Google Website Translator Gadget

sobota, 18 lutego 2023

Czy bycie na bieżąco jest jeszcze możliwe?

Numizmatyka, to najważniejsze z moich zainteresowań. Staram się śledzić na bieżąco wszystkie pojawiające się wiadomości z tej dziedziny. I co? 

Udało mi się przegapić informację o bardzo ciekawej wystawie numizmatycznej z Muzeum Narodowym w Poznaniu. Zakończyła się 29 stycznia 2023. A szkoda, bo było co oglądać. 

Przegapiłem, że w roku 2021 PIW wydał wybór tekstów Mariana Gumowskiego zatytułowany "Siła do ujarzmienia". Na szczęście pozycja jest jeszcze dostępna i wkrótce trafi na moje biurko. 
Niewiele brakowało, bym przegapił kolejną wystawę, tym razem w Łodzi. Wystawa PIENIĄDZ MIAST OBLĘŻONYCH - wybrane zabytki ze zbiorów Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi (10.02 - 30.04. 2023). Jeszcze zdążę. 
Mimo, iż informacji o wydarzeniach numizmatycznych poszukuję aktywnie, o wielu dowiaduję się z dużym nieraz opóźnieniem. Niestety czasem zbyt późno, by wziąć w nich udział. Żal, choć z drugiej strony, czy zawsze miałbym na nie czas i pieniądze?

Numizmatycznych zakątków jest w Internecie mnóstwo. Nie wszystkie warte odwiedzin, jak to w sieci często bywa, ale są i takie, które po pierwszej wizycie, stają się kolejnym z regularnie odwiedzanych miejsc. Zwykle trafiam na nie przypadkiem, podczas poszukiwania w sieci odpowiedzi na pytania pojawiające się w związku z monetami, które udaje mi się kupić albo w poszukiwaniu materiałów do katalogów i na bloga. 

Jednym z takich niedawnych odkryć jest strona The Numismatic Bibliomania Society, a dokładniej, publikowany na niej cyfrowy dwutygodnik E-Sylum. Rzecz jasna, najczęściej poruszane są tam tematy dotyczące mennictwa USA, ale zdarzają się też bardzo ciekawe wiadomości mogące zaciekawić kolekcjonerów o innych zainteresowaniach. Na przykład: czy wiecie co to takiego "Mint Sport"?

W numizmatyczno-kolekcjonerskich zaoceanicznych publikacjach nazywa się tak numizmaty, które zostały stworzone przez pracowników mennicy dla własnej rozrywki. Często są one określane przez niedoświadczonych kolekcjonerów (albo nieuczciwych handlarzy) jako błędy mennicze. Dobra znajomość technologii menniczej pozwala określić, czy coś jest rzeczywiście błędem produkcyjnym, czy efektem "zabawy sprzętem". Każdy pracownik mennicy może stworzyć taki obiekt, gdyż może on powstać na każdym etapie procesu menniczego lub obejmować kilka etapów. Najczęściej są to odbitki na niewłaściwych blankietach (krążkach) albo nawet na najróżniejszych przedmiotach. Na przykład na gwoździu.

Jak gwóźdź mógłby trafić w prasę menniczą podczas normalnej produkcji? Wiecie, z jaką prędkością pracują nowoczesne prasy? W stuttgarckiej mennicy produkującej 38% obiegowych niemieckich monet euro, w ciągu jednej minuty spod prasy wylatuje 750 sztuk bimetalicznych monet 2-euro! Takie same prasy są w mennicy w Filadelfii. Czy jest możliwe, by coś tak innego od monetarnych krążków nie spowodowało natychmiastowej awarii prasy? Amerykanie mają jeszcze jedno określenie na takie "wynalazki" - mówią, że wykonali je "midnight minters".    

Dlatego nie dajcie się nabierać ani na garażowe "destrukty" wykonane przy użyciu młotka, kowadła i przypadkowych monet, ani na "nienotowane próby mennicze" oferowane od czasu do czasu nawet przez teoretycznie renomowane domy aukcyjne.

Na koniec jeszcze jedna nowinka. Tej przegapić nie mogłem, bo jestem jej autorem. Jak wiadomo, monety Królestwa Polskiego 1917-1918 są przedmiotem zainteresowania polskich kolekcjonerów, bo to przecież pierwsze monety odrodzonej Polski, kursujące aż do roku 1924, oraz kolekcjonerów niemieckich, bo to monety terytorium zależnego "Nebengebiete - geplantes Königreich Polen". Niemcy nie wydali (a może znów przegapiłem) żadnej monografii na temat tych monet. W "Money Trennd" były co prawda artykuły Wolfganga Mehlhausena i Roberta Kotera, ale ani wyczerpujące, ani nie pozbawione błędów. A ja przecież mam już za sobą cztery wydania szczegółowego katalogu tych monet. Niemiecki znam słabo i raczej biernie, niż czynnie, więc wydanie katalogu w wersji niemieckojęzycznej odpada. Jako tako poszło z tłumaczeniem na angielski i od wczoraj na Amazonie można kupić "POLISH COINS 1917 – 1918: SPECIAL CATALOG by Jerzy Chałupski".   

Zobaczymy, czy i jak się przyjmie.


piątek, 10 lutego 2023

Z kącika chwalipięty

Lutowe powody do zadowolenia.

Numer jeden - w katalogu aukcyjnym opisany tak: 

Z tym "very fine", to trochę przesadzili. 
Nie szkodzi. To i tak może być mój zakup roku 2023. Decydujący jest malutki szczegół awersu widoczny pod popiersiem. Przed POLO jest coś co w katalogu opisano jako "leżące S". 

W jakim katalogu? Pierwszy na myśl przychodzi oczywiście katalog T. Igera, ale w nim takiego awersu brak. Jest podobny, O.95.4.f, ale na nim jest POLON. Jedynym miejscem, w którym znalazłem identyczną monetę jest sieciowy katalog IGER.WCN.PL. 

Notowań aukcyjnych nie znalazłem. Mój gorszy, niż ten na stronie WCN, ale i tak się cieszę.

