Google Website Translator Gadget

wtorek, 30 stycznia 2024

Wszystkie (?) barwy stycznia znajdziesz w Kołobrzegu.

Była biel śniegu, zieleń trawy (jak ostatnio w styczniu bywa), szarość morza i nieba. Złoconego słońcem piasku plaży nie widziałem, też jakiś taki buroszary był.

Atrakcji numizmatycznych kilka, owszem, zauważyłem. Ta nie dla mnie. 

Niedaleko od tego automatycznego sprzedawcy "monet" zauważyłem baner zapraszający na giełdę staroci.
W sobotę zajrzałem do środka. Monety były na dwu stoiskach. Na jednym było kilka srebrnych monet niemieckich (o ceny nie pytałem), na drugim monet było więcej. Klaser z PRL-em - w środku nic ciekawego, klaser z zagranicznym drobiazgiem i kilka tacek typu "grzebalnia". Wygrzebałem dwa miedziaki, w wykopkowym, ale przyzwoitym stanie - grosz polski z 1816 roku i pruski półgrosz z 1797 roku. Sprzedającvy po krótkich oględzinach podał cenę - po 60 zł za sztukę. Gdybym tych monet nie miał, może bym się skusił, bo prusak był, jak na ten nominał, dość ładny. W następną sobotę było identycznie, żadnych nowych sprzedawców, nic na stolikach nie przybyło (i chyba nie ubyło). Podobno w sezonie jest znacznie lepiej, giełda jest codziennie i sprzedawców znacznie więcej. Może kiedyś, jak trafi się okazja, to sprawdzę. 

Ze starego Kołobrzega niewiele zostało, W centrum przeważają budynki powojenne. Nic dziwnego, bo w Kołobrzegu Drugą Wojnę Światową przetrwało zaledwie kilkanaście procent budynków.  Przespacerowałem się kilka razy po mieście, bazylika mariacka robi duże wrażenie, ale zwiedzanie jest utrudnione ze względu na słabe oświetlenie wnętrza. Może gdyby pogoda była lepsza, słoneczna... Niepozorna baszta lontowa, jedyny istniejący fragment dawnych murów miejskich, ratusz projektu Karla Friedricha Schinkela, kilka odbudowanych kamienic, to prawie wszystko co zostało z dawnego miasta. W jednej z kamienic, pałacu rodziny von Braunschweig, mieści się główny oddział muzeum. 

Bilet ulgowy kosztuje 22 złote, jest ważny przez 7 dni. Na parterze są teraz dwie wystawy. Jedna przybliża realia okresu PRL (darowałem sobie, pamiętam jak było), druga zajęła mi trochę czasu, bo poświęcona jest metrologii. W końcu jak się pracowało w urzędzie miar, to trudno uznać temat za nieciekawy. Trochę staro się poczułem widząc w muzealnych gablotach przyrządy, jakimi kilka lat temu posługiwałem się codziennie. Jest tam też kilka eksponatów mogących zainteresować kolekcjonerów monet. Wagi pomagające w sprawdzaniu autentyczności monet II RP. Pomagających, bo kontrolujących tylko wagę monet. Jeśli fałszerz potrafił dopasować wagę swoich wyrobów do urzędowych ustaleń, możliwe było przeoczenie oszustwa.
Niemiecka waga szalkowa do złotych monet z odważnikami odpowiadającymi wadze popularnych nominałów.
W piwnicach mieści się wystawa stała pokazująca rozwój miasta od grodu w Budzistowie (wiek IX) aż po rozkwitający w XIX i XX w.  kurort. Jest sporo monet. Wrażenie robi skarb denarków kołobrzeskich z XIV / XV w. 
Monety niestety wyczyszczone do gołego metalu, większość z korozyjnymi dziurkami. Na monetach naniesiono tuszem numery inwentaryzacyjne. Nie podano, gdzie i kiedy ten skarb znaleziono.
 
Drugi skarb jest depozytem Muzeum Narodowego w Szczecinie. 
Są też na wystawie obiekty znalezione pod Kołobrzegiem, między innymi w Budzistowie, oraz na miejscu budowy ekspresówki S6.
Jak widzicie, opisy są czasem... powiedzmy ekscentryczne. 

