Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kremnica. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 listopada 2011

Impuls trzeci (na jakiś czas ostatni).

Zaczęło się od wyszukiwania jakiegoś rozsądnego połączenia komunikacyjnego do Borowic. Najlepsza z moich żon wybierała się tam na Jesienną Szkołę Dydaktyki Fizyki. Najwięcej informacji znaleźliśmy na bardzo sympatycznej stronie http://www.borowice.pl/pl/07.html ale wniosek był jeden - łatwo nie będzie. Udało się zorganizować podróż do celu samochodem jednej z uczestniczek Szkoły. Otwarta pozostawała kwestia powrotu.

I tu pojawił się impuls.
Jakiś czas temu wybrałem się na wycieczkę do Kremnicy. A może by tak odwiedzić jeszcze jedno zagraniczne "mennicze" miasteczko i w drodze powrotnej przejechać przez Borowice ułatwiając powrót małżonce? To tylko 160 km od Borowic.
Czy już wiecie, którą mennicę mam na myśli?

Najpierw sprawdziłem prognozę pogody. Moja ulubiona norweska (!) pogodynka straszyła co prawda niską temperaturą, ale zachęcała piękna słoneczną pogodą. Znaczy - jadę.
Wiedziałem, że w dniu wyjazdu będę musiał najpierw troszkę popracować, a to oznaczało, że na miejsce przyjadę już po zmroku (350 km). Wypadało by mieć zarezerwowany nocleg. Wysłałem kilka e-maili, przyszła jedna odpowiedź - cena niezła, lokalizacja, wyposażenie też nie odstraszały, więc zarezerwowałem nocleg. Kilka dni czekania na wyjazd minęło szybko i w czwartek, 10 listopada ruszyłem w drogę.

Najpierw na zachód autostradą A4 - jeszcze darmową - choć bramki już powstają - później w kierunku przejścia Kudowa-Słone. Po drodze mijałem kolejne stare śląskie miasta, w których też kiedyś działały mennice. Nysa, Złoty Stok, Kłodzko. Trzeba by kiedyś wybrać się na kolejną numizmatyczną wycieczkę - szlakiem śląskich mennic. Może za rok...
Minąłem starą papiernię w Dusznikach i po chwili byłem już w Republice Czeskiej. Pan Krzysztof ciepłym głosem informował mnie o kolejnych skrzyżowaniach i ostrych zakrętach zapowiadając, że do celu dotrę przed siedemnastą. Tak się też stało, mimo licznych ograniczeń prędkości przy przejazdach przez kolejne wsie i miasteczka. Łatwo i bezboleśnie przestrzega się tych ograniczeń, bo stosowane są bardzo racjonalnie. Gdy tylko znika przyczyna ograniczenia - nawet chwilowo - to od razu pojawia się znak pozwalający na przyspieszenie. Nie ma bezsensownych ograniczeń ciągnących się przez puste pola na idealnie prostej drodze.
A drogi też jakby lepsze. Mimo to kilka razy mijałem ekipy remontujące nawierzchnię. Czyżby istniał jakiś związek między remontami, a jakością drogi? Było nawet kilka odcinków tzw. ruchu wahadłowego, co nie przeszkodziło abym na miejsce dotarł w planowanym czasie. Pan Krzysio bezbłędnie wskazał drogę pod same drzwi penzionu i podziękował za wspólną podróż.
Pokój nie wyglądał na najprzytulniejszy, ale był czysty i ciepły. Odświeżyłem się po podróży, ubrałem ciepło (po zachodzie słońca termometr zatrzymał się na poziomie -2) i ruszyłem na obiad. Pociągiem. Bo kwatera była 2 km od centrum, ale za to tuż przy dworcu.