Aktualizacja - 11.02.2023
Temat tego ozdobnika poruszono w roku 2013 na forum TPZN. Wątek zatytułowany "Ciekawy ozdobnik na trojaku olkuskim z 1595 roku". 
Odnośnik do dyskusji: http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,4337.0.html

Numer dwa.

10 fenigów 1917 NBO, w moim katalogu 1.3.1.b. 

Mam ładniejsze sztuki, ale ta jest szczególna. Na awersie widać to bardzo wyraźnie, na rewersie też, ale ledwo ledwo. 
Nikłe, ale widoczne, wypukłe koncentryczne kręgi. 

To ślady pozostawione przez maszynę redukcyjną. W tym czasie pierwsze etapy przygotowania do produkcji monet wyglądały tak:

1. Na podstawie projektu rysunkowego wykonywano pozytywowy model monety — w glinie, gipsie, plastelinie lub innym tworzywie. To, co na monecie ma być wypukłe, jest wypukłe i na modelu. Napisy można czytać normalnie, a nie w odbiciu lustrzanym.

2. Z modelu wykonywano odlew, który był negatywem modelu. Odlew z materiału, który po stwardnieniu można cyzelować, czyli poprawiać szczegóły rysunku przy pomocy specjalnych rylców i skalpeli, a także wygładzać płaskie powierzchnie.

3. Z poprawionego odlewu negatywowego wykonywano kolejny odlew — pozytywowy, trwały. Ten odlew wykonywano z metalu lub tworzywa odpornego na uszkodzenia i zniekształcenia. I ten model poddawano się cyzelowaniu.

4. Kiedy trwały model był już gotowy, w ruch szła maszyna redukcyjna — urządzenie oparte na znanym od wieków przyrządzie rysunkowym zwanym pantografem. Kiedy jedno z ostrzy pantografu obrysowywało wybrany wzór (litera, rysunek), jego drugie ostrze kreśliło ten sam wzór w skali ustalonej przez stosunek odległości ostrzy od osi obrotu. Pantografem można wzór powiększać albo zmniejszać. Maszyna redukcyjna odtwarza wzór przestrzenny. „Na wyjściu” pojawia się nie rysunek, a płaskorzeźba. Przy okazji gubią się szczegóły nieistotne — drobne nierówności, których nie sposób uniknąć przy ręcznej pracy nad modelem, mającym 30 do 45 centymetrów średnicy. Powstający w maszynie półfabrykat też jest pozytywowym wizerunkiem monety. Proces redukcji modelu może mieć kilka etapów.

5. Po zakończeniu tej operacji otrzymywano pozytywowy model monety w skali 1:1 nazwany patrycą lub prototypem. Amerykanie nazywają to narzędzie mennicze „master hub”. Patryca jest metalowym prętem, zwężającym się z jednej strony do średnicy zaplanowanej dla monety. 

6. Patrycę z rysunkiem monety, utwardzano i umieszczano w prasie naprzeciw podobnego pręta z gładką, lekko wypukłą powierzchnią czołową — przyszłej matrycy. Pod naciskiem kilkuset ton, relief patrycy był wtłaczany w matrycę — negatywową oczywiście. Przenoszenie wzoru monety na matrycę też odbywało się wieloetapowo. Po każdym etapie (mogą być dwa, albo więcej) matryca była zmiękczana (odpuszczana) termicznie. Po zmiękczeniu matrycy, patrycę ponownie  w niej odciskano, dzięki czemu uzyskiwano dokładne odwzorowanie najmniejszych detali rysunku monety. Tak powstawała matryca I, czyli po amerykańsku „master die”. Zazwyczaj z patrycy wykonywano jedną albo dwie matryce I. Matrycę I przed przekazaniem do  dalszych etapów poddawano ponownemu cyzelowaniu i szlifowaniu powierzchni. Ta powierzchnia odpowiada za wygląd tła monety.

7. Analogiczną metodą z matrycy I otrzymywano matrycę II — tym razem pozytywową. Tu widać pewną nielogiczność polskiej terminologii. Amerykanie nazywają to narzędzie bardziej konsekwentnie — „working hub”. Naszym odpowiednikiem powinna być „patryca robocza”.

8. Matrycą II (patrycą roboczą) produkowano właściwe narzędzia służące do bicia monet, a mianowicie stemple „working dies” — oczywiście negatywowe.

W Stuttgarcie na etapie 6 pominięto szlifowanie powierzchni. Ślady maszyny redukcyjnej zostały przeniesione na kolejne narzędzia mennicze i w końcu na monety. 

Cieszę się z tego zakupu, bo to świadek menniczego procesu technologicznego. 

Maszyna redukcyjna w warszawskiej mennicy, XX-lecie międzywojenne.


wtorek, 31 stycznia 2023

Boratynkowa (?) ciekawostka z Brześcia

Jedną z mennic, w których bito miedziane szelągi Jana Kazimierza była mennica w Brześciu.  Była ostatnią mennicą zarządzaną przez T. L. Boratiniego. Uruchomiono ją 4 grudnia 1665 roku. Od razu rozpoczęto bardzo intensywną produkcję. Jeszcze w grudniu wybito aż 21 milionów szelągów! Było to możliwe, bo do Brześcia skierowano pracowników mennicy w Ujazdowie (zakończyła działalność w listopadzie). Również część pracowników mennicy wileńskiej przeszła do pracy w Brześciu. Dowodem są monety noszące cechy charakterystyczne dla produktów Ujazdowa i Wilna. Jak wiadomo, narzędzia mennicze, w tym punce służące do przygotowywania stempli, były własnością rytowników stempli, a nie mennicy. Rytownicy przenosząc się z miejsca na miejsce zabierali swoje narzędzia i używali ich, o ile było to możliwe. W omawianym przypadku przeszkód nie było, bo w każdej z tych mennic bito prawie jednakowo wyglądające szelągi litewskie.

W roku następnym, 1666 intensywność produkcji nie zmalała i wybito niemal 218 milionów szelągów. Nie ma nic za darmo - taka ilość monet w tak krótkim czasie musiała oznaczać jedno - jakość produkcji spadła na dalszy plan. Liczyła się tylko ilość przebitej miedzi. Dlatego tak trudno o brzeskie boratynki wypbite poprawnie - z centralnym położeniem obu stron, bez niedobić, odskoków stempla itp. Większość brzeskich wyrobów, w najlepszym przypadku wygląda tak. 