Część monet ułożono pod lupami. 
Niewielka to pomoc dla zwiedzających. Wątpię by ktoś bez wiedzy i doświadczenia potrafił powiedzieć co jest na tym brakteacie. 

W jednej z ostatnich gablot pokazano kołobrzeskie banknoty i papiery wartościowe. 
Nie zauważyłem, by były na wystawie "banknoty" z napoleońskiego oblężenia miasta w 1807 roku.

Po wyjściu z muzeum zauważyłem niedaleko sklep z antykami. Pomyślałem, że to może ostatnia szansa, żeby coś jednak kupić do zbioru. Niestety. Było kilka srebrnych monet państw niemieckich z początku XX w. Ceny szalone. I było coś takiego. 

Łańcuch króla kurkowego, wyeksponowany na brązowym popiersiu. Cena łańcucha 4000 zł. Na tym nie znam i nie potrafię powiedzieć, czy to oryginał, czy jakaś fantazyjna kompozycja z monet i odznaczeń. 

I tyle na temat kołobrzeskich atrakcji historycznych i kolekcjonerskich. Nie odważyłem się na odwiedziny w gabinecie figur woskowych (Nowe postaci!) ani w oceanarium, które optymistycznie zaprasza do oglądania "żywych okazów". A cóż to by było za oceanarium z okazami nieżywymi? Do wejścia do muzeum minerałów w podziemiach latarni morskiej zniechęcił mnie kłębiący się przed wejściem tłumek seniorów z pobliskich sanatoriów. 

Za to zrobiłem ładnych parę kilometrów plażami i promenadą na wydmach. Mimo deszczu, wiatru i zimna. Ładnie było.

Teraz stoję przed poważnym wyzwaniem. Zakwalifikowałem się! 

Do zobaczenia 3 lutego!


środa, 3 stycznia 2024

Monety obiegowe 2023 - nakłady

Narodowy Bank Polski ujawnił nakłady obiegowych monet z rocznika 2023.

Strasznie tego dużo na pierwszy rzut oka, ale to tylko niecały miliard monet i niecałe czterysta milionów złotych. Główny Urząd Statystyczny podał, że na koniec czerwca 2023 ludność Polski liczyła 37 698 000 osób. Oznacza to, że w roku 2023 na jednego mieszkańca polski wybito troszkę ponad 26 monet o łącznym nominale około 10 złotych. Czyli jest możliwe, że każdy z nas ma szansę na komplet nominałów (8,88 zł.). 

Wartość zamówienia NBP na bicie monet obiegowych w roku 2024 znamy (podałem ją w poprzednim wpisie). Muszę poszukać, ile miało kosztować wybicie rocznika 2023.


sobota, 30 grudnia 2023

2023 - krótkie, subiektywne podsumowanie.

Zakończyłem przenosiny katalogu zbioru z Commence do OpenNumismat. Przy okazji uzupełniłem dane metrologiczne wielu monet, których kiedyś nie zdążyłem (nie chciało mi się) zważyć/zmierzyć oraz poprawiłem lub uzupełniłem ine dane (numery katalogowe, notowania, odnośniki do literatury). Zapisy wszystkich nowych nabytków obejmują szczegółowe dane o pochodzeniu. 

Zmodyfikowałem sobie jeden z szablonów "raportu". Rezultat - karta katalogowa: 


Teraz trzeba to tylko wydrukować dla wszystkich monet w zbiorze i wpiąć w rozsądnej kolejności w segregatory.

Do zbioru trafiły sześćdziesiąt dwie monety i jeden medal. Na jedną monetę jeszcze czekam. Najstarsza moneta, to samanidzki dirham - Nasr II Ibn Ahmad (301–331 AH/AD 913–942) przerobiony na ozdobę, według sprzedawcy znaleziony w Polsce w latach 60-tych XX w. 


Najnowsze, to piętnaście polskich monet obiegowych z lat 2021-2023 wyłowionych z obiegu. Większość ciekawszych egzemplarzy opisałem na blogu. 

