Google Website Translator Gadget

wtorek, 1 października 2013

Problem z głowy?

Od maja mniej więcej próbowałem rozwiązać problem, który opisałem 10 czerwca.

Pisałem na Berdyczów, znaczy do Allegro, pisałem do Snipa, przekopałem się przez kilkadziesiąt stron opisujących sposoby radzenia sobie z dziwacznymi sposobami uwierzytelnień i nic.

Postanowiłem sprawdzić, jak radzi sobie konkurencja i - odpukać - wydaje mi się, że znalazłem taką, która sobie z problemem radzi.
program do Allegro eBay
wygrywanie aukcji w końcówce


Nie ukrywam, że jeśli zarejestrujecie się wchodząc z mojej strony, coś z tego dla mnie skapnie.

Przez testowy miesiąc komunikat "inny błąd" nie zdarzył się ani raz, a testowałem intensywnie.

Między innymi trafiłem
za 12,51 (z przesyłką).
Oby tak dalej.


poniedziałek, 30 września 2013

Wygoń węża z kieszeni!

8 maja 1840 roku dyrekcja warszawskiej mennicy dostała polecenie przygotowania projektu monet jednogroszowych o zmienionym wyglądzie.

15 czerwca tegoż roku, do Komisji Finansów wpływa odpowiedź z Warszawy.

Dyrekcja informuje, że podstawą nowego projektu jest chęć uniemożliwienia przeróbek groszy na dziesięciogroszówki, łatwych ze względu na podobieństwo wielkości i rysunku stempli tych nominałów.
Dla odróżnienia groszy od dziesiątek zaproponowano podawanie nominały słownie oraz usunięcie wieńca okalającego nominał i datę na rewersie. Dyrekcja zaproponowała również, by w przypadku zaakceptowania nowego wzoru, wycofać z obiegu stare grosze i przebić je na nowe.

Zjawisko przerabiania groszy na dziesięciogroszówki musiało więc być częste.Mimo to, przez wiele, wiele lat ani nie zdobyłem, ani nawet nie widziałem takiej przeróbki. Do ubiegłego tygodnia.
Na Allegro pojawiła się aukcja 10 Groszy 1838 r MIEDZIAK-DESTRUKT
To nie destrukt!

To właśnie przeróbka, która tak dawała się we znaki instytucjom finansowym Królestwa Polskiego. Być może po przeróbce moneta była jeszcze pobielona - pokryta warstewką srebra albo jasnego metalu udającego srebro.

Zobaczyłem i od razu zastawiłem pułapkę. Sprzedawca napisał co prawda 
"Jest to moneta nie spotykana, znawcy cos na ten temat wiedza." 
ale dalszy opis: 
"Literka Y jest nizej ,10-ka nie rowno wybita, brak wybicia litery "W"." 
świadczy raczej, że sam nie zdawał sobie sprawy z tego co sprzedaje. 
Jedno tylko się w opisie zgadza: "Prawdziwy rarytas".
Mimo to, coś mnie podkusiło żeby ustawić bardzo ostrożny limit. Za bardzo ostrożny. Wynik skąpstwa łatwy do przewidzenia - przegrałem.
Następnym razem będę mniej ostrożny.

Szklaneczką Glenfiddich zamiast uczcić zwycięstwo, złagodziłem gorycz porażki.

A późnym wieczorem dotarła do mnie taka miła wiadomość:

Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie
ul. Piłsudskiego 12,
Sala audiowizualna wtorki, godz. 18.00

01 października
Anda Jaworucka-Drath, Banknoty z nadrukami w kolekcji MNK

15 października
Jacek Budyn, Koczownicy u bram – nomadzi w numizmatyce

05 listopada
dr Jerzy Ciecieląg, Antyczne monety żydowskie w służbie propagandy

19 listopada
Mateusz Woźniak, Unikatowe monety polskiego średniowiecza

03 grudnia
dr Marcin Biborski, Monety w konserwacji

17 grudnia
dr hab. Jarosław Bodzek, Król na monecie – numizmatyczne portrety władców
hellenistycznych

07 stycznia
dr hab. Sławomir Sprawski, Moneta w badaniach wczesnych dziejów Tesalii i
Macedonii

14 stycznia
Anna Bochnak, Warsztat numizmatyczny hrabiego Czapskiego

Kilka terminów w kalendarzu już zarezerwowałem.

sobota, 28 września 2013

Wystarczy chcieć?

Tydzień temu spędziłem kilka godzin w muzeum Czapskich. Metodycznie, sala po sali, gablota po gablocie, oglądałem, podziwiałem. Tym razem w spokoju, bez tłumu gości zaproszonych na uroczyste otwarcie, ale nie w samotności. Muzeum oprócz mnie zwiedzało jeszcze kilka osób, w większości w parach. Mieszanych. Panowie pokazywali swoim towarzyszkom co ciekawsze okazy i cierpliwie tłumaczyli powody, dla których te czasem niepozorne numizmaty, są ważniejsze od innych.

Zauważyłem dwie prawidłowości. Panie najwięcej czasu spędzały przed wielką gablotą z medalami i wszystkie, czasem głośno, zachwycały się...
rękopisami Hrabiego. Najpierw pojedynczymi kartami umieszczonymi w gablotach razem z monetami, których dotyczyły. Później, w osobnej salce, rękopiśmiennym katalogiem.

Monety, medale może kupić każdy. To tylko kwestia czasu i pieniędzy. Niemałych, to prawda, ale tylko pieniędzy. Opracowanie zgromadzonej kolekcji, jej rzetelne skatalogowanie to już inna bajka. Niewątpliwie wymaga to czasu, mnóstwa czasu, jeśli kolekcja liczy wiele tysięcy obiektów. Ale dysponując nawet stuleciami, nie zrobi się nic nie mając do tego chęci, nie czując wewnętrznego przymusu. Czy ktoś nakazał tę pracę Czapskiemu? Czy ktoś go z niej rozliczał? Nie. On tak po porostu miał.
karta z katalogu kartkowego Emeryka Hutten-Czapskiego
skan z broszury edukacyjnej wydanej przez muzeum

Karty miedziaków są nie mniej precyzyjne od kart medali i portugałów. Na kartach monet średniowiecznych Hrabia pieczołowicie odtwarzał krój liter legend. Wszystkie osoby zatrzymujące się na dłużej w gabinecie Czapskiego miały jeden komentarz - to niewiarygodne!

