Google Website Translator Gadget

środa, 22 kwietnia 2015

Lubicie liczyć?

Tak, wiem. Połowa koszmarów sennych to egzaminy z matematyki, walka przy tablicy z zadaniem o goniących się pociągach miasta A do miasta B albo ... (tu każdy wstawia, co najbardziej mu w kość dawało).
Ja nigdy takich snów nie miewam. Nawet z chemiczką w roli głównej, a to Jej lekcji najbardziej nie lubiłem. Matematyka, fizyka - nie trauma, tylko czysta rozrywka. 

I zachciało mi się wczoraj coś policzyć.Nie w pamięci, nie na palcach ani nawet nie na kartce papieru.
Pamiętacie, że NBP publikuje (Polska normalnieje) wielkości nakładów monet obiegowych. Nic prostszego, jak przenieść tę tabelkę do arkusza kalkulacyjnego i zacząć wyciągać wnioski.

Najpierw rzeczy najprostsze. Ile obiegowych monet wyprodukowała nasza mennica?
Dużo. 13 997 083 193 słownie trzynaście miliardów dziewięćset dziewięćdziesiąt siedem milionów osiemdziesiąt trzy tysiące sto dziewięćdziesiąt trzy monety. Najnowsze oficjalne dane o ilości mieszkańców naszego pięknego kraju są z roku 2013. Załóżmy, że wiele się nie zmieniło - jest nas 38,5 miliona, co oznacza, że na każdego z nas przypadają trzysta sześćdziesiąt cztery monety. Macie tyle w portmonetce? Ja nie.
Najwięcej wybito jednogroszówek - ponad pięć miliardów; najmniej pięciozłotówek - "tylko" dwieście sześćdziesiąt milionów.
Najwięcej monet opuściło mennicę w roku 2009 - miliard dwieście milionów. O sto milionów mniej w roku 1992 ale wtedy jeszcze nie na rynek - musiały poczekać na denominację złotego. Najmniej w roku 1996 - nieco ponad osiemdziesiąt milionów.

O jakich kwotach mówimy?
Łączny nominał tych prawie czternastu miliardów monet to 3 331 444 912 złotych, czyli na każdego z nas przypada okrągła sumka 86 złotych i 53 groszy. Najwięcej gotówki wybito w 1994 roku - prawie osiemset milionów złotych (nic dziwnego, wtedy wybito głównie nominały od złotówki w górę), najmniej w roku 2002 - ledwo ponad dziesięć milionów.

Jedziemy dalej. Wiadomo ile który nominał waży. Przynajmniej teoretycznie. To sprawdźmy, ile metalu mennica przerobiła na monety. Trzydzieści cztery i pół tysiąca ton! Najwięcej poszło na jednogroszówki - prawie osiem i pół tysiąca ton.

UWAGA! Zadanie domowe.
Wyobraź sobie, że wszystkie monety obiegowe III RP przetopiono i odlano z nich pełny sześcian. Zakładając, że średnia gęstość polskiej monety obiegowej wynosi 8 i pół grama na centymetr sześcienny (miedzionikiel, mosiądz manganowy, brąz aluminiowy), oblicz długość krawędzi tego sześcianu.

34500 ton stopu miedzi. Ciekawe. Jakbym to wszystko zebrał i zaniósł do skupu złomu...
Średnia cena skupu stopów z zawartością miedzi wynosi dziś około 12 zł/kilogram. Liczymy szybciutko i okazuje się, że skup powinien mi wypłacić około czterystu piętnastu milionów złotych.
To się nie opłaca! Przecież łączny nominał to grubo ponad trzy miliardy złotych. Nie idę do skupu.

Zaraz, zaraz. A gdyby tak zebrać tylko jedno i dwugroszówki? Prawie czternaście tysięcy ton. Za to skasował bym w skupie ponad sto sześćdziesiąt sześć milionów złotych, a nominał tego drobiazgu, to tylko sto dwa miliony.
Sześćdziesiąt cztery miliony złotych do przodu!!!

Do przodu?
Ależ skąd! Sześćdziesiąt cztery miliony peelenów w plecy - tyle my Polacy zapłaciliśmy za "suche piwo". Nie dość, że ta niemała kwota została wydana na produkcję monet nie pierwszej potrzeby, to jeszcze w imię...
Nie wiem w imię czego ktoś, kto za to odpowiada zadecydował, że pomimo wcześniejszego należy utrzymać produkcję najniższych nominałów. Tańszą, bo z żelaza "pomalowanego" cieniutko mosiądzem, ale przecież nie darmową. I kolejne miliony w plecy.
Groszy na każdego Polaka przypada ponad sto trzydzieści sztuk, dwugroszówek sześćdziesiąt sześć. Czy to nie wystarczy? Czy te nominały są nam naprawdę potrzebne?
Szczerze wątpię.

UWAGA! Zagadka.
Co to za monety? Co je łączy? Co w nich szczególnego?
Podpowiedź - odpowiedź kryje się w tym wpisie :-)


Gdyby ktoś chciał sprawdzić rachunki albo wykorzystać je w jakiś twórczy sposób, to stąd można pobrać plik pdf


Miłej zabawy

P.S.
Za rozwiązanie zadania domowego - nagroda (dla autora pierwszej poprawnej odpowiedzi). Odpowiadać proszę w komentarzach.

P.P.S.
Za rozwiązanie zagadki nagrody nie będzie, ale ciekawią mnie Wasze pomysły na odpowiedź.



środa, 15 kwietnia 2015

Trzy literki.



Jana Andrzeja Morsztyna (Morstina) długo kojarzyłem wyłącznie ze zgrabnymi wierszykami, z których najdłużej pamiętałem "Na krzyżyk na piersiach jednej panny". O dłuższym wierszu "Nagrobek kusiowi" nasza polonistka nie wspominała. Chyba nie tylko dlatego, że takie niepolityczne (jak mawiał imć Zagłoba) nazwisko nosiła?
Dopiero gdy bardziej zainteresowała mnie numizmatyka, dowiedziałem się, że Morsztyn piastował urząd podskarbiego wielkiego koronnego. Zdarzyło mu się to w bardzo nieciekawym czasie, bo w latach 1668 - 1683 (złożył urząd 1 lipca), czyli od roku abdykacji Jana Kazimierza, po własną ucieczkę do Francji, na którą zdecydował się (a miał inne wyjście?) po ujawnieniu wielkich nadużyć finansowych i udziału w  nieudanej próbie przygotowania detronizacji Sobieskiego, podobno zaplanowanej wspólnie z Ludwikiem XIV.
Pieczętował się Morsztyn herbem Leliwa przedstawiającym sześcioramienną gwiazdę nad półksiężycem.
Ort koronny Jana Kazimierza z 1668 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa pod popiersiem króla)


