Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mennica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mennica. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 kwietnia 2020

Pierwsza errata do katalogu II RP

Miło mi, że ktoś te moje katalogi czyta. Jeszcze milej, jak czyta uważnie.
Na monetyforum.pl umieszczono bogato ilustrowany wpis, jednoznacznie identyfikujący dostawcę blachy na pięciogroszówki. W moim katalogu (wydanie 4, str. 109) napisałem:
Do czasu uruchomienia w mennicy odlewni i walcowni, brązowe krążki do bicia pięciogroszówek zamawiano w bliżej nieokreślonej „Hucie miedzi” Poznaniu. Prawdopodobnie były to zakłady Hipolita Cegielskiego.
Okazuje się, że to nie o zakłady Cegielskiego chodziło.
W Poznaniu istniała huta miedzi!
OK. huta była, ale skąd wiadomo, że to ona była dostawcą dla mennicy? I na to jest dowód.
W sprawozdaniu Najwyższej Izby Kontroli z r. 1926 znajdujemy taką informację.

Informacje te znalazł i opublikował użytkownik monetyforum.pl "Popstar". Znając Jego dociekliwość, pewnie na tej pierwszej erracie się nie skończy.

P.S.
Nie zarejestrowałem się na monetyforum.pl. Byłem zarejestrowany na poprzednim jego wcieleniu, ale nie odpowiadały mi zwyczaje części jego użytkowników udzielających się w interesujących mnie wątkach. Na ich tle Popstar, choć nie zawsze się z Nim zgadzałem, wyróżniał się bardzo pozytywnie, zawsze podając źródła, z których korzysta i zawsze przedstawiając logiczny tryb rozumowania. Cieszy mnie, że nadal postępuje w ten sam sposób.

P.P.S.
Jeśli pan Popstar tu zagląda, proszę o bezpośredni kontakt - wystarczy kliknąć w "Napisz do mnie" w menu bloga. Kiedyś wymienialiśmy wiadomości korzystając z funkcji forum, ale wraz z jego likwidacją, zniknęła treść korespondencji. Dlatego preferuję wymianę e-maili.

P.S. 2020.06.02

Dotarła do mnie informacja, że Ridero oferuje wersję drukowaną w kolorze. Dziwi mnie to, bo zakładałem wyłącznie wydanie czarno-białe. 

Proszę jej nie zamawiać!!! 

Ridero wyjaśnia to tak:
Problem leży przypuszczalnie w automatyzacji procesu publikacji książek - gdy system Ridero rozpoznaje odcień sepii czy szarości jako kolorowy, automatycznie pojawia się w sprzedaży wersja zarówno czarno-biała jak i kolorowa książki, co dzieje się również w przypadku choćby drobnego szczegółu kolorowego. Ridero jest platformą selfpublishingową, gdzie autor decyduje o kształcie ostatecznym swojej publikowanej książki - w tym wypadku autor musiałby zastąpić ilustracje w utworzonej książce monochromatycznymi, jeżeli chciałby, by w sprzedaży pojawiła się tylko książka w wersji czarno-białej.

Nie wiem, które ze zdjęć jest interpretowane, jako barwne. Postaram się jak najszybciej je zlokalizować i wymienić na monochromatyczne.



niedziela, 16 grudnia 2018

Trochę techniki

Wspomniałem ostatnio, że z pewnym zdziwieniem skonstatowałem, że T. Kałkowski, redaktor Numizmatyka Krakowskiego (między innymi), nie skojarzył "słoneczka" na pięciozłotówkach z rybakiem, z nieprawidłowością działania prasy menniczej. Wspomniałem też, że technologia produkcji monet nie była wtedy (w roku 1959) tajemnicą.

