Google Website Translator Gadget

środa, 17 października 2018

Numizmatycy żyją dłużej!

Numizmatycy żyją dłużej!
To nie blaga, tylko wynik analizy danych statystycznych. O tym później, bo na początek proponuję krótką relację z dziesiątej edycji jarmarku staroci "Wechikuł czasu", która odbyła się od 12 do 14 października na katowickim rynku.
 
Może pierwsze dwa dni były atrakcyjniejsze (bo ja czas na wycieczkę do Katowic znalazłem dopiero w niedzielę, ostatni dzień jarmarku), może byłem za wcześnie - jak widzicie, nie wszystkie stoiska były już gotowe. W każdym razie wróciłem z lekkim niesmakiem, któremu dałem wyraz na pierwszym zdjęciu. Plansza reklamująca jarmark sąsiadująca z pojemnikiem na śmieci...
Kupiłem jedną monetę, chyba tylko po to, by nie wracać z pustymi rękami. Jeśli mój plan się sprawdzi, to będzie ona jedną z bohaterek następnego wpisu.

Plan na niedzielę miałem mocno napięty, bo w ten weekend w Katowicach odbywała się jeszcze jedna interesująca mnie impreza
Przejście z rynku do centrum kongresowego (za Spodkiem) nie trwa długo. Po drodze całkiem ładne widoczki.
 
Przyjemność spaceru psuł niestety wszechobecny brud. To jednak cały czas ta sama Polska, o której tak przejmująco śpiewał (i śpiewa) Kazik Staszewski.
Za to targi - marzenie. Masa stoisk, kompetentni i chętni do pomocy ludzie. Mógłbym tam spędzić kilka godzin, ale plany były inne.
Z kilkoma książkami pod pachą wróciłem do samochodu i ruszyłem dalej, na południe. Pogoda była zbyt ładna, by zostawać w mieście. Jak widać, podobnie pomyślało znacznie więcej osób,
 ale nie ma się czemu dziwić. Było naprawdę pięknie.
Po powrocie do domu zabrałem się za studiowanie pobranej dzień wcześniej z Academia.edu publikacji.
Tytuł zafascynował mnie, gdy tylko wpadł mi w oko na liście ostatnio dodanych na Academia.edu publikacji związanych z numizmatyką. Treść jest równie intrygująca.
Autor zadał sobie trud przebadania archiwów w celu zestawienia danych o długości życia ludzi aktywnie zajmujących się numizmatyką i porównania ich z analogicznymi danymi dotyczącymi innych sławnych ludzi. Sławnych w pewnym sensie, bo tylko o takich ludziach, znanych z nazwiska i zajęcia można cokolwiek w archiwach znaleźć.
Na siedemnastu stronach, François de Callataÿ, belgijski historyk zajmujący się mennictwem i ekonomią śródziemnomorskiego antyku, przedstawił bardzo ciekawe dane. Spójrzcie tylko na ten wykres
 Statystycznie (rzecz jasna) biorąc, numizmatycy żyją dłużej od innych "sławnych ludzi", wyraźnie przegrywając tylko z... kardynałami (bo już biskupi zostają w tyle).
W podsumowaniu artykułu znalazła się przestroga. Statystyka, statystyką, ale fakt bycia numizmatykiem nie zwalnia od zachowania podstawowych zasad bezpieczeństwa. Zresztą, przeczytajcie to sami:
A nie mówiłem! Lepiej monet nie czyścić.

środa, 10 października 2018

Nadmiar wrażeń.

Zaczęło się niewinnie. Kończąc pierwszą sesję wykładową, w przeddzień 5 aukcji GNDM, pan Damian Marciniak zapowiedział, że podobnej imprezy powinniśmy się spodziewać i przed następną aukcją. Miał to być piątek, piątego października. Ponieważ z pierwszej sesji u pana Damiana zaliczonej "na żywo" wróciłem bardzo zadowolony, zarezerwowałem październikowy termin. Za noclegiem jeszcze się wtedy nie rozglądałem, i bardzo dobrze, jak się okazało.
14 lipca na forum TPZN pojawiła się informacja o terminie jesiennej, krakowskiej (tradycyjnie) edycji Toruńskich Warsztatów Numizmatyki Antycznej - 5 i 6 października. Czyli mamy konflikt terminów, przynajmniej częściowy. Wyjazd do Warszawy w piątek po pracy, udział (bierny) w sesji wykładowej do godzin późnowieczornych, żeby nie powiedzieć nocnych i później nocna podróż do Krakowa na drugi dzień TWNA  to plan wyczerpujący, ale nie nierealny.
Wkrótce pojawiły się szczegóły obu wydarzeń, najpierw wstępne:
później ostateczne:
GNDM
17:00 PREZENTACJE NOWOŚCI WYDAWNICZYCH
“Złoto czasów dynastii Wazów. Tom IV – Pomorze”, Jarosław Dutkowski
“Mennictwo wschowskie”, Ryszard Kozłowski
17:30 Krótka historia szeląga polskiego – Dariusz Marzęta
18:30 Medale polskie XVI-XVIII wiek – Tomasz Bylicki
19:30 Aspekty podatkowe kolekcjonerstwa – Tomasz Dziadura
20:30 MENNICTWO ŚREDNIOWIECZNE
Polskie brakteaty z napisami hebrajskimi – Dobrochna Gorlińska
Świat brakteatów i ich ikonografia – Witold Garbaczewski

TWNA
5 października: wykłady i zwiedzanie od godz. o 10.00 do 18.00, między modułami przerwa na obiad - od 13.30 do 14.30:
  • „Moneta rzymska: wokół osoby cesarza, jego przodków i potomków” - 1 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (A. Kluczek)
  • „Problem bezpieczeństwa cesarza i państwa w świetle monet rzymskich” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (K. Balbuza)
  • „Mennictwo Rodos” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (M. Mielczarek)
  • „Mennictwo antycznej Pamfilii na przykładzie Side” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (P. Groński)
  • wizyta w LANBOZ z możliwością przebadania wybranych monet  – 1  godz.