Boratynki bito ręcznie. Dolny stempel (awersowy, z portretem króla) był osadzony w masywnym stole, czasem klocu drewna. Górny trzymany w ręku, pracownik przykładał do krążka leżącego na dolnym stemplu i mocno uderzał młotem. Za zdejmowanie gotowych monet i podkładanie krążków odpowiadał pomocnik.  

Istnieją boratynki noszące cechy monet wykonanych na prasach walcowych, ale to produkty dużych, dobrze zorganizowanych mennic fałszerskich. 

Dostałem niedawno wiadomość od jednego z czytelników mojego bloga, a razem z nią zdjęcia z jego wycieczki do Brześcia. Między innymi takie. 


Zbliżenie tablicy z pomnika. 
Napis brzmi: 

W 1665 roku w Brześciu Litewskim otwarto pierwszą mennicę na obszarze dzisiejszej Białorusi. Bito tu monety szelągi. W okresie działalności mennicy do obrotu wypuszczono miliony szelągów. Odcinek ulicy Sowieckiej od ulicy Gogola w kierunku dworca kolejowego do 6 lipca 1919 nosił nazwę "ulica milionowa".

W internecie znalazłem jeszcze jedno zdjęcie, pokazujące pomnik z troszkę innego kąta. 

Dlaczego to takie ciekawe? Dlatego, że informację o działalności mennicy brzeskiej powiązano z instalacją przedstawiającą maszynę do bicia monet - kafar (młot). Zamiast uderzać młotem w stempel, pracownik na zmianę podnosił i gwałtownie opuszczał stempel umocowany na spodzie dużego ciężarka, a robił to nogą włożoną w strzemię. 

Urządzenia takie stosowano w europejskich mennicach. Dokładne rysunki całości i ważniejszych elementów można znaleźć na jednej z tablic dołączonych do Encyklopedii Ekonomiczno-Technicznej z początku XIX wieku. 

I na zdjęciach, i na rycinie widać, że częścią maszyny było urządzenie do zrzucania gotowych monet ze stempla. Dodatkowym jego zadaniem była ochrona stempli przed zniszczeniem na skutek bezpośredniego zderzenia przy braku krążka menniczego. W takim przypadku zadaniem pomocnika było podstawienie pod opadający stempel ramienia wykonanego z miękkiego żelaza. Normalnie, ramieniem tym zrzucano monety do podstawionego obok naczynia.

Nie znalazłem w literaturze numizmatycznej żadnych śladów na stosowanie w Brześciu kafara do bicia boratynek. Może to tylko fantazja projektanta pomnika, a może...


sobota, 21 stycznia 2023

Katalogi monet, katalogi aukcyjne, strategie marketingowe.

Prawie bez echa przeszedł na forum TPZN głos pana Damiana Marciniaka zapowiadający zmiany w opisach aukcyjnych. Dyskusja wywiązała się na profilu GNDM na Facebooku. I dobrze, bo dopiero ta dyskusja wyjaśniła co i jak się zmieni. Nie tylko ja, miałem obawy, bo kluczowy fragment deklaracji GNDM wygląda tak.  

Początkowo wdrażaliśmy w firmie używanie tych specjalistycznych katalogów w codziennej działalności, ale był to wówczas, gdy były one jeszcze nieliczne.
Obecnie zmieniamy politykę w tym temacie.
Robimy krok wstecz w szczegółowości odmian, ograniczając identyfikację poszczególnych numizmatów do identyfikacji podstawowych typów i odmian, natomiast już samą identyfikację szczegółowych, specjalistycznych odmian i wariantów, pozostawiając do samodzielnej identyfikacji zainteresowanym tworzeniem zbioru według nich, dostarczając ze swojej strony jedynie dobrej jakości zdjęcia i metrologię umożliwiająca tą (zapewne miało być ją).

Nie uwierzyłem, że pan Damian całkiem zrezygnuje z posługiwania się katalogami specjalistycznymi, bo źle by to wpłynęło na osiągane wyniki finansowe i na zaufanie komitentów oczekujących takich opisów swoich rarytasów, by licytacja kończyła się na najwyższym możliwym poziomie. I słusznie, bo pan Damian wyjaśnił na FB, że... w sumie niewiele się zmieni. 
Nadal będziemy zwracali uwagę na wszelkie godne uwagi aspekty i niuanse, odpowiedni je akcentując.
i dalej
Odchodzimy natomiast od mechanicznego traktowania całej oferty według najszczegółowszych, wydanych katalogów gdyż nie widzimy w tym sensu. Przeglądając np. ciąg boratynek i widząc przy pierwszej ocenie że mamy do czynienia z samymi pospolitymi walorami nie widzimy sensu ich opisywać sztuka po sztuce według kolejnych odmian katalogowych, zostawimy już taką klasyfikację osobom nią zainteresowanych. 
Mogą rodzić się jeszcze jakieś minimalne obawy, bo "godne uwagi aspekty i niuanse" to określenie nieprecyzyjne, ale moje dotychczasowe obserwacje działań GNDM raczej te obawy wykluczają. 