Nadal udawało mi się coś upolować na Allegro, na eBay (Unia Europejska, żeby uniknąć problemówz cłem itp.) a nawet na FB, co wymaga gimnastyki, bo nie mam tam konta. Znacząca część nabytków, to zakupy na OneBid i Biddr. I te dwa źródła  zapewne będą dominować w roku przyszłym. Może tylko lekko zmodyfikuję taktykę.

Jak poinformowano, "monety powszechnego obiegu" w roku 2024 nadal będą bite w Warszawie. Zamówienie opiewa na kwotę 131.376.420,20 złotych. Ciekawe, co za tę kwotę nam wyprodukują. 


Blog - trzydzieści pięć wpisów (łącznie z tym) - o jeden więcej, niż w roku ubiegłym. Ostatni wpis w roku 2022 dotyczył słynnych już menniczych szelągów Jana Kazimierza z 1661 roku. Tak się składa, że temat odżył. Na styczniowej aukcji Heritage będzie szósty już egzemplarz. Ładnie podsumował to kol. Zdzicho 
Kto bogatemu zabroni...

A poza tym... ryby, grzyby, rower, jeziora, brydż itp. itd. 

Ogólnie, rok 2023 uważam za udany. Na rok 2024 czekam z nadzieją, że nie będzie gorszy.

Czego i Wam życzę.


środa, 13 grudnia 2023

Aukcje, aukcje...

 Zapisałem sobie kilka niedawno zakończonych licytacji. Nie tylko z OneBid. Z różnych powodów. 

Na początek Numimarket. 

I pomyśleć, że takie, a nawet lepsze sztuki, wrzucałem do pudełka z etykietką złom. Gdy zebrało się tego około kilograma, sprzedałem całość za 10 złotych...

To teraz trochę lepszy stan zachowania. 

Jak zwykle w przypadku tej firmy, zdjęcia przepalone, ale nie wątpię, że moneta na żywo wygląda bardzo dobrze. Jak zwykle w przypadku tej firmy, ważna jest nie moneta, tylko MAX NOTA. Odwaga płacącego 4641 PLN (w tym młotkowe) robi wrażenie. A przecież kilka dni  później, za stówkę więcej można było kupić... 
Jedziemy dalej. Allegro. 
Rozsądna moim zdaniem cena. Podobnie, jak w przypadku kolejnej monety u tego samego sprzedawcy. 
Wiem, że nie takie to rzadkie, jak się kiedyś przyjmowało. W moim archiwum to trzydziesty siódmy egzemplarz. Najpierw pojawił się na FB, ale nie było chętnych. 

Łącznie odnotowałem 38 egzemplarzy, czyli w/g klasyfikacji Kopickiego R5 (26 do 120 monet zachowanych z wybitego nakładu). Mimo radykalnej obniżki stopnia rzadkości, cena rozsądna, bo stan zachowania jest lepszy od przeciętnej dla tej monety. 

Również cena osiągnięta przez niewielką książeczkę (64 strony) Jacka Strzałkowskiego nie jest dla mnie dużym zaskoczeniem. 

Treść znakomita, nakład niewielki (500 sztuk). W sumie może cena nie tak bardzo zawyżona, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. A gdyby to był jeden ze stu oprawionych w papier czerpany, numerowanych egzemplarzy z autografem autora, to kto wie, czy tysiąc by wystarczył.

Ta z kolei rzadkość, rzadkością pozostaje. 

Mimo to, cena, jak dla mnie abstrakcyjna. Chociaż... Dziesięć lat temu za mój egzemplarz zapłaciłem 615 złotych.Też niemało.

Na koniec dwie aukcje troszkę starsze, bo z maja 2023. 

Rzadki wariant, pięknie zachowany, ale i tak cena dla mnie troszkę z kosmosu. Dobrze, że nie muszę kupować, bo mam od dawna i nie brzydszą.
Jak można pisać o monecie wybitej w nakładzie 20.240.000 sztuk, że to rzadki rocznik? Rzadki w tym stanie zachowania byłoby bliższe prawdy. Ale i tak uzyskana cena może zaskakiwać. Sztuki po gradingu chodzą powyżej 1000 złotych! 