6 października: od godz. 9.00 do 18.00, między modułami obiad - od 14.00 do 15.00:

  • od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich
  • „Mennictwo Seleukidów - cz. 6. (po Demetriosie I)” - 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
  • „Muzyka i instrumenty muzyczne w mennictwie antycznym” – 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (Z.Mojżysz)
  • „Antyczne monety dwujęzyczne” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
  • - zwiedzanie wystawy czasowej  (oprowadza D. Malarczyk)
Wybór trudny. Zdecydowałem, że do Warszawy tym razem się nie wybiorę. Szalę przeważyła obietnica, że i ta sesja GNDM, podobnie jak poprzednia, zostanie nagrana i udostępniona w internecie. Wygrał więc Kraków (i moje wrodzone lenistwo). Przynajmniej tak mi się zdawało.
Do momentu, kiedy nie dostałem wiadomości, że uroczystości jubileuszowe 110-lecia mojego liceum odbędą się...
Tak, zgadliście, nie kiedy indziej, tylko właśnie w piątek, 5 października.
I co? Co wybrać?
Jako, że Warszawa przegrała już wcześniej z Krakowem, wybór można by sprowadzić do rzutu monetą. Orzeł - Kraków, reszka - koleżanki i koledzy z liceum. Niczym nie rzucałem. Wysłałem kilkanaście emaili, dostałem kilka  odpowiedzi i telefonów. W rezultacie, tym razem przegrał Kraków.
Podsumowując. Zamiast co najmniej dwudniowego pobytu w stolicy były:
  • piątkowe spotkanie w gronie maturzystów sprzed czterdziestu trzech lat
  • sobotnie Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej w Krakowie
  • niedzielny wypad w góry (musiałem się rozruszać po dwu dniach prawie w całości spędzonych na krześle).
Spotkania klasowe zawsze są okazją do wspomnień. W naszym przypadku na szczęście wesołych, ale to nie temat na ten blog.

TWNA - kolejny raz przekonałem się, że pomimo ograniczonego z mojej strony zainteresowania monetami antycznymi, te spotkania zawsze są ciekawe i inspirujące. Nie wspominając o możliwości swobodnego zwiedzania ekspozycji muzealnej u Czapskich i to nie w towarzystwie przypadkowych osób, niekoniecznie interesujących się numizmatyką, tylko w gronie pasjonatów i fachowców, rozmowy z którymi są najlepszą szkołą numizmatyki (oraz historii, sztuki i czego tylko chcecie).
Była więc okazja do obejrzenia monet, które choć widziałem już niejednokrotnie, za każdym razem ujawniają jakieś nowe szczegóły i niuanse, oraz wystawy czasowej poświęconej sztuce oprawy książek.
 
Przepraszam za jakość zdjęć, ale dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że zamiast męczyć się z fotografowaniem książek w słabo oświetlonych (ze względów konserwatorskich) gablotach, można fotografować ich zdjęcia prezentowane na panelu multimedialnym.
Jak widzicie, skoncentrowałem się na oprawach, na których umieszczono herby znane każdemu chyba kolekcjonerowi polskich monet przedrozbiorowych.

Drugi dzień Warsztatów, w którym miałem okazję uczestniczyć zdominowało mennictwo prowincjonalne.
Hitem, przypuszczam że nie tylko dla mnie, okazał się wykład Pana Zenona Mojżysza.
Żywa opowieść o antycznej muzyce, antycznych instrumentach, bóstwach, herosach i władcach ilustrowana monetami i nagraniami utworów wykonywanych na rekonstruowanych kitarach i aulosach.

Ostatnim punktem programu było zwiedzanie świeżo otwartej wystawy czasowej "A ślady zasypał piasek...". Wystawy prezentującej niewielką część numizmatów i zabytków archeologicznych, zebranych przez żołnierzy Drugiego Korpusu Polskich Sił Zbrojnych oraz ks. Stefana Pietruszkę-Jabłonowskiego, przekazanych w lutym 2016 r. przez Urząd Starożytności Izraela oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego do Gabinetu Numizmatycznego Muzeum Narodowego w Krakowie. Oprowadzała i opowiadała o tym fantastycznym zbiorze kuratorka wystawy, pani Dorota Malarczyk.

Oprócz tego na wystawie pokazano też wschodnie militaria z przechowywanego w Muzeum Narodowym w Krakowie depozytu z Banknock.

My tam w Krakowie słuchaliśmy ciekawych wykładów i toczyliśmy ciekawe rozmowy o monetach (i nie tylko), tymczasem w Warszawie trwała walka o monety licytowane na szóstej już aukcji GNDM. Wielu uczestników warsztatów nie mogło powstrzymać się od częstego sprawdzania wyników licytacji interesujących ich monet. Ja siedziałem spokojnie, bo konsekwentnie hołduję zasadzie wyczekiwania ze stoickim spokojem na wyniki licytacji monet, dla których kilka dni wcześniej złożyłem limity.
Po powrocie do domu, sprawdziłem rezultaty - całkowita klęska. Pozostało poczekać na zakończenie drugiego dnia aukcji. Niedziela też nie okazała się szczęśliwa. Z Warszawy (w której nie byłem), wróciłem na tarczy.