Obiad zjadłem w lokalu wybranym metodą wielokrotnie wypróbowaną w turystycznych miejscowościach - szyld ma być niepozorny, a w środku musi być prawie pełno... tubylców. Im wyraźniej słychać angielski, niemiecki, polski, tym szybciej trzeba zmienić lokal. Odpadają też przybytki reklamujące się, jako tradiční středověká restaurace.
Metoda po raz kolejny okazała się właściwą. Świetna polędwica popita nie gorszym piwem (już wiecie, dlaczego samochód dostał wolne) poprawiła i tak niezły humor. Przespacerowałem się po mieście planując następny dzień i wróciłem na dworzec. Kasjerka przytomnie zapytała mnie, czy na pewno chcę bilet na następny pociąg, bo pojedzie on dopiero za godzinę. Podziękowałem i ruszyłem do hoteliku pieszo - dwa kilometry szybkiego marszu na wieczornym mrozie, to gwarancja dobrego snu.
Rano za oknem było tak:
Czy już wiecie, co to za miasto? Kto nie dotarł tam pociągiem, raczej na podstawie tego zdjęcia nie zgadnie.

Około ósmej, po obfitym śniadaniu ruszyłem na zwiedzanie - opis, ze szczególnym uwzględnieniem akcentów numizmatycznych, pojawi się w następnym wpisie za dzień lub dwa. Teraz ograniczę się tylko do dwóch uwag kulinarnych.

Istotna część ekspozycji drugiego z muzeów, które odwiedziłem, znajduje się na świeżym powietrzu, a jako, że słupek rtęci osiągnął aż +3 stopnie Celsjusza, organizm domagał się rozgrzewki. Wypatrzyłem lokalik polecający coś takiego, jak Horká čokoláda s  Bailey´s  i uznałem, że to je ono. Tak też było. Miłe ciepło rozlało się "w środku, w Czesiu" i aż żal było wychodzić. Wcześniej niż ja, zaczęły się zbierać do wyjścia trzy panie - mama, córka i wnuczka. Tej ostatniej, tak na oko trzyletniej,  mama założyła czapeczkę z uszkami - mała wyglądała zupełnie jak miś Bubu, młodszy kumpel misia Yogi.
Jedna z kelnerek rzuciła - tak ahoj medvidku!
I w tym momencie... mała pobiegła dać buzi kelnerce, a siedzący przy sąsiednim stoliku jegomość o wyglądzie Jožina z bažin głośno zaprotestował - Já nikam nevycházim! 

Po wizycie w kolejnym muzeum, żołądek upomniał się o swoje prawa, a że było to 11 listopada, to zgodnie z zasadą Na Świętego Marcina najlepsza gęsina postanowiłem skorzystać z promocji pod tytułem - svätomartinská hus pečená a vino - pouze 220 korun. Co tu dużo pisać! Obżarłem się do wypęku i znów ruszyłem do zwiedzania. 

Ale o tym, jak już wspomniałem, opowiem za dzień, dwa.


środa, 15 września 2010

Kremnica

Wśród wielu, wielu mennic, w których bito polskie monety jedna warta jest szczególnej uwagi. Słowacka mennica zlokalizowana w Kremnicy jest jedną z  najstarszych czynnych mennic na świecie. Działa nieprzerwanie od 1329 roku.

Polska pierwszy raz skorzystała z usług kremnickiej mennicy w roku 1949. Po Powstaniu Warszawskim stolica została zniszczona - Śródmieście niemal w 100%. Nie przetrwała też mennica, więc produkcję monet trzeba było zlecić mennicom zagranicznym. Aluminiowe monety o nominałach 1 i 2 grosze wybito w Budapeszcie, brązowe pięciogroszówki w Bazylei Bernie, miedzioniklowe złotówki oraz monety 10, 20, 50 groszy w Kremnicy.
Na monetach tych nie umieszczono żadnego znaku mennicy.Tak samo postąpiono i w późniejszych latach, bo na roku 1949 współpraca ze słowacką mennicą się nie zakończyła. W Kremnicy wybito jeszcze dwudziestozłotówki  z Nowotką (1975, 1976), z łanem zboża na tle wieżowca (1976), aluminiowe złotówki i pięćdziesięciogroszówki (1975, 1976 i 1978), dwudziestogroszówki (1973) i dziesięciogroszówki (1973 i 1974). Kremnickie dziesięciogroszówki 1973 - bez znaku mennicy - są najrzadszymi monetami obiegowymi PRL. Nie wiadomo ile ich wybito, nie wiadomo czy rocznik ten bito z przeznaczeniem do obiegu, nic na dobrą sprawę o nich nie wiadomo.