Kto ma schowany woreczek?


poniedziałek, 11 grudnia 2023

"Kolekcjonerska" afera PRL.

 "Ojciec próbował w nas rozbudzić zainteresowanie przedmiotami, którymi handlował - mówi Krzysztof. - Wiedział, że mam systematyczną naturę, więc choć sam się numizmatyką nie interesował, zachęcił mnie do zbierania monet. Zaczynałem od przedwojennych: dwuzłotówki, pięciozłotówki, bo srebrne, miałem jakiś tam zaczątek, więc przyniósł mi kiedyś prezent: całą kolekcję srebrnych talarów, od Kazimierza Wielkiego począwszy, bardzo duży i ciekawy zbiór. Ze dwa, trzy kilo. poukładałem to sobie w pudełkach, zrobiłem ładną kolekcję, po czym któregoś dnia okazało się, że tych monet nie ma, wszystko zniknęło. Rodzice podejrzewali korepetytora, który uczył mnie angielskiego, bo nikt inny obcy u nas się nie kręcił. Szkoda, bo tam było, jak się okazało, trochę dobrych unikatów."

To jeden z nielicznych numizmatycznych fragmentów grubaśnej książki, którą przyniósł mi Święty (podobno) Mikołaj (podobno). 

Wczoraj skończyłem. Lektura trudna, przygnębiająca. Streszczać nie będę. W sieciowych archiwach Gazety Wyborczej (dodatek Ale Historia) można znaleźć artykuł z roku 2012 w miarę szczegółowo opisujący całą sprawę. 
Tony złota, miliony dolarów, setki, jeżeli nie tysiące, elementów z serwisu łabędziego, pasy kontuszowe, srebra, meble i obrazy, oryginalne albo i nie. Ale nie to, przynajmniej dla mnie,  jest najciekawsze w tej opowieści. Fascynujący jest za to obraz środowiska kolekcjonerów w czasach Bieruta, Gomułki i wczesnego Gierka.  

Książka Denehla to zbiór opowieści opowiedzianych przez jej bohaterów. Opowieści rodzinnych i zeznań składanych podczas śledztwa i przed sądami. Jak można się domyślać, opowieści niezawsze prawdziwych, bo albo pamięć zawodziła, albo trzeba było chronić skórę. 

Zacytowany fragment jest dobrą ilustracją: ułomności dziecięcych wspomnień, prawdziwości legend rodzinnych i, jak sam pamiętam, niewysokiej pozycji monet w kolekcjonerskiej hierarchii. O talarach Kazimierza Wielkiego nie tylko mnie nic nie wiadomo, ale takie "...dwa, trzy kilogramy..."  talarów, to musiałoby być co najmniej siedemdziesiąt niebylejakich monet. Tylko jak się ich stratą bardzo przejmować, jeśli codziennie obraca się dziesiątkami "kółek", czyli amerykańskich dwudziestodolarówek a za każdą z nich można wtedy było kupić kilka talarów. Dziś te proporcje się odwróciły. Z nielicznymi wyjątkami (np. ostatnie talary Poniatowskiego), za przyzwoicie zachowanego, polskiego talara trzeba dać kilka "kółek". 

Wczoraj przy kolacji obejrzałem (raczej odsłuchałem) filmową relację Damiana Marciniaka z oglądania gablot z "papierem" u Czapskich. Z ciekawością, choć banknoty i papiery wartościowe mało mnie interesują, bo zawsze dobrze się słucha rozmowy ludzi dobrych w swojej dziedzinie. Przy okazji wymiany zdań na temat rzadkości pewnych okazów i cen jakie osiągają na rynku, pan Damian powiedział coś bardzo ważnego. W skrócie - nie można liczyć na to, że kiedy wysokie ceny aukcyjne jakiegoś rzadkiego okazu spowodują wzrost jego podaży, to w rezultacie cena spadnie i będzie można kupić taniej coś bardzo rzadkiego. Pan Damian nie miał wątpliwości - fakt, wysokie ceny wyciągną dobry towar z sejfów, ale tak szybko, jak się na rynku pojawi, zniknie z niego przy pierwszym spadku notowań.