Dowodem na to jest lipcowy numer "Młodego Technika" z roku 1958.
Na stronie szóstej zaczyna się artykuł Edwarda Gorola, kustosza Muzeum Warszawskiej Mennicy zatytułowany "Jak powstaje złotówka". Artykuł jest ilustrowany zdjęciami z wnętrz mennicy, pokazującymi jej urządzenia i personel przy pracy. Na przykład:
Tekst zaczyna się, jak to zwykle bywa, od "rysu historycznego", ale jego najważniejszą częścią jest opis procesu wyrobu monet - od projektu, po pakowanie i dystrybucję.

Autor pisze:
Koncepcję plastyczną monety, która powstaje najpierw na rysunku, artysta medalier rzeźbi w plastelinie w wymiarach najczęściej Od 7 do 13 razy większych od naturalnej wielkości monety i odlewa następnie w gipsie. Model gipsowy po szczegółowym cyzelowaniu (wykańczaniu) wędruje do oceny. Przeważnie organizuje się w tym celu konkurs, który stwarza możliwość wyboru spośród wielu prac.

Znaczące słowa - konkurs organizuje się "przeważnie", ale nie zawsze. Brak wzmianki, że zwykle były to (i są nadal) konkursy zamknięte, do których zaprasza się bardzo ograniczone grono projektantów.
Dalej jest opis przygotowania patrycy poprzez dwuetapowe zmniejszanie rysunku monety na maszynie redukcyjnej. A'propos takiej maszyny, E. Gorol napisał o tym urządzeniu, że
"Jest to nowość ostatniego stulecia, wprowadzona najpierw do mennictwa we Francji. Do Polski przyszła w 1904 roku i jest dzisiaj podstawową maszyną naszej Mennicy."
W roku 1904 nie było Polski (w sensie formalnym), w związku z czym nie można mówić, że w tym czasie maszyna redukcyjna pojawiła się w polskiej mennicy. Mogło natomiast takie urządzenie trafić do jakiejś firmy zajmującej się produkcją medali albo innych wyrobów tłoczonych z matryc na prasach.
Autor podkreśla wielką precyzję przenoszenia rzeźby modelu na patrycę:
"Jak bardzo dokładnie przesuwa się czujnik po powierzchni modelu (płaskorzeźby), świadczy czas konieczny na przebycie odcinka (około 10 cm) od środka projektu do jego krawędzi. Czas ten wynosi dwie doby (bez przerw)."
Dziś do mennic wkroczyła technika komputerowa, skanery 3D, drukarki 3D, sterowane numerycznie obrabiarki itp., więc proces ten znacznie się skrócił, przy czym dokładność odwzorowania projektu na patrycach, matrycach i stemplach nie poprawiła się znacząco - przynajmniej w przypadku monet obiegowych.
Dalej następuje opis przygotowywania stempli i krążków i w końcu dochodzimy do opisu samego tłoczenia monet:
Otoczone krążki długimi lejami wędrują do automatów, które wykonywać będą czynności bicia monet przy pomocy przygotowanych już stempli. Leje, którymi doprowadza się krążki, pozwalają na samoczynne pobieranie przez podajniki i umieszczanie krążka dokładnie między sztancami.
Szybkimi uderzeniami, bo kilkadziesiąt razy na minutę, stemple wytłaczają z jednej strony godło, z drugiej nominał, przy czym górny stempel przeciska monetę w dół, która opada, otrzymując po drodze molet (ząbki) na obrzeżu.
Na tym właśnie etapie musi dochodzić (statystyka, z nią nikt nie wygra) do zdarzeń powodujących na przykład powstawanie destruktów oraz uszkodzeń stempli.

Kałkowski z niewiadomych powodów nie skojarzył "słoneczka" pod pachą rybaka z negatywem fragmentu awersu, odciskiem stempla awersu na stemplu rewersu i oczekiwał na wyjaśnienie zjawiska ze strony "Władzy".
Kilka lat później, pisząc swoją znakomitą książkę-album "Tysiąc lat monety polskiej", opisał szczegółowo to samo, o czym napisał w MT E. Gorol. Kiedyś już o tym zresztą wspominałem w felietonach dla e-numizmatyki.

