Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą falsyfikaty na szkodę emitenta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą falsyfikaty na szkodę emitenta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 lutego 2018

I znów kupiłem falsyfikaty.

I znów z premedytacją.
Sprzedawcy nic w opisach aukcji nie wspominali, że to nie oryginały, ale załączone zdjęcia nie pozostawiały wątpliwości. Przynajmniej u mnie.

Pierwszy falsyfikat, to grosz Stanisława Augusta Poniatowskiego z roku 1768.
Dlaczego falsyfikat? Przecież wygląda całkiem dobrze (stan zachowania pomijając)? Nie będę się wymądrzał, odsyłam do kogoś, kto już to dokładnie uzasadnił i opisał http://monetysap.blogspot.com/p/monety.html - strona ładuje się długo, kiedy już się załaduje, fragment dotyczący pruskich fałszerstw monet miedzianych SAP znajdziecie mniej więcej w jej połowie.

Drugi, też miedziany, jest młodszy o kilkadziesiąt lat.
Niektóre bilonowe dziesięciogroszówki z datą 1840 wyglądają na miedziane, ale w rzeczywistości mają jednak pewną zawartość srebra. Teoretycznie 19,4%. Przebywanie w agresywnym środowisku, najpierw pozbawiło je powierzchniowej, cieniutkiej warstewki srebra wytworzonej w procesie tzw. bielenia, później doprowadziło do pokrycia monety patyną skutecznie maskującą srebro. W tym przypadku rzecz przedstawia się inaczej. W tej monecie zawartość srebra nie przekracza ułamka procenta.
W grę wchodzą dwie możliwości - albo monetę wybito w warszawskiej mennicy na omyłkowo podłożonym krążku jednogroszówki, albo mamy do czynienia z produktem jakiejś innej "mennicy". Dokładne oględziny monety wskazują niestety na tę drugą możliwość. Niestety, bo dziesięciogroszówka wybita w oficjalnej mennicy na niewłaściwym krążku jest bardzo rzadka i poszukiwana. W czterotomowym katalogu E. Kopickiego jej rzadkość określono na R5, moim zdaniem powinno być to R7, lub nawet R8.
Mój nabytek wytworzono najprawdopodobniej metodą odlewu - wskazują na to niedoskonałości rysunku przy jednoczesnym bardzo dobrym odwzorowaniu oryginału.

I na koniec, falsyfikat najstarszy. Też pruskiej proweniencji.
Kolejny egzemplarz grosza Augusta III z datą 1758 w moim zbiorze. Ciekawy, bo awers wygląda niemal identycznie, jak na tej monecie,
ale połączono go z całkowicie odmiennym stylowo stemplem rewersu.
Na dodatek, na monecie z datą 1758, dwie ostatnie cyfry daty wyglądają na wstawione w stempel, na którym wcześniej była jakaś inna data. Przeglądam teraz moje archiwum zdjęć groszy z lat 1754 i 1755, by znaleźć monetę wybitą takim stemplem rewersu. Może się uda.

wtorek, 30 grudnia 2014

Co jest czym czego

Ze szkół pamiętam, że w rozmowie, jaką by nie była, najważniejsze jest, by rozmówcy używający pewnych słów mieli to samo na myśli.
Rządzi nomenklatura (bynajmniej nie nomenklatura partyjna - jej się tylko wydaje, że rządzi).
Rządzi nomenklatura - słownictwo, a właściwie reguły ustalające sposób tworzenia i stosowania słownictwa w jakiejś dziedzinie.
Sprawa jest w miarę prosta, kiedy poglądy wymieniają ludzie działający w tej samej dziedzinie. Kiedy spotykają się ludzie nie zajmujący się tym samym może się okazać, że wypowiadając te same słowa, całkiem o czym innym myśląc.

Przeczytałem sobie ostatnio na nowo książeczkę Henryka Mańkowskiego "Fałszywe monety polskie".
Wydaje nam się dziś, że nigdy wcześniej kolekcjonerzy nie byli tak bardzo oszukiwani przez fałszerzy. Okazuje się, że dawniej zagrożenie nie było mniejsze. Od samego początku XIX wieku czyli od narodzin nowoczesnego kolekcjonerstwa numizmatycznego w Polsce, pojawiali się nieuczciwi producenci falsyfikatów. Zdarzało się, że sami kolekcjonerzy własnoręcznie produkowali falsyfikaty do swoich zbiorów! Pisze Mańkowski
Ignacy Przeszkodziński, były pułkownik wojsk polskich, gorliwy zbieracz, miał słabość do posiadania kompletnych seryj monet, mianowicie z panowania Stanisława Augusta. Lata, których dostać nie mógł, dorabiał zapomocą dłutka i rylca. Pouczył go, zdaje się w sztuce tej pierwszorzędny mistrz, bo Józef Majnert. Tak przerobił talara 1788 na rok 1787, półtalarka 1783 na 1785 w czasie, gdy, jak wiadomo, w latach 1785 do 1787 ani talarów, ani półtalarów nie bito. 
Nie da się ukryć. Gdyby nie kolekcjonerzy, nie było by fałszerzy.

