Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monety Augusta III. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą monety Augusta III. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2020

Bańka, czy nie bańka?

Aukcja, o której pisałem w poprzednim poście przeszła do historii.
Licytowałem, tzn. ustawiłem limity dla trzech pozycji. Rezultat? Mizerny, żeby nie powiedzieć klęska.
oferta / limitcena końcowawynik
260.00 PLN500.00 PLNprzegrana
80.00 PLN160.00 PLNprzegrana
220.00 PLN1 600.00 PLNprzegrana
Ta trzecia, właściwie nie była próbą zdobycia monety. Bardziej chodziło mi o zabezpieczenie przed przegapieniem wyniku. Chyba już tu pisałem, że od dawna, zamiast obserwowania interesujących mnie aukcji na Allegro czy eBay, ustawiam możliwie niski limit. To gwarantuje mi otrzymanie wiadomości o końcowym rezultacie, a od czasu do czasu zdarza się wygrana z końcową ceną na bardzo atrakcyjnym poziomie. Tydzień temu napisałem 
"Z tych dwunastu monet tylko jedna ma cenę wywoławczą na poziomie, który uznać mogę IMHO za adekwatny do stanu i rzadkości. ... Z pozostałych jedenastu, cenę wywoławczą jednej uważam za atrakcyjnie niską..."
No to po kolei.
Monetą, której cenę wywoławczą uznałem za odpowiednią do stanu i rzadkości był szeląg z kontrmarką.
Wystawiony za 50 złotych, sprzedany za 138, czyli zgodnie z estymacją - nie mam nic do dodania.
Atrakcyjnie niską cenę wywoławcza miał grosz z 1752 roku.
Wywoławcze 200 zł dałbym bez chwili namysłu. Sprzedano za 1840 zł. Przebicie tylko dziewięciokrotne, bo odstraszały brzydkie rysy na rewersie, przypominające justowanie, ale tylko przypominające. Miedzi nie justowano, te monety bito al marco. Ustalano tylko ilość albo kwotę, którą należało wybić z ustalonej ilości miedzi. Mój egzemplarz kupiłem niecałe siedem lat temu za 1/3 ceny z WDA-15. 
Pozostała dziesiątka monet uzyskała ceny abstrakcyjnie wysokie. Nie wiem z jakiego powodu pospolity szeląg 1753-B został wystawiony za 200 zł z oszacowaniem 400-900 zł. Nie wiem, z jakiego powodu ktoś zapłacił (?) za niego 604 zł. 
Co zadecydowało? Grading - przecież zaledwie XF 40. Może pomogły dodane do niego dwie literki BN. Mój katalog? Chyba nie, bo S.53.B.V.b opisałem, jako pospolity. Może ktoś dopatrzył się drobnych różnic w portrecie w stosunku do zdjęcia z katalogu i uznał, że będzie mieć "nienotowany wariant"? "Jasnobrązowa patyna, bardzo ładny egzemplarz." z aukcyjnego opisu nie są przesadną reklamą w stylu JEDYNY, WYJĄTKOWY, NAJRZADSZY, MAX NOTA itp. Jedyne, co przychodzi mi do głowy, jako uzasadnienie takiej ceny, to zdanie, które umieściłem na zakończenie opisu części katalogowej w mojej książce: 
Wszystkie szelągi i grosze koronne Augusta III w bardzo dobrym stanie zachowania, nienoszące śladów pobytu w ziemi są co najmniej „dość rzadkie”, niezależnie od rocznika, odmiany i wariantu.
Tylko, jak mają się do tego ceny pozostałych dziewięciu monet? O trzech można by od biedy  powiedzieć, że śladów "banku ziemskiego" nie mają, choć to wcale takie pewne nie jest. Reszta, to monety całkiem nieźle zachowane, ale ewidentnie "z ziemi".

Niedawno Eleniasz (pozdrowienia!) na swoim blogu "Srebrne monety SAP i... inne pasje" napisał, że ostatnio doskwiera mu "...niedostatek ciekawych monet w handlu które są w moim zasięgu cenowym...". Mam ten sam problem i jak w wielu innych przypadkach, jego przyczyny upatruję w coraz powszechniejszej, nie tylko polskiej przypadłości. Jest nią żądza pieniądza i bynajmniej nie chodzi mi o pieniądz - numizmat, tylko o kasiorę, kapuchę i inne pieszczotliwe określenia żywej gotówki. 
Problemem nie są przesadnie entuzjastyczne opisy monet serwowane przez sprzedawców. Mogą sobie pisać co chcą o sprzedawanych przez siebie monetach. Eleniasz się na to nie nabierze, ja się nie nabiorę... Problemem są motywowane chęcią zysku za wszelką cenę, manipulacje zdjęciami monet (kiedy nie mamy możliwości bezpośrednich oględzin i umiejętności posługiwania się programami do obróbki obrazu, to bardzo często pomaga) i manipulacje samymi monetami - agresywne czyszczenie lub naprawy, sztuczne patynowanie itp. 
Problemem dużym jest, że na te manipulacje nabierają się i tym samym psują rynek, ludzie z głębokimi portfelami, mamieni "poradnikami inwestycji alternatywnych", a problemem jeszcze większym, że jeśli nikt się nie nabierze, to sprzedający cudownie przeistacza się w kupującego, a w annałach odkłada się kolejny "rekord cenowy" (do wykorzystania w opisach na kolejne aukcje).

Przez najbliższe miesiące, szanse na zakupy na giełdach (a nawet w sklepach) maleją do zera - z epidemią nie ma żartów. Jesteśmy skazani na zakupy w sieci. Do zagrożeń związanych z nieuczciwymi praktykami sprzedawców doszło zagrożenie zarażenia tym paskudnym wirusem. Naprawdę trzeba zachowywać dużą ostrożność w kontaktach z kurierami, w wizytach na poczcie i z samymi w końcu przesyłkami. Pamiętajcie o tym!

 

niedziela, 22 marca 2020

Napisałeś? To czemu się dziwisz.

29 stycznia opublikowałem "Miedziane monety koronne Augusta III". Zgodnie z przewidywaniami, książką zainteresowali się kolekcjonerzy osiemnastowiecznej miedzi oraz... O tym za chwilę.

Teraz chciałbym przypomnieć to, o czym zdarzało mi się pisać na blogu, w postach i komentarzach, a także o tym, co pojawiało się czasem w dyskusjach na forach numizmatycznych. Chodzi o wpływ publikacji numizmatycznych na rynek. Na notowania aukcyjne, na dostępność materiału itp.
Moje obserwacje i doświadczenia wskazują na istnienie bardzo wyraźnej korelacji. Widziałem to już w trakcie pisania artykułu o dziesięciogroszówkach 1840. Kolejnymi domysłami i odkryciami dzieliłem się na bieżąco z użytkownikami Ś.P. "Café Allegro" i z mniejszą lub większą irytacją, konstatowałem, że im więcej rzeczy ujawniam, tym trudniej przychodzi mi kupno interesujących okazów tych monet.
Rzecz powtórzyła się podczas pracy nad katalogiem monet Królestwa Polskiego 1917-1918. Nagle pokazały się liczne oferty monet z przeróżnymi zdwojeniami. Aukcje kończyły się na zaskakująco, jak na monety KP, wysokim poziomie. Jedna tylko moneta zaliczyła spadek notowań, jednofenigówka 1917. Niegdyś legendarna, w katalogach bez wycen, tylko z adnotacją "c.a" (cena amatorska), uważana za nieosiągalną dla zwykłego kolekcjonera. Jak się okazało, co pokazałem w katalogu, moneta rzadka, ale zdecydowanie pospolitsza, niż dotąd uważano. Mam odnotowanych 30 egzemplarzy z rynku numizmatycznego, a do tego dodać należy jeszcze przecież okazy muzealne. Nic dziwnego, że cena typowych, mocno skorodowanych egzemplarzy, obniżyła się kilkakrotnie.
Dobrze pamiętam też czasy "boomu lustrzankowego", kiedy kolekcjonerzy, ale przede wszystkim handlarze, z niecierpliwością czekali na kolejne wydania katalogów Fischera, Parchimowicza, Suchanka. Wydania dyktujące ceny na co najmniej najbliższe półrocze.

