Google Website Translator Gadget

niedziela, 23 stycznia 2022

To nie są destrukty!

Ponieważ lenistwo ułatwia życie (patrz wpis sprzed lat) postanowiłem popracować (mistrz paradoksu!) nad tekstem, który pozwoli mi leniuchować w przyszłości.

Wszystkie zdjęcia, które zobaczycie czytając dzisiejszy wpis pochodzą z korespondencji wpadającej do mojej skrzynki e-mail. Przysłali je kolekcjonerzy (?) mający nadzieję, że zdobyli wyjątkowe okazy destruktów. 

To nie są destrukty:

  • Uszkodzenia mechaniczne + wewnętrzna korozja krążka monety (bo blacha była złej jakości) 

  • Ktoś wybił rdzeń pięciozłotówki i wpasował go ponownie w pierścień w troszkę innym położeniu posługując się imadłem. Ten ktoś był bardzo silny! 

  • Ktoś "sprytnie" usunął kilka literek przy pomocy pilniczka albo mini-frezarki (dremel lub tańszy odpowiednik) 

  • Ktoś użył monety jako podkładki mocując na krawędzi stołu imadło, maszynkę do mięsa albo inne podobne urządzenie 
     
  • Ktoś przykleił do czegoś monetę klejem na gorąco, ktoś inny ją oderwał - na monecie pozostał klej. 

  • Ktoś przy użyciu młotka, kowadełka i pilniczka przerobił aluminiową dwugroszówkę na "monetę z gładkim, wysokim rantem". 

  • Ktoś umiejętnie (!) używając narzędzi przerobił monetę na "miseczkę". Jeśli nie ma widocznych skaleczeń i zagnieceń na środku monety, to prawdopodobnie monetę poddano bardzo wysokiemu ciśnieniu w prasie hydraulicznej, zrobiliśmy z kolegą taki eksperyment na olejowej prasie manometrycznej - wystarczyło ciśnienie 1200 bar
  • Tu wystarczył młotek albo inny ciężki przedmiot
  • Na powierzchni tych monet utrwalił się wpływ oddziaływania chemicznego. Ta z paskami, to coś jak opalanie się przez żaluzje poziome. 

  • A tu ktoś w niewiadomym celu podłożył monetę pod wiertarkę. 

Mógłbym tak długo jeszcze wklejać zdjęcia monet zniszczonych po opuszczeniu mennicy. Pomysłowość ludzka nie ma granic - dotyczy to z jednej strony "majsterkowiczów", z drugiej ludzi myślących, że takie nieszczęścia mogły spotkać monety w mennicy.

Na tym dziś kończę. Odnośnik do tego wpisu umieszczę na początku strony https://zbierajmymonety.blogspot.com/p/destrukty.html

Od teraz na wiadomości ze zdjęciami podobnych "rarytasów" będę wysyłał szablonową odpowiedź: "Nie, to nie jest destrukt. proszę poczytać:  https://zbierajmymonety.blogspot.com/p/destrukty.html"


poniedziałek, 17 stycznia 2022

Zwykły kolekcjoner w roku 2022

Najpierw wyjaśnienie - "zwykły kolekcjoner" - któż to taki? Dla potrzeb dzisiejszego wpisu zwykły kolekcjoner to ktoś, kto czuje potrzebę zbierania monet, znaczków, porcelanowych figurek, komiksów, pocztówek (niepotrzebne skreślić), niekoniecznie myślący przy tym o tzw. zwrocie z inwestycji. Ktoś, kto budowę kolekcji traktuje nie jako cel życia, tylko sposób na wypełnianie wolnego czasu czymś więcej, niż tkwieniem przed ekranem z piwem i paczką chipsów pod ręką.

Pozostańmy przy monetach. Zwykły kolekcjoner zwykle nie dysponuje grubym portfelem pozwalającym na kupowanie dukatów i talarów. Kupuje monety z niższej półki i tu jest problem albo nawet PROBLEM, bo co, komuś takiemu oferuje dziś rynek? Zanim przykłady takich ofert przedstawię, jeszcze jedna uwaga. Każdy kolekcjoner, a jeśli nie każdy, to mam nadzieję, większość z kolekcjonerów czyta. Katalogi, poradniki, internet i czego by nie czytał, prędzej, czy później natrafia na zdania typu "Nigdy nie należy włączać do zbioru monet słabo zachowanych" albo "Lepiej kupić jedną menniczą monetę raz na pół roku, niż sześć gorzej zachowanych, raz na miesiąc". 

To zobaczmy w końcu, co, komuś takiemu oferuje dziś rynek. Na początek dwa wyniki z niedawno zakończonej, profesjonalnej aukcji.