W sali z monetami antycznymi w opisach wielu monet powtarza się zdanie: "Dar Karola Halamy". O kim mowa?
O panu naczelniku urzędu pocztowego z Żywcu, który już po drugiej wojnie światowej, w roku 1946 przekazał krakowskiemu Muzeum Narodowemu 2574 monety starożytne, w tym 858 greckich, 108 Republiki Rzymskiej, 1541 rzymskich okresu Cesarstwa oraz 67 bizantyńskich - z małym wyjątkiem  brązowych i srebrnych oraz 150 tomów literatury numizmatycznej. Do dziś dar Karola Halamy stanowi około jednej trzeciej całej kolekcji antycznych monet MNK.
Pan naczelnik był od  1891 roku członkiem Wiedeńskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Kilkanaście lat później ok. 1909 roku zapisał się do Krakowskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Publikował, korespondował, budował kolekcję, urządzał w swoim domu wystawy monet dostępne dla publiczności. Kierował żywiecką pocztą, był członkiem Rady Miejskiej w Żywcu, pracował w Komisjach Rewizyjnych, Zarządzie Miasta, w Wydziale Powiatowym i w Komunalnej Kasie Oszczędności i prowadził, jak byśmy dziś powiedzieli, działalność charytatywną. Czy ktoś mu kazał? Ktoś go z tego rozliczał?
Podczas wojny uchronił kolekcję przed rabunkiem i rozproszeniem. Po wojnie zrealizował swój zamiar jeszcze z 1939 roku - darował kolekcję Muzeum Narodowemu.

Sprawdziłem i sam w to nie mogę uwierzyć. W dwustu pięciu postach, które do tej pory opublikowałem ani raz nie pojawiło się nazwisko Boratini. Tak dalej być nie może. Kiedyś napiszę o nim coś więcej, dziś coś w rodzaju kalendarium.

Urodził się przed rokiem 1620, prawdopodobnie w 1617.
W roku 1637, jako "doktor z Wenecji" udał się w naukową podróż do Egiptu. Dwudziestolatek!
Do 1641 roku badał zjawisko wylewów Nilu, wykonał pomiary zabytków egipskich próbując odtworzyć starożytny system miar, ustalił i zapisał współrzędne odwiedzanych zabytków (nie miał GPS).
Po wyjeździe z Egiptu pojawił się w Polsce, ale wkrótce, w 1645 r. ją opuścił udając się przez Węgry do Włoch. Na Węgrzech obrabowano go z cennych egipskich notatek i rękopisu pracy poświęconej udoskonaleniu wagi hydrostatycznej wynalezionej przez Gallileusza. Zwiększenie dokładności tej wagi pozwoliło Boratiniemu na dokładne zmierzenie ciężaru właściwego różnych substancji. W tym samym czasie rozpoczął opracowywanie jednolitego systemu miar. Zajęło mu to około trzydziestu lat. A w międzyczasie?
W 1648 r. wrócił do Polski.
W 1650-tym pojechał do Paryża szukając sponsora dla sfinansowania machiny latającej zdolnej unieść w powietrze człowieka. Miał "tylko" model, w którym mógł latać kot. Nie wyszło, ale z Francji wrócił wzbogacony o umiejętności wykonywania miedziorytów.
1651 - sprowadzał z Wenecji soczewki dla Heweliusza. Sam nauczył się je wytwarzać trochę później i osiągnął w tym wielką biegłość. Zbudował obserwatorium astronomiczne i  jako pierwszy zaobserwował plamy na Wenus.
1652 - pracuje jako architekt w Warszawie (Pałac Kazimierzowski, zamek Ujazdowski) i uzyskuje dzierżawę olbory olkuskiej - podatku płaconego w naturze przez olkuskich gwarków.
1654 - udaje się z misją dyplomatyczną do Toskanii równocześnie wykorzystując wyjazd do uzupełnienia wiedzy.
1657 - wraca do Polski, razem z bratem bierze czynny udział w wojnie ze Szwecją.
1658 - obejmuje kierownictwo mennicy krakowskiej (do roku 1661). Ponownie otrzyma ją w 1667 w zarząd na dwa lata razem z mennicą bydgoską. W tym samym roku występuje z projektem emisji miedzianych szelągów.
1659 - tworzy mennicę w Ujazdowie przeznaczoną do miedzianej produkcji szelężnej (do roku 1665). Boratynki bije też w Krakowie.
1660 - osiada na stałe w Polsce, kupuje majątek w Sulgostowie pod Opocznem. Prawdopodobnie jeszcze w tym samym roku organizuje mennicę miedzianą w Brześciu Litewskim.
1662 - podróż do Włoch.
1664 - obejmuje mennicę litewską w Wilnie.
1666 -  buduje most na Wiśle (i bierze go w dzierżawę).
1668 - po zamknięciu mennic angażuje się w politykę, nieskutecznie próbując doprowadzić do  elekcji Kondeusza. Królem zostaje Michał Korybut.
1675 - publikuje dzieło o mierze uniwersalnej. 
1678 - otrzymuje ponownie zarząd mennicy krakowskiej.
1681 (lub 1682) - Tytus Liwiusz Boratini umiera, ale jego spadkobiercy nadal biją w Krakowie monety z jego inicjałami (aż do 1687 r.)


Jako fizyk (z wykształcenia) i metrolog (z zawodu), nie mogę nie wspomnieć raz jeszcze o traktacie Misura universale. Opisał w nim sposób ustanowienia ujednoliconych, odtwarzalnych jednostek miary długości i ciężaru. Jednostką długości miał być metr (tak, ta nazwa to pomysł Boratiniego) będący długością wahadła wykonującego jedno wahnięcie na sekundę. Sześcian o boku równym jednej szesnastej metra napełniony wodą (Boratini podał dokładny przepis dotyczący sposobu pobierania wody w tym celu - deszczówka zbierana w określonych warunkach) miał być jednostka ciężaru.
Winieta karty tytułowej Misura universale
miedzioryt wykonany prawdopodobnie przez Boratiniego.


Co jeszcze?
Takie tam "drobiazgi" - skonstruował wiatrak pompujący wodę, wynalazł mikrometr (przez niektórych nazywany mikromierzem), zaplanował sposób przeprowadzenia pomiaru długości południka ziemskiego metodą triangulacyjną.
W międzyczasie miał sześcioro dzieci.

Czasem mam wątpliwości, czy życiorysy takich osób potwierdzają tezę, że "wystarczy chcieć", czy dowodzą, że same chęci to za mało. Że potrzebne jest coś jeszcze. Iskra boża, odwaga, brak instynktu samozachowawczego? Pewne wydaje mi się jedno - "wystarczy być", to złe podejście do życia (choć czasem przyjemne).

czwartek, 19 września 2013

Rachunek ekonomiczny.

Odwieczne pytanie - "Czy to się opłaci?". Dobrze, jeśli zadaje się je PRZED zainwestowaniem albo założeniem firmy (pomińmy aktywności dla których pytanie to nie ma najmniejszego sensu - na przykład "Chcę zacząć zbierać monety, ale czy to mi się opłaci?").