Nagrodą pocieszenia jest ten półtorak, który wylicytowałem trochę wcześniej na Allegro. Dziś przyniosłem go z poczty.
Kto zgadnie, dlaczego bardzo się cieszę, że trafił do mojego zbioru?

Aha, zapomniałem o niedzieli. Znacie te miejsca?


wtorek, 2 października 2018

Po dłuższej przerwie

Aż mi wstyd. Od poprzedniego wpisu minął prawie cały miesiąc, ale nie będę się usprawiedliwiać. Najlepszą metodą obrony jest atak, więc do ataku!

Tylko co/kogo by tu zaatakować?

Ostatnio, korzystając z niezłej pogody, atakowałem szczyty.
 
 
Było pięknie.
W domu pasę się nowymi lekturami:
i zastanawiam, skąd wziąć pieniądze na poszerzenie kolekcji:
Co tu dużo pisać. Przecież ostatnio aż gęsto od aukcji, na których oferuje się coraz lepsze monety. Takiego "tłoku" dawno nie było; Niemczyk, Bereska, WDA+MiM.
W internecie też coś od czasu do czasu błyśnie na Allegro i eBay'u. Wybór celu nie jest łatwy, nawet jeśli zasobność konta nie narzuca większych ograniczeń, a jeśli narzuca, to podjęcie decyzji graniczy z niemożliwością.
Pozostaje więc zarchiwizowanie co ciekawszych zdjęć i opisów, oczywiście w nadziei ich późniejszego wykorzystania w poszukiwaniach odpowiedzi na nierozwiązane numizmatyczne zagadki.

Wydawało by się, żyć nie umierać, niestety w tej beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Na obu forach, które śledzę z uwagą, odnotowano zdarzenie, które nie napawa optymizmem. Odpowiednie wątki mają tytuły: "Kradzież w świetle prawa" i "To jest chore". Po szczegóły odsyłam do źródeł. W skrócie: kolekcjoner, prawda, że dość aktywnie handlujący na Allegro, został zmuszony do wydania policji posiadanych przez siebie monet, o dyskach z komputera nie wspominając. Cytat z artykułu:
"Następnie prokurator ręcznie dopisała do postanowienia żądanie „wydania rzeczy mogących stanowić dowód w sprawie, których posiadanie jest zabronione, mogących posłużyć do popełnienia przestępstwa”. Po ośmiu godzinach funkcjonariusze opuścili mieszkanie Urbańskiego, zabierając dziesięć dużych kartonów wypełnionych monetami, znakami pielgrzymimi, plombami, książkami. Tylko w jednym z mniejszych kartonów znajdowały się 1203 plomby ze zbiorów prof. Jerzego Wiśniewskiego, nestora polskich kolekcjonerów,podarowane Urbańskiemu. Zabrano też komputer."
Cóż dodać. Ciarki po plecach chodzą, kiedy sobie człowiek pomyśli, że coś podobnego może i jego spotkać. Dość dokładnie dokumentuję swoje zakupy, ale znacznej części kolekcji ta dokumentacja nie dotyczy, bo mając lat dziesięć, czy dwadzieścia tego nie robiłem. I wykaż potem, że nie jesteś wielbłądem. Brrr.


Może lepiej wydawać pieniądze na co innego?
Chociaż nie jestem pewien, czy te zainteresowania zagwarantują spokojny sen o szóstej rano i pewność, że policja będzie omijać nasze drzwi 😎.


sobota, 8 września 2018

Tradycyjny wpis pourlopowy

W tym roku późniejszy, niż zwykle, bo nietypowo wyjechałem dopiero około połowy sierpnia. W terminie, w którym zazwyczaj wracałem.

Jeziora, lasy, rower. Urlop bez jakichkolwiek akcentów numizmatycznych. Przepraszam, były i monety, ale tylko w postaci wyławianych z obiegu nowych obiegówek, w tym i obiegowo-okolicznościowej pięciozłotówki.
Podobno nakład jest równy ilości obywateli Rzeczypospolitej. Natknąłem się na wiele bardzo krytycznych głosów o tej monecie. Zarzucono jej chyba wszystkie możliwe grzechy. Od nierzucającego się w oczy wyglądu (ja też nie zwróciłem na nią uwagi, gdy odbierałem resztę w sklepie) po ułożenie napisu okolicznościowego, który zdaniem malkontentów powinien zaczynać się w miejscu, w którym się kończy i biec w przeciwną stronę. De gustibus...

Krótko przed urlopem zorientowałem się, że część zdjęć w moim katalogu obiegowych monet III RP przestała być widoczna i od razy zabrałem się za ich ponowne udostępnienie. Sam sobie przyczyniłem pracy, bo wpadłem na pomysł uporządkowania zdjęć na serwerach Google. Kiedyś, gdy działało googlowe narzędzie Picasa, dodając zdjęcia, dość łatwo układałem je w logicznie zaplanowany sposób. Później Google wyłączył Picasę, a nowe narzędzie, Zdjęcia Google nie jest już tak przyjazne w obsłudze. Krótko mówiąc, porządkując zdjęcia, spowodowałem, że adresy niektórych pozmieniały się, co oczywiście uniemożliwiło ich wyświetlanie w katalogu. Całe szczęście, że zdjęcia ilustrujące wpisy na blogu są zapisywane bezpośrednio w blogger.com.
Trochę tego bałaganu w katalogu jeszcze pozostało, ale systematycznie staram się wprowadzić ład i porządek. Nie wiem tylko, czy za chwilę nie będę miał z tym jeszcze więcej pracy, bo Google przechodzi na nowy system i wprowadza coś, co nazywa "nowe witryny".

