Google Website Translator Gadget

poniedziałek, 23 marca 2015

5162756447 albo o kibicach słów kilka.

Są dyscypliny sportowe, których kibice im głośniej krzyczą, tym bardziej są chwaleni - piłka nożna, siatkówka, narciarstwo zjazdowe...
Są dyscypliny, które kibiców ledwo tolerują i wymagają od nich bezwzględnej powściągliwości - nie wolno się odzywać ani nawet komentować rozgrywki minami, czy gestami - brydż, szachy, tenis (w tym ostatnim przypadku niestety ostatnio się to zmienia: na przykład oklaskiwanie błędów serwisowych - rzecz kiedyś nie do pomyślenia)...
Nie lubią nadaktywnych kibiców zwłaszcza brydżyści. Doskonale pamiętam rozdania przegrane przez kibiców. Wygrane też. I niesmak, że właściwie, to wygrałem nie ja tylko kibic.
Kibic brydżowy siedzący przy stoliku ma milczeć podczas rozgrywki i mieć bardziej pokerową twarz niż pokerowy mistrz świata! W brydżramie, albo kiedy rozgrywka się zakończy, skakać i wrzeszczeć można (choć nie zawsze wypada).

Licytacje też są swego rodzaju sportem. Są przegrani, jest wygrany. I są kibice.

Duża firma numizmatyczna wystawiła na aukcję zestaw monet, typowy tzw. lot. Zazwyczaj w ten sposób wystawia się masówkę, zestawy niezbyt wartościowych monet, których indywidualna sprzedaż zabrała by zbyt wiele czasu, czyli kosztowała by za dużo (czas to pieniądz wszakże).
Firma porządna, zawsze bardzo dobrze fotografowała wystawiane przez siebie numizmaty. Tak było i tym razem.
Licytacja zakończyła się po niezbyt ostrej walce jedenastu chętnych, na niewygórowanym poziomie 124,00 PLN. Dało to 7 złotych z małym ogonkiem za monetę (wliczając koszty przesyłki).

Licytacja zakończyła się 16 marca około 20:30 ale (pozostając przy sportowej analogii) rozgrywka jeszcze trwała. Aukcję internetową należy uznać za zakończoną gdy do sprzedającego dotrą pieniądze, a do kupującego wylicytowane dobra. Można by jeszcze poczekać na wymianę komentarzy/opinii, ale zwykle nie są one obowiązkowe. Tym razem obie strony z opiniami się nie ociągały.
Już dwa dni po zakończeniu aukcji kupujący wystawił firmie pozytywną opinię
Dzień później firma zrewanżowała się równie pozytywną opinią.
W międzyczasie pewien kibic uznał, że już po rozgrywce i upublicznił swoje spostrzeżenie.

Wydawać by się mogło, że jest "po herbacie". Nabywca szczęśliwy, po "strzale życia", sprzedający pewnie mniej, ale mówi się trudno. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.

A tu niespodzianka. Minęły dwa dni i ta sama firma wystawiła taką samą (tę samą?) monetę - ale już nie w zestawie z innymi, pospolitymi.

A publiczność patrzy i się zastanawia:
- Co to się stało?

Możliwych scenariuszy zdarzenia widzę mnóstwo. Na przykład taki:
Do firmy trafia zbiór monet PRL po zmarłym kolekcjonerze. Pobieżne oględziny, podział na „loty”, obróbka zdjęć, przygotowanie opisów. Poszło! Nikt nawet nie pomyślał, że wśród pięknie zachowanych aluminiowych krążków może być najrzadsza polska moneta obiegowa XX wieku - 10 groszy 1973 wybite w Kremnicy. Nikt się zresztą tym stanem zachowania szczególnie nie przejmował - to na przykład zdjęcie innego zestawu licytowanego w tym samym czasie.

Kilka osób zalicytowało, jedna wygrała.
Czy zwycięzca licytacji wiedział, co wylicytował? To wie tylko on. Na pewno białego kruka nie zauważyło pozostałych dziesięcioro licytantów!
Firma o tym, co tak naprawdę sprzedała, dowiedziała się od kibica, albo od „życzliwego”, który ją o spostrzeżeniu kibica poinformował. Myślę, że rozmowa szefa firmy z pracownikiem odpowiedzialnym za tę ofertę nie nadaje się do publicznego cytowania. Ja bym klął w żywy kamień, w słowach nie przebierając.

Co było dalej?

Albo się firma z kupującym dogadała (Vito Corleone mówił - przedstawię mu propozycję, której nie będzie mógł odrzucić), albo postąpiła nie mniej brutalnie, ale znacznie mniej elegancko. To wiedzą tylko strony transakcji.
A może kupujący do dziś nie wie, co kupił? Taki scenariusz też jest możliwy, choć mało prawdopodobny.

Moneta ma dwie strony (o rancie nie wspominając). Cała ta sprawa znacznie więcej.

Z jednej strony, można by przyjąć, że kupujący po zorientowaniu się, że sprzedawca „nie wie, co czyni” powinien mu przemówić do rozsądku. Z drugiej strony - dlaczego miał by to robić, skoro była to powszechnie dostępna, publiczna oferta. I mnie udało się nie raz kupić w ten sposób bardzo rzadkie monety za bardzo nieduże pieniądze i wyrzutów sumienia u siebie nie zauważyłem.

Ciekawi mnie jednak, czy gdyby realizowany był właśnie taki scenariusz, to osoba, która przyniosła do firmy monety, a między nimi i tę feralną (?) dziesięciogroszówkę została/zostanie uszczęśliwiona dodatkowym wynagrodzeniem. Sytuacja, w której prywatna osoba przychodzi do firmy, oferując coś na sprzedaż, to coś całkowicie odmiennego od publicznej oferty. Że ta osoba w momencie sprzedaży nie otrzymała godziwej ceny za tę monetę wątpliwości nie mam - gdyby tak było, najsłynniejsza dziesięciogroszówka nie wylądowała by w jednym worku z resztą mniej atrakcyjnych sióstr.

Marian Gumowski, sto lat temu napisał w Podręczniku numizmatyki polskiej takie zdanie:

"Kwestya ile za monetę lub wykopalisko zapłacić, jest dla zbieracza rzeczą czysto subjektywną. Nic tutaj nie pomogą cenniki, ani inne normy stałe. Cena zależy bowiem od rozmaitych czynników. Monety okazałe, piękne i złote mają zawsze chętnych nabywców, tak samo monety pięknie odbite i zachowane. Kollekcyoner monet n.p. Jana Kazimierza więcej zapłaci za monety tego króla miż innego. Również więcej zapłaci się, i to chętnie, za sztukę brakującą do kompletu, niż za inną nawet rzadszą, którą się w zbiorze juz posiada. Pewną wytyczną może być tu rzadkość monety, zdanie jednak o tem można sobie wyrobić na podstawie długoletniego zbierania i oglądania wielu zbiorów. Przy kupowaniu monet z rąk niefachowych powinno być jednak zasadą, płacić nie wiele więcej nad wartość kruszcu."
O ile mam wiele uznania dla wkładu Profesora dla polskiej numizmatyki (choć dodać trzeba, że nie wszystkie Jego tezy wytrzymują próbę czasu, a i jakości Jego prac wiele zarzucano), to trudno tę wypowiedź uznać za nienaganną etycznie. Dziś postępowanie według takich zaleceń można by potraktować jako doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem (art. 286 paragraf 1 k. k.).

A może było inaczej? Może firma kupiła tę monetę w jakimś dużym zestawie typu „zestaw dealerski” i nikt nie zorientował się, co za rodzynek tkwi w tym cieście, w związku z czym firma nie ma problemu etycznego, tylko kompetencyjny?

A może firma pogodziła się z błędem, nabywca otrzymał wylicytowaną monetę, a na nowej aukcji oferowany jest inny egzemplarz słynnej dziesięciogroszówki?

I ostatnia możliwość (zwolennikom teorii spiskowych dedykuję), że to była celowa akcja dla podbicia zainteresowania właściwą aukcją. Tylko czy TAKA moneta potrzebuje sztucznej klaki?

Jak by nie było, rzadka moneta czeka na nabywcę. Licytacja trwa. Linku nie dam - szukajcie sobie sami.


sobota, 21 marca 2015

O tym jak sprawy się klarują.

Sprawa pierwsza - Allegro.

Zarejestrowałem się na Allegro w czwartek, trzynastego kwietnia roku 2000 o godzinie 09:56:46. Dlaczego nie byłem w tym dniu w pracy, dziś już nie pamiętam. Informację o powstaniu pierwszego polskiego serwisu aukcyjnego z prawdziwego zdarzenia dostałem od "Ciacho", który zarejestrował się już w lutym.
Od kwietnia 2000 r. - przez prawie piętnaście lat - zaglądałem na Allegro prawie codziennie. Nie skłamię, jeśli napiszę, że każdego dnia, jeśli tylko byłem w domu, logowałem się na Allegro. Nie jestem pewien czy od samego początku, ale na pewno od bardzo dawna pierwszym miejscem do którego na Allegro zaglądałem nie była lista ofert z monetami tylko Cafe Numizmatyka.
To tam dzieliliśmy się radościami ze zdobycia nowych okazów do kolekcji, wątpliwościami co do autentyczności oferowanych monet, uzyskiwaliśmy pomoc w identyfikacji...
Co tu gadać, cafe Numizmatyka to był klub jak się patrzy.
Aż tu nagle...