Mam w zbiorze pięciogroszówkę z 1923 roku. O, taką:
Nie. To nie jest to słynne brązowe yeti polskiej numizmatyki. Chociaż...
Nie wiem, z jakiego metalu jest moja moneta. Kupiłem ją w 2011 r. na Allegro za całe czternaście złotych. Aukcja nr 1446157564 - Rzeczpospolita Polska  5 Groszy 1923r SKRĘTKA !!!
Skrętki monet II RP są rzadkie więc się skusiłem. Nędzny stan zachowania odstraszył konkurencję - wygrałem.
Moneta ewidentnie z ziemi. Skręcenie stempli nie jest jej jedyną wadą "fabryczną".  Na awersie, na godz. ósmej jest jeszcze coś, co może przypominać pęknięcie stempla, ale nim nie jest. Ślady pęknięć stempli są wypukłe, a na monecie jest wgłębienie. Coś takiego może powstać wskutek pęknięcia krążka pod naciskiem stempla ale takie pęknięcia są widoczne po obu stronach monety. Albo...
Albo jest to wada odlewu. Po upuszczeniu na blat stołu monety z pęknięciem krążka słychać brzydki, tępy, szybko gasnący dźwięk. Moja piątka dźwięczy ładnie. Kupiłem falsyfikat. Odlewany falsyfikat na szkodę emitenta.
Ten eksponat znam niestety tylko ze zdjęcia.
Forma odlewnicza do przedwojennych pięciogroszówek
znaleziona przez "poszukiwacza skarbów" w 2004 r.


5 groszy na początku lat 20-tych. Co za to można było kupić? Czy mogło się opłacać fałszować tak mały nominał?
W roku 1926 koszty utrzymania przeciętnej rodziny robotniczej na Górnym Śląsku wynosiły około 250 zł miesięcznie czyli pięć tysięcy takich pięciogroszówek. Stawka godzinowa robotnika oscylowała wokół jednego złotego. Wątpię, by można było odlać w ciągu godziny dwadzieścia monet posługując się taką pojedynczą formą. Za wyborem tak niskiego nominału do fałszowania mogła przemawiać tylko łatwość wprowadzania drobnego bilonu do obiegu. Pewnie nikt się pięciogroszówkom specjalnie nie przyglądał.

Co innego takie monety

Te dwa falsyfikaty trafiły do mnie niedawno dzięki uprzejmości kolegi zza wschodniej granicy. Pięciozłotówka  została znaleziona gdzieś na przedmieściach Lwowa, dziesiątka na Wołyniu.
Pięć złotych 1933 - odlew z jasnego metalu, brak srebrzenia, średnica OK, ale za lekka o 1,47 g.
Dziesięć złotych 1932 - ślady srebrzenia na ciemnym metalu, średnica za mała o 1 mm, waga o zaniżona aż o 4,67 g.

Dziesięciozłotówki fałszowano często. Niższe nominały zresztą też. Fałszowanie znaków pieniężnych, w tym monet powodowało znaczne straty materialne i groziło podważeniem zaufania do państwa. W roku 1933 odnotowano aż 5507 przestępstw tego rodzaju. Kartoteka przestępców parających się tym procederem zawierała dane 1422 osób. Oczywiście dane te dotyczą również obcych znaków pieniężnych (J. Kurpiewski, Fałszerstwa monet i banknotów, Warszawa 1990).
Dla ułatwienia eliminowania fałszywych monet z obiegu rozpoczęto produkcję prostych wag nie wymagających stosowania odważników.


Waga umożliwiająca szybkie sprawdzenie monet o różnych nominałach.
WCN aukcja 26, lot 855

Fałszywe monety wycofywane z obiegu perforowano, zapewne w celu uniemożliwienia ich powtórnego wprowadzenia do obiegu.


Banki i policja kierowały fałszywe monety do ekspertyzy do Mennicy Państwowej w Warszawie. W sprawozdaniu mennicy z działalności w latach 1930-1934 znajdujemy takie zestawienie
W zestawieniu nie ujawniono ilości monet poddanych ekspertyzie, ale pokazano strukturę nominałów. Wyraźnie widać, że po wprowadzeniu nowego wzoru pięciozłotówek w roku 1932 nastąpił gwałtowny, stuprocentowy wzrost udziału tego nominału w ogólnej liczbie falsyfikatów. Duży był też udział dwuzłotówek - na pewno wpływ na to miała wielkość monety i fakt, że niższe nominały falsyfikatów łatwiej wprowadzały się w obieg.Nominałów niższych od 10 groszy zestawienie, jak widać nie uwzględnia. Musiał to być rzeczywiście margines działalności międzywojennych fałszerzy.To, że fałszywe monety obiegowe II Rzeczpospolitej są znajdowane na terenie dawnych kresów wschodnich nie powinno dziwić. Ziemie te stanowiły przecież większą część terytorium Polski. W roku 2006 w Mińsku wydano niewielką, ale niezwykle interesująca publikację pod ciut mylącym tytułem - "Historia jednej fałszywej monety". Wbrew tytułowi, publikacja nie jest poświęcona jednej monecie. To kompleksowe omówienie fałszerstw monet obiegowych II RP. Pretekstem istotnie była jedna fałszywa moneta - dwuzłotówka 1932 ze stopu ołowiowego wchodząca w skład niewielkiego skarbu polskiego srebra odkrytego w okolicach Kobrynia w latach 70-tych. Autor bardzo dokładnie opisał falsyfikat porównując go z oryginałem. Nawiasem mówiąc, to chyba jedyna publikacja, w której można znaleźć informację, że na oryginalnej dwuzłotówce z 1932 r. na rancie jest 130 karbów ułożonych co 0,53 mm!
Sinczuk podaje również szczegółowe informacje o sile nabywczej pieniądza i wysokości zarobków. Przykładowo, za dniówkę przy żniwach płacono do 5 złotych, przy wykopkach ziemniaków do 2 złotych (porównajcie to z zarobkami śląskiego robotnika!); za krowę trzeba było zapłacić około 100 zł. Na moim blogu również znajdziecie podobne informacje.
Sfałszowanie dwuzłotówki było z pewnością opłacalne, o wyższych nominałach nie wspominając.
W dalszej części publikacji można się zapoznać z technikami produkcji fałszywych monet, składem stopu, z którego wykonano omawiany falsyfikat
oraz analizę opłacalności procederu i opis działań organów państwa skierowanych przeciwko fałszerzom. Mnóstwo cytatów, odnośników do literatury fachowej, ekonomicznej, archiwalnych akt urzędowych i przepisów prawa.