Mam obie te monety. Obie kupione przed pandemicznym szaleństwem. W sumie kosztowały mnie 107,01 zł włącznie z kosztami przesyłki (saski grosz lepiej wybity i lepiej zachowany!). Na wydanie aukcyjnych kwot bym się nie zdecydował. Nie są to bowiem rzeczy aż tak rzadkie, jak przedstawiono w opisach. A to, czy dobrym argumentem reklamowym jest fakt, że jakaś moneta jest na OneBid wystawiana po raz pierwszy, jest mocno wątpliwe. Myślę, że można znaleźć wiele monet, które nigdy tego zaszczytu nie dostąpiły, bo są zbyt pospolite i tanie. Nie oznacza to, że zwykły kolekcjoner nie powinien na profesjonalne aukcje zaglądać. Wręcz przeciwnie, nie tylko zaglądać powinien, ale powinien też próbować na nich coś kupić. 

Na Allegro jest trochę taniej, tylko gdy licytuje się monety gorzej zachowane. Mennicze i dobrze zachowane rzadkie okazy sprzedają się tak samo drogo. Pospolite i gorzej zachowane taniej, ale czy tanio? Przykłady z grudnia 2021. 

Trojak Poniatowskiego z 1768 r. Rewers w podobnym stanie. 
Najpospolitszy wariant dziesięciofenigówki 1917.

Wygląda na to, że podstawową jednostką przy zakupie pospolitych monet w stanach obiegowych stała się dwudziestozłotówka. Co czytelniejsze monety oferowane są za wielokrotności tego nominału. Co ja mówię czytelniejsze. Codziennością są przecież takie na przykład oferty. 

Takimi monetami powinni się interesować wyłącznie wytrawni poszukiwacze nieznanych odmian i wariantów, a i to tylko w ostateczności. 

Rejonem, którego zwykły kolekcjoner poszukujący okazów do zbioru nie powinien odwiedzać są serwisy typu OLX. Reklamowałem kiedyś OLX, jako dobre miejsce do upłynniania dubletów i niechcianych przedmiotów i zdania nie zmieniam. Sprzedałem tam już sporo monet i książek, ale czy coś kupiłem? Przez cały rok 2021 jedną monetę! Może brak mi cierpliwości, ale kiedy widzę raz po raz coś takiego,

to komputer jakoś samodzielnie przerzuca mnie gdzie indziej. 
Wróćmy do zwykłych kolekcjonerów. Jak widać, właściwą dla nich ścieżką będzie ćwiczenie się w cierpliwości i spostrzegawczości oraz, jeśli zaczynają, poszukiwanie swojej niszy, dziedziny, w której konkurencja jest niewielka. Dziś próby zaczynania od tak popularnych trojaków Zygmunta III, półgroszy Zygmunta Augusta, czy nawet od boratynek albo miedziaków Poniatowskiego mogą szybko zniechęcić, albo... doprowadzić do powstania kolekcji "trupków".

Dlatego na ten dopiero co rozpoczęty rok życzę Wam przede wszystkim cierpliwości, spostrzegawczości, umiejętności oceny, czy to, co czytacie, zgadza się z tym, co widzicie i wyciągania racjonalnych wniosków.

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Czy nasze hobby ma przyszłość?

Na to pytanie próbowano ostatnio znaleźć odpowiedź na kilku forach internetowych. Dwukrotnie poruszono temat na youtubowym kanale "Kwadrans z numizmatyką" - najpierw rozważając problem "Co będziemy zbierać jak pieniądz fizyczny zniknie?" później w cyklu pytań i odpowiedzi ponownie odpowiadając na pytanie o przyszłość naszego hobby. 

Ciekawe wypowiedzi na ten temat pojawiły się też na forum TPZN w wątku "Rynek filatelistyczny - próba rozpoznania bojem", kiedy jeden z dyskutantów zadał pytanie "Czy myślicie że  numizmatyka też kiedyś straci popularność gdy przestanie się operować gotówką w życiu codziennym?". 

O przyszłość kolekcjonerstwa monet się nie martwię. Kolegom youtuberom wysłałem taki komentarz "Nie widzę problemu. Do czasu pożegnania się z pieniądzem materialnym zostanie wyprodukowana taka jego ilość, że starczy dla wszystkich chętnych do tracenia nowego pieniądza na kolekcjonerskie fanaberie."

I to mogłoby być na dziś wszystko, gdyby nie powracające w tych wszystkich dyskusjach porównanie - numizmatyka vs filatelistyka. Na wspominki mnie wzięło.

Nie pamiętam dziś, czy wcześniej zacząłem zbierać monety, czy znaczki, bo zaczynałem bardzo wcześnie. Przez pierwsze sześć lat życia mieszkaliśmy w wielkim budynku, którego parter zajmował tartak, na piętrze mieszkali dziadkowie i my, a wyżej był potężny strych pełen skarbów. Na nim znalazłem puszkę z monetami - austrowęgierską drobnicą z przełomu XIX/XX w. bilonem II RP i pięknie błyszczącymi pięciogroszówkami z brązu wybitymi w Szwajcarii. Decyzję o ich wycofaniu z obiegu opublikowano w kwietniu 1958 r. i pewnie krótko potem dziadek "wycofał" je z portmonetki do puszki na strychu. Puszkę zniosłem na dół i za zgodą dziadków zatrzymałem, jako mój skarb. Mogłem wtedy mieć góra pięć lat. 