Revenons à nos moutons. Przeglądam wszystkie katalogi nadchodzących aukcji, a od czasu radykalnych zmian na Allegro jest ich niemało. Wystarczy rzut oka na tegoroczne zapowiedzi. Przyznaję, że widok odniesień do moich publikacji w katalogach aukcyjnych i innych wydawnictwach daje mi satysfakcję i jest zachętą do dalszej numizmatycznej zabawy. Jest to też okazja do analizy wpływu publikacji na rynek. Taką okazję będę miał jeszcze w tym miesiącu. W katalogu 15 aukcji WDA-MiM, w dużej, bo obejmującej 50 egzemplarzy grupie monet Augusta III jest aż tuzin pozycji uwzględnionych w moim katalogu, na dodatek z odniesieniami do niego umieszczonymi w opisach.
Z tych dwunastu monet tylko jedna ma cenę wywoławczą na poziomie, który uznać mogę IMHO za adekwatny do stanu i rzadkości. Za taką cenę mógłbym tę monetę kupić... gdybym nie miej jej w zbiorze. Ale mam, na dodatek lepiej zachowaną. Z pozostałych jedenastu, cenę wywoławczą jednej uważam za atrakcyjnie niską i gdybym takiej monety nie miał (a mam, i to chyba w lepszym stanie zachowania), to bym o nią powalczył. Pozostała dziesiątka ma ceny wywoławcze na poziomie, który tylko w nielicznych przypadkach mógłbym zaakceptować, jako ostateczne (i to już po wliczeniu młotkowego). Cóż. Może nie nadążam za rynkowymi trendami. Nie mam przecież takiego doświadczenia, jak na przykład szef GNDM, nie znam się na strategiach biznesowych, bo monetami nie handluję.

W każdym razie:
  • Czekam z dużym zaciekawieniem na finał aukcji WDA-MiM, którego to finału nie omieszkam tu skomentować.
  • Jaki by ten finał nie był, na pewno nie ujawnię przedwcześnie następnego tematu, do którego się przymierzam - chciałbym móc kupować monety z nim związane po cenach nie zmuszających mnie do pozbywania się innych części mojego zbioru (choć argumentacja D. Marciniaka przedstawiona w wyżej podlinkowanym filmie brzmi bardzo rozsądnie). 

sobota, 15 lutego 2020

Johann Friedrich Stieler raz jeszcze.

Wspomniałem w poprzednim wpisie o promocji nowej książki o mennictwie Augusta III, która miała miejsce podczas szóstej już sesji wykładowej przed aukcją GNDM.
Wysłuchałem w Warszawie wystąpienia p. Piotra Anuszczyka. Kilka dni później, już w domu, jeszcze raz obejrzałem wystąpienie udostępnione z resztą wykładów przez GNDM. I dopiero w domu zwróciłem na fragment, w którym autor omawiając tymfa i orta z roku 1753 stwierdził, że stemple do nich wykonał J. F. Stieler. Nie ma na nich sygnatury rytownika, ale analogie rysunku tych monet z nominałami wyższymi, sygnowanymi, nie pozostawiają wątpliwości.
Sięgnąłem po katalog Kahnta i bez większych trudności znalazłem lipskiego tymfa 1753 r. z literą "S" na awersie (nr 685f).
Informacji o Stielerze szukałem już wcześniej i najbardziej rozbudowany jego życiorys znalazłem u Heinricha Kellera w książce "Nachrichten von allen in Dresden lebenden Künstlern" wydanej w Lipsku w 1788 r. czyli dwa lata przed śmiercią Stielera.
Przy okazji krótki wtręt techniczny. 
Czytanie osiemnastowiecznej niemczyzny nie jest rzeczą łatwą, nawet jeśli w grę wchodzi druk. Bardzo się ucieszyłem, kiedy znalazłem w sieci stronę reklamującą się nagłówkiem "Free Online OCR Convert JPEG, PNG, GIF, BMP, TIFF, PDF, DjVu to Text". Wśród rozpoznawanych języków i rodzajów pisma jest "German Fraktur", czyli gotyk albo szwabacha, jak zwykle nazywa się czcionkę widoczną na pokazanej wyżej stronie tytułowej książki Kellera. Bardzo ułatwiło mi to pracę nad "Miedzianymi monetami koronnymi Augusta III". 
Co można wyczytać u Kellera? Otóż tyle, że faktycznie Stieler spędził trochę czasu w Lipsku. Był tam dwukrotnie, najpierw korzystając z gościnności Martiniego i jego przyrodniego syne Meila. Później, od 1749 r. po nieudanej podróży po Europie, ponownie zatrzymał się w Lipsku u Meila, poznał profesora Christsa, uczonego, znawcę antyku i kolekcjonera monet. Za ich rekomendacją zaproponowano Stielerowi wykonanie prób stempli do mennicy, która miała zostać otwarta w Gubinie. Jego praca zyskała uznanie i począwszy od końca 1751, aż do przełomu 755/1756 Stieler był medalierem mennicy w Gubinie. Później wrócił do Drezna, gdzie był jednym z medalierów (razem z Pribusem). O Lipsku, jako miejscu pracy Stielera mowy nie ma. 
Produkcja mennicy gubińskiej w roku 1753 wyniosła około 37 milionów szelągów i ponad milion groszy. Oznaczało to konieczność wykonania niemal tysiąca par stempli (zakładając, że para stempli wytrzymywała bicie 40.000 monet). To wielka ilość, trzy pary stempli dzień w dzień przez cały rok, świątek i piątek. Nawet z pomocnikami, to trudne zadanie. A tu jeszcze te stemple dla Lipska. Większe, bardziej skomplikowane, bo przecież o tymfy chodzi. Widziałem w katalogu Kahnta informacje o stielerowskich stemplach dla Lipska, ale chodziło o monety późniejsze, z lat sześćdziesiątych. Tego tymfa jakoś przeoczyłem. Nie miałem więc powodu by zastanawiać się konfrontować ich z rejestrami mennicy gubińskiej.

Przeszło mi przez myśl, że ten tymf, to mogłaby być produkcja pod pruską kontrolą, późniejsza, prowadzona w czasie, kiedy Gubin został zamknięty. Krótka wymiana e-maili z P. Anuszczykiem i ten pomysł odrzuciłem. 
Pozostała jeszcze jedna opcja. Możliwość, że Stieler ograniczał się w Gubinie tylko do przygotowania punc, a wyrób stempli powierzano komu innemu - tu nie potrzebny był artyzm, tylko umiejętność pracy z metalem. Zwróciłem uwagę na liternictwo w legendach. Na tymfie pokazanym przez P. Anuszczyka na wykładzie, tymfie oznaczonym T53D.3.e litera T, na awersie i rewersie ma szeryfy w górę. 
Na T53D.3.d na awersie w górę, na rewersie w dół. 
Na ewidentnie gubińskich groszach z 1753 r. też są obie te wersje litery T. To może wskazywać na prawdopodobną obecność w tej mennicy co najmniej dwóch wykonawców stempli dysponujących dwoma nieidentycznymi zestawami punc. Niestety nie dotarłem do imiennego spisu personelu tej mennicy.
Ciekawe, na ile jeszcze natrafimy zagadek i niespodzianek dotyczących mennictwa Augusta III.

sobota, 28 kwietnia 2018

Przed majówką

Praca nad książką o miedzianych szelągach i groszach Augusta III wolno, ale systematycznie zmierza ku końcowi. Trochę zamieszania spowodowała decyzja o zmianie układu zawartości. Pierwotny plan zakładał, że po nakreśleniu tzw. rysu historycznego i przedstawieniu dotychczasowego piśmiennictwa tematu, nastąpią opisy poszczególnych mennic i osób z nimi związanych, a całość zwieńczy katalog.