Skoro już o zdjęciach monet mowa, to porządki robię też w galerii utworzonej na potrzeby katalogu miedziaków Augusta III. Okazało się, że część monet muszę na nowo obfotografować, bo jakość starych zdjęć jest powiedzmy... niezadowalająca. A jako że największym problemem, na jaki natknąłem się przy tworzeniu katalogu, jest mnogość odmian i wariantów groszy wynikająca z kreciej roboty króla Prus, dużo uwagi poświęcam analizie ich stempli. Weźmy na początek grosz z roku 1753, bez wątpliwości legalny produkt mennicy w Gubinie, a konkretnie rewers tej monety.
Orzeł z dolnej części tarczy wygląda z bliska tak:
Skrzydła ułożono nabijając blisko siebie punce klinów o różnej długości, szerszych przy głowie, zwężających się ku końcowi.
Teraz rocznik 1754 z tej samej mennicy
i Orzeł z jego rewersu.
Ta sama technika, ta sama robota. Ale nie szukając długo, w tym samym roczniku mamy takiego grosza.
Awers niemal identyczny, włącznie z charakterystyczną literą T w legendzie. Tymczasem na rewersie coś się zmieniło.
To coś jeszcze lepiej widać w górnej części herbu.
Skrzydła są utworzone z wyraźnie zarysowanych "ramion" uzupełnionych piórami-klinami poszerzającymi się na zewnątrz.

W czym problem, zapytacie. Zmienił się rytownik albo pozostał ten sam, ale zmienił używany zestaw narzędzi. Problem w tym, że według znanych mi źródeł, rytownikiem do końca działania gubińskiej mennicy pozostawał Stieler. Czyli prawdziwa jest teza druga, powiecie. Stieler postanowił zmienić rysunek orła, przygotował nowe punce i tyle. Może i tak, ale można mieć pewne wątpliwości, bo ten grosz z datą 1755,
a konkretniej, jego awers ma cechy groszy bitych już pod kontrolą pruską. Tymczasem orzeł na rewersie powstał tą samą techniką, jak na groszu z 1754 r.
Powiecie więc, że nie ma co dzielić włosa na czworo, po prostu Prusacy zagarnęli nie tylko wyposażenie mennicy, ale też personel i Stieler nadal robił stemple. I to jest chyba (tak na dziś uważam) właściwa konkluzja, bo po cóż szukać innych, bardziej skomplikowanych wyjaśnień.

Wiem, wiem, powtarzam się. Pisałem już o tym w styczniu tego roku, ale niedawno dostałem znaczną partię miedzi Augusta III, szelągi i grosze. Czyszczę je stopniowo i układając czytelne już monety obok siebie widzę coś w rodzaju łańcuszka na wpół zatartych śladów łączących monety na pozór całkiem różne i niepodobne do siebie. Mam nadzieję, że niedługo usunę przynajmniej część luk w tym łańcuszku.

A na deser, plon przedostatniego dnia urlopu.
Sierpniowe podgrzybki - wcześnie ta jesień przyszła.

piątek, 10 sierpnia 2018

Wiadomości dobre i takie sobie.

Myślałem kilka dni temu, że warto by odświeżyć wspomnienia z Gabinetu Numizmatycznego naszej mennicy. Tak przy okazji bardzo prawdopodobnego wyjazdu służbowego do Warszawy.
Wchodzę więc na stronę mennicy, żeby sprawdzić aktualne warunki wejścia do GN i cóż moje oczy widzą? Taki oto komunikat.
Tak sobie pomyślałem, że inwentaryzacja, ale taka prawdziwa, robiona nie przez pracowników nieodróżniających szeląga od talara i stempla menniczego od pieczątki dyrektora, to coś, co powinno zostać zrobione już dawno temu. Bo czy to normalne, że by (jak czytam na stronie 298 katalogu J. Parchimowicza "Monety Rzeczypospolitej Polskiej 1919-1939):
"Wyniki przeglądu przekroczyły wszelkie nasze oczekiwania. Zostało rozpoznanych i sfotografowanych 46 "nowych" stempli monetarnych."
Czyli gdzieś w GN leżały sobie przedwojenne stemple, o których nie wiedzieli badacze numizmatyki międzywojennego XX-lecia. Ciekawe, czy były ujęte w inwentarzu, a jeśli tak, to jak były opisane?
Historia powtórzyła się przy pracy nad katalogiem prób z okresu PRL, o czym pan Parchimowicz opowiadał na sesji wykładowej przed aukcją GNDM.
Więc z jednej strony martwi mnie, że Gabinet Numizmatyczny Mennicy Polskiej SA stał się niedostępny na nieokreślony czas. Z drugiej strony, mam nadzieję, że po inwentaryzacji uda się wyjaśnić kilka tajemnic nurtujących kolekcjonerów.
Mam na myśli trochę chaotyczne, ale bardzo ciekawe dyskusje toczone na forum monety.pl, poświęcone między innymi problemowi nakładów pięciozłotówek z Nike.


