Google Website Translator Gadget

niedziela, 10 lipca 2022

Kolekcjonerska strategia zakupowa 2022-20??

Na forum Poszukiwanieskarbow.com, w październiku 2020 zainicjowano wątek o znaczącym tytule - "Świat oszalał ...". Zaczęło się od pomorskich szerfów, ale wątek rozwija się w różnych kierunkach, które jedno łączy - ceny nienajrzadszych monet przebijające sufit. Data publikacji i tytuł wątku skorelowane - w pandemicznym roku 2020 rozpoczął się trwający do dziś wzrost cen monet. Niech nad jego przyczynami dywagują ekonomiści i psychologowie. Ja, będąc kolekcjonerem muszę myśleć o tym, jak powiększać kolekcję bez narażania domowego budżetu. 

W czasach przedinternetowych, które dobrze pamiętam, monety kupowałem na giełdach staroci, spotkaniach kolekcjonerskich, w nielicznych sklepach numizmatycznych oraz oczywiście bezpośrednio od innych zbieraczy. Internet otworzył dostęp do szuflad i klaserów kolekcjonerów, których w realu nie miałbym szans spotkać. To był czas, kiedy mój zbiór rozrastał się najszybciej, głównie dzięki Allegro, na którym założyłem konto chyba w maju 2000.

Był jeszcze Swistak, Kiermasz, czeskie Aukro ściśle powiązane z Allegro, eBay (zarejestrowałem się na niemieckim, później pojawiła się wersja polska) - łatwo można było namierzać okazy zapełniające luki w zbiorze i wyszukiwać okazyjne oferty. Trwało to do przełomu spowodowanego odejściem największych graczy "na swoje". Pojawił się serwis OneBid i inne podobne gwarantujące profesjonalną obsługę, ale jednocześnie ceny zaczęły rosnąć, a malały szanse na upolowanie okazji. Malały, bo równolegle nastąpiła fundamentalna zmiana - jeden po drugim zaczęły pojawiać się specjalistyczne katalogi powodujące wzrost zainteresowania odmianami i wariantami monet. "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - motto sesji numizmatycznych GNDM świetnie wyjaśnia dlaczego coraz częściej pospolite z pozoru monety sprzedają się za kwoty niezrozumiale wysokie dla przeciętnego zbieracza. Przykład sprzed kilku dni, z cyklu czwartkowych aukcji WCN. 
Tak było jeszcze na kilka minut przed zakończeniem aukcji. Niekontrowersyjnie oceniony stan zachowania, cena szacunkowa podwojona, co niczym nadzwyczajnym nie jest. Tyle, że opis nie do końca poprawny (o czym za chwilę). Czwartkowy wieczór przyniósł zmianę - po zakończeniu aukcji sytuacja wyglądała tak. 
Cenę szacunkową przebito ponad dwudziestokrotnie. Dwie osoby widziały więcej, niż pozostali licytujący, a co ważniejsze więcej od autora aukcyjnego opisu monety. Widziały więcej, bo wiedziały więcej. Popatrzcie, obie monety (ta po prawej z innej aukcji WCN) opisno jako "Plage 106" 
Tymczasem u pana Karola Plage mamy: 

Widzicie różnice? Bardzo jestem ciekaw, jak potoczyła by się licytacja, gdyby opis był poprawny i gdyby pojawiła się w nim jeszcze jedna informacja, której Plage nie umieścił w swoim katalogu. Chodzi o cyfrę 4 w roczniku, a dokładniej o to, co jest pod tą cyfrą. Popatrzcie jeszcze raz na zdjęcie, widzicie? Spod czwórki nieśmiało wychyla się trójka. Dziesięciogroszówki z niezmienioną datą 1840 bito aż do roku 1865 - tę z aukcji WCN wybito prawdopodobnie w roku 1840, przerabiając stempel rewersu z poprzedniego roku. 

Na tej samej czwartkowej aukcji sprzedano też taką monetę 

Macedoński brąz wybity trzy wieki przed naszą erą. Ceny szacunkowej nie osiągnięto! 

Wracamy do tytułu dzisiejszego wpisu - jaką strategię zakupową ma przyjąć kolekcjoner, by rozsądnie powiększać zbiór. Jedno się nie zmienia - "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - wiedzy nic nie zastąpi, kolekcjoner powinien wiedzieć jak najwięcej o tym, co kolekcjonuje. 

Co dalej? Gdybym miał teraz zastanawiać się nad profilem kolekcji, którą chciałbym budować, to wybrałbym, może niepatriotycznie, monety obce. W Polsce są znacząco tańsze od rodzimych. To oczywiste - im większy popyt, tym wyższe ceny, a popyt na rodzime z reguły jest większy od popytu na obce. A jeśli już masz jakiś zaawansowany zbiór numizmatów związanych z Polską, to czy przypadkiem nie jest to dobry moment na zmianę profilu? Spieniężenie zbioru za niezłe pieniądze (korzystna koniunktura) i przeznaczenie ich na nowe zakupy. 

