Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mennicza prasa walcowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mennicza prasa walcowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 lutego 2016

Szeląg litewski z roku 1624

Kupiłem sobie kolejną monetę. Wielka mi rzecz.
Może i nie wielka, bo to tylko szeląg litewski z roku 1624, ale za to bardzo interesująca. Wygląda tak:

Czytelna, prawie centrycznie wybita. STOP! Wytłoczona na prasie walcowej - świadczą o tym punkty widoczne na rewersie, a właściwie już poza nim.
Zaraz, zaraz. A skąd wiadomo, że z roku 1624? Na monecie ie widać rocznika! Zaraz do tego dojdziemy. Najpierw jeszcze kilka słów o monecie.
Skrótowe zapisy z katalogów są następujące:
Czapski 1676 R1
Tyszkiewicz 2 mk
Ivanauskas 2SV114-55 (RR),
Kopicki 2007 – 1167, R4

Jak widać, moneta raczej rzadka, z czego się cieszę, bo wypada mieć w kolekcji jakąś rzadszą monetę :-)

Wyjaśnijmy sprawę rocznika. Popatrzcie na te dwie monety:
W drugim przypadku posłużyłem się zdjęciami z archiwum WCN - nie mam tej odmiany w zbiorze.
Czy już wiecie, na jakiej podstawie można stwierdzić, że szeląga bez daty wytłoczono w 1624 roku?

Albo zrobiono to omyłkowo, albo świadomie, bo nie było pod ręką właściwej pary walców (a pracować trzeba!). Pary, w której na jednej przynajmniej stronie była by data. A więc założono do "wyżymaczki" walec z awersami bez daty i walec z rewersami bez daty i zaczęto kręcić. Rzadkość występowania tych monet zdaje się wskazywać na omyłkowe, a nie świadome działanie.
Nie wiadomo ile takich szelągów wykręcono.Ta metoda produkcji monet była bardzo wydajna. Jak się zdaje na walcach były stemple co najmniej sześciu monet. Jeden pełny obrót dawał sześć monet. Czytałem gdzieś (niestety nie pamiętam teraz gdzie), że sprawna obsługa zapewniała nie mniej, niż dziesięć obrotów prasy na minutę. Co minutę wypadało z niej co najmniej sześćdziesiąt monet. Po jakim czasie zauważono, że tym razem są to monety bez daty?
Jeszcze jedno pytanie bez odpowiedzi.

środa, 19 września 2012

Słoń, a sprawa polska.

Na wystawie mijanej niedawno księgarni zauważyłem kątem oka okładkę z obrazem znanym wszystkim chyba kolekcjonerom monet.
Pan Dariusz Krupa, projektant okładki dodał co nieco do "Poborcy podatków" Marinusa van Reimersvale'a, w tym i mały polski akcent.
Wszedłem do księgarni, poprosiłem o pokazanie książki i zabrałem się za jej przeglądanie. Pisałem kiedyś o moim prywatnym szybkim sposobie kwalifikowania książek do zakupu.
Tym razem trafiłem na takie zdania:
"Przyznanie, że istnieje pewien składnik wartości pieniądza wynikający z kosztów bicia monety, tworzy rysę w doktrynie, że monety są tylko kawałkami metalu".
"Czy władca może zmieniać obowiązujące jednostki rozliczeniowe?"
"Przez dwadzieścia lat poprzedzających inflację, w Saksonii produkowano 400 tysięcy florenów rocznie".
Może ciekawe, ale nie pasjonujące i na dodatek pisane nie przez historyków, a przez ekonomistów.
Książka została w księgarni ale jakoś nie dawała mi spokoju. W końcu kupiłem na Allegro oszczędzając całe 90 groszy.

Teraz sobie czytam. Powoli, bo to nie czytadło do wanny. Czytam i ciekawych rzeczy się dowiaduję. Na przykład, że Polska, to nie pępek świata. Zwykle patrzymy na historię naszego mennictwa w oderwaniu od reszty świata. Fakt, pamiętamy, że przed groszami Kazimierza Wielkiego były grosze praskie, że półtoraki Zygmunta III dziwnie przypominają niezliczone niemieckie grosze, które zresztą bywają przez niedoświadczonych kolekcjonerów przypisywane naszemu królowi. Natomiast świadomość, że szelągi Jana Kazimierza wymyślone przez Boratiniego nie były europejskim precedensem nie jest już tak powszechna.
Polskiego czytelnika książki T. J. Sargenta i F. R. Veldego może zdziwić, że naszemu mennictwu poświęcono w niej kilka niewielkich fragmentów, a przedstawiona w niej teoria opisująca zasady tworzenia systemów monetarnych opiera się na badaniu zjawisk z pieniężnych rynków Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec. To nie wszystko!
W literaturze dotyczącej technicznych aspektów numizmatyki, w momencie gdy mowa o wprowadzeniu do użytku pras walcowych, przywoływana jest postać Hansa Stippelta (Hanusza Sztypla), któremu przypisuje się ten wynalazek. Bracia Goeblowie w spółce ze Stippeltem dostali w roku 1584 królewski patent na tłoczenie monet prasą walcową, ale w rzeczywistości był to pomysł o kilkadziesiąt lat wcześniejszy. Jak się z mojej nowej książki dowiedziałem, pierwszą działającą prasę walcową uruchomiono w Zurychu (Emil Hahn "Jakob Stampfer, Goldschmied, Medailleur und Stempelschneider von Zurich"). Później wynalazek trafił do Francji, a dopiero w następnych latach na ziemie niemieckie.

