Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tytus Liwiusz Boratini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tytus Liwiusz Boratini. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 stycznia 2019

Jeden tydzień - dwa wykłady

Prawie, jak za studenckich czasów.

Najpierw, o mało nie przegapiłem poniedziałkowego wykładu prof. Borysa Paszkiewicza. Początkowo wyglądało na to, że transmisja na żywo zapowiedziana na stronie PTN nie uda się - link z zapowiedzi wykładu prowadził do strony straszącej komunikatem "czekamy na rozpoczęcie transmisji". Na szczęście poszukiwanie alternatywy przyniosło pozytywny wynik. Znalazłem właściwą stronę i mogłem z rosnącym zainteresowaniem wykład oglądać. Nic straconego, też macie tę możliwość, bo wykład jest nadal dostępny

Warto go obejrzeć i wysłuchać w całości. Profesor Paszkiewicz opowiadał o monetach znalezionych podczas prac wykopaliskowych na wrocławskim Placu Nowy Targ. Wyjaśnił, dlaczego nie należy bezkrytycznie ufać Friedensburgowi, ale równocześnie wykazał, że na zaufanie zasługują opisy monet, które można znaleźć w starodrukach. Ciekawy był też przewijający się przez wykład, wątek pracy archeologów i ich współpracy z numizmatykami. Włos się na głowie jeży, gdy pomyśli się, jakie cuda mogły bezpowrotnie przepaść, wywiezione na hałdę. Wydaje się, że to, co pojawiło się na Allegro, a według wszelkiego prawdopodobieństwa pochodziło z wrocławskiego placu, to tylko niewielka część monet (i prawdopodobnie innych zabytków metalowych), które zostały wywiezione z ziemią z wykopalisk.

Ciekawe, czy ktoś wspomni o tym podczas spotkania dla seniorów zapowiedzianego na środę 16 stycznia. Spotkanie jest częścią cyklu "Rozmowy o..." i ma tytuł "Rozmowy o archeologii - archeolog i barbarzyńcy". Niestety barbarzyńcy trafiają się wszędzie, jakiś ich odsetek musi być i wśród archeologów.

To był poniedziałek. Na wtorek, jak niedawno pisałem, miałem zaplanowany wyjazd do Krakowa. O mały włos, wyjazd nie doszedł by do skutku ze względu na fatalną przedpołudniową śnieżycę. Ta na szczęście skończyła się w porę i mogłem ruszyć w drogę. Zdążyłem na ostatnią chwilę.
Pani Anna Bochnak przedstawiła opowieść o Boratinim podzieloną na dwie odsłony. Najpierw opowiedziała słuchaczom (pięcioro nas było!!!, wstyd Panie i Panowie) o przedsięwzięciach menniczych tego spolszczonego Włocha, nie pomijając oczywiście jego kłopotów wynikających z oskarżeń o malwersacje i działania na szkodę Króla i Rzeczpospolitej. Część drugą poświęciła pracom Boratiniego na innych polach. Pisałem o nich tu na blogu, nie ukrywając podziwu dla tego nieprzeciętnego człowieka. Dużo o Boratinim czytałem w różnych źródłach, ale dopiero we wtorek dowiedziałem się, że Tytus Liwiusz miał jeszcze na koncie konstrukcję maszyny liczącej!
Przedstawione na zdjęciu urządzenie to najpewniej nie ta maszyna, którą wykonał Boratini. Jego urządzenie, opisane w zachowanych do dziś inwentarzach kolekcji Medyceuszy zaginęło podczas licznych przeprowadzek zbioru. Być może leży gdzieś w muzealnych magazynach, nierozpoznane i niedocenione.

Na deser, deser. Całkiem niedawno trafiłem na nową wersję strony internetowej poświęconej Hieronimowi Boschowi. Można na niej ugrzęznąć na długie godziny i odkrywać detale, których w albumach z reprodukcjami dostrzec nie sposób. Co powiecie na taki skarbczyk i jego zawartość?





sobota, 29 grudnia 2018

O katalogu groszy miedzianych 1765-1768 słów kilka

Wpis omawiający katalog o tak barokowym tytule

nie może mieć tytułu jednowyrazowego. I na tym żarty się kończą, bo katalog, o którym piszę to rzecz bardzo poważna.