W innym miejscu Mańkowski zauważa:
Byli i inni, lecz ci fałszowali, zdaje się, tylko z amatorstwa, robili kopje, by uzupełnić swoje zbiory, a tylko lekkomyślność niejednego z nich innych zbieraczy na szkodę naraziła.
Podkreśliłem fragment, bo niedawno przekonałem się (wracam do pierwszej myśli tego wpisu), że to co było jasne i oczywiste dla Mańkowskiego i tak samo jasne i oczywiste jest dla mnie, niekoniecznie jest takim dla innych osób.
4 grudnia postawiono mi kilka pytań, na które odpowiadałem - jak mi się wydawało - merytorycznie i konkretnie. Okazało się, że moje opinie, są tylko moimi opiniami, a nie obiektywną prawdą.

Na przykład takie pojęcia, jak fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów i fałszerstwo na szkodę emitenta.
Szkoda - pierwsze znaczenie słownikowe - krzywda, strata. Jaką więc stratę, czy krzywdę ponosi emitent w związku z czyjąś fałszerską działalnością? Czy stratą jest brak zarobku? Prawo mennicze należne władcy gwarantowało mu dochód z produkcji monet. Na monetach bitych przez fałszerza władca nie zarabiał.
A co władca tracił, kiedy pojawiał się fałszerz? Przede wszystkim prestiż. I to nie tylko z tego powodu, że ktoś inny uzurpował sobie prawa mennicze, ale też z powodu bardziej prozaicznego. Produkty fałszerza były zwykle (ale nie zawsze!) gorszej jakości od monety oficjalnej - fałszerz chciał zarobić jak najwięcej. Zła moneta w obiegu świadczyła o słabości władcy, a jeśli było jej dużo, destabilizowała rynek.

A jaką szkodę ponosi kolekcjoner nabywający falsyfikat zamiast oryginału? Dopóki nie próbuje takiej monety sprzedać jest z niej zadowolony, może nawet dumny, jeśli miała to być moneta rzadka i cenna. Jeśli działając w dobrej wierze (przecież ma oryginał) sprzeda ją innemu kolekcjonerowi (jako oryginał), to może nawet na tym finansowo zyskać. Wymierną stratę materialną poniesie, gdy przy próbie sprzedaży okaże się, że to nie oryginał, tylko nic nie warta blaszka. Albo kawałek srebra czy złota, tyle, że nie zabytkowy, a całkiem świeżej produkcji (wtedy materialna strata może być trochę mniejsza).

A idąc trochę dalej. Czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale nie w ramach normalnej produkcji, tylko z materiału będącego własnością pracownika mennicy, to fałszerstwo, czy nie? Albo, czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale na krążku z niewłaściwego metalu, albo w sposób odbiegający od normatywnego - fałszerstwo to, czy nie fałszerstwo? A jeśli fałszerstwo, to na czyją szkodę? Emitenta? Przecież taki "rarytas" nie został  wyprodukowany po to, by płacić nim w sklepie za towary albo za usługi. Fakt, prestiż emitenta cierpi. Może są naruszane jakieś regulacje obowiązujące w mennicy, ale strata materialna mennicy ogranicza się do znikomej wartości użytego metalu i do zużycia maszyn i stempli.
A jaką szkodę ponosi kolekcjoner kupujący taki wyrób? Materialnej szkody zazwyczaj nie doświadcza. Jeśli jest to "kolekcjoner" (czytaj handlarz), to wręcz przeciwnie, może nieźle zarobić, Stratę odnotuje, jeżeli okaże się, że na skutek normalnych zjawisk rynkowych (prawa popytu i podaży) rynkowa wartość obiektu spadnie poniżej ceny zakupu. Albo...
jeżeli w ramach śledztwa w sprawie stwierdzonych w mennicy nieprawidłowości zostanie włączony w grono osób podejrzanych.
Tylko podejrzanych o co? O wprowadzanie fałszywej monety do obiegu? O paserstwo (kupił przedmiot pochodzący z przestępstwa)? O naruszenie przepisów skarbowych (bo nie płacił podatku od zysków z handlu monetami kolekcjonerskimi)?