Ja się chyba nie zdecyduję na tak drastyczny krok, a z rozbudowy zbioru rezygnować nie zamierzam. Będąc na garnuszku ZUS moje szanse na skuteczną walkę na krajowych aukcjach oceniam na bardzo nikłe. Moja strategia będzie wyglądać tak:

  • Nadal będę śledził duże aukcje (OneBid i podobne oraz aukcje organizowane własnymi siłami przez niektóre firmy i stowarzyszenia numizmatyczne) i licytował, kiedy zobaczę coś ciekawego. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Nadal będę śledził oferty na Allegro, eBay, OLX itp. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Zainteresuję się aukcjami organizowanymi przez zagraniczne firmy numizmatyczne - myślę, że od czasu do czasu wypatrzę coś ciekawego pasującego do mojego zbioru. 
  • Częściej, niż przez ostatnie lata będę "polował" na giełdach, targach staroci i targowiskach. Muszę jednak bardziej polegać na tym, co sam wypatrzę, niż na pamięci sprzedawców - vide poprzedni wpis
  • Wymyśliłem sobie, że może warto by spróbować objazdu kilku flohmarktów - niemieckich pchlich targów. Już po wakacyjnym sezonie, przy okazji zwiedzając trochę oraz degustując tamtejsze wina i piwa. Jeśli plan wypali - podzielę się wynikami i wrażeniami.
A Wy? Macie może jakieś inne pomysły?


poniedziałek, 27 czerwca 2022

Udany połów na chojnickim Jarmarku Świętojańskim.

 Dawno nie byłem na żadnej giełdzie staroci, więc kiedy nadarzyła się okazja, postanowiłem sprawdzić, czy coś się przez te miesiące (lata?) zmieniło. Okazją był trzydniowy Jarmark Świętojański w Chojnicach.

 
 

Upał nie zachęcał do spacerów po mieście. Na szczęście strefa kolekcjonerska w czasie kiedy do niej wchodziłem była zacieniona - na płycie rynku, gdzie handlowano jedzeniem, piciem i innym jarmarcznym towarem trudno było wytrzymać. Żar lał się z nieba.

Tłumów, jak widzicie nie było. Stoisk, na których były jakiekolwiek monety - zaledwie kilka. Cierpliwie wędrowałem od jednego do drugiego, pytając o stare polskie monety i cierpliwie tłumaczyłem, że dla mnie stare, to nie przełom XX/XXI wieku, ani nawet XIX/XX. Standardowa odpowiedź: - mam tu gdzieś jakiegoś półtoraczka, kilkuminutowe poszukiwanie strony w klaserze z tymże półtoraczkiem i... nawet nie pytałem o cenę, bo nie było po co. Było kilka agonalnych szóstaków Jana Kazimierza; na jednym ze stoisk trafiłem na kilkadziesiąt miedziaków - boratynki i miedź Augusta III - ewidentne wykopki, w większości czytelne, ale w takich stanach, że mógłbym się zdecydować wyłącznie na coś bardzo rzadkiego. Niczego takiego niestety tam nie wypatrzyłem. Już miałem odejść, kiedy sprzedawca przypomniał sobie, że gdzieś tu jeszcze powinny być jakieś grosze Poniatowskiego. Były, a jakże, ale równie atrakcyjne, jak wspomniane wyżej boratynki. A między nimi trojak z 1789 roku, ładniejszy od tego, którego mam w zbiorze, z nieuszkodzonym ozdobnym rantem. To był pierwszy zakup. Dwa stoiska dalej, pomimo standardowej odpowiedzi, że niczego starszego niż II RP w klaserze nie znajdę, postanowiłem jednak ten klaser przejrzeć. Powodem była strona, na której klaser był otwarty, cała wypełniona monetami Królestwa Polskiego 1917-1918. Nie, na niej też niczego, czego bym już nie miał nie znalazłem. Na kolejnych kartach rzeczywiście były tylko monety późniejsze, II RP, PRL, jakieś Niemcy sprzed I Wojny. Giełdowy standard. Mimo wszystko, zamiast podziękować i przejść do następnego, ostatniego już stoiska, przewracałem kolejne strony klasera, aż do ostatniej. A na niej, w ostatnich dwu kieszonkach były dwie monety w holderach pasujące do reszty, jak kwiatek do kożucha. Najpierw zapytałem o tę, która na holderze miała krótki napis "Rzym ?". 

- To gratis dla kogoś, kto kupi coś za co najmniej 50 złotych.  

- OK. A ile Pan chce za ten Cieszyn? 

- A ile Pan proponuje?  

Nie cierpię takich zagrywek. W końcu moneta była opisana niekoniecznie bardzo dokładnie, ale całkiem dobrze - Teschen, heller. To giełda, a nie aukcja! Zwykle w takich sytuacjach grzecznie dziękuję i idę dalej, ale usłyszałem zachętę 

- Niech Pan coś zaproponuje, na pewno się dogadamy.

No to zaproponowałem, zapłaciłem, wpakowałem dwa holdery do portfela, podziękowałem i poszedłem dalej. Nic więcej w tym dniu, ani w dwa kolejne nie kupiłem, a i tak tę giełdę uważam za bardzo udaną. 

