Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pruskie fałszerstwa monetarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pruskie fałszerstwa monetarne. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2021

Nakłady monet obiegowych 2020

Wszystkiego Najlepszego w nowym roku ze szczególnym naciskiem na odporność i zdrowie. Fizyczne i psychiczne.  

Na stronie NBP pojawiła się informacja o wysokości nakładów monet obiegowych z rocznika 2019.

1 grosz    - 400 080 000

2 grosze   - 161 460 000

5 groszy   - 135 000 000

10 groszy  - 170 100 000

20 groszy  -  94 230 000

50 groszy  -  41 580 000

1 złoty    -  42 000 000

2 złote    -  33 525 000

5 złotych  - 6 436 000

Nakłady wysokie. Nadal, z powodów, które uważam za nieracjonalne, NBP zamawia, a mennica produkuje fantastyczne ilości jedno- i dwugroszówek. 

W grudniu sprzedano na Allegro dawno nie widzianego na rynku grosza Augusta III z roku 1752, starszy z wariantów, w moim katalogu nr G.52.3.Z.V.a. 

Allegro 10006180879, sprzedawał Niemczyk.
Licytowało dwanaście osób, Rozstrzygnięcie nastąpiło w ostatnich sekundach - monetę sprzedano za 427,92 zł. Tanio! Niedobicie na rewersie jest typowe dla tego wariantu. Awers mógłby być lepszy, ale zważywszy na rzadkość monety, nabywca zrobił dobry interes. Na prawdziwej aukcji nie poszło by tak łatwo. 

Dziesięć dni później, na aukcji  WDA sprzedano grosz Poniatowskiego 1766 wybity na groszu Augusta III. 
WDA, lot 447
Aukcyjny opis pozycji:

Stan zachowania: 3
Estymacje: 2 500 - 4 000 PLN

Emisja pruska grosza Poniatowskiego z 1766 roku, bita na groszu poprzedniego władcy - Augusta III. Doskonale widoczny napis "[AUG]US III" nad monogramem SAP. XVIII-wieczne przebitki monet znane są z chociażby z mennictwa Francji czy Rosji, jednak w mennictwie Polskim są niezwykle rzadkie. Przebity grosz oferowany jest po raz pierwszy na krajowym rynku aukcyjnym. Ekstremalna rzadkość do najlepszych kolekcji.  

Rzeczywiście, rocznik 1766 na groszu poprzednika widzę po raz pierwszy. W ostatnich trzech latach pokazały się na rynku grosze Poniatowskiego bite na groszach Augusta III, ale zawsze był to rocznik 1767. Oczywiście jest to emisja fałszerska, ale czy pruska, mam wątpliwości. Pruscy rytownicy stempli byli fachowcami. Może nie zawsze dbałymi o szczegóły, ale takiego "drobiazgu", jak korona nad monogramem króla nie przegapiali. Jednego poniosła fantazja i nadał jej kształt, powiedzmy, niestandardowy. Te falsyfikaty rozpoznaje się na pierwszy rzut oka. 


Na monecie sprzedanej przez WDA korony nie było. Gdyby była, nie widzielibyśmy liter VS III. Inne szczegóły rysunku też nie porażają urodą. Wniosek? Najprawdopodobniej nie było to fałszerstwo wybite w pruskiej mennicy, tylko wyrób jakiegoś małego warsztatu fałszerskiego, może jednego z tych, który wcześniej fałszował grosze Augusta III.

W tej sytuacji najpierw zaskoczyła mnie cena wywoławcza i estymacje wyniku, a później, przeszło trzykrotne przebicie wywołania. 


Nowy rok, numizmatycznie zapowiada się bardzo dobrze. Poprzedni przyzwyczaił nas już do obfitości aukcji internetowych najczęściej realizowanych sprawnie na ONE BID, ale nie tylko tam. Zauważyłem, że nasi kolekcjonerzy coraz odważniej biorą udział w zagranicznych aukcjach internetowych. Kolekcjonerzy podkreślam, a nie firmy numizmatyczne. Oby tylko udało się utrzymać możliwość przesyłania listów i paczek międzynarodowych. Od czasu do czasu mamy niestety zaburzenia w tej dziedzinie ze względu na obawy o możliwość przenoszenia wirusa COVID-19. Chyba powinno się kierować więcej środków na badania nad mechanizmami jego rozprzestrzeniania się, a nie tylko koncentrować się nad szczepionkami.
 

sobota, 28 kwietnia 2018

Przed majówką

Praca nad książką o miedzianych szelągach i groszach Augusta III wolno, ale systematycznie zmierza ku końcowi. Trochę zamieszania spowodowała decyzja o zmianie układu zawartości. Pierwotny plan zakładał, że po nakreśleniu tzw. rysu historycznego i przedstawieniu dotychczasowego piśmiennictwa tematu, nastąpią opisy poszczególnych mennic i osób z nimi związanych, a całość zwieńczy katalog.

Podczas opracowywania części dotyczącej mennic stwierdziłem, że ta część materiału musi zostać przeredagowana. Dla lepszej czytelności całości, konieczne jest jej podzielenie na trzy części - lata przed wybuchem wojny siedmioletniej, okres wojny i działalności mennic pod kontrolą i na rachunek królestwa Prus i w końcu okres odzyskiwania mennic spod pruskiego zarządu i czasy po podpisaniu traktatu pokojowego w Hubertusburgu. Bez tego podziału, opis działania mennic gmatwa się niepotrzebnie i bardzo niekorzystnie rzutuje na część ostatnią, czyli katalog.
Katalog będzie w układzie nominałowo-chronologicznym. W tym względzie moje poglądy pozostają niezmienne od lat. W roku 2003 napisałem na ten temat krótki felieton https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2003/2003-35. Nadal uważam, że katalogi powinny być pisane przede wszystkim dla kolekcjonerów, zarówno zaawansowanych, dla których np. określenie mennicy, w której wybito monetę nie stanowi problemu, jak i dla początkujących, którzy mogą nawet mieć kłopot z ustaleniem nominału monety. I dla jednych i dla drugich układ stosowany w katalogach Krausego będzie czytelny, podczas gdy katalogi Igera (trojaki) i Wolskiego (boratynki) stawiają znaczną część kolekcjonerów przed zadaniem trudnym, nierzadko zniechęcającym ich do precyzyjnego określenia monety.