Moje opinie w tym zakresie są jasne i od lat niezmienne.

Produkcja monet obiegowych w celu wprowadzenia do obrotu rynkowego to przestępstwo. I to akurat powinno być przyjmowane jako prawda obiektywna.

Włączanie do kolekcji takich monet może w pewnych przypadkach narazić kolekcjonera na kłopoty, bo zgodnie z prawem fałszywe pieniądze powinny być zgłaszane w banku albo na policji. W instrukcji opublikowanej na stronie NBP mowa co prawda tylko o banknotach, ale w stosunku do monet obowiązują te same zasady. W pracy Mańkowskiego jest taki akapit:
Zanim przystąpimy do właściwego naszego tematu, musimy wspomnieć chociaż w krótkości o fałszowaniu współczesnem monet w obiegu będących. Plaga ta jest bardzo starą i do dnia dzisiejszego nie wykorzenioną. Pomimo groźby i wykonania najsroższych kar za udowodnione fałszerstwo i nieprawne bicie monet, spotykamy w każdej epoce liczne dowody tych oszustw. To też każdy większy zbiór posiada i dla porównania posiadać powinien obok monet prawnie bitych i okazy współczesne fałszowane. 
Oczywiście określenie "okazy współczesne fałszowane", to nic innego, tylko monety, które dziś nazywamy raczej fałszerstwami z epoki.

Monety produkowane w mennicach (niezależnie od tego, czy oficjalnie i legalnie, czy nieoficjalnie i nielegalnie (?)) nie w celu wprowadzenia do rzeczywistego obiegu pieniężnego, tylko w celu sprzedaży kolekcjonerom, nie są monetami, a obiektami metaloplastycznymi.
Choćby narodziny ich były usankcjonowane stosownymi rozporządzeniami odpowiednich władz opatrzonymi czternastoma pieczęciami w siedmiu kolorach tęczy.

To z kolei pozostaje wyłącznie opinią. Moją i mam nadzieję, że nie tylko moją, ale opinią, a nie prawdą obiektywną.  Nie przeczę, że te wyroby mogą być przedmiotem kolekcjonerstwa (tak jak nie przymierzając etykiety zapałczane, albo "gołe baby", o których kiedyś śpiewał Kazik Staszewski). Nie zamierzam zaprzeczać rzeczywistości - te wyroby mają szerokie grono miłośników gotowych płacić za nie bardzo duże kwoty. Ale...

... kolejny powrót do pierwszego akapitu - kiedy ja mówię o monetach, to niekoniecznie mam na myśli to samo, co kolekcjoner "dukatów lokalnych" albo "lustrzanek" emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

To ostatni tegoroczny wpis na moim blogu. Życzę Wam kolekcjonerskich radości i sukcesów w roku następnym.

I niekolekcjonerskich też.

P.S.
Wpis bez zdjęcia? Nie może być!
Patrzcie, jakie cacko ostatnio kupiłem
Tak, kupiłem monetę "w gradingu". Za całych 17 złotych, w tym przesyłka. Taki rarytas, za tak niewielkie pieniądze! Jeszcze o nim napiszę, ale już w styczniu 2015 roku.

P.P.S
Tytuł "Co jest czym czego" ukradłem z małej książeczki "Wstęp do imagineskopii", o której już na blogu wspominałem. Szczerze polecam, może spis treści Was zachęci.



środa, 12 listopada 2014

10 groszy 184!

Na Allegro pojawiła się dziwna moneta. Bardzo nietypowa 10-groszówka z roku...
No właśnie - na monecie widoczne były tylko pierwsze trzy cyfry daty - 184.
Oczywiście zaczaiłem się na nią.
Po kilku dniach sprzedający wycofał monetę z aukcji.

Pomyślałem sobie, pewnie wpłynęła korzystna oferta i sprzedający wolał nie ryzykować zakończenia aukcji na niskim poziomie. Okazało się, że jest inaczej - w poczcie znalazłem wiadomość z propozycją zbadania monety. Propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia.

Moneta wygląda tak:
a właściwie, to tak:
Odwrotka!
Średnica 18,5 mm. Teoretycznie powinno być 18,6 mm, ale 1/10 milimetra to naprawdę drobiazg. Tym bardziej, że rant jest mocno zużyty, a na dodatek ma ślady nacięć.
Gorzej jest z wagą. Dziesięciogroszówki z 1840 r. powinny ważyć 2,8 grama. Ta moneta waży tylko 2,45 grama. To już znaczna różnica.