Tytułowe literki, jakie - o tym za chwilę, pojawiają się na monetach Sobieskiego bitych w Bydgoszczy (niektórzy autorzy twierdzą, że i w Krakowie). Czasy, gdy Morsztyn był podskarbim to końcowy okres działania mennicy bydgoskiej (i innych mennic koronnych). W roku 1667, na miesiąc zamknął ją poprzednik Morsztyna, podskarbi Krasicki - skutek afer braci Tymfów i Boratiniego. Tymfowie uciekli za granice Rzeczpospolitej, Boratini nie dość, że się wybronił od oskarżeń, to jeszcze uzyskał pozwolenie na dalszą działalność menniczą, która miała odbywać się w Krakowie i ponownie otwartej mennicy bydgoskiej. Plany te pokrzyżowała uchwała sejmowa nakazująca zamknięcie obu mennic w roku 1668.
Sytuacja ekonomiczna Polski pogarszała się, kraj zalewał obcy pieniądz więc sejm przymusił podskarbiego Morsztyna do wznowienia emisji pieniądza. W 1677 roku ponownie otwarto zamknięte dziewięć lat wcześniej mennice. Krakowską objął Boratini, bydgoską Michał Hoderman wspólnie (choć nie zawsze zgodnie) z Włochem Santi de Urbanis Bani. Wkrótce i w Bydgoszczy ponownie rozgościł się Boratini. Po jego śmierci, zarząd nad mennicą przejęli spadkobiercy, którzy pozostawili inicjały przodka (T.L.B. - ale to nie o tych literkach ma być mowa) na bitych przez siebie monetach.
Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. ostatniego roku urzędowania podskarbiego Morsztyna
(herb Leliwa na rewersie). Na awersie inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

W roku 1684 mennice koronne wydzierżawiono na rok (od 1.10.1684 do 30.09.1685) kasztelanowi brzesko-kujawskiemu, Spytkowi Pstrokońskiemu. Zrobił to następca Morsztyna na stanowisku podskarbiego wielkiego koronnego, Marcin Zamoyski herbu Jelita (skrzyżowane trzy włócznie).
 Szóstak koronny Sobieskiego z 1683 r. pierwszego roku urzędowania podskarbiego Zamoyskiego
(herb Jelita na rewersie). Na awersie nadal inicjały zmarłego rok wcześniej Boratiniego.

Pstrokoński, który wcześniej obiecywał daleko idące reformy i wysoki czynsz dzierżawny, po osiągnięciu celu wcale nie zabrał się do pracy. Uruchomił mennicę w Krakowie ale nie otworzył mennicy w Poznaniu, na co też mu zezwolono, ani nie uruchomił od razu zatrzymanej mennicy bydgoskiej. Chyba się po prostu nie znał na rzeczy. Kraków ruszył, bo Pstrokoński szybko znalazł poddzierżawcę, Gotfryda Bartscha. Bydgoszcz musiała poczekać do czasu, kiedy i dla niej znalazł się fachowiec. Był nim Samuel Pfahler. W literaturze spotyka się różną pisownię jego nazwiska. U Kirmisa jest to Samuel Feller, u Hniłki (a za nim i u Gumowskiego) Phachler, Kopicki pisze o Samuelu von Pfahler. Ta ostatnia pisownia wydaje się najwłaściwsza.

I dochodzimy do tytułowych trzech literek. Najpierw (a może nie ?) pojawiły się dwie,
Szóstak koronny Sobieskiego z 1684 r. pierwszego roku dzierżawy mennicy bydgoskiej przez Pstrokońskiego. Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.P.

potem (a może wcześniej) trzy
Szóstak koronny Sobieskiego z tego samego rocznika. 
Na rewersie herb Jelita, na awersie, pod popiersiem króla litery S.V.P.

I powiedzcie mi teraz drodzy czytelnicy, czyje to inicjały? Czy Spytka Pstrokońskiego, czy Samuela Pfahlera?

Co katalog, co książka, co artykuł, to inna interpretacja. Gumowski w Podręczniku numizmatycznym z 1914 r., prawdopodobnie powtarzając za Czapskim, inicjały SP i SVP przypisuje "nieznanemu bliżej zarządcy mennicy krakowskiej za Jan III w 1684 r."; Kopicki w "Katalogu podstawowych typów..." tom IX cz.1.  przypisuje je Samuelowi von Pfahler,; tak samo interpretują je Kamiński z Kurpiewskim. Pączkowski (we wprowadzeniu do mennictwa Jana III w katalogu Parchimowicza) wiąże je z Pstrokońskim. Kałkowski zdecydowanie przypisuje S.P. Pstrokońskiemu, o S.V.P. nie wspomina.

Moim zdaniem, o ile S.P. Pstrokońskiemu przypisać można, to już S.V.P. nie. Von w tradycji niemieckiej było łącznikiem między imieniem, a nazwą siedziby rodu z czasem przekształcającą się w nazwę rodu. Po polsku mówiło się raczej Zbyszko z Bogdańca albo  Biernat z Lublina. Wtrącanie obcego von nie było potrzebne. Dlatego myślę, że S.V.P. to litery Pfahlera, rzeczywistego, a nie tytularnego zarządcy mennicy. A jaka była chronologia tych odmian, czy Pstrokoński kazał Pfahlerowi wyrzucić V, by monety kojarzono z nim właśnie, czy też Pfahler chcąc podkreślić swoje znaczenie dodał V do inicjałów Pstrokońskiego - tego na razie nie wiemy. 

P.S.
Monety z polskiej mennicy zarządzanej przez Pfahlera nie zachwycają, zwłaszcza jakością. Bardziej podobają mi się monety ze śląskich mennic, w których Pfahler działał przed kontraktem z Pstrokońskim. W latach 1674-1678 była to Oleśnica, w 1678 Bierutów. Z dziełka

wynika, że wielu krewnych Pfahlera było związanych z mennictwem.
Trudno się dziwić. Robienie pieniędzy zawsze było dochodowym zajęciem :-)



czwartek, 9 kwietnia 2015

Kiedy będzie lepiej?

Lepiej już było.

A wszystko przez chciwość, jeden z grzechów głównych.
Patrzcie i drżyjcie.

W niedzielę, 5 kwietnia 2015 kończyła się aukcja
 Co też na niej sprzedawano, że zainteresowało się tyle osób?
 Trzy złotówki z 1957 r. wyglądające na mennicze. Gratka dla kolekcjonera obiegowych monet PRL. Ten nominał w tym roczniku w takim stanie sprzedaje się grubo powyżej tysiąca złotych, a tu mamy trojaczki.
Okazja!
Okazja?
 
Wyłącznie dla sprzedającego. Kupił u Chińczyków góra po 2$ za sztukę (darmowa dostawa do Polski), wystawił we właściwej kategorii i zaciera ręce.

Po utajnieniu nicków kupujących, po likwidacji cafe Allegro nie macie szans misiaczki. I nie myślcie, że jeśli będziecie kupować tylko tanie monety, to nic Wam nie grozi. Jeśli dobrze poszukacie, to możecie znaleźć na Allegro na przykład fałszywą pięciozłotówkę z rybakiem i wcale nie mam na myśli ani falsyfikatu na szkodę emitenta wyprodukowanego kiedyś w Opolu Lubelskim, ani rzadkiego wariantu z ósemką przypominającą bałwanka. Uczynna mała żółta rączka wyprodukowała dla nas (?) najpospolitszy rocznik 1974.

Współczuję osobom zaczynającym przygodę z kolekcjonowaniem monet. Jeszcze kilkanaście lat temu na młodych (stażem) kolekcjonerów nie czyhało tyle zasadzek. Nie twierdzę, że nie było falsyfikatów. One były od zawsze, ale nie fałszowano byle czego. Wystarczyło nie nastawiać się na kupno rarytasów i można było czuć się prawie bezpiecznie.

To už se nevrátí.



Pisałem niedawno, że niewiele ciekawego znajduję na Facebooku. Zdania nie zmieniam, ale muszę przyznać, że czasem natrafiam na coś zadziwiającego. Na profilu NBP, pierwszego kwietnia znalazła się informacja o wydawnictwie promującym Centrum Pieniądza im. Sławomira S. Skrzypka tworzone przy NBP. Przeczytałem, udałem się na wskazaną stronę, pobrałem udostępnione numery "Bankoteki" i przy przeglądaniu pierwszego numeru osłupiałem.