Podczas opracowywania części dotyczącej mennic stwierdziłem, że ta część materiału musi zostać przeredagowana. Dla lepszej czytelności całości, konieczne jest jej podzielenie na trzy części - lata przed wybuchem wojny siedmioletniej, okres wojny i działalności mennic pod kontrolą i na rachunek królestwa Prus i w końcu okres odzyskiwania mennic spod pruskiego zarządu i czasy po podpisaniu traktatu pokojowego w Hubertusburgu. Bez tego podziału, opis działania mennic gmatwa się niepotrzebnie i bardzo niekorzystnie rzutuje na część ostatnią, czyli katalog.
Katalog będzie w układzie nominałowo-chronologicznym. W tym względzie moje poglądy pozostają niezmienne od lat. W roku 2003 napisałem na ten temat krótki felieton https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2003/2003-35. Nadal uważam, że katalogi powinny być pisane przede wszystkim dla kolekcjonerów, zarówno zaawansowanych, dla których np. określenie mennicy, w której wybito monetę nie stanowi problemu, jak i dla początkujących, którzy mogą nawet mieć kłopot z ustaleniem nominału monety. I dla jednych i dla drugich układ stosowany w katalogach Krausego będzie czytelny, podczas gdy katalogi Igera (trojaki) i Wolskiego (boratynki) stawiają znaczną część kolekcjonerów przed zadaniem trudnym, nierzadko zniechęcającym ich do precyzyjnego określenia monety.

Co jakiś czas trafiają do mnie prośby o wycenę miedziaków Augusta i pytania, czy takie wyceny znajdą się w katalogu. Otóż nie. Ani w katalogu wycen nie będzie, ani żadnych porad w tym zakresie nie udzielam. Arbitralne wyceny katalogowe tracą znaczenie szybciej, niż jogurty bez konserwantów tracą przydatność do spożycia. Nie miał bym nic przeciwko temu, by we wszystkich - poza aukcyjnymi i ofertowymi - katalogach przy każdej monecie stawiano zamiast liczby (wyceny) dwuliterowy skrót c.a. (cena amatorska). I tak, to kupujący decydują o kwocie transakcji.
Ważniejszy jest problem szacowania stopnia rzadkości. Najlepiej zilustrować to przykładem. Łatwo dość porównać rzadkość groszy z roczników 1752 i 1753. Te pierwsze są zdecydowanie rzadsze. To widać na pierwszy rzut oka, gdy przegląda się jakiekolwiek archiwum aukcyjne. Maleńki problem pojawia się, gdy chcemy wiedzieć, która z odmian grosza 1752 jest rzadsza. By to ustalić, trzeba policzyć ilość ich znanych notowań. Problem dlatego maleńki, że to rzadki rocznik  i wszystkich notowań nie jest zbyt wiele.
Kiedy przejdziemy do rocznika następnego, 1753 już tak łatwo nie jest. Mamy dwie podstawowe odmiany AUGUSTUS/AVGVSTVS, a w każdej z nich po kilka wariantów różniących się interpunkcją legend i rysunkiem rewersu (jeśli pozostać tylko przy cechach najistotniejszych, widocznych na pierwszy rzut oka). Na dodatek, ten rocznik groszy na rynku pojawia się często, co nie oznacza, że jednakowo częste są obie odmiany, że o wariantach nie wspomnę. Uczciwe, precyzyjne oszacowanie każdego z wariantów jest szalenie pracochłonne, choćby z tego powodu, że trudno odsiać powtórzenia wystąpień konkretnych egzemplarzy. To zadanie na zajęcia pełnoetatowe. Ba, bez nadgodzin też do wykonania niemożliwe. Coś więcej o tym mógłby pewnie powiedzieć Pan Lech Stępniewski, autor "Not in RIC". Nawiasem mówiąc, RIC, czyli Roman Imperial Coinage, to katalog bardzo odległy od mojego wyobrażenia katalogu idealnego. Dla nowicjusza zniechęcający, a nawet nieprzydatny i nierzadko prowadzący do błędnych identyfikacji monet. Osobom mającym z nim problemy polecam Online Coins of the Roman Empire (OCRE). Jeśli macie wolną chwilę, to warto tam zajrzeć, nawet gdy mennictwo antyczne nie jest Waszym priorytetem.

Podsumowując część tyczącą miedziaków Augusta III - praca wre. Pewnie można by tak w nieskończoność, bo materiału i nowych wątków wciąż przybywa, ale tak, jak kiedyś pisałem, że kiedy już zdecydujemy się na czyszczenie monety (nie polecam), to rzeczą niemniej istotną od doboru metody jest umiejętność podjęcia decyzji - koniec, lepiej już nie będzie. Tej decyzji jeszcze podjąć nie mogę, ale kiedy już przyjdzie na nią czas, dowiecie się o niej pierwsi, oczywiście pod warunkiem, że nie zrezygnujecie z zaglądania na mojego bloga.

Wpis bez zdjęcia monety? Niemal niemożliwe.
Brzydactwo. Egzemplarz nawet nie do końca czytelny, więc poza tym, co pewne, czyli że to pruski falsyfikat grosza Stanisława Augusta, więcej napisać nie mogę. A chciałbym móc precyzyjnie określić, który z wariantów pruskiego grosza 1766 znalazł się w katalogu mojego zbioru pod numerem 3210.
Przy okazji, krótki wtręt o stanach zachowania. Na forum TPZN natrafiłem na wątek zatytułowany Ocena stanu zachowania boratynki. W pierwszej chwili wątek nie wydał mi się interesujący, bo kwestia stanów zachowania nieszczególnie mnie podnieca, ale rozwój dyskusji zaowocował przedstawieniem dwóch systemów klasyfikacji stanów zachowania monet, które konfrontują dwa podejścia do tematu. Najpierw praktyka obserwowana wśród "poszukiwaczy skarbów".
1/ moneta błyszczy i wszystko na niej widać, to stan I
2/ nie błyszczy i sporo widać, to stan II
3/ niewiele widać ale da się zidentyfikować, to stan III
4/ nic nie widać stan IV 
Spostrzeżenie smutne, ale często prawdziwe.
System drugi mógłbym przyjąć jako własny bez jakichkolwiek korekt. To system z punktu widzenia kolekcjonera.
I – moneta zachwycająca
II – moneta piękna
III – nada się do kolekcji
IV – nada się ale ledwo, ledwo
V – no niestety
VI – trup
Będąc w nastroju optymistycznym, mógłbym w tej skali moją nową pruską fałszywkę ocenić na IV. W nastroju gorszym dałbym jej co najwyżej V.
Gdyby zestawić tę skalę (© dariusz.m) z siedmiostopniową, którą przedstawiłem tu siedem lat temu, wyglądało by to chyba tak:

skala "kolekcjonerska"
skala siedmiostopniowa
I =
moneta zachwycająca
I = menniczy
monety bez śladów zużycia, dotyczy monet, które nigdy nie były używane jako środek płatniczy (tzn. nie były w obiegu), w polu monety (na powierzchni pomiędzy literami i innymi wyobrażeniami) wyraźnie widoczny tzw. błysk menniczy.
II =
moneta piękna
II = znakomity
dopuszczalne nieznaczne uszkodzenia powstałe w mennicy lub transporcie, może dotyczyć monet przeznaczonych do obiegu, lecz wycofanych z niego przed pojawieniem się charakterystycznych wytarć lub zarysowań
III =
nada się do kolekcji
III = bardzo piękny
nieznaczne ślady zużycia pochodzące z obiegu monety, lekkie wytarcie wyższych partii rysunku, drobne ryski, małe skaleczenia brzegu monety

