Google Website Translator Gadget

wtorek, 18 października 2016

Złotówka, czy złoty?

"Złoty (, aktualny kod ISO 4217 PLN) – podstawowa jednostka monetarna w Polsce, dzieli się na 100 groszy." - tako rzecze Wikipedia.
Złotówka - moneta o nominale 1 złoty. Na przykład taka.
Albo taka
taka
 lub taka

Wszystko to złotówki, choć nominał zapisano na nich w różny sposób.
Ta dziewiętnastowieczna też dzieliła się na sto trzydzieści groszy, ale tego oczywiście na niej nie zaznaczono (tak, jak nie zaznacza się tego i dzisiaj), za to podano równowartość w walucie cesarstwa, które tymczasowo uznało się za właściciela części Polski.

Na monecie z 1783 roku nominał można znaleźć: 4 GR. - cztery grosze. Ale nie byle jakie grosze! Grosze srebrne, bogatsi bracia groszy miedzianych. Ordynacja mennicza z marca 1787 r. nakazywała bicie 83 i pół takiej monety z grzywny kolońskiej czystego srebra i ustalała, że złotówka/czterogroszówka będzie ósmą częścią talara. Ta sama ordynacja stwierdzała, że grosz miedziany będzie trzydziestą częścią złotego polskiego.
Ten podział - 1 złoty = 30 groszy nie był pomysłem XIX-wiecznym ani nawet urzędników Stanisława Augusta. Używano go od stuleci.
Na ostatnim z wyżej pokazanych zdjęć mamy srebrną monetę z roku 1664, na której czytamy nominał XXX GRO.POL. - trzydzieści groszy polskich. To niesławnej pamięci złotówka Jana Kazimierza, która ujrzała światło dzienne dzięki umowie z Andrzejem Tymfem. Ordynacja z 1650 r. nakazywała bicie 324 groszy z grzywny fajnu (czystego srebra w groszu miało być 0,27 grama). Tymf najpierw zaproponował, a później zobowiązał się do bicia złotówek zawierających 3,36 grama fajnu, króre miały chodzić po przymusowym kursie trzydziestu groszy. Policzmy, 30 x 0,27 g = 8,1 g. Tyle srebra powinno być w złotówce; nie była go nawet połowa. Nic dziwnego, że w Prusach, gdzie wprawdzie obowiązywał zakaz ich przyjmowania, przeliczano je po 18 groszy, tylko po to by podtrzymać handel na pograniczu polsko pruskim. Tymfowe złotówki (nazywane od nazwiska pomysłodawcy tymfami) obiegały aż do 1766 roku, kiedy to zarządzono ich przymusowy wykup po 27 groszy miedzianych.


Złotówka z mennic Tymfa była pierwszą obiegową monetą ucieleśniającą polskiego złotego - jednostkę obrachunkową stosowaną w rozliczeniach już od średniowiecza. Najpierw pojawiło się pojęcie czerwonego złotego oznaczające złotą monetę, najczęściej węgierskiego florena. Od czasów Zygmunta Starego, który rozpoczął regularne emisje złotych monet - dukatów, czerwony złoty oznaczał po prostu dukata. Kurs złota do srebra ulegał zmianom. Na przełomie XIV/XV wieku był dość stabilny. Floren kosztował 24 grosze polskie. Piętnasty wiek przyniósł zmiany. Polską monetę psuto - floren doszedł do ceny 41 groszy, europejskie kopalnie srebra nie dawały wystarczającej produkcji (srebro zdrożało) - kurs florena zatrzymał się na poziomie 30 groszy. To była ostatnia ćwierć XV wieku. Stabilny stan trwał wystarczająco długo, by utrwaliła się praktyka użycia trzydziestu groszy w charakterze jednostki obrachunkowej, odpowiadającej wartości florena/dukata. W dokumentach nie trzeba było opisywać, jakim pieniądzem miały być spłacane zobowiązania. Kwoty należności ustalano w złotych polskich liczonych po 30 groszy. Formalnie zatwierdził to sejm roku 1496.

Złoty polski przybrał materialną postać dopiero po upływie niemal dwóch stuleci w postaci opisanych wyżej tymfów.

Wcześniej wybito wprawdzie piękne, duże, srebrne monety, na których znalazło się oznaczenie nominału w postaci XXX oznaczającego trzydzieści groszy, ale zwykle nie nazywamy ich złotówkami. Po pierwsze były to grosze litewskie, nie polskie (w związku z czym nominał tych monet wynosil 37 i pół grosza polskiego) więc jeśli miały by to być złotówki, to nie polskie, tylko litewskie. Po drugie była to moneta wyemitowana incydentalnie, na pokrycie kosztów wojen wywołanych przejęciem kontroli nad Inflantami, formalnie traktowana jako talar, liczony po 30 groszy. Tradycyjnie nazwano je półkopkami - kopa (60 szt.) = dwa półkopki (po 30 szt.) = cztery mendle (po 15 szt.).