Na pewno akapity o numizmatycznych marzeniach i o brakteacie Jaksy z Kopanicy zawierają moje słowa. Co do reszty opublikowanego tekstu, łącznie z tytułem, pewności nie mam. Najdziwniejsze, że zupełnie nie pamiętam kiedy i komu takiego wywiadu udzielałem. Nie mam żadnych notatek na ten temat. NIC! 

Że tego typu placówka edukacyjna jest potrzebna, to rzecz oczywista. Pozostaje tylko czekać na jej uruchomienie (planowane na marzec roku 2016).

Jednego jestem pewien. Musiało to być przed 15 marca 2011 r. bo w tym dniu kupiłem moje ówczesne marzenie, pięciogroszówkę 1840 z kropkami po 10 i po GROSZY.
Stan nie powala ale i tak byłem i jestem szczęśliwy z posiadania tej monety. A Nike 1932 i "głębokiego sztandaru" do dziś nie mam.

P.S.
Dziesięciogroszówkę 1973 bez znaku mennicy, o której pisałem niedawno wylicytowała osoba o nicku ujawnianym w formie "a...r" - identycznie, jak zwycięzca aukcji całego zestawu. Tyle, że teraz licytacja zakończyła się na kwocie 7890,00.


poniedziałek, 23 marca 2015

5162756447 albo o kibicach słów kilka.

Są dyscypliny sportowe, których kibice im głośniej krzyczą, tym bardziej są chwaleni - piłka nożna, siatkówka, narciarstwo zjazdowe...
Są dyscypliny, które kibiców ledwo tolerują i wymagają od nich bezwzględnej powściągliwości - nie wolno się odzywać ani nawet komentować rozgrywki minami, czy gestami - brydż, szachy, tenis (w tym ostatnim przypadku niestety ostatnio się to zmienia: na przykład oklaskiwanie błędów serwisowych - rzecz kiedyś nie do pomyślenia)...
Nie lubią nadaktywnych kibiców zwłaszcza brydżyści. Doskonale pamiętam rozdania przegrane przez kibiców. Wygrane też. I niesmak, że właściwie, to wygrałem nie ja tylko kibic.
Kibic brydżowy siedzący przy stoliku ma milczeć podczas rozgrywki i mieć bardziej pokerową twarz niż pokerowy mistrz świata! W brydżramie, albo kiedy rozgrywka się zakończy, skakać i wrzeszczeć można (choć nie zawsze wypada).

Licytacje też są swego rodzaju sportem. Są przegrani, jest wygrany. I są kibice.

Duża firma numizmatyczna wystawiła na aukcję zestaw monet, typowy tzw. lot. Zazwyczaj w ten sposób wystawia się masówkę, zestawy niezbyt wartościowych monet, których indywidualna sprzedaż zabrała by zbyt wiele czasu, czyli kosztowała by za dużo (czas to pieniądz wszakże).
Firma porządna, zawsze bardzo dobrze fotografowała wystawiane przez siebie numizmaty. Tak było i tym razem.
Licytacja zakończyła się po niezbyt ostrej walce jedenastu chętnych, na niewygórowanym poziomie 124,00 PLN. Dało to 7 złotych z małym ogonkiem za monetę (wliczając koszty przesyłki).

Licytacja zakończyła się 16 marca około 20:30 ale (pozostając przy sportowej analogii) rozgrywka jeszcze trwała. Aukcję internetową należy uznać za zakończoną gdy do sprzedającego dotrą pieniądze, a do kupującego wylicytowane dobra. Można by jeszcze poczekać na wymianę komentarzy/opinii, ale zwykle nie są one obowiązkowe. Tym razem obie strony z opiniami się nie ociągały.
Już dwa dni po zakończeniu aukcji kupujący wystawił firmie pozytywną opinię
Dzień później firma zrewanżowała się równie pozytywną opinią.
W międzyczasie pewien kibic uznał, że już po rozgrywce i upublicznił swoje spostrzeżenie.

Wydawać by się mogło, że jest "po herbacie". Nabywca szczęśliwy, po "strzale życia", sprzedający pewnie mniej, ale mówi się trudno. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.

A tu niespodzianka. Minęły dwa dni i ta sama firma wystawiła taką samą (tę samą?) monetę - ale już nie w zestawie z innymi, pospolitymi.

A publiczność patrzy i się zastanawia:
- Co to się stało?

Możliwych scenariuszy zdarzenia widzę mnóstwo. Na przykład taki:
Do firmy trafia zbiór monet PRL po zmarłym kolekcjonerze. Pobieżne oględziny, podział na „loty”, obróbka zdjęć, przygotowanie opisów. Poszło! Nikt nawet nie pomyślał, że wśród pięknie zachowanych aluminiowych krążków może być najrzadsza polska moneta obiegowa XX wieku - 10 groszy 1973 wybite w Kremnicy. Nikt się zresztą tym stanem zachowania szczególnie nie przejmował - to na przykład zdjęcie innego zestawu licytowanego w tym samym czasie.

Kilka osób zalicytowało, jedna wygrała.
Czy zwycięzca licytacji wiedział, co wylicytował? To wie tylko on. Na pewno białego kruka nie zauważyło pozostałych dziesięcioro licytantów!
Firma o tym, co tak naprawdę sprzedała, dowiedziała się od kibica, albo od „życzliwego”, który ją o spostrzeżeniu kibica poinformował. Myślę, że rozmowa szefa firmy z pracownikiem odpowiedzialnym za tę ofertę nie nadaje się do publicznego cytowania. Ja bym klął w żywy kamień, w słowach nie przebierając.

Co było dalej?

Albo się firma z kupującym dogadała (Vito Corleone mówił - przedstawię mu propozycję, której nie będzie mógł odrzucić), albo postąpiła nie mniej brutalnie, ale znacznie mniej elegancko. To wiedzą tylko strony transakcji.
A może kupujący do dziś nie wie, co kupił? Taki scenariusz też jest możliwy, choć mało prawdopodobny.

Moneta ma dwie strony (o rancie nie wspominając). Cała ta sprawa znacznie więcej.

Z jednej strony, można by przyjąć, że kupujący po zorientowaniu się, że sprzedawca „nie wie, co czyni” powinien mu przemówić do rozsądku. Z drugiej strony - dlaczego miał by to robić, skoro była to powszechnie dostępna, publiczna oferta. I mnie udało się nie raz kupić w ten sposób bardzo rzadkie monety za bardzo nieduże pieniądze i wyrzutów sumienia u siebie nie zauważyłem.

Ciekawi mnie jednak, czy gdyby realizowany był właśnie taki scenariusz, to osoba, która przyniosła do firmy monety, a między nimi i tę feralną (?) dziesięciogroszówkę została/zostanie uszczęśliwiona dodatkowym wynagrodzeniem. Sytuacja, w której prywatna osoba przychodzi do firmy, oferując coś na sprzedaż, to coś całkowicie odmiennego od publicznej oferty. Że ta osoba w momencie sprzedaży nie otrzymała godziwej ceny za tę monetę wątpliwości nie mam - gdyby tak było, najsłynniejsza dziesięciogroszówka nie wylądowała by w jednym worku z resztą mniej atrakcyjnych sióstr.