Przyjrzyjmy się rysunkowi monety. Data.
Nie ma śladu po ostatniej cyfrze (jaka by nie miała być). Za to doskonale widać zdwojenie, które obejmuje całą powierzchnię rewersu. Czy to możliwe, żeby monetę wybito stemplem wytworzonym nowoczesną metodą tłoczenia z matrycy?

A co widać na awersie?
Tu też są braki - zniknęły literki M W - znak mennicy warszawskiej. Jest jeszcze jeden bardzo ważny szczegół.
Cały rysunek jest lekko przesunięty w górę; przy dolnej krawędzi krążka widać, że rysunek nie dochodzi do krawędzi.
Na skanie nie jest to tak dobrze widoczne, ale kiedy trzyma się monetę w ręku, to widać, że "pusty" obszar przy dolnej krawędzi awersu jest gładki, a rysunek monety wygląda jak nalepiona na ten krążek kalkomania (lekko przesunięta). Poza tym obszarem tło monety nie jest tak gładkie.
Bardzo dokładnie oglądając rewers i na nim można zauważyć ten sam efekt, tyle że na znacznie mniejszej powierzchni

Jedziemy dalej. Moneta wygląda na srebrną. Myślę, że nacięcia na rancie są śladami po próbach jakości metalu. Może ktoś sprawdzał, czy to nie miedziany rdzeń oklejony srebrnymi blaszkami?
Testy z cieczą probierczą są niszczące - na to nie dostałem zgody, ale mam przecież niemały zapasik innych 10-groszóweg z tego okresu. Próba polegająca na wsłuchiwaniu się w dźwięk wydawany przez monetę wirującą na twardej desce moim zdaniem wypada negatywnie. Nie mam na tyle dobrego mikrofonu, żeby przedstawić wyniki (swoją drogą, to może być pomysł na któryś z kolejnych wpisów), ale różnica jest. Ten dziwoląg brzęczy podobnie do monet cynkowych.

Wnioski.
Z mennicy, to to nie wyszło. Przynajmniej nie z tej oficjalnej. Ślady zużycia wskazują na to, że moneta była w obiegu (i wtedy też budziła podejrzenia!).
Stawiam na falsyfikat na szkodę emitenta - gdyby miał być na szkodę kolekcjonera, powinien być bity w bilonie*. Falsyfikat na szkodę emitenta ma sens tylko gdy koszt materiału i robocizny jest niższy od uzyskiwanego nominału.
Jak więc to zrobiono? Zapewne metodą dobrze znaną fałszerzom od co najmniej ćwierci tysiąclecia. Z oryginału robi się glinianą, lub gipsową formę. W niej odlewa jednostronne stemple (pozytywowe), które przed użyciem należy dobrze utwardzić (hartowanie). Takie matryce wgniata się w prasie w żelazny/stalowy, rozhartowany pręt, który po zahartowaniu staje się stemplem.
Między innymi, tak właśnie Majnert wykonywał stemple do niektórych swoich falsyfikatów. 
W tym przypadku fałszerz uznał, że stempel rewersu odcisnął się niedokładnie, więc "poprawił" go uzyskując efekt zdwojenia. Gładki brzeg na awersie, to wynik niedokładnego wzajemnego ułożenia matrycy i stempla. Na dodatek bijąc monetę odwrócił rewers o 180 stopni. Finalnie, pewnie nie był zadowolony z wyników swojej pracy.

A dlaczego usunął ostatnią cyfrę daty i litery mennicy? Tę tajemnicę zabrał do grobu.
A może żyje? Moje spekulacje funta kłaków nie warte, a monetka powstała całkiem niedawno w celu naciągnięcia kolekcjonerów. To mało prawdopodobne. Pracy mnóstwo, a zarobek niewielki.


Jutro moneta wraca do właściciela. Mnie pozostają zdjęcia, Wam lektura.

P.S.
Czy ktoś z Was trafi na coś podobnego?

P.P.S. - 13 listopada 2014
A jednak! Trochę srebra w tym jest. Ciecz chromowa nie kłamie.
Próba jest gorsza od monet oryginalnych - czerwień pojawia się wolniej i jest znacznie bledsza, niż na wytartych obiegiem dziesiątkach  sprzed 170 lat.
Podtrzymuję tezę, że to falsyfikat na szkodę emitenta.

