Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katalogi monet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katalogi monet. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2020

Czytajmy książki.

Brakło mi cierpliwości by poczekać aż Biblioteka Narodowa opublikuje coroczny raport na temat czytelnictwa w Polsce. Poprzedni, opublikowany w marcu 2019 podsumowywał nasze osiągnięcia w roku 2018. Przypuszczam, że raport za rok 2019 niestety nie przyniesie poprawy. Niestety, bo stan czytelnictwa jest żałosny. Wystarczy rzut oka na wykres opublikowany przez BN 24 marca 2019.
Przeszło 60% mieszkańców Polski nie przeczytało w roku 2018 ANI JEDNEJ książki! Dla mnie niewyobrażalne. W tym roku już udało mi się zawyżyć średnią dla grupy najaktywniejszych czytelników (granatowe słupki na wykresie), a mamy dopiero początek marca.
Ostatnia z moich tegorocznych lektur, to "Leonardo Da Vinci" Waltera Isaacsona. Biografia jednego z najdziwniejszych, jeśli nie najdziwniejszego europejczyka, po którym pozostało kilkanaście obrazów (o ile wszystkie naprawdę wyszły spod jego ręki), w części nieukończonych. Nieukończonych, bo albo nie uznał ich za życia za dzieła gotowe, albo nie miał czasu na ich ukończenie. Czasu nie miał, bo ciekawiło go wszystko, a jak coś go ciekawiło, to starał się dowiedzieć o tym czymś jak najwięcej. Rozrzut tematów zainteresowań imponuje. Od geologii i hydrologii, przez anatomię, fizykę, mechanikę, architekturę, scenografię... Trudno znaleźć dziedzinę, którą się nie zajmował. Ze zdumieniem przeczytałem, że w swoich notatnikach zapisał zdanie, które dwieście lat później powtórzył Izaak Newton, a które znamy dziś jako pierwszą zasadę dynamiki. Christiaan Huygens też miałby łatwiej, gdyby znał notatki Leonarda, bo znalazł by w nich opis zachowania dźwięku przechodzącego przez ścianę z dwoma otworami. A co powiecie o takim zdaniu "Słońce się nie porusza"?
Leonardo notował wszystko. Dziś znamy około siedem tysięcy kart z jego zapiskami i rysunkami. Z wiarygodnych źródeł wiadomo o dalszych przynajmniej sześciu tysiącach kart. Za zbiór siedemdziesięciu dwóch kart tworzących tzw. Kodeks Leicester, Bill Gates zapłacił w 1994 roku prawie trzydzieści jeden milionów dolarów.
Na 638 stronie książki Isaacsona znalazłem informację, że "Da Vinci wykonał również dla Juliana (papieża) projekt prasy do produkcji monet o gładkich i równych krawędziach". Skoro wykonał projekt, to może i o nim coś zanotował. Chwila pracy wyszukiwarki i jest.
Mamy nie jedno urządzenie, tylko dwa - urządzenie do wycinania równych, okrągłych krążków i urządzenie do właściwego ustawianie stempli menniczych, zapewniające centralne bicie monet, eliminujące niedobicia wynikające z nierównoległego ułożenia płaszczyzn stempli. Nie bardzo wyobrażam sobie bicie na niej masowych nakładów monet niskonominałowych, ale papieskie złoto mogło by wyglądać znakomicie.
Przy okazji poszukiwań projektu Leonarda trafiłem na masę innych przedstawień różnych etapów produkcji monet. Na przykład taka angielska grafika
z prasą - balansjerką. Taką samą, jak używane do bicia monet Augusta III. Nie tylko miedzianych.

Czytanie zawsze zajmowało mi trochę czasu i nadal zajmuje. Oprócz książek są to głównie lektury internetowe - fora dyskusyjne, katalogi aukcyjne, blogi...
Przeglądam oczywiście oferty sklepów numizmatycznych i katalogi nadchodzących aukcji, bo z mniejszym lub większym powodzeniem usiłuję powiększać zbiór. Ostatnio z mniejszym, bo coraz częściej ceny zdecydowanie przekraczają moje możliwości. Ale nie tylko ceny bywają problemem. Mam w zbiorze takiego trojaka.
Brzydki, ale rocznik na tyle rzadki, że kiedyś się na niego skusiłem z nadzieją, że prędzej, czy później trafi się ładniejszy egzemplarz. Kilka dni temu wypatrzyłem, ale mimo że ładniejszy, to nie całkiem.
Jakoś nie mam zaufania do tej jedynki. Nie zalicytuję.
Jeszcze dwa obrazki z aukcji zakończonej w lutym. Tym razem nie zamierzałem licytować.
Cena, przyznaję, mocno mnie zaskoczyła. Firmę chyba też, bo cena szacunkowa była dość skromna, a ilość przebić, całkiem, całkiem...
Patrząc teraz na te zrzuty z ekranu, mam trochę wyrzutów sumienia, bo ślęczę właśnie nad kolejnym wydaniem tego katalogu. Będzie w formie e-booków i będzie z możliwością druku na zamówienie, jak te, i znacznie taniej, niż na WCN.

niedziela, 10 marca 2019

Chwila oddechu.