Marian Gumowski, sto lat temu napisał w Podręczniku numizmatyki polskiej takie zdanie:

"Kwestya ile za monetę lub wykopalisko zapłacić, jest dla zbieracza rzeczą czysto subjektywną. Nic tutaj nie pomogą cenniki, ani inne normy stałe. Cena zależy bowiem od rozmaitych czynników. Monety okazałe, piękne i złote mają zawsze chętnych nabywców, tak samo monety pięknie odbite i zachowane. Kollekcyoner monet n.p. Jana Kazimierza więcej zapłaci za monety tego króla miż innego. Również więcej zapłaci się, i to chętnie, za sztukę brakującą do kompletu, niż za inną nawet rzadszą, którą się w zbiorze juz posiada. Pewną wytyczną może być tu rzadkość monety, zdanie jednak o tem można sobie wyrobić na podstawie długoletniego zbierania i oglądania wielu zbiorów. Przy kupowaniu monet z rąk niefachowych powinno być jednak zasadą, płacić nie wiele więcej nad wartość kruszcu."
O ile mam wiele uznania dla wkładu Profesora dla polskiej numizmatyki (choć dodać trzeba, że nie wszystkie Jego tezy wytrzymują próbę czasu, a i jakości Jego prac wiele zarzucano), to trudno tę wypowiedź uznać za nienaganną etycznie. Dziś postępowanie według takich zaleceń można by potraktować jako doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem (art. 286 paragraf 1 k. k.).

A może było inaczej? Może firma kupiła tę monetę w jakimś dużym zestawie typu „zestaw dealerski” i nikt nie zorientował się, co za rodzynek tkwi w tym cieście, w związku z czym firma nie ma problemu etycznego, tylko kompetencyjny?

A może firma pogodziła się z błędem, nabywca otrzymał wylicytowaną monetę, a na nowej aukcji oferowany jest inny egzemplarz słynnej dziesięciogroszówki?

I ostatnia możliwość (zwolennikom teorii spiskowych dedykuję), że to była celowa akcja dla podbicia zainteresowania właściwą aukcją. Tylko czy TAKA moneta potrzebuje sztucznej klaki?

Jak by nie było, rzadka moneta czeka na nabywcę. Licytacja trwa. Linku nie dam - szukajcie sobie sami.


sobota, 21 marca 2015

O tym jak sprawy się klarują.

Sprawa pierwsza - Allegro.

Zarejestrowałem się na Allegro w czwartek, trzynastego kwietnia roku 2000 o godzinie 09:56:46. Dlaczego nie byłem w tym dniu w pracy, dziś już nie pamiętam. Informację o powstaniu pierwszego polskiego serwisu aukcyjnego z prawdziwego zdarzenia dostałem od "Ciacho", który zarejestrował się już w lutym.
Od kwietnia 2000 r. - przez prawie piętnaście lat - zaglądałem na Allegro prawie codziennie. Nie skłamię, jeśli napiszę, że każdego dnia, jeśli tylko byłem w domu, logowałem się na Allegro. Nie jestem pewien czy od samego początku, ale na pewno od bardzo dawna pierwszym miejscem do którego na Allegro zaglądałem nie była lista ofert z monetami tylko Cafe Numizmatyka.
To tam dzieliliśmy się radościami ze zdobycia nowych okazów do kolekcji, wątpliwościami co do autentyczności oferowanych monet, uzyskiwaliśmy pomoc w identyfikacji...
Co tu gadać, cafe Numizmatyka to był klub jak się patrzy.
Aż tu nagle...

Wiosenne porządki - zamykamy Cafe Allegro i zapraszamy na Facebooka

31 marca zamkniemy forum Cafe Allegro - społeczność, którą przez wiele lat tworzyli Allegrowicze. Obserwując spadek aktywności na forum uznaliśmy, że dotychczasowa formuła już się wyczerpała, stąd decyzja o zamknięciu tego kanału komunikacji.
Na cafe numizmatyka komunikat brzmiał ciut odmiennie:
...zdecydowaliśmy się zamknąć Cafe Allegro na początku kwietnia. Pozostaną jedynie fora związane z udostępnianymi przez nas narzędziami, a także forum Nowości i komunikaty. Zapewne niektórzy z Was przeczuwali to, spadek aktywności użytkowników na forach był od dłuższego czasu zauważalny. Nie znaczy to jednak, że rezygnujemy z publicznego kanału kontaktu z Wami! Już teraz możecie brać udział w dyskusjach na naszym profilu na Facebooku czy Twitterze, część z Was od dawna jest zresztą tam obecna.  
To, że w Allegro coś się psuje widać było od dawna. Popsuto wyszukiwarkę, popsuto cafe. Nna przykład zniknęły w czarnej dziurze zapisy dyskusji, które zaowocowały wyjaśnieniem wielu problemów, z którymi numizmatycy nie mogli się uporać od dziesięcioleci - vide klasyfikacja dziesięciofenigówek WMG.
Siłą rzeczy, zepsuta cafe straciła na popularności.  Okazało się to wygodnym pretekstem do dalszych działań.
Proces psucia Allegro przyspieszył. Pozbyto się opiekunów kategorii, którzy nie tylko moderowali tematyczne cafe, ale przede wszystkim pomagali. Na przykład w eliminowaniu ewidentnie oszukańczych ofert.

Teraz jedynym miejscem, w którym będzie można poradzić się co do autentyczności  bądź stanu zachowania oferowanych monet ma być Facebook. Pewnie powstanie tam wiele profili, które będą starały się przejąć funkcję cafe, ale zanim któryś z nich uzyska - o ile w ogóle uzyska - popularność i zaufanie odwiedzających, zapanują "mroki średniowiecza".

Jeśli komunikat, którym Allegro poczęstowało nas o czternastej 20 marca 2015 r.powiąże się z wywiadem udzielonym przez szychy z Allegro przy okazji otwarcia biura w Krakowie, to konkluzja może być tylko jedna - Allegro przestanie być miejscem dla kolekcjonerów.
Pan Przemysław Budkowski, prezes Allegro, stwierdził między innymi, że:
...problematyczna w przypadku zakupów jest przede wszystkim moda, ale ocenił, że rozwiązaniem nie jest rozbudowanie kategorii, które docelowo powinny zostać wręcz zlikwidowane, lecz dalsze usprawnienie mechanizmu wyszukiwania. – My musimy wiedzieć, jaka zielona sukienka będzie najbardziej pasowała danemu użytkownikowi i nad tym będzie m.in. pracował nasz krakowski zespół
A jak w tej chwili działa wyszukiwarka z domyślnie ustawianą na siłę opcją "trafność: największa"? Po prostu beznadziejnie. Natychmiast przypomniała mi się piosenka Piotra Bukartyka o tych
"...co wiedzą jedynie, jak świat wygląda, a jak powinien. "

Sprawa się wyklarowała - trzeba się rozejrzeć za miejscem bardziej przyjaznym kolekcjonerom.