Obowiązkowa lektura dla każdego ambitnego kolekcjonera monet II RP. Wielka szkoda, że nikt jak dotąd nie pokusił się o wydanie polskiego przekładu (o ile mi wiadomo).
 



poniedziałek, 9 września 2013

Cztery.

Jak się powie A, trzeba powiedzieć B. Jak się napisze o jedynce, dwójce, trójce, trzeba uhonorować następne cyfry.

Dziś szef kuchni poleca czwórkę.

Zacząć wypada od najsławniejszej, choć kontrowersyjnej czwórki.

Fragment rysunku grosza głogowskiego Zygmunta Starego;
ostatnia cyfra rocznika jest interpretowana jako 4 lub 8.

Cyfra ta wygląda, jak ósemka z otwartą górną częścią. Emeryk Hutten-Czapski uważał, że jest to czwórka - jest to zgodne z pisownią tej cyfry spotykaną w dokumentach z XV i początku XVI wieku.
Marian Gumowski twierdził, że jest to jednak ósemka i ten pogląd utrwalił się we współczesnej numizmatyce. Bardziej przemawia do mnie opinia Czapskiego, choćby ze względu na taką właśnie pisownię czwórki spotykaną w dokumentach i na monetach obcych. Czapski znał się na starych dokumentach. Oprócz numizmatów miał bogatą kolekcję starodruków.
Stronczyński wzmiankował też istnienie groszy głogowskich z rocznikiem 1505, co zdaje się potwierdzać, że pierwsza datowana polska moneta została wybita w roku 1504.

Kolejną monetę wybito kilka lat później
 Półgrosz litewski Zygmunta Starego z 1514 r.

Ta czwórka jest dla nas czytelna i jednoznaczna. A gdyby ją trochę obrócić...
i zaokrąglić? Czy nie wyglądała by podobnie do cyfry z grosza głogowskiego?

Syn Zygmunta I Starego wprowadził do obiegu nietypowy dla Polski nominał - czworaki, czyli cztery grosze w jednym kawałku. Nominał podawano na nich w notacji rzymskiej, ale nieco innej, niż ta, której uczono nas w szkole.
 Czwórka składa się z czterech pionowych kresek.

 Znana nam forma IV pojawia się trochę później. Na przykład unikatowych próbnych trojakach i szóstakach Władysława IV. Albo na szóstakach Jana III Sobowskiego z 1680 r.
A cóż robi czwórka na takim szóstaku?

Miała być szóstką, ale rytownik zapomniał, że moneta jest lustrzanym odbiciem stempla i odbił punce w złej kolejności.

We wpisie czwórce poświęconym nie może zabraknąć jednej z moich ulubionych monet. Mam na myśli nie konkretny egzemplarz, a gatunek monety - dziesięciogroszówkę z 1840 roku.
Na wszystkich jej odmianach czwórka wygląda tak
Nie tylko ja poczułem dreszczyk emocji, kiedy na eBay'u pojawiło sie coś takiego
Po krótkim namyśle uznałem, że to nie jest produkt warszawskiej mennicy. Podobnie zresztą orzekło wielu kolekcjonerów. Wszystko wskazuje na to, że ktoś postanowił zapolować na "myśliwych" polujących na odmiany XIX-wiecznych monet obiegowych.

Następna słynna czwórka na polskiej monecie pojawia się w roku 1934. Ta jest ozdobna, otwarta. Oczywiście chodzi o pięciogroszówkę.
Na pierwszy rzut oka wygląda wiarygodnie, ale potraktowana brutalnie, ostrym narzędziem, moneta odkrywa swój sekret

Osobno wytłoczona czwórka została wprasowana w monetę z innego rocznika (najprawdopodobniej 1938) z usuniętą cyfrą.
Na oryginalnych monetach szczyt korony sięga PRZED lewe zakończenie podstawy cyfry dziewięć. Nowsze falsyfikaty tej monety, tłoczone stemplami wykonanymi na bazie oryginalnego egzemplarza na szczęście są łatwe do zdemaskowania.

Otwarta czwórka pojawia się też na monetach PRL

Na obiegówkach III RP czwórka znów jest zamknięta. Tę jednogroszówkę wybito bez pierścienia utrzymującego krążek centralnie między stemplami.




czwartek, 29 sierpnia 2013

Mediateka.

W tym roku przed wakacjami czas przyspieszył. Zaplanowałem sobie kilka wyjazdów do Krakowa na wykłady powiązane z otwarciem Muzeum im. Czapskich ale jak to bywa - plany swoje, życie swoje. Otwarcia muzeum rzecz jasna przegapić nie mogłem. Na dni otwarte niestety pojechać już nie mogłem. Podobnie na dwa wykłady w tygodniu poprzedzającym otwarcie muzeum.

30 czerwca przepadły
godz. 14.00: Mateusz Woźniak, "Ekspozycja to nie wszystko!? Czyli co kryją magazyny Gabinetu Numizmatycznego" - wykład połączony z pokazem autentycznych obiektów
godz. 16.00: Anna Klisińska-Kopacz, Joanna Sobczyk, "Nowoczesne metody badania monet" - wykład połączony z pokazem autentycznych obiektów
Szkoda, ale może jakoś uda się to nadrobić, tak jak stało się to z innymi wykładami:
U początków mennictwa pomorskiego. Wykład prof. dr hab. Borysa Paszkiewicza
Numizmatyka podwodna, czyli o zatopionych skarbach. Wykład prof. dr hab. Stanisława Suchodolskiego
na które mimo najlepszych chęci pojechać nie mogłem.
Okazało się, że nie wszystko stracone.
Muzeum uruchomiło MEDIATEKĘ. Wśród zarchiwizowanych materiałów są obydwa interesujące mnie wykłady:
http://www.mediatekamnk.pl/obiekt.php?id=1457
http://www.mediatekamnk.pl/obiekt.php?id=1454
i wiele innych filmów. Nagrań, zdjęć i publikacji prasowych jeszcze nie ma, ale pewnie prędzej, czy później też będą dostępne. Oby jak najprędzej i jak najwięcej.
Do tej pory wykłady numizmatyczne organizowano w gmachu głównym Muzeum Narodowego w sali u samurajów. Teraz będą już "u siebie", w pałacyku Czapskich. Najbliższy w przyszłym tygodniu. Na stronie muzeum czytamy:
Wykłady w Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Zachęcamy do wzięcia udziału w wykładach połączonych z pokazem autentycznych obiektów w nowo otwartym oddziale MNK - Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego.
• 04.09.2013 (środa), Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego 
Kraków - ludzie, wydarzenia... - wykład połączony z pokazem autentycznych obiektów 
Prowadzenie: Danuta Krawczuk-Biernat 
Godz.: 12.00 
Wiek uczestników: dorośli
Cena: bilet wstępu na wystawę
Konieczna rezerwacja (liczba miejsc ograniczona): tel. 801 007 319, (12) 374 73 19
Niestety, ze względu na datę i porę dnia, nie mam szans na udział.

