niej falsyfikaty. Sądząc, że są to oryginalne money l-złotowe, udał się do sklepu i zakupił za nie papierosy. Sprzedawczyni po pewnym czasie zorientowała się, że są to falsyfikaty i zawiadomiła organa MO. W toku śledztwa Józef Szmiglin przyznał się do fałszerstwa. Zapytany o metody produkcji falsyfikatów wyjaśnił, że z walca żelaznego o średnicy nieco większej od złotówki uciął dwa krążki jednocentymetrowej grubości. W krążkach tych wytoczył otwory wielkości jednozłotowej monety. Następnie używając imadła, na dwóch innych (aluminiowych) krążkach odcisnął obraz obu stron monety. W ten sposób uzyskał na jednym krążku stronę przednią monety, na drugim krążku jej stronę odwrotną. Oba krążki umocował w otworach krążków żelaznych, uzyskując w ten sposób formę do odlewu monet. Monety odlewał ze stopu ołowiu i cyny.

Takich opowieści jest więcej. Wszystkie szczegółowe, z imionami, nazwiskami, zdjęciami , analizą typów fałszerstw.

Fascynujący jest opis wykonywania falsyfikatów srebrnych 200-złotówek z 1974 r.

Pomysł fałszowania monet zrodził się całkiem przypadkowo. Na kawałek folii aluminiowej leżącej na podłodze upadła mu moneta, którą nadepnął butem. Stwierdził wówczas, że odbiła się na folii wprost idealnie. Spostrzeżenie to postanowił wykorzystać do fałszowania srebrnych monet 200-złotowych, jako że folia aluminiowa odpowiadała swym wyglądem powierzchni tej monety. Jako materiał do wyrobu fałszywych monet posłużyły mu:
— folia aluminiowa srebrzysta,
— blacha z puszek konserwowych,
— ołów,
— klej epidian,
— lakier bezbarwny,
— srebrol (inaczej proszek aluminiowy).
Sposób produkcji tych monet przedstawił następująco: Arkusz folii aluminiowej zdobyty przy okazji w zakładzie pracy pociął na kawałki odpowiednio większe od monety 200-złotowej. Następnie oryginalną monetę 200-złotową odbijał na wyciętym kawałku folii. Przy tej operacji posługiwał się gumowym wałkiem o przekroju 35 mm lub zwykłym korkiem gumowym, wygładzając kontury monety, zawijając folię i odwzorywując ząbki. Po zawinięciu folii brzegi na obwodzie monety obcinał żyletką. Otrzymał w ten sposób odbitkę jednej strony monety, przypominającej kształtem wieczko pudełka. W ten sam sposób odbijał drugą stronę monety. Obie części folii z odbitymi konturami monety poddawał osobno usztywnieniu klejem epidianem używanym do sklejania metali, którego właściwością jest m.in. to, że dokładnie wypełnia miejsca wgłębione i szybko zasycha. Klej ten kupił w sklepie chemicznym. Na świeżą warstwę kleju nakładał krążek blaszany wycięty z puszki konserwowej, a po wyschnięciu kleju każda część fałszywej monety była względnie twarda. Aby nadać monecie właściwą wagę i grubość, przyklejał od wewnętrznej strony krążek ołowiany wyklepany z pancerza kabla. Po nałożeniu ołowianego krążka i przyklejeniu go epidianem do wewnętrznej strony jednej części nakładał drugą część fałszywej monety i obie te części razem sklejał. Składanie dwóch części monety można porównać do zamykania okrągłego pudełka. A zatem przekrój takiej monety składał się z następujących warstw: folii aluminiowej, kleju epidianu, blaszki z puszki konserwowej, kleju epidianu, ołowiu, kleju epidianu, blaszki z puszki konserwowej, kleju epidianu i folii aluminiowej. Obrzeże monety pokrywał cienką warstwą kleju bezbarwnego, aby nie było widać miejsc złączenia obu części, a następnie obtaczał monetę w srebrolu stosowanym w malarstwie pokojowym. Ząbki zaś na obwodzie falsyfikatu wygniatał oryginalną monetą 200-złotową.
Tak wykonana moneta była wiernym odbiciem oryginalnej srebrnej monety 200-złotowej. Może o tym świadczyć fakt, że w 7 wypadkach sprawcy udało się wprowadzić je w obieg.