Wiosenne porządki - zamykamy Cafe Allegro i zapraszamy na Facebooka

31 marca zamkniemy forum Cafe Allegro - społeczność, którą przez wiele lat tworzyli Allegrowicze. Obserwując spadek aktywności na forum uznaliśmy, że dotychczasowa formuła już się wyczerpała, stąd decyzja o zamknięciu tego kanału komunikacji.
Na cafe numizmatyka komunikat brzmiał ciut odmiennie:
...zdecydowaliśmy się zamknąć Cafe Allegro na początku kwietnia. Pozostaną jedynie fora związane z udostępnianymi przez nas narzędziami, a także forum Nowości i komunikaty. Zapewne niektórzy z Was przeczuwali to, spadek aktywności użytkowników na forach był od dłuższego czasu zauważalny. Nie znaczy to jednak, że rezygnujemy z publicznego kanału kontaktu z Wami! Już teraz możecie brać udział w dyskusjach na naszym profilu na Facebooku czy Twitterze, część z Was od dawna jest zresztą tam obecna.  
To, że w Allegro coś się psuje widać było od dawna. Popsuto wyszukiwarkę, popsuto cafe. Nna przykład zniknęły w czarnej dziurze zapisy dyskusji, które zaowocowały wyjaśnieniem wielu problemów, z którymi numizmatycy nie mogli się uporać od dziesięcioleci - vide klasyfikacja dziesięciofenigówek WMG.
Siłą rzeczy, zepsuta cafe straciła na popularności.  Okazało się to wygodnym pretekstem do dalszych działań.
Proces psucia Allegro przyspieszył. Pozbyto się opiekunów kategorii, którzy nie tylko moderowali tematyczne cafe, ale przede wszystkim pomagali. Na przykład w eliminowaniu ewidentnie oszukańczych ofert.

Teraz jedynym miejscem, w którym będzie można poradzić się co do autentyczności  bądź stanu zachowania oferowanych monet ma być Facebook. Pewnie powstanie tam wiele profili, które będą starały się przejąć funkcję cafe, ale zanim któryś z nich uzyska - o ile w ogóle uzyska - popularność i zaufanie odwiedzających, zapanują "mroki średniowiecza".

Jeśli komunikat, którym Allegro poczęstowało nas o czternastej 20 marca 2015 r.powiąże się z wywiadem udzielonym przez szychy z Allegro przy okazji otwarcia biura w Krakowie, to konkluzja może być tylko jedna - Allegro przestanie być miejscem dla kolekcjonerów.
Pan Przemysław Budkowski, prezes Allegro, stwierdził między innymi, że:
...problematyczna w przypadku zakupów jest przede wszystkim moda, ale ocenił, że rozwiązaniem nie jest rozbudowanie kategorii, które docelowo powinny zostać wręcz zlikwidowane, lecz dalsze usprawnienie mechanizmu wyszukiwania. – My musimy wiedzieć, jaka zielona sukienka będzie najbardziej pasowała danemu użytkownikowi i nad tym będzie m.in. pracował nasz krakowski zespół
A jak w tej chwili działa wyszukiwarka z domyślnie ustawianą na siłę opcją "trafność: największa"? Po prostu beznadziejnie. Natychmiast przypomniała mi się piosenka Piotra Bukartyka o tych
"...co wiedzą jedynie, jak świat wygląda, a jak powinien. "

Sprawa się wyklarowała - trzeba się rozejrzeć za miejscem bardziej przyjaznym kolekcjonerom.


Sprawa druga - wracamy do naszych baranów.
Zbierając materiały do pracy o miedziakach Augusta III dotarłem oczywiście i do starych katalogów aukcyjnych.
W kwietniu 1904 r. u Helbinga sprzedawano monety z kolekcji Zygmunta Chełmińskiego z Szarawki.
lot 1306 Kupferschillinge,
ohne Buchstaben von 1749, 50, 51, 52, 53 (2 St.), 54 und 55;
mit A von 1752,
mit B von 1752 und 53:
mit D von 1752 und 53;
mit F von 1752 (2 Varianten) und 53;
mit H von 1753, 54 und 55;
mit I von 1752 und 53;
mit N von 1753,
mit S von 1751, 52 und 53 (2 Varianten);
mit T von 1753,
mit V von 1752 und 53.
G. und s.g.e. 29 St.
Nic tu ciekawego nie widać.
Jeszcze miej szczegółów znajdziemy w katalogu firmy Münzenhandlung Adolph Hess Nachfolger z roku 1908 - kolekcja Ottona von Kubickiego z Warszawy
1592 Probe-Schilling 1750. Brustb. Rv. Gekr. Doppelwappen. Cz. 2786. R3.
Sehr schön.
1593 Kupfer-3 Schilling 1752, 53 (3) u. 54 (8). Cz. 2794 ff. Meist s.g.e. 12
1594 — 1755 (14) u. 58 (3). Cz. 2904ff. Meist s. g. e. 17
1595 Kupfer-Schilling 1749 (3) u. 50 (3). Cz. 2784 u. 86. R2. S. g. e. 6
1596 — 1751 (9), 52 (21), 53 (45), 54 (5) u. 55. Meist s. g. e. 81
Kilka dni temu dostałem od mojego imiennika wiadomość
Przypomnialem sobie ze jestem w  posiadaniu katalogu ( szkoda ze kopia) domu aukcyjnego Leopold Hamburger z 1873 roku...
Na tej aukcji pod młotek poszedł zbiór hrabiego Henryka Steckiego. Do wiadomości dołączony był skan fragmentu strony, na którym między innymi znajduje się coś takiego
Szeląg z literką k. Nie K, tylko k!
I podkreślenie, że takiej monety nie notują Zagórski, Bandtkie, Mikocki i Neumann.
Po chwili przyszedł jeszcze jeden e-mail - "co ciekawe,  wczoraj z litera k byl  na allegro" i link do aukcji. Zajrzałem i odpisałem: "To jest R. Mam egzemplarz spod tego samego stempla." nie dodając, że na mojej monecie R jest całe, nieuszkodzone.
Po krótkim namyśle wróciłem do wskazanej aukcji i monetę kupiłem (właściwie, to nie była aukcja, tylko format "kup teraz").
i kluczowy fragment
Można to wziąć za k, prawda? A dlaczego myślę, że to R, a nie k?
Bo kiedy ma się monetę w ręce, to widać, że są tam pozostałości brzuszka litery R, a poza tym nie znam innego przypadku umieszczenia pod herbami litery zapisanej inaczej, niż kapitalikami. Bytów nie należy mnożyć nad potrzebę.

I tak wyklarowała się sprawa tajemniczego szeląga z literą k ze zbioru hrabiego Steckiego.

P.S.
Od 29 stycznia 2020 moja książka "Miedziane monety koronne Augusta III" jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/









sobota, 14 marca 2015

Ściśle jawne.

Kilkanaście lat temu uzyskanie informacji o wysokości nakładów obiegowych monet emitowanych przez NBP nie było łatwe. Trzeba było z uporem ponawiać prośby o ujawnienie danych, czasem kilkakrotnie.
Po jakimś czasie emitent zaczął sam ujawniać te dane w wydawanym przez siebie periodyku "Bank i kredyt". Czasopiśmie najpierw trudno dostępnym dla osób nie związanych z bankowością, później publikowanym w internecie. Wtedy o nakładach monet z poprzedniego roku dowiadywaliśmy się na przełomie pierwszego i drugiego kwartału roku następnego.
Od kilku lat informacje o nakładch obiegówek pojawiają się na stronie NBP już w pierwszych dniach po Nowym Roku. 
Wydawać by się mogło, że lepiej już być nie może.
A jednak! Są takie miejsca na świecie, w których kolekcjonerzy (i nie tylko oni) mają lepszy dostęp do "tajnych" informacji z mennic. Na przykład w USA. W tym tygodniu w "Numismatic news" opublikowano artykuł "2015 coin production starts strong" zilustrowany następującą tabelką:
Może i my kiedyś podobnych publikacji doczekamy.


czwartek, 12 marca 2015

Chociński Młyn

Wspominałem tu kiedyś, że podczas wakacji zdarza mi się popływać kajakiem. Takim chińskim gumowym dmuchawcem. Kolega sfotografował nasz start do spływu Chociną,
bardzo pokręconą rzeczka wpadającą do jeziora Karsińskiego (Bory Tucholskie oczywiście). Tak wygląda zarejestrowany w tym dniu ślad GPS.
Punktem startowym spływu był Chociński Młyn - wioska biorąca nazwę od młyna na rzece Chocinie. Dziś z młyna niewiele zostało (zdjęcie z 2012 r.)
Kiedy pierwszy raz byłem w tamtych okolicach, na osi było jeszcze koło młyńskie. Podobno jest szansa na rekonstrukcję obiektu. Szkoda, że tak późno, bo kilkanaście lat temu wymagało by to znacznie mniej pracy i pieniędzy.

Wracam do wakacyjnych wspomnień, bo niedawno trafił w moje ręce niewielki zbiór dokumentów zatytułowany "Skargi i okoliczności względem Młyna Chocińskiego 1800 - 1820)".
Część kart zapisano po polsku, część po niemiecku. Niektóre obok tekstu polskiego mają niemieckie tłumaczenie.
Pierwszym i moim zdaniem najciekawszym dokumentem jest kontrakt na roczną dzierżawę młyna na rzece Chocinie zawarty między młynarzem Michałem Ludwikiem Brunem, a Józefem Skórzewskim, właścicielem dóbr w Jemielnie (Gemel). W kontrakcie zawartym na czas roku od Wielkanocy 1800 opisano obowiązki i prawa młynarza. Miał on między innymi dbać o odmierzanie z każdej partii zboża dostarczanej do zmielenia do młyna, dwóch miar ziarna  należnych Skórzewskiemu, jako właścicielowi i jednej miary będącej zapłatą dla młynarza. Ziarno miało być gromadzone w specjalnych skrzyniach, osobnych dla różnych zbóż, i odbierane przez ludzi z dworu raz na trzy lub cztery tygodnie. Młynarz miał ponosić koszty utrzymania pomocnika (młynarczyka), miał uruchomić tartak (piłę) - to wynikało z poprzednich kontraktów, z których się nie wywiązał, utrzymywać ten tartaki oczywiście dostarczać pocięte drewno do Jemielna. Jako że był to młyn wodny oczywistym dla właściciela dóbr było, że młynarz ma dostarczać mu regularnie określoną ilość węgorzy: "... z których według sumienia dawać Panu dziewięć, dziesiąty zaś za jego pilnowanie onemuż należeć będzie".