Co jakiś czas trafiają do mnie prośby o wycenę miedziaków Augusta i pytania, czy takie wyceny znajdą się w katalogu. Otóż nie. Ani w katalogu wycen nie będzie, ani żadnych porad w tym zakresie nie udzielam. Arbitralne wyceny katalogowe tracą znaczenie szybciej, niż jogurty bez konserwantów tracą przydatność do spożycia. Nie miał bym nic przeciwko temu, by we wszystkich - poza aukcyjnymi i ofertowymi - katalogach przy każdej monecie stawiano zamiast liczby (wyceny) dwuliterowy skrót c.a. (cena amatorska). I tak, to kupujący decydują o kwocie transakcji.
Ważniejszy jest problem szacowania stopnia rzadkości. Najlepiej zilustrować to przykładem. Łatwo dość porównać rzadkość groszy z roczników 1752 i 1753. Te pierwsze są zdecydowanie rzadsze. To widać na pierwszy rzut oka, gdy przegląda się jakiekolwiek archiwum aukcyjne. Maleńki problem pojawia się, gdy chcemy wiedzieć, która z odmian grosza 1752 jest rzadsza. By to ustalić, trzeba policzyć ilość ich znanych notowań. Problem dlatego maleńki, że to rzadki rocznik  i wszystkich notowań nie jest zbyt wiele.
Kiedy przejdziemy do rocznika następnego, 1753 już tak łatwo nie jest. Mamy dwie podstawowe odmiany AUGUSTUS/AVGVSTVS, a w każdej z nich po kilka wariantów różniących się interpunkcją legend i rysunkiem rewersu (jeśli pozostać tylko przy cechach najistotniejszych, widocznych na pierwszy rzut oka). Na dodatek, ten rocznik groszy na rynku pojawia się często, co nie oznacza, że jednakowo częste są obie odmiany, że o wariantach nie wspomnę. Uczciwe, precyzyjne oszacowanie każdego z wariantów jest szalenie pracochłonne, choćby z tego powodu, że trudno odsiać powtórzenia wystąpień konkretnych egzemplarzy. To zadanie na zajęcia pełnoetatowe. Ba, bez nadgodzin też do wykonania niemożliwe. Coś więcej o tym mógłby pewnie powiedzieć Pan Lech Stępniewski, autor "Not in RIC". Nawiasem mówiąc, RIC, czyli Roman Imperial Coinage, to katalog bardzo odległy od mojego wyobrażenia katalogu idealnego. Dla nowicjusza zniechęcający, a nawet nieprzydatny i nierzadko prowadzący do błędnych identyfikacji monet. Osobom mającym z nim problemy polecam Online Coins of the Roman Empire (OCRE). Jeśli macie wolną chwilę, to warto tam zajrzeć, nawet gdy mennictwo antyczne nie jest Waszym priorytetem.

Podsumowując część tyczącą miedziaków Augusta III - praca wre. Pewnie można by tak w nieskończoność, bo materiału i nowych wątków wciąż przybywa, ale tak, jak kiedyś pisałem, że kiedy już zdecydujemy się na czyszczenie monety (nie polecam), to rzeczą niemniej istotną od doboru metody jest umiejętność podjęcia decyzji - koniec, lepiej już nie będzie. Tej decyzji jeszcze podjąć nie mogę, ale kiedy już przyjdzie na nią czas, dowiecie się o niej pierwsi, oczywiście pod warunkiem, że nie zrezygnujecie z zaglądania na mojego bloga.

Wpis bez zdjęcia monety? Niemal niemożliwe.
Brzydactwo. Egzemplarz nawet nie do końca czytelny, więc poza tym, co pewne, czyli że to pruski falsyfikat grosza Stanisława Augusta, więcej napisać nie mogę. A chciałbym móc precyzyjnie określić, który z wariantów pruskiego grosza 1766 znalazł się w katalogu mojego zbioru pod numerem 3210.
Przy okazji, krótki wtręt o stanach zachowania. Na forum TPZN natrafiłem na wątek zatytułowany Ocena stanu zachowania boratynki. W pierwszej chwili wątek nie wydał mi się interesujący, bo kwestia stanów zachowania nieszczególnie mnie podnieca, ale rozwój dyskusji zaowocował przedstawieniem dwóch systemów klasyfikacji stanów zachowania monet, które konfrontują dwa podejścia do tematu. Najpierw praktyka obserwowana wśród "poszukiwaczy skarbów".
1/ moneta błyszczy i wszystko na niej widać, to stan I
2/ nie błyszczy i sporo widać, to stan II
3/ niewiele widać ale da się zidentyfikować, to stan III
4/ nic nie widać stan IV 
Spostrzeżenie smutne, ale często prawdziwe.
System drugi mógłbym przyjąć jako własny bez jakichkolwiek korekt. To system z punktu widzenia kolekcjonera.
I – moneta zachwycająca
II – moneta piękna
III – nada się do kolekcji
IV – nada się ale ledwo, ledwo
V – no niestety
VI – trup
Będąc w nastroju optymistycznym, mógłbym w tej skali moją nową pruską fałszywkę ocenić na IV. W nastroju gorszym dałbym jej co najwyżej V.
Gdyby zestawić tę skalę (© dariusz.m) z siedmiostopniową, którą przedstawiłem tu siedem lat temu, wyglądało by to chyba tak:

skala "kolekcjonerska"
skala siedmiostopniowa
I =
moneta zachwycająca
I = menniczy
monety bez śladów zużycia, dotyczy monet, które nigdy nie były używane jako środek płatniczy (tzn. nie były w obiegu), w polu monety (na powierzchni pomiędzy literami i innymi wyobrażeniami) wyraźnie widoczny tzw. błysk menniczy.
II =
moneta piękna
II = znakomity
dopuszczalne nieznaczne uszkodzenia powstałe w mennicy lub transporcie, może dotyczyć monet przeznaczonych do obiegu, lecz wycofanych z niego przed pojawieniem się charakterystycznych wytarć lub zarysowań
III =
nada się do kolekcji
III = bardzo piękny
nieznaczne ślady zużycia pochodzące z obiegu monety, lekkie wytarcie wyższych partii rysunku, drobne ryski, małe skaleczenia brzegu monety

IV = piękny
widoczne ślady zużycia, ale bez wpływu na czytelność rysunku i napisów monety
IV =
nada się ale ledwo, ledwo
V = bardzo dobry
znaczne zużycie, pojedyncze fragmenty rysunku i legendy nie w pełni czytelne, ale moneta może być dokładnie i jednoznacznie określona (łącznie z datą, mennicą oraz wariantami napisowymi i rysunkowymi)
V =
no niestety
VI = dobry
część rysunku i legendy całkowicie nieczytelna, monetę można określić rok, mennicę ale nie wariant napisowy lub rysunkowy)
VI =
trup
VII = zły
brak możliwości jednoznacznego określenia monety

"Skalę poszukiwaczy" pozwólcie, że pominę.

Na dziś koniec ślęczenia przed monitorem. Idę sprawdzić, czy nie jest za ciepło na bieganie.

niedziela, 25 lutego 2018

I znów kupiłem falsyfikaty.

I znów z premedytacją.
Sprzedawcy nic w opisach aukcji nie wspominali, że to nie oryginały, ale załączone zdjęcia nie pozostawiały wątpliwości. Przynajmniej u mnie.