Deklaracja pana Damiana spowodowała pojawienie się na forum TPZN jeszcze jednego wątku - "Czego oczekujemy od Domów Aukcyjnych?" połączonego z ankietą. Od 15 stycznia do dziś w ankiecie wzięło udział 31 osób. 
W krótkiej, jak dotąd dyskusji, uczestnicy przedstawili obszerny katalog wymagań, jakie mają wobec domów aukcyjnych z pozycji kupującego, ale wszystkie te wymagania sprowadzają się do rzetelności i uczciwości. W ocenie stanu zachowania, w jakości zdjęć, niepomijaniu w opisach manipulacji, którym poddawano numizmaty (naprawy, czyszczenie, patynowanie itp.). Wymagania z pozycji sprzedających najlepiej podsumował "Khubeo": 
Natomiast co do ankiety - nie bardzo rozumiem, dlaczego sprzedający miałby być zainteresowany czymkolwiek innym niż jak najwyższą ceną (uzyskaną w uczciwy sposób, czyli np. bez zatajenia wady lub podania nierzetelnej informacji) - dokładny opis jest tu jedynie narzędziem do jej uzyskania. Dlatego wydaje mi się, że stwierdzenia - "cieszy mnie zamieszczenie wzmianki o literaturze" lub "wręcz oczekuję precyzyjnego opisu" nie dotyczą faktu ich umieszczenia dla samych w sobie, ale właśnie dla uzyskania jak największego zainteresowania kupujących i jak najkorzystniejszej sprzedaży. 
Czyli chodzi o maksymalizację zysku osiąganą uczciwymi metodami. O to samo chodziło panu Marciniakowi; przynajmniej ja tak to zrozumiałem. Dodałbym do tego jeszcze jeden aspekt - te metody powinny być nie tylko uczciwe, ale również etyczne. 

Dwie dodatkowe kwestie.
Pierwsza - Dlaczego w katalogach poważnych aukcji mają się pojawiać "pospolite walory" w tak dużej ilości by powodować nadmierne obciążenie pracowników?
Widzimy często walory nie dość, że pospolite, to na dodatek w beznadziejnych stanach zachowania. Krucjatę w tej sprawie prowadzi na forum TPZN "Zdzicho", ale jak to z krucjatami bywa, wyniki są takie sobie i w katalogach stale trafiają się takie "białe kruki". 
To nie powinno pojawić się na poważnej aukcji nawet w dziale "zestawy dla początkujących".
Dwa rozwiązania widzę - albo osobne aukcje z pospolitym materiałem (ale nie ze złomem!), albo jego sprzedaż we własnym sklepie internetowym lub przez Allegro/eBay.

Druga sprawa dotyczy katalogów specjalistycznych. W obu dyskusjach, i na FB i na forum TPZN, zwrócono uwagę na to, że niektórymi z tych katalogów bardzo trudno się posługiwać. Na forum TPZN celnie podsumował to "rubinowakrew":
A i jeszcze jedna rzecz. Same katalogi. Czasem mam wrażenie, że autorzy jednak przekraczają granice absurdu. Wtedy taki katalog - z jednej strony super , a z drugiej jak to ktoś wyżej napisał "tylko autor potrafi opisać monetę". Dwie osoby pracujące w znamienitych firmach numizmatycznych powiedziały mi, że dla nich dobry katalog to taki, który pozwala zidentyfikować monetę poniżej 5 min.
Nic dodać, nic ująć.

  

środa, 11 stycznia 2023

Gdzie i jak najlepiej opisywać nabyte monety.

Gdzie i jak najlepiej opisywać nabyte monety - w Wordzie, Excelu czy zeszycie? Opisując w ten sposób, trzeba by je wkładać do holderów albo jakichś kopert, żeby dany numer z holderu, miał swój odpowiednik w spisie. Z drugiej strony, nie wszystkie monety trafiają do holderów czy kopert, np. lustrzanki lub bulionowe. Jak wtedy dokonać opisu? Problemu nie ma, jeśli monet jest niewiele, zbiór jest jeden, specjalistyczny lub monotematyczny.

Taki komentarz pojawił się niedawno pod wpisem na moim blogu. Zestaw tak ważnych pytań nie może pozostać bez odpowiedzi.

W miarę szczegółowo opisałem to już na blogu:

Kolekcjoner - magazynier.


I na tym mógłbym odpowiedź zakończyć, ale...

Pytający słusznie zauważył, że kwestia katalogu zbioru jest ściśle powiązana ze sposobem przechowywania. 
Zacznijmy od rzeczy podstawowej - każdy obiekt w zbiorze powinien mieć indywidualny identyfikator - najczęściej po prostu numer. Ważna uwaga - kiedy coś z naszego zbioru znika - sprzedaż, wymiana, kradzież, darowizna itp. - nie usuwamy obiektu z katalogu zbioru, tylko odpowiednio oznaczamy, oczywiście zachowując zdjęcia i wszystkie notatki. To się przydaje!

W pierwszym ze wskazanych wyżej wpisów wymieniłem najczęstsze sposoby przechowywania zbiorów monet. Każdy, poza pierwszym (pudełko, skrzynka, puszka) umożliwia oznaczanie monet numerami. Najłatwiej oznacza się kopertki i holdery, ale klasery i szafki z tackami/szufladkami też nie uniemożliwiają umieszczania oznaczeń. Standardowym rozwiązaniem są podkładki umieszczane pod monetami w przegródkach tacek czy szufladek. Kieszonki kart w klaserach też można oznaczać numerami. I wszystko będzie pod kontrolą tak długo, jak długo będziemy rygorystycznie i bezwzględnie przestrzegać zasady, że moneta wyjęta z miejsca przechowywania zawsze musi wrócić na swoje miejsce.

"...w Wordzie, Excelu czy zeszycie?"

Edytor tekstu - nie, arkusz kalkulacyjny - TAK. 
Arkusz można dowolnie sortować i filtrować; w każdej chwili można go rozszerzać dodając nowe kolumny w następstwie pojawiających się potrzeb. Nie wymaga wielkiej pracy stworzenie mechanizmu drukowania kart katalogowych zawierających zdjęcia monet i wybrane, albo i wszystkie dane monety zapisane w arkuszu. Nie ma też problemu z powiązaniem takiego katalogu z prowadzonym w innym arkuszu dziennikiem transakcji (a tego z listą firm, sklepów, kolekcjonerów itp.).
Zeszyt - jak najbardziej, ale pod warunkiem, że każdy zapis w nim dokonany będzie miał odbicie w zapisie komputerowym. Zeszyt, to tak naprawdę księga inwentarzowa. Niezależna od zasilania, ale bez możliwości sortowania i filtrowania. Można oczywiście stosować w zapisach jakieś kody, np. barwne, ułatwiające wyszukiwanie konkretnych monet, ale zdecydowanie lepszym rozwiązaniem są karty katalogowe. Karty nie muszą być ułożone w kolejności numerów identyfikacyjnych. Można je układać chronologicznie. Mogą, jak u Czapskiego, mieć kolory odpowiadające metalowi monety. Zajmują więcej miejsca, niż "zeszyt", bo trzeba je umieszczać w pudełkach lub segregatorach, ale są wygodniejsze w użyciu od książki inwentarzowej. Dodatkowo, pozwalają na dopisywanie dodatkowych uwag, nowych informacji (np. numery w nowych katalogach specjalistycznych, wyceny rynkowe).
Zamiast Excela, czy LibreOffice Calc można skorzystać z Dokumentów Google - wtedy dostęp do katalogu zbioru będziemy mieć wszędzie tam, gdzie będzie dostęp do internetu.

