Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Matthews Band. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dave Matthews Band. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2019

Chwila oddechu.

Na monetach świat się nie kończy.
Nie raz i nie dwa razy pisałem tu, że podoba mi się muzyka DMB. Często towarzyszy mi podczas pracy przy komputerze, na przykład teraz, gdy piszę kolejny tekst na blog.
Na najnowszej ich płycie jest taka krótka piosenka.


Zespół lubię i cenię, bo tworzy muzykę idealnie trafiającą w mój gust. Płyty studyjne są świetne, ale to, co zespół Dave Matthews'a wyróżnia, to koncerty. Grupa koncertuje często, koncerty są długie, nierzadko ponad trzygodzinne, a piosenki, które na płytach trwają po kilka minut, na scenie przeradzają się w kilkunastominutowe (albo i dłuższe) szaleństwo.
Oto ta sama piosenka wykonana razem z zaproszonymi na scenę gośćmi z Preservation Hall Jazz Band.


W 2015 byłem na koncercie DMB w Gdańsku. Do Warszawy, 25 marca na Torwar niestety jechać nie mogę. Życie bywa okrutne. Mam jednak nadzieję, że i ten koncert zostanie nagrany i upubliczniony. Zespól Matthewsa, co łatwo sprawdzić na YouTube, nie walczy z udostępnianiem nagrań z koncertów. Może po części dzięki temu bilety na kolejne występy rozchodzą się błyskawicznie.

A o czym jest piosenka, którą dziś Wam reklamuję?
You're there
I'm here
Let's dance
My dear
What's your name
How do you do
What's the game
Hallelujah

I saw a girl
The way she moved
It changed the way
I see the world
And that girl is you
And this is for real
How do you do
I sing Hallelujah

You're there
I'm here
But let's dance
My dear
What's your name
How do you do
What's the game
Oh, Hallelujah

I saw a girl
And the way she moved
It changed the way
I see the world
That girl is you
And this is for real
How do you do
Oh, Hallelujah

You're there
And I'm here
Let's dance
My dear
What's your name
How do you do
And your game
Hallelujah

Ja słyszę to tak
Ty tam
Ja tu
Zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak się masz?
O co ta gra?
Alleluja!

Widziałem ją
Każdy jej ruch
Odtąd inaczej
Widzę świat
Ta dziewczyna to Ty!
I to się dzieje
Jak się masz?
śpiewam alleluja

Ty tam
Ja tu
Ale zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak się masz?
O co ta gra?
Och, Alleluja

Widziałem ją
I każdy jej ruch
Odtąd inaczej
Widzę świat
Ta dziewczyna to Ty
I to się dzieje
Jak się masz?
Och, Alleluja

Ty tam
Ja tu
Zatańczmy
Ma miła
Przedstaw się
Jak leci?
I jak się gra
alleluja!

A żeby nie było, że nic nie robię, tylko siedzę oglądając koncerty, dwa zrzuty z ekranu mojego komputera.
 

Pewnie zauważyliście, że moje plany z końca lutego troszkę się zmieniły, i numeracja odmian wygląda inaczej, niż ostatecznie (tak mi się wydawało) zaplanowałem. Myślę, że najważniejsza jest cecha, którą Anglosasi określają jednym słowem, userfriendly. Katalog powinien być przyjazny dla użytkownika. Katalogowane obiekty powinny być ułożone w logicznym porządku, spójnie opisane i ponumerowane w sposób pozwalający na łatwe zidentyfikowanie i odszukanie. Mam nadzieję, że to, co piszę, takie właśnie będzie.