Najpierw krótko o tym, co rzuca się w oczy zaraz po otwarciu tomu (bo to spory tom, a nie jakaś popierdułka, że zacytuję klasyka). Dlaczego nie pokazałem spisu treści? Bo go nie ma. Swoją drogą, źle się tworzy spis treści dla książki, w której brak numeracji stron. Brak bibliografii można przeboleć, bo ta na dobrą sprawę sprowadza się do dwóch katalogów Karola Plage, przy czym "Monety bite w miedzi..." z roku 1897 są w treści nazywane "oryginałem", a "Okres Stanisława Augusta..." z 1913 autor nazywa "reprintem". Co do tej drugiej pozycji, to jest w tej nazwie ziarno prawdy, bo PTA wydało w 1970 jej reprint, niestety zubożony o część zawierającą treść dokumentów dotyczących mennictwa SAP.
W katalogu pojawiają się również numery odmian w/g katalogu Berezowskiego.

Kiedy kupuję nową pozycję do mojej numizmatycznej biblioteczki, zawsze zastanawiam się, czy jej autor pisząc dzieło, planował do jakiego kręgu odbiorców je kieruje. Rzadko zdarza mi się kupować wydawnictwa typowo popularyzatorskie. Nie kupuję już (bo kiedyś taki wybredny nie byłem) pozycji poświęconych monetom nie pasującym do mojego zbioru. Miedziane grosze Stanisława Augusta, zwłaszcza z pierwszych roczników, interesują mnie podwójnie. Raz, że są polskimi monetami obiegowymi, a te właśnie kolekcjonuję, dwa - w ich produkcję byli zamieszani ludzie, którzy niewiele wcześniej mieli udział w produkcji miedziaków koronnych Augusta III. Siłą rzeczy, katalog Ł. Gorzkowskiego musiał mnie zainteresować. Tym bardzieə, że już wcześniej  Autor dał się zauważyć na internetowych forach numizmatycznych, również na FB.

Katalog mam od mniej więcej dwóch tygodni, ale ze względu na okres świąteczny nie miałem na bliższe zapoznanie się z nim tyle czasu ile bym chciał. Po kilku godzinach, które mogłem mu poświęcić, mogę odważyć się na krótką recenzję.
Katalog szczegółowością co najmniej dorównuje pracy C. Wolskiego poświęconej szelągom Jana Kazimierza, ale tylko w zakresie części katalogowej, bo Gorzkowski nie zajął się historią mennic i ludzi, odsyłając zainteresowanych tym czytelników do prac R. Janke.
Kanwą katalogu, są wspomniane wyżej katalogi K. Plage. Gorzkowski bardzo pieczołowicie analizuje różnice między nimi, bo co może nie wszyscy wiedzą, pewne monety pokazane w "Monetach bitych w miedzi..." nie pojawiają się w późniejszym dziele. Czytelnik dostaje bardzo dokładnie omówienie różnic między katalogami. Obok rysunków Plagego pokazuje zdjęcia niemal wszystkich odmian i wariantów, w tym wszędzie tam, gdzie jest to potrzebne, duże powiększenia kluczowych elementów rysunku. Oczywiście, jest w katalogu masa monet, których u Plagego próżno szukać. Detektoryści stale dostarczają nowy materiał badawczy. Mnóstwo bardzo ciekawych monet dociera zza wschodniej granicy.

Osobny, obszerny rozdział poświęcony został pruskim falsyfikatom groszy Poniatowskiego oraz fałszerstwom na szkodę emitenta wyrabianym w lokalnych warsztatach. Ta część szczególnie mnie interesuje, bo mam nadzieję wychwycić analogie, które być może rzucą nowe światło na kwestię pruskich fałszerstw miedzi Augusta III bitych podczas wojny siedmioletniej. To jednak wymaga poświęcenia znacznie większej liczby godzin, niż udało mi się na razie wygospodarować.

Żeby nie przeciągać.
Jeśli jesteś kolekcjonerem, któremu do szczęścia wystarczy posiadanie po jednej monecie SAP z poszczególnych nominałów, albo nawet wszystkich roczników groszy SAP - ten katalog nie jest dla Ciebie. 
Jeśli jednak chcesz stworzyć zbiór odmian i wariantów groszy z jednej mennicy, albo jednego rocznika, albo po prostu wszystkich odmian i wariantów groszy SAP - kupuj. Zaoszczędzisz mnóstwo czasu, który należało by poświęcić na połączenie informacji z obu katalogów K. Plage - R. Gorzkowski już to dla nas zrobił.

A teraz coś z czasów o ponad wiek wcześniejszych.
Taki półtoraczek Zygmunta III:
Z którego roku? Dla ułatwienia, powiększenie fragmentu rewersu:

I jeszcze jedna ważna wiadomość dla kolekcjonerów monet Jana Kazimierza. We wtorek, 8 stycznia, u Czapskich odbędzie się kolejna impreza z cyklu "Numizmatyka, czyli co" - wykład "Znany jak zły szeląg? – Tytus Liwiusz Boratini".  Prowadzenie: Anna Bochnak – kustosz w Gabinecie Numizmatycznym MNK, specjalista w zakresie pieniądza przedmiotowego i mennictwa nowożytnego.

Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, ul. Piłsudskiego 12, 31-109 Kraków
08.01.2019 - wtorek 18:00 wstęp wolny



Do zobaczenia!


sobota, 28 września 2013

Wystarczy chcieć?

Tydzień temu spędziłem kilka godzin w muzeum Czapskich. Metodycznie, sala po sali, gablota po gablocie, oglądałem, podziwiałem. Tym razem w spokoju, bez tłumu gości zaproszonych na uroczyste otwarcie, ale nie w samotności. Muzeum oprócz mnie zwiedzało jeszcze kilka osób, w większości w parach. Mieszanych. Panowie pokazywali swoim towarzyszkom co ciekawsze okazy i cierpliwie tłumaczyli powody, dla których te czasem niepozorne numizmaty, są ważniejsze od innych.

Zauważyłem dwie prawidłowości. Panie najwięcej czasu spędzały przed wielką gablotą z medalami i wszystkie, czasem głośno, zachwycały się...
rękopisami Hrabiego. Najpierw pojedynczymi kartami umieszczonymi w gablotach razem z monetami, których dotyczyły. Później, w osobnej salce, rękopiśmiennym katalogiem.

Monety, medale może kupić każdy. To tylko kwestia czasu i pieniędzy. Niemałych, to prawda, ale tylko pieniędzy. Opracowanie zgromadzonej kolekcji, jej rzetelne skatalogowanie to już inna bajka. Niewątpliwie wymaga to czasu, mnóstwa czasu, jeśli kolekcja liczy wiele tysięcy obiektów. Ale dysponując nawet stuleciami, nie zrobi się nic nie mając do tego chęci, nie czując wewnętrznego przymusu. Czy ktoś nakazał tę pracę Czapskiemu? Czy ktoś go z niej rozliczał? Nie. On tak po porostu miał.
karta z katalogu kartkowego Emeryka Hutten-Czapskiego
skan z broszury edukacyjnej wydanej przez muzeum

Karty miedziaków są nie mniej precyzyjne od kart medali i portugałów. Na kartach monet średniowiecznych Hrabia pieczołowicie odtwarzał krój liter legend. Wszystkie osoby zatrzymujące się na dłużej w gabinecie Czapskiego miały jeden komentarz - to niewiarygodne!

W sali z monetami antycznymi w opisach wielu monet powtarza się zdanie: "Dar Karola Halamy". O kim mowa?
O panu naczelniku urzędu pocztowego z Żywcu, który już po drugiej wojnie światowej, w roku 1946 przekazał krakowskiemu Muzeum Narodowemu 2574 monety starożytne, w tym 858 greckich, 108 Republiki Rzymskiej, 1541 rzymskich okresu Cesarstwa oraz 67 bizantyńskich - z małym wyjątkiem  brązowych i srebrnych oraz 150 tomów literatury numizmatycznej. Do dziś dar Karola Halamy stanowi około jednej trzeciej całej kolekcji antycznych monet MNK.
Pan naczelnik był od  1891 roku członkiem Wiedeńskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Kilkanaście lat później ok. 1909 roku zapisał się do Krakowskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Publikował, korespondował, budował kolekcję, urządzał w swoim domu wystawy monet dostępne dla publiczności. Kierował żywiecką pocztą, był członkiem Rady Miejskiej w Żywcu, pracował w Komisjach Rewizyjnych, Zarządzie Miasta, w Wydziale Powiatowym i w Komunalnej Kasie Oszczędności i prowadził, jak byśmy dziś powiedzieli, działalność charytatywną. Czy ktoś mu kazał? Ktoś go z tego rozliczał?
Podczas wojny uchronił kolekcję przed rabunkiem i rozproszeniem. Po wojnie zrealizował swój zamiar jeszcze z 1939 roku - darował kolekcję Muzeum Narodowemu.

Sprawdziłem i sam w to nie mogę uwierzyć. W dwustu pięciu postach, które do tej pory opublikowałem ani raz nie pojawiło się nazwisko Boratini. Tak dalej być nie może. Kiedyś napiszę o nim coś więcej, dziś coś w rodzaju kalendarium.