Firmy aukcyjne prześcigają się w zdobywaniu możliwie najlepszych okazów na planowane aukcje. Organizują objazdy po Polsce w nadziei, że pojawią się osoby zainteresowane wyceną swoich rarytasów albo ich sprzedażą. W każdym prawie katalogu nowych aukcji pokazywane są  rzadkości, których od lat nie widziano na rynku i za każdym razem pojawiają się pytania - skąd oni to wytrzasnęli? Bywa różnie, ale jakoś nie mam wątpliwości, że te najlepsze, najrzadsze, najlepiej zachowane sztuki pochodzą z dobrych kolekcji. Niekoniecznie kolekcji gromadzonych przez obecnych ich właścicieli. I o tym też jest książka Denehla. W bardzo wielu opowieściach (i zeznaniach) jej bohaterów przewijają się historie z lat okupacji, z gett w Warszawie, Łodzi i innych miastach, z szabru na Ziemiach Odzyskanych. I to jest jeden z tych przygnębiających wątków. 

Przygnębiać może też, że nadal jest tak samo, jak w latach PRL, że kolekcjonerzy często bywają zawistni, chciwi, że chcąc coś kupić albo sprzedać nie wahają się przed mniejszym, lub większym oszukaństwem, że potrafią bezpardonowo wykorzystywać niewiedzę innych. 

Rok się kończy. Tracę nadzieję, że uda mi się jeszcze przed sylwestrem kupić coś ciekawego. Ostatni zakup, to kolejna niestety perforowana moneta. 

Lubelski trojak Zygmunta III z 1595 roku. Upolowany na francuskim eBay'u. Na krajowym rynku ostatnio brak sukcesów - albo rezygnuję na etapie zapoznawania się z ceną wywoławczą, albo jestem bezlitośnie przelicytowany. Z nadzieją patrzę w rok przyszły. 

wtorek, 28 listopada 2023

Junk silver

JUNK SILVER - poproszono mnie, żebym napisał coś na ten temat. Jakieś wyjaśnienia, może porady. Długo się nad tym zastanawiałem, bo nie traktuję kolekcjonowania, jako formy inwestycji i co za tym idzie, moje doświadczenie w tym zakresie jest praktycznie zerowe. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wartość kolekcji rośnie z czasem, ale podejmując decyzję o zakupie czegoś do zbioru, nigdy nie brałem pod uwagę możliwości potencjalnego zarobku. Z ciekawości wrzuciłem w wyszukiwarkę "junk silver" i po obejrzeniu kilku(nastu?) filmików z "unboxingiem" i z analizami opłacalności inwestowania w srebro monetarne, oraz przejrzeniu ofert "śmieciowego srebra" na naszym, polskim rynku, zdecydowałem się spełnić prośbę p. Jacka (pozdrowienia!).

Zacznijmy od wyjaśnienia. Junk silver, czyli śmieciowe srebro, to srebrne monety obiegowe, generalnie w stanach zachowania nie tolerowanych przez kolekcjonerów monet. Nie ma mowy o żadnych MS, a jak już trafi się coś bliżej stanu menniczego, to będzą to z reguły monety nieatrakcyjne, niepopularne wśród kolekcjonerów. Z reguły są to monety w stanie zachowania co najwyżej trzecim, 

Teoretycznie, ma to być inwestycja w szlachetny metal i to inwestycja długoterminowa. I tu mamy problem. 

Po skoku na poziom około 4 złotych za gram w początku drugiej dekady XXI wieku, w połowie dekady cena spadła o połowę, a na początku dekady trzeciej skoczyła na poziom 3 złotych, na którym pozostaje do dziś. Mowa oczywiście o gramie czystego srebra, a nie gramie monety! Jak widzicie, rezygnacja z lokaty bankowej na rzecz srebra to decyzja ryzykowna. Skąd więc pomysł na "silvet stacking"? Moda na gromadzenie junk silver to może nie pomysł amerykański, ale bardzo popularny za oceanem. Powód jest prosty - w USA srebrne monety są obecne w obiegu do dziś. Oczywiście jest ich coraz mniej, ale fakt, że można mieć za pół dolara 11,5-gramową monetę ze srebra póby 0,400 przemawia do wyobraźni. 
Taka półdolarówka, to 4,6 grama czystego srebra warte po dzisiejszym kursie około 3,6 dolara!