IV = piękny
widoczne ślady zużycia, ale bez wpływu na czytelność rysunku i napisów monety
IV =
nada się ale ledwo, ledwo
V = bardzo dobry
znaczne zużycie, pojedyncze fragmenty rysunku i legendy nie w pełni czytelne, ale moneta może być dokładnie i jednoznacznie określona (łącznie z datą, mennicą oraz wariantami napisowymi i rysunkowymi)
V =
no niestety
VI = dobry
część rysunku i legendy całkowicie nieczytelna, monetę można określić rok, mennicę ale nie wariant napisowy lub rysunkowy)
VI =
trup
VII = zły
brak możliwości jednoznacznego określenia monety

"Skalę poszukiwaczy" pozwólcie, że pominę.

Na dziś koniec ślęczenia przed monitorem. Idę sprawdzić, czy nie jest za ciepło na bieganie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Fałszerz Wielki.

Nie pamiętam już kiedy odnotowałem w kalendarzu treść przeczytanego gdzieś w sieci ogłoszenia.
8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".
Na tydzień przed zapowiedzianą datą zacząłem się niepokoić - żadnej nowej informacji o wykładzie. Cierpliwie odczekałem do piątku, piątego czerwca - nadal nic. Zadzwoniłem do PTN - dyżurująca, dopiero po konsultacjach z szefem koła potwierdziła - wykład odbędzie się zgodnie z planem.
Czy zdziwię Was, jeśli napiszę, że uznałem ten wykład za wydarzenie typu "obecność obowiązkowa"?

Na miejscu byłem pół godziny przed planowanym rozpoczęciem, co okazało się godziną przed rozpoczęciem rzeczywistym. Źle się jeździ samochodem po stolicy.
Furda spóźnienie. Wykład wynagrodził długie wyczekiwanie, a mogło być jeszcze lepiej, po po prostu brakło czasu. Czasu potrzebnego na rozwinięcie tematu i na powykładową dyskusję.

Pan Pączkowski poruszył temat od lat nurtujący kolekcjonerów. Monetarne fałszerstwa Fryderyka II zostały nieźle opracowane i opisane przez historyków i ekonomistów, ale nie doczekały się jak dotąd nawet próby poważnej analizy ze strony numizmatyków. Prace Szelągowskiego, Gumowskiego, czy Schrottera nie dają nam narzędzi pozwalających na odróżnienie pruskich fałszerstw od oryginalnych monet Augusta III poza nielicznymi wyjątkami - na przykład miedzianymi groszami z datą 1758. Uznaje się za pewne, że to produkt mennicy (mennic?) pod pruskim zarządem. Niewiele więcej można jednak stwierdzić. Zdaniem Pączkowskiego na przykład, bito je nie w 1758, tylko w 1760. A może aż do tego roku z nie zmienioną od 1758 datą?
grosz 1758 - to na pewno nie jest oficjalna moneta bita z polecenia króla Augusta

O miedziakach A3S mowa na wykładzie oczywiście była, ale podstawą rozważań Dariusza Pączkowskiego jest srebro. Szóstaki, orty, dwuzłotówki. Bito je (oryginały) krótko, bo od roku 1753 (orty od 1752) do 1756. Wtedy zaczęła się wojna siedmioletnia, saskie mennice przejęli Prusacy i się zaczęło. Bezprzykładna operacja masowego bicia monety obcego państwa za jawnym przyzwoleniem władcy innego państwa. Początkowo z wykorzystaniem narzędzi (w tym stempli) zagrabionych w zdobytych mennicach. Później stemplami wykonywanymi specjalnie w tym celu.
Rzut oka w katalogi wystarczy by się przekonać, jak obfite było to fałszerskie dzieło. Rzadko spotyka się tak wielką ilość odmian i wariantów w tak krótkim okresie. Krótkim z pozoru, bo cały czas na monetach kładziono daty 1753-1756, niezależnie od roku, w którym rzeczywiście je bito. Grosze 1758 i dwuzłotówki 1761 i 1762 to wyjątki. Na domiar złego, są mocne przesłanki do twierdzenia, że polskie srebro Augusta III fałszowano też w mennicach pruskich - np. we Wrocławiu i Królewcu.
Pączkowski zaproponował, by klucza pozwalającego na oddzielenie falsyfikatów od oryginałów poszukać analizując rysunek monet, szczególną uwagę zwracając na portret króla. Dla miedzianych groszy zaproponował dodatkowy wyróżnik - za fałszywe proponuje uznawać te z dużymi literami w legendzie. 
według D. Pączkowskiego to też pruski wyrób, co oznaczało by, że następna moneta, to oryginał
Z moich obserwacji wynika, że większość spotykanych groszy rocznika 1755 to pruskie falsyfikaty.

A co sądzić o groszach tego typu,
na których król "z twarzy nie jest podobny do nikogo"?

Jak wiadomo, August III znany był z obżarstwa "...jedz, pij i popuszczaj pasa". Już jako młody człowiek nie grzeszył nadmierną szczupłością, a z biegiem lat jego sylwetka zaokrąglała się. Dodatkowo dorobił się niedoczynności tarczycy, która przeszła w fazę obrzęku śluzowatego (choroby Gulla). Zmarł jak wiadomo na apopleksję, czyli mówiąc prościej wylew krwi do mózgu.
W chwili pruskiego ataku na Saksonię król był już blisko sześćdziesiątki (urodził się w 1696 r). Na pewno już wtedy zasługiwał na przydomek "otyły". Dlaczego to ważne? Dlatego, ża Pan Pączkowski zaproponował, by za pruskie falsyfikaty uznawać monety, na których August III został przedstawiony, jako posiadacz wielu podbródków albo wręcz monstrualnego podgardla. To w opozycji do części monet, na których Augusta przedstawiono, jako mężczyznę może nie szczupłego, ale z pewnością nie, jako grubasa.

Teza ciekawa i na pewno warta dyskusji, choć osobiście mam w związku z nią wiele wątpliwości.
Nie sądzę na przykład, by fałszerzom szczególnie zależało na jak najwierniejszym przedstawianiu gwałtownie tyjącego monarchy. W końcu poddani nieczęsto mieli okazję do osobistych spotkań z królem. O ile w Warszawie August często pojawiał się publicznie i mógł być widziany przez wiele osób, to na prowincji znano jego twarz głównie z monet i rozsądnie myślący fałszerz powinien dążyć do tego, by jego produkty jak najbardziej przypominały monety oryginalne, a nie do oddawania na bieżąco zmian królewskiej fizys.