Pomyślałem sobie niedawno, że rozwiązania zagadki należy poszukać u źródeł, a że do Kremnicy mam bliżej, niż do Warszawy długo się nie zastanawiałem.
Katowice, Bielsko-Biała, Żywiec, Zwardoń... Po przejechaniu granicy droga wyraźnie się poprawiła. Pogoda poprawiać się nie musiała - było pięknie. W sobotnie przedpołudnie zaparkowałem pod murami starego miasta i po paru minutach stanąłem na rynku. Przy rynku są dwa interesujące muzea: jedno przy mennicy, drugie na przeciwległej pierzei (mennictwo, medalierstwo, górnictwo). Wiedząc, że ekspozycja przy mennicy otwarta jest krócej, najpierw skierowałem się w tamtym kierunku. Wystawa rewelacyjna. Zwłaszcza dla osób zainteresowanych techniką menniczą. Kiedyś, na cafe Allegro dyskutowaliśmy sobie o taschenwerkach - małych ręcznych półautomatach, których być może używano w fałszerskich mennicach w Suczawie do podrabiania polskich, litewskich i ryskich szelągów. Nawet najlepsze opisy i najdokładniejsze siedemnastowieczne ryciny nie dadzą tego, co daje spotkanie "oko w oko". Zdecydowanie nie doceniamy pomysłowości naszych przodków, którzy dysponując bardzo prymitywnymi narzędziami i nieprecyzyjnymi urządzeniami pomiarowymi potrafili wymyślić, wykonać i uruchomić skomplikowane i wydajne maszyny. 
Zwiedzanie miało się ku końcowi i zaczynałem tracić nadzieję, że uda się porozmawiać o naszej tajemniczej dziesiątce. Na szczęście okazało się, że jesteśmy ostatnią w tym dniu grupą zwiedzających więc przewodnik nie musi lecieć po następną i ma chwilę na rozmowę. Nie przypuszczałem, że przewodnik będzie znał odpowiedzi na moje pytania ale miałem nadzieję, że pomoże mi dotrzeć do kompetentnej osoby. Tak się też stało. Niestety, kompetentny nie oznacza wszystkowiedzący. Krótko mówiąc, podobno nie zachowały się żadne dokumenty, z których mogło by wynikać kto, kiedy i dlaczego wybił dziesięciogroszówki 1973 r. w  Kremnicy . Dowiedziałem się tylko, że około roku 1993, po podziale Czechosłowacji, mennica czyściła magazyny oferując niepotrzebne już zapasy na wolnym rynku. Podobno to wtedy trafiły na rynek nasze dziesięciogroszówki.Ile ich było, kto je kupił? Tego się nie dowiedziałem.
Na wizytę w drugim muzeum tego dnia nie zdążyłem, ale w przeciwieństwie do muzeum mennicy, tamto jest otwarte również w niedzielę. 
Bez problemów znalazłem nocleg - w miasteczku jest mnóstwo kwater do wynajęcia. Z okna miałem taki widok:
Na środku zdjęcia widać czubek kościelnej wieży grodu miejskiego.
Przed wyjazdem poczytałem co nieco, więc po obiedzie (rewelacyjna dziczyzna w restauracji Silvanus, tuż poniżej rynku) wybrałem się na kąpielisko termalne. Dzień zakończyłem lekką kolacją i wizytą w Vinotece (a jakże, też przy rynku).
Następnego dnia spędziłem kilka godzin w muzeum monet i medali Narodowego Banku Słowacji podziwiając monety pochodzące ze słowackich znalezisk i oczywiście wyroby kremnickiej mennicy. Rewelacja. 

Zachęcam do odwiedzin w pięknie położonym miasteczku. Można tam jeździć o każdej porze roku, zawsze jest pięknie i zawsze jest co robić. Dla zachęty proponuję obejrzenie kilku zdjęć z mojej wycieczki

Printfriendly