W Europie nie mamy już srebrnych monet obiegowych, ale były w obiegu długo (Niemcy, Francja, Szwajcaria, Skandynawia, Włochy). Mnóstwo z nich przetrwało w domowych schowkach i magazynach firm. Nie wszystko przetopiono na łańcuszki. Teraz monety te oferuje się jako alternatywę innych form inwestowania, przedstawiając zalety:  

Posiadanie srebra ma zabezpieczyć przed inflacją. Teoretycznie metale szlachetne, w tym oczywiście i srebro, mają tendencję do utrzymywania swojej wartości w czasie, co czyni je skutecznym zabezpieczeniem przed inflacją. 

Kolejnym atutem ma być magiczne słowo - dywersyfikacja. Pamiętacie? Nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka. Podobno rynek metali szlachetnych nie zawsze podąża za akcjami i obligacjami, dzięki czemu może zapewnić pewien poziom bezpieczeństwa podczas spadków na rynku.

Ważna dla przeciętnego zjadacza chleba jest przystępność cenowa srebra. Kilogram kosztuje 3 tysiące złotych. Kilogram złota, to już prawie 260 tysięcy. 

Namacalność - w przeciwieństwie do aktywów cyfrowych lub akcji, srebro jest czymś dotykalnym, czymś co można trzymać w ręku. To daje wielu inwestorom poczucie bezpieczeństwa i kontroli.

I ostatnia deska ratunku - popyt ze strony przemysłu. Srebro ma liczne zastosowania przemysłowe, od elektroniki po medycynę. Ten ciągły popyt może z czasem wspierać wartość srebra.

Rzadziej mówi się o wadach, a przecież ich nie brakuje. 

Fizyczne srebro wymaga bezpiecznego przechowywania. Może to być sejf w domu lub wynajęta skrytka depozytowa, co może zwiększyć koszty i złożoność inwestycji.

Szybka sprzedaż dużych ilości srebra może stanowić wyzwanie, choćby ze względu na konieczność  fizycznego transportu.

Wahania ceny w czasie. To może zniechęcać, wręcz denerwować inwestorów obserwujących utratę wartości rynkowej i niepewność powodzenia inwestycji. 

Brak dochodu pasywnego - tu nie ma mowy o odsetkach albo dywidendach. Dochód z inwestycji zależy wyłącznie od wzrostu wartości i może być osiągnięty wyłącznie poprzez sprzedaż. 

Po obejrzeniu tych YouTubowych filmików, analiz i porad jestem przekonany, że poważnych inwestorów gromadzących dziesiątki i setki kilogramów zdezaktualizowanych srebrnych monet jest garstka. Wszyscy, których obejrzałem i wysłuchałem, to moim zdaniem spekulanci wykorzystujący krótkoterminowe wahania ceny metalu. 

Junk Silver w polskim wydaniu, to rozbój w biały dzień. 

1900 zł za kilogram srebra próby 0,400 oznacza, że za kilogram czystego srebra zapłacimy 4750 złotych. A przecież dzisiejsza cena, to 3150 zł!

Na eBay nie jest lepiej.

Za kilogram srebrnych monet trzeba zapłacić troszkę mniej, niż za kilogram czystego srebra. A przecież te monety to nie czyste srebro. 

Można oczywiście liczyć na to, że w takim kilogramie trafi się jakaś rzadszy rocznik, droższa odmiana. Przypuszczam, że szanse na taką premię są bardzo niewielkie. Poza tym, ten stan zachowania!

Jeśli już ktoś z Was chciałby zdywersyfikować swoje oszczędności i zainwestować w "śmieciowe srebro", to trzeba poszukać uczciwych sprzedawców, którzy oferują taki towar po cenie spot + marża (spot, czyli aktualna na teraz cena czystego srebra/złota/diamentów). U takiego sprzedawcy kupując kilogram srebra otrzymamy zwykle około 1,6 kilograma monet. Wbrew pozorom, są tacy sprzedawcy, nawet w Polsce.