Na monetach świat się nie kończy.
Nie raz i nie dwa razy pisałem tu, że podoba mi się muzyka DMB. Często towarzyszy mi podczas pracy przy komputerze, na przykład teraz, gdy piszę kolejny tekst na blog.
Na najnowszej ich płycie jest taka krótka piosenka.


Zespół lubię i cenię, bo tworzy muzykę idealnie trafiającą w mój gust. Płyty studyjne są świetne, ale to, co zespół Dave Matthews'a wyróżnia, to koncerty. Grupa koncertuje często, koncerty są długie, nierzadko ponad trzygodzinne, a piosenki, które na płytach trwają po kilka minut, na scenie przeradzają się w kilkunastominutowe (albo i dłuższe) szaleństwo.
Oto ta sama piosenka wykonana razem z zaproszonymi na scenę gośćmi z Preservation Hall Jazz Band.


W 2015 byłem na koncercie DMB w Gdańsku. Do Warszawy, 25 marca na Torwar niestety jechać nie mogę. Życie bywa okrutne. Mam jednak nadzieję, że i ten koncert zostanie nagrany i upubliczniony. Zespól Matthewsa, co łatwo sprawdzić na YouTube, nie walczy z udostępnianiem nagrań z koncertów. Może po części dzięki temu bilety na kolejne występy rozchodzą się błyskawicznie.

A o czym jest piosenka, którą dziś Wam reklamuję?
You're there
I'm here
Let's dance
My dear
What's your name
How do you do
What's the game
Hallelujah

I saw a girl
The way she moved
It changed the way
I see the world
And that girl is you
And this is for real
How do you do
I sing Hallelujah

You're there
I'm here
But let's dance
My dear
What's your name
How do you do
What's the game
Oh, Hallelujah

I saw a girl
And the way she moved
It changed the way
I see the world
That girl is you
And this is for real
How do you do
Oh, Hallelujah

You're there
And I'm here
Let's dance
My dear
What's your name
How do you do
And your game
Hallelujah

Ja słyszę to tak
Ty tam
Ja tu
Zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak się masz?
O co ta gra?
Alleluja!

Widziałem ją
Każdy jej ruch
Odtąd inaczej
Widzę świat
Ta dziewczyna to Ty!
I to się dzieje
Jak się masz?
śpiewam alleluja

Ty tam
Ja tu
Ale zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak się masz?
O co ta gra?
Och, Alleluja

Widziałem ją
I każdy jej ruch
Odtąd inaczej
Widzę świat
Ta dziewczyna to Ty
I to się dzieje
Jak się masz?
Och, Alleluja

Ty tam
Ja tu
Zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak leci?
I jak się gra
alleluja!

A żeby nie było, że nic nie robię, tylko siedzę oglądając koncerty, dwa zrzuty z ekranu mojego komputera.
 

Pewnie zauważyliście, że moje plany z końca lutego troszkę się zmieniły, i numeracja odmian wygląda inaczej, niż ostatecznie (tak mi się wydawało) zaplanowałem. Myślę, że najważniejsza jest cecha, którą Anglosasi określają jednym słowem, userfriendly. Katalog powinien być przyjazny dla użytkownika. Katalogowane obiekty powinny być ułożone w logicznym porządku, spójnie opisane i ponumerowane w sposób pozwalający na łatwe zidentyfikowanie i odszukanie. Mam nadzieję, że to, co piszę, takie właśnie będzie.

czwartek, 28 grudnia 2017

Nieznana, niepublikowana, nienotowana...

Reklama, jak wiadomo, jest dźwignią handlu. Czy zawsze?
Kiedyś pisałem tujuż o kwantyfikatorach wielkich - „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „nikt”, „jest”, „nie jest” itd.
Używanie ich bardzo często doprowadza do sytuacji, w której pewne stwierdzenia, wydało by się bezdyskusyjne, łatwo podważyć.
Pamiętacie ze szkoły, z lekcji (wykładów) matematyki męki dowodzenia twierdzeń? Od aksjomatów – prawd oczywistych i niepodważalnych – należało dojść do zapisu stanowiącego tezę twierdzenia. Zwykle było to trudne, czasem bardzo, bardzo trudne. Tak; udowodnienie czegoś może wymagać dużego wysiłku. Czy jeśli się to uda, jeśli twierdzenie jest prawdziwe, to czy mamy prawo do powiedzenia, że jest prawdziwe „zawsze”?
Tak, ale tylko gdy założenia twierdzenia są odpowiednie. Przykład? Proszę bardzo. „Suma kątów wewnętrznych trójkąta wynosi 180°” - prawdziwe zawsze, czy nie? Na płaszczyźnie – tak, na powierzchni kuli – nie.
Przedstawiając jakąś tezę, albo pokazujemy dowód na jej prawdziwość (przy określonych założeniach), albo prosimy innych, by naszą intuicję, bo nieudowodnione twierdzenie jest tylko intuicją, potwierdzili dowodem. Ponieważ, jak przed momentem napisałem, dowodzenie jest zajęciem trudnym i czasochłonnym, kuszące są próby wykazania nieprawdziwości twierdzenia, przez wskazanie przypadków lub wykonanie doświadczeń niezgodnych z tezą twierdzenia.