Wszystkie te opisy dają obraz dość żałosny. Duży nakład pracy, marna jakość "wyrobów" z jednej strony i z drugiej, częsta niewątpliwa, choć nie wskazana wprost w publikacji "życzliwość" sąsiadów powodowały, że peerelowscy fałszerze monet krezusami nie zostawali. I to mnie nie dziwi. 

Zdziwienie, zaskoczenie i osłupienie przeżyłem zabierając się za wykaz aktów prawnych tyczących, ogólnie rzecz biorąc, pieniądza PRL. Są to oczywiście typowe zarządzenia Ministra Finansów w sprawie ustalenia wzorów, stopu, próby, masy i wielkości emisji monet oraz terminu wprowadzenia ich do obiegu, zarządzenia o wycofywaniu z obiegu pewnych monet, ale też uchwały Rady Ministrów w sprawach związanych z systemem pieniężnym i w końcu to, co dostarczyło nieoczekiwanych wrażeń: Zarządzenie Prezesa Narodowego Banku Polskiego w sprawie zatrzymywania fałszywych znaków pieniężnych. Pierwszy raz wydane 11 listopada 1955 r. (Monitor Polski nr 116, poz. 1524). Zastąpione zarządzeniem z 28 stycznia 1983 (Monitor Polski nr 5, poz. 37), które z kolei zostało zastąpione zarządzeniem z 31 sierpnia 1989 r. (Monitor Polski nr 32, poz. 255).

Widzicie! "Status aktu prawnego: obowiązujący" I cóż w tym dziwnego?  Na razie nic, ale kiedy zaczniemy czytać, to...

Czyli, jeśli macie powiedzmy sklep i klient zapłaci Wam za zakupy gotówką, a Wy stwierdzicie, że moneta lub banknot są wątpliwej oryginalności, to:

  • zatrzymujecie podejrzany znak pieniężny
  • sporządzacie protokół w trzech egzemplarzach
  • oryginał protokołu i zatrzymany znak pieniężny przekazujecie do odpowiedniej jednostki MILICJI OBYWATELSKIEJ.

Czy wiesz droga czytelniczko/czytelniku, gdzie znajduje się "właściwa terytorialnie jednostka Milicji Obywatelskiej"? 

Za Wikipedią:

Milicja Obywatelska – mundurowa formacja państwowa o charakterze policyjnym służąca do utrzymania systemu państwowego, walki z przestępczością oraz zapewnienia bezpieczeństwa publicznego, działająca w PRL oraz w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1944–1990.

Od roku 1990 zadania MO przejęła Policja. Może gdzieś w odpowiednich przepisach, małymi literkami napisano, że w różnych innych obowiązujących nadal aktach prawnych, słowa Milicja Obywatelska należy czytać jako Policja, ale jakoś tego znaleźć nie potrafię. 

Czy przypadkiem nie mamy tu pewnej sprzeczności z duchem ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki? 

Swoją drogą, dość dziwną datę wybrano na podpisanie tej ustawy.


wtorek, 30 grudnia 2014

Co jest czym czego

Ze szkół pamiętam, że w rozmowie, jaką by nie była, najważniejsze jest, by rozmówcy używający pewnych słów mieli to samo na myśli.
Rządzi nomenklatura (bynajmniej nie nomenklatura partyjna - jej się tylko wydaje, że rządzi).
Rządzi nomenklatura - słownictwo, a właściwie reguły ustalające sposób tworzenia i stosowania słownictwa w jakiejś dziedzinie.
Sprawa jest w miarę prosta, kiedy poglądy wymieniają ludzie działający w tej samej dziedzinie. Kiedy spotykają się ludzie nie zajmujący się tym samym może się okazać, że wypowiadając te same słowa, całkiem o czym innym myśląc.