Pierwszy falsyfikat, to grosz Stanisława Augusta Poniatowskiego z roku 1768.
Dlaczego falsyfikat? Przecież wygląda całkiem dobrze (stan zachowania pomijając)? Nie będę się wymądrzał, odsyłam do kogoś, kto już to dokładnie uzasadnił i opisał http://monetysap.blogspot.com/p/monety.html - strona ładuje się długo, kiedy już się załaduje, fragment dotyczący pruskich fałszerstw monet miedzianych SAP znajdziecie mniej więcej w jej połowie.

Drugi, też miedziany, jest młodszy o kilkadziesiąt lat.
Niektóre bilonowe dziesięciogroszówki z datą 1840 wyglądają na miedziane, ale w rzeczywistości mają jednak pewną zawartość srebra. Teoretycznie 19,4%. Przebywanie w agresywnym środowisku, najpierw pozbawiło je powierzchniowej, cieniutkiej warstewki srebra wytworzonej w procesie tzw. bielenia, później doprowadziło do pokrycia monety patyną skutecznie maskującą srebro. W tym przypadku rzecz przedstawia się inaczej. W tej monecie zawartość srebra nie przekracza ułamka procenta.
W grę wchodzą dwie możliwości - albo monetę wybito w warszawskiej mennicy na omyłkowo podłożonym krążku jednogroszówki, albo mamy do czynienia z produktem jakiejś innej "mennicy". Dokładne oględziny monety wskazują niestety na tę drugą możliwość. Niestety, bo dziesięciogroszówka wybita w oficjalnej mennicy na niewłaściwym krążku jest bardzo rzadka i poszukiwana. W czterotomowym katalogu E. Kopickiego jej rzadkość określono na R5, moim zdaniem powinno być to R7, lub nawet R8.
Mój nabytek wytworzono najprawdopodobniej metodą odlewu - wskazują na to niedoskonałości rysunku przy jednoczesnym bardzo dobrym odwzorowaniu oryginału.

I na koniec, falsyfikat najstarszy. Też pruskiej proweniencji.
Kolejny egzemplarz grosza Augusta III z datą 1758 w moim zbiorze. Ciekawy, bo awers wygląda niemal identycznie, jak na tej monecie,
ale połączono go z całkowicie odmiennym stylowo stemplem rewersu.
Na dodatek, na monecie z datą 1758, dwie ostatnie cyfry daty wyglądają na wstawione w stempel, na którym wcześniej była jakaś inna data. Przeglądam teraz moje archiwum zdjęć groszy z lat 1754 i 1755, by znaleźć monetę wybitą takim stemplem rewersu. Może się uda.

piątek, 2 czerwca 2017

Moje nowe stare monety.

Regularnie, codziennie sprawdzam, czy na Allegro, eBay i w kilku innych miejscach nie pojawiła się jakaś moneta, która może wypełnić jedną z mnóstwa, mnóstwa luk w mojej kolekcji. Bywa, że tygodniami nie ma na czym oka zawiesić. Bywa, że z nieznanych powodów, monety które sobie upatrzyłem są sprzedawane za kwoty absurdalnie wysokie, w związku z czym muszę obejść się smakiem. A czasem, znów przyczyna pozostaje tajemnicą, w krótkim czasie udaje mi się kupić kilka ciekawych egzemplarzy.  Tak stało się w tym tygodniu.

Przyniosłem dziś z poczty cztery koperty, w każdej po jednej monecie. Skaner widział je tak.
 
Trzy miedziaki. Dwa szelągi Augusta III, ale to chyba Was nie dziwi, grosz Poniatowskiego (no, powiedzmy) i szeląg litewski Zygmunta III. Właściwie, to każda z tych monet zasługuje na osobny wpis.

Grosz SAP z 1768 r. Bardzo starannie wybity. 20 mm średnicy, 3,5 grama. Jak Wam się podoba korona nad królewskim monogramem? Jakaś taka nieporadna, prawda? To jeden z wielu pruskich falsyfikatów monet naszego ostatniego króla elekcyjnego. Tak ładnego egzemplarza jeszcze nie widziałem.

Szeląg koronny Augusta III z roku 1750. Wybity w Dreźnie. Z zachowanych archiwów wynika, że w tym roku wybito tam polskie szelągi na kwotę 1000 talarów. Licząc talara po 8 złotych w monecie miedzianej, daje to 720 szelągów na talara, czyli nakład nie przekroczył 750 000 monet. Wydaje się, że to nie taki mały nakład, ale to moneta bardzo rzadka. W wydanym w 1890 roku Podręczniku numizmatycznym... Józef Tyszkiewicz, spośród miedziaków Augusta III najwyżej wycenił grosze 1752 i szelągi 1750 (po 2 marki), szelągi 1749 i grosze 1758 po 1 marce, szelągi 1751 po 0,50 marki. Nakład szelągów z 1749 r. jest nieznany, groszy z 1752 r. wybito niewiele ponad 30 tysięcy. Te ostatnie w handlu pojawiają się rzeczywiście rzadko, ale najczęściej w całkiem przyzwoitych stanach. Nie można tego powiedzieć o szelągach z 1750. Te zazwyczaj są bardzo skorodowane, a jeśli już pokaże się sztuka w stanie zbliżonym do menniczego, to trzeba na jej zakup przeznaczyć pokaźną sumę.

Następny szeląg Augusta III - 1753 F. W polskiej literaturze nienotowany. Jest w katalogu Kahnta. Wszystkie znane mi egzemplarze są spod jednej pary stempli. Ten spatynowany na zielono jest trzecią sztuką w moim zbiorze. Ustawiłem bardzo niski limit, właściwie tylko po to, żeby sprawdzić jaka będzie cena (robię tak, zamiast korzystania z funkcji "obserwuj") i niespodziewanie wygrałem. 

I w końcu ostatnia moneta - szeląg litewski Zygmunta III Wazy z 1618 r. Na skanie tego nie widać, ale na całej praktycznie powierzchni tła zachowało się lustro mennicze. Jakość bicia (a właściwie tłoczenia) taka sobie, typowa dla wileńskich szelągów z tego okresu. Nie stan jednak zachęcił mnie do licytowania tej monety. Przypatrzmy się jej bliżej.