Młynarz miał dużą swobodę działania i wiele zależało od jego uczciwości. Pozostałe dokumenty, to zbiór zażaleń, zeznań, donosów i opisów konfliktów kolejnych młynarzy z sąsiadami i klientami. Taki smakowity przykład:
Za co żołnierz młynarzową uchwycił?

To skarga młynarza, Dawida Westphala, który przyszedł na miejsce Bruna.
Inny młynarz, Bruhe (chyba, bo nie zawsze jestem w stanie wszystko odcyfrować) zawiódł swojego teścia, cieślę Westfala z Tucholi (czy to krewny młynarza Westphala, nie wiem). Nie dość, że źle traktował jego córkę, a swoją żonę, to jeszcze nie zapłacił teściowi pięćdziesięciu talarów za pomoc w budowie młyna. Nie, żeby nie zapłacił nic. Dał talarów trzydzieści. Prosił cieśla, by Pan wpłynął na młynarza i wymógł jego zgodę z żoną i teściem, żeby nie trzeba było wszczynać procesu, przez który
"... bieda ubogich a niewinnych dzieci pomnożona by została"
Jakie to mogły być talary? Niewątpliwie pruskie, na przykład takie

z portretem młodziutkiego Fryderyka Wilhelma III, który wstąpił na tron w 1797 r. bo Pomorze środkowe przeszło pod pruskie panowanie już podczas pierwszego rozbioru Polski w 1772 r.

Z lektury tych pożółkłych kartek widać, że większość rozliczeń młynarza i z klientami młyna i tartaku oraz właścicielem dóbr odbywała się bez użycia pieniędzy.
Za mielenie ziarna młynarz pobierał opłatę w naturze, w ziarnie lub mące. Tak samo płacił czynsz dzierżawny do dworu.
Na żywą gotówkę, jak można przypuszczać przeznaczano tylko nadwyżkę nad tym, co zużywano na własne potrzeby. Jak niewiele różnił się pod tym względem początek dziewiętnastego wieku od roku powiedzmy 1600, a jak wiele zmieniło się przez następnych dwieście lat.
Ciekawe, czy za kolejne dwa stulecia będą jeszcze w użyciu jakiekolwiek materialne formy pieniądza.


piątek, 6 marca 2015

Skarb hutnika.

Wstyd się przyznać, ale do wczoraj nie udało mi się zmobilizować, by odwiedzić Sztygarkę - muzeum miejskie w Dąbrowie Górniczej. Wstyd, bo na dobrą sprawę mógłbym tam dotrzeć na piechotę - kilka kilometrów, cóż to za odległość?

Zmobilizowała mnie informacja wygrzebana na Facebooku - sprawdźcie końcówkę poprzedniego wpisu http://zbierajmymonety.blogspot.com/2015/03/monety-na-facebooku.html.
Mimo wszystko pojechałem samochodem. Zaparkowałem w pobliżu jakiegoś czołgu i kilku innych pojazdów militarnych. Po chwili siedziałem w salce konferencyjnej, może nie całkiem pełnej, ale też i nie świecącej pustkami.
O książce, którą promowało wydarzenie ze swadą opowiadali autorzy -Joanna Tokaj i Dariusz Rozmus. Trzeciego współautora, profesora Stanisława Suchodolskiego niestety nie było.

Poznaliśmy okoliczności odkrycia "skarbu hutnika" - czy wiecie, do czego służą archeologom wiadra i dlaczego nie warto pić piwa podczas poszukiwań? Przypomnieliśmy sobie wiadomości o zawirowaniach spowodowanych testamentem Krzywoustego. Dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy na temat symboliki figuralnych przedstawień umieszczanych przez mincerzy na średniowiecznych denarach i mnóstwa, informacji, wydawało by się nie mających związków z numizmatyką. Na przykład o nierozwiązywalnej kwestii dwóch głów świętego Wojciecha.

Dowiedzieliśmy się też, że samo odkrycie, to tylko początek, od którego zaczyna się właściwa praca wymagająca współdziałania chemików, historyków, numizmatyków, fotografów i wielu innych osób.

Po wykładzie była oczywiście seria pytań do autorów. Rozmowy trwały jeszcze długo, przeniosły się do muzealnych sal wystawowych. Skarb wyeksponowany w muzealnej gablocie
nie wygląda specjalnie okazale i goście nie interesujący się numizmatyką średniowieczną, bo nie wszyscy przybyli się nią interesowali, nie poświęcali mu wiele uwagi. Oblężone były pulpity przy których trwał pokaz średniowiecznej kaligrafii oraz warsztat pracy mincerza wybijającego dla przybyłych repliki denarka z orłem i zającem.
Repliki, to zbyt wiele powiedziane. Przede wszystkim prawie dwukrotnie większe od oryginałów, a na dodatek aluminiowe (mogłem wziąć z sobą jakiegoś srebrnego wycierucha!). Łomot był straszny, budynek drżał w posadach.
Czas mijał niepostrzeżenie, ale nieubłaganie. Wyszedłem ze Sztygarki bogatszy o nowe informacje i oczywiście o promowaną książkę.

Po powrocie do domu i sprawdzeniu poczty dowiedziałem się, że za kilka dni będziemy mieli kolejne ciekawe spotkanie numizmatyczne, a jeszcze przed wakacjami następne.
Do Krakowa do Czapskich zapewne się wybiorę. "Monety w oblężeniu miast polskich" to temat bardzo ciekawy http://mnk.pl/aktualnosci/monety-oblezonych-miast-polskich To już za chwilę, 10 marca.

Do Warszawy też muszę się postarać dotrzeć, bo temat interesuje mnie bardzo, bardzo. 8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".

Wcześniej, 11 maja Pan Rafał Janke będzie mówił o Początkach Mennicy Warszawskiej za panowania Stanisława Augusta.Też żal to przegapić.

Ciekawy rok się zapowiada.




poniedziałek, 2 marca 2015

Monety na Facebooku.

Kilka dni temu Facebook zmusił mnie do założenia prywatnego konta. Do tej pory miałem tam tylko konto typu fanpage założone z cichą nadzieją, że dzięki niemu na mój blog trafi trochę więcej osób. Pod koniec ubiegłego tygodnia poczęstowano mnie wiadomością, że jedynym możliwym sposobem logowania na fanpage "Zbierajmy monety" będzie wejście z konta osobistego.
Wola "boska" - założyłem. Od razu uprzedzam - będzie to konto nieaktywne. Czym chcę się z Wami dzielić, dzielę się tu na blogu.

Założenie konta osobistego ma swoje dobre strony. Jako fanpage nie miałem możliwości wyszukiwania, mogłem oznaczać profile jako ulubione, ale nie dawało to możliwości zautomatyzowanego śledzenia aktywności tych profili, wydaje mi się  też, że miałem bardzo ograniczone możliwości komentowania i odpowiadania na komentarze. Może za słabo znam Facebooka i wszystkie te (tfu!) funkcjonalności były w moim zasięgu, ale na pewno nie wprost, bez dodatkowych zachodów.

Teraz wyszukiwać mogę.
I co z tego!
Wrzucenie w "szukajkę" pytań typu "monety", "numizmatyka" "numismatics" "muenzen" odzew oczywiście wywołuje, ale daleko mu do moich oczekiwań.
Przeważająca większość wyników wyszukiwania, to albo reklamy powszechnie znanych firm i firemek numizmatycznych, albo profile ludzi, którzy próbują wykorzystać Facebooka, jako tablicę ogłoszeniową oferując sprzedaż monet.
Do tego masa ludzi z różnych egzotycznych krajów, którzy mają w nazwie swoich profili miłe dla oka słowo "monety". Dlaczego? Dalibóg nie wiem.

Nie trafiłem (może szukałem za mało wytrwale) na żaden profil, z którego mógłbym się dowiedzieć czegoś ciekawego o monetach, numizmatyce, historii pieniądza itp. Pewnie nie do tego konta na Facebooku służą. W końcu ja też umieszczam tam tylko linki do wpisów na moim blogu.

Przepraszam, troszkę się zapędziłem. Znalazłem kilka interesujących profili,  które oczywiście natychmiast dodałem do ulubionych i obserwowanych. Szkopuł w tym, że poznałem je już wcześniej, nie mając dostępu do facebookowego wyszukiwania.

To na przykład strona Dukaty Rzeczpospolitej Numizmatyka - nie dość, że miła dla oka, to jeszcze autor świetnie orientujący się w temacie. Tu zawsze można liczyć na informacje bardzo ciekawe, nawet dla kolekcjonerów, dla których dukaty rzeczpospolitej to nieosiągalne marzenie. Warto oczywiście  obserwować, co nowego publikują Mennica Polska, Gabinet Medalów Polskich, Wydawnictwo Piotr Kalinowski, czy Warszawskie Centrum Numizmatyczne i inne podobne profile ale trzeba pamiętać, że główną ich funkcją jest reklama. Dźwignia handlu podobno, choć codzienne obserwacje skłaniają mnie coraz częściej do przekonania, że nic tak człowiekowi nie obrzydzi towaru/imprezy/filmu/wydawnictwa (niepotrzebne skreślić), jak reklama właśnie.

Znalazłem na Facebooku jeden profil, który mimo, że jest profilem firmy numizmatycznej, i jako taki oczywiście pełni przede wszystkim funkcję reklamową, to jednocześnie może być i jest kopalnią inetersujących widomości numizmatycznych (i nie tylko). To profil firmy Pana Damiana Marciniaka
Polecam.
Z tej właśnie strony dowiedziałem się, o wydarzeniu, w którym po prostu nie wypada mi nie wziąć udziału.
Gdyby nie strona GNDM, pewnie bym to przegapił, a dzięki Panu Marcinowi i Facebookowi, 5 marca o 17:00 zamelduję się w Dąbrowie Górniczej.