Co to ma wspólnego z reklamą, z monetami?
Zaskakująco dużo.
Opisy monet oferowanych do sprzedaży na aukcjach (żywych i wirtualnych), w katalogach ofertowych, w sklepach internetowych kipią zachwytami nad zachwalanym towarem. „Najpiękniejsza”, „najrzadsza”, „nienotowana”, „niepublikowana”, „nieznana” - to tylko pierwsze z brzegu przykłady.

Najpiękniejsza? Pomijając drobnostkę, że nie to piękne, co piękne, tylko co się komuś podoba, czy na pewno można wykluczyć, że ktoś, gdzieś nie ma doskonalszego egzemplarza? A to sprawi, że „najpiekniejsza” będzie kłamstwem.

Najrzadsza? Jeśli istnieją niepodważalne dowody na bardzo ograniczoną wielkość emisji, to można zaryzykować takie określenie. Jeśli dowodów nie ma, to może się okazać, że prawda wygląda inaczej.

Niepublikowana? Nienotowana? Literalnie oznaczało by to, że nikt, nigdy, nigdzie nie opublikował informacji o istnieniu tak reklamowanej monety. Bezpieczniej napisać, że niepublikowana (nienotowana) w katalogach, bo po pierwsze, katalogi stanowią niewielki odsetek publikacji, po drugie zwykle te nowsze powtarzają informacje z tych starszych. A i tak można błąd popełnić, bo na przykład na podstawie tego katalogu


można by napisać „niepublikowana” o jednofenigówce Królestwa Polskiego z roku 1917. Albo ostrożniej, „nienotowana do roku 1965”. Tymczasem okazuje się, że istnienie takiej monety odnotowano w katalogu znacznie wcześniejszym.


Tylko ile osób ma do tego katalogu dostęp?

A ile osób ma dostęp do biuletynu wydawanego przez jakieś lokalne, niewielkie stowarzyszenie kolekcjonerów? A w takich biuletynach pojawiają się od czasu do czasu opisy monet, których właściciele nie znaleźli w dostępnych sobie publikacjach. Bywa, że rzeczywiście są to monety, o których nikt, nigdy, nigdzie nie napisał, tylko jak to sprawdzić, że „nikt, nigdy, nigdzie”. Wskazanie jednej publikacji zadaje kłam twierdzeniu sprzedawcy.

Z tego samego powodu, miałbym opory przed napisaniem o jakiejś monecie, że jest „nieznana”. Bo co to znaczy „nieznana”? To coś więcej, niż niepublikowana, bo można przecież mieć monetę, której inni nie mają (jest im nieznana), ale nie publikować tego faktu. Albo z niechęci ujawniania stanu posiadania, albo z nieświadomości, że posiada się coś wyjątkowego.

Określenie „nienotowana” może też oznaczać, że brak informacji o tym, że taka moneta była kiedykolwiek sprzedawana na aukcji czy pojawiła się w ofercie handlowej. I tu znów pojawia się ryzyko, że nie wiemy o jakiejś aukcji. Czy ktoś jest w stanie policzyć wszystkie aukcje numizmatyczne, które odbyły się w tym roku na całym świecie? Wskazanie jednej transakcji, jednego notowania aukcyjnego, zadaje kłam twierdzeniu sprzedawcy.

Zastanówcie się więc, czy reklama zawsze jest dźwignia handlu?
Zwykle jest, niestety nawet wtedy, gdy nie powinna, bo nie wszyscy zastanawiają się nad znaczeniem tego, co przeczytali. Opis monety, jej zdjęcie w katalogu aukcyjnym, to wszystko jest reklamą i jak w każdej reklamie mamy tu do czynienia z faktami i opiniami. Albo z „faktami” i opiniami, bo „fakty” nie są faktami. Bywa na przykład tak, że w opisie pojawia się numer, pod którym oferowana moneta ma być gdzieś tam skatalogowana, co oczywiście wiąże się z katalogową wyceną, albo przynajmniej z określeniem stopnia rzadkości, jednak po uważnym porównaniu monety z katalogiem okazuje się, że to inny numer, inna wycena, inna rzadkość.