Przeczytałem sobie ostatnio na nowo książeczkę Henryka Mańkowskiego "Fałszywe monety polskie".
Wydaje nam się dziś, że nigdy wcześniej kolekcjonerzy nie byli tak bardzo oszukiwani przez fałszerzy. Okazuje się, że dawniej zagrożenie nie było mniejsze. Od samego początku XIX wieku czyli od narodzin nowoczesnego kolekcjonerstwa numizmatycznego w Polsce, pojawiali się nieuczciwi producenci falsyfikatów. Zdarzało się, że sami kolekcjonerzy własnoręcznie produkowali falsyfikaty do swoich zbiorów! Pisze Mańkowski
Ignacy Przeszkodziński, były pułkownik wojsk polskich, gorliwy zbieracz, miał słabość do posiadania kompletnych seryj monet, mianowicie z panowania Stanisława Augusta. Lata, których dostać nie mógł, dorabiał zapomocą dłutka i rylca. Pouczył go, zdaje się w sztuce tej pierwszorzędny mistrz, bo Józef Majnert. Tak przerobił talara 1788 na rok 1787, półtalarka 1783 na 1785 w czasie, gdy, jak wiadomo, w latach 1785 do 1787 ani talarów, ani półtalarów nie bito. 
Nie da się ukryć. Gdyby nie kolekcjonerzy, nie było by fałszerzy.

W innym miejscu Mańkowski zauważa:
Byli i inni, lecz ci fałszowali, zdaje się, tylko z amatorstwa, robili kopje, by uzupełnić swoje zbiory, a tylko lekkomyślność niejednego z nich innych zbieraczy na szkodę naraziła.
Podkreśliłem fragment, bo niedawno przekonałem się (wracam do pierwszej myśli tego wpisu), że to co było jasne i oczywiste dla Mańkowskiego i tak samo jasne i oczywiste jest dla mnie, niekoniecznie jest takim dla innych osób.
4 grudnia postawiono mi kilka pytań, na które odpowiadałem - jak mi się wydawało - merytorycznie i konkretnie. Okazało się, że moje opinie, są tylko moimi opiniami, a nie obiektywną prawdą.

Na przykład takie pojęcia, jak fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów i fałszerstwo na szkodę emitenta.
Szkoda - pierwsze znaczenie słownikowe - krzywda, strata. Jaką więc stratę, czy krzywdę ponosi emitent w związku z czyjąś fałszerską działalnością? Czy stratą jest brak zarobku? Prawo mennicze należne władcy gwarantowało mu dochód z produkcji monet. Na monetach bitych przez fałszerza władca nie zarabiał.
A co władca tracił, kiedy pojawiał się fałszerz? Przede wszystkim prestiż. I to nie tylko z tego powodu, że ktoś inny uzurpował sobie prawa mennicze, ale też z powodu bardziej prozaicznego. Produkty fałszerza były zwykle (ale nie zawsze!) gorszej jakości od monety oficjalnej - fałszerz chciał zarobić jak najwięcej. Zła moneta w obiegu świadczyła o słabości władcy, a jeśli było jej dużo, destabilizowała rynek.

A jaką szkodę ponosi kolekcjoner nabywający falsyfikat zamiast oryginału? Dopóki nie próbuje takiej monety sprzedać jest z niej zadowolony, może nawet dumny, jeśli miała to być moneta rzadka i cenna. Jeśli działając w dobrej wierze (przecież ma oryginał) sprzeda ją innemu kolekcjonerowi (jako oryginał), to może nawet na tym finansowo zyskać. Wymierną stratę materialną poniesie, gdy przy próbie sprzedaży okaże się, że to nie oryginał, tylko nic nie warta blaszka. Albo kawałek srebra czy złota, tyle, że nie zabytkowy, a całkiem świeżej produkcji (wtedy materialna strata może być trochę mniejsza).

