Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Kałkowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Kałkowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 grudnia 2018

Trochę techniki

Wspomniałem ostatnio, że z pewnym zdziwieniem skonstatowałem, że T. Kałkowski, redaktor Numizmatyka Krakowskiego (między innymi), nie skojarzył "słoneczka" na pięciozłotówkach z rybakiem, z nieprawidłowością działania prasy menniczej. Wspomniałem też, że technologia produkcji monet nie była wtedy (w roku 1959) tajemnicą.

Dowodem na to jest lipcowy numer "Młodego Technika" z roku 1958.
Na stronie szóstej zaczyna się artykuł Edwarda Gorola, kustosza Muzeum Warszawskiej Mennicy zatytułowany "Jak powstaje złotówka". Artykuł jest ilustrowany zdjęciami z wnętrz mennicy, pokazującymi jej urządzenia i personel przy pracy. Na przykład:
Tekst zaczyna się, jak to zwykle bywa, od "rysu historycznego", ale jego najważniejszą częścią jest opis procesu wyrobu monet - od projektu, po pakowanie i dystrybucję.

Autor pisze:
Koncepcję plastyczną monety, która powstaje najpierw na rysunku, artysta medalier rzeźbi w plastelinie w wymiarach najczęściej Od 7 do 13 razy większych od naturalnej wielkości monety i odlewa następnie w gipsie. Model gipsowy po szczegółowym cyzelowaniu (wykańczaniu) wędruje do oceny. Przeważnie organizuje się w tym celu konkurs, który stwarza możliwość wyboru spośród wielu prac.

Znaczące słowa - konkurs organizuje się "przeważnie", ale nie zawsze. Brak wzmianki, że zwykle były to (i są nadal) konkursy zamknięte, do których zaprasza się bardzo ograniczone grono projektantów.
Dalej jest opis przygotowania patrycy poprzez dwuetapowe zmniejszanie rysunku monety na maszynie redukcyjnej. A'propos takiej maszyny, E. Gorol napisał o tym urządzeniu, że
"Jest to nowość ostatniego stulecia, wprowadzona najpierw do mennictwa we Francji. Do Polski przyszła w 1904 roku i jest dzisiaj podstawową maszyną naszej Mennicy."
W roku 1904 nie było Polski (w sensie formalnym), w związku z czym nie można mówić, że w tym czasie maszyna redukcyjna pojawiła się w polskiej mennicy. Mogło natomiast takie urządzenie trafić do jakiejś firmy zajmującej się produkcją medali albo innych wyrobów tłoczonych z matryc na prasach.
Autor podkreśla wielką precyzję przenoszenia rzeźby modelu na patrycę:
"Jak bardzo dokładnie przesuwa się czujnik po powierzchni modelu (płaskorzeźby), świadczy czas konieczny na przebycie odcinka (około 10 cm) od środka projektu do jego krawędzi. Czas ten wynosi dwie doby (bez przerw)."
Dziś do mennic wkroczyła technika komputerowa, skanery 3D, drukarki 3D, sterowane numerycznie obrabiarki itp., więc proces ten znacznie się skrócił, przy czym dokładność odwzorowania projektu na patrycach, matrycach i stemplach nie poprawiła się znacząco - przynajmniej w przypadku monet obiegowych.
Dalej następuje opis przygotowywania stempli i krążków i w końcu dochodzimy do opisu samego tłoczenia monet:
Otoczone krążki długimi lejami wędrują do automatów, które wykonywać będą czynności bicia monet przy pomocy przygotowanych już stempli. Leje, którymi doprowadza się krążki, pozwalają na samoczynne pobieranie przez podajniki i umieszczanie krążka dokładnie między sztancami.
Szybkimi uderzeniami, bo kilkadziesiąt razy na minutę, stemple wytłaczają z jednej strony godło, z drugiej nominał, przy czym górny stempel przeciska monetę w dół, która opada, otrzymując po drodze molet (ząbki) na obrzeżu.
Na tym właśnie etapie musi dochodzić (statystyka, z nią nikt nie wygra) do zdarzeń powodujących na przykład powstawanie destruktów oraz uszkodzeń stempli.

Kałkowski z niewiadomych powodów nie skojarzył "słoneczka" pod pachą rybaka z negatywem fragmentu awersu, odciskiem stempla awersu na stemplu rewersu i oczekiwał na wyjaśnienie zjawiska ze strony "Władzy".
Kilka lat później, pisząc swoją znakomitą książkę-album "Tysiąc lat monety polskiej", opisał szczegółowo to samo, o czym napisał w MT E. Gorol. Kiedyś już o tym zresztą wspominałem w felietonach dla e-numizmatyki.

Nawiasem mówiąc, coraz częściej zabierając się za pisanie czegoś na blog, zauważam, że temat w mniejszej lub większej skali już omawiałem - albo na blogu, w którymś  z felietonów, albo (i z tym jest największy kłopot) gdzieś na istniejącym do dziś lub już nie istniejącym forum numizmatycznym.