Sprawa druga - wracamy do naszych baranów.
Zbierając materiały do pracy o miedziakach Augusta III dotarłem oczywiście i do starych katalogów aukcyjnych.
W kwietniu 1904 r. u Helbinga sprzedawano monety z kolekcji Zygmunta Chełmińskiego z Szarawki.
lot 1306 Kupferschillinge,
ohne Buchstaben von 1749, 50, 51, 52, 53 (2 St.), 54 und 55;
mit A von 1752,
mit B von 1752 und 53:
mit D von 1752 und 53;
mit F von 1752 (2 Varianten) und 53;
mit H von 1753, 54 und 55;
mit I von 1752 und 53;
mit N von 1753,
mit S von 1751, 52 und 53 (2 Varianten);
mit T von 1753,
mit V von 1752 und 53.
G. und s.g.e. 29 St.
Nic tu ciekawego nie widać.
Jeszcze miej szczegółów znajdziemy w katalogu firmy Münzenhandlung Adolph Hess Nachfolger z roku 1908 - kolekcja Ottona von Kubickiego z Warszawy
1592 Probe-Schilling 1750. Brustb. Rv. Gekr. Doppelwappen. Cz. 2786. R3.
Sehr schön.
1593 Kupfer-3 Schilling 1752, 53 (3) u. 54 (8). Cz. 2794 ff. Meist s.g.e. 12
1594 — 1755 (14) u. 58 (3). Cz. 2904ff. Meist s. g. e. 17
1595 Kupfer-Schilling 1749 (3) u. 50 (3). Cz. 2784 u. 86. R2. S. g. e. 6
1596 — 1751 (9), 52 (21), 53 (45), 54 (5) u. 55. Meist s. g. e. 81
Kilka dni temu dostałem od mojego imiennika wiadomość
Przypomnialem sobie ze jestem w  posiadaniu katalogu ( szkoda ze kopia) domu aukcyjnego Leopold Hamburger z 1873 roku...
Na tej aukcji pod młotek poszedł zbiór hrabiego Henryka Steckiego. Do wiadomości dołączony był skan fragmentu strony, na którym między innymi znajduje się coś takiego
Szeląg z literką k. Nie K, tylko k!
I podkreślenie, że takiej monety nie notują Zagórski, Bandtkie, Mikocki i Neumann.
Po chwili przyszedł jeszcze jeden e-mail - "co ciekawe,  wczoraj z litera k byl  na allegro" i link do aukcji. Zajrzałem i odpisałem: "To jest R. Mam egzemplarz spod tego samego stempla." nie dodając, że na mojej monecie R jest całe, nieuszkodzone.
Po krótkim namyśle wróciłem do wskazanej aukcji i monetę kupiłem (właściwie, to nie była aukcja, tylko format "kup teraz").
i kluczowy fragment
Można to wziąć za k, prawda? A dlaczego myślę, że to R, a nie k?
Bo kiedy ma się monetę w ręce, to widać, że są tam pozostałości brzuszka litery R, a poza tym nie znam innego przypadku umieszczenia pod herbami litery zapisanej inaczej, niż kapitalikami. Bytów nie należy mnożyć nad potrzebę.

I tak wyklarowała się sprawa tajemniczego szeląga z literą k ze zbioru hrabiego Steckiego.

P.S.
Od 29 stycznia 2020 moja książka "Miedziane monety koronne Augusta III" jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/









sobota, 14 marca 2015

Ściśle jawne.

Kilkanaście lat temu uzyskanie informacji o wysokości nakładów obiegowych monet emitowanych przez NBP nie było łatwe. Trzeba było z uporem ponawiać prośby o ujawnienie danych, czasem kilkakrotnie.
Po jakimś czasie emitent zaczął sam ujawniać te dane w wydawanym przez siebie periodyku "Bank i kredyt". Czasopiśmie najpierw trudno dostępnym dla osób nie związanych z bankowością, później publikowanym w internecie. Wtedy o nakładach monet z poprzedniego roku dowiadywaliśmy się na przełomie pierwszego i drugiego kwartału roku następnego.
Od kilku lat informacje o nakładch obiegówek pojawiają się na stronie NBP już w pierwszych dniach po Nowym Roku. 
Wydawać by się mogło, że lepiej już być nie może.
A jednak! Są takie miejsca na świecie, w których kolekcjonerzy (i nie tylko oni) mają lepszy dostęp do "tajnych" informacji z mennic. Na przykład w USA. W tym tygodniu w "Numismatic news" opublikowano artykuł "2015 coin production starts strong" zilustrowany następującą tabelką:
Może i my kiedyś podobnych publikacji doczekamy.


czwartek, 12 marca 2015

Chociński Młyn

Wspominałem tu kiedyś, że podczas wakacji zdarza mi się popływać kajakiem. Takim chińskim gumowym dmuchawcem. Kolega sfotografował nasz start do spływu Chociną,
bardzo pokręconą rzeczka wpadającą do jeziora Karsińskiego (Bory Tucholskie oczywiście). Tak wygląda zarejestrowany w tym dniu ślad GPS.
Punktem startowym spływu był Chociński Młyn - wioska biorąca nazwę od młyna na rzece Chocinie. Dziś z młyna niewiele zostało (zdjęcie z 2012 r.)
Kiedy pierwszy raz byłem w tamtych okolicach, na osi było jeszcze koło młyńskie. Podobno jest szansa na rekonstrukcję obiektu. Szkoda, że tak późno, bo kilkanaście lat temu wymagało by to znacznie mniej pracy i pieniędzy.

Wracam do wakacyjnych wspomnień, bo niedawno trafił w moje ręce niewielki zbiór dokumentów zatytułowany "Skargi i okoliczności względem Młyna Chocińskiego 1800 - 1820)".
Część kart zapisano po polsku, część po niemiecku. Niektóre obok tekstu polskiego mają niemieckie tłumaczenie.
Pierwszym i moim zdaniem najciekawszym dokumentem jest kontrakt na roczną dzierżawę młyna na rzece Chocinie zawarty między młynarzem Michałem Ludwikiem Brunem, a Józefem Skórzewskim, właścicielem dóbr w Jemielnie (Gemel). W kontrakcie zawartym na czas roku od Wielkanocy 1800 opisano obowiązki i prawa młynarza. Miał on między innymi dbać o odmierzanie z każdej partii zboża dostarczanej do zmielenia do młyna, dwóch miar ziarna  należnych Skórzewskiemu, jako właścicielowi i jednej miary będącej zapłatą dla młynarza. Ziarno miało być gromadzone w specjalnych skrzyniach, osobnych dla różnych zbóż, i odbierane przez ludzi z dworu raz na trzy lub cztery tygodnie. Młynarz miał ponosić koszty utrzymania pomocnika (młynarczyka), miał uruchomić tartak (piłę) - to wynikało z poprzednich kontraktów, z których się nie wywiązał, utrzymywać ten tartaki oczywiście dostarczać pocięte drewno do Jemielna. Jako że był to młyn wodny oczywistym dla właściciela dóbr było, że młynarz ma dostarczać mu regularnie określoną ilość węgorzy: "... z których według sumienia dawać Panu dziewięć, dziesiąty zaś za jego pilnowanie onemuż należeć będzie".

Młynarz miał dużą swobodę działania i wiele zależało od jego uczciwości. Pozostałe dokumenty, to zbiór zażaleń, zeznań, donosów i opisów konfliktów kolejnych młynarzy z sąsiadami i klientami. Taki smakowity przykład:
Za co żołnierz młynarzową uchwycił?

To skarga młynarza, Dawida Westphala, który przyszedł na miejsce Bruna.
Inny młynarz, Bruhe (chyba, bo nie zawsze jestem w stanie wszystko odcyfrować) zawiódł swojego teścia, cieślę Westfala z Tucholi (czy to krewny młynarza Westphala, nie wiem). Nie dość, że źle traktował jego córkę, a swoją żonę, to jeszcze nie zapłacił teściowi pięćdziesięciu talarów za pomoc w budowie młyna. Nie, żeby nie zapłacił nic. Dał talarów trzydzieści. Prosił cieśla, by Pan wpłynął na młynarza i wymógł jego zgodę z żoną i teściem, żeby nie trzeba było wszczynać procesu, przez który
"... bieda ubogich a niewinnych dzieci pomnożona by została"
Jakie to mogły być talary? Niewątpliwie pruskie, na przykład takie

z portretem młodziutkiego Fryderyka Wilhelma III, który wstąpił na tron w 1797 r. bo Pomorze środkowe przeszło pod pruskie panowanie już podczas pierwszego rozbioru Polski w 1772 r.