W archiwach polskich domów aukcyjnych nie znajdziecie wielu notowań cieszyńskich halerzy Adama Wacława. Niedawno (luty 2018) podobny egzemplarz sprzedał się u Damiana Marciniaka 

Podobny, ale nie identyczny, bo wybity w mennicy w Skoczowie zarządzanej przez Krzysztofa Kantora (litery C C). Mój jest z mennicy cieszyńskiej, w której w tym czasie mincmistrzem był Dietrich Rund (litery D R). Jedyne notowanie tej monety, jakie udało mi się znaleźć w polskich archiwach to 15 aukcja WCN, na której sprzedawano między innymi dużą kolekcję monet Księstawa Cieszyńskiego. 
To był rok 1998 i od tego czasu nic. Co ciekawe, w katalogu monet książąt cieszyńskich Piotra Kalinowskiego wydanym w roku 2009 halerz 1612 D-R jest ilustrowany zdjęciami monet z WCN właśnie. 

W fundamentalnym dziele Friedensburga i Segera jest informacja, że we wrocławskim muzeum autorzy odnotowali po 2 sztuki tych halerzy. 

Kopicki różnie ocenił ich rzadkość, zasadnie uznając, że moneta skoczowska jest znacznie rzadsza. 

Punktowa "wycena" Kopickiego nijak się nie ma do rzeczywistej rzadkości i wartości monet. Identyczną "cenę" 10.  5. " ma na przykład pięciogroszówka z 1930 roku dostępna dziś  w obiegowym stanie za 20 do 30 złotych. A w ofertach można przebierać.    

Nie będę się tu rozpisywał o cieszyńskiej mennicy i jej mincmistrzach. Gdyby ktoś chciał uzupełnić swoje wiadomości w tym zakresie, polecam zakup książeczki Janusza Spyry "Moneta w dawnym Cieszynie" wydanej z okazji ukazania się dwuzłotowej monety z wizerunkiem najstarszego zabytku Cieszyna - romańskiej rotundy p.w. św. Mikołaja i Wacława z XI w. Z jej treścią można się również zapoznać wchodząc na stronę https://visitcieszyn.com i dalej w zakładce "Historia i tradycja" - "Moneta w dawnym Cieszynie". Warto tam zajrzeć.  

Cieszyn zostaje w zbiorze, Julian Apostata... Pewnie go sprzedam prędzej, czy później. Nie jest na tyle ładny i charakterystyczny, żebym go sobie zatrzymał. 


czwartek, 9 czerwca 2022

Rachunek prawdopodobieństwa.

Pamiętacie ze szkoły o co z tym prawdopodobieństwem chodzi? Nie? A to takie proste - miarą prawdopodobieństwa zdarzenia niemożliwego (np. rzut piłeczką palantową na Ziemi na odległość 37,89 kilometra) jest ZERO - nikt tak daleko nie rzuci, a zdarzenia pewnego (np. staczanie się szklanej kulki po równi pochyłej umieszczonej na stole stojącym w pracowni fizyki w liceum im. Adama Asnyka w Kaliszu) jest JEDEN (albo 0% i 100% odpowiednio) - kulka stoczy się po równi. Miarą prawdopodobieństwa zdarzeń, które mogą, ale nie muszą zajść jest ułamek właściwy - coś między zerem, a jedynką.

No to teraz czas na przyjrzenie się monetom. Dodajmy, monetom szczególnym. Od roku 2016 referencyjną pozycją literatury numizmatycznej dla miedzianych szelągów Jana Kazimierza jest książka Cezarego Wolskiego "Miedziane szelągi Jana Kazimierza Wazy 1659 - 1667". 528 stron trudnych do ogarnięcia dla nowicjusza, ale bardzo pomocnych dla zaawansowanego kolekcjonera. Jest w nim ujęta pod numerem D.11b.12 boratynka litewska z roku 1661, której rzadkość określono na R8. O takim stopniu rzadkości zadecydowało kilka szczegółów - na awersie portret króla charakterystyczny dla mennicy krakowskiej, na rewersie data zapisana 166I (druga jedynka jest rzymska - bez "daszka" i ozdobnej stopki) - Pogoń charakterystyczna dla bić z mennicy w Ujazdowie. Na dodatek, na katalogowych zdjęciach widzimy monetę zachowaną idealnie, w pięknej, błyszczącej brązowej patynie. W czasie pisania książki, autor znał tylko jeden egzemplarz tej monety. Drugi egzemplarz pojawił się na rynku w lutym roku 2021. 

Ładna cena, jak za pospolitego z pozoru miedziaczka, prawda? No to zobaczcie, co stało się w maju 2022. 
Mennicza sztuka, oceniona przez graderów z NGC na MS 64 BN. Pierwszą ciekawostką, oprócz ceny, jest fakt, że to nie jest egzemplarz pokazany w katalogu Wolskiego. O drugiej i następnych ciekawostkach za chwilę.