Do zdjęć też trzeba podchodzić z rezerwą. Najświeższy przykład – pewna dwutalarówka, która miała pojawić się w katalogu kolejnej aukcji GNDM, ale niespodziewanie została wycofana przez właściciela, za to pojawiła się na Allegro, ale ze zdjęciami nasuwającymi pewne wątpliwości, co do aktualnego stanu monety.
Fakty, przy odrobinie wysiłku można zweryfikować, opinii nie. Im się wierzy lub nie. Można się rzecz jasna sugerować opiniami sprzedającego, ale zawsze pamiętając, że pojawiły się w opisie w ściśle określonym celu – mają zachęcić do sięgnięcia po portfel.

Na Nowy Rok życzę Wam wszystkim wielu nowych monet w zbiorach, w tym oczywiście i tych najpiękniejszych, nienotowanych i niepublikowanych.
Jednocześnie życzę rozwagi i rozsądku przy czytaniu opisów monet, które kupować będziecie.

Mam też życzenia dla sprzedających – oferujcie nam jak najwięcej monet, w tym i tych najpiękniejszych, nienotowanych i niepublikowanych.
Jednocześnie życzę rozwagi i rozsądku przy tworzeniu opisów monet, które będziecie sprzedawać, bo brak rzetelności spowoduje, że część potencjalnych klientów pójdzie do konkurencji.


P.S.

48 lat temu, 28 grudnia 1969 urodził się Linus Benedict Torvalds – fiński programista, twórca systemu operacyjnego Linux.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Linus_Torvalds

niedziela, 11 grudnia 2016

Jak nie należy pisać katalogów monet.


Pierwsze polskie katalogi numizmatyczne z początku XIX wieku, miedziakom koronnym Augusta III poświęcają niewiele miejsca.
W "Numismatyce krajowej" Kazimierza Władysława Stężyńskiego Bandtkie znajdujemy tylko szeląga z 1752 r. bez znaku menniczego i szeląga 1754 z literą H oraz dwa grosze - 1752 i 1755 z literą H. W porównaniu z ilością informacji, które Bandtkie podał o miedziakach Stanisława Augusta wypada to bardzo blado. Przyczyn takiego stanu rzeczy może być wiele.
Nie wydaje się, by w grę wchodziło lekceważenie niskich nominałów przez kolekcjonerów i badaczy. Miedź Poniatowskiego opisano przecież dość dokładnie. Większe znaczenie mogą mieć dwa inne czynniki.
Pierwszy wynika z charakteru emisji - August III bił monety prawem kaduka. Zaprzysiągł Pacta Conventa, które zabraniały bicia monety bez zgody sejumu i senatu, więc cały proces starano się trzymać w tajemnicy. Jakby nowy pieniądz pojawiał się z nikąd. A przecież tych miedziaków miało być mnóstwo. Ksiądz Kitowicz pisał o wozach wyładowanych miedzianymi szelągami i groszami - zapłatą za bydło i zboże sprzedawane na jarmarkach. 
Drugim czynnikiem zniechęcającym do zajmowania się mennictwem Augusta III mogła być chęć zepchnięcia w niepamięć okresu, który wspominano źle mimo, że pozostał w przysłowiu, jako czas ucztowania i popuszczania pasa.

Szeląg 1753-F AVGVSTVS, mennica w Gubinie,
nienotowany w literaturze.
Kolejne dziewiętnastowieczne publikacje numizmatyczne zawierają coraz więcej wiadomości o szelągach i groszach Augusta. Ignacy Zagórski w "Monetach dawnej Polski..." opisał 9 szelągów stwierdzając, że bito je w Dreźnie w latach od 1749 do 1755. We własnym zbiorze miał roczniki 1749, 1751 S, 1753 H. Sześć pozostałych: 1752 V, 1753 A, 1753 B, 1753 C, 1753 D, 1753 z odwróconym F, znał z innych kolekcji. Grosze opisał tylko dwa: 1753 (3) i 1754 H (ze swojego zbioru), dodając, że istnieją grosze z roczników 1752 do 1755 oraz 1758.

W "Skorowidzu monet polskich..." Karola Beyera napisanym w 1862 r, ale wydanym dopiero w roku 1880 opisano 38 szelągów i 7 groszy informując, że to "Pieniądze pod stęplem Polskim w Saxonii bite".

Niewiele wnosi "Podręcznik numizmatyczny..." Józefa Tyszkiewicza. Poza informacją, że szelągi z lat 1752-1754 maja "liczne odmiany" ciekawa jest tylko ocena rzadkości. Tyszkiewicz najwyżej wycenił grosze 1752 i szelągi 1750 (po 2 marki), szelągi 1749 i grosze 1758 po 1 marce, szelągi 1751 po 0,50 marki. Pozostałe monety po 0,10 marki.