Optymalnym rozwiązaniem komputerowym nie jest jednak ani edytor ani arkusz, tylko baza danych, a konkretniej - zbiór baz danych powiązanych relacjami. Najprostszy przykład:
Baz może być więcej - można na przykład dodać terminarz/kalendarz. Baza danych składa się z elementów - rekordów. Każdy z nich jest zbiorem cech (pól) - np. dla monet: rocznik, emitent, metal, średnica, data nabycia,  itp. Pola mogą mieć różne formaty: indeks (identyfikator), liczba, tekst, obraz. Pola liczbowe można sumować, uśredniać. Można ustalić, które pola mogą być filtrowane, a które mogą być wyróżnikiem sortowania. 
Taką bazę można zbudować korzystając z pakietów biurowych, np. LibreOffice, OpenOffice, Microsoft Office i jeszcze paru innych. W sieci jest wiele poradników pomagających w tworzeniu baz i relacji między nimi.

Są oczywiście programy napisane specjalnie dla kolekcjonerów, w szczególności dla kolekcjonerów monet, niektóre wyposażone w bazy danych zawierające pełne katalogi monet różnych państw (łącznie z ilustracjami).
Wypróbowałem kiedyś  kilka z nich. Najbardziej przypadły mi do gustu Tellico i GCstar - programy pozwalające na katalogowanie najróżniejszych zbiorów - od bibliotek i multimediów po znaczki i monety. Ale to tylko dla linuksiarzy. 
Możecie też wypróbować któryś z tych:

Ja, pomimo deklaracji o przesiadce na arkusz kalkulacyjny nadal korzystam z "najlepszego programu na świecie" i tak pozostanie, dopóki bez problemu będę go mógł uruchamiać na sprzęcie pracującym pod kontrolą Debiana. 


niedziela, 8 stycznia 2023

Wypada podsumować.

Mennica podsumowała, to i ja spróbuję.  

34 wpisy na blogu. Mogło być więcej, ale emerytura w "pięknych okolicznościach przyrody" skutecznie odgania od klawiatury. Nie ze wszystkich wpisów jestem jednakowo zadowolony. Za najbardziej udane uważam cykl o Ludwigu Habichu - projektancie monet Królestwa Polskiego 1917-1918 i dwuodcinkowe "sprawozdanie" z prasowej polemiki z drugiej połowy XIX wieku na temat mennicy łobżenickiej. Powracał też temat zjawiskowo pięknych boratynek litewskich z roku 1661. Przypuszczam, że na tym nie koniec, bo ptaszki ćwierkają, że NGC zgodziło się na przeprowadzenie badań jednej z ogradowanych przez siebie monet. 

Do zbioru dołączyłem 42 monety. Cieszyńskim halerzem już się chwaliłem. Najlepsza była końcówka roku. Nie dałem się przekonać autorowi komentarza pod pierwszym, grudniowym wpisem: 

Składając limity na aukcji raczej nic Pan nie wygra, musiałby być to słono przepłacone limity żeby wpadły. Polecam licytować na żywo do określonej kwoty i nie dać się emocjom. To jedyny sposób aby przechytrzyć konkurencję i nie dać oszukać podbijaczom i pompującym właścicielom monet - tak jest to powszechne zjawisko na aukcjach.

i jak zawsze złożyłem limity na kilka aukcji. Na aukcji tematycznej SNMW Nr.15 poległem z kretesem, podobnie na 12 aukcji Coinsnet, ale na 12 aukcji Art Magnat i 15 aukcji firmy Stare Monety wszystkie limity były wystarczająco wysokie. 

Do zbioru trafiło kilka miedziaków Augusta III z kontramarkami, całkiem przyzwoity półtorak tegoż króla i kilka innych drobiazgów z późniejszych lat. 


Zadowolony jestem też z ryskiego szeląga z 1609 roku - to pierwszy rocznik szelągów bitych ze znakiem Lis, mincerza Ottona von Meppena. Odmiana z pełną datą po bokach nowego typu monogramu królewskiego (16-09). 
Równie, a może bardziej nawet ucieszył mnie dwudenar z 1578 roku. Część numizmatyków uważa, że to moneta litewska, co uzasadniają obecnością herbu Litwy na rewersie. Tarcza herbowa Kettlerów pod inicjałem SR (Stephanus Rex) oznacza mennicę w Mitawie, w której  miano zamówić te monety podczas przerwy w działalności mennicy wileńskiej (1578 - 1579 r.). Inni badacze twierdzą, że to moneta lennego Księstwa Kurlandii i Semigalii. 
Ponieważ za większość codziennych zakupów płacę kartą, mam duże zaległości w kompletowaniu nowych monet obiegowych. Podobno najłatwiej je zdobyć korzystając z kas samoobsługowych przyjmujących gotówkę i wydających resztę. Muszę to wypróbować. Na razie zdecydowałem się na zakup rocznika 2022 na Allegro.

Rynek numizmatyczny wydaje się stabilny i mocny. Czasem aż za mocny. Powoduje to niestety próby wprowadzania do obiegu kolekcjonerskiego bardzo podejrzanych "rarytasów".