Kolekcjonerzy boratynek nie zdążyli ochłonąć po szoku wywołanym ceną kończącą licytację na Heritage Auctions, kiedy polska firma numizmatyczna pochwaliła się ozdobą swojej kolejnej aukcji. 

To egzemplarz ilustrowany u Wolskiego. Graderzy NGC ocenili tę sztukę wyżej - mamy MS 65 BN. 

I tu po raz pierwszy przypomniały mi się lekcje matematyki, na których pan profesor Kazimierz Polak spokojnie tłumaczył nam co to zdarzenia sprzyjające, jak liczymy prawdopodobieństwo wypadnięcia trójki przy rzucie kostką i co najważniejsze, jak liczymy prawdopodobieństwo wypadnięcia trójki w szesnastu kolejnych rzutach tą samą kostką (przy założeniu, że kostka nie jest sfałszowana tak, żeby zawsze wypadała trójka). Jakie więc jest prawdopodobieństwo, że wszystkie trzy znane egzemplarze tej bardzo, bardzo rzadkiej odmiany zachowały się tak dobrze - są niemal idealne. Nawet moneta z Allegro jest, jak na boratynkę, zachowana świetnie.

Nie tylko dobrze zachowane są te monety. Są one na dodatek prawie idealnie centrycznie wybite. Nie tylko mnie to zastanowiło. Napisał do mnie pan Zdzisław Szuplewski, wielki znawca boratynek, zwłaszcza krakowskich, prosząc o podzielenie się moimi przemyśleniami na temat tych monet. 

Pierwsze, o co zapytałem, to czy wiadomo, jakie jest wzajemne ułożenie awersu i rewersu. Dlaczego o to zapytałem? Czy pamiętacie, w jaki sposób produkowano boratynki? Najprostszą metodą. Dolny stempel mocowano w ciężkim stole albo pniu. Na ten stempel kładziono krążek, przykładano trzymany w ręce górny stempel i uderzano w niego ciężkim młotem. Metoda prosta i szybka ale nieprecyzyjna. Nie było czasu na idealne układanie krążka i idealne przystawianie górnego stempla - boratynki często są niecentryczne. Nie było czasu na idealnie równoległe ułożenie powierzchni stempli - boratynki często mają niedobicia części legendy i rysunku. Nie było czasu na pilnowanie, by stemple były ułożone identycznie, by góra awersu była tam, gdzie góra rewersu - typowa boratynka to "skrętka", na której awers i rewers ułożone są całkiem przypadkowo, nie jak na monetach bitych maszynowo.

Z monetami ogradowanymi przez NGC nie ma problemu, na zdjęciach widać jakie jest ułożenie stron. 

Na tej drugiej, z SNMW jest tak samo! Okazało się, że i ta trzecia, ta z Allegro również ma rewers obrócony o prawie idealnie 180 stopni względem awersu. Widać to na filmie, który na YouTube opublikował właściciel monety. 
https://www.youtube.com/watch?v=rFNDL9yhU6Y
Przewińcie do 1:30 - układ awers/rewers widać bardzo dobrze.

Czyli na jedynych znanych trzech egzemplarzach mamy:

  • bicie tą samą parą stempli
  • obustronnie centralne, głębokie bicie
  • identyczna orientacja awers-rewers
  • idealny, a w najgorszym razie bardzo dobry stan zachowania.

Statystyka wręcz nieprawdopodobna. Niemożliwe, by były to monety z normalnej produkcji do obiegu. Zapytałem jeszcze pana Zdzisława, czy znane są obiegowe egzemplarze tej odmiany oraz czy znane są boratynki wybite tym samym stemplem rewersu (ujazdowskim) ale z ujazdowskim, a nie krakowskim awersem. Na obydwa pytania dostałem odpowiedzi negatywne ale pojawił się jeszcze jeden szczegół, na który nie zwróciłem uwagi. Pan Szuplewski przysłał mi takie zdjęcie. 

Takiego "wklęśnięcia" fryzury króla nie ma na innych boratynkach z krakowskim awersem. Jest za to na wszystkich trzech monetach, o których piszę. Nic dziwnego, skoro bito je tymi samymi stemplami. 

Czy na pewno bito? Nie wiem. Jedyne pewne rzeczy, które wiem o tych monetach, to to, co wcześniej wymieniłem. Raz jeszcze:

  • bicie tą samą parą stempli (a może lepiej - identyczny rysunek obu stron monety)
  • obustronnie centralne, głębokie bicie
  • identyczna orientacja awers-rewers
  • idealny, a w najgorszym razie bardzo dobry stan zachowania. 

Wszystko to kłóci się z moim doświadczeniem w ocenie prawdopodobieństwa zdarzeń. Jasne, że nie można wykluczyć, że ktoś, gdzieś (np w muzealnym magazynie) znalazł idealnie zachowane boratynki i puścił je na rynek. Wykluczyć nie można, ale prawdopodobieństwo, że tak było oceniam na niewielkie. Prawdopodobieństwo, że do naszych czasów zachowały się idealnie jakieś boratynki też jest niezerowe, ale również bardzo małe, ale prawdopodobieństwo, że te idealnie zachowane boratynki, ręcznie przecież bite, mają identyczne ułożenie stron i bezbłędną centryczność jest jeszcze mniejsze. A kiedy uświadomimy sobie, że dla oszacowania prawdopodobieństwa serii zdarzeń trzeba ich prawdopodobieństwa pomnożyć...