Awers typowy, ale na rewersie czegoś brakuje! Gdzieś zniknął herb podskarbiego.
Cóż to za moneta? Czy aby nie falsyfikat?
Nie, to moneta jak najbardziej legalna.
W Ilustrowanym Skorowidzu... E. Kopickiego ma numer 3446 i rzadkość R5. Ten sam stopień rzadkości Kopicki pozostawił w katalogu monet Zygmunta III wydanym w roku 2007 (numer 1152). W starszym, bo z roku 1990 katalogu Kamińskiego/Kurpiewskiego ma numer 1993 i stopień rzadkości R7 (zdecydowanie zawyżony). Autorzy dodali po opisie taką informację:
"Moneta bez herbu wielkiego podskarbiego litewskiego - bita w przerwie między śmiercią Wołłowicza, a nominacją następnego podskarbiego Naruszewicza."
Hieronim Jarosz Wołłowicz herbu Bogoria był podskarbim wielkim litewskim od 28 lutego 1605 do... I tu jest problem, co autor, to inna wersja. Zacznijmy od tego, że na pewno nie zmarł w 1618 r. W literaturze i ta data podawana jest różnie 1636, 1641, 1643. Według najnowszych badań (Lulewicz, Rachuba), prawdziwa jest ta ostatnia - 1643. Skoro nie zmarł Wołłowicz w 1618, to coś innego musiało spowodować zmianę na tym stanowisku. Z Kiełb w Herbach urzędników polskich i litewskich... twierdzi, że podskarbi po prostu zrezygnował ze stanowiska, a stało się to 17 marca 1618 roku. Rezygnację tę poprzedziła choroba, która spowodowała, że już w 1616 r. obowiązki podskarbiego pełnił za zgodą sejmu jego zastępca, Krzysztof Naruszewicz herbu Wadwicz. Podskarbim został 24 marca 1618 r. - tydzień po rezygnacji poprzednika (nominację uzyskał 4 kwietnia). Z. Kiełb twierdzi, że brak herbu podskarbiego na niewielkiej partii szelągów litewskich z 1618 r. spowodowała omyłka rytownika stempli. Neguje możliwość zaistnienia okresu przejściowego podczas wakatu na stanowisku podskarbiego wielkiego litewskiego, uzasadniając swoją tezę tym, że Naruszewicz przez dwa lata zastępował przecież Wołłowicza. Czyj więc herb miałby omyłkowo pominąć rytownik, Wołłowicza, czy Naruszewicza? W grę wchodzi wyłącznie Bogoria Wołłowicza, tym bardziej, że herb ten prawie zawsze w całości umieszczany był wewnątrz obwódki oddzielającej legendę od herbów Korony i Litwy (Wadwicz "wcinał się" zwykle w legendę) .
Ja byłbym raczej skłonny uznać, że rytownik pominął herb Wołłowicza umyślnie. Podskarbi zrezygnował - położenie jego herbu na stemplu było by złamaniem zasad. Nowego podskarbiego formalnie jeszcze nie było. Obowiązki pełnił zastępca, ale przecież nie miał nominacji. Jego herb na monecie również był by naruszeniem zasad.
Wakat nie trwał długo, szelągów bez herbu podskarbiego wytłoczono niewiele, stąd ich rzadkość.
Szelągi w Wilnie tłoczono na prasie walcowej. Na walcach były stemple kilku monet. Jeśli brak Bogorii był by wynikiem przeoczenia, to najpewniej tylko na  jednym ze stempli na walcu. Jeśli pominięto go celowo, to na wszystkich. Trzeba by przeanalizować większą ilość takich szelągów by ustalić ile stempli było na walcu i czy na wszystkich brakowało herbu, czy tylko na części.
Tylko skąd wziąć dobre zdjęcia dużej ilości tak rzadkiej monety?

niedziela, 2 kwietnia 2017

Zagadkowa niedziela

Szczecin, Królewiec, Gdańsk, Drezno - co łączy te miasta?
Łatwizna, powiecie, w każdym z nich była kiedyś mennica. To oczywiste. Co jeszcze? W każdej z tych mennic bito monety przeznaczone do obrotu w Polsce (albo, jak to się mówi "monety z Polską związane"). To równie oczywiste, a skoro takie oczywiste, to gdzie tkwi haczyk?
Znalazłem go trochę nieoczekiwanie, poszukując informacji o autorach stempli pruskich falsyfikatów polskich monet bitych w czasie wojny siedmioletniej. Wykaz rytowników stempli mennicy drezdeńskiej bez trudu można znaleźć w niemieckiej Wikipedii.
https://de.wikipedia.org/wiki/M%C3%BCnzst%C3%A4tte_Dresden#M.C3.BCnzgraveure_der_M.C3.BCnzst.C3.A4tte_Dresden_.28unvollst.C3.A4ndig.29
Te nazwiska znam od dawna. I z nimi łączy się wiele zagadek, bo nie mamy na przykład pewności, czy J. F. Stieler po powrocie z Gubina do Drezna pracował na rzecz pruskich dzierżawców mennicy. Próbując to ustalić, przeszukiwałem zasoby bibliotek cyfrowych. Żmudna praca, dodatkowo utrudniona tym, że większość potencjalnych źródeł informacji, to publikacje niemieckie, w tym dziewiętnastowieczne (i starsze) drukowane "szwabachą". Żmudna, ale owocna. Pod warunkiem, że ma się dobre pomysły na słowa kluczowe dla wyszukiwarek, a dokładniej mówiąc nie na słowa kluczowe, tylko ich powiązanie. Same hasła typu "mennica", "Drezno", "stempelschneider" dają nadmiar wyników. Te stają się interesujące tylko gdy słowa kluczowe pojawią się w odpowiednim, wspólnym kontekście.
I tak dotarłem do książki Tassilo Hoffmanna o przydługim tytule "Jacob Abraham und Abraham Abramson : 55 Jahre Berliner Medaillenkunst 1755 - 1810".
Oto, czego się z niej dowiedziałem.
Jacob Abraham urodził się w roku 1723 (lub 1722, jak podają niektóre źródła) w Strelitz w pochodzącej z Rosji rodzinie tzw. hofjuden - Żydów dworskich.
Określano tak żydowskich finansistów i kupców związanych z władcami niemieckich państw. Ze względu na swoją użyteczność dla władcy, hofjuden nie podlegali ani jurysdykcji państwowej ani sądownictwu rabinackiemu. Byli równie mocno uzależnieni od "swojego pana", jak on od nich.
Jacob Abraham jako trzynastolatek rozpoczął naukę zawodu w... Lesznie. Nie mamy pewności, czy piszący o rosyjskim pochodzeniu rodziny Abrahama nie powinni raczej pisać o pochodzeniu polskim - pisali w czasach gdy Polski nie było na mapie, a jej część, w której Żydów było najwięcej pozostawała pod władzą Rosji. 
Uczył się w Lesznie (Lissa) - u kogo??? - rzeźby w kamieniu i grawerstwa. Szybko dał się poznać, jako zdolny wykonawca gemm. Nietypowe było tylko to, że o ile rzeźbił wspaniale o tyle nie był dobrym projektantem. Spod jego ręki wychodziły świetne dzieła zaprojektowane przez kogoś innego - był wykonawcą, nie twórcą.