Z lektury tych pożółkłych kartek widać, że większość rozliczeń młynarza i z klientami młyna i tartaku oraz właścicielem dóbr odbywała się bez użycia pieniędzy.
Za mielenie ziarna młynarz pobierał opłatę w naturze, w ziarnie lub mące. Tak samo płacił czynsz dzierżawny do dworu.
Na żywą gotówkę, jak można przypuszczać przeznaczano tylko nadwyżkę nad tym, co zużywano na własne potrzeby. Jak niewiele różnił się pod tym względem początek dziewiętnastego wieku od roku powiedzmy 1600, a jak wiele zmieniło się przez następnych dwieście lat.
Ciekawe, czy za kolejne dwa stulecia będą jeszcze w użyciu jakiekolwiek materialne formy pieniądza.


piątek, 6 marca 2015

Skarb hutnika.

Wstyd się przyznać, ale do wczoraj nie udało mi się zmobilizować, by odwiedzić Sztygarkę - muzeum miejskie w Dąbrowie Górniczej. Wstyd, bo na dobrą sprawę mógłbym tam dotrzeć na piechotę - kilka kilometrów, cóż to za odległość?

Zmobilizowała mnie informacja wygrzebana na Facebooku - sprawdźcie końcówkę poprzedniego wpisu http://zbierajmymonety.blogspot.com/2015/03/monety-na-facebooku.html.
Mimo wszystko pojechałem samochodem. Zaparkowałem w pobliżu jakiegoś czołgu i kilku innych pojazdów militarnych. Po chwili siedziałem w salce konferencyjnej, może nie całkiem pełnej, ale też i nie świecącej pustkami.
O książce, którą promowało wydarzenie ze swadą opowiadali autorzy -Joanna Tokaj i Dariusz Rozmus. Trzeciego współautora, profesora Stanisława Suchodolskiego niestety nie było.

Poznaliśmy okoliczności odkrycia "skarbu hutnika" - czy wiecie, do czego służą archeologom wiadra i dlaczego nie warto pić piwa podczas poszukiwań? Przypomnieliśmy sobie wiadomości o zawirowaniach spowodowanych testamentem Krzywoustego. Dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat symboliki figuralnych przedstawień umieszczanych przez mincerzy na średniowiecznych denarach i mnóstwa, informacji, wydawało by się nie mających związków z numizmatyką. Na przykład o nierozwiązywalnej kwestii dwóch głów świętego Wojciecha.

Dowiedzieliśmy się też, że samo odkrycie, to tylko początek, od którego zaczyna się właściwa praca wymagająca współdziałania chemików, historyków, numizmatyków, fotografów i wielu innych osób.

Po wykładzie była oczywiście seria pytań do autorów. Rozmowy trwały jeszcze długo, przeniosły się do muzealnych sal wystawowych. Skarb wyeksponowany w muzealnej gablocie
nie wygląda specjalnie okazale i goście nie interesujący się numizmatyką średniowieczną, bo nie wszyscy przybyli się nią interesowali, nie poświęcali mu wiele uwagi. Oblężone były pulpity przy których trwał pokaz średniowiecznej kaligrafii oraz warsztat pracy mincerza wybijającego dla przybyłych repliki denarka z orłem i zającem.
Repliki, to zbyt wiele powiedziane. Przede wszystkim prawie dwukrotnie większe od oryginałów, a na dodatek aluminiowe (mogłem wziąć z sobą jakiegoś srebrnego wycierucha!). Łomot był straszny, budynek drżał w posadach.
Czas mijał niepostrzeżenie, ale nieubłaganie. Wyszedłem ze Sztygarki bogatszy o nowe informacje i oczywiście o promowaną książkę.

Po powrocie do domu i sprawdzeniu poczty dowiedziałem się, że za kilka dni będziemy mieli kolejne ciekawe spotkanie numizmatyczne, a jeszcze przed wakacjami następne.
Do Krakowa do Czapskich zapewne się wybiorę. "Monety w oblężeniu miast polskich" to temat bardzo ciekawy http://mnk.pl/aktualnosci/monety-oblezonych-miast-polskich To już za chwilę, 10 marca.

Do Warszawy też muszę się postarać dotrzeć, bo temat interesuje mnie bardzo, bardzo. 8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".

Wcześniej, 11 maja Pan Rafał Janke będzie mówił o Początkach Mennicy Warszawskiej za panowania Stanisława Augusta.Też żal to przegapić.

Ciekawy rok się zapowiada.




poniedziałek, 2 marca 2015

Monety na Facebooku.

Kilka dni temu Facebook zmusił mnie do założenia prywatnego konta. Do tej pory miałem tam tylko konto typu fanpage założone z cichą nadzieją, że dzięki niemu na mój blog trafi trochę więcej osób. Pod koniec ubiegłego tygodnia poczęstowano mnie wiadomością, że jedynym możliwym sposobem logowania na fanpage "Zbierajmy monety" będzie wejście z konta osobistego.
Wola "boska" - założyłem. Od razu uprzedzam - będzie to konto nieaktywne. Czym chcę się z Wami dzielić, dzielę się tu na blogu.

Założenie konta osobistego ma swoje dobre strony. Jako fanpage nie miałem możliwości wyszukiwania, mogłem oznaczać profile jako ulubione, ale nie dawało to możliwości zautomatyzowanego śledzenia aktywności tych profili, wydaje mi się  też, że miałem bardzo ograniczone możliwości komentowania i odpowiadania na komentarze. Może za słabo znam Facebooka i wszystkie te (tfu!) funkcjonalności były w moim zasięgu, ale na pewno nie wprost, bez dodatkowych zachodów.

Teraz wyszukiwać mogę.
I co z tego!
Wrzucenie w "szukajkę" pytań typu "monety", "numizmatyka" "numismatics" "muenzen" odzew oczywiście wywołuje, ale daleko mu do moich oczekiwań.
Przeważająca większość wyników wyszukiwania, to albo reklamy powszechnie znanych firm i firemek numizmatycznych, albo profile ludzi, którzy próbują wykorzystać Facebooka, jako tablicę ogłoszeniową oferując sprzedaż monet.
Do tego masa ludzi z różnych egzotycznych krajów, którzy mają w nazwie swoich profili miłe dla oka słowo "monety". Dlaczego? Dalibóg nie wiem.

Nie trafiłem (może szukałem za mało wytrwale) na żaden profil, z którego mógłbym się dowiedzieć czegoś ciekawego o monetach, numizmatyce, historii pieniądza itp. Pewnie nie do tego konta na Facebooku służą. W końcu ja też umieszczam tam tylko linki do wpisów na moim blogu.

Przepraszam, troszkę się zapędziłem. Znalazłem kilka interesujących profili,  które oczywiście natychmiast dodałem do ulubionych i obserwowanych. Szkopuł w tym, że poznałem je już wcześniej, nie mając dostępu do facebookowego wyszukiwania.

To na przykład strona Dukaty Rzeczpospolitej Numizmatyka - nie dość, że miła dla oka, to jeszcze autor świetnie orientujący się w temacie. Tu zawsze można liczyć na informacje bardzo ciekawe, nawet dla kolekcjonerów, dla których dukaty rzeczpospolitej to nieosiągalne marzenie. Warto oczywiście  obserwować, co nowego publikują Mennica Polska, Gabinet Medalów Polskich, Wydawnictwo Piotr Kalinowski, czy Warszawskie Centrum Numizmatyczne i inne podobne profile ale trzeba pamiętać, że główną ich funkcją jest reklama. Dźwignia handlu podobno, choć codzienne obserwacje skłaniają mnie coraz częściej do przekonania, że nic tak człowiekowi nie obrzydzi towaru/imprezy/filmu/wydawnictwa (niepotrzebne skreślić), jak reklama właśnie.