I zdecydowanie unikajcie "okazji". Takie ogłoszenie, to na 100% oszustwo.  

44 srebrne monety czechosłowackie. Przedwojenne miały próbę 0,700, powojenne 0,500. Nawet gdyby wszystkie były próby 0,500, to cena 300 zł/kilogram oznacza zakup czystego srebra po cenie 1200 zł za kilogram. Niemożliwe. Na dodatek brak opcji "kup z przesyłką OLX", która nie daje może 100% gwarancji, ale jeśli po odbiorze przesyłki nie potwierdzimy, że wszystko jest OK, sprzedający nie dostanie naszych pieniędzy.

Panie Jacku. Decyzja należy do Pana.


wtorek, 21 listopada 2023

Koniec strajku.

 Żartowałem. Nie, że koniec, tylko że strajkowałem.

Po prostu, na jakiś czas monety zeszły na dalszy plan, może drugi, może trzeci. Bywa. Teraz wróciły. Z przytupem, bo kupiłem sobie 7 kilogramów.

I znów nie będzie czasu na bloga, bo trzeba to przejrzeć, wybrać co zostaje i pozbyć się reszty. 

Dziś o montetach to prawie wszystko, bo chcę pochwalić się książką, którą zdobyłem. 

Egzemplarz podniszczony, ale nie byle jaki, bo z autografem tłumacza. 
O monetach w treści niewiele ciekawego, przynajmniej dla kolekcjonera, bo to dziełko natury ekonomicznej, nie numizmatycznej. Niewiele, nie znaczy nic. 
Jest trochę uwag o pieniądzu kruszczowym i papierowym i wzajemnym ich stosunku. Są przykłady i próby wyjaśnienia dlaczego w niektórych państwach wprowadzenie banknotów doprowadziło do krachu, a w innych zdarza się, że papier chętniej przymuje się od srebra i złota.

W sumie jednak, tym co zdecydowało o kupnie tej książeczki jest nie autograf, nie treść, a lista subskrybentów, osób i instytucji, które sfinansowały jej wydanie. 

Nie wiem, czy Stronczyński, to TEN Stronczyński, ale "Nowossiilzoff" to na pewno ten z III części Dziadów. Kronenberg nie podał ani imienia, ani miejscowości, ani swojego zajęcia. Nie musiał, przecież wszyscy wiedzą, kto to Kronenberg.

"Strajkując", nie ograniczałem się do "numizmatyki siłowej", jak to nazywa kolega. Kupowałem też pojedyncze monety. Jedna z nich przyszła w takiej kopercie. 
Adres był - nie jestem tak znany, jak Kronenberg - ale na wszelki wypadek usunąłem go ze skanu. Francja jest w strefie euro i na kopercie są znaczki nominowane w euro, ale nadawca nalepił też stare znaczki o nominałach we frankach. Francuska poczta potraktowała je nie jak dodatkowe nalepki, tylko przykładnie skasowała. Najważniejsze, że list doszedł razem z zawartością. Niestety zdarzył mi się też przykry przypadek. Kupiłem, tanio jak widać, pięciofenigówkę 1918 ze zdwojeniem na awersie i to takim zdwojeniem, którego wcześniej nie widziałem i nie ma go w moim katalogu.
Koperta dotarła, ale w tekturce, która była w środku nie było w zaznaczonym miejscu monety. W innych miejscach też. Reklamacja zajęła trochę czasu, pieniądze odzyskałem, ale monety żal.
Jakby ktoś z Was się natknął
chętnie odkupię.

I jeszcze jeden drobiazg. Gdyby ktoś z Was rozglądał się za pomysłem na biznes... 
Jest szansa, że klienci się znajdą, bo licytujący na aukcjach żywo reagują na proweniencję monet.

czwartek, 19 października 2023

WFP ?

Ostatnio, najczęściej wygląda to tak: 

Przynajmniej na aukcjach krajowych. Na zagranicznych mam więcej szczęścia. Albo ceny są mniej szalone. 

Tę monetę kupiłem za 5 euro + młotek + przesyłka. 