Z Warszawy nadeszła jeszcze jedna wiadomość, która pewnie nie tylko mnie ucieszy. W roku 2020 ma zostać otwarta stała ekspozycja Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego.
Tak, jak przed sześciu laty czekaliśmy na otwarcie krakowskiego Muzeum Czapskich, teraz będziemy odliczać dni do otwarcie wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Co bardzo ważne, jak podano w informacji na stronie muzeum, będzie to pierwsza stała wystawa od powstania gabinetu numizmatycznego w MNW. Z opisu wynika jeszcze, że w odróżnieniu od ekspozycji u Czapskich, GMiM MNW przygotowuje wystawę w zamyśle przypominającą tę, którą miałem okazję jakiś czas temu oglądać w Dreźnie. Wystawę podzieloną na bloki tematyczne, wzbogaconą o multimedia. Szersza informacja na stronie Fundacji Sobańskich. Może być bardzo ciekawie.



niedziela, 5 sierpnia 2018

Intrygujący falsyfikat grosza Augusta III

Umówione dawno, dawno temu spotkanie z kolekcjonerem monet Poniatowskiego doszło do skutku zgodnie z planem. Zaowocowało ciekawą rozmową i zakupem miedzianego grosza. Nie, nie grosza SAP, lecz szczególnego grosza Augusta III.
Oto on.
Dlaczego ma to być grosz intrygujący i szczególny? Już tłumaczę.
Rzuca się w oczy wcięcie na godz. 3 awersu - ślad po wycięciu innego krążka. Samo w sobie, takie wycięcie nie jest niczym szczególnym wśród miedziaków Augusta III. Ciekawostką jest dobrze widoczne odbicie kreskowanego obrzeża towarzyszące wycięciu. To też nie jest takie rzadkie, ale tylko w przypadku monet tłoczonych NA PRASIE WALCOWEJ. Grosze Augusta tłoczono jednak na prasach śrubowych! Tak było w legalnych, saskich mennicach do roku 1755 i podobnie w tych samych mennicach przejętych przez Prusy podczas wojny siedmioletniej i innych pruskich mennicach fałszujących polską monetę z polecenia Fryderyka II.

Dokładniejsze oględziny tego grosza prowadzą do kolejnych odkryć. Najistotniejsze, to błąd w imieniu króla. Słabo, bo słabo, ale bez żadnych wątpliwości czytamy AVGVSTS. Brak trzeciego V - powinno być AVGVSTVS. Idźmy dalej. Portret króla - twarz zbliżona do... Sam nie wiem. Trochę, ale tylko trochę, przypomina twarz z szelągów bitych w Gruntalu. Zbroja i okrycie w stylu monet bitych w Gubinie, łącznie z kształtem broszy (pączek z dziurką) znanym z szelągów z rocznika 1755.
Rewers. EL SAX 175... Trzeba się bardzo dokładnie przyjrzeć monecie pod różnymi kątami oświetlenia, żeby dostrzec ślad cyfry 4. Więc 1754, tyle że to wcale nie musi oznaczać, że monetę w tym roku wybito. Legenda bez kropek!
Poniżej korona - mała, niesymetryczna. Orły i Pogonie na tarczy herbowej mocno niedoskonałe. Wyraźnie widać, że utworzone przez odbijanie malutkich punc z kreskami, owalami, kropkami. I na koniec korona elektorska nad herbem Saksonii utworzona z dwóch kółek.
Moneta ma średnicę 20 mm, waży równe trzy gramy.

Z pewnością falsyfikat, ale z jakiego warsztatu? Na pierwszy rzut oka (szczególnie niewprawnego), ten grosz można by wziąć za wyrób oficjalnej mennicy, więc nie był to byle jaki, piwniczny warsztacik. Na dodatek te ślady obrzeża drugiej monety. O czym mogą świadczyć?
Pierwsza nasuwa się na myśl oczywiście prasa walcowa. W połowie XVIII w wychodząca z użycia, ale jeszcze gdzieniegdzie stosowana. Kontrargumentem może być brak łódkowatego wygięcia krążka, charakterystycznego dla monet walcowanych. Argumentem za jest natomiast (paradoksalnie) brak analogicznego śladu na rewersie, co było powszechną wadą monet tłoczonych walcami, spowodowaną trudnościami w synchronizowaniu obrotów walców ze stemplami.
Możliwość druga - grosz wytłoczono na prasie śrubowej, ale nie na pojedynczym krążku, tylko na pasku miedzianej blachy (jak na prasie walcowej) i później niedokładnie wycięto wykrojnikiem.
Możliwość trzecia - grosz wytłoczono na prasie śrubowej na pojedynczym krążku, który przed ponownym uderzeniem stempli nie został całkowicie usunięty z prasy i na krawędzi pojawiło się odbicie fragmentu obrzeża. Tę możliwość osobiście wykluczam. Powinna skutkować również jakimiś śladami drugiego obrzeża na rewersie, a tych nie widzę.
Najprawdopodobniejsza wydaje mi się opcja druga - tłoczenie prasą śrubową na pasku blachy, choć ewentualność, że to tłoczenie prasą walcową jest bardzo pociągająca. Aktualne pozostają przypuszczenia, że odbywało się to w nieźle wyposażonym warsztacie. Mogła nim być któraś z mennic, najpewniej gdzieś w Prusach, ale w grę mogą wchodzić i inne warsztaty. Na przykład produkujące liczmany albo guziki.
W każdym razie jest to interesujący okaz i jestem bardzo zadowolony, że znalazł się w moim zbiorze.