Pierwsze szczegółowe opisy, łącznie z wariantami interpunkcyjnymi opublikował Emeryk Hutten-Czapski w "Catalogue de la Collection des Médailles et Monnaies Polonaises". Skatalogował 41 szelągów (mam na myśli tylko monety obiegowe) i 13 groszy. Po raz pierwszy zwrócono uwagę na dwie formy zapisu imienia króla  (AUGUSTUS / AVGVSTVS) oraz warianty interpunkcyjne i rysunkowe. W opisach groszy (włącznie z rocznikiem 1758) i kolejnych roczników szelągów brak informacji o miejscu bicia. Jedynie opisowi szeląga z roku 1749 towarzyszy komentarz, w którym czytamy, że monety te wybito w Dreźnie, a w obiegu w Warszawie pojawiły się w roku 1750, spotykając się z życzliwym przyjęciem. Dodatkowe wyjaśnienie pojawia się też przy szelągu 1751 S - Czapski zaznaczył, że na rewersach szelągów z lat następnych występują różne litery, które prawdopodobnie nie były znakami mincerzy, lecz identyfikowały kolejne partie produkowanych monet.
Szeląg 1753-B AUGUSTUS, mennica w Gubinie,
nienotowany w literaturze.
Podręcznik Numizmatyczny M. Gumowskiego z ducha i formy też jest publikacją dziewiętnastowieczną. Wśród wymienionych w nim 51 szelągów po raz pierwszy pojawiają się 1751 B, 1751 D i 1752 H (bez wzmianki o tym, w czyim były zbiorze). Przy szelągach 1752 L i 1753 L występujących w katalogu Beyera, Gumowski postawił znaki zapytania. Powtórzył też informację o biciu szelągów rocznika 1749 w Dreźnie uzupełnioną wiadomością o utworzeniu specjalnych mennic w Gruntalu i Gubinie, nie dodając żadnych szczegółów na temat czasu ich działania i zakresu produkcji. Podręcznik wymienia tylko 10 rodzajów groszy, bo w opisach monet w Podręczniku brak informacji o wariantach legend (AVGVSTVS / AUGUSTUS).

Do tematu saskiej emisji miedzianych monet dla Polski powrócił Gumowski w pracy "Gubin i jego mennice". Umieścił w niej szczegółowy wykaz monet, które jego zdaniem należy tej mennicy przypisać, niekonsekwentnie niestety. Pomimo stwierdzenia, że litery pod herbami na rewersie są charakterystyczną cechą szelągów z mennicy gubińskiej, w wykazie znalazły się też szelągi bez znaku. Druga wiążąca się z tym samym założeniem niekonsekwencja, to pominięcie w wykazie szelągów z rocznika 1751 z literą S. Wykaz obejmuje 51 szelągów i 27 groszy (pomijam odbitkę w srebrze szeląga z 1753 r. i szeląga jednostronnego - awers - ze zbioru Potockiego). Wzrost ilości opisanych monet spowodowany jest uwzględnieniem odmian napisowych i interpunkcyjnych. Niestety, pomimo częstego powoływania się na katalog Czapskiego, w wielu przypadkach Gumowski prezentuje legendy inaczej, niż Czapski (głównie dotyczy to znaków interpunkcyjnych).
Grosz 1755 bez litery  AVGVSTVS, mennica w Gubinie,
nienotowany w katalogach,
znany z inwentarzy prywatnych kolekcji

Od tego momentu (rok 1952) polskie badania nad mennictwem miedzianym Augusta III jakby stanęły w miejscu. Opublikowano wprawdzie kilka katalogów i opracowań ogólnych, ale nie znajdziemy w nich żadnych nowych wiarygodnych informacji. Wręcz przeciwnie, pojawia się niemało wiadomości nieprawdziwych i dezinformujących.

W roku 1969 w ramach Biblioteczki Zbieracza Dzieł Sztuki wydano „Katalog monet polskich 1669-1763” Tadeusza Jabłońskiego i Władysława Terleckiego. Autorzy opisali w sumie 45 szelągów oraz 10 groszy. Wśród nich szelągi i grosze z literami E C, szelągi 1752 bez liter z imieniem AUGUSTUS oraz szeląga 1752 z literą U pod herbami. Nie wymienia ich nikt poza Jabłońskim i Terleckim, mimo że autorzy uznali je za pospolite. Nigdy tych monet nie widziałem, ani na żywo, ani na zdjęciach - uważam, że po prostu nigdy nie istniały.