Innym wyróżnikiem nieoryginalności może być niska próba kruszcu, z którego wybito monety. Fryderyk Wielki (fałszerz wielki) zarabiał krocie na podrabianiu polskiej monety. Zaniżanie próby kruszcu tylko ten zarobek powiększało. Samo bicie monet ze stopu o próbie niewiele odbiegającej od przepisanej ordynacją też dawało "godziwy" zarobek. Dlatego nie zawsze można dziś uznawać wyniki badania składu stopu za jedyny rzetelny i niepodważalny miernik oryginalności monet. Rzecz komplikuje dodatkowo upływ czasu i podatność monet na wpływy czynników środowiskowych oraz sama technologia mennicza, której elementem było wzbogacanie powierzchniowej warstwy monet czystym srebrem (bielenie). Na domiar złego, porównywanie wyników otrzymanych z użyciem różnych przyrządów (spektrometrów) charakteryzujących się różnymi warunkami i parametrami pracy też może zniekształcać wyniki analiz.
Wszystko to sprawia, że tak trudno dziś odróżnić fryderycjańskie podróbki od oryginałów.

Pan Pączkowski zapowiedział kontynuowanie prac nad tematem. Będę je śledził z uwagą i nadzieją, bo siłą rzeczy tematyka zagadnienia mocno zazębia się z absorbującym mnie problemem miedziaków koronnych Augusta III.

środa, 6 maja 2015

Plusy i minusy.

Nie, tym razem nie będzie nic o znakach + i - w legendach monet. Może się za to okazać, że będzie to pierwszy  odcinek cyklu +/-.

Zacznę od pierwszego plusa.
O dziwo przyznać go muszę serwisowi Allegro. Po długotrwałym, a konsekwentnym psuciu serwisu pojawiła się w nim pożyteczna nowość - oficjalne Archiwum Allegro
Nie do końca takie, jakie bym chciał widzieć, ale na bezrybiu i rak ryba. Dla ułatwienia link do tego, co sercu najbliższe: http://archiwum.allegro.pl/numizmatyka-85
Ciekawe, na jak długo to włączono i czy będzie się mądrze rozwijać. Jak by nie było, ostrożnego plusa przyznać należy.

Dla odmiany i urozmaicenia - pierwszy minus.
Impreza już się odbyła. Wystawa, na której prezentowano medale i...
i COINY. Czyżby poeta miał na myśli monety? Monsieur Jourdain nie wiedział, że mówi prozą, ja nie wiedziałem, że kolekcjonuję coiny. Teraz już wiem.

No to plusik. Co tam plusik. PLUS, jak się patrzy.
Dzięki uprzejmości jednego z moich korespondentów, drogą wymiany trafił do mojej kolekcji bardzo zniszczony grosz Augusta III. Zniszczony, a jednak pożądany, bo
z kontrmarką, której jeszcze w zbiorze nie miałem. Kontrmarki MS nie ma w wykazie Soubisie-Bisiera. Być może można ją powiązać z Mikołajem Sapiehą.

I jeszcze jeden plus, i to wielki.
WCN, jak wiadomo nie ogranicza się do handlu monetami. Firma od dawna udostępnia świetne archiwum sprzedanych monet i to nie tylko sprzedanych na aukcjach, ale również tych, które przeszły przez jej sklep internetowy. Od pewnego czasu udostępnia też utworzoną i utrzymywaną przez siebie stronę Monety Średniowiecza poświęconą badaniu numizmatyki polskiej okresu średniowiecza w dużej mierze opartą na publikacjach i wynikach badań profesora Borysa Paszkiewicza.
WCN zasłużyło się udziałem w wydaniu Katalogu trojaków polskich Tadeusza Igera, a teraz udostępniło stronę z katalogiem Jego kolekcji. Piękne zdjęcia monet ogląda się na ekranie znacznie lepiej, niż w drukowanym katalogu.
Trojak Z3W z 1591 - z mojej kolekcji

W katalogu kolekcji Tadeusza Igera na stronie WCN odmianę tę zaprezentowano tak:

środa, 19 listopada 2014

Podróży ciąg dalszy

Ciekawe, czy ktoś z Was domyślił się, dokąd pojechałem z Jachymowa.
Nie domyślacie się? Może mapka pomoże.
W lewym dolnym rogu - Joachimsthal. A w prawym górnym?
Olbernhau. Dlaczego miało by to być miejsce ciekawe dla kolekcjonera interesującego się polskimi monetami?
Podpowiedź numer dwa. Tym razem prawy dolny róg mapki.
I wszystko jasne! Z takiej okazji nie mogłem nie skorzystać. Cóż znaczy dodatkowych 60 kilometrów i granica, która jest, a jakby jej nie było.
Na teren muzeum - skansenu wchodzi się bez konieczności uiszczania opłaty. Dawna Saigerhutte zajmuje spory obszar, na którym oprócz muzeum jest hotel, restauracja, sklepy z pamiątkami i mnóstwo innych ciekawych miejsc.
 Ja najpierw skierowałem się do najstarszej części zakładu.
Żeby wejść do środka, trzeba kupić bilet.
Jak widać, drogo nie było, a za to było co oglądać.
To nie jest mennica. Tymi młotami nie bito monet. Tu kuto kotły, misy, a przede wszystkim rozkuwano bryły miedzi. Stąd pochodzą miedziane blachy na dachy zabytkowych budynków połowy Europy. Młoty są potężne, napędzane kołem wodnym i co najciekawsze, cała ta maszyneria została zrekonstruowana i działa do dzisiaj. Skromnie ubrany przewodnik (próbowaliście kiedyś wysłuchać cierpliwie piętnastominutowej przemowy w całkiem obcym Wam języku? - O ile z niemieckich tekstów pisanych jestem w stanie zrozumieć całkiem dużo, to szybko trajkoczącego Niemca nie byłem w stanie zrozumieć, więcej się domyślałem) nagle podszedł do ściany, pociągnął w dół wiszący przy niej kij i zablokował w jednym w wywierconych w ścianie otworów, usunął kołek podpierający młot (widać go dobrze na powyższym zdjęciu) i...
Usłyszeliśmy szum wody spadającej na koło i za moment ziemia się zatrzęsła. Młot zaczął uderzać w kawał grubej gumy leżącej na kowadle.
W podobny sposób napędzany był potężny miech podający powietrze do palenisk pieców.

Nazwa Saigerhutte nie pochodzi od nazwy miejsca ani nazwiska właściciela tego przedsięwzięcia. Pochodzi od metody segregowania składników stopu, tzw. czarnej miedzi. Rudy miedzi zawierają zwykle wiele domieszek, w tym między innymi srebro. Saigerung, to właśnie metoda segregacji, oddzielania srebra od miedzi. Metodę opracowano na początku XV wieku. Umożliwiała ona opłacalne odzyskiwanie srebra ze stopów miedzi, w których metalu tego było mniej, niż pół procenta. W procesie tym wykorzystywano ołów, bo zauważono, że srebro łączy się z nim znacznie lepiej, niż miedź oraz fakt, że poszczególne składniki stopu mają różne temperatury topnienia. Cały proces przedstawiono oczywiście w jednej z muzealnych gablot.