Z tego samego okresu pamiętam wspólne z dziadkiem oglądanie jego starego albumu ze znaczkami. Album miał piękną czerwoną, tłoczoną w filatelistyczne wzory okładkę, a w środku wklejone mnóstwo znaczków z całego świata. Na urodziny (albo imieniny) dostałem od dziadka wyjętą z tego albumu kopertę z kilkudziesięcioma znaczkami, pewnie dubletami i mały klaser z celuloidowymi paskami. Podczas jednej z kolejnych wizyt na strychu znalazłem szafkę wypełnioną segregatorami zawierającymi dokumenty z tartaku, który wcześniej należał do prababci. Między typowymi dokumentami (faktury, rachunki, dokumenty kadrowe itp.) były koperty i kartki pocztowe z zamówieniami i... oczywiście naklejonymi znaczkami. I znów pozwolono mi na wybieranie takich znalezisk dla siebie. Tyle, że musiałem za każdym razem uzgadniać, czy przypadkiem nie jest to zbyt ważny dokument, by móc go potraktować nożyczkami. Penetrowanie strychu zakończyło się gdy miałem sześć lat - nasz dom znalazł się na terenie przeznaczonym na zalanie - wkrótce został zburzony, a na jego miejscu jest teraz Jezioro Żywieckie. 

Już w nowym mieszkaniu, w innym mieście, nadal powiększałem swoje zbiory. Rodzice, widząc, że traktuję to poważnie, zafundowali mi wymarzony abonament. Co kwartał udawałem się do sklepu filatelistycznego na ul. Kosmonautów i przynosiłem do domu kopertę z kompletem najnowszych znaczków. Kasowanych, bo na tyle było nas stać. Znaczki trafiały początkowo do zwykłych klaserów. Później, pamiętając dziadkowy album, za zaoszczędzone pieniądze kupiłem sobie komplet kart - klasyczny album filatelistyczny.

Jeszcze później, kiedy miałem już regularne kieszonkowe, zacząłem kupować słynne czerwone klasery i przenosić do nich abonamentowe zestawy. To ostatni z nich.
Mniej więcej w tym czasie zorientowałem się, że filatelistyka polegająca na gromadzeniu kolorowych papierków dostarczanych przez PPF to nie to. Z abonamentu zrezygnowałem. Oprócz produktów peerelowskiej Poczty Polskiej miałem jeszcze całkiem sporo znaczków starych. Na tę część zbioru zacząłem przeznaczać więcej czasu i pieniędzy. I znów, siłą tradycji, tę część zbioru przeniosłem do klasycznego albumu, kupionego na jakiejś giełdzie.
Jeździłem na wystawy filatelistyczne 
giełdy. Kupowałem katalogi, dwutygodnik "Filatelista" - kupowało się go w kioskach z gazetami, kolekcjonerzy monet taką szansę uzyskali dopiero z chwilą pojawienia się Przeglądu Numizmatycznego i Magazynu Numizmatycznego. Trochę ulegając modzie zainteresowałem się filatelistyką tematyczną, dobierając tematy zgodnie z innymi moimi zainteresowaniami i pasjami.


W pewnym momencie filatelistyka pozwalała na całkiem niezły zarobek. Po pierwsze były giełdy, na których się kupowało i sprzedawało, ale to był rynek wewnętrzny. Lepiej zarabiało się na imporcie i eksporcie. Najciekawsza była wymiana znaczków na inne dobra. Za wysłane do Anglii znaczki dostałem na przykład pierwszy komputer, rewelacyjnego Amstrada CPC6128. Niezły zarobek dawało sprowadzanie zagranicznej masówki na wycinkach. Udało mi się ściągnąć z USA kilka kartonów, po trzydzieści kilogramów każdy i sprzedać je w oficjalnym skupie prowadzonym przez PPF w Warszawie. Chyba było tego za dużo, bo ostatniej paczki nie chcieli już wziąć. Rozsprzedałem ją na giełdach. Fajną zabawą było sortowanie tych znaczków. Fajną i dochodową, bo znaczki, które nie zostały skasowane, były przez Amerykanów traktowane na równi z gotówką, a z każdej takiej paczki można było odzyskać nawet kilkadziesiąt dolarów nominału takich czystych znaczków.  Na etacie zarabiałem wtedy nie więcej niż 20 $ (po realnym kursie spod peweksów). Najlepsze było to, że w odróżnieniu od monet, współczesne znaczki można było wysyłać pocztą bez obaw o zainteresowanie "służb". 

To był okres, w którym znaczkom poświęcałem więcej czasu, niż monetom, co jednak nie oznaczało, że monety były w odstawce. O nie. Na bieżąco wyłapywałem z obiegu wszystkie nowe emisje, ale już wtedy ograniczając się tylko do monet obiegowych. Niestety początkowo nie zawsze dbałem o jak najlepszy stan, ani o to, by mieć przynajmniej po kilka dubletów. 