środa, 18 lutego 2015

Niespodzianki.

Najpierw przyjemne.

Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.

Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych.  Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa"  jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.

Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
Pierwszy koncert w Polsce. Tanio nie jest, ale nie ma rady, trzeba będzie pojechać. 

Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
There is no upgrade path due to the many fundamental changes that come with Plasma 5.2 
Czyli jest problem. Albo, chcąc mieć zaktualizowany system, muszę go zainstalować od nowa i ręcznie dodać niezbędne mi programy (wielkim problemem by to nie było), albo chcąc mieć święty spokój, muszę pozostać przy obecnie zainstalowanej wersji. Ma być wspierana do 2019 r. więc to też nie było by wielkim problemem.
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na  Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.

Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?


niedziela, 8 lutego 2015

O kropkach raz jeszcze (pewnie nie ostatni).

O kropkach na monetach można w nieskończoność. Pisałem o nich dziesięć lat temu. Pisałem i na tym blogu. Okazuje się, że zgodnie z "Jado, nie patrzo", trzeba napisać raz jeszcze.

Jest w sieci forum "poszukiwaczy skarbów" http://www.poszukiwanieskarbow.com. Jedno z wielu zresztą, a na tym forum wątek Boratynka dla bardziej wymagających ;-) z kolekcji.
Obserwuję ten wątek od dawna i od czasu do czasu coś też w nim piszę. Na 52 stronie wątku (to  wątek długi!) jeden z forumowiczów podzielił się spostrzeżeniem, że na niektórych boratynkach, na awersie, a konkretnie na twarzy króla zauważyć można kropkę.
zdjęcie z forum, autor rom57

Pojawiło się kilka teorii na ten temat. Część osób stwierdziła, że zauważyła te kropki już wcześniej, ale uznała je za... kolczyk w uchu króla (bo zwykle występują w tym mniej więcej miejscu). Zwykle, ale nie zawsze.

Druga teoria uznaje te kropki za przedstawienie jakiegoś znamienia widocznego na twarzy Jana Kazimierza, podobnie jak było z "myszką" na policzku Stefana Batorego. Tę teorię obalić najłatwiej - na innych nominałach, łącznie z talarami, na których portret zajmuje dużo miejsca i można go dokładniej przedstawić oraz na malowanych portretach Jana Kazimierza, żadnego znamienia nie widać.

Kolejna teoria zakłada, że pojawienie się kropki w tym miejscu jest spowodowane przyczynami technicznymi. Według niej, autor stempla zaznaczał jego środek wbijając ostry trzpień i później pomagając sobie cyrklem mógł precyzyjnie rozmieścić litery legendy. Rzeczywiście, boratynki z kropką na awersie są ładne, ładniejsze od większości pozostałych.
Forumowicze przejrzeli swoje zbiory, umieścili w wątku wiele zdjęć boratynek z kropkami i dzielili się swoimi spostrzeżeniami na ten temat.
Okazało się, że kropki nie zawsze znajdują się w centrum rysunku awersu, a nawet, że pojawiają się na boratynkach niewątpliwie fałszywych.

Kolekcjonerzy specjalizujący się w szelągach Jana Kazimierza zauważyli, że kropki (te centralne) występują na szelągach koronnych i litewskich bitych w Ujazdowie oraz litewskich bitych w Wilnie. W Ujazdowie na rocznikach 1660, 1661, 1663, 1664, 1665, a w Wilnie w latach 1665 i 1666. Skojarzono to z faktem, że po zamknięciu mennicy ujazdowskiej (1 listopada 1665) personel rozproszył się znajdując zatrudnienie w Wilnie i nowej mennicy w Brześciu. Wygląda na to, że rytownik stempli z Ujazdowa wylądował w Wilnie, gdzie kontynuował praktykę posługiwania się cyrklem przy rozplanowywaniu elementów rysunku. Technika ta znana była już w starożytności. Na niektórych dobrze zachowanych monetach widać pozostałości trasowania pomocniczych okręgów.

Oczywiście sprawdziłem od razu, czy w swoim zbiorze mam boratynki z kropkami. Mam, ale na te kropki nie zwróciłem uwagi (jado, nie patrzo, patrzo, a nie widzo). Na przykład:
szeląg litewski 1661, Ujazdów
kropka nie jest w centrum krążka, ale jest w centrum rysunku!

szeląg koronny 1664, Ujazdów

szeląg koronny 1665, Ujazdów

Nie mam na tyle ładnego "kropkowanego" wileńskiego szeląga, by się nim tu pochwalić, ale w omawianym wątku przykładów nie brakuje.

Najpewniej nie należy wiązać tych kropek z jedną tylko osobą. Nie bezpośrednio, ale pośrednio tak. Uważam za bardzo prawdopodobne, że w Ujazdowie pracował doświadczony, nie waham się przed określeniem wybitny, rytownik stempli, który jako taki na pewno szkolił innych. Później albo sam przeniósł się do Wilna albo przeniósł się tam któryś z jego uczniów. Być może uda się kiedyś odgrzebać w archiwach jego imię, przy czym niekoniecznie muszą to być archiwa związane z mennictwem, wiele informacji o mennicach i ich pracownikach znajduje się w aktach sądowych i grodzkich.

A przy okazji.
Miedziane szelągi Jana Kazimierza, od nazwiska ich pomysłodawcy (który ameryki nie odkrył, tylko twórczo rozwinął pomysły z Francji) nazywamy boratynkami. Mianownik liczby mnogiej, to boratynki. A jaki jest mianowkik liczby pojedynczej? Boratynka, czy boratynek?
W potocznym języku dzisiejszych kolekcjonerów i "poszukiwaczy skarbów" najczęściej spotyka się formę żeńską - boratynka. A przecież to szeląg. W literaturze XIX-wiecznej i przedwojennej zazwyczaj czytamy "boratynek" - rodzaj męski. Przyznam, że ta forma bardziej mi odpowiada. Mimo, że boratynek to moneta. Ale w końcu talar to też moneta, a nie mówimy, "ta talara".
Prawie, jak w tym stareńkim dowcipie:
 Kresy Rzeczpospolitej, tuż przed II wojną, małe miasteczko tuż obok wojskowego lotniska polowego. Babcia pokazuje wnuczkowi lecący samolot.
– Patrzaj wnusiu, aeroplana leci.
Przechodzący obok porucznik zatrzymuje się i poprawia
 – Nie mówi się aeroplana tylko aeroplan.
A babcia na to
– Widzisz dziecko, ja już stara i nie te oczy. Pan wojskowy młody, to i z daleka przyrodzenie rozpoznał.
A może to nie dowcip, tylko stenogram?

poniedziałek, 2 lutego 2015

Kumulacja nudy.

Nie dość, że za oknem monotonnie do urzygania, to etapy dwóch równolegle trwających prac weszły w najmonotonniejsze i najnudniejsze fazy. Raz, uzupełnianie zdjęć monet do katalogu zbioru, dwa składanie w całość katalogu miedziaków Augusta III.

Kiedy wpisywałem w katalog zbioru drobne monety niemieckie z lat 1873-1945 (trudno i darmo, to de facto monety obiegowe ziem polskich), to jakoś brakło czasu na ich fotografowanie. Teraz się to mści, bo wygląda to tak:
Biorę kilka sztuk, układam na płycie skanera, uruchamiam program do jego obsługi
skanuję, otrzymany obraz wczytuję do GIMPa
wycinam poszczególne monety (na szczęście mają jednakową średnicę, więc raz utworzone zaznaczenie można wykorzystywać do kolejnych monet przesuwając je tylko z miejsca na miejsce).
Wycięty obraz monety trzeba teraz obrócić, bo prawidłowe ułożenie na szybie skanera udaje się raz na trzydzieści siedem przypadków (tak na oko). Do tego wykorzystuję plugin wyszukany kiedyś na stronie z dodatkami do GIMPa. Polega to na zaznaczeniu dwóch punktów  (jak wiadomo, dwa punkty wyznaczają prostą) leżących na prostej, która powinna być pozioma, albo pionowa.
Teraz zamiast wywoływać plugin z menu, naciskam kombinację trzech klawiszy (Ctrl-Shift-O), którą do tej operacji przypisałem na stałe w konfiguracji GIMPa i otrzymuję pożądany wynik.
Jak widać, zaznaczenie ścieżki nie obraca się). Tak obrobione skany awersów i rewersów zapisuję w tymczasowym katalogu i uruchamiam w terminalu programik sklejający je parami.
Na koniec wklejam otrzymane obrazy w katalog.
Nudy na pudy, ale nikt tego za mnie nie zrobi. Dawkuję więc sobie tę nudę małymi porcjami, nie więcej, niż tuzin dziennie i żeby nie zasnąć słucham przy okazji muzyki różnej i różniastej serwowanej przez Spotify.

A po uzupełnieniu kolejnego zestawu zdjęć, dla  "rozrywki" biorę się za miedziaki króla grubasa.
Cudzysłów, bo tu też akurat faza monotonnych działań. Opracowanie bazuje na katalogu monet - odmian i wariantów. A tych jest "mnóstwo dużo". Znacznie więcej, niż znaleźć można w szczegółowych katalogach Czapskiego, Gumowskiego, Kahnta, Kurpiewskiego i Baumanna. Mam w tej chwili najpełniejszy chyba zbiór szelągów i groszy koronnych Augusta III (a i tak brak mi jeszcze kilkudziesięciu monet). I przyszła właśnie pora na montowanie tego katalogu. Zdjęcia obrobiłem już dawno, ale trzeba opakować je opisami, odnośnikami do wymienionych przed chwilą katalogów, uwagami o rzadkości występowania...