W roku 1750 znajdujemy Jacoba Abrahama w gronie pracowników królewskiej mennicy w Berlinie. Był to czas wprowadzania 14-talarowej stopy menniczej Graumanna, co wiązało się z koniecznością wykonania dużej ilości nowych stempli. Wiele z nich wykonał Abraham. Krótko potem oberfałszerz Fryderyk II nakazał uruchomienie mennicy w Szczecinie. Dyrektorem został przysłany z Berlina Eimbke, a królewskim medalierem i grawerem stempli Jacob Abraham. Mennica ruszyła w 1753 i produkowała przede wszystkim monetę pruską, ale też pozwolono na bicie w niej monet pod stemplem polskim. Te nakazano puszczać w obieg wyłącznie w Rzeczpospolitej i w Prusach Wschodnich. Rok później urodził się najstarszy syn Jacoba Abrahama, Abraham znany jako Abraham Abramson, który odziedziczył zdolności po ojcu i kontynuował jego pracę w mennicach pruskich.
W Szczecinie Jacob Abraham wykonywał stemple zdawkowych monet pruskich oznaczanych literą G oraz stemple wspomnianych monet polskich.
W marcu 1754 r. nakazano zamknięcie mennicy szczecińskiej (na skutek podejrzeń, że bito w niej monety pruskie w ilości przekraczającej ustalenia kontraktu, na dodatek ze srebra zaniżonej próby. W 1755 nakazano wycofanie tych monet z obiegu. Abraham wrócił do Berlina, skąd szybko przeniósł się do Królewca. Tamtejsza mennica również zasłynęła produkcją monet Prus Wschodnich ale przeznaczonych do obrotu z Polską - oczywiście o próbie niższej, niż nakazana.W styczniu 1758 r. Królewiec zajęli Rosjanie i rozpoczęli bicie własnej monety dla Prus. Abraham wyjechał do Gdańska - co tam robił, nie wiemy. W Gdańsku odnaleźli go przedstawiciele spółki Gumperts, Isaak & Itzig dzierżawiącej między innymi mennicę drezdeńską. Abraham zajmował się w niej stemplami 4- i 8-groszówek bernburskich (Fryderyk fałszował nie tylko polskie monety). Czy przykładał rękę i do stempli monet polskich, nie wiemy.
W 1759 Drezno zajęły wojska austriackie, Abraham wrócił do Berlina, najpierw do nowej mennicy, w której wykonał stemple do bicia polskich augustdorów, w których złota było na lekarstwo - zamiast próby 23-karatowej miały ledwie 16-karatową. Krótko po tym został zatrudniony w miejscu, w którym zaczynał karierę, w starej mennicy berlińskiej. Pozostał w niej do końca życia w roku 1800. Wykonywał stemple do bicia monet i medali. Między innymi stemple medalu na 500-lecie Królewca i medali upamiętniających bitwy wojny siedmioletniej - Rossbach, Sarbinowo, Legnica, Torgau, a także stemple akademickich medali nagrodowych.
Najbardziej znanym stemplem monetarnym Jacoba Abrahama jest stempel talarów pruskich
pruski bancotaler z 1765 r. mennica w Berlinie, źródło - Wikipedia

Jak przyznał to syn Jacoba, Abraham Abramson, rewers tego talara nie był oryginalnym projektem ojca. Jacob Abraham wykorzystał pracę znakomitego szwajcarskiego medaliera Johanna Karla von Hedlinger (1691—1771), autora medalu na pokój rosyjsko-turecki w 1739 r.
Nieprzypadkowe jest odwrotne ułożenie głównego motywu orła. Jak już wspomniałem, Abraham był świetnym wykonawcą, odtwórcą. Widocznie łatwiej było mu przenieść rysunek medalu Hedlingera bezpośrednio na stempel, niż rytować obraz w lustrzanym odbiciu.
Abraham Abramson pod tym względem przewyższał ojca. I on korzystał z rysunków innych twórców, na przykład Gdańszczanina, Daniela Mikołaja Chodowieckiego, ale większość z licznych medali, których stemple wykonał, zaprojektował sam.

Na koniec jeszcze jedna zagadka, kryminalna.
Jak myślicie, czy półmetrowej średnicy, trzycentymetrowej grubości, stukilogramowy krążek (???) złota nazywany monetą, który zniknął niedawno z wystawy w muzeum Bodego, nadal ma ten sam kształt? Nadal jest w menniczym stanie zachowania?
Stawiam złoto przeciw orzechom, że dawno skończył w tyglu, a rozważania w jaki sposób wyniesiono go przez okno z berlińskiego muzeum, są akademickimi spekulacjami. Wyrzucono toto przez okno na torowisko, zapakowano na wózek i wywieziono nie troszcząc się o zarysowania i skaleczenia, dbając tylko o to, by rabunek ukończyć jak najszybciej i by nikt niczego nie zauważył.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Fałszerz Wielki.

Nie pamiętam już kiedy odnotowałem w kalendarzu treść przeczytanego gdzieś w sieci ogłoszenia.
8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".
Na tydzień przed zapowiedzianą datą zacząłem się niepokoić - żadnej nowej informacji o wykładzie. Cierpliwie odczekałem do piątku, piątego czerwca - nadal nic. Zadzwoniłem do PTN - dyżurująca, dopiero po konsultacjach z szefem koła potwierdziła - wykład odbędzie się zgodnie z planem.
Czy zdziwię Was, jeśli napiszę, że uznałem ten wykład za wydarzenie typu "obecność obowiązkowa"?

Na miejscu byłem pół godziny przed planowanym rozpoczęciem, co okazało się godziną przed rozpoczęciem rzeczywistym. Źle się jeździ samochodem po stolicy.
Furda spóźnienie. Wykład wynagrodził długie wyczekiwanie, a mogło być jeszcze lepiej, po po prostu brakło czasu. Czasu potrzebnego na rozwinięcie tematu i na powykładową dyskusję.

Pan Pączkowski poruszył temat od lat nurtujący kolekcjonerów. Monetarne fałszerstwa Fryderyka II zostały nieźle opracowane i opisane przez historyków i ekonomistów, ale nie doczekały się jak dotąd nawet próby poważnej analizy ze strony numizmatyków. Prace Szelągowskiego, Gumowskiego, czy Schrottera nie dają nam narzędzi pozwalających na odróżnienie pruskich fałszerstw od oryginalnych monet Augusta III poza nielicznymi wyjątkami - na przykład miedzianymi groszami z datą 1758. Uznaje się za pewne, że to produkt mennicy (mennic?) pod pruskim zarządem. Niewiele więcej można jednak stwierdzić. Zdaniem Pączkowskiego na przykład, bito je nie w 1758, tylko w 1760. A może aż do tego roku z nie zmienioną od 1758 datą?
grosz 1758 - to na pewno nie jest oficjalna moneta bita z polecenia króla Augusta