Po jakimś czasie zorientowałem się, że na filatelistycznych giełdach zaczyna się stagnacja. Coraz częściej okazywało się, że nie ma chętnych na nowe wydania, a stare, te cenniejsze są coraz częściej fałszowane. Szybko zaczęto też fałszować stempelki ekspertów odbijane na odwrotnej stronie znaczków. Jednocześnie coraz ciekawiej zaczęło się robić na giełdach numizmatycznych i na targach staroci na stoiskach z monetami.  Szala, najpierw powoli, a po krótkim czasie zdecydowanie, przechyliła się w stronę monet. Wiadomo, cięższe są.

Podsumować by to trzeba. Filatelistyka i numizmatyka (tu jako kolekcjonowanie monet) mają ważną wspólną cechę. W obu tych dziedzinach kolekcjonerstwa wykształciła się, początkowo nisza, później potężna gałąź - obiekty produkowane wyłącznie w celu sprzedaży kolekcjonerom. Popularną filatelistykę to zabiło.  Nie łatwo o chętnych na zawartość klaserów i albumów, które mam na półkach, a kiedy już się ktoś taki znajdzie, to "stopa zwrotu" jest zdecydowanie ujemna.   Kolekcjonerskie "sreberka" bez opamiętania "puszczane w obieg" przez NBP też nie okazały się najlepszą inwestycją. Za to monety, którymi w dzieciństwie płaciłem w sklepach sprzedają się coraz lepiej. 

Dziś, jeśli już muszę skorzystać z usług Poczty Polskiej, nie kupuję znaczka tylko drukuję go sobie na domowej drukarce, opłacając koszt usługi przelewem. Może ktoś takie "znaczki" zbiera, może to nowa gałąź filatelistyki. Nie zamierzam tego sprawdzać, tak samo, jak nie zamierzam kupować "monet" kolekcjonerskich.  

Zniknięcie pieniądza w materialnej formie uważam za bardzo prawdopodobne, a właściwie za zupełnie pewne. Równie pewien jestem tego, że nie zniknie kolekcjonowanie monet i banknotów. Głównym, a właściwie jedynym zagrożeniem może być taki rozwój technik fałszerskich, że ustalenie autentyczności obiektu przez zaawansowanego i doświadczonego kolekcjonera będzie niemożliwe. 
Na razie nie widzę powodów do obaw o przyszłość naszego hobby w istotnym mnie i moich rówieśników horyzoncie czasowym. 

ZBIERAJMY MONETY!


poniedziałek, 3 stycznia 2022

Nakłady monet obiegowych rocznika 2021

5 złotych - 39.480.000
2 złote - 40.950.000
1 złoty - 32.325.000
50 groszy - 27.900.000
20 groszy - 42.795.000
10 groszy - 148.200.000
5 groszy - 108.450.000
2 grosze - 41.925.000
1 grosz - 319.440.000

Znów mamy wszystkie nominały. Nadal bije się mnóstwo zbędnych "żółtków" - prawie pół miliarda. PO CO!!!???


środa, 29 grudnia 2021

Ostatni wpis, ostatni zakup

W roku 2021 oczywiście. 

Ostatnim moim tegorocznym zakupem jest takie srebrne maleństwo. 

Pogięte toto, niedobite, ale na tyle czytelne, że wstępna identyfikacja nie nastręcza trudności - denar biskupi typu dewenterskiego. Gumowski w CNP napisał o tych monetach tak:

Nazywają  się  tak  dlatego,  że  są  naśladownictwem  monet  dewenterskich  cesarza  Henryka  II  (1002—24),  gdyż  wyobrażają  po  jednej  stronie  alfę  i  omegę,  względnie  omegę  i  alfę,  jako symbole  Opatrzności  —  tak jak  tamte  monety  cesarskie,  po  drugiej  zaś  stronie  mają  krzyż  kawalerski  —  zwykłe  i  wspólne  godło  wszystkich  polskich  monet  biskupich. 

Identyfikacja precyzyjniejsza już taka prosta nie jest, bo Gumowski opisał  7 wariantów tej odmiany charakteryzującej się tym, że na awersie zamiast oryginalnej alfy i omegi mamy literę A i krzyż z półksiężycem. W polskiej heraldyce, krzyż nad półksiężycem, to herb Szeliga (w polu czerwonym półksiężyc złoty, rogami zwrócony do góry, w środku krzyż łaciński tegoż koloru).