Niewiele wnosi świetna lektura „Tysiąc lat monety polskiej” Tadeusza Kałkowskiego. Autor powtarza dane dotyczące wielkości zatrudnienia miedzianych mennic saskich i ilości miedzi przebijanej w nich na monety, które wcześniej opublikowali Kirmis i Gumowski. Kałkowski, jako pierwszy pokusił się o oszacowanie ilości monet wybitych w Dreźnie, Gruntalu i Gubinie. Wyliczył, że łącznie wybito: 50 milionów groszy (niemal poprawnie) i dwukrotnie więcej szelągów (wartość mocno niedoszacowana).
Szeląg 1753-D AUGUSTUS, mennica w Gubinie,
nienotowany w literaturze.
W roku 1980 ukazał się "Katalog monet polskich 1697-1763" Czesława Kamińskiego i Jerzego Żukowskiego. Opisano w nim 63 odmiany obiegowych szelągów i 14 odmian groszy. Jako miejsca bicia monet autorzy podali: Drezno (1749), Gruntal (1750-1751), Gubin (1751-1755) i Lipsk (1752-1762), nie precyzując nominałów ani odmian bitych w wymienionych mennicach. Katalog ten nie jest dobrym źródłem informacji o miedziakach koronnych Augusta III. Po pierwsze w oczy rzuca się niespójność opisów monet z rysunkami. O ile zgadza się użycie liter V / U w imieniu króla oraz litery pod herbami, to już interpunkcja legend na rysunkach często nie odpowiada interpunkcji pokazanej w opisach. Na domiar złego rysunki monet nie oddają rzeczywistego ich wyglądu (popiersie, kształt tarcz herbowych). Po drugie, w katalogu umieszczono kilka monet, których istnienie jest co najmniej dyskusyjne (szelągi 1750-B, 1750-H, grosz 1755-F).

Szczególnie wiele zastrzeżeń mam do książki "Pieniądz na ziemiach polskich X - XX w." Józefa A. Szwagrzyka. W chaotycznej części opisowej znajdujemy nieścisłości typu "Grunthal na Łużycach" albo "Z funta miedzi bito 360 szelągów, 240 półgroszy..." - (czy ktoś widział półgrosze Augusta III?), które są chyba skutkiem zaniedbań redakcyjnych.
W części katalogowej wymienia Szwagrzyk szelągi z lat 1749 i 1750 (z literą H i bez znaków) opisując je, jako próbne. Pod numerem 3214 umieszcza szeląga 1751 "B i inne litery, waga 1,0008-0,93 g", a pod numerem następnym ponownie szeląga 1751 "B, D, S, V i inne litery albo bez nich". Numer 3216 to szelągi 1752 "litery serii (emisji) A, B, C, D, E, F, G, H, I, K, L, M, N, O, P, R, S, T, V; waga 1,2713 g". Inni autorzy nie notują szelągów z literą M. I dalej: nr 3217 to szelągi 1752-1755 bez znaków, a nr 3218 to szelągi 1753 "litery serii (emisji) - wszystkie (podkreślenie moje) litery alfabetu prawidłowe lub zniekształcone". Podawanie ciężaru monet z rozdzielczością 0,0001 grama to doprawdy przesada. Na tym chyba można to omówienie zakończyć - zbyt wiele w tej pracy informacji po prostu błędnych.

I ostatnia pozycja - Janusz Parchimowicz "Monety polskie" - wydanie III z roku 2006. Skatalogowano 7 szelągów bez liter, 48 szelągów z literami, 5 groszy z cyfrą 3 i 2 grosze z literą H (brak wątpliwego grosza 1755 F). Podobnie, jak w katalogu Kamińskiego/Żukowskiego szelągi 1750 B i H zostały uznane za pospolite.

Co z tego wynika?
  • Autorzy publikacji często korzystają z pracy poprzedników nie zadając sobie trudu konfrontacji teorii z rzeczywistością.
  • Autorzy katalogów, jeśli zależy im na wiarygodności, powinni przeprowadzać jak najdokładniejszą kwerendę zbiorów publicznych i prywatnych, najlepiej osobistą, bo w rejestrach muzealnych najlepszych kolekcji też są błędy, które pojawiają się tym częściej im gorzej zachowanych monet dotyczą zapisy.
  • Niezbadana jest ludzka psychika. Co na przykład każe człowiekowi głosić wszem i wobec istnienie bytów nieistniejących (tyczy nie tylko numizmatyki!)?  Można przeoczyć istnienie czegoś, zapomnieć o czymś, ale wymyślanie monet powinno pozostać domeną fałszerzy i mitomanów.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Rzucam pomysł, a Wy go łapcie.

I to nie jeden pomysł.

Na początek rozwiązanie konkursu. Najpełniejszą odpowiedź przysłał Pan Jerzy Przywara:
W związku z ograniczona ilością miejsca na monecie, rytownicy zmuszeni byli do stosowania różnych skrótów wyrazów. Jednym z nich jest znak 9, który zastępuje pisownie us, w tym przypadku SOLID9-Solidus.
Najbardziej znane przykłady zastosowania tego skrótu to: SIGISMVND9-Sigismvndus , PRIM9-Primus - grosze koronne Zygmunta Starego z 1526 i 1527 roku. DVCAT9-Dvcatus - na większości półgroszy litewskich.
Pozostaje nam tylko ustalić sposób przekazania nagrody.