wtorek, 3 listopada 2015

DMB

W lutym tego roku pisałem o niespodziankach. Bilet
kupiłem tak szybko, jak było to możliwe. Ośmiomiesięczne oczekiwanie ciągnęło się niemiłosiernie ale w końcu dobiegło do końca. Trasę Sosnowiec Gdańsk pokonaliśmy w siedem godzin, pomimo drobnego nieporozumienia z nawigacją (w Łodzi oczywiście). Obiad (palce lizać), kwadrans przebijania się przez korki i już można było zająć wybrane miejsca. Gdzieś tu:
Na koncertach zdjęć nie robię. Koncert, to koncert. Trzeba słuchać, rejestrować w pamięci muzykę, nastrój sali. Jeden strzał "aparatem" wbudowanym w zabawkę, którą mam już prawie cztery lata jednak zrobiłem.
Na zdjęciu niewiele widać szczegółów, ale na miejscu, na żywo było wspaniale. Koncert zaczął się z niewielkim opóźnieniem. Najpierw płyta zaintonowała tradycyjne (???) "Sto lat" budząc małe zaskoczenie zespołu, który zaraz potem ruszył "z kopyta" kawałkiem zatytułowanym "Don't drink the water". Jak u Hitchcocka - "Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć". I rosło, choć był to koncert, a nie film. Kolejno słuchaliśmy:
#41,
When the World Ends,
Death on the High Seas,
Too Much,
Big Eyed Fish (zagrany pierwszy raz na tej trasie koncertowej),
Belly Belly Nice,
Crash Into Me,
What Would You Say (z przezabawną kreskówką wyświetlaną na ekranie za zespołem),
You Might Die Trying,
Why I Am,
You & Me,
Satellite,
Jimi Thing (17:26 długa, długa wersja z "pojedynkiem" trąbki i saksofonu) .
Koncert zakończyły "mrówki" - Ants Marching (poprzedzone wstępem "Shake Your Body")


Po krótkiej przerwie (niewiele odpoczął Carter Beauford, który przez znaczną jej część siał po sali pałeczkami) przyszła pora na obowiązkowe bisy:
najpierw Granny, później jeden z moich ulubionych kawałków - Two Step, oczywiście z piękną solówką Cartera, przeciągnięty prawie do siedemnastu minut. I kolejne pałeczki poszybowały na płytę i do bocznych sektorów. A potem zapaliły się światła, znak że więcej bisów nie będzie. Trudno.

Koncert nie tak długi, jak oczekiwałem. Czystej muzyki była jedna godzina, pięćdziesiąt osiem minut i czternaście sekund - nie odmierzałem stoperem, podaję za http://dmbalmanac.com. Wcześniejsze koncerty na tegorocznej europejskiej trasie trwały po prawie dwie i pół godziny. Wydaje mi się, że znam wytłumaczenie - Dave nie mógł nie zauważyć tego, co przeszkadzało słuchaczom - tym na płycie mniej, tym w sektorach bardziej. Przeszkadzało echo, pogłos. Coś, co nie ma prawa pojawić się w dobrze nagłośnionej sali. Nie byłem wcześniej na żadnym koncercie w Ergo Arena więc nie wiem, czy zawinili dźwiękowcy, czy po prostu w tej hali tak być musi (skłaniam się ku tej właśnie opcji).
Zespół znalazł receptę - nie wykonywał utworów balladowych, w których główną rolę gra głos wokalisty. Panowie postawili na dynamikę, ściana dźwięku skutecznie tłumiła niepożądane efekty, ale skutek musiał być taki, jaki był. Po dwóch godzinach tak intensywnego grania zespół nawet tak zaprawiony w bojach jak DMB musiał się zmęczyć.

Koncert znakomity - nie zepsuły tego ani czas trwania koncertu ani wady nagłośnienia. Poszukajcie w sieci zdjęć. Na znakomitej większości, na twarzach słuchaczy widać szerokie uśmiechy. Podtrzymuję to, co nie raz już tu pisałem - Dave Matthews Band to teraz najlepsza koncertowa kapela świata. Jeśli tylko znów pojawi się gdzieś w okolicy, znów pojadę ich posłuchać.

A na razie, czekając na nową płytę i na następne koncerty mogę sobie przypominać Gdańsk słuchając zapisu z koncertu. Zajrzyjcie na profil https://www.facebook.com/dmbpl i sprawdźcie sami.

PS.
Po powrocie z Gdańska przyniosłem z poczty cztery monety od trzech dostawców. Nieczęsto zdarza się tak ciekawy zestaw. Pochwalę się za dwa, trzy dni.
 

środa, 18 lutego 2015

Niespodzianki.