Technika oddzielania srebra od miedzi, ciekawa sama w sobie, nie była oczywiście tym, co sprowadziło mnie do Gruntalu. Magnesem była mennica. To tu bito miedziane szelągi i grosze koronne z portretem Augusta III.
Gruntal miał wcześniejsze tradycje mennicze. Miedziane kuźnice pierwszy raz wykorzystano do produkcji monet w 1621 r. podczas niesławnego Kipper- und Wipperzeit. Bito tam wówczas jednostronne fenigi z niskopróbnego srebra (bilonu).
Dekretem z dnia 30 lipca 1750 r. król Polski August III Sas ustanowił w Gruntalu mennicę, w której miano bić polskie monety. 12 Listopada 1750 dyrektor mennicy drezdeńskiej Friedrich Wilhelm ô Feral zapisał, że Saygerhütte Grünthal zamówiła 3 śrubowe prasy mennicze. Dostarczono je w styczniu 1751 r. Trochę wcześniej, bo w listopadzie 1750 r. dyrektor Feral oddelegował do Gruntalu Johanna Friedricha Rennera jako Münzdruck-Werkmeister. Nawiasem mówiąc, z tej chronologii zdarzeń wynika, że szelągi z datą 1750 zostały wybite w Dreźnie, podobnie jak testowa emisja z datą 1749.
Stemple dla mennicy w Gruntalu dla roczników 1751 i 1752 wykonał drezdeński rytownik Carl Christoph Pribus. Za 102 pary stempli polskich szelągów otrzymał 300 talarów.
Monety wybite w Gruntalu transportowano do Drezna i stamtąd do Polski. Jeden z zachowanych raportów - autorstwa Johanna Gottheita am Ende (zarządcy mennicy) z 27 września 1753 r. - informuje, że z Saygerhütte Grünthal wysłano do Drezna zgodnie z zamówieniem z 14 września tegoż roku 1050 talarów w polskich szelągach. Monety wysłano w 60 workach, z których każdy zawierał po 10 dukatów czyli 15200 szelągów i ważył około 20 kilogramów.
7 Stycznia 1756 do mennicy trafiło następujące polecenie:
„Ponieważ zdecydowaliśmy łaskawie zakończyć bicie polskich monet w Grünthal, wszystkie istniejące maszyny mennicze i dodatkowe wyposażenie... należy z zachowaniem należytej ostrożności przetransportować do mennicy w Dreźnie."
Za kilka miesięcy wybuchła wojna siedmioletnia. Mennicę zajęli Prusacy. Maszyny wróciły do Drezna dopiero 3 czerwca 1765 r. Z zapisów mennicy drezdeńskiej wynika, że były to te same maszyny, które przekazano do Gruntalu w 1751 r.
W latach 1751 do 1755 w Gruntalu wybito przeszło 41 milionów szelągów i prawie półtora miliona groszy.

Dziś po mennicy nie ma śladu, a w muzeum...
zamiast monet eksponuje się ich zdjęcia. Są to zdjęcia monet z kolekcji zgromadzonej przez Guntera Baumanna, autora broszury o gruntalskiej mennicy. W biblioteczce miałem jej pierwsze, jeszcze NRD-owskie wydanie. Teraz zaopatrzyłem się w wydanie drugie, poprawione.
Po długiej, mozolnej, ale miłej rozmowie z sympatyczną pracownicą muzeum dowiedziałem się, że monety ze zbioru Baumanna wystawione są w muzeum miejskim w Olbernhau. Dostałem kupon rabatowy na zakup biletu, wpisałem się do księgi pamiątkowej
i ruszyłem do centrum miasteczka.
Rzeczywiście, tu były monety.
Niestety, ani w jednym, ani w drugim muzeum nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na pytania związane z powodami, dla których Baumann przypisał niektóre z tych monet Gruntalowi, a nie mennicy gubińskiej (jak to czynią inni autorzy). Dostałem za to adres i telefony do prezesa miejscowego stowarzyszenia numizmatycznego. Będę próbował to wykorzystać.

Muzeum miejskie w Olbernhau ma bogate zbiory. Prezentowana jest historia okolic od czasów neolitu, geologia (to w końcu te same Góry Kruszcowe), przyroda, sztuka, etnografia, technika i w końcu rękodzieło. Okolica słynie z wyrobów drewnianych - od przyborów szkolnych po zabawki. Zabawki dla dzieci i dla dorosłych.
Kraków szczyci się konkursami szopek, a mieszkańcy Erzgebirge długie zimowe wieczory spędzali tworząc takie cacka

Zmęczony, ale zadowolony z wycieczki  do Niemiec wróciłem do Jachymowa, do gościnnego pensjonatu U štoly. 

Co było dalej, napiszę za dni kilka - uprzedzam, o monetach nie będzie nic.




 





























czwartek, 13 listopada 2014

Mały Linneusz

W jednym z emaili, które dostałem po opublikowaniu wpisu http://zbierajmymonety.blogspot.com/2014/11/prosiaczek.html pojawiła się prośba o przybliżenie zasad, które zastosuję w opracowaniu miedziaków A3S.
...mógłby Pan napisać następny artykulik jakby nie było wolnego tematu na temat klasyfikacji odmian np jak w obecnym artykule...
Najgorsze, że sam do końca nie jestem jeszcze pewien, jak to powinno ostatecznie wyglądać.

Na potrzeby katalogu, który będzie częścią opracowania przyjąłem uproszczony system numeracji, który z założenia powinien być systemem otwartym - umożliwiającym dodawanie odmian i wariantów. Jednocześnie chcę, żeby numeracja w pewnym stopniu określała monetę, a nie była jakimś całkiem abstrakcyjnym kodem.

Zacznę od sprawy najprostszej. Mamy dwa nominały - szeląg i grosz, więc numer katalogowy zaczyna się od określenia nominału:
szeląg - S,
grosz - G.
Kolej na rocznik. W grę wchodzą lata 1749-1755 i 1758 - wystarczyła by ostatnia cyfra rocznika, ale zaczynając pracę umieszczałem w nazwach plików ze zdjęciami dwie cyfry. I tak zostanie. Dlatego na przykład numery wszystkich szelągów z roku 1753 zaczynają się od S53.

Awers, to portret króla i legenda, w której imię władcy pisane jest przez V lub przez U (AVGVSTVS / AUGUSTUS). Dlatego kolejnym członem numeru będzie U lub V.

Przechodzimy do rewersu. Tu najistotniejszym wyróżnikiem odmian jest znak pod tarczami herbowymi. Lub jego brak. Ponieważ trzy litery (C, F, T) pojawiają się w dwóch położeniach, dla ułatwienia litery odwrócone oznaczam apostrofem.
Przykład:
S53VC' - to początek numeru szeląga z roku 1753, z imieniem pisanym przez V i odwróconym C pod herbami. Czytelne, prawda?
Aha,  brak litery oznaczam znakiem - (minus).

Czytelne tylko do tego momentu, bo teraz zaczynają się schody. Zwłaszcza przy próbie sklasyfikowania groszy. Choć i przy szelągach też pojawiają się wątpliwości.
Weźmy takie dwa szelągi:
Na obu awersach jest AVGVSTVS. A na rewersach?
Korony różnej wielkości. Tarcza herbu Saksonii zaokrąglona albo ostra. Orły też wyraźnie różne. Najprościej było by po prostu dodawać kolejne cyferki
S53VA1, S53VA2 itd.
W przypadku groszy sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo występują różnice w:
  • portrecie króla,
  • kształcie koron,
  • rysunku herbów,
  • kształcie tarczy z herbem Saksonii,
  • kształcie całego obrysu herbów,
  • kształcie pola pod herbami - miejsca umieszczenia cyfry 3 w rocznikach 1752 i 1753.
Do tego jeszcze zdarzają się różnice wielkości liter w legendach. Na przykład takie dwa grosze z 1755 r.
Proszę zwrócić uwagę na wielkość liter i dolną część popiersia.

I na koniec znaki interpunkcyjne - raz mamy EL:SAX:17XX, a raz EL.SAX.17XX. Czasem jeszcze pojawia się kropka po dacie. Na awersie legenda może się kończyć kropką, ale może jej tam nie być (niekiedy kropka jest, ale już na ramieniu króla, bo nad nim brakło miejsca).