Przyznać się muszę, że czytając "Wielki problem drobniaków" największą uwagę przykładam do powiązań teorii ekonomicznych z rozwojem technik menniczych. Ciekawe spostrzeżenie autorów dotyczy na przykład ochrony przed fałszowaniem monet jako czynnika motywującego postęp techniczny. By zapobiec obcinaniu i opiłowywaniu monet (zwłaszcza złotych i grubych srebrnych) zaczęto tłoczyć ozdoby i napisy na rancie.
Wielkim utrudnieniem dla fałszerzy stało się wprowadzenie maszyn redukcyjnych do produkcji najpierw stempli, a później matryc do stempli. Konsekwencją była znakomita powtarzalność rysunku monet nawet w emisjach wielkonakładowych. Postawiło to fałszerzy przed dwiema możliwościami. Albo stosować niskowydajne technologie (np. odlew) albo inwestować w kosztowne urządzenia, które trudno ukryć przed aparatem ścigania (a kary były okrutne).

Autorzy książki są wysoko cenionymi ekonomistami. Ich publikacja to przede wszystkim przedstawienie i uzasadnienie teorii ekonomicznej, ale myślę, że kolekcjonerzy monet też mogą wiele skorzystać na jej lekturze. Ja znalazłem wiele interesujących i pomocnych informacji.

Mniej interesującej lektury przyniósł mi Przegląd Numizmatyczny 3/2012. Przykuły moją uwagę dwa tylko teksty.
Pierwszy opisuje sposób przeliczania i porównywania prób metali wyrażonych w różny sposób (w systemie metrycznym, karatowym, łutowym i rosyjskim). To może zaciekawić wielu kolekcjonerów i ułatwić im czytanie katalogów i opracowań numizmatycznych. Dla mnie, fizyka z wykształcenia, to rzeczy oczywiste.
Drugi, to mała notatka o odkryciu nowej odmiany gdańskiego szeląga Zygmunta Starego z odwróconą kolejnością liter w inicjale mincmistrza Macieja Schillinga. Nie pasjonuję się tym okresem naszego mennictwa więc pojawienie się nowej odmiany nie wzbudziło we mnie szczególnych emocji. Ucieszyłem się jednak, bo tekścik ten jest świetnym argumentem na rzecz zwolenników poświęcenia uwagi MONECIE, a nie jej STANOWI ZACHOWANIA.
Jestem pewien, że żaden z miłośników "trumienek", MS-ek i mr Sheldona nie poświęcił by tej monecie ani sekundy, bo cóż może być interesującego w takim dziurawym "ogryzku". Okazuje się, że ten "ogryzek" to jednak coś bardzo ciekawego i że wszystko zależy od tego kto i na co patrzy.

Oglądajcie monety dokładnie. Wszystkie.


piątek, 7 września 2012

Monety opowiadają o...


Dawno, dawno temu, dostałem w prezencie książeczkę „Monety opowiadają o historii”. Tłumaczenie z rosyjskiego, autor Fiedorow-Dawydow H.

Dla dziesięciolatka na początku kolekcjonerskiej ścieżki nie była to lektura porywająca, ale z czasem zacząłem ją doceniać. Pokazała mi tę druga stronę kolekcjonerstwa, po której mniej ważne jest ile masz monet, jaka maja wartość, w jakim są stanie. Nie uświadamiałem sobie wcześniej, że moneta w mojej dłoni to materialny świadek historii , od którego można się dowiedzieć mnóstwa ciekawych rzeczy. Trzeba tylko wiedzieć, jak świadka do opowieści skłonić.

Kupiłem niedawno takiego szeląga.
 Zygmunt III Waza, Ryga, rocznik 1598

O czym opowiada ten kawałek metalu?
O królu Zygmuncie III i jego tytułach, o pięknym mieście Rydze i kluczach w jego herbie, o polskiej (i europejskiej)ekonomii końca szesnastego wieku i o rozwoju techniki. Na tej ostatniej opowieści chcę się dziś skoncentrować.

Dlaczego jedna strona monety mieści się na krążku w całości, a druga nie? 
Dlaczego na pustym polu, poza rysunkiem monety widać jakieś znaczki? 
Dlaczego krążek nie jest okrągły, tylko ma półokrągłe wycięcie na brzegu?