Pamiętacie, to wszystko ułamki właściwe, z małym licznikiem i dużym mianownikiem. Wynik mnożenia jest tak bliski zeru, że, nawet zakładając, że kwestie finansowe są dla mnie nieważne, że cena nie gra roli, nie kupiłbym żadnej z tych monet. Prawdopodobieństwo, że to mistyfikacja, pułapka na zaawansowanych i zasobnych kolekcjonerów szacuję znacznie, znacznie wyżej, niż prawdopodobieństwo, że to monety wybite 361 lat temu.

Ciąg dalszy.

niedziela, 29 maja 2022

Nie tak sobie emeryturę wyobrażałem :-)

Pod koniec wrześnie roku ubiegłego napisałem "Dzisiejszy wpis nie jest przypadkowy (bo nie ma przypadków). Jak już tu kilka razy wspominałem, miałem szczęście i przyjemność studiować fizykę. Jestem prostym, bo prostym, ale magistrem fizyki. Nad funkcjami Lagrange'a i hamiltonianami swoje prześlęczałem. Na dodatek, 28 września to również dzień moich urodzin. W tym roku szczególnych, bo umożliwiających mi rozpoczęcie przeznaczania każdego dnia od poniedziałku do piątku, dodatkowych dziewięciu godzin na własne działania i prace. Od pierwszego października częściej będę mógł się zajmować tym, co najbardziej lubię." dodając taki obrazek. 

Niby wszystko się zgadza. Nie tracę czasu na pracę, na dojazd do niej i powrót do domu, ale nie ma szans, by większość czasu zaoszczędzonego tym sposobem poświęcić monetom i blogowi. Częściowo winna jest temu przeprowadzka - jak tu siadać do klawiatury, kiedy w zasięgu kilkuminutowego spaceru mam takie widoczki 


a kilkanaście kilometrów wspaniałymi ścieżkami rowerowymi i leśnymi drogami prowadzi nad jedno z wielu ukrytych w lesie jezior i jeziorek.
I na monety czas się znajdzie, tyle że coraz trudniej kupić coś niebanalnego za rozsądne pieniądze. W tym roku, choć to już końcówka maja, udało mi się upolować tylko siedem monet. Sześć już do mnie dotarło. Między innymi, całkiem przyzwoicie wybity (jak na tę mennicę) szeląg ryski z 1609 roku, opisany przez sprzedawcę jako rocznik 1600. 
Saski szeląg z 1753 roku z literką D wskoczył na miejsce gorzej zachowanego bliźniaka. 
Najbardziej, jak dotąd ucieszył mnie kolejny saski miedziak z kontrmarką z herbem Pilawa - tym razem pojedynczym. 
Miałem już wcześniej monetę z podwójną Pilawą 
a kiedyś polowałem na monetę z Pilawą pojedynczą, ale nabitą innym stemplem. Nie kupiłem jej, bo nie byłem pewien, czy to oryginalna kontrmarka z epoki, czy może udatnie wykonany falsyfikat na szkodę kolekcjonerów.
Miałem nadzieję na jeszcze jednego kontrmarkowanego miedziaka, ale niestety ktoś inny zalicytował wyżej. Licytacja jeszcze trwa, ale mój ostateczny limit został przekroczony. Trudno, może innym razem, przy innej okazji...

Cóż, ceny monet to dziś wielki problem dla kolekcjonerów. "Inwestorzy" zdają się mieć inny na to pogląd, więc siłą rzeczy (a może lepiej siłą konta) kolekcjonerzy muszą się często obejść smakiem. Na tej fali płynącym sprzedawcom też zdarzają się kiksy. 

Umieszczenie w opisie zdanka "Pozycja poszukiwana w każdym stanie zachowania" nie jest wystarczającą zachętą do wydania dwustu przeszło złotych na skorodowanego miedziaka z "banku ziemskiego". Przeszło bo prowizja i przesyłka też nie za darmo. 

Nie udały mi się też kolejne dwa podejścia 
Schowałem moje limity, zapewniam, że nie były niskie - do kontrmarki z Pogonią zabrakło niewiele (chyba, że limit konkurenta był znacznie wyższy, ale tego nie wiem przecież). Fenig mnie skusił, bo tego DD  wcześniej nie widziałem, nie ma go w moim katalogu. I w tym przypadku organizatorzy aukcji zastosowali "chwyt marketingowy" - w katalogu raz za razem opisowi monety towarzyszy zaklęcie: "W kolekcjach monet ostatniego wieku, bitych maszynowo w wielkich ilościach, nie ilość monet świadczy o jakości kolekcji, a ilość perełek się w niej znajdujących. Nie ma wyższej klasy perełek niż PRÓBY niskonakładowe, oraz jeszcze rzadsze do nich, powstałe przez przypadek, ciekawe błędy bicia (przesunięcia, odwrotki).".  Sądząc po cenach końcowych, zaklęcie skuteczne. 