Znak ten oczywiście jest tylko podobny do herbu Szeliga, i nie ma z nim nic wspólnego, bo monetę wybito w wieku jedenastym, a najstarsza znana pieczęć z Szeligą pochodzi z roku 1366 , a najwcześniejsza zapiska sądowa z roku  1386. O herbie, jako rdzennie polskim pisał Długosz, ale było to w drugiej połowie XV w. 
Nieważne. W opisie aukcyjnym była mowa o herbie Szeliga, bo tak się przyjęło o tych denarach pisać. Wspomniałem, że szczegółowa identyfikacja jest trudna, bądź nawet niemożliwa. Na tablicy z CNP wygląda to tak 

a opisy wg Gumowskiego są następujące:
Cóż, legendy na moim egzemplarzu mają zbyt wiele nieczytelnych miejsc. Nieważne. Ważne, że monetę wybito za panowania naszego pierwszego koronowanego władcy, mniej więcej tysiąc lat temu, być może w Gnieźnie. 
Nie traktuję CNP, jako źródła prawd objawionych. Profesor Gumowski często, może nawet zbyt często, wysuwał tezy, których inni badacze nie akceptowali, z którymi polemizowali. I te polemiki prowokujące do poszukiwań i badań były równie ważne, jak same publikacje Gumowskiego, których jest przecież mnóstwo. Najpełniejsza, znana mi bibliografia jego prac  opublikowana w Roczniku Polskiego Towarzystwa Heraldycznego nowej serii, tom XII (XXIII), wydawnictwo DiG, Warszawa 2013 zajmuje siedemdziesiąt stron. Oprócz niej, w Roczniku umieszczono czternaście artykułów poświęconych pracom Gumowskiego, między nimi tekst Witolda Garbaczewskiego "Marian Gumowski — trzy epoki w badaniach nad historią polskiego pieniądza". Kilka zdań z tego artykułu: 
Wśród pozycji tego autora o charakterze katalogowym w pierwszym rzędzie wymienić trzeba Corpus Nummorum Poloniae, którego tom pierwszy, zatytułowany „Monety X i XI w.” ukazał się w Krakowie w 1939 r. (tablice dodano w 1947 r.). Profesor zebrał w nim prawie 1500 monet z wczesnego średniowiecza, które przydzielił emitentom polskim, kierując się głównie wynikami własnych badań. Na ich kontrowersyjność zwrócili uwagę recenzenci 28 , którzy podkreślili nowatorskość długo oczekiwanej w środowisku naukowym pracy, podważyli jednak zasadność dużej części atrybucji, nie opartych na dostatecznie mocnych podstawach. Rozwój badań numizmatycznych sprawił, ze obecnie korzystać trzeba z Korpusu z dużą ostrożnością, mimo to stanowi on do dzisiaj niezastąpiony katalog odmian najstarszych naszych denarów, uzupełniony o dane metrologiczne.
i dalej:
Gdy mowa o korpusie monet polskich, nie można pominąć milczeniem dwóch dalszych części tego dzieła (t. II i III, monety z wieków XII–XIII), niestety  nieopublikowanych, znajdujących się w Bibliotece XX. Czartoryskich w Krakowie.  Również tutaj znajdujemy wiele atrybucji z dzisiejszego punktu widzenia mało  uprawnionych, jednak wartość źródłowa tych prac polega na tym, że zawierają one — tak jak i pierwszy tom — m.in. ilustracje monet (w formie wcierek), które po II wojnie światowej zaginęły lub zostały zniszczone (np. w 1944 r. ze zbiorem Ordynacji Zamojskich w Warszawie).

Szkoda, że nikt dotąd nie sięgnął do tych nieopublikowanych części CNP i nie udostępnił ich badaczom i kolekcjonerom. 

Jeśli już jesteśmy przy publikacjach sprzed lat, to zobaczcie proszę, jakie ciekawostki można znaleźć w prasie sprzed dwustu prawie lat.


Od czasów Poniatowskiego pół wieku prawie minęło, a kwoty nadal liczono w srebrnych groszach, których szło cztery na złotego, a w obiegu były przecież grosze miedziane, których na złotego potrzeba było trzydzieści. 

Nie zbieram monet meksykańskich, nie wiem więc, czy rzeczywiście znane są takie sztuki o zaniżonej wadze lub próbie.


Wiadomości o odkrywanych skarbach zawsze robią wrażenie na czytelnikach. Na przykład informacja o skarbie odkrytym na Jersey w roku 2012. Po dziewięciu latach od wydobycia złotych ozdób i ponad 70 tysięcy złotych i srebrnych monet celtyckich o łącznej wadze 3/4 tony (!), władze wyspy wypłaciły nagrodę - 4.250.000 funtów (przeszło 5 milionów euro) do podziału między dwóch znalazców i właściciela terenu, na którym skarb odkryto. 

Na Nowy Rok życzę Wam, może nie takich ekscytujących  znalezisk (bo polskie prawo wprawdzie przewiduje nagrody dla przypadkowych znalazców, ale zbyt często zgłoszenia znalezisk wiążą się z niemałymi kłopotami dla znalazcy), ale niech Wasze kolekcje rosną i obfitują w coraz ciekawsze monety.   

Do siego roku!


wtorek, 14 grudnia 2021

Katalog monet zdawkowych Królestwa Polskiego 1835—1841

Od dziś dostępny jest w sprzedaży mój nowy katalog.


To kolejny przypadek ewolucji od strony internetowej do książki dostępnej w formie cyfrowej (pdf, mobi, epub) oraz drukowanej.