Nic to. Kilka najbliższych dni zajmie mi dokładniejsze zapoznawanie się z nową pozycją z mojej biblioteczki.


Coś na jej temat na pewno pojawi się na blogu.

sobota, 8 grudnia 2018

Sprzątanie zakładek - powrót do przeszłości.

Kilka dni temu robiłem porządki. Między linkami do stron, które uznałem kiedyś za warte zapisania, jako cele przyszłych odwiedzin, był link do strony krakowskiego oddziału PTN. Interesujący przede wszystkim z powodu znajdującego się tam archiwum Numizmatyka Krakowskiego, redagowanego przez Tadeusza Kałkowskiego.
Jak widać, numizmatycy krakowscy pod koniec lat pięćdziesiątych XX w. funkcjonowali, jako frakcja Polskiego Związku Filatelistów - może się to wydawać trochę dziwne, bo przecież to w Krakowie już od roku 1888 działało Towarzystwo Numizmatyczne w Krakowie. Tak, działało, nawet po wojnie, ale samodzielnie tylko do roku 1953, kiedy to włączono je do Polskiego Towarzystwa Archeologicznego. Najwyraźniej nie odpowiadało to zwykłym kolekcjonerom, nie zainteresowanym naukowym podejściem do numizmatyki, na dodatek ograniczonej do antyku, w najlepszym razie do średniowiecza.
Wielu kolekcjonerów, w tym oczywiście i niżej podpisany, ma na półce książkę Tadeusza Kałkowskiego "Tysiąc lat monety polskiej". Książkę odpowiedzialną (o ile książka może za cokolwiek odpowiadać) za kolekcjonerską pasję wielu, wielu osób. Było, nie było przyznawał się do tego nawet pan Henry V Karolkiewicz, a był to kolekcjoner ze światowej ekstraklasy.
Wikipedia poświęca T. Kałkowskiemu całe dwa (!) zdania.
Tadeusz Kałkowski (ur. 4 lipca 1899 w Kamionce Strumiłowej, zm. 10 maja 1979 w Krakowie) – polski numizmatyk, kolekcjoner, inżynier komunikacji.
Był właścicielem cennego zbioru monet. Zasłynął jako popularyzator numizmatyki w Polsce (autor wielu prac). Był redaktorem pisma "Numizmatyk Krakowski" (Kraków od 1958 roku).
Może ktoś z Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego, które wzięło sobie pana Kałkowskiego za patrona postara się i rozbuduje poświęcone Mu hasło na Wikipedii?

Na razie pobrałem (i przeczytałem) pierwsze dwa roczniki NK - 1958 i 1959. Wierzyć się nie chce - to tylko sześćdziesiąt lat, a patrząc na techniczną stronę tego przedsięwzięcia, ma się wrażenie, że "Wewnętrzny komunikat numizmatyczny..." od naszych czasów dzielą nie dziesięciolecia, tylko wieki.

Treść, z konieczności bardzo lakoniczna. Z konieczności, bo to mozolnie  przepisywane na maszynie do pisania i powielane na urządzeniu na korbkę (chyba). Wśród tych króciutkich notatek trafiają się bardzo interesujące rodzynki. Na przykład coś takiego:
Mowa oczywiście o "rybakach" z takim rewersem:
na którym widać ślady jakie zostały na stemplu rewersu po zderzeniu ze stemplem awersu. To, zgodnie z przewidywaniami Kałkowskiego, monety doceniane i poszukiwane przez kolekcjonerów, szczególnie gdy są w takim stanie zachowania, jak ta ze zdjęcia.
W dalszej części notatki mowa jeszcze o pięciozłotówkach, na których elementy zwisające z sieci pod prawą ręką rybaka są częściowo, lub całkiem niewidoczne. Te monety nie są już tak bardzo ciekawe, bo braki w rysunku wynikły albo z zapchania stempla albo zostały spowodowane zbyt małym naciskiem prasy przy tłoczeniu stempla z patrycy roboczej.
Cóż jeszcze z tej notatki wynika?  Na przykład to, że wtedy, podobnie jak dziś, wśród kolekcjonerów rozchodzą się...
Nic innego, tylko wyssane z palca plotki. Spekulacje myślowe, mające wytłumaczyć i zracjonalizować obserwowane zjawiska. Kałkowski pisze o pogłosce, jakoby Bank Polski miał ogłosić konkurs na wyłapywanie nieprawidłowych monet z obiegu. Czym to się różni od przeczytanego  niedawno wpisu na jednym z forów, wpisu z tezą, że NBP nakazał przetrzymanie w skarbcu pięciozłotówek z roku 2017 i wydawanie do obiegu produkcji tegorocznej. Po co? Dlaczego? Tego nie wyjaśniono, a taki brak kluczowych wyjaśnień jest cechą wszystkich teorii spiskowych na całym świecie.
I jeszcze jedno zdanie z notki Kałkowskiego:
Jak doszło w Mennicy do powstania tej nieprzewidzianej odmiany wyjaśnią zapewne Władze.
Po pierwsze, rzecz charakterystyczna dla epoki - o wszystkim wiedzą i wszystko wyjaśnią "Władze". Z wielkiej litery, bo napisanie "władze" mogło by się komuś nie spodobać. O jakie "Władze" chodzi, nie wiadomo, czy władze mennicy, czy może państwa, a może po prostu "organa ścigania" (pamiętacie - "Panie władzo, jaki mandat? Za co?").
Po drugie, co może troszkę dziwić, wygląda na to, że T. Kałkowski nie miał świadomości niuansów procesu technologicznego produkcji monet w nowoczesnej mennicy. Notatka została opublikowana we wrześniowym numerze Numizmatyka Krakowskiego (rok 1959), a przeszło rok wcześniej ukazała się publikacja, której uważna lektura mogła w tej sprawie wiele wyjaśnić. To jednak temat następnego wpisu. Na dziś wystarczy.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Aniołek zaszalał.
Konsekwencja Jego szaleństwa, to ponad 5500 stron nowej lektury (a jeszcze nie skończyłem 845 stron dostarczonych przez św. Mikołaja!).
Na razie jednak wszystkie inne lektury zeszły na drugi plan, a "na warsztacie" pozostała tylko jedna:
Książka słusznych rozmiarów i nie mniej poważnej wagi. Papier znakomity, dzięki czemu zdjęcia - marzenie. Właściwie, to same zdjęcia są wystarczającym powodem, by mieć tę książkę na półce.