A teraz obiecane pomysły.

Pomysł 1. Polecam rozważenie zakupu literatury.
Pojawiło się kilka ciekawych książek na interesujące nas tematy.
Kazimierz Drożdż - "Podskarbiówki i liczmany Rzeczypospolitej Obojga Narodów i z Rzeczpospolitą związane."
Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński - "Katalog Monet Stefana Batorego 1576-1586"
Tomasz Witkiewicz i Wojciecha Gibczyński - „Podwójne szelągi w mennictwie pomorskim (1594 – 1670)”
Przy okazji - duże katalogi wydawane przez J. Parchimowicza obejmują teraz okres od 1545 r do 2012 z wyłączeniem panowania Zygmunta III Wazy.
Niestety ceny wydawnictw J. Parchimowicza są dość wysokie. Na katalog monet króla Stefana trzeba na przykład przeznaczyć 450 złotych.

Alternatywa? Albo gromadzenie informacji na własną rękę albo korzystanie z archiwów firm aukcyjnych, wyszukiwarek lub licznych serwisów internetowych w rodzaju Coinarchives lub Nummus.org.

Budowanie własnej bazy informacyjnej na wybrany temat, to właśnie pomysł numer 2. Po osiągnięciu "masy krytycznej" można pokusić się o opublikowanie, tym samym trwale zapisać się w historii numizmatyki. 

Następny, trzeci (3) pomysł, troszkę związany z poprzednim podsunął mi tekst Henryka Goldsteina zatytułowany "I czegoż jeszcze naszej numizmatyce potrzeba?". Znaleźć go można w pierwszym numerze Zapisków Numizmatycznych, kwartalniku wydawanym przez Mieczysława  Kurnatowskiego od 1884 r.
Goldstein podkreślił w swoim artykule potrzebę, a właściwie konieczność
zebrania w jednym miejscu rozproszonych informacji publikowanych w różnych czasopismach, książkach itp. Miał nadzieję, że rolę takiego agregatora pełnić będzie kwartalnik Kurnatowskiego. Jak wiadomo, nadzieje takie pozostają płonne do dziś. Niewiele zmieniły w tym względzie Wiadomości Archeologiczno-Numizmatyczne i masa innych periodyków. Znacznie wartościowsze okazały się bibliografie opracowane przez Antoniego Ryszarda i Mariana Gumowskiego. Brak im jednak tego, co umożliwione zostało dopiero z upowszechnieniem się komputeryzacji - nie mają indeksów słów kluczowych, etykiet albo tagów, jak się dziś mówi. Bardzo często pamiętamy mgliście, że na ważny w danym momencie temat już coś gdzieś czytaliśmy, ale nie mamy możliwości wyszukania tej informacji. Albo sobie przypomnimy, albo nie.
Na dodatek sytuację komplikuje fakt, że coraz więcej ważnych publikacji pojawia się wyłącznie w formie cyfrowej.
Przydał by się serwis internetowy - bibliografia polskiej numizmatyki, w pełni wykorzystujący wszelkie dobrodziejstwa i możliwości informatyki.

Goldstein miał pomysłów więcej. Sugerował na przykład (bezsprzecznie słusznie!), że numizmatykę należy propagować. Jako jeden ze sposobów na to widział emitowanie pamiątkowych żetonów (medalików) przez uzdrowiska, organizacje itp. Widzimy dziś, że do niczego dobrego to nie prowadzi. "Dukaty lokalne", lustrzanki i inna metaloplastyka może i skłoniły ku numizmatyce pewną ilość osób. Myślę jednak, że znacznie większe grono zniechęciły fałszywie obiecując połączenie w jedno kolekcjonerstwa z działalnością inwestycyjną.
Lepiej przysłużą się numizmatyce (lub tylko kolekcjonerstwu numizmatów) raczkujące nieśmiało działania edukacyjne niektórych muzeów. Szkoda, że PTN nie wykazuje w tym zakresie jakiejś znaczącej inicjatywy. O!? Niespodziewanie pojawił mi się pomysł 4.