Nawiasem mówiąc, coraz częściej zabierając się za pisanie czegoś na blog, zauważam, że temat w mniejszej lub większej skali już omawiałem - albo na blogu, w którymś  z felietonów, albo (i z tym jest największy kłopot) gdzieś na istniejącym do dziś lub już nie istniejącym forum numizmatycznym.

Nic to. Kilka najbliższych dni zajmie mi dokładniejsze zapoznawanie się z nową pozycją z mojej biblioteczki.


Coś na jej temat na pewno pojawi się na blogu.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Z numizmatycznych podróży.

Trzy lata temu, listopadowy długi weekend spędziłem w Kutnej Horze. W tym roku wybrałem się jeszcze dalej.

Kutna Hora kojarzy się oczywiście z groszami praskimi. A z czym kolekcjoner monet powinien kojarzyć Jachymov?
A może powinienem napisać Joahimsthal.
Dziś na budynku, który był dla mnie pierwszym, ale nie głównym celem wycieczki jest taka tablica
Zanim jednak mincovna zyskała miano kralovskej, była mennicą prywatną. Założyli ją bracia Schlik (po czesku Šlikové) po uzyskaniu w 1520 roku od króla Ludwika Jagiellończyka prawa bicia monet. Pierwszy warsztat menniczy znajdował się w górującym nad miasteczkiem zamku Freudenstein. Dziś pozostały z niego dwie baszty. Jedną widać ładnie z uliczek na wschodnim stoku doliny.
Schlikowie bili monetę grubą. Na awersie dużych, srebrnych krążków umieścili wizerunek króla Ludwika, na rewersie świętego Joahima (Jáchyma) trzymającego ich herb. Od miejsca bicia nazywano je "Joachimsthalergulden". Nazwa przydługa, toteż wkrótce skróconą ją do Joachimsthaler, a następnie do Thaler. Stąd już blisko do talara i... dolara. Kiedyś już o tym pisałem.
Interes musiał się kręcić wspaniale, a hrabiowie Schlik bogacili się chyba zbyt szybko, więc jak to bywa, władca skorzystał ze swej władzy. Władcą tym nie był już Ludwik, tylko nowy, czeski król Ferdinand I z rodu Habsburgów. W 1528 r. odebrał Schlikom prawo bicia monety i przejął ich mennicę. Odtąd była mennicą królewską aż do roku 1671. W okolicznych górach brakło surowca.
Od 1964 roku w budynku mennicy mieści się muzeum.
Muzeum, jak muzeum. Z tych bardziej tradycyjnych. Kasa i ciąg sal z gablotami. Listopad, to nie sezon turystyczny - muzeum zwiedzałem sam, bez przewodnika (jak lubię), sam włączałem do kontaktu wtyczki od oświetlenia niektórych gablot (bo leżały sobie odłączone na podłodze, chyba dla oszczędności energii).
A w gablotach były rzeczy piękne. Na początku kolekcja minerałów z okolicznych gór, nieprzypadkowo zwanych Kruszcowymi albo Rudawami (od rud metali, a nie koloru włosów tubylców).
Dalej to, co zobaczyć chciałem bardziej
talary hrabiów Schlik
ich opisy i monety Habsburgów
monety Habsburgów
monety Habsburgów
Nie mogło zabraknąć mincerza
W misie leżały rzecz jasna kopie (nie wziąłem ani jednej, słowo honoru!), a jeśli ktoś pomyślał sobie patrząc na tę kukłę, że można było tą metodą bić talary, to muszę go wyprowadzić z błędu. Do wybicia srebrnej monety o średnicy około 40 mm trzeba znacznie mocniejszego uderzenia. Pierwsze talary bito korzystając z urządzenia przypominającego kafar, który widuje się dziś na dużych budowach.
Z oryginalnego wyposażenia Mennicy nie pokazano żadnych urządzeń. Nie wiem, czy jakieś zachowały się do dziś, a nie bardzo było z kim na ten temat rozmawiać.
Slečna pilnująca muzeum nic na ten temat nie wiedziała, a rozmowa z nią od samego początku nieźle mnie ubawiła. Wchodząc przywitałem się polskim "dzień dobry" i jak należy dodałem "dobrý den". W odpowiedzi usłyszałem "ajn moment, zehn minuten" (szkoda, że nie potrafię oddać akcentu). Okazało się, że przyszedłem pod koniec przerwy trwającej od 12 do 13. Przeprosiłem, wróciłem gdy zegar z ratuszowej wieży skończył wybijać trzynastą. Kupiłem bilet, zapytałem, czy mogę fotografować (wolno, nawet z lampą błyskową) i już miałem ruszyć w kierunku sal ekspozycyjnych, kiedy panienka przypomniała sobie, że jestem obcokrajowcem wobec czego z uśmiechem wręczyła mi zbindowany plik kartek z opisami sal i eksponatów.
Bardzo była zdziwiona, kiedy grzecznie podziękowałem, mówiąc, że od opisów po rosyjsku wolę jednak standardowe objaśnienia po czesku, które jak sądzę są przy eksponatach. Przyznała się, że nie była pewna, skąd też mogłem przyjechać. Stwierdziła, że dość zrozumiale mówiłem po czesku, tyle że z dziwnym akcentem. Kiedy przyznałem się, że jestem z Polski wyjaśniła, że nie miała okazji osłuchać się z naszym językiem, bo goście z Polski są w tych okolicach bardzo rzadko. Potwierdziła to później właścicielka pensjonatu, w którym się zatrzymałem.