PS
Niepostrzeżenie licznik odwiedzin na moim blogu zaczął wyświetlać dwójkę na pierwszym miejscu.
Dziękuję i polecam się na przyszłość.



niedziela, 25 sierpnia 2013

W życiu trzeba sobie jakoś radzić

powiedział baca zawiązując buta dżdżownicą.
Dowcip choć mierny (dobrze, że lakoniczny) będzie mottem dzisiejszego wpisu.

Jana Kazimierza obrano  królem Rzeczypospolitej 20 listopada 1648 roku po śmierci starszego brata, Władysława. Pierwsze szóstaki z jego portretem wybito w roku 1650. Później nastąpiła przerwa i następne szóstaki króla Jana pojawiły się dopiero w 1656 r. Pierwsze dwa roczniki są rzadkie i ich rewersy nie przypominają tych późniejszych ale portret na awersach jest bezdyskusyjny i niewiele różniący się od portretu z późniejszych szóstaków, na przykład tego:
Szóstak Jana Kazimierza z 1667 r. z mennicy krakowskiej.

Krakowska mennica, która pozostawała zamknięta od roku 1650, została ponownie uruchomiona przez Szwedów w 1656 r. Bito w niej między innymi szóstaki z portretem Jana Kazimierza i legendami w żaden sposób nie wskazującymi na pozostawanie kraju pod szwedzką okupacją. Na dole rewersu umieszczono herb Wieniawa należący do Bogusława Leszczyńskiego, podskarbiego wielkiego koronnego. Gałązka z trójlistkiem i kwiat umieszczone nieco wyżej są znakami mennicy krakowskiej. Jak to się stało, że w tej samej mennicy i w tym samym roczniku wybito tę monetę?
W legendzie jest JOAN CAS czyli Jan Kazimierz ale co z portretem? Tak nagle się król postarzał? Zrezygnował z trefionej peruki? Poddał się operacji plastycznej? To przecież wypisz, wymaluj ojciec nieboszczyk, Zygmunt III Waza!
Nie wiemy dlaczego wykonawca stempla sięgnął po puncę sprzed trzydziestu lat. Czy to był przypadek, czy może zadziałała zasada - w życiu trzeba sobie radzić. Nie było pod ręką puncy z Janem Kazimierzem, zrobienie nowej zajęło by za dużo czasu więc sięgnięto do magazynu. Swoją drogą, po co trzymano tak długo nieaktualne narzędzie mennicze. Czyżby korzystano z niego pokątnie i za  Władysława IV? Tego się pewnie nie dowiemy.

Rytownicy stempli byli dobrymi fachowcami, przynajmniej w większości przypadków. Pamiętali też o konieczności pracy szybkiej i wydajnej. Kiedy jakieś narzędzie ulegało uszkodzeniu albo, jak mówią, diabeł je ogonem nakrył, radzili sobie inaczej używając tego, co było pod ręką.
Bydgoski majster, nie mając pod ręką puncy z gwiazdką, która stanowiła istotny fragment herbu Sas należącego do Mikołaja Daniłowicza
posłużył się puncą z kropką, używaną czasem jako przerywnik legendy.
Poradził sobie, nie wiem tylko, co o tym myślał podskarbi Daniłowicz.

Nie zawsze zastąpienie właściwej puncy jakąś inną było celowe. Czasem dochodziło do zwyczajnych pomyłek.
Na tym trojaku z mennicy krakowskiej dziwnie wygląda ostatnia cyfra rocznika.
Dlaczego zamiast zera użyto puncy z literą G (i to nie tej samej, która jest w dalszej części legendy), a nie posłużono się puncą z literą O? To tłumaczyć można tylko pomyłką.

Czas przejść do zapowiedzianej kilka dni temu niespodzianki.
Grosz Augusta III z mennicy w Gubinie z 1754 r. 

Pod herbami powinna być litera H, znak Fryderyka Ernesta Hertela. Zamiast niej są dwie litery I. Nie wykluczam, że to uszkodzona, pozbawiona poprzeczki litera H, ale oględziny monety pod mikroskopem skłaniają mnie jednak do przyjęcia, że to dwukrotnie odbite I. Skan niestety nie oddaje rzeczywistego wyglądu tego fragmentu monety.  
H się uszkodziło, albo zapodziało, sięgnięto więc po I, którego używano w legendzie awersu. Bo w życiu trzeba sobie radzić, a nie poddawać się bez walki.


środa, 21 sierpnia 2013

Breaking the rules albo Od świętej Anki ciepłe wieczory i ranki czyli krótkie sprawozdanie z urlopu.

Zapowiadało się troszkę nieciekawie. Pierwsze wieczory po przyjeździe na miejsce sugerowały raczej koniec sierpnia, niż pierwszą połowę lipca. Bez ciepłego swetra nie dało się na werandce posiedzieć dłużej, niż do dziewiątej. Tyle dobrze, że nie było komarów. W dzień było nieźle, ale woda w jeziorach była zimna, jak na początku czerwca.
Mówi się trudno, pływa się szybciej i już.

Po 26 lipca, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ociepliło się zdecydowanie. Można było siedzieć pod gwiazdami do północy bez żadnych dodatkowych okryć. O dziwo, komary nadal się nie pokazywały.
A widok z werandki był palce lizać. Na przykład po burzy

Pierwsze dwie zasady:
1. od świętej Anki zimne wieczory i ranki
2. nad jeziorami komary żyć nie dają
złamane, ale to nie ja je złamałem.

I bardzo dobrze, bo postanowiłem w tym roku zachowywać się bardzo przykładnie.
Najpierw dojazd. Samochodem, stosując się ściśle do ograniczeń, zakazów i nakazów. Łatwo nie było, bo fachmani ustawiający te wszystkie znaki przy drogach to geniuszami zdrowego rozsądku nie byli.
Nie wziąłem wykrywacza metalu - nie wolno szukać zabytków, to nie wolno.
Następne ograniczenia były jeszcze bardziej frustrujące
Mówi się trudno. Park narodowy, to park narodowy. Swoją drogą kwestię opłat za wstęp do parku rozwiązano kuriozalnie. Na drogach, którymi wchodzi się do parku ustawiono bramy, a przy nich potężne tablice z obszernym regulaminem. Napisano tam, że by wejść do parku trzeba wykupić bilet... "w wyznaczonych punktach" albo dokonując przelewu na konto. Gdzie te punkty i ile to kosztuje nie napisano, o numerze konta nie wspominając. Rzecz jasna park ogrodzony nie jest i można do niego wejść w miejscu dowolnym, niekoniecznie przez bramę, więc nie bardzo dziwi mnie brak kasjera przy bramie. Choć gdyby był, pewnie park by coś zarobił. Przez pięć tygodni nie miałem też szczęścia (?) spotkać w parku kogoś, kto by chciał mnie skontrolować, czy bilet wykupiłem.
A wystarczyło by napisać - chcesz wejść do parku, wyślij SMS o treści blablabla na numer blebleble. Koszt taki, a taki. I po kłopocie.
Gdyby ktoś nie wiedział, chodzi o Park Narodowy "Bory Tucholskie".