Z tymi odnośnikami do literatury nie zawsze jest łatwo. Zobaczcie na przykład fragment strony z artykułu "Gubin i jego mennice" napisanego przez M. Gumowskiego.
Ktoś się pomylił i po pierwsze, we wszystkich pięciu przypadkach napisał AUGUSTUS i zapisał jednakową formę litery N znajdującej się pod herbami. Trzeba teraz sprawdzić, co kryje się pod numerem 7842 u Czapskiego. Okazuje się, że jest to szeląg podobny do n-ru 2844 ale z imieniem AVGVSTVS i odwróconą literą N (jak cyryliczne I) pod herbami. Z kolei nr 2844 to szeląg taki jak nr 2803, tylko z datą 1753. A szeląg 2803 jest szelągiem takim jak 2796, tylko że z literą N. Z kolei szeląg 2796 ma być taki jak nr 2784 ale z AUGUSTUS  z roku 1752 i literą A. I dochodzimy w końcu do szeląga 2784, czyli monety z AVGVSTVS z roku 1749, bez litery pod herbami.

Konstruowanie jasnego, przejrzystego katalogu okazuje się może mniej nudne, niż masowa obróbka zdjęć niewiele różniących się monet, ale jest bardzo uciążliwe i wymaga nieustannego skupienia. Nie można się  obejść od karteczek ze strzałkami łączącymi kolejne numery z publikacji Czapskiego i Gumowskiego.

Mozół.

P.S.
Po poprzednim wpisie trafiła mi się fucha. Kolega (jak się okazuje, koledzy z pracy też zaglądają na mojego bloga, choć monetami się ie interesują) - ale nie ten, który sprowokował mnie do rozpisywania się o Linuksie - poprosił mnie o pomoc. Stwierdził, że jego komputer "zamula", że w odstępach półrocznych mniej więcej łapie jakąś zarazę, na którą jedynym lekarstwem jest stawianie systemu od nowa (Windows XP) i traci już do tego cierpliwość. Chciałby sprawdzić, czy to co napisałem o Linuksie to prawda.
Poczucie misji nie pozwoliło mi na odmowę.

Po wspomnianych reinstalacjach systemu kolega nabrał dobrego zwyczaju trzymania ważnych plików na osobnej partycji. Trzeba było przenieść na nią tylko kilka rzeczy, które nie wiadomo dlaczego zapisały się w "moje dokumenty" na dysku systemowym i wyeksportować zakładki Firefoxa. Z pocztą nie było problemu, bo kolega trzyma ją na serwerze, wystarczyło zapisać ustawienia konta.
Odpaliliśmy komputer z "gwizdka" USB, sesja Live Netrunnera uruchomiła się bezproblemowo. Pokazałem koledze jak to mniej więcej wygląda i zapytałem
- no i co, instalujemy?
- Raz kozie śmierć, instaluj. Jak mi się nie spodoba to chyba da się to sformatować i na nowo postawić Windowsa?
- Da się.
Po kliknięciu w ikonę uruchamiającą instalację Netrunnera na HDD podaliśmy niezbędne dane (język, strefa czasowa, nazwa użytkownika, hasła) i po niecałych dwudziestu minutach system poprosił o ponowne uruchomienie komputera.
Po około trzydziestu sekundach kolega zalogował się i zapytał:
- To co teraz? Sterowniki, edytor tekstu, Skype, jakiś program i kodeki do multimediów?
- Wszystko już jest. Na razie ustawię Ci tylko automatyczne montowanie partycji z Twoimi plikami. Jest sformatowana pod Windowsem, ale zostawimy ją na wszelki wypadek bez zmiany. Jak Ci się Linuks nie spodoba, to nie trzeba będzie znowu tego zmieniać. Trzeba tylko zaimportować zakładki Firefoxa, doinstalować rozszerzenia, ustawić pocztę. Jakby coś nie działało, to pomogę Ci poustawiać.
- Jak to jest? Jak formatowałem Windowsa, to musiałem wszystko na nowo instalować, pół dnia mi to zajmowało.
- Spróbuj. Tu jest menu do uruchamiania programów. Pobaw się.

Po pół godzinie żegnałem się z kolegą, który nie mógł się nadziwić. Libre Office czytał wszystkie pliki, które powinien, muzyka grała, filmy miały polskie napisy, Skype łączył z dźwiękiem i obrazem, logowanie do poczty poszło bez problemu.

Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
- Bo instalacja i uruchomienie w pełni funkcjonalnego, wyposażonego w niezbędne do pracy programy zajmuje niecałą godzinę.






niedziela, 25 stycznia 2015

Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?

- Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
zapytał mnie kolega z pracy (młodszy kolega, mam dzieci w jego wieku).
Czasu za wiele nie było, poopowiadałem coś o bezpieczeństwie, o łatwości aktualizacji oprogramowania i systemu, o swobodzie konfigurowania systemu itp. Rzecz jasna wspomniałem też o kosztach.

Trudno się odpowiada na takie pytania. Cóż ja mogę wiedzieć o motywacjach innych ludzi. Mogę tylko przypuszczać, że czasem ich motywacje są takie same, jak moje. Łatwiej mi odpowiedzieć, dlaczego ja używam Linuksa.

Swoje PC-ty zawsze składałem sam. Zaczynając od pierwszego, gdzieś około roku 1990. Bez twardego dysku, z systemem MS-DOS uruchamianym z dyskietki. Później rozbudowanym o HDD (całych 40 MB - po prostu rozpusta), kolorowy monitor i system Windows 3.11. Na początku nikt się specjalnie prawami autorskimi Microsoftu nie przejmował. Firmy oficjalnie kupowały i użytkowały składaki nie zastanawiając się nad jakimiś licencjami na system i inne programy. Ja też się tym nie przejmowałem.
Pierwszy raz spróbowałem zastąpić Windowsa Linuksem pod koniec lat 90-tych. To był Knoppix. Pierwsze koty za płoty. Software nie mógł dogadać się z hardware. Wróciłem do Windows (98). Później próbowałem jeszcze kilka razy, zwykle przy jakichś większych modernizacjach sprzętu. I tak trwało to do roku 2009. Wtedy przytrafiła mi się większa awaria. Padła płyta główna. Dość archaiczna, więc siłą rzeczy kupno nowej wywołało lawinę - wymagała innego zasilania - kupiłem nowy zasilacz. Trzeba było wymienić procesor, pamięć. Nawet mysz i klawiaturę, bo miały wtyczki których nie dało się wcisnąć w gniazda PS2. System i dane przeżyły - dysk HDD nie został uszkodzony. Cóż z tego, skoro system nie wstał. Nowa konfiguracja sprzętowa okazała się przeszkodą nie do pokonania. Włożyłem płytkę z pirackim XP-kiem do napędu i okazało się, że instalacja systemu od nowa też prosta nie będzie. Proces wieszał się w pewnym momencie; czarny ekran, a po restarcie informacja o braku systemu na dysku.
Sięgnąłem po płytkę z Ubuntu (kiedyś Canonical rozsyłał je za darmo, nie trzeba było nic ściągać i wypalać).
System uruchamiany z CD wystartował. Hardware został wykryty bezbłędnie, połączenie z siecią wystartowało, sprawdziłem, że mam dostęp do swoich danych na dysku. Decyzja nie mogła być inna. Na szczęście zawsze przestrzegałem zasady, że dane powinny być na innej partycji, niż system, więc nie było problemu z zastąpieniem starego systemu nowym. Na partycji systemowej, miejsce Windows XP zajęło Ubuntu, a dokładniej jego wersja z KDE, czyli Kubuntu. Mogłem pracować dalej.
Z czystej ciekawości sprawdziłem ile kosztowało by mnie zainstalowanie legalnej siódemki od Microsoftu. Wersja Home premium oznaczała konieczność wydania przeszło 350 złotych. W życiu! Dwa lata później za taką kwotę kupiłem dwa twarde dyski SATA po 500 GB każdy.
I tak już zostało. W moim PC nie ma śladu po MS Windows. Kubuntu zostało zastąpione najpierw przez PCLinux OS, później przez Netrunnera.

Dlaczego więc używam Linuksa?

  • Bo nie mam żadnych problemów z obsługą sprzętu, w tym skanera, bezprzewodowej myszki i klawiatury multimedialnej oraz  kamerki internetowej.
  • Bo Linuks jest bezpłatny, a do tej pory nawet  mając legalny system Windows trzeba było płacić za przejście na nowe wydanie (z XP na Vistę, Seven, ósemkę; teraz podobno ma się to zmienić, pożyjemy zobaczymy).
  • Bo bez problemu znajduję w repozytoriach potrzebne mi oprogramowanie, a kiedy je już zainstaluję, mam zapewnioną łatwą jego aktualizację bez dodatkowego wysiłku z mojej strony - pilnuje tego system.
  • Bo Linuks jest bezpieczny, jeśli tylko przestrzega się w minimalnym stopniu zasad bezpieczeństwa - nie pracuj na koncie roota (administratora), nie korzystaj z niepewnych repozytoriów. 
  • Bo mam pełną swobodę w kształtowaniu środowiska pracy.
  • Bo gdy chcę myszką ściszyć lub pogłośnić dźwięk, to wystarczy, że pokręcę kółkiem myszy na ikonie programu za to odpowiadającego. Nie muszę klikać i poruszać suwakiem. 
  • Bo mnóstwo rzeczy mogę wykonać łatwo i szybko używając terminala (konsoli). W odwiecznym sporze Windowsowców z Linuksiarzami, argumentem tych pierwszych przeciwko Linuksowi jest konieczność używania terminala. Rzecz w tym, że to nie konieczność - tzw. zwykły użytkownik wyklika wszystko, co mu potrzebne. A okazuje się, że czasem klikanie jest trudniejsze od użycia terminala. Pisałem kiedyś, jak używając terminala mogę bez użycia okienkowego programu graficznego sklejać w całość zdjęcia awersu i rewersu monety. A kiedy takich par awers-rewers mam kilka? Pisze się program w języku terminala. Program, to duże słowo. Zakładając, że zdjęcia awersów i rewersów są w katalogu Dokumenty wystarczy coś takiego:
    for i in `seq -w 1 $1`
    do
    montage -geometry 1200 ~/Dokumenty/$i'aa'.jpg ~/Dokumenty/$i'a'.jpg ~/Dokumenty/$i.jpg
    done

    Ot i cały program. Zdjęcia są sprowadzane do jednakowych rozmiarów (1200 x 1200 pikseli) i łączone parami.
    Pomagają też ALIASY. Alias to w skrócie zapis dowolnej komendy pod nazwą, która będzie dla użytkownika łatwiejsza do zapamiętania, a nadal będzie wykonywała wcześniejsze zadania. Polecenie montage -geometry +2+2 03a.jpg 03z.jpg 03.jpg
    mogę na przykład zastąpić słowem "sklej". Mogę też jednym słowem zastąpić zestaw kilku poleceń, na przykład mam coś takiego
    g='mocp -S && mocp -p'
    Wpisanie w terminal (który uruchamiam naciśnięciem klawisza F12) literki g i naciśnięcie ENTER uruchamia odtwarzanie muzyki z plików lokalnych w losowej kolejności - takie prywatne radyjko.  