Z dawnego wyposażenia mennicy zachowała się jedynie konstrukcja pieców do wytopu srebra (w piwnicach)
oraz imponujący komin


Na zwiedzanie jachymowskiego muzeum warto przeznaczyć nawet dwie godziny. Ekspozycja nie ogranicza się do tematyki górniczo-menniczej. Krótki przegląd można znaleźć na stronach muzeum.

Na dziś koniec, choć to nie koniec relacji w wyprawy. Jak już pisałem, Jachymov nie był jej głównym celem. Ciąg dalszy za kilka dni.



czwartek, 26 czerwca 2014

Metalurgia i numizmatyka, czyli co ma piernik do wiatraka.

Dwa tygodnie temu obiecałem kontynuację tematu "metalurgicznego". Oto ona.

Wydawać by się mogło, że dysponując piecem umożliwiającym osiągnięcie odpowiednio wysokiej temperatury i naczyniem z materiału na tę temperaturę odpornego, można stopić z sobą dowolne metale w dowolnym stosunku. Niestety (albo na szczęście), to nieprawda.
Pomyślcie, roztopione metale zachowują się, jak ciecze. A czy wszystkie ciecze, jakie znacie dobrze się z sobą mieszają? Na przykład olej i woda? Możecie mieszać do woli i tak sprawiedliwa oliwa na koniec wypłynie na wierzch.
Dokładnie tak samo jest z metalami. Nie każdy metal rozpuszcza się w innym, a nawet, jeśli się rozpuszcza, to nie w dowolnym stosunku.

Tylko niektóre metale mogą łączyć się z sobą tworząc stopy o właściwościach zupełnie odmiennych od właściwości metali składowych. Taki stop jest właściwie odrębnym związkiem chemicznym o ustalonej temperaturze topnienia i jednolitej, ciągłej strukturze mikroskopowej. Tak się jednak składa, że takie stopy są kruche i nie nadają się do wyrobu przedmiotów jednocześnie łatwo kowalnych i  odpornych na uszkodzenia. Monet z nich robić się nie da.