O miedziakach A3S mowa na wykładzie oczywiście była, ale podstawą rozważań Dariusza Pączkowskiego jest srebro. Szóstaki, orty, dwuzłotówki. Bito je (oryginały) krótko, bo od roku 1753 (orty od 1752) do 1756. Wtedy zaczęła się wojna siedmioletnia, saskie mennice przejęli Prusacy i się zaczęło. Bezprzykładna operacja masowego bicia monety obcego państwa za jawnym przyzwoleniem władcy innego państwa. Początkowo z wykorzystaniem narzędzi (w tym stempli) zagrabionych w zdobytych mennicach. Później stemplami wykonywanymi specjalnie w tym celu.
Rzut oka w katalogi wystarczy by się przekonać, jak obfite było to fałszerskie dzieło. Rzadko spotyka się tak wielką ilość odmian i wariantów w tak krótkim okresie. Krótkim z pozoru, bo cały czas na monetach kładziono daty 1753-1756, niezależnie od roku, w którym rzeczywiście je bito. Grosze 1758 i dwuzłotówki 1761 i 1762 to wyjątki. Na domiar złego, są mocne przesłanki do twierdzenia, że polskie srebro Augusta III fałszowano też w mennicach pruskich - np. we Wrocławiu i Królewcu.
Pączkowski zaproponował, by klucza pozwalającego na oddzielenie falsyfikatów od oryginałów poszukać analizując rysunek monet, szczególną uwagę zwracając na portret króla. Dla miedzianych groszy zaproponował dodatkowy wyróżnik - za fałszywe proponuje uznawać te z dużymi literami w legendzie. 
według D. Pączkowskiego to też pruski wyrób, co oznaczało by, że następna moneta, to oryginał
Z moich obserwacji wynika, że większość spotykanych groszy rocznika 1755 to pruskie falsyfikaty.

A co sądzić o groszach tego typu,
na których król "z twarzy nie jest podobny do nikogo"?

Jak wiadomo, August III znany był z obżarstwa "...jedz, pij i popuszczaj pasa". Już jako młody człowiek nie grzeszył nadmierną szczupłością, a z biegiem lat jego sylwetka zaokrąglała się. Dodatkowo dorobił się niedoczynności tarczycy, która przeszła w fazę obrzęku śluzowatego (choroby Gulla). Zmarł jak wiadomo na apopleksję, czyli mówiąc prościej wylew krwi do mózgu.
W chwili pruskiego ataku na Saksonię król był już blisko sześćdziesiątki (urodził się w 1696 r). Na pewno już wtedy zasługiwał na przydomek "otyły". Dlaczego to ważne? Dlatego, ża Pan Pączkowski zaproponował, by za pruskie falsyfikaty uznawać monety, na których August III został przedstawiony, jako posiadacz wielu podbródków albo wręcz monstrualnego podgardla. To w opozycji do części monet, na których Augusta przedstawiono, jako mężczyznę może nie szczupłego, ale z pewnością nie, jako grubasa.

Teza ciekawa i na pewno warta dyskusji, choć osobiście mam w związku z nią wiele wątpliwości.
Nie sądzę na przykład, by fałszerzom szczególnie zależało na jak najwierniejszym przedstawianiu gwałtownie tyjącego monarchy. W końcu poddani nieczęsto mieli okazję do osobistych spotkań z królem. O ile w Warszawie August często pojawiał się publicznie i mógł być widziany przez wiele osób, to na prowincji znano jego twarz głównie z monet i rozsądnie myślący fałszerz powinien dążyć do tego, by jego produkty jak najbardziej przypominały monety oryginalne, a nie do oddawania na bieżąco zmian królewskiej fizys.

Innym wyróżnikiem nieoryginalności może być niska próba kruszcu, z którego wybito monety. Fryderyk Wielki (fałszerz wielki) zarabiał krocie na podrabianiu polskiej monety. Zaniżanie próby kruszcu tylko ten zarobek powiększało. Samo bicie monet ze stopu o próbie niewiele odbiegającej od przepisanej ordynacją też dawało "godziwy" zarobek. Dlatego nie zawsze można dziś uznawać wyniki badania składu stopu za jedyny rzetelny i niepodważalny miernik oryginalności monet. Rzecz komplikuje dodatkowo upływ czasu i podatność monet na wpływy czynników środowiskowych oraz sama technologia mennicza, której elementem było wzbogacanie powierzchniowej warstwy monet czystym srebrem (bielenie). Na domiar złego, porównywanie wyników otrzymanych z użyciem różnych przyrządów (spektrometrów) charakteryzujących się różnymi warunkami i parametrami pracy też może zniekształcać wyniki analiz.
Wszystko to sprawia, że tak trudno dziś odróżnić fryderycjańskie podróbki od oryginałów.

Pan Pączkowski zapowiedział kontynuowanie prac nad tematem. Będę je śledził z uwagą i nadzieją, bo siłą rzeczy tematyka zagadnienia mocno zazębia się z absorbującym mnie problemem miedziaków koronnych Augusta III.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Jak fałszować monety.

Metod jest mnóstwo. Wszystko zależy od tego, jaki cel przyszłemu fałszerzowi przyświeca.

Przypadek najprostszy. Na chlebek mam, na masełko też, ale na szyneczkę już nie starcza. A gdyby tak wyręczyć mennicę i w domowym zaciszu zrobić sobie trochę gotówki? Można tak - bierzemy pieniądz prawdziwy, robimy odlew z byle czego (warto zadbać tylko, żeby ciężar był taki, jak powinien) i stajemy przed problemem upodobnienia "byle czego" do srebra. Można posłużyć się cieniuśką srebrną blaszką i ogniem - powstaje
SUBERATUS
Jak widać, braki gotówki to problem odwieczny.

Kiedy pod ręką brak srebrnej blaszki, można sięgnąć do podręcznika chemii. Tak bawili się "Udziałowcy chrzanowskiej "mennicy"", o czym uprzejmie doniósł Ilustrowany Tygodnik Kryminalno-Sądowy znany też jako Tajny detektyw. Cytat:
,,Najważniejszym narzędziem była skrzynka drewniana bez dna wielkości pudełka z tutek (mniej-więcej dwóch pudełek papierosów), składająca się z dwóch części, złączonych zawiaskami. Do skrzynki tej wkładali fabrykanci masę gipsową, w którą przed stwardnięciem gipsu wgniatali oryginalne monety posmarowane masłem. Po stężeniu gipsu wyjmowali monety prawdziwe, skrzynkę zamykali i w ten sposób w powstałej formie sporządzali falsyfikaty. Stop był sporządzony wedle specjalnej receptury fachowego metalurga. Gotowy odlew wkładano do specjalnych roztworów chemicznych, które nadawały im naturalny połysk”
Jak widać przedwojenna prasa nie obawiała się ujawniania technicznych szczegółów, choć mogły być gotowym przepisem dla naśladowców Icka Rosenbluma, Mordki Schwarzbarda i Jana Karbownika. Chrzanowska mennica działała kilka lat i wyprodukowała około pięciu tysięcy pięciozłotówek. Starczyło pewnie nie tylko na szyneczkę, pomimo, że trzeba było opłacić dystrybutorów.