Pewnie mógłbym jeszcze kilka innych powodów wymienić, ale te są najważniejsze. Bezpieczeństwo, wygoda, skuteczność, ekonomia. Czegóż chcieć więcej.

PS.
Cóż wart wpis bez grafiki.
Mój pulpit prezentuje się dziś tak:
Nie zaśmiecam go ikonami, i tak skryją się pod oknami uruchamianych programów. Nie skrywa się pasek widoczny po prawej. A na pasku są (od góry)
monitor sieci,
monitor systemu - obciążenie procesora, pamięci, pliku wymiany (mam mało RAMu),
monitor temperatury procesora,
ikony najczęściej uruchamianych programów (GIMP, Thunderbird, Krusader - dwupanelowy manager plików, Commence, Spotify, Opera),
wskaźnik powiadomień systemowych,
ikony programów i usług działających w tle (Dropbox, Skype, Mega, manager schowka, sterowanie audio),
zegar,
aktywator menu programów,
ikona wyłączania, uśpienia, wylogowania.

P.P.S.
Coś o monetach napiszę niebawem.

sobota, 17 stycznia 2015

I wszystko jasne

Żałuję, że nie zrobiłem zrzutu ekranu 10 stycznia.
Najpierw na stronie Narodowego Banku Polskiego pojawiła się informacja o wysokości nakładów monet obiegowych w roku 2014. To, co dla mnie najważniejsze brzmiało tak:
1 grosz - 420 924 900
2 grosze - 137 084 750
5 groszy - 96 004 500
10 groszy - 88 000 000
20 groszy - 46 000 000
50 groszy - 28 400 000
1 złoty - 35.250.000
2 złote - 28.000.000
5 złotych - nie wybito

Na Facebooku napisałem wtedy
Niestety mamy na razie pewności, czy w przypadku monet 1, 2 i 5 groszy to nakład łączny, czy tylko dostawa z Mennicy Polskiej SA.
Sądząc po tym, że nakłady tych monet podano z dokładnością do 50 szt. przypuszczam, że to nakłady łączne.
Przypuszczałem, że więcej szczegółów być może uda się uzyskać po korespondencji z NBP. Nawał zajęć spowodował, że do wczoraj nie zdążyłem wysłać zapytania. I wczoraj właśnie okazało się, że informacja na stronie NBP została zmieniona.
Kluczowy fragment wygląda teraz tak
co oznacza, że oficjalnie potwierdzono wysokość nominałów bitych przez The Royal Mint wynoszące po 1 milionie egzemplarzy monet 1, 2 i 5 groszy (partia pilotażowa).
Nakłady tych nominałów z datą 2014 wynoszą:
1 grosz
Mennica Polska SA - 86 000 000
The Royal Mint - 333 924 900
2 grosze
Mennica Polska SA - 20 000 000
The Royal Mint - 116 084 750
5 groszy
Mennica Polska SA - 15 000 000
The Royal Mint - 80 004 500

Nakłady dwu- i pięciogroszówek są małe. Są niższe od dotychczas najniższych (5 groszy 1993 - 20 280 101 sztuk, 2 grosze 1990 34 400 000 sztuk), ale nie są bardzo niskie. Jednogroszówek wybito dużo, niższe są nakłady roczników 1990, 1991 i 1993.

Nie wysokość nakładów jest dziś najważniejsza. Naprawdę ważne jest to, że Narodowy Bank Polski błyskawicznie (jak na zwyczaje sprzed kilku zaledwie lat, kiedy takie dane publikowano po kwartale dopiero) opublikował nakłady monet obiegowych poprzedniego roku, a jeszcze ważniejsze jest, że ktoś w NBP zauważył niezadowolenie kolekcjonerów z pierwszej wersji informacji o nakładach.

I jeszcze jedno. 10 stycznia w tabeli były też dane o wysokości nakładu pięciozłotówki z 2014 r., tej z "zajączkiem". To pierwsza moneta z cyklu zapoczątkowanego po rezygnacji z bicia okolicznościowych dwuzłotówek ze stopu nordic gold. Ostatnia była dwójka honorująca Jana Karskiego wprowadzona do obiegu 24 kwietnia 2014 r. "Złote" dwuzłotówki zastąpiono pięciozłotówkami, których pierścień wykonany jest ze stopu MN 25, zaś rdzeń z CuAl6Ni2. NBP określa je jako okolicznościowe monety obiegowe, ale wbrew ich "obiegowości" informację o wysokości nakładu usunięto z tabeli z monetami obiegowymi. Użyłem cudzysłowu, bo nie tak łatwo można tymi monetami płacić; zauważyłem wiele relacji o odmowach przyjmowania tych monet w sklepach.

A teraz coś z zupełnie innej beczki.
Beczka wcale nie jest tu przenośnią.
Kilka dni temu robiąc zakupy zauważyłem na półce z czerwonymi winami taką etykietę
Widzicie ten napis? VECCHIE MONETE - OLD COINS?  Widzicie (na tym zdjęciu nie rzucają się tak w oczy, jak na sklepowej półce) wizerunki włoskich monet z początków XX wieku?
Nie mogłem przejść obojętnie, tym bardziej, że i tak zamierzałem kupić jakieś wino do obiadu.
Tak, jak monety uwidocznione na etykiecie rarytasami nie są, tak i samo wino nie jest trunkiem nadzwyczajnym. Bardziej półwytrawne, niż wytrawne, ale do picia jak najbardziej zdatne. Nie odkryłem jakiegoś nadzwyczajnego wina godnego najlepszych stołów, ale też na pewno nie przepłaciłem (niecałe 20 PLN).
Polecam na drobny prezent dla kolekcjonerów monet. Kolekcjoner win minę może mieć kwaśną, choć wino kwaśne nie jest.




poniedziałek, 12 stycznia 2015

Monety, czyli pieniądze

Monety są jedną z form materialnych pieniądza. Pieniądza, czyli czegoś służącego do płacenia za towary i usługi. Mówi się czasem, że pieniądz , to środek mający moc umarzania zobowiązań - to takie bardziej "księgowe" podejście do zagadnienia, ale prawdziwe. Kupując coś, zobowiązujemy się do zapłaty. Najłatwiej tę obietnicę spełnić posługując się pieniądzem.

Prawdopodobnie pierwsze transakcje dokonywane przez człowieka polegały na wymianie, barterze jakbyśmy dziś powiedzieli. Na przykład tak
- Dam ci skórę niedźwiedzia, którego niedawno zabiłem i zjadłem jeśli ty dasz mi za to twoją krzemienną siekierkę.
Takie transakcje były trudne, bo uwarunkowane jednoczesnością potrzeby i oferty (po co mi czternasta siekierka?).
Wyewoluowało to w kierunku wyboru niektórych dóbr najwygodniejszych dla "kupującego" i "sprzedającego". Takimi dobrami były na przykład skóry (można było przerobić je na odzież), ziarno (można było przerobić je na pożywienie), kawałki metalu (można było przerobić je na narzędzia albo ozdoby).
Pieniądz w formie monet wywodzi się z tej trzeciej formy, z bryłek metali szlachetnych.
W siódmym wieku p.n.e. w Lidii, krainie w Azji Mniejszej (tereny dzisiejszej Turcji wokół miasta Sardes) wymyślono sposób pozwalający uniknąć konieczności ważenia i badania jakości metalu, a konkretniej złota. Niewielkie jego bryłki, o ustalonej masie, zaczęto opatrywać odciskiem pieczęci przedstawiającej głowę ryczącego lwa
- musicie uwierzyć na słowo, że jest tu lew. Dziś uznajemy je za najstarsze monety świata.
Potem poszło już szybko. Stemple, którymi opatrywano bryłki metalu stawały się coraz bardziej skomplikowane - fałszerze i oszuści nie pojawili się na świecie wczoraj. Bryłki przestały być bryłkami - przyjęły kształt płaskich krążków. Stały się monetami, ale nie przestały być kawałkami kruszcu i miały takąż moc umarzania zobowiązań, jak kruszec w innej postaci. Były jednak wygodniejsze w użyciu.

Kolejnym krokiem w rozwoju pieniądza-monety był wynalazek nominału nie będącego jednostką masy tylko przypisaną, umowną wartością określającą siłę nabywczą kawałka metalu. Pojawiły się monety z innych niż srebro i złoto metali. Pojawiły się uregulowania prawne określające wzajemny stosunek wartości monet o różnych nominałach (i bitych z różnych stopów) i pojawiła się możliwość zarabiania na wprowadzaniu pieniądza do obiegu. Możliwość zarezerwowania dla wąskiego grona władców, posiadaczy praw menniczych, którzy mieli do dyspozycji i inne prawa, w tym prawo ustalania ordynacji menniczych, czyli przepisów określających wielkość i jakość monet.