Trzy pytania, jedna odpowiedź – bo ta moneta nie została wybita, tylko wytłoczona.
Zamiast młotka:
użyto jednego z takich (lub podobnego) urządzeń:
prasy walcowe

Prasy walcowe pojawiły się w mennicach już wcześniej, ale nie używano ich do tłoczenia monet, tylko do przygotowywania blachy, z której wycinano krążki na monety. Zamiast mozolnie rozklepywać blachę na kowadle uzyskując placki o nieregularnym kształcie i nierównej grubości, walcowano pasy blachy do osiągnięcia wymaganej i mniej więcej stałej grubości.
Tłoczenie monet stało się możliwe po opanowaniu wytwarzania przekładni zębatych na tyle dokładnych, by możliwe było uzyskanie dobrej synchronizacji obrotowego ruchu dwóch walców kręcących się w przeciwnych kierunkach. 
Pewnie ktoś zauważył, że podczas walcowania blach, na ich powierzchni odbijają się wypukłości i wgłębienia istniejące na walcach. Od takiego spostrzeżenia już tylko krok do tłoczenia monet walcami. Tylko ta synchronizacja. Nawet dziś rachunek kół zębatych nie jest prostą zabawą, a przecież trzeba jeszcze teoretyczne obliczenia zrealizować w praktyce. W XVI wieku nie było numerycznie sterowanych obrabiarek.

Przy tłoczeniu mojego szeląga, prasa się troszkę rozjechała – awers i rewers nie znalazły się na blasze idealnie naprzeciwko siebie. 

Blachy po przejściu przez prasę wyglądały tak:
fragment paska z ryskimi szelągami królowej Krystyny 
pochodzący z fałszerskiej mennicy w Suczawie

Teraz należało wyciąć monety. Robiono to ręcznie przy pomocy wycinaka i młotka. Trzeba było ułożyć blachę z odciskami monet na płaskiej powierzchni i uderzyć. Ułożyć, ale nie byle jak! To, że prasy nie były idealne i że awers i rewers nie zawsze idealnie się pokrywały nie było niespodzianką. Którą stronę można było „okaleczyć”? No jasne, że nie awers, na którym był inicjał i tytuł (a czasem i portret) króla. Dlatego to strona z herbem miasta (rewers) wychodzi częściowo poza krążek.
A że w pośpiechu (plany i normy trzeba było wykonywać od zawsze) czasem wycinak zahaczał o rysunek kolejnej monety, która z tego powodu nie była już idealnie okrągła.

Na rewersie, poza rysunkiem monety widać wypukłe kropki. Oznacza to, że na walcu były wgłębienia. Skąd się tam wzięły? Z pewnością nie są to przypadkowe skaleczenia. Przypuszcza się, że w walcach robiono wgłębienia, aby zapobiec ślizganiu się blachy między walcami w chwili jej wkładania. Dzięki temu walce „zabierały” blachę, jak wyżymaczka mokrą ścierkę.
pomiędzy negatywami monet widoczne wgłębienia
 
Na zdjęciach nie widać jeszcze jednej charakterystycznej cechy monet tłoczonych walcami. Siłą rzeczy takie monety maja stały układ osi awersu i rewersu. Przy ręcznym biciu młotem otrzymywano monety (np. boratynki) o bardzo rożnych kątach obrotu awers/rewers. Na mojej monecie awers i rewers mają górę w tym samym miejscu, zupełnie jak bilon, którym się dziś w Polsce posługujemy. Wiedząc o tym, zauważa się, że niedobicia (a raczej niedotłoczenia) są dokładnie naprzeciwko siebie. Można z tego wnioskować, że osie walców nie były idealnie równoległe
(albo walce nie były walcami, tylko miały kształt lekko stożkowaty).
 
Na tym nie koniec. Umiejscowienie niedobić wskazuje na sposób rozmieszczenia rysunków monet na walcach.
 układ stempli na rozwinięciu powierzchni walca

Czy to wszystko?
O nie!
Można na przykład zauważyć, że do wykonania obydwu walców:  ze stemplami awersów i ze stemplami rewersów użyto tego samego zestawu punc z literami
Litera G
po lewej z awersu, po prawej z rewersu
Moja nowa moneta opowiada jeszcze wiele innych historii. Jej średnica, to tylko 18 mm, a waga 1,39 grama. Jak te parametry mają się do obowiązującej wówczas stopy menniczej?
Gdyby mieć dostęp do większej ilości szelągów ryskich z 1598 r. można by się pokusić o ustalenie ilości stempli znajdujących się na walcu, a także ilu par walców użyto w tym roku i przy okazji oszacować nakład rocznika.
Gdyby mieć dostęp do większej ilości szelągów ryskich z sąsiednich roczników, można by ustalić, czy tych samych walców używano przez kilka lat.
I tak dalej, i tak dalej...
Monety opowiadają. Warto ich posłuchać.





Printfriendly