Przyrodę można podglądać i na obszarach niechronionych. Na przykład na werandce:
Ten pająk nie czai się w pajęczynie tylko poluje z zasadzki.

Zresztą grzybów i tak nie było. Pardon, były. Kurki. Do polędwiczki - w sam raz.

Kolejne ograniczenie w przeciwieństwie do poprzednich bardzo mi się podoba
Następne też
Dzięki niemu, biegając po charzykowskiej promenadzie nie musiałem się opędzać przed agresywnymi "milusińskimi". Zastanawiałem się tylko, czy słowo bezwzględnie ma charakteryzować zakaz, czy sposób jego realizacji.

Nie złamałem też zakazu (a może tylko prośby). Artur Andrus prosił, by nie rejestrować jego występu w charzykowskim amfiteatrze. Byli jednak tacy, co zakaz złamali.

Na koncercie zespołu Raz Dwa Trzy
ani na próbie przed koncertem zakazu nie było, ale i tak nie nagrywałem. Amfiteatr, to po prostu łąka opadająca w stronę jeziora; na łące "ławki" z leżących na ziemi połówek pni. A koncert był piękny.

A poza tym po staremu.
Przebiegłem około 100 km, na rowerze przejechałem dwa razy tyle (samochodem więcej, bo w sumie z dojazdem i powrotem będzie tego z półtora tysiąca kilometrów). Kajak - słabo, bo zaledwie 20 km, może 25. "Z buta" lekko licząc 150 km - nie wszystko rejestrowałem (http://www.trekbuddy.net/forum/index.php).

A poza tym, z grubsza jak rok temu. Tylko mniej obiegówek upolowałem - do kolekcji doszła tylko pięciogroszówka 2013.

Za to w domu czekała monetka, o której prawie zapomniałem. Czy ktoś z Was widział kiedyś grosza Augusta III z DWIEMA literkami pod tarczą herbową?

Nie? To zobaczycie. Już za kilka dni.

czwartek, 11 lipca 2013

Prawie zapomniałem.

W kwietniu pisałem o aukcji, która miała się odbyć piątego maja. Ze względu na bardzo bogatą i ciekawą ofertę polskich monet zakończyłem akapit: "Z niecierpliwością czekam na listę wynikową."i... zapomniałem.
Prawie.

Lista wynikowa jest dostępna.
Zobaczmy, jak poszło.
Szóstak Jana Kazimierza z 1657 r. z portretem Zygmunta III (lot 2737) poszedł za 40000 koron (wywołanie 15000).
Grosz Batorego z 1581 r. (Kopicki 500) - lot 2694 oszacowany na 8500 koron sprzedano za 95000 - prawie dwunastokrotne przebicie!.
Lubelski szóstak Zygmunta III z 1595 r. (lot 2701) poszedł za koron 12000, co przy wywołaniu 7000 oznacza niezbyt wielkie zainteresowanie.
Półgrosz Zygmunta Starego z 1511 r. wyceniony na 350 euro (3000 koron) błędnie opisany jako Kopicki 413 (R8) - spadł (lot 2678).
Na półtoraka Zygmunta III rzekomo z 1611 r. wycenionego na starcie na 590 euro (lot 2729) też chętnych nie było.
Nie dziwi mnie to, bo to ewidentne pomyłki autorów katalogu.
Chętni byli na inne wątpliwe monety.
Trojaka malborskiego 1596  (lot 2717) sprzedano za 17000 koron (wywołanie 10000), trojaka krakowskiego 1600 z datą zapisaną jako " 0K0 " - również nieobecnego w literaturze (lot 2725) sprzedano po cenie wywoławczej - 10000 koron.
W sumie zgodnie z oczekiwaniami - monety rzadkie sprzedały się dobrze, ewidentne wpadki zostały surowo ocenione. Okazało się też, że hazardziści ryzykujący niemałe sumy na zakupy potencjalnych rarytasów, to nie tylko polska specjalność.

O ile googlowy Blogger, gościnny gospodarz mojego bloga nie myli się, jest to dwusetny wpis. Niezbyt to dużo, jak na prawie trzyletnią obecność w sieci. Może kiedyś się poprawię.
Licznik odwiedzin powoli zbliża się do dwustu tysięcy, za co jestem Wam bardzo wdzięczny.
Nie mam wyjścia, zdecydowanie muszę się poprawić,




sobota, 6 lipca 2013

Upadek, czyli żądza pieniądza.

W zeszłym tygodniu w zakładce "kanały informacyjne" najlepszej z przeglądarek (Opera 12, jeszcze o niej dziś napiszę) zaczęły się pojawiać bulwersujące tytuły.
"Akt oskarżenia w sprawie fałszowania i sprzedaży monet"
"Fałszerstwo monet. Oskarżeni kolekcjonerzy"
"Afera kolekcjonerska. Znani antykwariusze podrabiali monety"
"Fałszowali zabytkowe monety. Jest akt oskarżenia"
Najpierw rzuciłem się na ten ostatni. Czytam, czytam i nic nie rozumiem.
"Według prokuratury mężczyźni fałszowali i sprzedawali rzadkie i cenne na polskim rynku monety próbne, które nigdy nie weszły do obiegu. Mieli podrobić i wprowadzić do obiegu 137 współczesnych monet o nominałach 5, 10 i 20 groszy oraz 2 złote. Podrobione monety były sprzedawane za kwoty od 100 do 1 tys. zł, jedną ze srebrnych dwuzłotówek sprzedano za ponad 4 tys. złotych." 
Dlaczego 137 współczesnych monet nazwano monetami zabytkowymi? Bo handlowali nimi antykwariusze? Czy antykwariusz, jak król Midas, czego nie dotknie, natychmiast zmienia w złoto, pardon zabytek?
Tok myślenia "dziennikarza" portalu radia RMF24 niech lepiej pozostanie zagadką.

"Szczecińska prokuratura oskarżyła 13 osób w sprawie fałszowania i sprzedaży monet. Są wśród nich numizmatycy, antykwariusze i kolekcjonerzy z całego kraju. Akt oskarżenia trafił do szczecińskiego sądu - poinformowała prokuratura."
To już Money.pl
Podobnie napisano na stronach Rzeczpospolitej, Głosu Szczecińskiego i innych czasopism.