Nowy katalog, wraz ze wszystkimi poprzednimi w różnych formatach można zamawiać korzystając ze strony https://sites.google.com/site/monetypolskie/

Zapraszam na zakupy.

niedziela, 12 grudnia 2021

Opis mennicy warszawskiej z roku 1838.

 Na początek informacja ze strony Słownika Języka Polskiego PWN.

Niedawno "twoją starą" przeczytałem gdzieś w sieci, oczywiście w kontekście obelżywym - "A twoja stara, to jest taka stara, że jak chodziła do szkoły, to zamiast angielskiego miała rosyjski". 

HA! Ja sam jestem taki stary, że miałem rosyjski - od podstawówki do studiów! A moja stara...
Moja stara jest taka stara, że jak chodziła do szkoły, to mieli wolne w dzień urodzin Piłsudskiego.

Dziesięć lat szkolnej nauki rosyjskiego nie poszło na marne. Do dziś całkiem nieźle daję sobie radę z czytaniem cyrylicy. Dzięki temu rosyjskie teksty w wynikach wyszukiwania serwowanych przez Google nie odstraszają mnie. I tym sposobem trafiłem na "Горный журнал", czyli "Miesięcznik Górniczy", czasopismo wydawane od 1825 roku, poświęcone górnictwu, metalurgii i naukom technicznym. Nie żebym się jakoś szczególnie interesował górnictwem, ale wyszukiwarka Google pokazała w wynikach do jakiegoś mojego zapytania tekst odnoszący się do pracy mennicy londyńskiej. Jeśli jest o Londynie, to może i o Warszawie coś będzie!  Odszukanie biblioteki cyfrowej udostępniającej "Горный журнал" nie zajęło wiele czasu. Zawsze w takich przypadkach zaczynam od spisów treści. W 1850 opublikowano szczegółowy spis treści roczników od 1825, a w nim  wykaz artykułów pod hasłem "Монетное дело". 



BINGO! Jest artykuł "О Варшавскомъ Монетномъ Дворъ"; rocznik 1838, część pierwsza, strona 303. Po krótkich poszukiwaniach jest.


Krótkie przygotowanie (kawa, coś do przegryzania) i do roboty.

Po bardzo lakonicznym przedstawieniu historii mennicy i systemu monetarnego Królestwa Polskiego zaczyna się to, co najciekawsze. Autor zastrzega na wstępie, że ze względu na niewielki wolumen produkcji monet złotych, bilonowych i miedzianych, jego opis generalnie dotyczy bicia grubej monety srebrnej. Trochę nie moja działka, ale jak się szybko przekonałem, opis warto przeczytać. Nie będę tłumaczył całości (może kiedyś...), podzielę się tylko kilkoma ciekawostkami, z których, przyznaję, część mnie zaskoczyła.

Autor zastał mennicę mieszczącą się w trzech budynkach. W pierwszym mieściły się dwa warsztaty probiercze oraz dwa piece do topienia metali. W drugim wiele warsztatów, w tym walcownia, warsztat justowniczy, stanowisko wycinania krążków i opracowywania ich rantów, warsztat tokarski i ślusarski. Trzeci budynek mieścił kuźnię i warsztat wyrobu stempli.

Autor zwrócił uwagę na fakt, że Królestwo Polskie, nie posiada własnych kopalń metali szlachetnych, przez co pozbawione jest możliwości zaopatrywania Mennicy Warszawskiej w rodzime produkty. Złoto i srebro do przetworzenia na monety przekazywane było na dwa sposoby: niewielka część pochodziła od indywidualnych dostawców, cała reszta z Banku Polskiego, który przekazywał do mennicy także monety zagraniczne. Dziś może to sprawiać problemy podczas prób oceny autentyczności monet na podstawie badania ich składu!
Miedź do bicia monet miedzianych i do użytku, jako dodatek do stopów srebra sprowadzano z Rosji i Węgier.

Blachy walcowano na czterech urządzeniach walcowych. Trzy wyprodukowano w Królestwie Polskim, jedną w hucie Mała Panew na Górnym Śląsku (dziś Ozimek). Jakość blachy wychodzącej z walcarek była tak dobra, że prawie całkowicie eliminowała konieczność późniejszego justowania krążków. Pracownia justownicza prowadziła oczywiście kontrolę wagi krążków, które w razie potrzeby opiłowywano, ale w przypisie do tabeli pokazującej wynagrodzenie pracowników zaznaczono, że to, co określono jako płacę za justowanie w rzeczywistości jest płacą za obróbkę rantów krążków.

Krążki na monety 10 zł. i 5 zł. wycinano na trzech wycinarkach napędzanych maszyną parową. Krążki na niższe nominały wycinano na sześciu maszynach poruszanych siłą rąk ludzkich. 