Skusił mnie też katalog monet PRL, którego również nigdy wcześniej nie widziałem, a to sytuacja raczej wyjątkowa. Tu problemu z kupnem nie było - antykwariat wycenił wydawnictwo na 12 złotych. Kilka skanów: 



Katalog autorstwa Czesława Kamińskiego wydany przez Polskie Towarzystwo Archeologiczne w 1966 r. Dobry papier, tekst w trzech językach, "barwne" ilustracje banknotów - na jaki rynek to było przeznaczone?

Wartość merytoryczna, przynajmniej jeśli chodzi o monety, niewielka. Brak informacji o miejscu bicia, brak wielkości nakładów, dane o projektantach tylko dla nominałów powyżej złotówki. 

Coś musiało być nie tak z planami wydawnictwa, bo we wspólnej oprawie jest katalog ("Powielanie ukończono ww wrześniu 1966 r.") i uzupełnienie do niego datowane na rok 1968, ale wydrukowane na identycznym papierze i bez śladu, że było dołączane do już gotowego, wcześniej oprawionego katalogu. 

I jeszcze jedna ciekawostka - na ostatniej stronie zielone pieczątki - raz odbita "Eigentum" (własność) i niepełna czerwona odbitka tegoż słowa oraz cztery pieczątki imienne. 

Czy ktoś z Was wie coś o bielskim parkieciarzu Wasilewskim?


niedziela, 1 maja 2022

Ludwig Habich - odcinek trzeci, niekoniecznie ostatni

Cykl zaczął się w marcu 2022. Na koniec odcinka drugiego postawiłem kilka pytań dotyczących skrótów z książki Weyraucha. Na odpowiedzi długo nie czekałem, więc kolejnym naturalnym krokiem było wysłanie zapytań do gabinetu numizmatycznego Württembergische Landesmuseum i do stuttgarckiej mennicy. 

Na odpowiedź z mennicy czekam, muzeum odpowiedziało błyskawicznie. Najpierw w sprawie księgi inwentarzowej:

Unfortunately, nearly the complete documentation of the coin cabinet in Wuerttemberg State Museum was destroyed during World War II, including all the correspondence until 1945. The inventory books were partially, but not completely destroyed by fire.
In the inventory book 1914-1921 Polish coins are mentioned:
October 9th 1917
MK 3907 - 20 FENIGOW, 1917
MK 3908 - 10 FENIGOW, 1917
MK 3909 a - 1 FENIG, 1917 with the comment "nie ausgegeben" - never emitted
MK 3909 b - 5 FENIGOW, 1917
remarks: "Stempel von Prof. L Habich, geprägt in der k. Münze Stuttgart für das besetzte Polen" - dies by Prof. L. Habich, minted in the Royal Mint Stuttgart for the occupied Poland; "Geschenk der k. Münze" - given by the Royal Mint.

Mamy potwierdzenie autorstwa stempli, źródło monet - dar mennicy oraz informację bardzo istotną - muzeum w ramach tego daru otrzymało monetę 1 fenig z rocznika 1917. Dopisek w księdze inwentarzowej informuje, że ta moneta nie została wyemitowana - wybite egzemplarze nie opuściły mennicy. 

Ten zapis z 9 października 1917 umieszczony w księdze inwentarzowej Württembergische Landesmuseum definitywnie kładzie kres wszelkim teoriom spiskowym, wedle których monety te miały zostać wybite po II Wojnie Światowej, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo.

Dalsza korespondencja z muzeum przyniosła kolejne informacje. Obecnie w zbiorach muzeum w Stuttgarcie znajduje się tuzin monet Królestwa Polskiego:

I am very pleased to report that a total of twelve coins for Poland, minted in the Royal Mint Stuttgart, are being kept in the coin cabinet in Wuerttemberg State Museum:
1.            1 F          1917
2.            1 F          1918
3.            5 F          1917
4.            5 F          1917
5.            5 F          1917
6.            5 F          1918
7.            10 F       1917
8.            10 F       1918
9.            10 F       1918
10.          20 F       1917
11.          20 F       1917
12.          20 F       1918

Co z tego wynika, to konieczność korekty w moim katalogu. Umieściłem w nim informację, że w muzeum w Stuttgarcie są dwa egzemplarze jednofenigówki 1917. Okazuje się, że muzeum ma tylko jedną sztukę. Druga może jest w mennicy...

Zapytałem, czy monety występujące w więcej, niż jednym egzemplarzu są identyczne, czy być może różnią się, są odmianami/wariantami. na odpowiedź na razie czekam.

Nie wybiera się ktoś z Was przypadkiem do Stuttgartu? Na miejscu można by to ustalić pewniej i szybciej. 

Żeby nie było bez obrazków, pokażę coś, co wypatrzyłem na OLX.