Najpierw przyjemne.

Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.

Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych.  Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa"  jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.

Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
Pierwszy koncert w Polsce. Tanio nie jest, ale nie ma rady, trzeba będzie pojechać. 

Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
There is no upgrade path due to the many fundamental changes that come with Plasma 5.2 
Czyli jest problem. Albo, chcąc mieć zaktualizowany system, muszę go zainstalować od nowa i ręcznie dodać niezbędne mi programy (wielkim problemem by to nie było), albo chcąc mieć święty spokój, muszę pozostać przy obecnie zainstalowanej wersji. Ma być wspierana do 2019 r. więc to też nie było by wielkim problemem.
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na  Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.

Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?


sobota, 12 października 2013

Jak "zmarnować" trzy godziny.

A dokładniej 2:57:51.
Spróbować pierwszego uruchomienia neostrady.

Żartowałem. To zajęło mi tylko pół godziny, choć łatwo nie było. Okazało się, że w Sosnowcu, w było nie było, dużym mieście w województwie śląskim są takie miejsca, w których neostrada jest jedynym sposobem uzyskania w miarę rozsądnego dostępu do internetu. Nie ma kablówki, nie ma osiedlowej sieci, w zasięgu wzroku brak anten sieci radiowej, a LTE też napotyka na jakieś przeszkody. Biała plama, HIC SUNT LEONES. Pozostaje kabelek od TP SA i NEO 1-10 Mb (bo na lepszy transfer nie pozwala odległość od najbliższej centrali).
Broszurka, którą znalazłem w pudełku z modemem/routerem krok po kroku opisuje co należy zrobić by uzyskac dostęp do sieci. Pięknie, ładnie, modem się synchronizuje, laptop łączy się z modemem przez WiFi. Wszystko zgodnie z planem, czyli "Komputer jest połączony z modemem Sagemcom F@st 2704, ale nie ma dostępu do internetu." Czytam, co dalej...
"Uruchom przeglądarkę internetową... wpisz adres strony www.rejestracja. neostrada.pl i zarejestruj neostradę."
Zaraz, zaraz! Jak zarejestrować, skoro nie ma dostępu do internetu?!

Gdyby nie możliwość dostępu do sieci przy pomocy przeglądarki w telefonie musiał bym wsiadać w samochód, jechać do domu, uruchamiać swój komputer, rejestrować neostradę, wsiadać w samochód, wracać na pole bitwy. Pół godziny mogło by nie wystarczyć. A co ma zrobić ktoś, dla którego komputery to wiedza tajemna?

Instrukcja dołączana do modemu przez Orange to mistrzostwo świata.

Pół godzinki zleciało, neostrada działa (ciekawe, na jak długo?). Wracam do domu, pustego niestety - przede mną samotny weekend. Plan jest taki. Dzisiaj nadrabiam zaległości w katalogowaniu zbioru - ostatnie nabytki czekają na zeskanowanie, pomierzenie, przeważenie i opisanie. Później trzeba napisać coś na bloga. Wieczorem jakiś film, a jutro w plener, na grzybki.

No to do roboty.
Jedna moneta, druga, trzecia...
Na zegarze dochodzi czternasta. Ostatnia moneta - numer 2995. Za kilka dni powinienem dobić do trzech tysięcy.
trzy krucierze Zygmunta III Wazy z 1615 r. mennica krakowska

Kopicki nr 887. Średnica 21 mm, waga 1,43 grama - w normie.
To ciekawa moneta, o nominale, który trudno wpasować w polski system pieniężny. Zadziwiające, że inny nominał, równie obcy naszemu systemowi wprowadzony do obiegu o rok wcześniej rozpowszechnił się niebywale i przetrwał az do roku 1627, a trzykrucierzówki bito tylko przez cztery lata i to w niewielkiej ilości. Chodzi oczywiście o półtoraki.
półtorak koronny Zygmunta III Wazy z 1618 r. mennica krakowska
Kopicki 850, Średnica 19,5 mm, waga 0,84 grama.