Podobnie do związków chemicznych metali zachowują się stopy stałe. I ona mają ciągłą, jednolitą strukturę mikroskopową, ale nie mają wyróżnionej temperatury topnienia - topią się w pewnym przedziale temperatur. Stopy stałe zwykle są łatwe w obróbce (kucie, walcowanie) i odporniejsze od czystych metali.

Metale mogą się łączyć z sobą w jeszcze jedną kategorię stopów - mieszaniny. Ich struktura mikroskopowa jest ziarnista. Takie stopy są trudniejsze w obróbce.

Okazuje się, że struktura mikroskopowa stopu i jego własności mechaniczne zależą od wzajemnej ilości jego składników. Topienie miedzi i srebra na przykład, daje stopy stałe w dwóch przypadkach: gdy w stopie jest nie więcej, niż 5% miedzi albo gdy do miedzi doda się nie więcej, niż 4% miedzi srebra. Inne proporcje dają w wyniku mieszaniny. Czyste srebro jest miękkie - pamiętacie ślady zębów na denarach krzyżowych? Dodatek miedzi powoduje wzrost twardości metalu. I znów, znaczący wpływ ilości miedzi w stopie na jego twardość obserwuje się do mnie więcej 5% jej udziału. Dalsze zwiększanie ilości miedzi nie poprawia radykalnie jego twardości. Prowadzi za to do zmiany barwy stopu, który staje się bardziej żółty. To dlatego monety bilonowe (z niskopróbnego srebra) wymagały bielenia, czyli wytrawiania w kwasach, co powodowało powstawanie cieniutkiej warstewki prawie czystego srebra na ich powierzchni.
Jerzy Wilhelm, półtorak pruski z mennicy w Królewcu. 
Na powierzchni widoczne zżółknięcia - skutek starcia się warstewki czystego srebra wytworzonej w procesie bielenia monety.

Tworzenie stopów złożonych z więcej, niż dwóch metali jest jeszcze bardziej skomplikowane. Przekonali się o tym pracownicy mennicy warszawskiej na początku lat trzydziestych XX wieku. Mennica ambitnie przystąpiła do przetargu na dostawę srebrnych monet dla Rumunii. Miały to być monety ze stopu poczwórnego: 50% srebra, 40% miedzi i po 5% niklu i cynku. Konkurowaliśmy z Belgią, Francją, Włochami i Anglią. Udało się uzyskać kontrakt na część dostawy (wspólnie z Anglikami, którzy na dodatek zechcieli podzielić się wiedzą i doświadczeniem). Kłopotów było mnóstwo. Bardzo istotna okazała się kolejność łączenia metali. W przeciwieństwie do stopów podwójnych, które uzyskiwano dodając domieszkę do metalu dominującego (miedź do srebra) tu na przykład okazało się konieczne dodawanie srebra do wcześniej stopionego cynku!

Źródłem kolejnych trudności była tendencja stopu do separacji składników. Cynk i nikiel gromadziły się w środku odlewanych sztab, srebro na zewnątrz. Różnice w próbie kruszcu dochodziły do 40%. Skutek? Niemożność zapewnienia stałej próby kruszcu w monetach. Anglia, Bułgaria i Rumunia, które wprowadziły u siebie monety ze stopu poczwórnego musiały poszerzyć granice tolerancji próby.

Koniec końców, w Warszawie nie wybito monet dla Rumunii. Oficjalnie z powodu zmiany naszego systemu monetarnego i konieczności wybicia w 1932 r. monet o nowych parametrach.