I co z tym zrobić?


Pewności jeszcze nie mam. Za to mam (jak na razie) 196 szelągów i groszy różniących się mniej lub bardziej. W tym na przykład 6, słownie sześć, wariantów grosza G54VH.

Skłaniam się ku osobnemu kodowaniu awersów i rewersów. Pełny numer monety miałby postać (przykładowo) S49V-a1r2
(szeląg z 1749 r. AVGVSTVS, oczywiście bez literki pod herbami, z awersem (a dokładniej portretem) w wariancie 1 - jest tylko jeden - i rewersem w wariancie 2.

Co zrobić z wariantami interpunkcyjnymi? Tego jeszcze nie wiem.

Podpowiecie?

P.S.
Z żalem przyjąłem do wiadomości kolejne zmiany na Allegro. Firma pozbyła się Pibyka, administratora/moderatora cafe numizmatyka. Szkoda, bo był to jeden z nielicznych przedstawicieli serwisu, któremu zależało nie tylko na dobru firmy, ale też (a może przede wszystkim) na dobru jej klientów.
Szkoda cafe.

P.P.S.
Nie pierwszy raz przekonałem się, że zapisanie pomysłu pomaga w rozwiązaniu problemów. Niestety, będę musiał mocno przerobić to, co już napisałem w/s miedziaków Augusta III. Chodzi o numerację odmian/wariantów, a co za tym idzie o układ i kolejność w katalogu.
Podstawową jednostkę w katalogu będą określać:
NOMINAŁ,
ROCZNIK,
LITERA POD HERBAMI.
Pozostałe cechy będą wyróżnikami wariantów.
W pierwszej kolejności U lub V w imieniu króla.
Następnie:
portret króla,
herby na rewersie,
interpunkcja,
inne cechy (bo okazuje się, że są i inne...)


środa, 20 sierpnia 2014

Do pracy!

I po urlopie...

A tak było fajnie. Pogoda bez zarzutu i cała reszta też.

Akcentów numizmatycznych niewiele, ale oczywiście były.

Najpierw odwiedziłem coniedzielne targi staroci w Chojnicach. Na żywo nie wyglądały tak okazale, jak w internetowej kamerze zainstalowanej przy rynku. Do odliczenia stoisk z monetami palców jednej ręki wystarczało z okładem. Oferta niestety bardzo skromna - z moich tematów nie było nic. Za to trafiła się okazja do miłej rozmowy ze starym internetowym znajomym.

Jak co roku odwiedziliśmy chojnickie muzeum w bramie człuchowskiej.
I jak co roku, oprócz wystawy stałej (niestety nie tak stałej, jak myślałem, ale o tym za moment) udało się zobaczyć coś nowego. Najpierw "Non multa, sed multum. Wartość przywrócona." Zbiory Muzeum Historyczno-Etnograficznego w Chojnicach po konserwacji. Obrazy, starodruki, rękopisy; monet nie było.

Po pokonaniu stromych schodów wystawa następna - "Tajemnice łużyckich brązowników i garncarzy" - ciekawa, z wieloma efektownymi okazami brązowych narzędzi i biżuterii.

Jeszcze wyżej - "Wiolinem i basem malowane. Leon Wyczółkowski (1852 - 1936)". Obrazy i grafiki z kolekcji bydgoskiego Muzeum Okręgowego ze wspaniałym autoportretem na czele. Później, penetrując zakamarki borów tucholskich  trafialiśmy na miejsca żywcem wyjęte z grafik Wyczółkowskiego.

Przed wyjazdem planowałem, że powakacyjny wpis na blogu poświęcę opisowi skarbu odkrytego kilkanaście lat temu podczas wykopalisk na chojnickim rynku. Monety z tego skarbu były później prezentowane właśnie na stałej wystawie poświęconej historii miasta. A tu figa z makiem - ta część wystawy została przemeblowana. Prezentowany jest zamiast tego skarb monet krzyżackich (i nie tylko) z Sępólna Krajeńskiego znaleziony w 1968 r.
 

Już chciałem napisać, że na tym wakacyjny temat numizmatyczny uległ wyczerpaniu, kiedy przypomniałem sobie o ...
O monetach wyłowionych z obiegu - rocznik 2014. Do kompletu brak mi jeszcze angielskiej pięciogroszówki i warszawskiej złotówki. Chyba, że wybito też pięciozłotówkę, ale o tym nic mi nie wiadomo. Na produkty Royal Mint z datą 2013 niestety trafić się nie udało. Katalog zbioru uzupełniony. Strona z katalogiem obiegówek III RP też.

Jak zwykle odwiedziłem też Helle. Tym razem na rowerze.
Imponujący buk na skraju wioski, której resztki stają się coraz mniej widoczne.
 
Tuż obok wioski, były dwa niewielkie jeziorka - typowe polodowcowe wytopiskowe zbiorniki. Zbocza jednego z nich są jak widać niszczone przez quadowców i motocrossowców. Cierpi krajobraz, przyroda - w Helle częściej można spotkać sarny i zające, niż ludzi. Oby jak najdłużej.

Muszę jeszcze ponarzekać.
A może lepiej mały koncert życzeń? Proszę bardzo:
wszystkim osobnikom rozjeżdżającym lasy quadami i motocyklami,
troglodycie, który uznał ruiny Helle za swój śmietnik,
"poszukiwaczowi skarbów", który w wysokiej trawie wykopał i pozostawił niezasypany półmetrowy dół (gdybym był mniej sprawny fizycznie pewnie bym tam został ze złamaną nogą na pastwę lisów i kruków),
wędkarzom pozostawiającym śmietnik na brzegu jeziora (bo kto, jeśli nie wędkarz coś takiego zostawił?),
panom świata zabijającym ciszę nad jeziorem potworną "muzyką" wylatującą z otwartych golfów dwójek i beemek (po tuningu, a jakże) - wszystkim tym paskudnikom życzę tego, czego życzył  by im Łazik z Tormesu (twórcze tłumaczenie Wiesława Dymnego):
Wam życzymy popłuczyny
Zgniłej śliny śmierdłej szczyny
Zdechlizny oraz plwociny
Tego złego wam życzymy

Żeby wam się kiepsko działo
Żeby ciało wam śmierdziało
Żeby ręce odleciały
Żeby nogi wam zdrewniały


Żeby zęby wam spróchniały
Żeby dupy nie dawały
Żeby ptaszek wam nie stawał
By dostatek niedostawał... 
No! Wyżyłem się.

Przed samym wyjazdem na urlop udało mi się jeszcze wygrać aukcję - niepozornego szeląga Augusta III. Nie był tani - pewnie dlatego nie miałem konkurencji. Przez cały miesiąc zastanawiałem się - co też tam tkwi pod herbami. Jak to literka? Sprzedający, do którego napisałem przed zalicytowaniem twierdził, że to cyfra 5 - nieprawdopodobne! Żyłka awanturnicza zagrała, zalicytowałem. Po powrocie z urlopu odebrałem pocztę i...
Z bliska widać lepiej

To nie piątka! Takiego cudaka jeszcze nie widziałem. To F nabite na D, O lub odwrócone C! Muszę teraz sprawdzić, do której z tych literek pasują pozostałe elementy rysunku rewersu.

Domyślamy się (tylko domyślamy, bo źródła milczą), że litery były wyróżnikami. Czego - nie wiemy. Najprawdopodobniejsza wydaje mi się teoria, że personel mennicy był podzielony na "brygady", które były opłacane w zależności od ilości wybitych monet. Aby to umożliwić, brygadom przydzielano stemple z wyróżnikami.