Porównajmy. Na obu monetach, na awersach mamy cyfrę 3 - raz oznacza ona trzy krucierze (nominał powtórzony w legendzie rewersu III CRV), raz - trzy półgrosze, bo ten drugi "obcy" nominał, to oczywiście półtorak. Na półtoraku mamy jeszcze liczbę 24 - oznaczającą teoretycznie, że ta moneta stanowi 1/24 część talara. 

Wzorem dla półtoraków były grosze emitowane w państwach niemieckich.
Trzykrucierzówka naśladowała habsburskie trzykrajcarówki. 

Dlaczego w Polsce pojawiły się monety wzorowane na nominałach ościennych państw? Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze. Nasze półtoraki i trzykrucierzówki bito ze srebra próby niższej, niż pierwowzory. Ich eksport (czytaj: wprowadzenie do obiegu w sąsiednich państwach) miał przynosić zysk. Czy przyniósł? Nie. Trzykrucierzówki zniknęły w roku 1619. Półtoraki, o coraz niższej zawartości srebra na długo stały się najpospolitszym pieniądzem używanym w codziennych transakcjach - w kraju.  

Kiedy kończyłem opisywać trzykrucierzówkę, czułem już wyraźnie, że najwyższy czas na obiad. Jestem z gatunku "czytaczy". Czytam przy każdej okazji, nie pomijając posiłków (a Mama mówiła - nie czytaj przy jedzeniu!). Ponieważ czytam teraz książkę, której nie da się położyć na stole - gruba i klejona, zamyka się kiedy się jej nie trzyma - postanowiłem umilić sobie ucztę muzyką. Uruchomiłem kupioną wiosną zabawkę i otworzyłem zakładkę ze znalezionymi wcześniej koncertami, których nie miałem czasu przesłuchać. Pozycja pierwsza: "June 29, 2013 Dave Matthews Band, Susquehanna Bank Center, Camden, NJ Night 2".
Zanim klikniecie w ten link, upewnijcie się, że macie wolne trzy godzinki. Trzeba sobie wygodnie usiąść, ustawić głośność nie oszczędzając sąsiadów i słuchać.
Band Dave'a Matthewsa to moim zdaniem najlepsza machina koncertowa na świecie. Jej koncerty zawsze zaskakują. A to chłopaki jakoś "nie mogą" skończyć kawałka i ciągną wspólną improwizację, a to wstęp do utworu zabierze im więcej czasu, niż sam utwór. Pierwszy raz zaskoczyli mnie w pięćdziesiątej drugiej minucie. Tego akordu nie można z niczym pomylić. Good times bad times w wykonaniu DMB brzmi znakomicie, solówki Reynoldsa nie wyłączając. Kapela, która jest w stanie po przeszło dwugodzinnym koncercie odpalić w końcówce bisów osiemnastominutowe szaleństwo Two step płynnie przechodząc w niemniej szalony, prawie pięciominutowy cover Higher Ground (taki ładny kawałek Wondera, który znacie z wykonań Red Hot Chili Peppers) to rzadkość. Te ostatnie dwadzieścia trzy minuty występu dają więcej satysfakcji, niż niejeden cały koncert wielu grup dobrze wypadających na żywo.
A przy okazji.
Czy grający na skrzypcach Boyd Tinsley nie przypomina troszkę Predatora?
Fryzurą, sylwetką?

Za oknem jesień. Topole straciły prawie wszystkie liście, na brzozach coraz więcej żółtego.
Jutro na grzyby!





sobota, 22 czerwca 2013

Wolność.

O wolności można w nieskończoność: przygotujcie się na dłuższe czytanie.

Samych definicji jest multum. Która jest najlepsza, prawdziwa? I znów problem! Prawda - co jest prawdą? Jak by długo nie dyskutować, skończy się na wniosku, który można streścić trawestując Józefa Piłsudskiego "prawda jest jak dupa, każdy ma swoją". Wolność też. Czy wolność północnokoreańskiego nauczyciela była by wolnością i dla Was?