P.P.P.S - 18 listopada 2021
Kilka dni temu zaproponowano mi sprzedaż bardzo podobnie wykonanych dziesięciogroszówek z pełnymi datami - 1841 i 1837. Oferent nie zgodził się niestety na wykonanie zdjęć. 
Tym samym teza o fałszerstwie na szkodę emitenta jest nie do obronienia. Ewidentnie mamy do czynienia z próbami oszukania kolekcjonerów!




środa, 8 października 2014

Fachowa robota. Prawie...

Kupiłem sobie monetę z dziurką.

Opisaną, jako falsyfikat z epoki.

Dziurka, jako taka, nie jest w tym przypadku niczym niezwykłym. Zjawisko uniemożliwiania ponownego wprowadzenia do obiegu monet, które uznano za fałszywe znane jest od stuleci.

Podobnie postępowano w Polsce w okresie międzywojennym.

Perforowano nie tylko falsyfikaty. Po rozpoczęciu niemieckiej okupacji, na ziemiach wcielonych do Rzeszy natychmiast wycofano polskie pieniądze. Obowiązywała tam waluta niemiecka. Dla Generalnego Gubernatorstwa
przewidziano coś w rodzaju ograniczonej autonomii. Jednymi z jej przejawów było utworzenie Banku Emisyjnego w Polsce (Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora dla okupowanych polskich obszarów nr 14 z 23 grudnia 1939 r.) i zachowanie złotego, jako obowiązującej waluty. Bank Emisyjny uruchomiono 8 kwietnia 1940 r. Od razu rozpoczęto wymianę banknotów Banku Polskiego na banknoty Banku Emisyjnego (w relacji 1:1) i wycofywanie bilonu, który kierowano do przetopienia. Metal  zawarty w monetach był cennym surowcem dla przemysłu zbrojeniowego. W celu uniemożliwienia nielegalnego przekazywania wycofanych monet z powrotem do obiegu, unieważniano je w prasach walcowych lub perforowano.

Złotówka, którą odebrałem wczoraj na poczcie jest falsyfikatem bardzo ciekawym. Po pierwsze metrologia - średnica 25,2 mm, a więc ciut większa, od normatywnej. Mogło by to sugerować odlew, ale inne cechy świadczą o biciu stemplami.
Masa, zaledwie 5,46 g (norma, to 7,00 g!). Na dodatek całkowity brak reakcji na magnes, a przypominam, oryginalne złotówki 1929 bito w niklu, który jest przyciągany przez magnes.
Obejrzyjmy monetę dokładniej.
Awers, a właściwie jego fragment:
Mamy dwie możliwości. Albo fałszerz tłoczył stempel z matrycy i to na niej pojawiło się zdwojenie, albo wielokrotnie ściskał krążek między stemplami nie zachowując ich idealnego ułożenia i zdwojenie pojawiło się dopiero na monecie. Jak było, nie wiemy. Jeśli jednak ujawnią się inne egzemplarze z identycznym zdwojeniem, górę weźmie hipoteza pierwsza, co oznaczało by, że fałszerz (fałszerze?) miał sporą wiedzę i dobrze wyposażony warsztat.
O tym, że był niezłym fachowcem wiem już dzisiaj.
Porównajmy rewers z dobrze zachowanym oryginałem.
Rysunek rewersu złotówki z 1929 r. wbrew pozorom nie jest prosty do skopiowania. Wielość krzywizn utrudnia idealne odtworzenie rysunku. Stemple prawie na pewno powstały na bazie odlewów oryginalnej monety. Bardzo dobrych odlewów.

Zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie falsyfikat na szkodę kolekcjonerów, bo jak widać znaku mennicy na falsyfikacie nie ma. Tylko jaka jest szansa na to, że kolekcjoner polujący na białego kruka obiegowych monet II RP nie zauważy takiego niedoboru masy? Poza tym, wszystkie znane oryginały bez znaku mennicy nie mają żadnych zdwojeń. Co za dużo, to nie zdrowo. Taki nadmiar szczęścia powinien uruchomić alarm w głowie każdego kolekcjonera.

I ten otwór.
Nie zrobiono go przebijakiem, bo wygląda jak otwór wiercony pod śrubę ze stożkowym łbem. I tak chyba powstał - wlot rozwiercono wiertłem o większej średnicy. Po co? Może chodziło o uzyskanie możliwości lepszego podejrzenia struktury krążka. Taki sposób perforacji mógł mieć związek z badaniami kryminalistycznymi, a nie służyć do zwykłego unieważnienia falsyfikatu.

Jakby nie było, moneta ciekawa. I na dodatek falsyfikatu tego nominału jeszcze nie miałem. Okazało się, że konkurentów miałem niewielu i moneta trafiła do mojego zbioru.