Fałszerze monet źle zazwyczaj kończyli. Kilkaset lat temu płacili życiem, a żeby ewentualnym naśladowcom wybić z głowy podobne pomysły, ostatnie chwile skazańców poprzedzano okrutnymi torturami, publicznymi dla lepszego efektu. A to coś komuś obcięto, a to posłużono się twórczo narzędziami pracy fałszerza i surowcami przez niego używanymi, ze szczególnym uwzględnieniem roztopionego metalu.
Kiedy rozpracowywano fałszerską aferę Mikołaja Komorowskiego, pana na Żywcu, najbardziej ucierpiał jego dworzanin, niejaki Krzysztof Rychalski. Ujęty podstępem na cieszyńskim jarmarku (prawdopodobnie w związku z rozprowadzaniem fałszywej monety) został uwięziony i przewieziony do Karniowa. Tam wykonano na nim wyrok w sposób okrutny i widowiskowy - Rychalskiego wożono po mieście na rozpalonym miedzianym koniu.

Nie miał takich problemów największy fałszerz polskiego pieniądza, król pruski Fryderyk II zwany Wielkim. W tym przypadku nie było mowy o "domowym zaciszu". Fałszerskimi warsztatami były mennice. Własne i obce, zagarnięte  podczas wojny.

A co z monetami, których teraz używamy? Czy i one są fałszowane? Są, bo w sprzyjających okolicznościach rachunek ekonomiczny daje wynik dodatni.
Fałszowanie monet obiegowych opłacało się zwłaszcza w czasach PRL kiedy fałszerze korzystali z surowca kradzionego w państwowych firmach, w których pracowali a niekiedy nawet posługiwali się sprzętem tych firm (odlewnie, prasy). Fałszowano aluminiowe pięciozłotówki z rybakiem, fałszowano miedzioniklowe dwudziestozłotówki z "blokami" i z M. Nowotko.
Fałszywe 20 zł. 1976.
Bicie w miedzi, pokryte powłoką z jasnego metalu.

Teraz nie jest inaczej, tyle że fałszerze pracują zwykle "na swoim".
Fałszywe 5 złotych 1994 bite stemplami.
Odlewane też się trafiają - część środkowa jest w nich po prostu malowana na "złoto"!

W roku 2011 r. fałszerze wprowadzili do obiegu około 9 tysięcy fałszywych banknotów i ponad 6 tysięcy monet. Dla roku 2012 Narodowy Bank Polski podał, podobne wartości, w sumie kilkanaście tysięcy monet i banknotów.

W całej masie monet w obiegu jedna fałszywa przypada przeciętnie na dwa miliony prawdziwych. W strefie euro jest gorzej, jedna fałszywka przypada na 100 tys. monet, ale tam pokusa jest większa - 2 euro ma większą siłę nabywczą od pięciozłotówki. Znacznie częściej fałszuje się banknoty, ale w większości są to prymitywne fałszerstwa przy użyciu dobrych kserokopiarek albo drukarek komputerowych.

Wierzcie, albo nie, ale większe szkody przynosi fałszowanie monet na szkodę kolekcjonerów. A plaga ta panoszy się coraz szerzej, bo też i zyski są nieporównanie większe, a ryzyko mniejsze. A kiedy z uporem maniaka fałszerz będzie twierdził, że on nie fałszuje tylko produkuje "repliki", to kary się wywinie (chyba, że zadrze z Urzędem Skarbowym).

Pewne jest jedno. Jakby się fałszerz nie starał, jego "dzieło" pozostanie fałszerstwem, nieważne na czyją szkodę i zawsze od oryginału różnić się będzie. Głęboko wierzę, że nie da się zrobić genialnego falsyfikatu nierozróżnialnego od oryginału.
Jestem też całkowicie pewien, że fałszowanie monet, nieważne na czyją szkodę, nie jest niczym innym, jak kradzieżą. Kradzieżą pieniędzy moich, Twoich...
Czy to dobrze być złodziejem? Czy chcesz być złodziejem?

Jak fałszować monety?
Nie fałszować!

P.S.
Trzy razy się zastanów, czy naprawdę chcesz kupić "replikę" Nike 1932 albo jakiegoś talara. Czy dodadzą blasku Twojej kolekcji? Podniosą jej wartość?
Wątpię, więc lepiej nie nabijaj kabzy złodziejowi.

sobota, 9 marca 2013

Efraimki

Dwa tygodnie temu, w komentarzu do wpisu "Koza żyje - eksperymentujemy dalej." padło pytanie: "..ostatnio natrafiłem na słowo "efraim" wie Pan może coś więcej o tej fałszywej monecie?". Obiecałem odpowiedź w postaci wpisu na blogu. Oto ona, z konieczności mocno rozbudowana.

Król pruski Fryderyk II zwany jest często Wielkim. Jak to jednak często bywa, uznaje się za wielkiego człowieka, który zasłużył się dla swojego państwa, zapominając o szkodach i nieszczęściach przysporzonych przez niego innym. Na nasze nieszczęście zdarzyło się tak, że w drugiej połowie XVIII w. na tronach ościennych państw zasiadali sami wielcy.

Fryderyk II przejął tron po ojcu, Fryderyku Wilhelmie I. Tron i kwitnące państwo z zasobnym skarbcem. Miał wówczas 28 lat. W tym samym czasie zmiana na tronie nastąpiła też w Austrii. Fryderyk postanowił wykorzystać okazję i przejąć Śląsk, rzekomo dla zabezpieczenia go dla Marii Teresy. W rzeczywistości zaanektował zajęte ziemie, a dla utrwalenia zdobyczy zmuszony był wdać się w wojnę z Austrią. Wojny śląskie trwające z przerwami do grudnia 1745 roku spustoszyły pruski skarbiec. Fryderyk uznał, że odbuduje go dzięki zyskom z działalności menniczej.

Gdy obejmował tron, w Prusach działały dwie mennice, w Berlinie i Królewcu. To ograniczało możliwości osiągania zysku z emisji pieniądza, więc systematycznie otwierano nowe mennice: Cleve, Aurich, Magdeburg, Esens, Szczecin, Wrocław. Nowa mennica powstała też w Berlinie. Rosnąca ilość mennic generowała zapotrzebowanie na surowiec, czyli srebro i złoto. Kruszce kupowano na giełdach Europy Zachodniej, ale też importowano je z Polski.

Prawdziwe zyski Fryderykowi II przyniósł jednak nie import polskiego srebra, tylko produkcja pieniądza przeznaczonego do obrotu na polskim rynku. Mennice koronne zamknięto w Rzeczpospolitej jeszcze za Jana III. Siłą rzeczy w Polsce krążyły głównie monety obce. Te z lepszego srebra wywożono jako surowiec dla pruskich mennic, z których wracały na polski rynek w postaci tymfów, szóstaków i trojaków. Oczywiście były to monety pruskiego stempla, ale o nominałach typowo polskich, do których ludność miała zaufanie i które obiegały bez przeszkód mimo zawartości srebra niższej, niż wymagana polską ordynacją menniczą.