W środowisku kolekcjonerskim od dawna wiadomo było, że coś się dzieje. Pisano o tym na forach internetowych już w roku 2011. Najświeższym symptomem nadchodzących wydarzeń był tekst w Przeglądzie Numizmatycznym 2/2013, o którym już pisałem: Logika, logika.
W końcu stało się, na ławie oskarżonych zasiądzie 13 osób. Ile z nich zostanie skazanych? Największe szanse na wyrok mają pracownicy mennicy - bezpośredni producenci...
"Ustalono, że w okresie od 2004 r. do 2006 r. w Warszawie, oskarżony podrobił polskie pieniądze w postaci, co najmniej 500 sztuk monet o nominałach 1 grosz, 2 grosze, 5 groszy, 10 groszy i 20 groszy."
Co oni właściwie produkowali? Nie były to monety obiegowe, bo bito je na krążkach z niewłaściwych metali. Nie były to próby technologiczne, bo nie mennica była inicjatorem ich bicia.
"Puszczając w obieg monety, mieli oni pełną świadomość, że są one podrobione oraz, że żadna z nich nie została wybita na zamówienie emitenta Narodowego Banku Polskiego i nie była opisana w Monitorze Polskim, na oficjalnej stronie internetowej Narodowego Banku Polskiego czy Mennicy Polskiej S.A"
Wątpię, czy uda się przekonać sąd, że monety "puszczono w obieg". Pietruszki za nie nikt nie kupował. Było by to dziwaczne postępowanie, bo...
Ustalono, że jeden z oskarżonych, antykwariusz ze Szczecina ,w okresie od stycznia 2010 r. do marca 2010 r. puścił w obieg 33 sztuki podrobionych monet o nominałach 2, 5, 10 i 20 groszy oraz 2 złotych, które sprzedał dwóm nabywcom za kwotę łącznie 22.200 zł. Podrobione monety były sprzedawane za kwoty od 100 do 1000 zł. Srebrna moneta o nominale 2 zł został sprzedana za kwotę 4.250 zł.
Pożyjemy, zobaczymy. Na jednej instancji się nie skończy. Będą apelacje, umorzenia, skazania. Stawiam złotówki przeciw zapałkom, że koszty śledztwa i całego postępowania będą horrendalne. Nie wykluczam, że na koniec trzeba jeszcze będzie zapłacić odszkodowania za niesłuszne oskarżenia i narażenie na szwank "dobrego imienia" niektórych podejrzanych.

Przejdźmy do sedna, bo cała ta afera jest tylko objawem, symptomem szerszego zjawiska i to nie nowego. Jako przysłowie do dziś funkcjonuje fragment średniowiecznej waganckiej pieśni o wszechwładzy pieniądza Znacie?
Za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze lud się podli.
Nihil novi sub sole. Mógł pan Majnert tłuc lewizny w warszawskiej mennicy, dlaczego mam się dziwić, że parę lat temu robił to jakiś pracownik zatrudniony w Mennicy Polskiej S.A. Jakoś żal, bo to jednak upadek.
Majnert nie produkował dla siebie, do szuflady. Rosnący w siłę rynek kolekcjonerski był nienasycony. Teraz też jest podobnie. Popyt na monety rzadkie i cenne jest potężny, a monet rzadkich z definicji dużo być nie może. Cóż prostszego, niż wyprodukowanie nowych "rarytasów".
Czy oskarżeni antykwariusze nie wiedzieli, co sprzedają? Pawlak, sąsiad Kargula powiedział by pewnie
- Musiałby ja być bleszczaty na oba oczy, żeb' ja wam w to uwierzył.
Ale ciekaw jestem co sąd postanowi, gdy obrońcy oskarżonych zacytują fragment wywiadu z Panem Mariuszem Przybylskim, kierownikiem działu komunikacji społecznej oraz rzecznikiem prasowym Mennicy Polskiej opublikowanego w Biuletynie informacyjnym TPZN nr 2/2010 (6)?
BI: W internecie, na forach i stronach numizmatycznych można znaleźć przeróżne informacje o tzw. próbach technologicznych. Czy może Pan podać jakieś szczegóły dotyczące tych prób, gdyż spotyka się różne metale, masy, itp. ?
MP: Moneta próbna to taka, która ma wszystkie atrybuty monety i umieszczony na którejś ze stron wykonany do góry napis „próba”. Żadnych innych monet próbnych Mennica nie wykonuje. Może się natomiast zdarzyć - co też jest nadzwyczaj rzadkie, że na którąś z pras tłoczących konkretną monetę trafi przypadkowo inny krążek, który nie zostanie wychwycony przez systemy kontrolno-podające. Nie jest to jednak żadna moneta próbna, ani próba tłoczenia.
(podkreślenie moje).

Coś mi się wydaje, że sukcesy CBŚ i prokuratury ograniczą się do skazania pracowników mennicy za kradzież jej własności i nieuprawnione użycie jej wyposażenia. Może jeszcze fiskus coś dołoży.

Wspomniana wyżej srebrna dwuzłotówka to nie falsyfikat. To co najwyżej wyrób fantazyjny. Tak, jak majnertowski talar koronny Zygmunta Starego z roku 1535 - takiej monety mennica za Zygmunta nigdy nie wybiła.

Falsyfikat współczesnego wyrobu warszawskiej mennicy wygląda tak:
fałszywa pięciozłotówka 1996
Okaz wyłowiony z obiegu. Moneta bita stemplami, bimetaliczna, ale na pewno nie z oryginalnych stopów - dźwięk ma co prawda podobny, ale zapach, już nie.
Tak, nie dziwcie się, monety też maja zapach. Może to zastosowanie innych stopów spowodowało, że moneta waży aż 7,15 grama (oryginalne 6,54).
W polu monety w kilku miejscach widać wypukłe linie - ślady obróbki stempli.
I jeszcze jedno, rant
Na całym obwodzie widać rysę. Po czym ten ślad?

Na koniec kilka słów o Operze.
Używam tej przeglądarki od niepamiętnych czasów. Dlaczego?
Bo zawsze była szybka, dawał niemal nieograniczone mozliwości konfiguracji pod upodobania użytkownika, bo miała wbudowanego klienta poczty będącego jednocześnie czytnikiem kanałów RSS, Atom itp, bo miała wbudowaną obsługę torrentów, bo jako pierwsza umożliwiała przeglądanie w kartach, a nie otwierała mnóstwa nowych okien, bo dawała możliwość blokowania irytujących "wyskakujących okien" z reklamami. Mógłbym jeszcze długo wymieniać inne jej zalety.
Zauważyliście, że używam czasu przeszłego?
Część z zalet, które wymieniłem zniknęła w najnowszym wydaniu. Opera 15 stała się klonem Chrome. Pozbawienie jej klienta poczty spowodowało, że zablokowałem możliwość automatycznej aktualizacji (na wszelki wypadek, bo jak na razie wersji 15 na linuksa nie udostępniono, ale lepiej się zabezpieczyć).
To, co stało się z Operą, to też upadek. Szkoda.