Razem z nim trafił do zbioru przykład technicznej niedoróbki gubińskiej mennicy. Szeląg Augusta III z tegoż samego, 1754 roku.
Krążek dwukrotnie znalazł się między stemplami, mocno w międzyczasie poruszony. Skutek - słowo REX przesłania profil króla, a na rewersie rzuca się w oczy bałagan na tarczy herbowej (i oczywiście powtórzone fragmenty legendy).

A następnego dnia, niezrażony upałem, wybrałem się na najwyższy poza Tatrami szczyt w Polsce. Jak się okazało, nie tylko ja miałem taki pomysł. Pomijam "Bieg rzeźnika", który odbywał się tego samego dnia, dzięki pogodzie rzeźniczy do potęgi. Na Perci Akademików kolejka prawie, jak na Giewont.
Na szczycie tłum, jak na krakowskim rynku
Ale widoki piękne, pogoda wspaniała (na szczycie było prawie chłodno!) - w sumie świetny dzień.
Widok z zejścia na przełęcz Brona. Dobrze widoczna ścieżka żółtego szlaku (Perć Akademików) i ludzie na szczycie, nawet z tej odległości.
Jak ktoś jest żądny dodatkowych wrażeń, może zaryzykować (bo to chyba nielegalne) wyjście na szczyt wieczorem, podziwianie zachodu słońca, gwiazd przez całą noc - niedługo polecą Perseidy - i podobno z niczym nieporównywalnego wschodu słońca.  Może kiedyś...

niedziela, 15 lipca 2018

I po co ja tam pojechałem?

Wczorajszy wpis skończyłem zapowiedzią wyjazdu na giełdę staroci. Miałem nadzieję, że może uda się coś ładnego upolować nie przed monitorem, a pod gołym niebem.
Co tu dużo mówić. Najlepiej jakość oferty giełdowej pokazuje to zdjęcie.
Oferta monet mniej więcej w tej samej jakości. Jak już coś z daleka wyglądało obiecująco, z bliska okazywało się albo "klamką" albo wyrobem made ich China.
Tylko przy jednym stoisku zastanawiałem się, czy nie sięgnąć po gotówkę. Powodem był grosz Stanisława Augusta Z MIEDZI KRAIOWEY, a powodem, że jednak z zakupu zrezygnowałem był brak pewności, czy to rocznik 1786, czy 1788. Ostatnia cyfra rocznika była całkowicie nieczytelna.
Półtorej godziny spaceru po giełdzie nie wystarczyło, więc podjechałem nad dawno nieodwiedzaną Pogorię III. A jak już tam byłem, to obiegłem jezioro (pomimo dość wysokiej temperatury - nie lubię biegać, gdy na termometrze jest ponad 25 stopni).
Tyle dobrego (poza przebieżką), że przywiozłem z giełdy kilka wizytówek/ulotek ze stoisk z monetami. Roześlę moją listę braków. Może uda się tym sposobem wypełnić luki w zbiorze.



sobota, 14 lipca 2018

Odkrycia, publikacje, numizmatyka...

Niby sezon ogórkowy, wakacje i ogólne lenistwo,aż tu nagle...

27 czerwca pan Marcin Żmudzin opublikował na swoim blogu https://spodstempla.pl hipotezę, według której szelągi bez znaków mincerskich z datą 1597, w literaturze przyporządkowane mennicy poznańskiej, wybito w Lublinie. Po niedługiej polemice z Dariuszem Marzętą stanęło na tym, że nie dość, że trudno obronić poznańskie pochodzenie tych szelągów, to wiele wskazuje na to, że i grosz z 1598 roku z popiersiem Zygmunta II na awersie, również należy do produktów lubelskich, a nie poznańskich.
Nie znamy dziś przesłanek, które skłoniły naszych poprzedników do uznania tych monet za wyroby mennicy w Poznaniu. Argumentami za ich lubelskim pochodzeniem są punce użyte do wyrobu stempli i charakterystyczny styl monet.

Dla mnie rewelacja, dowód na użyteczność i wagę pasji kolekcjonerów. Użyteczność nie tylko dla rynku kolekcjonerskiego (choć sprawcą sensacji jest pracownik firmy numizmatycznej), ale przede wszystkim dla nauki. A z tym wiąże się kolejna, niebagatelna sprawa. Część dyskusji poświęconej poznańskiemu/lubelskiemu szelągowi odbyła się na forum TPZN. W jej trakcie pojawiły się wypowiedzi dotyczące publikacji odkrycia.
Fajnie by było, żeby takie odkrycia czy "obrony" odbywały się w czasopismach i artykułach recenzowanych. Forum dziś jest jutro nie ma, stąd pisanie tutaj coraz bardziej uznaję za stratę czasu i parę idącą w gwizdek. Może Pan Marcin będzie miał ochotę przygotować artykuł nt. swojego odkrycia? Zwarte, przemyślanie teksty lepiej się czyta i jakiś ślad po tym zostanie.
Pan Marcin odpowiedział tak
Uważam, że doskonałym przetarciem dla takich tez i formą ich przekazania szerszej publice jest internet - blogi, fora, czasopisma internetowe. Artykuł w BN czy Wiadomościach może stanowić podsumowanie raczej.
na co padła krótka, zdecydowana odpowiedź
Pan już to podsumował, wystarczy przelać na papier. Pana decyzja, ale nie rezygnowałbym.
W sumie racja. Kto natrafił na wskazane blogi i forum i jest tematem zainteresowany, na pewno rzecz zapamiętał, odnotował, może nawet wydrukował kluczowe fragmenty do swojego archiwum, ale czy to wystarczy, żeby rzecz zaistniałą w świecie nauki? Może tak, a może jednak nie. Faktem jest, że  "Forum dziś jest jutro nie ma" przykładem, uporczywie przypominane przeze mnie Cafe Allegro. Druk więc wydaje się konieczny.