Opracowywanie rantów wykonywano na czterech ręcznych maszynach. Podczas osiemnastu godzin pracy, jeden robotnik był w stanie obrobić 10.000 krążków na dziesięciozłotówki albo 8.000 krążków na dwuzłotówki lub 5.000 krążków złotówkowych. Warunki pracy nie były lekkie. Robotnicy pracowali od 6 rano do 7 wieczorem, a w razie potrzeby czas pracy wydłużano do 18 godzin. Wynagrodzenie wypłacano w soboty. Pracowniko zatrudnionym bezpośrednio przy produkcji monet płacono nie za czas pracy, tylko za wykonanie zadań. Przykład w tabeli.

Jak widać, za 100 grzywien prawidłowo wykonanych krążków na dziesięciogroszówki płacono 8 złotych  za przygotowanie krążków i 7 złotych za wybicie monet.

Pracownicy odlewni dostawali 3 złote za dniówkę, pozostali rzemieślnicy od 3 do 6 złotych zależnie od stanowiska.

Wszyscy pracownicy (do 136 osób) na stanowiskach robotniczych byli wolnymi ludźmi zatrudnianymi na kontraktach. Oprócz nich mennica zatrudniała pięciu urzędników: dyrektora, intendenta, mincmistrza, kontrolera i kasjera. Do tego dochodziła kancelaria zatrudniająca czterech pisarzy.

Monety tłoczono na czterech ręcznie poruszanych prasach balansowych. Jedna z nich służyła wyłącznie do tłoczenia grubej monety. Każdą napędzało  siedmiu ludzi, ósmy pracownik ręcznie podkładał krążki. Prasa wykonywała do 35 uderzeń na minutę!!! Cztery prasy podczas osiemnastogodzinnej dniówki były w stanie wybić do 30.000 dziesięciozłotówek, do 40.000 pięciozłotówek, do 50.000 dwuzłotówek i do 40.000 złotówek. 
Oprócz tego w mennicy przechowywano siedem starych, nieużywanych pras.

Stemple wykonywano ze stali "Фабрики Гундсмана". Nie jest jasne, czy chodzi o stal wykonaną metodą Huntsmana (stal tyglowa), czy o stal sprowadzaną z zakładów Huntsmana w Sheffield. 
Sprowadzana z Anglii stal z firmy Shrubs & Co. (сталь съ завода Шрубса и Ком. въ Англіи, tej firmy nie udało mi się zidentyfikować) nie sprawdziła się, stemple zużywały się zbyt szybko.

Stal sprowadzano w formie blach (a właściwie prętów) o długości 2 do 3 łokci (1 łokieć miał około 600 mm) i kwadratowym przekroju o boku 2 cali (około 51 mm). Pręty cięto na kawałki i po rozgrzaniu do czerwoności, obkuwano zgrubnie w celu uzyskania trzpienia o walcowym kształcie, zwracając uwagę, by powierzchnia na której miał się znaleźć rysunek stempla, nie była powierzchnią powstałą na przecięciu pręta. Powierzchnię tę polerowano proszkiem z dodatkiem opiłków miedzi, przy czym nadawano jej kształt lekko wypukły. Pod naciskiem prasy przy tłoczeniu stempla, powierzchnia przybierała płaski kształt.

Autor napisał, że na wypukłej w centralnej części powierzchni trzpienia odciskano w prasie herb w 2 lub 3 uderzeniach. Nie jest jasne, czy chodzi tylko o środkową część rewersu, czy o jego całość. Nie ma też mowy o odciskaniu popiersia cara - być może autor opisywał tylko to, co zobaczył, a widział tylko część procesu tworzenia stempla rewersu. 

Podczas tłoczenia stempli uszkodzeniu ulegało do 10% trzpieni. Wytłoczony stempel polerowano, dokonując przy okazji drobnych poprawek przy użyciu rylców. Szyjkę stempla obtaczano i polerowano. Następnym etapem było hartowanie, a po jego zakończeniu ponowne polerowanie powierzchni. Po zakończeniu tych czynności stemple były walcami o średnicy równej średnicy monety i dwukrotnie większej długości.

Autor opisał następnie, niestety w niejasny dla mnie sposób, jak stemple są mocowane w coś, co nazwał "Oben-patrona" i "Unter-patrona". Chyba chodzi o jakieś elementy służące do mocowania stempli w prasie. Może ktoś z Was będzie umiał to wyjaśnić.

Nie jest też dla mnie jasne, czy 4000 uderzeń wytrzymywał stempel, czy ta jego oprawa. 
Przeczytałem uważnie jeszcze raz - to stempel wytrzymywał do 4000 uderzeń.

Na koniec jeszcze jedna zagadkowa sprawa. Autor do opisu mennicy dołączył dane statystyczne o ilości srebra dostarczonego do mennicy w latach 1834-1836 oraz ilości wybitych monet, podkreślając, że podane liczby dotyczą całych lat z grudniem włącznie.