Znalazłem na Facebooku jeden profil, który mimo, że jest profilem firmy numizmatycznej, i jako taki oczywiście pełni przede wszystkim funkcję reklamową, to jednocześnie może być i jest kopalnią inetersujących widomości numizmatycznych (i nie tylko). To profil firmy Pana Damiana Marciniaka
Polecam.
Z tej właśnie strony dowiedziałem się, o wydarzeniu, w którym po prostu nie wypada mi nie wziąć udziału.
Gdyby nie strona GNDM, pewnie bym to przegapił, a dzięki Panu Marcinowi i Facebookowi, 5 marca o 17:00 zamelduję się w Dąbrowie Górniczej.




środa, 18 lutego 2015

Niespodzianki.

Najpierw przyjemne.

Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.

Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych.  Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa"  jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.

Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
Pierwszy koncert w Polsce. Tanio nie jest, ale nie ma rady, trzeba będzie pojechać. 

Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
There is no upgrade path due to the many fundamental changes that come with Plasma 5.2 
Czyli jest problem. Albo, chcąc mieć zaktualizowany system, muszę go zainstalować od nowa i ręcznie dodać niezbędne mi programy (wielkim problemem by to nie było), albo chcąc mieć święty spokój, muszę pozostać przy obecnie zainstalowanej wersji. Ma być wspierana do 2019 r. więc to też nie było by wielkim problemem.
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na  Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.

Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?


niedziela, 8 lutego 2015

O kropkach raz jeszcze (pewnie nie ostatni).

O kropkach na monetach można w nieskończoność. Pisałem o nich dziesięć lat temu. Pisałem i na tym blogu. Okazuje się, że zgodnie z "Jado, nie patrzo", trzeba napisać raz jeszcze.

Jest w sieci forum "poszukiwaczy skarbów" http://www.poszukiwanieskarbow.com. Jedno z wielu zresztą, a na tym forum wątek Boratynka dla bardziej wymagających ;-) z kolekcji.
Obserwuję ten wątek od dawna i od czasu do czasu coś też w nim piszę. Na 52 stronie wątku (to  wątek długi!) jeden z forumowiczów podzielił się spostrzeżeniem, że na niektórych boratynkach, na awersie, a konkretnie na twarzy króla zauważyć można kropkę.
zdjęcie z forum, autor rom57

Pojawiło się kilka teorii na ten temat. Część osób stwierdziła, że zauważyła te kropki już wcześniej, ale uznała je za... kolczyk w uchu króla (bo zwykle występują w tym mniej więcej miejscu). Zwykle, ale nie zawsze.

Druga teoria uznaje te kropki za przedstawienie jakiegoś znamienia widocznego na twarzy Jana Kazimierza, podobnie jak było z "myszką" na policzku Stefana Batorego. Tę teorię obalić najłatwiej - na innych nominałach, łącznie z talarami, na których portret zajmuje dużo miejsca i można go dokładniej przedstawić oraz na malowanych portretach Jana Kazimierza, żadnego znamienia nie widać.

Kolejna teoria zakłada, że pojawienie się kropki w tym miejscu jest spowodowane przyczynami technicznymi. Według niej, autor stempla zaznaczał jego środek wbijając ostry trzpień i później pomagając sobie cyrklem mógł precyzyjnie rozmieścić litery legendy. Rzeczywiście, boratynki z kropką na awersie są ładne, ładniejsze od większości pozostałych.
Forumowicze przejrzeli swoje zbiory, umieścili w wątku wiele zdjęć boratynek z kropkami i dzielili się swoimi spostrzeżeniami na ten temat.
Okazało się, że kropki nie zawsze znajdują się w centrum rysunku awersu, a nawet, że pojawiają się na boratynkach niewątpliwie fałszywych.

Kolekcjonerzy specjalizujący się w szelągach Jana Kazimierza zauważyli, że kropki (te centralne) występują na szelągach koronnych i litewskich bitych w Ujazdowie oraz litewskich bitych w Wilnie. W Ujazdowie na rocznikach 1660, 1661, 1663, 1664, 1665, a w Wilnie w latach 1665 i 1666. Skojarzono to z faktem, że po zamknięciu mennicy ujazdowskiej (1 listopada 1665) personel rozproszył się znajdując zatrudnienie w Wilnie i nowej mennicy w Brześciu. Wygląda na to, że rytownik stempli z Ujazdowa wylądował w Wilnie, gdzie kontynuował praktykę posługiwania się cyrklem przy rozplanowywaniu elementów rysunku. Technika ta znana była już w starożytności. Na niektórych dobrze zachowanych monetach widać pozostałości trasowania pomocniczych okręgów.

Oczywiście sprawdziłem od razu, czy w swoim zbiorze mam boratynki z kropkami. Mam, ale na te kropki nie zwróciłem uwagi (jado, nie patrzo, patrzo, a nie widzo). Na przykład:
szeląg litewski 1661, Ujazdów
kropka nie jest w centrum krążka, ale jest w centrum rysunku!

szeląg koronny 1664, Ujazdów

szeląg koronny 1665, Ujazdów

Nie mam na tyle ładnego "kropkowanego" wileńskiego szeląga, by się nim tu pochwalić, ale w omawianym wątku przykładów nie brakuje.

Najpewniej nie należy wiązać tych kropek z jedną tylko osobą. Nie bezpośrednio, ale pośrednio tak. Uważam za bardzo prawdopodobne, że w Ujazdowie pracował doświadczony, nie waham się przed określeniem wybitny, rytownik stempli, który jako taki na pewno szkolił innych. Później albo sam przeniósł się do Wilna albo przeniósł się tam któryś z jego uczniów. Być może uda się kiedyś odgrzebać w archiwach jego imię, przy czym niekoniecznie muszą to być archiwa związane z mennictwem, wiele informacji o mennicach i ich pracownikach znajduje się w aktach sądowych i grodzkich.

A przy okazji.
Miedziane szelągi Jana Kazimierza, od nazwiska ich pomysłodawcy (który ameryki nie odkrył, tylko twórczo rozwinął pomysły z Francji) nazywamy boratynkami. Mianownik liczby mnogiej, to boratynki. A jaki jest mianowkik liczby pojedynczej? Boratynka, czy boratynek?
W potocznym języku dzisiejszych kolekcjonerów i "poszukiwaczy skarbów" najczęściej spotyka się formę żeńską - boratynka. A przecież to szeląg. W literaturze XIX-wiecznej i przedwojennej zazwyczaj czytamy "boratynek" - rodzaj męski. Przyznam, że ta forma bardziej mi odpowiada. Mimo, że boratynek to moneta. Ale w końcu talar to też moneta, a nie mówimy, "ta talara".
Prawie, jak w tym stareńkim dowcipie:
 Kresy Rzeczpospolitej, tuż przed II wojną, małe miasteczko tuż obok wojskowego lotniska polowego. Babcia pokazuje wnuczkowi lecący samolot.
– Patrzaj wnusiu, aeroplana leci.
Przechodzący obok porucznik zatrzymuje się i poprawia
 – Nie mówi się aeroplana tylko aeroplan.
A babcia na to
– Widzisz dziecko, ja już stara i nie te oczy. Pan wojskowy młody, to i z daleka przyrodzenie rozpoznał.
A może to nie dowcip, tylko stenogram?

poniedziałek, 2 lutego 2015

Kumulacja nudy.