Jeszcze jeden pomysł Goldsteina uważam za częściowo realny (pomysł 5?). Marzyło mu się stworzenie "Stowarzyszenia numizmatyków polskich", które dzięki dużemu kapitałowi obrotowemu (nie wiadomo skąd pochodzącemu) miało by zapewnić nabywanie ważnych polskich numizmatów na światowym rynku i kierowanie ich do krajowych kolekcji. Chyba miało to być coś w rodzaju konsorcjum największych (i najzamożniejszych) kolekcjonerów działające na rzecz swoich członków. Na dużych aukcjach europejskich zdarza się, że nasi koledzy łączą siły, tworząc "spółdzielnie" w celu zapobieżenia wzajemnemu konkurowaniu w walce o monety, jednak takiego stowarzyszenia  działającego formalnie, stale, jakoś sobie nie wyobrażam.
Kiedy powstawały Zapiski Numizmatyczne, Polska, jako państwo nie istniała. Dziś działają instytucje państwowe zajmujące się zabytkami. Mamy państwowe muzea. Jest w końcu odpowiednie ministerstwo. Coraz częściej obserwujemy, że wszystkim tym organizacjom zdarza się działać na rzecz zakupienia cennych numizmatów do polskich zbiorów publicznych.

Na koniec pomysł 6 - podpatrzony w internecie. 
Wielokrotnie krytykowałem autorów zdjęć monet - zdjęć nieostrych, zdjęć, na których moneta zajmuje kilka procent całości powierzchni. Często autorzy ci tłumaczyli się brakiem odpowiedniego sprzętu - aparatu fotograficznego z funkcją makro. Okazuje się, że i aparatem wbudowanym w telefon można zrobić niezłe zdjęcia monet.
https://www.youtube.com/watch?v=KpMTkr_aiYU
albo prościej: http://imgur.com/a/ixfah


poniedziałek, 21 lutego 2011

Raz na wozie, raz pod wozem...

Pewnie kiedyś już o tym pisałem.
Licytuję na Allegro i eBay korzystając z tzw. snajpera aukcyjnego "strzelając" kilka sekund przed zakończeniem aukcji.

Robię to z dwóch powodów. Po pierwsze - praktycznie do samego końca aukcji nikt nie wie, że się nią interesuję. Czasem obraca się to przeciwko mnie, bo wystawiający zaniepokojony pozornym brakiem zainteresowania kończy aukcję przed czasem. Trudno.
Po drugie, oszczędzam czas i nerwy. Ustawiam snajpera na maksymalną kwotę, jaką przeznaczam na zakup i... zajmuję się czymś innym.
Często pomiędzy "wycelowaniem" snajpera, a zakończeniem aukcji upływa sporo czasu. Bywa, że są to dwa, trzy tygodnie. Czas mija. Do skrzynki trafia wiadomość "Gratulacje! Wygrałeś aukcję nr 1446313.... itd. "
Czytam i dziwię się. Czy to naprawdę ja zalicytowałem? Po co?

Ostatnio zdarzyło mi się to kilka dni temu. Chodzi o tę aukcję.
Przyjrzałem się zdjęciom. Coś tam jest pomiędzy herbami, tam gdzie na szelągach Augusta Trzeciego Sasa umieszczano tajemnicze literki, ale co to dokładnie jest, nie wiadomo. Na dodatek patyna dosyć nieciekawa - gruba, zielonkawo-brązowa warstwa, pod którą czasem kryje się tylko gładki krążek z nikłymi śladami rysunku. Ta niby-literka na zdjęciu wygląda na V, a taką monetę już mam i to w dwóch wariantach. No nic. Przelew poszedł. Po kilku dniach poczta dostarczyła kopertę.
Rozpakowałem, i już nie żałuję, że zalicytowałem.



To nie V tylko N

Czapski 2844, Gumowski 2048 (wymienia zbiory Czapskiego i Potockiego, a więc rzadkie, jak coś bardzo rzadkiego), Kopicki 2067 - rzadkość R5, Kamiński 721 - bez stopnia rzadkości (to zdecydowanie najgorszy katalog z serii KAW, monety rzadkie opisuje, jako pospolite i na odwrót), Parchimowicz nie wyróżnił żadnej kombinacji rocznik-literka wyceniając stan czwarty od 22 do 40 złotych.
Gumowski w pracy "Gubin i jego mennice" podaje, 3 warianty z literą N, w tym jeden błędnie, bo 7842 u Czapskiego w rzeczywistości ma N w lustrzanym odbiciu. Pozostają więc 2 warianty (Czapski 2844 - z kropką po POL na awersie i moneta z kolekcji Soleckiego, bez kropki po POL). Do którego zaliczyć mój egzemplarz jeszcze nie wiem, bo zgodnie z przypuszczeniami moneta jest pokryta grubą patyną. Boję się ją usuwać.

Od lat zwracam uwagę na szelągi Augusta III, zgromadziłem pokaźną ilość wariantów i co raz trudniej przychodzi mi wypełnianie pustych miejsc i to bynajmniej nie ze względu na ceny. Jak widać, można jeszcze tanio kupić coś ciekawego. Tyle, że nie wystarczy jaki taki wzrok, przydaje się jeszcze odrobina intuicji.

A że Fortuna kołem się toczy:
Nic to. Za tydzień znów coś upoluję.

Printfriendly