Mam co do tych "prób" poważne wątpliwości. Jeśli to rzeczywiście próby technologiczne, to jak wypłynęły z mennicy? Gdyby to rzeczywiście były próbne odbitki i mennica zdecydowała by się na sprzedaż, to taki towar powinien trafić w pierwszej kolejności do największych firm numizmatycznych, a nie do prywatnego sprzedawcy na Allegro. Jeżeli opuściłyby mennicę nielegalnie, to i sprzedawca i nabywcy pakują się w kłopoty. A najbardziej prawdopodobne jest, że w kłopoty finansowe pakuje się producent. Licytuje kilkanaście osób, ale nie wygląda na to, by mieli słono zapłacić za bezwartościową, "garażową metaloplastykę", której wykonanie wymagało przecież niemałych nakładów. 

Na koniec coś z innej beczki - SZTUCZNA INTELIGENCJA. Pojawiło się wiele tekstów o ChatGPT - od kasandrycznych przewidywań końca ludzkości i nadejściu ery robotów, którym ludzie przestaną być potrzebni, do zachwytów nad możliwym przyspieszeniem badań naukowych. 
Pojawiły się pierwsze problemy, potencjalnie globalne, ale na razie ujawniające się w krajach anglojęzycznych. Coraz częściej zdarza się, że uczniowie i studenci zamiast samodzielnie pisać eseje na zadane tematy, zlecają ich napisanie ChatGPT. Ciekawe, czy i polscy uczniowie będą przynosić takie teksty na lekcje angielskiego. 
Przeczytałem kilka przykładów rozmów z ChatGPT. Odpowiedzi są w znakomitej większości poprawne, to prawda, ale są tak nieludzko sztywne, tak pozbawione iskry, polotu, że odróżnienie ich od odpowiedzi żywego człowieka nie jest trudne.
A w naszym grajdołku wygląda to tak. 
Czy widzicie jakiś związek logiczny między moim ostatnim zakupem, a ofertą przygotowaną specjalnie dla mnie? Żeby obraz był całkiem jasny - nie mam psa, nie mam kota, nie mam dolegliwości, które mógłbym chcieć łagodzić olejkiem CBD. 

I jak tu się bać takiej AI?
 




poniedziałek, 2 stycznia 2023

Nakłady monet obiegowych 2022

Narodowy Bank Polski ujawnił wielkość nakładów zeszłorocznych obiegówek.

  • 1 grosz = 121 920 000
  • 2 grosze = nie wybito
  • 5 groszy = 15 000 000
  • 10 groszy = 46 950 000
  • 20 groszy = 79 515 000
  • 50 groszy = 55 440 000
  • 1 złoty = 44 250 000
  • 2 złote = 41 325 000
  • 5 złotych =  32 160 000
Radykalnie zmniejszono nakład "żółtych" groszy, choć nadal jednogroszówek wyprodukowano przeszło 100 milionów. Czyżby przymiarka do rezygnacji z bicia najniższych nominałów?


niedziela, 18 grudnia 2022

Rachunek prawdopodobieństwa - ciąg dalszy.

Z końcem wiosny 2022 kolekcjonerzy boratynek zachwycili się pojawiającymi się w handlu fantastycznie zachowanymi szelągami litewskimi z 1661 roku. Zachwytowi towarzyszyło niedowierzanie - jak i gdzie przechowały się te miedziaki, że dziś wyglądają, jak nowe. Okazało się, że nie tylko nad stanem zachowania trzeba się zastanowić. Pisałem o tym w czerwcu. 

Pod koniec roku pojawiła się zapowiedź styczniowej aukcji Heritage i kolejny egzemplarz szeląga 1661. 

Prawdopodobieństwo, że tę i wcześniej sprzedane podobne (identyczne?) monety wybito w XVII wieku zmniejszyło się radykalnie. Na tyle, że Salon Numizmatyczny Mateusz Wójcicki zareagował równie radykalnie. Firma sprzedała jedną z tych boratynek w październiku 2022. 

Na profilu firmy na FB opublikowano informację zatytułowaną "𝗟𝗢𝗦𝗬 𝗦Ł𝗬𝗡𝗡𝗘𝗝 𝗕𝗢𝗥𝗔𝗧𝗬𝗡𝗞𝗜 𝗭 𝗔𝗨𝗞𝗖𝗝𝗜 𝗫❗" zaczynającą się tak: 
W nawiązaniu do pojawienia się kolejnego egzemplarza boratynki, analogicznego do monety jaka była przedmiotem naszej oferty na X Aukcji, uznaliśmy, że należy poinformować nabywcę o nowych ustaleniach faktycznych.
Na dziś możemy Państwa poinformować, że poprosiliśmy nabywcę monety do jej dobrowolnego zwrotu i choć nabywca prosił aby wrócić do tematu jak ustalenia faktyczne będą pewne, to po rozmowach moneta wróciła do nas, a tym samym do jej pierwotnego właściciela.
Firma i właściciel monety wystąpią wspólnie do NGC - firmy, która wykonała grading - z prośbą o ponowne zbadanie monety. Jeśli NGC zgodzi się na to, to po pierwsze, będzie można wyjąć monetę ze slabu i poddać nieniszczącym badaniom składu, po drugie, może się okazać, że weryfikująca, bardziej szczegółowa analiza monety (monet?) w NGC podważy jej autentyczność.

Ja nie mam wątpliwości. Jestem pewien, że te monety nie pamiętają czasów Jana Kazimierza. Dowodem są liczby. W czerwcu wymieniłem cztery cechy, trzech znanych wówczas monet;
  • bicie tą samą parą stempli (a może lepiej - identyczny rysunek obu stron monety)
  • obustronnie centralne, głębokie bicie
  • identyczna orientacja awers-rewers
  • idealny, a w najgorszym razie bardzo dobry stan zachowania.
Zastanówmy się nad tytułowym rachunkiem prawdopodobieństwa. 
  • Punktem wyjścia jest moneta, oczywiste jest, że wybito ją jakąś konkretną parą stempli. 
  • Wiemy jak bito boratynki, więc cecha druga - obustronnie centralne głębokie bicie - nie jest czymś częstym. Dla uproszczenia przyjmę, że zdarzało się to raz na sto monet.
  • Cecha trzecia - zgodność ułożenia awersu i rewersu - powiedzmy, że to znów zdarzało się raz na 100 monet. Prawdopodobieństwo równoczesnego zajścia tych zdarzeń wynosi 0,01 x 0,01 czyli 0,0001 - jedna moneta na 10000 wybitych. 
  • I ostatnia, czwarta cecha. Jakie jest prawdopodobieństwo, że taka drobna, miedziana moneta przetrwała 351 lat w idealnym stanie? Nie znam ani publicznego, ani prywatnego zbioru, w którym byłaby podobnie zachowana inna boratynka. Teoretycznie powinno się więc przyjąć, że prawdopodobieństwo to wynosi zero, ale dla potrzeb tych przybliżonych obliczeń oszacujmy je na jeden do 10000.
To daje łączne prawdopodobieństwo równe 0,0001 x 0,0001 czyli 0,00000001, inaczej jeden do 100 milionów. Całkiem sporo!