Informacje o pracach nad poczwórnym stopem srebra mennica opublikowała w Sprawozdaniu z działalności w latach 1930-1934 przedstawionym ministrowi skarbu 5 marca 1935 r. - ostatnim przed wojną sprawozdaniu Mennicy Państwowej. Nie jest to klasyczna publikacja numizmatyczna. Zdecydowanie nie jest taką publikacją referat wygłoszony przez profesora doktora Witolda Broniewskiego na drugim Zjeździe Inżynierów Mechaników w Warszawie 18 kwietnia 1925 r. To z niego korzystałem pisząc o wpływie składu stopu na jego własności mechaniczne. Wspominałem już na blogu o tym referacie. Odsyłam do lektury wpisu z 21 grudnia 2012 r. i gorąco zachęcam do zapoznania się z całością referatu W. Broniewskiego, z polemiką z dyrektorem mennicy Janem Aleksandrowiczem, a także z kolejnym artykułem Broniewskiego opublikowanym w Przeglądzie Technicznym z 7 grudnia 1927 r. omawiającym zmianę systemu pieniężnego (m. innymi wprowadzenie monet złotych i niklowych złotówek).

W codziennej i fachowej prasie (nie tylko przedwojennej) można znaleźć masę informacji na interesujące nas tematy. Niemało ciekawostek tkwi też w aktach prawnych, na przykład zobaczcie co zapisano w Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 13 października 1927 r. o planie stabilizacyjnym i zaciągnięciu pożyczki zagranicznej 
http://isap.sejm.gov.pl/Download?id=WDU19270880789&type=2


sobota, 18 grudnia 2010

Europejskie Centrum Pieniądza.

Brzmi dumnie, nieprawdaż?
Gdzie?
W Bydgoszczy na Wyspie Młyńskiej.
Mennica bydgoska rozpoczęła działalność pod koniec XVI wieku. Podobno (ks. Polkowski) w Bydgoszczy bito denary już w dobie jagiellońskiej, a może nawet i za Kazimierza wielkiego, ale nie mamy materialnych dowodów uprawdopodobniających tę tezę. Przez pewien czas bydgoska mennica była jedyną czynną mennica koronną.
W roku 2005 podjęto decyzję o rewitalizacji obiektów na Wyspie Młyńskiej i po paru latach słowo stało się ciałem. Między innymi oddano do użytku Europejskie Centrum Pieniądza zajmujące jeden z budynków dawnej mennicy (Ul. Mennica 4) - pręgarnię, miejsce gdzie wybijano monety. Mennica zajmowała kiedyś prawie całą wschodnią część Wyspy Młyńskiej. Budynek pochodzi z XVII wieku, czyli z okresu świetności mennicy. Nie jest budynkiem oryginalnym - przebudowano go już w roku 1786, a później. na przełomie XIX i XX wieku zaadaptowano do celów mieszkaniowych. Od renowacji w 2008 roku budynkiem administruje Muzeum Okręgowe w Bydgoszczy.
ECP jest nie tylko miejscem, w którym eksponuje się pamiątki po sławnej mennicy. Centrum wykorzystuje się też do organizacji wystaw czasowych oraz seminariów naukowych i popularnonaukowych.
Dopiero wczoraj dotarła do mnie wiadomość, że przedwczoraj, czyli 16 grudnia 2010 r. odbyła się tam impreza, w której chętnie wziąłbym udział. Wystarczy rzut oka na proponowany program seminarium:
11:00 - otwarcie obrad
11:10 - Monety z Mennicy Bydgoskiej w zbiorach Muzeum Okręgowego im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy - Irena Borowczak
11:50 - Ostatnie monety z Mennicy Bydgoskiej jako źródło do badań nad ustaleniem daty końca jej działalności - dr Witold Garbaczewski
12:15 - przerwa kawowa
12:45 - Technika bicia monet w Mennicy Bydgoskiej - Aleksander Kuźmin
13:10 - pokaz bicia monet
13:30 - Mennica w Bydgoszczy prezentacja numizmatów z serii Mennice Ziem Polskich - Tomasz Bylicki
13:50 - panel dyskusyjny
14:10 - zwiedzanie wystawy "Mennica bydgoska", rozmowy kuluarowe
Dodałem ECP do listy alertów googla - mam nadzieję, że nie przegapię następnej podobnej imprezy.
Przy okazji, poszukując informacji o seminarium, dowiedziałem się, że oprócz stałej wystawy "Mennica bydgoska" w ECP można było do tej pory zobaczyć wystawy "Od pieniądza narodowego do euro" i "Pieniądz w kulturze. Między sacrum a profanum". Z pewnością, podczas następnego pobytu w Bydgoszczy (a bywam tam raz na dwa/trzy lata) zajrzę na Wyspę Młyńską. Może nawet poświęcę na to dzień lub dwa corocznego wakacyjnego urlopu w Borach Tucholskich.
O odwiedzinach numizmatycznej Bydgoszczy pisałem już kiedyś dla e-Numizmatyki: przed wyjazdem i po wyjeździe. Zainteresowanym polecam pracę M. Gumowskiego "Mennica bydgoska" w oryginale z 1955 r. lub w reedycji wydanej przez bydgoski oddział PTN w roku 2005.
Jak już wcześniej wspominałem, trochę czasu poświęcam ostatnio półtorakom Zygmunta III Wazy. Większość z nich wybito właśnie na bydgoskiej Wyspie Młyńskiej. Ten również stamtąd pochodzi.