Przerobienie określonej ilości metalu na monety przynosiło władcy zysk, z którego oczywiście musiał on opłacić ludzi wykonujących te monety i ludzi nadzorujących tę produkcję. Kusiło to panów menniczych do produkcji pieniądza w ilości ponad potrzeby (inflacja) i do coraz częstszych, obowiązkowych oczywiście wymian - zastępowania starego pieniądza nowym. Stary pieniądz przymusowo wycofywany z obrotu stawał się surowcem na pieniądz nowy, zawierający mniej kruszcu - albo z powodu zmniejszania wagi monet, albo z powodu niższej próby kruszcu w monecie. Takie obniżanie wartości monet określa się jako peioratio monetae. Natomiast proces przymusowej wymiany pieniądza na nowy, to renovatio monetae. Najwcześniej, bo w X w. odnotowano go w Anglii. Sto lat później w Niemczech, Czechach i na Węgrzech. W Polsce pojawił się na początku XII w. w postaci wymiany pieniądza mniej więcej co dwa lata. Największe nasilenie przymusowej wymiany pieniądza wystąpiło u nas na przełomie XII/XIII w. Osoby posługujące się starymi pieniędzmi surowo karano - inaczej wymiana nie przynosiła by władcy zaplanowanych zysków.
W 1207 r papież Innocenty III skierował do Władysława Laskonogiego bullę, w której pouczał go
Do naszej mianowicie uwagi, wiedzcie, doszło, że gdy na mocy zwyczaju kraju moneta używana w ciągu roku u was po raz trzeci jest odnawiana, i ta co pierwej była w użyciu, na koniec staje się gorsza od drugiej w następującym użyciu, wy temuż aposto­łowi zapłatę należną przesuwacie na ten czas do zapłacenia, w którym monety, którą płacicie gorsze będzie użycie.
Rzym nie chciał akceptować, by świętopietrze płacono w końca roku, kiedy moneta po kilkakrotnej wymianie miała już mniejszą wartość.

Pieniądz kruszcowy nie znał granic. Dlatego w Polsce znajduje się skarby złożone z obcych monet, a w skarbach odnajdowanych w innych krajach spotyka się nasze monety. Regulowano to publikując tablice ewaluacyjne określające wzajemny stosunek wartości różnych monet. Najbardziej znanym u nas przykładem takich tablic jest "Wizerunek i szacunek mynic wszelakich cudzoziemskich" Kaspra Rytykiera wydany w Krakowie w roku 1600.

Duże zamieszanie w systemach porównywania pieniądza i w ordynacjach menniczych przyniosła zmiana stosunku wartości złota do srebra wywołana potężnym importem kruszców z Ameryk. Złoto zaczęło drożeć. W 1501 r. za Olbrachta, stosunek cen złoto do srebra wynosił 1 do 7,5 a w roku 1600 za Zygmunta III już 1 do 11,5. Przy tym oba kruszce straciły moc nabywczą, staniały w stosunku do żywności i większości towarów. Inaczej mówiąc, ceny wzrosły. Jeśli przyjąć, że za Olbrachta siła nabywcza grosza wynosiła 100 jednostek, to za Zygmunta III spadła ona do niecałych 20 jednostek.

Zachowało się wiele dokumentów zawierających informacje o cenach i zarobkach w różnych okresach. Porównywanie siły nabywczej pieniądza w różnych miejscach i różnym czasie nie jest łatwe, bo trudno znaleźć jej uniwersalny miernik. Jednym z takich mierników jest TROFA. Co to słowo oznacza? Najprościej mówiąc, trofa to ilość pokarmu zapewniająca przeciętne potrzeby energetyczne średnio aktywnemu człowiekowi przy zastrzeżeniu racjonalnego odżywiania. Więcej na ten temat w jednym z moich felietonów z 2004 r. Tam też znajdziecie informacje o wydawnictwach, z których można dowiedzieć się ile zarabiali i wydawali nasi przodkowie. Zainteresowanym mogę polecić jeszcze książkę Grzegorza i Anny Wójtowiczów "Historia monetarna Polski" i książkę, o której już na blogu wspominałem - "Wielki problem drobniaków" T. J. Sargenta i F. R. Veldego.

Kwestie z pogranicza numizmatyki i ekonomii, to temat rzeka (morze, ocean...). Sam problem psucia pieniądza opisany i przeanalizowany przez Kopernika (i Greschama) to godziny niełatwej lektury. Zainteresowanych zachęcam do poszukiwań źródeł, na przykład w Federacji Bibliotek Cyfrowych. Niektóre teksty czyta się, jak najlepsze kryminały.



sobota, 10 stycznia 2015

Konia z rzędem...

Komu i za co konia z rzędem, napiszę za chwilę.
Najpierw obiecanych kilka słów o ostatnim ubiegłorocznym nabytku, którym pochwaliłem się w zakończeniu poprzedniego wpisu.
Po uwolnieniu z "trumienki" moneta prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami:
Zaraz, zaraz, przecież na slabie grader umieścił ocenę XF40. Czy to naprawdę moneta w stanie "Extremely Fine"? Sięgnijmy do źródła (czytaj Wikipedii). W tabelce na stronie http://en.wikipedia.org/wiki/Sheldon_coin_grading_scale czytamy
40 Extremely Fine/Extra Fine Ex. Fine, EF40 Overall sharpness, light wear at the highest points of the coin, details of the coin are sharp. Traces of mint luster may show.
co googlowy tłumacz przekłada na
ogólna ostrość, światło zużycie w najwyższych punktach medalu, szczegóły monety są ostre. ślady mięty połysku może pokazać
(ciekawe, jak długo jeszcze będą mnie bawić takie tłumaczenia), a co należy rozumieć tak:
Rysunek monety ostry. Lekkie przetarcia w jego najwyższych partiach. Szczegóły rysunku ostre. Mogą być widoczne ślady lustra menniczego.

Gdyby oglądać monetę przez zmatowione tworzywo slabu, w słabym oświetleniu, gołym okiem, które gołe być nie powinno, bo tych kilku dioptrii wady okulista by nie przegapił, gdyby tak tę monetę oglądać, to można by uznać, że jest "Extremaly Fine". Uwolniona z pudełka mniej zachwyca.
Moneta "z ziemi", na szczęście nie zniszczona chemicznym "czyszczeniem", ale z widocznymi głębokimi rysami i z paskudną patyną charakterystyczną dla "wykopków".
Dlaczego więc napisałem, że moneta prezentuje się zgodnie z oczekiwaniami? Dlatego, że byłem pewien, że jej stan przeszacowano.

Wyjęcie monety ze slabu nie nastręczało żadnych trudności. Wystarczył scyzoryk, miejsca zgrzewu/klejenia puściły i...
Może ktoś korzystając z tego, że slab tak łatwo się otwiera, podmienił właściwą monetę? Firma gradingowa na swojej stronie internetowej udostępnia możliwość weryfikacji. No to do dzieła.
i...
Czyli jak? Fałszywy slab? Wysłałem opis slabu do firmy gradingowej. Po kilku dniach przyszła odpowiedź:
Wynik weryfikacji? Cytując klasyka - wiem, że nic nie wiem. Zakładam, że odpowiedź to tzw. skrót myślowy i że można ją zinterpretować w sposób następujący:
"Tak, to my zapakowaliśmy w slab tego szeląga Augusta III z roku 1751. "

Dobra nasza, myślę sobie, to teraz sprawdzę, jak w praktyce wygląda realizacja gwarancji udzielanych przez firmę gradingową. Przecież grading, to gwarancja autentyczności monety i właściwej oceny jej stanu zachowania oraz zabezpieczenie tego stanu przez zamknięcie monety w odpowiednim opakowaniu. I teraz przyszła pora na dokończenie tytułowego zdania.

Konia z rzędem temu, kto znajdzie regulamin bądź deklarację firmy zawierające opis gwarancji przez tę firmę udzielanych. Bez trudu znajduję takie uregulowania na stronach internetowych NGC, czy PCGS, ale mimo najlepszych chęci nie umiem ich odszukać na stronach rodzimych firm zajmujących się gradingiem monet.
Drugiego konia z rzędem temu, kto znajdzie informacje o brytyjskiej firmie European Coin Company (od niej ma pochodzić skrót ECC widniejący na slabie).
Trzeciego konia, a po prawdzie kucyka, temu, kto znajdzie informacje o firmie pakunkowej ECC Polska.
To razem z nimi... a co mi tam, zacytuję z firmowej strony
W jubileuszowym, dziesiątym roku działalności, przy udziale brytyjskiej firmy European Coin Company i wspólnie z firma pakunkową ECC Polska , wdrażamy jesienią 2006 grading w naszym kraju.
i dalej
Opakowana i oszacowana stanowo moneta to bezapelacyjnie wygodne ułatwienie dla zbieracza. Pewne dla każdego początkującego numizmatyka, który kupując monetę, nie jest narażony na rozczarowanie i niepotrzebne ryzyko, zarówno w zakresie stanu zachowania jak i jej autentyczności.
Pora kończyć tę nierówną walkę.
Z pełną świadomością kupiłem zamkniętą w slabie monetę opisaną, jako grosz Augusta III z 1751 r., której stan oszacowano na XF40 nie licząc na to, że w slabie naprawdę będzie grosz z tego rocznika, i że będzie on w tak dobrym stanie zachowania. 
Dla jasności dodam, że August III rozpoczął bicie groszy w roku 1752 i brak jakichkolwiek przesłanek, które mogły by świadczyć o emisji groszy w roku poprzednim, nawet próbnej.

Kupiłem tę monetę, bo... taki miałem kaprys. Bo potrzebowałem dobrego pretekstu, by napisać to, co teraz piszę. Na dodatek nie kosztowała wiele.

Fatalna jakość gradingu w wykonaniu niektórych firm nie odstrasza wielu, naprawdę wielu kolekcjonerów. Często wolą oni kupić monetę w niczego nie gwarantującym slabie, niż zdać się na własną ocenę stanu lub autentyczności.
Sam nie wiem, jak to nazwać. Proszę wybrać - lenistwo, niewiedza, brak instynktu samozachowawczego, brak umiejętności czytania ze zrozumieniem...