Przeliczyłem dane dla nominałów od 1 do 10 groszy na ilość monet, oczywiście pamiętając, że złotego polskiego liczono po 30 groszy. 
1 grosz
3 grosze
5 groszy
10 groszy
 

Zastanawiające są te różnice przy jednoczesnej, idealnej zgodności z danymi dyrektora Puscha w kilku przypadkach. Co do ilości monet podawanych przez Plagego w "Monety bite dla  Królestwa Polskiego w latach 1815—1864 i monety bite dla miasta Krakowa w roku 1835", Reprint — Warszawa 1972, to nie wiadomo skąd one  pochodziły. Nie ujawnił on z jakich żródeł korzystał. We wstępie do objaśnienia zamieszczonych przez niego tabel napisał tylko, że „Tabele te, oparte na danych menniczych z pierwszego źródła nie pozwalają jednak zapoznać się z liczbą monet wybijanych każdego roku. ... Mennica  zadawalała się jedynie rejestrowaniem: kiedy, ile i jakie rodzaje monet już wybitych wydano do obiegu” (podkreślenie moje).

Cóż więcej. Z pewnością w innych numerach Горнoго журналa znajduje się jeszcze więcej informacji dotyczących produkcji monet, w tym być może i polskich. Trwające właśnie długie zimowe wieczory to dobry pretekst do zagrzebania się w lekturze. Jak jeszcze coś ciekawego znajdę, podzielę się z Wami.


niedziela, 5 grudnia 2021

Internetowe fora numizmatyczne po dziesięciu latach

 Jak ten czas leci...

We wrześniu 2011 opublikowałem krótki, subiektywny ranking internetowych forów numizmatycznych. Zasugerowano mi wczoraj, że przydałaby się jego aktualizacja. Sugestia jak najbardziej słuszna, więc do dzieła.

Fora polskie - było:
Miejsce trzecie: e-numizmatyka
Miejsce drugie: Allegro
Miejsce pierwsze: TPZN

Jest?
Jak subiektywnie, to subiektywnie. Liczy się tylko TPZN. Uzasadnienie sprzed dekady jest nadal aktualne.
Działa jeszcze monetyforum.pl, ale ostatnio zaglądam tam coraz rzadziej. Powód? Popatrzcie na  zrzut ekranu wykonany dziś, 5 grudnia.

W interesujących mnie działach rzadko coś ciekawego się dzieje, o ile się dzieje. "Polska królewska" - cisza od 3 września, "Okres zaborów i II RP" - ostatni wpis z 27 listopada, "PRL i III RP przed denominacją" - głucho od 13 listopada. 

Oczywiście jest Facebook. Jako że konta tam nie mam, dostępne dla mnie są tylko profile publiczne, otwarte, czy jak to się tam nazywa. Śledzę kilka, oczywiście bez możliwości czynnego udziału w dyskusjach - profile oddziałów PZN, stronę Dariusza Marzęty, profil GNDM, "Portal Numizmatyczny" i kilka jeszcze. Wiem, że działają grupy zamknięte, choć nie bardzo rozumiem przyczyny ich zamykania się przed szerszą publicznością. Przypuszczam, że może chodzić o ochronę przed wścibskimi oczyma "życzliwych kibiców" i służb skarbowych, ale takie zamknięcie (jak większość) jest po prostu nieskuteczne. Każdy użytkownik FB bez większego trudu do takiej grupy dostać się może.


RESZTA ŚWIATA

było i jest (z małymi wyjątkami):
Miejsce siódme piąte: http://forums.collectors.com - nadal aktywne, nadal polecam
Miejsce szóste czwarte: http://www.lamoneta.it - jak wyżej
Miejsce piąte: http://zloty.su - zamarło chyba w 2016 i wisi w sieci bez zmian od tego czasu
Miejsce czwarte: http://www.coinpeople.com - dawno niczego ciekawego tam nie widziałem 
Miejsce trzecie: http://www.numismatikforum.de - OK!
Miejsce drugie: http://www.cointalk.com - OK!
Miejsce pierwsze: http://www.forumancientcoins.com - bez zmiany, nadal klasa sama dla siebie. 

Z siedmiu wspaniałych została piątka. Kolejności w niej nie zmieniam - FAC nadal jest The Best. Warto się zarejestrować by móc czytać i oglądać wszystko.
Szczególnie polecam zainteresowanie się projektem tam zainicjowanym, czyli NumisWiki

A skoro już jesteśmy przy internetowych źródłach numizmatycznej wiedzy, to odnotowałem ostatnio dwa wydarzenia. 

Pierwszym jest reaktywacja strony Stowarzyszenia Numizmatyków Profesjonalnych będąca oczywistą konsekwencją reaktywacji samego stowarzyszenia. Strona jeszcze troszkę "w budowie", nie można na przykład pobrać statutu ani archiwalnych numerów Przeglądu Numizmatycznego, ale jest nadzieja, że z czasem się to zmieni. 

Drugie wydarzenie to wydanie książki o początkach mennictwa czeskiego.

Rzecz może być interesująca również dla kolekcjonerów polskich monet średniowiecznych, bo zdarzały się wątpliwości i spory tyczące atrybucji pewnych monet. Polskie, czy czeskie?


Printfriendly