Największe zaskoczenie: trzeci akapit wprowadzenia ("Po co oglądać stare monety") pióra prof. Borysa Paszkiewicza. Rzadki - niestety - przykład zwycięstwa rozumu nad bezduszną urzędniczą procedurą.

Największa radość: możliwość podziwiania świetnych monet na świetnych zdjęciach.

Największa zaleta: kompendium aktualnego stanu wiedzy numizmatycznej - w jednym dziele zebrano informacje z rozproszonych publikacji naukowych (i nie tylko), nierzadko nicujące przekonania ugruntowane od prawie dwóch stuleci - zwłaszcza w zakresie numizmatyki średniowiecznej.
Świetne zdjęcia w połączeniu z umieszczanymi obok opisami monet umożliwiają przeprowadzenie samodzielnych ćwiczeń w odczytywaniu legend, co zwłaszcza w przypadku średniowiecza bywa niezwykle skomplikowane. W kilku przypadkach okaże się, że interpretacje czytelnika będą inne, niż odczytania wykonane przez Autora.

Największe rozczarowanie:  bardzo nieliczne, ale jednak istniejące niedoróbki edytorskie, np. informacja o pewnych szczególnym wariancie legendy na florenie Wacława I, przypięta do zdjęcia na str. 118 zamiast do zdjęcia na stronie następnej.

Największe nieporozumienie: opatrywanie "Historii pieniądza..." A. Dylewskiego etykietką "nowy Kałkowski".
Niby wszystko się zgadza - obie książki, to "zbiory pięknych zdjęć codziennych rzeczy", obie są "zbiorami opowieści o dawnych polskich  monetach i banknotach". Gdzie więc nieporozumienie? Różnice tkwią w języku.
Tadeusz Kałkowski był gawędziarzem. Nie znałem Go osobiście, ale znam kilku kolekcjonerów, którzy pamiętają Jego wizyty na zebraniach kół PTAiN w Krakowie i Katowicach. Wszyscy są zgodni co do jednego - Pan Tadeusz potrafił opowiadać o monetach.  "Tysiąc lat monety polskiej" nie tylko się ogląda. Tę książkę również się czyta.
Nie mam pewności, czy podobnie będzie z "Historią pieniądza...", bo język Pana Dylewskiego nie do wszystkich dotrze, nie dla wszystkich będzie zrozumiały "... monety... były recypowane...".
Z drugiej strony, może to i lepiej, że książka nie wpisuje się w coraz powszechniejszą tendencję do spłycania i upraszczania wszystkiego do granic możliwości przeciętnego gimnazjalisty, czyli do poziomu...

Reasumując - jeżeli ktoś waha się, czy Historię pieniądza na ziemiach polskich kupić, czy nie, to powinien wahania porzucić i książkę kupić, póki jest jeszcze dostępna. Najpierw przekartkować, zatrzymując się na co bardziej intrygujących zdjęciach i opisach, a później powoli czytać od deski do deski. Raz, drugi, trzeci...

P.S.
Henry V Karolkiewicz (vide katalog aukcji TRITON IV z 60 grudnia 2000 r.) gromadził swoją kolekcję przy wydatnej pomocy Karla Stephensa bazując na Tysiącu lat monety polskiej T. Kałkowskiego. Ciekawe, czy ktoś pokusi się na podobne potraktowanie Historii pieniądza na ziemiach polskich?

P.P.S.
Z trzech oczekiwanych monet Augusta III, o których pisałem przed świętami, dotarły dwie. Jest dobrze! Czekam jeszcze na trzecią monetę i na zakupioną w międzyczasie jeszcze jedną książeczkę. Na początku stycznia napiszę o tym, co te trzy monety i książkę łączy.

Printfriendly