Pisałem kiedyś o zagadkach dotyczących obiegowych monet PRL:
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-03
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-05
Temat pasjonujący, nic dziwnego, że sprowokował i inne osoby.
Bardzo żałuję, że nie znalazłem czasu na wyjazd do Łodzi  do Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego na wykład Pana Andrzeja Fąka "Powojenne monety obiegowe i okolicznościowe. Krótka lista wątpliwości". Zapoznałem się tylko z krótkim sprawozdaniem umieszczonym na stronie łódzkiego oddziału PTN http://lodz.ptn.pl/wyklad-02-10-2014/
Szkoda, że nie upowszechniło się jeszcze rejestrowanie takich wydarzeń i udostępnianie ich zainteresowanym, którzy z różnych powodów nie mogli uczestniczyć w nich osobiście.

wtorek, 3 czerwca 2014

Ciekawe, czy to się sprzeda.

Firmy Fritz Rudolf Künker GmbH & Co. KG z Osnabrück chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Działa już kilkadziesiąt lat, jej katalogi aukcyjne mogą być ozdobą każdej numizmatycznej biblioteczki. Można to sprawdzić tutaj.

Niestety, nawet najlepszym zdarzają się dziwne błędy.
Podczas letniego cyklu aukcji (to taka spécialité de la maison tego domu aukcyjnego) pod młotek pójdzie zbiór monet niemieckich bitych po 1871 r. z pokaźnym zestawem prób - katalog nr 252.
Z przyzwyczajenie zajrzałem, czy nie ma czegoś ciekawego z okresu GG i Królestwa Polskiego 1917-1918. Ciekawostki są, niestety.
Królestwo Polskie - trzy oferty:
 
Najpierw jednofenigówka z 1917 r. Zdjęcia tego egzemplarza nie miałem w archiwum. To już dwudziesty trzeci znany mi egzemplarz. Cena wywoławcza 250 euro - dość niska, jak na tej czytelności okaz.

Ceny wywoławcze dwóch następnych monet, to kpina. O ile dwudziestofenigówka może zostać uznana za wyrób stuttgarckiej mennicy, to dziesiątkę za prawdziwą wziąć może tylko ktoś o słabym wzroku.
Nie tylko ja uważam, że te cynkowe monety, to falsyfikaty na szkodę emitenta. I wcale nie są aż tak rzadkie.
Moja cynkowa dziesięciofenigówka  z 1917 r. jest bardzo mocno zniszczona korozją
Mimo to widać na niej charakterystyczny, nieudolny rysunek upierzenia.
Cynkowych dwudziestek mam sześć albo siedem. Nawiasem mówiąc potwierdza to tezę o fałszerstwie - podrabianie większego nominału bardziej się opłacało.

Mam egzemplarze bite

Mam i odlew
To może nawet nie cynk.
Kuenker wystawił egzemplarze może i lepiej zachowane, ale na pewno nie warte wywoławczej ceny.

Ciekawe, czy to się sprzeda. A jeśli tak, to za ile?






poniedziałek, 30 września 2013

Wygoń węża z kieszeni!

8 maja 1840 roku dyrekcja warszawskiej mennicy dostała polecenie przygotowania projektu monet jednogroszowych o zmienionym wyglądzie.

15 czerwca tegoż roku, do Komisji Finansów wpływa odpowiedź z Warszawy.

Dyrekcja informuje, że podstawą nowego projektu jest chęć uniemożliwienia przeróbek groszy na dziesięciogroszówki, łatwych ze względu na podobieństwo wielkości i rysunku stempli tych nominałów.
Dla odróżnienia groszy od dziesiątek zaproponowano podawanie nominały słownie oraz usunięcie wieńca okalającego nominał i datę na rewersie. Dyrekcja zaproponowała również, by w przypadku zaakceptowania nowego wzoru, wycofać z obiegu stare grosze i przebić je na nowe.

Zjawisko przerabiania groszy na dziesięciogroszówki musiało więc być częste.Mimo to, przez wiele, wiele lat ani nie zdobyłem, ani nawet nie widziałem takiej przeróbki. Do ubiegłego tygodnia.
Na Allegro pojawiła się aukcja 10 Groszy 1838 r MIEDZIAK-DESTRUKT
To nie destrukt!

To właśnie przeróbka, która tak dawała się we znaki instytucjom finansowym Królestwa Polskiego. Być może po przeróbce moneta była jeszcze pobielona - pokryta warstewką srebra albo jasnego metalu udającego srebro.