Kosztuje toto 17000 PLN i w/g opisu z ogłoszenia jest to rekonstrukcja użytkowa XVI w. walcarki do tłoczenia monet. 


środa, 20 kwietnia 2022

Moje rzymskie monety II

Nielicznymi w moim zbiorze monetami rzymskimi chwaliłem się trzy lata temu. Niewiele się od tego czasu zmieniło, ale ostatnio, w ramach eksperymentów z cytrynianem, do pojemniczka z roztworem trafiło kilka monet z pudełka  z napisem "ZŁOM". Wśród nich był mały krążek (15 mm, 1,5 grama), o którym wiedziałem tylko tyle, że jest z miedzi lub jakiegoś jej stopu. Teraz żałuję, że nie zrobiłem zdjęcia przed myciem. Usprawiedliwia mnie tylko to, że na monecie, ani z jednej, ani z drugiej strony literalnie nic widać nie było. 

Pierwsze 24 godziny nie spowodowały żadnej widocznej zmiany, ale po kolejnej dobie wiedziałem już, że to jakiś mały brązik rzymski. Tył głowy z charakterystyczną ozdobą nie dawał szansy na nic innego. Monetka wróciła do kąpieli i przez kolejne dni, co wieczór była wyjmowana, płukana, skrobana wykałaczką, płukana ponownie i wracała do "wanny". Po dziewięciu dniach znudziło mi się. Oto wynik. 

Szału nie ma, ale pełna identyfikacja jest możliwa.

Na awersie legenda CONSTAN - S PF AVG i głowa zwrócona w prawo; na rewersie dwie Wiktorie z wieńcami, legenda VICTORIAE DD AVGGQ NN, w odcinku ·AQS czyli RIC VIII Aquileia 79. Rzadkość to to nie jest, ale chyba sobie to maleństwo zostawię.

AQS oznacza drugą (S - secunda) oficynę mennicy w Akwilei. Miasto w owym czasie znaczące dla imperium. Dla Konstansa również, ale o tym za chwilę.

Akwileę założono około roku 180 p.n.e. Miasto rozwijało się podobno dzięki handlowi złotem z terenów dzisiejszej Austrii. Znane było z rozbudowanego portu rzecznego. W czwartym wieku zostało siedzibą biskupstwa. W połowie następnego stulecia zniszczone przez Hunów. Uciekinierzy z Akwilei uciekli na pobliskie laguny, zakładając Wenecję i Grado. 

Wracamy do Konstansa. Konstans I, Flavius Iulius Constans (320 - 350) – najmłodszy z trzech synów Konstantyna I Wielkiego i Fausty. W 335 r. ojciec wyznaczył go  na władcę Italii, Afryki i Panonii. Zapewne razem z braćmi miał jakiś związek z pogromem potomków dziadka, Konstancjusza Chlorusa i jego drugiej żony Teodory, do którego doszło po śmierci Konstantyna. Między innymi zginęli wtedy Dalmacjusz i Hannibalian, co spowodowało konieczność nowego podziału władzy w imperium, a w konsekwencji kolejne problemy. Trzej synowie Konstantyna Pierwszego, Konstantyn II, Konstancjusz II i Konstans, teoretycznie równi, każdy z tytułem augustusa, kierowali się własnymi ambicjami. Konstantyn II, jako pierworodny uważał, że ma prawo do opieki nad młodszymi braćmi, w szczególności nad najmłodszym Konstansem i próbował "wyręczać" go w sprawowaniu rządów w Afryce. Pod pozorem pomocy Konstancjuszowi II w walce z Persami Konstantyn II w roku 340 przekroczył Alpy wprowadzając wojska do Italii na ziemie Konstansa. Do decydującej bitwy doszło właśnie pod Akwileą.  Teren był trudny, podmokły. Armia Konstantyna wpadła w zasadzkę, a sam cesarz utonął w niewielkiej rzece Alsa. Od tej pory cesarstwem rządzili dwaj młodsi synowie Konstatnyna I. 

Konstans skutecznie bronił północno-zachodniej granicy cesarstwa, ale jako dowódca nie cieszył się dobrą sławą w armii. Sprzeciw budziła bezwzględna dyscyplina wymuszana na armii. Doprowadziło to do buntu kierowanego przez Magnencjusza. Konstans został zamordowany 18 stycznia 350 roku podczas polowania w Helenie u podnóża Pirenejów. Trzy lata później ostatni z żyjących synów Konstantyna I, Konstancjusz II przeprowadził skuteczną kampanię przeciwko oddziałom Magnencjusza. W jej wyniku Magnencjusz popełnił samobójstwo, zabijając wcześniej swoich bliskich. 

Monetka, o której dziś piszę została wybita przed tymi wydarzeniami, w roku 347 lub 348. Zostaje, jako dwudziesty ósmy "rzymek" w zbiorze. 

sobota, 9 kwietnia 2022

Eksperymenty z cytrynianem - ciąg dalszy

Po pierwszych próbach przeprowadzonych na "złomkach" z cynku i żelaza stwierdziłem, że efekty są na tyle zachęcające, by wypróbować działanie cytrynianu na monetach lepiej zachowanych.