Pozwólcie na osobisty wtręt (w końcu to MÓJ blog). Mój podzielony na dwie części artykuł o szelągach i groszach koronnych Augusta III wydrukowano w Biuletynie Numizmatycznym, w pierwszych dwóch numerach z roku 2017. I dobrze, tyle, że pracę nad nim zakończyłem pod koniec roku 2015 i w tym samym roku przekazałem materiał do Redakcji BN. Przez cały rok 2016 działo się niewiele. Korekty autorskie robiłem już na początku 2017. W końcu rzecz wyszła drukiem po prawie dwóch latach od napisania. Siłą rzeczy, w momencie druku, artykuł był częściowo nieaktualny - w międzyczasie dotarłem do nowych monet, informacji; zmieniłem pogląd na pewne sprawy.
Nigdy nie próbowałem publikacji w Wiadomościach Numizmatycznych, ale nie przypuszczam, by w tym przypadku proces publikacji toczył się szybciej.
Co bardzo istotne, oba periodyki publikują prace poddane naukowej recenzji. Artykuł do BN recenzowały trzy osoby. W WN pewnie jest podobnie. To ważne nie tylko dla satysfakcji autora (że jego praca okazała się godna publikacji) ale, co tu dużo mówić, dzięki recenzentom, dzięki ich formalnym i nieformalnym kontaktom rośnie szansa, że praca zostanie szerzej zauważona w środowisku naukowym. 

Wróćmy do sprawy lubelskości monet dotychczas uznawanych za poznańskie. Mamy rok 2018. Jeżeli nic się nie zmieniło, to artykuł na ich temat wyjdzie drukiem w roku 2020. No i dobrze. Mimo wszystko postarał bym się o taką publikację. W sumie cała praca, łącznie z częściową kwerendą archiwów, została wykonana. Teraz tylko siąść i zebrać wszystko razem, uporządkować i już. Tyle, że podobno mamy wiek dwudziesty pierwszy, światem rządzi informacja, a ta zyskała nieporównanie więcej sposobów na docieranie do odbiorców. Prawda, Internet to bagno, ale taką samą prawdą jest, że to bagno tylko dla tych, którzy lubią się taplać w błocie. Dla reszty, Internet, to niemal nieskończenie wielka biblioteka. Prawda, że i ta biblioteka może spłonąć, ale jeśli nie nastąpi jakiś armagedon energetyczny, to pożar nie obejmie całości (vide biblioteka aleksandryjska). Przetrwają "książki" zachowane lokalnie. Sam mam tego całkiem sporo. Te najcenniejsze (dla mnie oczywiście) "książki" z internetowej biblioteki, mam w postaci wydruków. Zanik zasilania ich nie unicestwi ani nie uniemożliwi korzystania z nich. Niby wszystko wydaje się proste i każdy może sobie stworzyć takie prywatne archiwa, czy to cyfrowe, czy papierowe, ale między może stworzyć, a stworzy jest ocean przeszkód - od braku czasu zaczynając, na lenistwie (motorze wszelkiego postępu) kończąc. Na pewno łatwiej jest zarchiwizować (niezależnie od technologii) gotowy, skończony artykuł, niż wielostronicowy wątek z internetowego forum, zwykle pełen dygresji, niepotrzebnych, niemerytorycznych uwag, a czasem i jakichś osobistych sporów i pretensji. Jest lekarstwo na tę chorobę, i to nie jedno. Mam na myśli portale typu Academia.edu.
Jak dotąd umieściłem tam (za zgodą redakcji BN) pliki pdf z moimi wcześniej opublikowanymi artykułami, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by publikacja na tym portalu była jedyną formą publikacji. System nadawania etykiet (tagów) artykułom umożliwia umieszczanie tekstów na konkretnych "półkach", ułatwiając dotarcie do nich osobom zainteresowanym daną tematyką.
Myślę, że ten sposób dystrybucji publikacji naukowych, to przyszłość i konieczność. Oczywiście Academia.edu, to tylko przykład. Są w Internecie podobne miejsca, na części z nich obowiązuje solidny system recenzencki, więc publikacja na nich nie jest w niczym gorsza od publikacji drukiem. Na dodatek, dość łatwo wyjść poza lokalne podwórko - wystarczy tłumaczenie tekstu na któryś z powszechniej stosowany język.

Na koniec świeża informacja z kronik policyjnych. Napawająca nadzieją, że handel bezczelnymi podróbkami zostanie choć trochę ograniczony.
Informacja ze strony policji dolnośląskiej.
Funkcjonariusze Wydziału dw. z Cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, w wyniku realizacji sprawy operacyjnej, współpracując z funkcjonariuszami Wydziału Dochodzeniowo Śledczego Komendy Powiatowej Policji w Świdnicy, zatrzymali 48 - letniego mieszkańca powiatu świdnickiego, podejrzewanego o puszczanie w obieg, za pośrednictwem Internetu, kopii znaków pieniężnych. Zabezpieczono kopie 32 monet, a także komputer i dysk twardy...
Należy pamiętać, że wszelkie kopie środków płatniczych emitowanych przez Narodowy Bank Polski, a takimi też są monety okolicznościowe, są nielegalne i puszczanie ich w obieg, a tym samym ich posiadanie jest przestępstwem z artykułu 310 Kodeksu Karnego. W przypadku zetknięcia się z tego typu nielegalnym procederem powinniśmy powiadomić Policję lub Prokuraturę.
Chodzi oczywiście o chińskie podróbki zalewające Allegro, OLX i inne miejsca, w których można sprzedawać monety. Mam tylko wątpliwości, czy posiadanie podróbek naprawdę jest tożsame z puszczaniem ich w obieg.
Może kiedyś policja podejmie podobne kroki w stosunku do osób handlujących podróbkami monet, które z obiegu wyszły dziesiątki i setki lat temu. W kodeksie karnym są przecież odpowiednie paragrafy.