Zobaczyłem i od razu zastawiłem pułapkę. Sprzedawca napisał co prawda 
"Jest to moneta nie spotykana, znawcy cos na ten temat wiedza." 
ale dalszy opis: 
"Literka Y jest nizej ,10-ka nie rowno wybita, brak wybicia litery "W"." 
świadczy raczej, że sam nie zdawał sobie sprawy z tego co sprzedaje. 
Jedno tylko się w opisie zgadza: "Prawdziwy rarytas".
Mimo to, coś mnie podkusiło żeby ustawić bardzo ostrożny limit. Za bardzo ostrożny. Wynik skąpstwa łatwy do przewidzenia - przegrałem.
Następnym razem będę mniej ostrożny.

Szklaneczką Glenfiddich zamiast uczcić zwycięstwo, złagodziłem gorycz porażki.

A późnym wieczorem dotarła do mnie taka miła wiadomość:

Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie
ul. Piłsudskiego 12,
Sala audiowizualna wtorki, godz. 18.00

01 października
Anda Jaworucka-Drath, Banknoty z nadrukami w kolekcji MNK

15 października
Jacek Budyn, Koczownicy u bram – nomadzi w numizmatyce

05 listopada
dr Jerzy Ciecieląg, Antyczne monety żydowskie w służbie propagandy

19 listopada
Mateusz Woźniak, Unikatowe monety polskiego średniowiecza

03 grudnia
dr Marcin Biborski, Monety w konserwacji

17 grudnia
dr hab. Jarosław Bodzek, Król na monecie – numizmatyczne portrety władców
hellenistycznych

07 stycznia
dr hab. Sławomir Sprawski, Moneta w badaniach wczesnych dziejów Tesalii i
Macedonii

14 stycznia
Anna Bochnak, Warsztat numizmatyczny hrabiego Czapskiego

Kilka terminów w kalendarzu już zarezerwowałem.

czwartek, 19 września 2013

Rachunek ekonomiczny.

Odwieczne pytanie - "Czy to się opłaci?". Dobrze, jeśli zadaje się je PRZED zainwestowaniem albo założeniem firmy (pomińmy aktywności dla których pytanie to nie ma najmniejszego sensu - na przykład "Chcę zacząć zbierać monety, ale czy to mi się opłaci?").

Mam w zbiorze pięciogroszówkę z 1923 roku. O, taką:
Nie. To nie jest to słynne brązowe yeti polskiej numizmatyki. Chociaż...
Nie wiem, z jakiego metalu jest moja moneta. Kupiłem ją w 2011 r. na Allegro za całe czternaście złotych. Aukcja nr 1446157564 - Rzeczpospolita Polska  5 Groszy 1923r SKRĘTKA !!!
Skrętki monet II RP są rzadkie więc się skusiłem. Nędzny stan zachowania odstraszył konkurencję - wygrałem.
Moneta ewidentnie z ziemi. Skręcenie stempli nie jest jej jedyną wadą "fabryczną".  Na awersie, na godz. ósmej jest jeszcze coś, co może przypominać pęknięcie stempla, ale nim nie jest. Ślady pęknięć stempli są wypukłe, a na monecie jest wgłębienie. Coś takiego może powstać wskutek pęknięcia krążka pod naciskiem stempla ale takie pęknięcia są widoczne po obu stronach monety. Albo...
Albo jest to wada odlewu. Po upuszczeniu na blat stołu monety z pęknięciem krążka słychać brzydki, tępy, szybko gasnący dźwięk. Moja piątka dźwięczy ładnie. Kupiłem falsyfikat. Odlewany falsyfikat na szkodę emitenta.
Ten eksponat znam niestety tylko ze zdjęcia.
Forma odlewnicza do przedwojennych pięciogroszówek
znaleziona przez "poszukiwacza skarbów" w 2004 r.


5 groszy na początku lat 20-tych. Co za to można było kupić? Czy mogło się opłacać fałszować tak mały nominał?
W roku 1926 koszty utrzymania przeciętnej rodziny robotniczej na Górnym Śląsku wynosiły około 250 zł miesięcznie czyli pięć tysięcy takich pięciogroszówek. Stawka godzinowa robotnika oscylowała wokół jednego złotego. Wątpię, by można było odlać w ciągu godziny dwadzieścia monet posługując się taką pojedynczą formą. Za wyborem tak niskiego nominału do fałszowania mogła przemawiać tylko łatwość wprowadzania drobnego bilonu do obiegu. Pewnie nikt się pięciogroszówkom specjalnie nie przyglądał.