Cały czas mowa o jednej konkretnej monecie. A dziś znamy już cztery! 
Jeśli prawdopodobieństwo, że istnieje kolejna, niemal identyczna moneta ocenimy łagodnie na 1 do 100, to każda kolejna sztuka dokłada do prawdopodobieństwa, że to oryginały z epoki dwa zera po przecinku. Czyli...
Prawdopodobieństwo, że tak jest nie powinno być większe, niż 1 : 100 000 000 000 000. A boratynek wybito w legalnych mennicach zaledwie około 1,6 000 000 000.
Mennice nielegalne też biły boratynki, ale nie takie, na pewno nie takie idealne.  

niedziela, 11 grudnia 2022

Łobżenica, czyli nie karmić trolla Część druga.

Część pierwsza - tutaj.

28 września 1856 w 228 numerze (niedziela!) GWKP opublikowano kolejną odpowiedź "Łobżeniczanina". Zaczęło się ostro. 

W całej polemice często powraca motyw summariuszy, jako źródeł wiedzy o monetach. Tym razem przywoływane jest konkretne wydanie, sporządzone przez Kazimierza Jarmundowicza.
Na razie nie udało mi się ustalić, czy i gdzie można zapoznać się ze wspomnianym rękopisem historii mennictwa w Polsce. Summariusz Jarmundowicza dostępny jest w Polonie. Ponownie powraca też sprawa mennicy bydgoskiej. 
Albo "Łobżeniczanin" nie wiedział nic o mennicy Cikowskiego działającej w latach 1594–1601, albo uznał, że lepiej o niej nie wspominać, bo podważyłoby to część jego argumentacji w sprawie Łobżenicy. Na koniec pojawia się deklaracja o zakończeniu polemiki.
Podobną deklarację złożył Przyborowski w GWKP nr 255 z 30 października 1856. 
Po tym wstępie wytyka Przyborowski swojemu przeciwnikowi szereg błędów merytorycznych, między innymi:
  • na dowód, że w Bydgoszczy bito monety przed rokiem 1613 przywołuje "Traktat rycerstwu koronnemu..." z 1611 roku (dziś dostępny w Wielkopolskiej Bibliotece Cyfrowej)
  • przywołuje ordynację menniczą nakazującą umieszczanie na monetach pierwszej litery nazwy miasta, w którym działa mennica
Zarzuca anonimowemu polemiście nierzetelność w cytowaniu źródeł (Zagórski), nadmierną ufność w twierdzenia badaczy osiemnastowiecznych i negowanie odkryć współczesnych mu numizmatyków, jeśli nie pasują do jego twierdzeń. 
Powraca też ciągnąca się przez całą polemikę sprawa podważania kwalifikacji językowych i językoznawczych Przyborowskiego, a przypominam, że był on  profesorem w Szkole Głównej w War­szawie. 
Przyborowski odkrył kim był "Łobżeniczanin", pan Ł. 
Polemika w Kronice Wiadomości Krajowych i Zagranicznych dotyczyła Hieronima Radziejowskiego. Tekst wspomniany przez Przyborowskiego kończy się tak: 
Przypuszczam, że "Łobżeniczaninem" był Józef Łukaszewicz, bibliotekoznawca i historyk, bibliotekarz Biblioteki Raczyńskich. Nie wiem, co Przyborowski miał na myśli pisząc, że inicjały X.M. nie były przypadkowe. 
Pomimo zapewnienia o zakończeniu polemiki, Łukaszewicz opublikował 13 listopada, w 267 numerze GWKP kolejny swój głos w dyskusji (nadal podpisując się "W.Z. Łobżeniczanie"). 
Niewiele w niej rzeczowych argumentów. Nadal powtarza się łapanie za słówka, przekręcanie cytatów i wyrywanie ich z kontekstu. Reprezentatywny  jest fragment dotyczący początków mennictwa polskiego, 
szczególnie gdy porównamy go z przywoływanym Czackim. 
Na tym kończy się wymiana zdań w roku 1856. Przerwa trwa do 28 lutego 1857 r. W Gazecie Warszawskiej nr 57 głos zabiera Karol Beyer. 
Beyer napisał, że "Łobżeniczanin" błędnie uznał, że ordynacja Firleja nakazująca kładzenie na monetach  pierwszej litery nazwy siedziby mennicy, pochodzi z roku 1599, bo według Beyera Zagórski zacytował nie ordynację, tylko jej potwierdzenie z tego właśnie roku. Że wydano ją w 1598, świadczą monety z tego rocznika - jedne z herbami podskarbich i mincerzy, inne już z literami. Zacytował też Beyer fragmenty z "Acta scabinalia" z archiwum bydgoskiego świadczące o istnieniu tamtejszej mennicy przed rokiem 1613, szczególną uwagę zwracając na ten, w którym pojawia się nazwisko Kossuczki. 
Głos Beyera, z kilkoma skrótami (usunięto negatywne opinie o polemiście Przyborowskiego) opublikowano 11 marca 1857 w 59 numerze GWKP. "W. i Z. Łobżeniczanie" zareagowali 17 marca publikując zaczepną odpowiedź w 64 numerze GWKP. 
Odpowiedź zarzuca Beyerowi nieznajomość archiwaliów i współczesnych prac numizmatycznych; wytykając, że w cytacie u Zagórskiego wyraźnie mowa nie o potwierdzeniu z roku 1599, a o potwierdzeniu ordynacji datowanej na rok 1599.
Ponieważ Beyer swój głos przedstawił w Gazecie Warszawskiej, "Łobżeniczanin" i tam skierował tę samą swoją odpowiedź (Gazeta Warszawska nr 108 z 26 kwietnia 1857). 
Beyer odpowiedział w tym samym wydaniu gazety. Przyznał, że w cytowanym przez Zagórskiego dokumencie rzeczywiście mowa o ordynacji z roku 1599. Podtrzymał jednak swoje przekonanie, że polecenie, by zastąpić herby oficjeli inicjałem miasta, musiało zostać wydane wcześniej. 
Za kluczowe uznał Beyer istnienie typów przejściowych. 
W dalszej części Beyer wytyka polemiście bezzasadny upór co do mennicy bydgoskiej i inne błędy w odczytywaniu informacji z akt archiwalnych.
"W. i Z. Łobżeniczanie" odpowiedzieli w GWKP nr 108 z 10 maja 1857. 
Dalsza część sprostowania to wyliczenie faktycznych ale też zmyślonych pomyłek Beyera. 