niedziela, 5 grudnia 2010

Jabberwocky

W ramach walki o dobre samopoczucie przypomniałem sobie ostatnio film Terry Gilliama z 1977 r. pod wiele (niewiele?) mówiącym tytułem Jabberwocky. 
W 44 minucie 23 sekundzie filmu zaczyna się scena z warsztatu płatnerskiego, którą natychmiast skojarzyłem sobie ze średniowiecznymi grafikami przedstawiającymi pracę pręgarzy - pracowników mennicy ręcznie bijących monety.

Jeden z rzemieślników obsługuje narzędzie (młot), drugi w równym, szybkim tempie podkłada nity. Wszystko opiera się na idealnej synchronizacji ruchów. Tak samo musiała wyglądać praca pręgarza i jego pomocnika.

Jeżeli chcecie zobaczyć, co działo się w mennicy, kiedy automatyzm ruchów zderzał się z czymś nieprzewidzianym - obejrzyjcie film.

środa, 15 września 2010

Kremnica

Wśród wielu, wielu mennic, w których bito polskie monety jedna warta jest szczególnej uwagi. Słowacka mennica zlokalizowana w Kremnicy jest jedną z  najstarszych czynnych mennic na świecie. Działa nieprzerwanie od 1329 roku.

Polska pierwszy raz skorzystała z usług kremnickiej mennicy w roku 1949. Po Powstaniu Warszawskim stolica została zniszczona - Śródmieście niemal w 100%. Nie przetrwała też mennica, więc produkcję monet trzeba było zlecić mennicom zagranicznym. Aluminiowe monety o nominałach 1 i 2 grosze wybito w Budapeszcie, brązowe pięciogroszówki w Bazylei Bernie, miedzioniklowe złotówki oraz monety 10, 20, 50 groszy w Kremnicy.
Na monetach tych nie umieszczono żadnego znaku mennicy.Tak samo postąpiono i w późniejszych latach, bo na roku 1949 współpraca ze słowacką mennicą się nie zakończyła. W Kremnicy wybito jeszcze dwudziestozłotówki  z Nowotką (1975, 1976), z łanem zboża na tle wieżowca (1976), aluminiowe złotówki i pięćdziesięciogroszówki (1975, 1976 i 1978), dwudziestogroszówki (1973) i dziesięciogroszówki (1973 i 1974). Kremnickie dziesięciogroszówki 1973 - bez znaku mennicy - są najrzadszymi monetami obiegowymi PRL. Nie wiadomo ile ich wybito, nie wiadomo czy rocznik ten bito z przeznaczeniem do obiegu, nic na dobrą sprawę o nich nie wiadomo.