P.S.
Gdyby ktoś chciał przeczytać cały wywiad z rzecznikiem prasowym Mennicy Polskiej SA, niech uda się na stronę z archiwum Biuletynu TPZN.

sobota, 29 czerwca 2013

I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem...

27 czerwca 2013 roku - wczesnym popołudniem przyjechałem do Krakowa. Rozglądam się dookoła...
Wawel - stoi
Wisła - płynie
Ulice - udekorowane
Główny gmach Muzeum Narodowego - przygotowany
Zaproszenie - w kieszeni
A do rozpoczęcia uroczystości jeszcze sporo czasu. No to w drogę. Najpierw na ulicę Piłsudskiego 10-12.
To tu, w tym niewielkim pałacyku kryją się skarby przekazane Polsce przez rodzinę Hutten-Czapskich. Nad wejściem, dewiza
MONVMENTIS PATRIAE NAVFRAGIO EREPTIS
PAMIĄTKOM OJCZYSTYM OCALONYM Z BURZY DZIEJOWEJ
Kolekcji pamiątek ojczystych strzegła i strzeże czujna chimera (dla przyjaciół żaba)


Chciało by się już przez te drzwi, do środka...
ale na zegarze dopiero trzy na drugą. Trzeba by coś zjeść. W Krakowie to łatwe - pod warunkiem, że nie jest się osłem Buridana.

Żołądek pełny, czas powędrować w kierunku Błoni. Zanim otworzą się drzwi pałacyku Czapskich, czeka nas jeszcze oficjalna uroczystość w gmachu głównym Muzeum Narodowego. W holu czekają rzędy krzesełek; powoli schodzi się przeszło trzystu zaproszonych gości.

Zaproszonych powitała Pani Zofia Gołubiew, Dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie. Później przemówienia - Wojewoda Małopolski Jerzy Miller, przedstawiciel Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Jacek Miller, Stanisław Dziedzic – dyrektor Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Krakowa, przedstawiciel Prezesa Narodowego Banku Polskiego Jacek Bartkiewicz, Henryk Woźniakowski – prezes Towarzystwa Przyjaciół Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego.
Pani dyrektor przedstawiła ekipę odpowiedzialną za realizację projektu Europejskiego Centrum Numizmatyki Polskiej w Krakowie
Nie mogło oczywiście zabraknąć rodziny Hutten-Czapskich
Pani Izabella Godlewska de Aranda – prawnuczka hrabiego Emeryka

Kończą się przemówienia, ruszamy do pałacyku Czapskich. W ogrodach czeka poczęstunek, gra kwartet jazzowy.
Przeczekujemy pierwszy tłok sącząc niezłe wino. Jeszcze chwila, jeszcze moment. Nareszcie!

Jest pięknie! Wnętrza, meble, dekoracje, starodruki...
I monety - od antyku, przez średniowiecze, aż do czasów najnowszych. Ale jakie monety! Jakie medale!


Zwiedzającym pomagają komputery - gabloty wyposażono w dotykowe ekrany. Można poczytać o wystawionych eksponatach, można dokładnie obejrzeć ich zdjęcia w ogromnych powiększeniach. Nie trzeba wytrzeszczać oczu, by zobaczyć szczegóły maleńkich nieraz monet.

Nie wszystkie monety są małe. Ta największa prezentuje się wspaniale.
Podobnie, jak łokietkowy floren unikatowy GNEZDVN CIVITAS Chrobrego, umieszczona w osobnej gablotce umożliwiającej podziwianie i awersu, i rewersu.

Wędrówkę po salach muzeum kończymy grubo po dwudziestej pierwszej. Jeszcze ciasto i kawa w ogrodach, kawa pomoże zwalczyć senność za kierownicą. Został bym dłużej, ale następnego dnia trzeba zameldować się rano w pracy, a do domu kawałek drogi. Żegnamy się z "żabą" i w drogę.

Plan jest prosty. Po wakacjach nacieszyć jeszcze raz oczy, dokładnie oglądając wystawione monety (ze trzy dni to zabierze), a później... Do pracy. Dla zainteresowanych przygotowano salę multimedialną, pokój kwerend, udostępniono bogatą bibliotekę.

Przez trzy dni po inauguracji, muzeum zorganizowało dni otwarte. Jutro ostatnia szansa:
30 czerwca 2013, niedziela:
Muzeum czynne w godz. 10.00–18.00
Zwiedzanie od godziny 10.00 do 17.30 , co 30 minut.
Wejścia w grupach.

godz. 12.00: Agnieszka Perzanowska, "Księgi stare, piękne, małe i duże - Księgi i książeczki w XVIII wieku" -  wykład połączony z pokazem autentycznych obiektów

godz. 14.00: Mateusz Woźniak, "Ekspozycja to nie wszystko!? Czyli co kryją magazyny Gabinetu Numizmatycznego" - wykład  połączony z pokazem autentycznych obiektów

godz. 16.00: Anna Klisińska-Kopacz, Joanna Sobczyk, "Nowoczesne metody badania monet" -  wykład połączony z pokazem autentycznych obiektów

godz. 18.00: Koncert w ogrodzie Czapskich. KWARTET OBOJOWY. Kierownictwo artystyczne: Mariusz PĘDZIAŁEK. W programie: Mozart, Piazzola.
Nie ma się co zastanawiać, jeśli macie czas - obecność obowiązkowa.

Od 2 lipca 2013 r. Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego będzie otwarte dla wszystkich:
Niedziela jest dniem wolnego wstępu
Poniedziałek - nieczynne
Wtorek - sobota: 10.00 - 18.00
Niedziela: 10.00 - 16.00

Bilet normalny - 9 zł
Bilet ulgowy – 5 zł
Bilet rodzinny – 18 zł
Bilet grupowy normalny – 7 zł
Bilet grupowy ulgowy – 4 zł

27 czerwca pozostanie świętem polskiej numizmatyki. Po przeszło siedemdziesięciu latach przywrócono stałą wystawę numizmatycznej kolekcji Emeryka Hutten-Czapskiego.
Realizacja projektu „Europejskie Centrum Numizmatyki Polskiej” kosztowała mniej więcej dwadzieścia trzy miliony złotych, maleńki ułamek materialnej wartości kolekcji Czapskich. Znikomo mało, wobec jej wartości historycznej.

Więcej można czasem w lotto wygrać!

Printfriendly