Co innego takie monety

Te dwa falsyfikaty trafiły do mnie niedawno dzięki uprzejmości kolegi zza wschodniej granicy. Pięciozłotówka  została znaleziona gdzieś na przedmieściach Lwowa, dziesiątka na Wołyniu.
Pięć złotych 1933 - odlew z jasnego metalu, brak srebrzenia, średnica OK, ale za lekka o 1,47 g.
Dziesięć złotych 1932 - ślady srebrzenia na ciemnym metalu, średnica za mała o 1 mm, waga o zaniżona aż o 4,67 g.

Dziesięciozłotówki fałszowano często. Niższe nominały zresztą też. Fałszowanie znaków pieniężnych, w tym monet powodowało znaczne straty materialne i groziło podważeniem zaufania do państwa. W roku 1933 odnotowano aż 5507 przestępstw tego rodzaju. Kartoteka przestępców parających się tym procederem zawierała dane 1422 osób. Oczywiście dane te dotyczą również obcych znaków pieniężnych (J. Kurpiewski, Fałszerstwa monet i banknotów, Warszawa 1990).
Dla ułatwienia eliminowania fałszywych monet z obiegu rozpoczęto produkcję prostych wag nie wymagających stosowania odważników.


Waga umożliwiająca szybkie sprawdzenie monet o różnych nominałach.
WCN aukcja 26, lot 855

Fałszywe monety wycofywane z obiegu perforowano, zapewne w celu uniemożliwienia ich powtórnego wprowadzenia do obiegu.


Banki i policja kierowały fałszywe monety do ekspertyzy do Mennicy Państwowej w Warszawie. W sprawozdaniu mennicy z działalności w latach 1930-1934 znajdujemy takie zestawienie
W zestawieniu nie ujawniono ilości monet poddanych ekspertyzie, ale pokazano strukturę nominałów. Wyraźnie widać, że po wprowadzeniu nowego wzoru pięciozłotówek w roku 1932 nastąpił gwałtowny, stuprocentowy wzrost udziału tego nominału w ogólnej liczbie falsyfikatów. Duży był też udział dwuzłotówek - na pewno wpływ na to miała wielkość monety i fakt, że niższe nominały falsyfikatów łatwiej wprowadzały się w obieg.Nominałów niższych od 10 groszy zestawienie, jak widać nie uwzględnia. Musiał to być rzeczywiście margines działalności międzywojennych fałszerzy.To, że fałszywe monety obiegowe II Rzeczpospolitej są znajdowane na terenie dawnych kresów wschodnich nie powinno dziwić. Ziemie te stanowiły przecież większą część terytorium Polski. W roku 2006 w Mińsku wydano niewielką, ale niezwykle interesująca publikację pod ciut mylącym tytułem - "Historia jednej fałszywej monety". Wbrew tytułowi, publikacja nie jest poświęcona jednej monecie. To kompleksowe omówienie fałszerstw monet obiegowych II RP. Pretekstem istotnie była jedna fałszywa moneta - dwuzłotówka 1932 ze stopu ołowiowego wchodząca w skład niewielkiego skarbu polskiego srebra odkrytego w okolicach Kobrynia w latach 70-tych. Autor bardzo dokładnie opisał falsyfikat porównując go z oryginałem. Nawiasem mówiąc, to chyba jedyna publikacja, w której można znaleźć informację, że na oryginalnej dwuzłotówce z 1932 r. na rancie jest 130 karbów ułożonych co 0,53 mm!
Sinczuk podaje również szczegółowe informacje o sile nabywczej pieniądza i wysokości zarobków. Przykładowo, za dniówkę przy żniwach płacono do 5 złotych, przy wykopkach ziemniaków do 2 złotych (porównajcie to z zarobkami śląskiego robotnika!); za krowę trzeba było zapłacić około 100 zł. Na moim blogu również znajdziecie podobne informacje.
Sfałszowanie dwuzłotówki było z pewnością opłacalne, o wyższych nominałach nie wspominając.
W dalszej części publikacji można się zapoznać z technikami produkcji fałszywych monet, składem stopu, z którego wykonano omawiany falsyfikat
oraz analizę opłacalności procederu i opis działań organów państwa skierowanych przeciwko fałszerzom. Mnóstwo cytatów, odnośników do literatury fachowej, ekonomicznej, archiwalnych akt urzędowych i przepisów prawa.

Obowiązkowa lektura dla każdego ambitnego kolekcjonera monet II RP. Wielka szkoda, że nikt jak dotąd nie pokusił się o wydanie polskiego przekładu (o ile mi wiadomo).
 



Printfriendly