Lato zaatakowało bezpardonowo, upał zniechęca nie tylko do myślenia, a ja tu z takim filozoficznym tematem wyjeżdżam? Wszystko przez to, że człowiekowi coraz trudniej opędzić się od natłoku informacji. Dość skutecznie izoluję się od pseudopolityki hołubionej przez naszą dziennikażerię (copyright Stanisław Stupkiewicz sr Studio Opinii), ale nie mogę przecież całkowicie odciąć się od świata.
Najpierw usłyszałem w radio o odkrytym w jakiejś stodole fabrycznie nowym fiacie 126P. Ktoś go z jakichś tylko sobie wiadomych powodów ukrył, ktoś znalazł, ktoś od znalazcy odkupił i chce z zyskiem odsprzedać. Medialny szum spowodował, że samochód wystawiony na Allegro zaczęli licytować...
No właśnie, kto licytował? Głosy ilu osób były uczciwymi propozycjami kupna?
Aukcja błyskawicznie przekształciła się w cyrk. Oferowano tysiące, dziesiątki i setki tysięcy, miliony, w końcu miliard. Jawne kpiny. Zobaczcie przy ilu nickach jest niebieska ikonka teczki oznacza, że sprzedający jest użytkownikiem konta Firma, czyli zarejestrowanym przedsiębiorcą.

Wolność, poza wszystkim, jest też wolnością do robienia z siebie idioty i chama ale - na szczęście - nie jest wolnością od ponoszenia konsekwencji.
Pan "prlauto" sprzedający starego-nowego "malucha" szacował w wywiadach jego wartość na kilkadziesiąt tysięcy złotych. Rozsądek podpowiada, by wpisać wszystkich licytujących powyżej stu tysięcy na czarną listę, zwłaszcza "przedsiębiorców". Niestety Allegro litościwie utajnia ich nicki. W regulaminie zapisano: "Dzięki temu nie są oni narażeni na otrzymywanie niechcianej korespondencji czy podszycie się przez kogoś pod sprzedawcę, żeby wyłudzić zapłatę za przedmiot.".
"Dzięki" temu nie są oni narażeni również na otrzymywanie ostrzeżeń, że moneta, na którą chcą wydać duże pieniądze jest ordynarnym falsyfikatem.

Dobrze, nie wszyscy wiedzą, kto zaszalał w licytacji fiacika. Teoretycznie wie to administracja Allegro, ale tylko dzięki temu, że była to aukcja.
Od tej chwili nie ma żadnych przeszkód by z premedytacją i bez konsekwencji zniszczyć dowolnie upatrzonego sprzedawcę wystawiającego swoje towary w opcji "kup teraz".
Od tej chwili, do czasu zniesienia tego wspaniałego "ułatwienia" nie wystawię na Allegro nic po cenie ustalonej - wyłącznie licytacje.

Nie wiem kto odpowiada za wybrany przez Allegro model biznesowy, ale gdybym był teraz "łowcą głów" albo przedsiębiorcą rekrutującym pracowników na stanowiska kierownicze, na wszelki wypadek wszystkie CV z informacjami o pracy na wysokich stanowiskach w Grupie Allegro przepuszczał bym przez niszczarkę.
Doprowadzenie jako-tako działającego serwisu aukcyjnego do stanu, w którym każdemu daje się wolność do bezkarnego działania na szkodę innych użytkowników serwisu, do stanu w którym trzeba RĘCZNIE odświeżać strony aukcji, RĘCZNIE wysyłać subskrybowane powiadomienia to arcymistrzostwo w lekceważeniu klientów.
No chyba, że to sukcesy jakiejś piątej kolumny. Ale żeby tego w porę nie zauważyć? Jednak niszczarka.

"Licytacja" malucha sprowokowała Allegro do błyskawicznego ruchu.
Pozostaje format "kup teraz", który udostępniono użytkownikom bez rejestracji. Jak się nie kręć, dupa z tyłu.

Swoją wolność do ograniczania ilości informacji atakujących ze wszystkich stron realizuję między innymi przez staranny wybór subskrypcji wiadomości. Ostatnio trafiło do mnie kilka nowinek z tegorocznej trasy koncertowej Dave Matthews Band (cały czas mam nadzieję, że grupa znów pojawi się w Europie). A że upał, przygotowałem sobie coś zimnego do sączenia i odpaliłem film podlinkowany w jednej z wiadomości.
A potem drugi
Improwizacja, to wolność; wolność, to improwizacja. Wolność, ale nie bez ograniczeń, nie taka swojska "a tera, jak kto czuje" i nie mickiewiczowska
"...szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele i? - jakoś to będzie !"