Po zmianie pruskiego ustroju menniczego w roku 1751 (porzucenie grosza i przejście na system oparty na talarze i jego podwielokrotnościach) okazało się, że nowy pieniądz nie ma już takiego wzięcia na ziemiach polskich graniczących z Prusami. Król zgodził się więc na kontynuowanie bicia monet o polskich nominałach w królewieckiej mennicy. Ciągle jeszcze pod stemplem pruskim.
pruski półgrosz (1/48 talara) 1752, mennica wrocławska

Pierwszym czysto fałszerskim wybrykiem pruskiego króla była emisja dukatów bitych stemplami holenderskimi. Monety trzymały przepisaną próbę, więc nie dawały takiego zysku, jak bicie monet o zaniżonej próbie, ale można je było bez przeszkód wykorzystać do zakupu polskich towarów, których nie udawało się kupić za nową, pruską monetę.

Tymczasem w roku 1749 król August III, wbrew zobowiązań Pacta Conventa rozpoczął bez zgody senatu eksperymenty zmierzające do uruchomienia produkcji polskiej monety koronnej. Zaczęło się od miedzianych szelągów bitych w Dreźnie. W 1752 r. uruchomiono mennicę w Lipsku. Z niej wychodziły tradycyjne polskie srebrne półtoraki, trojaki, szóstaki, orty (tymfy), półtalary i talary oraz złoto.

W tym samym 1752 roku Fryderyk II nakazał uruchomić mennicę w Szczecinie. Mennica ruszyła w lutym 1753 r. Początkowo biła drobną monetę pruską, a że drastycznie zaniżano przy tym próbę kruszcu, mennica mogła płacić więcej za surowiec, co doprowadziło do braków surowca dla mennicy berlińskiej. 9 stycznia 1754 r. zawarto kontrakt pomiędzy królem pruskim, a Mojżeszem Izaakiem i Danielem Itzigiem  którzy zobowiązali się dostarczać srebro do mennicy szczecińskiej, która miała z niego bić przez 15 miesięcy polskie tymfy 18 groszowe, szóstaki,  trojaki oraz pruskie grosze (1/24 talara). Kontrakt przewidywał wybicie monet na sumę 1.200.000 talarów za co do króla miało trafić talarów 40.000 (ale w dobrej monecie pruskiej!). Protesty Berlina w sprawie psucia próby groszy pruskich oraz trudności z kupnem srebra spowodowały, że w listopadzie 1754 r. nakazano zamknąć szczecińską mennicę.
trojak z datą 1754, (Kahnt 695 f)
wybity w Lipsku w latach 1759-1763 w mennicy zarządzanej przez spółkę Efraim, Itzig &Co. W odróżnieniu od monet bitych przed zajęciem mennicy przez Prusaków, po literkach E C brak kropek.

Fryderyk nadal miał problemy finansowe. Nie pomagało, że w Królewcu stale produkowano wielkie ilości pruskiego pieniądza przeznaczonego na handel z Polską. Powodem była konkurencja saskich mennic Augusta III. Prusy broniły się przed ich produktami zakazując ich obiegu i nakazując ich sprzedaż w mennicach w charakterze surowca na monetę pruską. Zakazano też transportu polskiej monety z saskich mennic przez Śląsk. Gdy wrocławscy kupcy poprosili Fryderyka o pozwolenie na sprowadzenie polskich monet z Lipska i wykorzystanie ich do handlu z Polską, król podjął brzemienną w skutki decyzję. Polecił podjęcie przygotowań do bicia we Wrocławiu tymfów polskich z portretem Augusta III, przy zachowaniu przepisanej wagi i próby. 14 lipca 1755 formalnie pozwolono na to fałszerstwo, nakazując oczywiście zachowanie tajemnicy. W styczniu 1756 r. na to samo zezwolono mennicy w Królewcu, a w kwietniu mennicy w Magdeburgu.

W sierpniu 1756 r. ekonomiczna wojna prusko-saska przerodziła się w wojnę prawdziwą. Wojna siedmioletnia, bo o niej mowa, była de facto pierwszą  wojną światową bo objęła zamorskie kolonie walczących państw. Rozpoczęła się od wkroczenia wojsk pruskich do Saksonii. Łupem najeźdźców padły oczywiście i mennice - saska w Dreźnie i polskie w Lipsku i Gubinie. Miedzianą mennicę w Gubinie zamknięto, maszyny przewieziono do Drezna. Mennice lipska i drezdeńska kontynuowały działalność, oczywiście na rzecz Fryderyka II. Bez skrupułów bito saskie i polskie monety przejętymi stemplami. W tym momencie pojawia się nazwisko Efraima. Ten berliński przedsiębiorca zaoferował 200.000 talarów za prawo wybicia w Lipsku miliona talarów w polskich tynfach, szóstakach i trojakach.

Ort (tymf 18-groszowy) z datą 1754 (Kahnt 687) - efraimek

Wojna trwała, polskie srebrne i złote monety bito bez przeszkód w Lipsku i Berlinie nie ograniczając się już do fałszowania wyglądu. Fałszowano też próbę kruszców. Wszystko to Fryderykowi nie wystarczało. Po wkroczeniu na ziemie czeskie nakazał bicie w tamtejszych mennicach monety austriackiej. W roku 1758 zezwolił na uruchomienie w mennicy drezdeńskiej produkcji polskiej monety miedzianej z wykorzystaniem przejętych w Gubinie maszyn i stempli.

Po przejęciu Królewca przez Rosję, mennica lipska zdobyła prawo do bicia grubej monety złotej pruskich fryderyksdorów przy okazji uzyskując zezwolenie na bicie polskich augustdorów i francuskich luidorów. Fałszerstwom nie było widać końca. Od lutego 1758 r. do maja 1759 r. w Dreźnie wybito monety o wartości ponad ośmiu milionów talarów wpłacając za to prawie dwa i pół miliona talarów czynszu do pruskiej kasy państwowej. Jesienią tego roku Drezno zostało zajęte przez Austrię.

Wspomnieni na początku Izaak i Itzig znaleźli naśladowców i wspólników. Mojżesz Frankel, Mojżesz Gumpertz, Efraim i synowie dzierżawili mennice pruskie i bili monety w zajętych mennicach w Dreźnie, Lipsku, Anhalcie, Bernburgu, Meklemburgu, Hildburghausen i innych. Efraim musiał chyba być przedsiębiorcą szczególnie aktywnym, bo przyjęło się cały ten okres zakończony razem z wojną siedmioletnią, pokojem w Hubertsburgu w roku 1763, nazywać efraimskim, a polskie monety Augusta III bite w pruskich mennicach efraimkami.

Więcej informacji w:

  1. Helmut Kahnt - "Die Munzen Friedrich August II von Sachsen/Polen 1733-1763"
  2. Marian Gumowski - "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II"
  3. Marian Gumowski - "IZAK i ICEK czyli przyczynek do polityki menniczej Fryderyka II" - Wiadomości Numizmatyczno-Archeologiczne 07/1909


Printfriendly