Moja nowa monetka może świadczyć o tym, że zdarzały się przypadki przekazywania stempli z jednej brygady do drugiej, co wiązało się z koniecznością wprowadzania zmian na stemplu. Jak widać, nie zawsze bez pozostawiania śladów.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wiosna, panie sierżancie.

Taki, Panie zapieprz, że nie ma kiedy załadować, jak tłumaczył się szefowi facecik pchający puste paczki przez plac.

Czegoś podobnego doświadczam w konsekwencji niedawnej przeprowadzki.
Kto próbował odzyskać część podatku VAT zapłaconego przy okazji zakupu materiałów budowlanych, wie o czym myślę. Wybieranie z faktur tych pozycji, za które odliczenie się należy to dłubanina nie mniej uciążliwa, niż analizowanie odmian stempli monet, tylko znacznie mnie przyjemna.
A do tego dochodzą nie mniejsze "przyjemności" wynikające z ustawy o ewidencji ludności. Obowiązek meldunkowy ma zniknąć podobno za dwa lata. Na razie trzeba zmienić dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, powiadomić pracodawcę, urząd skarbowy, bank, ubezpieczycieli. Na pewno o czymś zapomnimy.

A tymczasem dzieje się tyle, że ho, ho.

Z pierwszych relacji z dni otwartych NBP wynika, że istnieją fizycznie monety 1, 2 i 5 groszy z nowym rewersem awersem z datą 2013!. Podobno, to monety z serii przeznaczonej do prób urządzeń liczących i automatów sprzedażowych. Ciekawe, kiedy pojawią się na rynku.

Jeśli już przy wystawach jesteśmy, to muszę się postarać o jakiś wyjazd do Poznania. W tamtejszym Muzeum Archeologicznym trwa wystawa "Srebra Chrobrego". Wystawa ważna z kilku powodów. Raz, ze względu na niebywałą okazję do zobaczenia aż pięciu nieznanych wcześniej denarów Chrobrego. Dwa, bo mam nadzieję, że jej sukces będzie impulsem dla kolejnych muzeów. Impulsem do odkrycia tego, co dawno odkryto i...
I ukryto w przepastnych magazynach niedostępnych dla nikogo.
Denary, którymi chwali się poznańskie muzeum trafiły do niego nie miesiąc, czy rok temu. Są w nim od dziesięcioleci. W oficjalnej informacji umieszczonej na stronach muzeum można przeczytać, że na przeszkodzie do opracowania zasobów magazynowych stanęła choroba i śmierć JEDNEGO PRACOWNIKA. Było to w roku 1968!.
Jak to było? Jakoś tak:
"Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie."

Może dlatego tak często w katalogach aukcyjnych pojawiają się zdania:
"znany w x egzemplarzach", "nie występuje w zbiorach publicznych", "unikat". Takich opisów pełno w najnowszym katalogu Antykwariatu Numizmatycznego P. Niemczyka. Firma reklamy nie potrzebuje - zapowiada się kolejna nadzwyczaj atrakcyjna aukcja. Katalog można przeglądać online albo pobrać w formacie pdf. Warto go dokładnie przejrzeć i przeczytać.

Czas kończyć, bo jak na początku wspomniałem, roboty mnóstwo, a doba trwa tyle, ile trwa. Jeszcze tylko kilka obrazków.

Nie zaniedbuję oczywiście saskich miedziaczków. Układając (a dokładniej, próbując ułożyć w sensownej kolejności) odmiany groszy dopatrzyłem się takich ciekawostek:
Szabla w ręku jeźdźca przypomina raczej worek piachu. Podobnie na monecie następnej

A teraz moneta następna

Prawie taka sama, jak poprzednia, ale ten rewers!

No i od razu szereg pytań, a jedno z nich najważniejsze.
Jak to możliwe, żeby taka szkarada wyszła z oficjalnej mennicy? Bo przecież awers nie daje podstaw do uznania go za "wyrób garażowy".



sobota, 21 grudnia 2013

Uffffff!

Nareszcie!
Od tygodnia mieszkamy na nowym miejscu.
Cały czas jeszcze coś przestawiamy, układamy, wieszamy, ale przeprowadzka już za nami.

Moje miejsce "pracy", czyli biblioteczka i biurko z komputerem to na razie chaos i kłębowisko kabli, ale i z tym mam nadzieję poradzić sobie w nieodległej przyszłości. Połączenie z siecią jest. Obawy o jakość łącza neostrady okazały się przesadne. Co miało być, jest, choć chwile grozy były, i owszem.
Pierwsza próba połączenia z siecią spełzła na niczym. Modem nie chciał się zsynchronizować. Rozwiązanie okazało się banalnie proste. Zanim zadzwoniłem do dostawcy, sprawdziłem połączenia w gniazdku. Ekipa, która robiła remont mieszkania świetnie poradziła sobie z podłogami, ścianami, hydrauliką, elektryką, ale prawidłowe podłączenie dwużyłowego kabelka przerosło jej siły. Poprawiłem i działa.

Plusem (dodatnim) akcji przeprowadzka jest brak konieczności świątecznych porządków. Mam więc nareszcie czas na monety. Przez ostatni miesiąc z rzadka tylko sprawdzałem oferty aukcyjne licytując od czasu do czasu i od czasu do czasu cos wygrywając. Koperty przynoszone z poczty odkładałem do szuflady po pobieżnym tylko sprawdzeniu zawartości. Dzisiaj zająłem się nimi dokładniej.

Można powiedzieć, że prezent pod choinkę już dostałem. I to prezent nie byle jaki. Sprzedawca opisał go tak: "Moneta Grosz August III Fryderyk 1755".
Opis fantazyjny, ale wyjątkowość monety nie wynika z tego, że jej emitentem był bliżej nie znany August III Fryderyk. Cóż więc w tym miedziaku takiego szczególnego?
Rocznik 1755. V w AVGVSTVS przypomina Y...
No właśnie. Takie V / Y znamy z groszy, a grosze na rewersie pod herbami mają albo oznaczenie nominału - 3, albo literkę H. Rozwidlenie herbów jest puste na szelągach bitych w Gruntalu. Resztki wątpliwości rozwiewa waga
To nie jest lekko przeważony szeląg. 3,56 grama to pełnoprawna waga grosza.
Średnica - 19 mm. Mało, ale nie wyjątkowo mało. Taką samą średnicę ma kilka groszy A3S w mojej kolekcji, między innymi grosz z tegoż rocznika:
Na nim też V przypomina Y.

Żadna dostępna mi pozycja numizmatycznej literatury - a mam tego sporo - nie notuje grosza z pustym polem pod herbami!
I jak się nie cieszyć z takiego prezentu?

Danie główne zacne. Znalazł się i deser.
Oczywiście to też grosz Augusta. Rocznik 1754. Rewers charakterystyczny dla monet, które z dużą dozą prawdopodobieństwa należy uznać za produkcję pruską. Charakterystyczny, ale z pewną modyfikacją - podwójnym obramowaniem tarcz herbowych. Taki rewers widzę pierwszy raz.

Jak widzicie, cały czas tkwię po uszy w miedziakach koronnych "grubasa". Nic nudniejszego, mogło by się wydawać. Jakże mylnie.

Przed Świętami pewnie nic więcej tu nie napiszę, więc już dziś składam Wam świąteczne życzenia. Cieszcie się Świętami, rodzinnymi spotkaniami przy stole, prezentami, życiem.




Printfriendly