Od zawsze miałem słabość do muzyki improwizowanej. W październiku pamiętnego roku 1981 rzuciło mnie na dwa tygodnie do Warszawy. Firmowe szkolenie. Kto pamięta, wie jak było. Nic to, dwa tygodnie bez jedzenia (no prawie) wytrzymać można. Korzyści z tego wielorakie - nienaganna sylwetka, nadmiar pieniędzy... 
Pierwszego, czy drugiego dnia, widząc co się święci na froncie gastronomicznym zacząłem poszukiwania innych obiektów godnych moich pieniędzy. Nie trwały długo. Najpierw zobaczyłem plakat, morze plakatów, potem udałem się pod wskazany adres, ustawiłem w kolejce i po niezbyt długim staniu z cieńszym portfelem, ale z radością w sercu już wiedziałem gdzie spędzę kilka następnych wieczorów.
W niedzielę, 25 października ostatnim punktem koncertu (i festiwalu) był występ Billy Cobhama. Takiej perkusji się nie zapomina. Przed nim grał młody francuski skrzypek Didier Lockwood. Jeszcze nie tak sławny, jak później, ale już znakomity. Czy to przypadek, że w marcu 2005 r. panowie zagrali razem (w towarzystwie gitarzysty Johna Abercrombie i basisty Matsa Vindinga)?

Wolność. Piękna rzecz.
Kto bogatemu zabroni - pisałem niedawno. To, co działo się na tej aukcji mogę tłumaczyć sobie tylko upojeniem albo przegrzaniem zwojów. Czy wolno, czy powinno się zabraniać ludziom robienia głupstw, szkodzenia sobie? Może lepiej pozwolić swobodnie działać naturze - niech przeżyją najlepiej dostosowani, jak z Darwina wywodził Spencer. Sam nie wiem. Póki co dziwię się tylko, a to przecież niemało, bo jak pisał Jonasz Kofta.
I nic we mnie i nic koło mnie 
Kiedy się dziwić przestanę 
Kiedy się dziwić przestanę 
Będzie po mnie

Wolność. 
Nad południowo-zachodnim brzegiem jeziora Charzykowskiego góruje wzgórze Wolność. Między wzgórzem, a jeziorem jest osada o takiejż nazwie. A nazwa skąd? Osadników uwolniono na pewien czas od podatków. Wolność od danin miała umożliwić rozwój osady. W całej Polsce można znaleźć miejsca, których nazwy taki mają źródłosłów. 
Na Wolność nad Charzykowskim wybieram się za kilka tygodni. Jak co roku.

Na deser jeszcze jeden perkusista. Zanim to włączycie, przygotujcie sobie coś dobrego, wywieście kartkę "NIE PRZESZKADZAĆ!", siądźcie wygodnie  i słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie...

P.S.
Dawniej marzyliśmy, żeby muzycy ze świata przyjeżdżali do nas, do Polski. Teraz wystarczy, że pojawią się w Europie - wystarczy wsiąść w samochód, samolot, pociąg. Nie trzeba korzyć się przed "władzą", która pozwoli, albo nie pozwoli, "przydzieli dewizy" albo nie przydzieli (po idiotycznym kursie, dodajmy). Na razie, gdybym zechciał wysłuchać na żywo któregoś z tegorocznych koncertów DMB w ojczyźnie wolności musiał bym jeszcze zdecydować się na nierzadko upokarzającą procedurę wizową. Jest nadzieja, że niedługo i to się zmieni. A wtedy? Wtedy naszą wolność, jak i dziś, będą ograniczać tylko brak chęci, brak pieniędzy, brak zdrowia. 

P.P.S
Wolność, to prawo wyboru. Dobrze przy tym pamiętać o konsekwencjach.


Printfriendly