Na tym chyba zakończyła się polemika toczona w prasie codziennej. Nie udało mi się znaleźć jej kontynuacji ani w Gazecie Warszawskiej ani w Gazecie Wielkiego Xięstwa Poznańskiego z lat 1857-1858. Okazało się jednak, że Przyborowski kontynuował badania nad mennicą Łobżenicką. Ich wyniki opublikował w marcu roku 1860, w pierwszym tomie Biblioteki Warszawskiej. Po krótkim wprowadzeniu i przypomnieniu polemiki z lat 1856-1857 Przyborowski napisał
po czym pokazał, co udało mu się odnaleźć w łobżenickich archiwach. Zacytowane fragmenty ksiąg miejskich nie pozostawiają wątpliwości, że najpierw Beker, a później Meinhart pełnili w Łobżenicy oficjalną funkcję mincerzy. 
Odpowiedź polemisty wydrukowała Biblioteka Warszawska w następnym tomie. O dziwo, odpowiedź nie jest anonimowa; jest pod nią podpis J. Łukaszewicz. Odpowiedź i cała argumentacja ograniczają się do jednego - mennica w Łobżenicy istniała, ale była mennicą nielegalną, fałszerską. 
Pod repliką Łukaszewicza redakcja BW umieściła następujący przypis:
Redakcya Biblioteki Warszawskiej, zamieszczając niniejsze słówko p. Ł. uważa jednak za swój obowiązek nadmienić, iż wcale nie podziela wynurzonego powyżej zdania, jakoby p. Przyborowski na wdzięczności naszę nie zasługiwał. Że w dziełach XVII i XVIII wieku, dowody na istnienie mennicy łobżeńskiej także się teraz wynalazły, nie umniejsza to zasług p. Przyborowskiemu; dzieła te bowiem są rzadkie, dla ogółu nieprzystępne, a nawet uszły uwagi, autorów naszych numizmatycznych. W specyalnych bowiem dziełach temu przedmiotowi poświęconych, jako to: Numizmatyce krajowej K. W. Bandtkiego, Monetach dawnej Polski Ignacego Zagórskiego, niemniej we wszystkich drukowanych katalogach zbiorów numizmatycznych polskich Wilh. X. Radziwiłła, R. St. Reichla, Mikockiego, Mathego ect., znajdujemy nieodmiennie monety w Łobżenicy bite, zamieszczone jako łobzowskie. Błąd ten sprostował pierwszy p. Przyborowski i tej zasługi nikt mu ująć nie może; następnie wywiązała się w dziennikach przydługa polemika, w której po jednej stronie występowali p. Przyborowski i Karol Beyer, po drugiej bezimienni utrzymujący z początku, iż w Łobżenicy wcale mennicy niebyło; powoli jednak strony się zbliżyły tak, iż dzisiaj nikt jej istnienia nie zaprzecza, a spór się tylko o jej prawność wiedzie. Redakcya Biblioteki zamieściwszy więc w zeszycie marcowym b. r. swego pisma pracę p. Przyborowskiego, teraz zaś uzupełnienia p. Łukaszewicza, oświadcza, iż o tyle tylko dalsze artykuły zamieszczać będzie mogła, o ile one nowo wykryte materyały do dziejów polskiego mincartwa zawierać będą. 
Całość tej awantury, podzieloną na dwie części pokazałem tu nie po to by dowodzić, lub zaprzeczać istnieniu łobżenickiej (łobżańskiej?) mennicy. 
  • Po pierwsze, zrobiłem to by pokazać, że trolling nie jest dzieckiem internetu - sprawdźcie, jak idealnie definicja trollingu umieszczona w Wikipedii pasuje do tekstów Łukaszewicza. 
  • Po drugie, po to by pokazać jak ważne jest "czytanie" monet, analiza stempli, odtwarzanie chronologii ich użycia. To źródło wiedzy równie ważne, jak dokumenty pisane, a gdy zapisy nie przetrwały, źródło jedyne.
  • Po trzecie, żeby uświadomić Wam, jak fatalny jest poziom dzisiejszej... I tu się zawahałem. Najpierw chciałem napisać prasy, ale problem jest szerszy. Chodzi o media - prasę, internet, radio, telewizję. O dziennikarzy, a może bardziej o redakcje - grona odpowiadające za politykę informacyjną, za wygląd, za publikowane treści. Sprawdźcie sami jak to było półtora wieku temu z górką. Pobierzcie losowo wybrany numer GWKP i przeczytajcie od deski do deski. Oczywiście, publikowano i "michałki" - ale jakie! Mały przykład:
  • Po czwarte, że, jak często powtarzam, monety, to nie wszystko. Nasze hobby, to nie tylko gromadzenie monet, odhaczanie w katalogach, co mamy, a czego nam brak, przeglądanie klaserów na giełdach i katalogów aukcyjnych. Numizmatyka to magazyn zagadek i tajemnic czekających na rozwiązanie. Magazyn dostępny dla każdego, kto tylko zechce do niego zajrzeć. 
Zbierajmy więc monety i rozwiązujmy zagadki.

Printfriendly