Na pierwszy ogień poszedł cynk. Wybrałem taką niemiecką dziesięciofenigówkę 1940 E.

Kąpiel trwała krótko, monetę oglądałem co kwadrans, po godzinie uznałem, że pora na zakończenie testu. 
Z awersu zniknął charakterystyczny dla cynku biały osad tlenków i ta strona monety wygląda  teraz całkiem nieźle, ale na obu stronach, szczególnie na rewersie, ujawniły się wżery początkowo ukryte pod zanieczyszczeniami. 

Czytelności monety ani wyglądu to nie poprawiło. Cynkowe monety całkowicie wolne od korozji to rzadkość. Jeśli ma się szczęście na taką trafić, to czyszczące kąpiele są zbędne, a nawet niewskazane. 

Zabawa z żelazem trwała znacznie dłużej. Stan wyjściowy wyglądał tak.
Niemcy, 5 fenigów 1921, znak mennicy J (Hamburg). Moneta była wyjmowana z cytrynianowej kąpieli co 24 godziny, dokładnie płukana, osuszana, skanowana i wracała do kąpieli. Wyglądało to tak:
Start.
Doba pierwsza. 
Druga. 
Trzecia. 
Czwarta. 
W tym momencie uznałem, że to koniec eksperymentu. Wynik mamy taki. 
I dla przypomnienia stan początkowy. 
Oczywiście i tu ujawniły się korozyjne wżery, ale to było nieuniknione. W przeciwieństwie do cynkowej dziesięciofenigówki, ta piątka wygląda po myciu znacznie lepiej, uwidoczniły się detale, a co najważniejsze nie pojawił się efekt wytrawienia powierzchni do gołego metalu, jak dzieje się przy stosowaniu preparatów na bazie kwasu fosforowego.

Monetka trafi teraz do papierowej kopertki. Za rok sprawdzę czy korozja się nie odnawia - już to sobie w kalendarzu zapisałem, więc nie przegapię.

piątek, 1 kwietnia 2022

Na poważnie, na wesoło...

 W sierpniu ubiegłego roku podzieliłem się z Wami wynikami eksperymentów z myciem monet w roztworze cytrynianu sodu. Przypomniano mi niedawno, że obiecałem kontynuowanie eksperymentów z monetami z innych metali. Przepraszam, że trzeba mi było o tym przypominać i przedstawiam wyniki kolejnych pojedynków: cytrynian versus żelazo i cytrynian versus cynk.

Z pudełeczka z etykietą "złom" wybrałem po jednym egzemplarzu monet z gatunku przypadek beznadziejny.

Przygotowałem dwa pojemniki - pamiętajcie proszę, nigdy nie kąpiemy razem monet z różnych metali. W każdym po dwie płaskie  łyżeczki cytrynianu rozpuszczone w stu mililitrach wody. Kąpiel trwała w sumie cztery godziny z kilkoma przerwami. Przez pierwszą godzinę kontrolowałem proces co kwadrans, później dwa razy co pół godziny i w końcu co godzinę. Nie dokumentowałem poszczególnych etapów. Oto końcowy wynik. 
Żelazna pięciofenigówka Królestwa Polskiego: cytrynian działa łagodniej, niż zalecane przez niektórych kolekcjonerów preparaty na bazie kwasu fosforowego (Fosol, Korreador itp.). Nie trawi monety do gołego metalu.

Cynkowa pięciofenigówka Trzeciej Rzeszy: efekt podobny.

Wniosek - eksperyment zasługuje na kontynuację, ale muszę wziąć lepiej zachowane monety. Tym razem przypominanie nie będzie konieczne, już sobie ustawiłem przypomnienie w kalendarzu. 

Dziś pierwszy kwietnia, prima aprilis, April Fools’ Day, All Fools’ Day, Jour du poisson d’avril, Hunt the gowk Day, Melagio diena, Dia da mentira, День смеха, Día de los Santos Inocentes. Poliglotą nie jestem, to wszystko z Wikipedii. Nie będę się dziś chwalił sensacyjnymi odkryciami nieznanych dotąd monet. A mógłbym. Kilkadziesiąt minut nad klawiaturą et voilà mamy na przykład talara Kazimierza Wielkiego. Pokażę za to kilka "żartów", których autorzy nie przypuszczali, jak przypuszczam, że żartują. Kopalnią takich przykładów jest OLX, ale nie tylko. 

Ciekawe, czy pojawią się oferty łóżek z innymi funkcjami? 
Na OLX najczęstszym "żartem" są ceny oferowanych monet. Prawdopodobieństwo, że ktoś kliknie i kupi podobne rarytasy płacąc takie kwoty jest, jak mawiał mój matematyk, zaniedbywalnie małe. Ale, może... Ktoś chętny?
Na koniec coś z zupełnie innej beczki. 
Ja, zamiast mieszkania z biedronką wolałbym mieszkanie z dużym tarasem z pięknym widokiem. Biedronki same przylecą.


Printfriendly