Urodził się przed rokiem 1620, prawdopodobnie w 1617.
W roku 1637, jako "doktor z Wenecji" udał się w naukową podróż do Egiptu. Dwudziestolatek!
Do 1641 roku badał zjawisko wylewów Nilu, wykonał pomiary zabytków egipskich próbując odtworzyć starożytny system miar, ustalił i zapisał współrzędne odwiedzanych zabytków (nie miał GPS).
Po wyjeździe z Egiptu pojawił się w Polsce, ale wkrótce, w 1645 r. ją opuścił udając się przez Węgry do Włoch. Na Węgrzech obrabowano go z cennych egipskich notatek i rękopisu pracy poświęconej udoskonaleniu wagi hydrostatycznej wynalezionej przez Gallileusza. Zwiększenie dokładności tej wagi pozwoliło Boratiniemu na dokładne zmierzenie ciężaru właściwego różnych substancji. W tym samym czasie rozpoczął opracowywanie jednolitego systemu miar. Zajęło mu to około trzydziestu lat. A w międzyczasie?
W 1648 r. wrócił do Polski.
W 1650-tym pojechał do Paryża szukając sponsora dla sfinansowania machiny latającej zdolnej unieść w powietrze człowieka. Miał "tylko" model, w którym mógł latać kot. Nie wyszło, ale z Francji wrócił wzbogacony o umiejętności wykonywania miedziorytów.
1651 - sprowadzał z Wenecji soczewki dla Heweliusza. Sam nauczył się je wytwarzać trochę później i osiągnął w tym wielką biegłość. Zbudował obserwatorium astronomiczne i  jako pierwszy zaobserwował plamy na Wenus.
1652 - pracuje jako architekt w Warszawie (Pałac Kazimierzowski, zamek Ujazdowski) i uzyskuje dzierżawę olbory olkuskiej - podatku płaconego w naturze przez olkuskich gwarków.
1654 - udaje się z misją dyplomatyczną do Toskanii równocześnie wykorzystując wyjazd do uzupełnienia wiedzy.
1657 - wraca do Polski, razem z bratem bierze czynny udział w wojnie ze Szwecją.
1658 - obejmuje kierownictwo mennicy krakowskiej (do roku 1661). Ponownie otrzyma ją w 1667 w zarząd na dwa lata razem z mennicą bydgoską. W tym samym roku występuje z projektem emisji miedzianych szelągów.
1659 - tworzy mennicę w Ujazdowie przeznaczoną do miedzianej produkcji szelężnej (do roku 1665). Boratynki bije też w Krakowie.
1660 - osiada na stałe w Polsce, kupuje majątek w Sulgostowie pod Opocznem. Prawdopodobnie jeszcze w tym samym roku organizuje mennicę miedzianą w Brześciu Litewskim.
1662 - podróż do Włoch.
1664 - obejmuje mennicę litewską w Wilnie.
1666 -  buduje most na Wiśle (i bierze go w dzierżawę).
1668 - po zamknięciu mennic angażuje się w politykę, nieskutecznie próbując doprowadzić do  elekcji Kondeusza. Królem zostaje Michał Korybut.
1675 - publikuje dzieło o mierze uniwersalnej. 
1678 - otrzymuje ponownie zarząd mennicy krakowskiej.
1681 (lub 1682) - Tytus Liwiusz Boratini umiera, ale jego spadkobiercy nadal biją w Krakowie monety z jego inicjałami (aż do 1687 r.)


Jako fizyk (z wykształcenia) i metrolog (z zawodu), nie mogę nie wspomnieć raz jeszcze o traktacie Misura universale. Opisał w nim sposób ustanowienia ujednoliconych, odtwarzalnych jednostek miary długości i ciężaru. Jednostką długości miał być metr (tak, ta nazwa to pomysł Boratiniego) będący długością wahadła wykonującego jedno wahnięcie na sekundę. Sześcian o boku równym jednej szesnastej metra napełniony wodą (Boratini podał dokładny przepis dotyczący sposobu pobierania wody w tym celu - deszczówka zbierana w określonych warunkach) miał być jednostka ciężaru.
Winieta karty tytułowej Misura universale
miedzioryt wykonany prawdopodobnie przez Boratiniego.


Co jeszcze?
Takie tam "drobiazgi" - skonstruował wiatrak pompujący wodę, wynalazł mikrometr (przez niektórych nazywany mikromierzem), zaplanował sposób przeprowadzenia pomiaru długości południka ziemskiego metodą triangulacyjną.
W międzyczasie miał sześcioro dzieci.

Czasem mam wątpliwości, czy życiorysy takich osób potwierdzają tezę, że "wystarczy chcieć", czy dowodzą, że same chęci to za mało. Że potrzebne jest coś jeszcze. Iskra boża, odwaga, brak instynktu samozachowawczego? Pewne wydaje mi się jedno - "wystarczy być", to złe podejście do życia (choć czasem przyjemne).

Printfriendly