Za kilka dni pochwalę się pierwszymi tegorocznymi nabytkami.

PS.
Sława slabów ECC sięga nawet za ocean
http://www.coincommunity.com/forum/topic.asp?TOPIC_ID=33001


wtorek, 30 grudnia 2014

Co jest czym czego

Ze szkół pamiętam, że w rozmowie, jaką by nie była, najważniejsze jest, by rozmówcy używający pewnych słów mieli to samo na myśli.
Rządzi nomenklatura (bynajmniej nie nomenklatura partyjna - jej się tylko wydaje, że rządzi).
Rządzi nomenklatura - słownictwo, a właściwie reguły ustalające sposób tworzenia i stosowania słownictwa w jakiejś dziedzinie.
Sprawa jest w miarę prosta, kiedy poglądy wymieniają ludzie działający w tej samej dziedzinie. Kiedy spotykają się ludzie nie zajmujący się tym samym może się okazać, że wypowiadając te same słowa, całkiem o czym innym myśląc.

Przeczytałem sobie ostatnio na nowo książeczkę Henryka Mańkowskiego "Fałszywe monety polskie".
Wydaje nam się dziś, że nigdy wcześniej kolekcjonerzy nie byli tak bardzo oszukiwani przez fałszerzy. Okazuje się, że dawniej zagrożenie nie było mniejsze. Od samego początku XIX wieku czyli od narodzin nowoczesnego kolekcjonerstwa numizmatycznego w Polsce, pojawiali się nieuczciwi producenci falsyfikatów. Zdarzało się, że sami kolekcjonerzy własnoręcznie produkowali falsyfikaty do swoich zbiorów! Pisze Mańkowski
Ignacy Przeszkodziński, były pułkownik wojsk polskich, gorliwy zbieracz, miał słabość do posiadania kompletnych seryj monet, mianowicie z panowania Stanisława Augusta. Lata, których dostać nie mógł, dorabiał zapomocą dłutka i rylca. Pouczył go, zdaje się w sztuce tej pierwszorzędny mistrz, bo Józef Majnert. Tak przerobił talara 1788 na rok 1787, półtalarka 1783 na 1785 w czasie, gdy, jak wiadomo, w latach 1785 do 1787 ani talarów, ani półtalarów nie bito. 
Nie da się ukryć. Gdyby nie kolekcjonerzy, nie było by fałszerzy.

W innym miejscu Mańkowski zauważa:
Byli i inni, lecz ci fałszowali, zdaje się, tylko z amatorstwa, robili kopje, by uzupełnić swoje zbiory, a tylko lekkomyślność niejednego z nich innych zbieraczy na szkodę naraziła.
Podkreśliłem fragment, bo niedawno przekonałem się (wracam do pierwszej myśli tego wpisu), że to co było jasne i oczywiste dla Mańkowskiego i tak samo jasne i oczywiste jest dla mnie, niekoniecznie jest takim dla innych osób.
4 grudnia postawiono mi kilka pytań, na które odpowiadałem - jak mi się wydawało - merytorycznie i konkretnie. Okazało się, że moje opinie, są tylko moimi opiniami, a nie obiektywną prawdą.

Na przykład takie pojęcia, jak fałszerstwo na szkodę kolekcjonerów i fałszerstwo na szkodę emitenta.
Szkoda - pierwsze znaczenie słownikowe - krzywda, strata. Jaką więc stratę, czy krzywdę ponosi emitent w związku z czyjąś fałszerską działalnością? Czy stratą jest brak zarobku? Prawo mennicze należne władcy gwarantowało mu dochód z produkcji monet. Na monetach bitych przez fałszerza władca nie zarabiał.
A co władca tracił, kiedy pojawiał się fałszerz? Przede wszystkim prestiż. I to nie tylko z tego powodu, że ktoś inny uzurpował sobie prawa mennicze, ale też z powodu bardziej prozaicznego. Produkty fałszerza były zwykle (ale nie zawsze!) gorszej jakości od monety oficjalnej - fałszerz chciał zarobić jak najwięcej. Zła moneta w obiegu świadczyła o słabości władcy, a jeśli było jej dużo, destabilizowała rynek.

A jaką szkodę ponosi kolekcjoner nabywający falsyfikat zamiast oryginału? Dopóki nie próbuje takiej monety sprzedać jest z niej zadowolony, może nawet dumny, jeśli miała to być moneta rzadka i cenna. Jeśli działając w dobrej wierze (przecież ma oryginał) sprzeda ją innemu kolekcjonerowi (jako oryginał), to może nawet na tym finansowo zyskać. Wymierną stratę materialną poniesie, gdy przy próbie sprzedaży okaże się, że to nie oryginał, tylko nic nie warta blaszka. Albo kawałek srebra czy złota, tyle, że nie zabytkowy, a całkiem świeżej produkcji (wtedy materialna strata może być trochę mniejsza).

A idąc trochę dalej. Czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale nie w ramach normalnej produkcji, tylko z materiału będącego własnością pracownika mennicy, to fałszerstwo, czy nie? Albo, czy moneta wybita w mennicy, oryginalnymi stemplami, ale na krążku z niewłaściwego metalu, albo w sposób odbiegający od normatywnego - fałszerstwo to, czy nie fałszerstwo? A jeśli fałszerstwo, to na czyją szkodę? Emitenta? Przecież taki "rarytas" nie został  wyprodukowany po to, by płacić nim w sklepie za towary albo za usługi. Fakt, prestiż emitenta cierpi. Może są naruszane jakieś regulacje obowiązujące w mennicy, ale strata materialna mennicy ogranicza się do znikomej wartości użytego metalu i do zużycia maszyn i stempli.
A jaką szkodę ponosi kolekcjoner kupujący taki wyrób? Materialnej szkody zazwyczaj nie doświadcza. Jeśli jest to "kolekcjoner" (czytaj handlarz), to wręcz przeciwnie, może nieźle zarobić, Stratę odnotuje, jeżeli okaże się, że na skutek normalnych zjawisk rynkowych (prawa popytu i podaży) rynkowa wartość obiektu spadnie poniżej ceny zakupu. Albo...
jeżeli w ramach śledztwa w sprawie stwierdzonych w mennicy nieprawidłowości zostanie włączony w grono osób podejrzanych.
Tylko podejrzanych o co? O wprowadzanie fałszywej monety do obiegu? O paserstwo (kupił przedmiot pochodzący z przestępstwa)? O naruszenie przepisów skarbowych (bo nie płacił podatku od zysków z handlu monetami kolekcjonerskimi)?

Moje opinie w tym zakresie są jasne i od lat niezmienne.

Produkcja monet obiegowych w celu wprowadzenia do obrotu rynkowego to przestępstwo. I to akurat powinno być przyjmowane jako prawda obiektywna.

Włączanie do kolekcji takich monet może w pewnych przypadkach narazić kolekcjonera na kłopoty, bo zgodnie z prawem fałszywe pieniądze powinny być zgłaszane w banku albo na policji. W instrukcji opublikowanej na stronie NBP mowa co prawda tylko o banknotach, ale w stosunku do monet obowiązują te same zasady. W pracy Mańkowskiego jest taki akapit:
Zanim przystąpimy do właściwego naszego tematu, musimy wspomnieć chociaż w krótkości o fałszowaniu współczesnem monet w obiegu będących. Plaga ta jest bardzo starą i do dnia dzisiejszego nie wykorzenioną. Pomimo groźby i wykonania najsroższych kar za udowodnione fałszerstwo i nieprawne bicie monet, spotykamy w każdej epoce liczne dowody tych oszustw. To też każdy większy zbiór posiada i dla porównania posiadać powinien obok monet prawnie bitych i okazy współczesne fałszowane. 
Oczywiście określenie "okazy współczesne fałszowane", to nic innego, tylko monety, które dziś nazywamy raczej fałszerstwami z epoki.

Monety produkowane w mennicach (niezależnie od tego, czy oficjalnie i legalnie, czy nieoficjalnie i nielegalnie (?)) nie w celu wprowadzenia do rzeczywistego obiegu pieniężnego, tylko w celu sprzedaży kolekcjonerom, nie są monetami, a obiektami metaloplastycznymi.
Choćby narodziny ich były usankcjonowane stosownymi rozporządzeniami odpowiednich władz opatrzonymi czternastoma pieczęciami w siedmiu kolorach tęczy.

To z kolei pozostaje wyłącznie opinią. Moją i mam nadzieję, że nie tylko moją, ale opinią, a nie prawdą obiektywną.  Nie przeczę, że te wyroby mogą być przedmiotem kolekcjonerstwa (tak jak nie przymierzając etykiety zapałczane, albo "gołe baby", o których kiedyś śpiewał Kazik Staszewski). Nie zamierzam zaprzeczać rzeczywistości - te wyroby mają szerokie grono miłośników gotowych płacić za nie bardzo duże kwoty. Ale...

... kolejny powrót do pierwszego akapitu - kiedy ja mówię o monetach, to niekoniecznie mam na myśli to samo, co kolekcjoner "dukatów lokalnych" albo "lustrzanek" emitowanych przez Narodowy Bank Polski.

To ostatni tegoroczny wpis na moim blogu. Życzę Wam kolekcjonerskich radości i sukcesów w roku następnym.

I niekolekcjonerskich też.

P.S.
Wpis bez zdjęcia? Nie może być!
Patrzcie, jakie cacko ostatnio kupiłem
Tak, kupiłem monetę "w gradingu". Za całych 17 złotych, w tym przesyłka. Taki rarytas, za tak niewielkie pieniądze! Jeszcze o nim napiszę, ale już w styczniu 2015 roku.

P.P.S
Tytuł "Co jest czym czego" ukradłem z małej książeczki "Wstęp do imagineskopii", o której już na blogu wspominałem. Szczerze polecam, może spis treści Was zachęci.



Printfriendly