Zdjęć monet dziś nie będzie - niewiele ostatnio udaje mi się kupić w internecie. Jutro zajrzę na jedną z giełd staroci - może tam na coś ciekawego trafię.

sobota, 30 czerwca 2018

Brigitte Bardot???

"Każdy mincarz powinien będzie literę pierwszą tego miasta, gdzie się mincuje, na swej menicy kłaść, żeby każdego z nich menica była rozeznana, nie kładąc inszych herbów na mennicy, tylko królewskie na wierzchu, a Podskarbiego koronnego pro tempore będącego, jako najskromniejszy na spodku..."
To fragment ordynacji Jana Firleja z 22 czerwca 1599 r., którą król zatwierdził 20 lipca. Gumowski ("Mennica bydgoska", Toruń 1955, str. 27) twierdził, że podskarbi chciał tym sposobem ukrócić praktykę umieszczania na monetach herbów innych niż herby Polski, Litwy, króla i podskarbiego. Na monetach z Bydgoszczy pojawiały się oprócz nich herby właściciela mennicy oraz jej zarządcy. Już w tym samym, 1599 roku na szelągach i trojakach bitych w Bydgoszczy pojawia się litera B, jak Bydgoszcz. Albo Bidgostia lub Bromberg, jak kto woli.
W roku następnym zarządzenie podskarbiego obowiązywało nadal.
Z dzisiejszego spaceru na pocztę przyniosłem kilka kopert. W jednej z nich był lekko ogryziony (tzw. ząb czasu) szeląg z roku 1600 z mennicy bydgoskiej.
Średnica 17,5 mm, waga 0,78 grama. Teoretycznie powinno być 1,12 grama, jak nakazywała ordynacja z 1580 r. Częścią niedoboru wagi można obciążyć wspomniany ząb czasu, ale chyba tylko częścią. Pozostała część niedoboru mogła powstać celowo już w mennicy, bo jak wynika z obliczeń wykonanych na podstawie informacji podanej przez Dawida Brauna w dziele wydanym w 1772 r. "Ausführlich-historischer Bericht vom polnischund preußischen Münz-Wesen" bicie szelągów zgodnie z ordynacją Batorego było po prostu nieopłacalne.
Za grzywnę czystego srebra trzeba było płacić 9 złotych i 12 groszy (złote liczono, pamiętajmy, po 30 groszy). Z tej ilości srebra należało bić 990 szelągów, czyli licząc po 3 szelągi na grosz dawało to pieniądze o wartości 11 złotych. Tylko 1 złoty i dwa grosze ponad koszt części tylko surowca. A gdzie koszt miedzi, robocizny? Żeby szelągi bić się opłacało, trzeba było albo zaniżać próbę, która wynosiła tylko 20%, albo zaniżać wagę monet, albo i jedno i drugie. Nic dziwnego, że w kraju powszechnie oprotestowywano zalew drobnego, coraz podlejszego pieniądza. Protesty były na tyle zasadne i mocne, że król w trosce o swoje dobre imię - w końcu to ono miało gwarantować jakość pieniądza - w roku 1601 nakazał zamknięcie wszystkich mennic poza uruchomioną rok wcześniej mennicą krakowską. Dotknęło to oczywiście i mennicę Bydgoską. Do połowy roku bito w niej jeszcze monety,
ale druga połowa 1601 i lata następne należały do mennicy krakowskiej.
Wróćmy jednak do Bydgoszczy. Na nowym w moim zbiorze szelągu, zgodnie z ordynacją Firleja, jest pierwsza litera nazwy miasta. A nawet dwie!
Jest kilka odmian bydgoskich szelągów z tego rocznika. Z jedną literą B pod królewskim monogramem, z dwiema literami B umieszczonymi po obu stronach monogramu powyżej daty, z dwiema literami B umieszczonymi pod monogramem (jak moja) i bez litery B - pominiętej przypadkiem, lub celowo. Któż teraz jest w stanie przyczynę?
Podobne odmiany są i dla roku 1601, choć w roku 1599 mamy do czynienia wyłącznie z szelągami z jedną tylko literą B (lub bez niej). Ordynacja kazała kłaść ...literę pierwszą tego miasta..., dlaczego więc na niektórych monetach ją podwajano? Gumowski wyjaśnia to tak:
Czy to wyjaśnienie uzasadnione, nie wiem. Wiem natomiast jedno. Mam lat tyle ile mam, więc nic dziwnego, że gdy widzę dwie litery B obok siebie, jedna po drugiej, to pierwszym skojarzeniem jest...
Tak, oczywiście, Brigitte Bardot!
Dlaczego?
Sprawdźcie sami - najlepiej oglądając "I bóg stworzył kobietę", albo cały film, albo przynajmniej scenę tańca na stole.

Printfriendly