Nie dość, że za oknem monotonnie do urzygania, to etapy dwóch równolegle trwających prac weszły w najmonotonniejsze i najnudniejsze fazy. Raz, uzupełnianie zdjęć monet do katalogu zbioru, dwa składanie w całość katalogu miedziaków Augusta III.

Kiedy wpisywałem w katalog zbioru drobne monety niemieckie z lat 1873-1945 (trudno i darmo, to de facto monety obiegowe ziem polskich), to jakoś brakło czasu na ich fotografowanie. Teraz się to mści, bo wygląda to tak:
Biorę kilka sztuk, układam na płycie skanera, uruchamiam program do jego obsługi
skanuję, otrzymany obraz wczytuję do GIMPa
wycinam poszczególne monety (na szczęście mają jednakową średnicę, więc raz utworzone zaznaczenie można wykorzystywać do kolejnych monet przesuwając je tylko z miejsca na miejsce).
Wycięty obraz monety trzeba teraz obrócić, bo prawidłowe ułożenie na szybie skanera udaje się raz na trzydzieści siedem przypadków (tak na oko). Do tego wykorzystuję plugin wyszukany kiedyś na stronie z dodatkami do GIMPa. Polega to na zaznaczeniu dwóch punktów  (jak wiadomo, dwa punkty wyznaczają prostą) leżących na prostej, która powinna być pozioma, albo pionowa.
Teraz zamiast wywoływać plugin z menu, naciskam kombinację trzech klawiszy (Ctrl-Shift-O), którą do tej operacji przypisałem na stałe w konfiguracji GIMPa i otrzymuję pożądany wynik.
Jak widać, zaznaczenie ścieżki nie obraca się). Tak obrobione skany awersów i rewersów zapisuję w tymczasowym katalogu i uruchamiam w terminalu programik sklejający je parami.
Na koniec wklejam otrzymane obrazy w katalog.
Nudy na pudy, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Dawkuję więc sobie tę nudę małymi porcjami, nie więcej, niż tuzin dziennie i żeby nie zasnąć słucham przy okazji muzyki różnej i różniastej serwowanej przez Spotify.

A po uzupełnieniu kolejnego zestawu zdjęć, dla  "rozrywki" biorę się za miedziaki króla grubasa.
Cudzysłów, bo tu też akurat faza monotonnych działań. Opracowanie bazuje na katalogu monet - odmian i wariantów. A tych jest "mnóstwo dużo". Znacznie więcej, niż znaleźć można w szczegółowych katalogach Czapskiego, Gumowskiego, Kahnta, Kurpiewskiego i Baumanna. Mam w tej chwili najpełniejszy chyba zbiór szelągów i groszy koronnych Augusta III (a i tak brak mi jeszcze kilkudziesięciu monet). I przyszła właśnie pora na montowanie tego katalogu. Zdjęcia obrobiłem już dawno, ale trzeba opakować je opisami, odnośnikami do wymienionych przed chwilą katalogów, uwagami o rzadkości występowania...

Z tymi odnośnikami do literatury nie zawsze jest łatwo. Zobaczcie na przykład fragment strony z artykułu "Gubin i jego mennice" napisanego przez M. Gumowskiego.
Ktoś się pomylił i po pierwsze, we wszystkich pięciu przypadkach napisał AUGUSTUS i zapisał jednakową formę litery N znajdującej się pod herbami. Trzeba teraz sprawdzić, co kryje się pod numerem 7842 u Czapskiego. Okazuje się, że jest to szeląg podobny do n-ru 2844 ale z imieniem AVGVSTVS i odwróconą literą N (jak cyryliczne I) pod herbami. Z kolei nr 2844 to szeląg taki jak nr 2803, tylko z datą 1753. A szeląg 2803 jest szelągiem takim jak 2796, tylko że z literą N. Z kolei szeląg 2796 ma być taki jak nr 2784 ale z AUGUSTUS  z roku 1752 i literą A. I dochodzimy w końcu do szeląga 2784, czyli monety z AVGVSTVS z roku 1749, bez litery pod herbami.

Konstruowanie jasnego, przejrzystego katalogu okazuje się może mniej nudne, niż masowa obróbka zdjęć niewiele różniących się monet, ale jest bardzo uciążliwe i wymaga nieustannego skupienia. Nie można się  obejść od karteczek ze strzałkami łączącymi kolejne numery z publikacji Czapskiego i Gumowskiego.

Mozół.

P.S.
Po poprzednim wpisie trafiła mi się fucha. Kolega (jak się okazuje, koledzy z pracy też zaglądają na mojego bloga, choć monetami się ie interesują) - ale nie ten, który sprowokował mnie do rozpisywania się o Linuksie - poprosił mnie o pomoc. Stwierdził, że jego komputer "zamula", że w odstępach półrocznych mniej więcej łapie jakąś zarazę, na którą jedynym lekarstwem jest stawianie systemu od nowa (Windows XP) i traci już do tego cierpliwość. Chciałby sprawdzić, czy to co napisałem o Linuksie to prawda.
Poczucie misji nie pozwoliło mi na odmowę.

Po wspomnianych reinstalacjach systemu kolega nabrał dobrego zwyczaju trzymania ważnych plików na osobnej partycji. Trzeba było przenieść na nią tylko kilka rzeczy, które nie wiadomo dlaczego zapisały się w "moje dokumenty" na dysku systemowym i wyeksportować zakładki Firefoxa. Z pocztą nie było problemu, bo kolega trzyma ją na serwerze, wystarczyło zapisać ustawienia konta.
Odpaliliśmy komputer z "gwizdka" USB, sesja Live Netrunnera uruchomiła się bezproblemowo. Pokazałem koledze jak to mniej więcej wygląda i zapytałem
- no i co, instalujemy?
- Raz kozie śmierć, instaluj. Jak mi się nie spodoba to chyba da się to sformatować i na nowo postawić Windowsa?
- Da się.
Po kliknięciu w ikonę uruchamiającą instalację Netrunnera na HDD podaliśmy niezbędne dane (język, strefa czasowa, nazwa użytkownika, hasła) i po niecałych dwudziestu minutach system poprosił o ponowne uruchomienie komputera.
Po około trzydziestu sekundach kolega zalogował się i zapytał:
- To co teraz? Sterowniki, edytor tekstu, Skype, jakiś program i kodeki do multimediów?
- Wszystko już jest. Na razie ustawię Ci tylko automatyczne montowanie partycji z Twoimi plikami. Jest sformatowana pod Windowsem, ale zostawimy ją na wszelki wypadek bez zmiany. Jak Ci się Linuks nie spodoba, to nie trzeba będzie znowu tego zmieniać. Trzeba tylko zaimportować zakładki Firefoxa, doinstalować rozszerzenia, ustawić pocztę. Jakby coś nie działało, to pomogę Ci poustawiać.
- Jak to jest? Jak formatowałem Windowsa, to musiałem wszystko na nowo instalować, pół dnia mi to zajmowało.
- Spróbuj. Tu jest menu do uruchamiania programów. Pobaw się.

Po pół godzinie żegnałem się z kolegą, który nie mógł się nadziwić. Libre Office czytał wszystkie pliki, które powinien, muzyka grała, filmy miały polskie napisy, Skype łączył z dźwiękiem i obrazem, logowanie do poczty poszło bez problemu.

Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Bo instalacja i uruchomienie w pełni funkcjonalnego, wyposażonego w niezbędne do pracy programy zajmuje niecałą godzinę.






Printfriendly