Pomyślałem sobie niedawno, że rozwiązania zagadki należy poszukać u źródeł, a że do Kremnicy mam bliżej, niż do Warszawy długo się nie zastanawiałem.
Katowice, Bielsko-Biała, Żywiec, Zwardoń... Po przejechaniu granicy droga wyraźnie się poprawiła. Pogoda poprawiać się nie musiała - było pięknie. W sobotnie przedpołudnie zaparkowałem pod murami starego miasta i po paru minutach stanąłem na rynku. Przy rynku są dwa interesujące muzea: jedno przy mennicy, drugie na przeciwległej pierzei (mennictwo, medalierstwo, górnictwo). Wiedząc, że ekspozycja przy mennicy otwarta jest krócej, najpierw skierowałem się w tamtym kierunku. Wystawa rewelacyjna. Zwłaszcza dla osób zainteresowanych techniką menniczą. Kiedyś, na cafe Allegro dyskutowaliśmy sobie o taschenwerkach - małych ręcznych półautomatach, których być może używano w fałszerskich mennicach w Suczawie do podrabiania polskich, litewskich i ryskich szelągów. Nawet najlepsze opisy i najdokładniejsze siedemnastowieczne ryciny nie dadzą tego, co daje spotkanie "oko w oko". Zdecydowanie nie doceniamy pomysłowości naszych przodków, którzy dysponując bardzo prymitywnymi narzędziami i nieprecyzyjnymi urządzeniami pomiarowymi potrafili wymyślić, wykonać i uruchomić skomplikowane i wydajne maszyny. 
Zwiedzanie miało się ku końcowi i zaczynałem tracić nadzieję, że uda się porozmawiać o naszej tajemniczej dziesiątce. Na szczęście okazało się, że jesteśmy ostatnią w tym dniu grupą zwiedzających więc przewodnik nie musi lecieć po następną i ma chwilę na rozmowę. Nie przypuszczałem, że przewodnik będzie znał odpowiedzi na moje pytania ale miałem nadzieję, że pomoże mi dotrzeć do kompetentnej osoby. Tak się też stało. Niestety, kompetentny nie oznacza wszystkowiedzący. Krótko mówiąc, podobno nie zachowały się żadne dokumenty, z których mogło by wynikać kto, kiedy i dlaczego wybił dziesięciogroszówki 1973 r. w  Kremnicy . Dowiedziałem się tylko, że około roku 1993, po podziale Czechosłowacji, mennica czyściła magazyny oferując niepotrzebne już zapasy na wolnym rynku. Podobno to wtedy trafiły na rynek nasze dziesięciogroszówki.Ile ich było, kto je kupił? Tego się nie dowiedziałem.
Na wizytę w drugim muzeum tego dnia nie zdążyłem, ale w przeciwieństwie do muzeum mennicy, tamto jest otwarte również w niedzielę. 
Bez problemów znalazłem nocleg - w miasteczku jest mnóstwo kwater do wynajęcia. Z okna miałem taki widok:
Na środku zdjęcia widać czubek kościelnej wieży grodu miejskiego.
Przed wyjazdem poczytałem co nieco, więc po obiedzie (rewelacyjna dziczyzna w restauracji Silvanus, tuż poniżej rynku) wybrałem się na kąpielisko termalne. Dzień zakończyłem lekką kolacją i wizytą w Vinotece (a jakże, też przy rynku).
Następnego dnia spędziłem kilka godzin w muzeum monet i medali Narodowego Banku Słowacji podziwiając monety pochodzące ze słowackich znalezisk i oczywiście wyroby kremnickiej mennicy. Rewelacja. 

Zachęcam do odwiedzin w pięknie położonym miasteczku. Można tam jeździć o każdej porze roku, zawsze jest pięknie i zawsze jest co robić. Dla zachęty proponuję obejrzenie kilku zdjęć z mojej wycieczki

Printfriendly