Opisana była tak: 
Dlaczego strona z popiersiem władcy ma być rewersem? Nieważne. Sama moneta była najmniej ważna w momencie podejmowania decyzji o jej licytowaniu. Decydowała kontrmarka. 

Jej interpretację, jako litery WFP od razu uznałem za błędną. Przypuszczałem, że to litery W i P rozdzielone herbem. Albo Pilawą, albo Prusem. Widać to już na zdjęciach aukcyjnych, a kiedy moneta do mnie dotarła, nie było już żadnych wątpliwości. To nie F.

W moich notatkach nie miałem nic to takiej kontrmarce, zapytałem więc kogoś, kto jak przypuszczałem, powinien więcej wiedzieć. Pan Robert Gorzkowski nie zawiódł, odpowiadając  prawie natychmiast "Punca Wincentego Potockiego popularna i znana" i przysyłając zdjęcia okazów ze swojej kolekcji - szóstaka Jana III i grosza Augusta III. Moje przypuszczenia okazały się więc prawidłowe. To nie F tylko Pilawa. 

Następnym krokiem było oczywiście poszukiwanie informacji o Wincentym Potockim. Nie mam książki p. Gorzkowskiego "Pokwitowania i płacidła, powinności pańszczyźniane, praca ustawowa i najemna, szarwarki, czynsze- mające związek z dworem i wsią", ale mam "Reminiscencje numizmatyczne - materiały z sympozjów numizmatycznych w Praszce oraz spotkań miłośników pieniądza zastępczego w Bardzie". Jest w niej artykuł R. Gorzkowskiego "Pokwitowania i płacidła w formie punc umieszczanych na wytartych monetach", a w nim zdjęcie puncy Potockiego na miedzianym groszu Augusta. Jest też informacja o wzmiance o monetach Wincentego Potockiego opublikowanej w 1894 roku w WNA przez Ignacego Żegotę Pauli. Nie mam dostępu do tego numeru WNA, ale Gorzkowski podaje, że Źródłem informacji był Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich. 

Monet Potockiego nie znamy, chodziło więc na pewno o te właśnie kontrmarki. 

"Pilawa" i "Potocki" bardzo często pojawiają się w opisach aukcyjnych rzadkich i cennych monet. 

Monety te pochodzą z kolekcji, której ostatnimi właścicielami byli namiestnik Galicji, hrabia Andrzej Potocki (1861–1908) i jego syn Adam (1896–1966). Umieszczana na nich Pilawa nie jest kontrmarką, tylko znakiem własnościowym, takim jak C z Leliwą na monetach z kolekcji Czapskiego. Wspaniałą kolekcję Potockich zapoczątkował nie kto inny, jak Wincenty Potocki. Kolekcjonował zresztą nie tylko monety. Miał wspaniały księgozbiór, wiele obrazów, w tym przypisywanych Rembrandtowi i Tycjanowi, kolekcję marmurów (rzeźb), porcelany itp.

W spadku po ojcu otrzymał Wincenty: Brody, Zbaraż, dwa pałace w Warszawie i liczne posiadłości na Podolu, Ziemi Kijowskiej i Winnickiej, a także folwarki pod Lwowem. Majątek wyceniano na przeszło dziesięć milionów złotych. Po śmierci bezdzietnego brata Franciszka  doszedł do tego klucz majątków na bracławszczyźnie i 700 tys. złotych. Pasja kolekcjonerska i zamiłowanie do wystawnego trybu życia doprowadziły Wincentego Potockiego na skraj bankructwa. Na swoje zakupy Potocki zaciągał pożyczki u holenderskich bankierów. Zwlekał ze spłatami, więc odsetki rosły, szybko doprowadzając zadłużenie do czterech milionów złotych. Musiał zacząć stopniowo sprzedawać swoje posiadłości i zbiory. Tak stało się i z kolekcją numizmatyczną, ale ta na szczęście trafiła w ręce innych członków rodu i nie tylko przetrwała, ale została rozbudowana.

Nie mam w zbiorze żadnej monety z kolekcji Potockich, ale mam od kilku dni monetę z "prywatnej mennicy we wsi Kowalówka w Bracławskim". 


Printfriendly