A idąc trochę dalej. Czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale nie w ramach normalnej produkcji, tylko z materiału będącego własnością pracownika mennicy, to fałszerstwo, czy nie? Albo, czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale na krążku z niewłaściwego metalu, albo w sposób odbiegający od normatywnego - fałszerstwo to, czy nie fałszerstwo? A jeśli fałszerstwo, to na czyją szkodę? Emitenta? Przecież taki "rarytas" nie został  wyprodukowany po to, by płacić nim w sklepie za towary albo za usługi. Fakt, prestiż emitenta cierpi. Może są naruszane jakieś regulacje obowiązujące w mennicy, ale strata materialna mennicy ogranicza się do znikomej wartości użytego metalu i do zużycia maszyn i stempli.
A jaką szkodę ponosi kolekcjoner kupujący taki wyrób? Materialnej szkody zazwyczaj nie doświadcza. Jeśli jest to "kolekcjoner" (czytaj handlarz), to wręcz przeciwnie, może nieźle zarobić, Stratę odnotuje, jeżeli okaże się, że na skutek normalnych zjawisk rynkowych (prawa popytu i podaży) rynkowa wartość obiektu spadnie poniżej ceny zakupu. Albo...
jeżeli w ramach śledztwa w sprawie stwierdzonych w mennicy nieprawidłowości zostanie włączony w grono osób podejrzanych.
Tylko podejrzanych o co? O wprowadzanie fałszywej monety do obiegu? O paserstwo (kupił przedmiot pochodzący z przestępstwa)? O naruszenie przepisów skarbowych (bo nie płacił podatku od zysków z handlu monetami kolekcjonerskimi)?

Moje opinie w tym zakresie są jasne i od lat niezmienne.

Produkcja monet obiegowych w celu wprowadzenia do obrotu rynkowego to przestępstwo. I to akurat powinno być przyjmowane jako prawda obiektywna.

Włączanie do kolekcji takich monet może w pewnych przypadkach narazić kolekcjonera na kłopoty, bo zgodnie z prawem fałszywe pieniądze powinny być zgłaszane w banku albo na policji. W instrukcji opublikowanej na stronie NBP mowa co prawda tylko o banknotach, ale w stosunku do monet obowiązują te same zasady. W pracy Mańkowskiego jest taki akapit:
Zanim przystąpimy do właściwego naszego tematu, musimy wspomnieć chociaż w krótkości o fałszowaniu współczesnem monet w obiegu będących. Plaga ta jest bardzo starą i do dnia dzisiejszego nie wykorzenioną. Pomimo groźby i wykonania najsroższych kar za udowodnione fałszerstwo i nieprawne bicie monet, spotykamy w każdej epoce liczne dowody tych oszustw. To też każdy większy zbiór posiada i dla porównania posiadać powinien obok monet prawnie bitych i okazy współczesne fałszowane. 
Oczywiście określenie "okazy współczesne fałszowane", to nic innego, tylko monety, które dziś nazywamy raczej fałszerstwami z epoki.

Monety produkowane w mennicach (niezależnie od tego, czy oficjalnie i legalnie, czy nieoficjalnie i nielegalnie (?)) nie w celu wprowadzenia do rzeczywistego obiegu pieniężnego, tylko w celu sprzedaży kolekcjonerom, nie są monetami, a obiektami metaloplastycznymi.
Choćby narodziny ich były usankcjonowane stosownymi rozporządzeniami odpowiednich władz opatrzonymi czternastoma pieczęciami w siedmiu kolorach tęczy.

To z kolei pozostaje wyłącznie opinią. Moją i mam nadzieję, że nie tylko moją, ale opinią, a nie prawdą obiektywną.  Nie przeczę, że te wyroby mogą być przedmiotem kolekcjonerstwa (tak jak nie przymierzając etykiety zapałczane, albo "gołe baby", o których kiedyś śpiewał Kazik Staszewski). Nie zamierzam zaprzeczać rzeczywistości - te wyroby mają szerokie grono miłośników gotowych płacić za nie bardzo duże kwoty. Ale...

... kolejny powrót do pierwszego akapitu - kiedy ja mówię o monetach, to niekoniecznie mam na myśli to samo, co kolekcjoner "dukatów lokalnych" albo "lustrzanek" emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

To ostatni tegoroczny wpis na moim blogu. Życzę Wam kolekcjonerskich radości i sukcesów w roku następnym.

I niekolekcjonerskich też.

P.S.
Wpis bez zdjęcia? Nie może być!
Patrzcie, jakie cacko ostatnio kupiłem
Tak, kupiłem monetę "w gradingu". Za całych 17 złotych, w tym przesyłka. Taki rarytas, za tak niewielkie pieniądze! Jeszcze o nim napiszę, ale już w styczniu 2015 roku.

P.P.S
Tytuł "Co jest czym czego" ukradłem z małej książeczki "Wstęp do imagineskopii", o której już na blogu wspominałem. Szczerze polecam, może spis treści Was zachęci.



Printfriendly