Półkopka w kolekcji na razie nie mam (i pewnie mieć nie będę), więc zdjęcia nie będzie.




wtorek, 11 października 2016

Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów.

Zwiedzającwe wrześniu (któryż to już raz) muzeum Czapskich, podziwiałem starodruki pokazane na czasowej wystawie "De re nummaria"
i ozdabiające je rysunki medali i monet.
Przez stulecia rysunek był jedynym sposobem odwzorowania monety do publikacji. Do niedawna wszystkie katalogi (może poza aukcyjnymi) zawierały wyłącznie rysunki, a nie fotografie numizmatów, mimo, że techniki fotograficzne rozpowszechniły się już około połowy XIX wieku.
Ciekawostka - mam wielotomową encyklopedię Brockhausa z przełomu XIX/XX wieku - hasło fotografia jest w niej ilustrowane rysunkami.

Dzisiaj, w dobie skanerów i aparatów cyfrowych nic nie stoi na przeszkodzie, by każdy kolekcjoner mógł utrwalać i publikować obiekty ze swojego zbioru.
Dawniej musiał polegać na swojej lub cudzej umiejętności rysowania; Czapski miał skarb - cierpliwą i nadzwyczaj dokładną małżonkę.
Posługiwano się też techniką ołówkowych wcierek. Monetę przykrywano cienkim, ale mocnym papierem, który pocierano ołówkiem. Jako dziecko też próbowałem się tak bawić. Jeśli robić to dokładnie, efekty pracy są zaskakująco dobre. Wiele dziewiętnastowiecznych publikacji numizmatycznych jest ilustrowanych w ten sposób.
Wcierka kwartnika (półgrosza) Kazimierza Wielkiego 
z pracy Franciszka Piekosińskiego "O monecie i stopie menniczej w Polsce w XIV i XV w."

Inną wczesną, polską techniką uzyskiwania wizerunków numizmatów jest bartynotypia. Jej nazwa pochodzi od znakomitego numizmatyka, Władysława Bartynowskiego (1832-1918). Nie będę się tu o Nim rozpisywał - nie mógłbym wiele dodać do tego, co w Przeglądzie Numizmatycznym 4/2012 napisał Rafał Janke. Krótki tylko cytat z tego artykułu opisujący technikę bartynotypii:
Wymyślił technikę nazwana od jego nazwiska „bartynotypią”. Rozgrzana masa dentystyczna jest miękka i podatna na formowanie, stąd też łatwo przyjmowała odcisk monety, a gdy wystygła robi się twarda jak kamień. Nakładając na wytworzone stemple farbę drukarską i po podłożeniu pod prasę drukarską, odzwierciedlano bardzo dokładnie wizerunek numizmatów. Odbicie dawało jasne litery i ciemne tło, relief monety czy tez medalu był cieniowany.

Bartynotypia powstała w celu ułatwienia pracy nad katalogiem kolekcji hrabiego Andrzeja Potockiego. Część obejmującą monety piastowskie ilustrują wcierki ołówkowe (grafitowe), pozostałe monety zreprodukowano techniką Bartynowskiego.

Kupiłem niedawno kilka bartynotypów. Między nimi jeden, który świetnie pokazuje precyzję tej techniki.
Litery E.C. oznaczają, że to medal z kolekcji Czapskiego. Potwierdza to punca hrabiego nabita w odcinku awersu, obok podpisu medaliera, Gotfryda Majnerta, ojca Józefa, który zszedł na złą drogę.
Popatrzcie na powiększony fragment
i w negatywie
Wcale to nie gorsze od zdjęć niektórych aukcyjnych sprzedawców. Jednak do współczesnych lustrzanek tej techniki pewnie by nie należało stosować, ale to już nie moje zmartwienie.

Mimo rozwoju fotografii, względnie niedawno, bo w roku 1958, Edward Soczewiński opublikował w Wiadomościach Numizmatycznych opis nowej metody reprodukowania monet (WN rok II zeszyt 4 strona 54-55). Niezłe kuriozum. Oddaję głos autorowi.
Sporządzamy odcisk monety w przezroczystej masie plastycznej i umieszczamy go w powiększalniku zamiast filmu-negatywu. Odbitki wykonujemy na twardym papierze fotograficznym. Jako masy plastycznej można używać pleksiglasu...
Na gładką płytkę pleksiglasu grubości 4 mm kładzie się rozgrzaną płytkę pleksiglasu o grubości 0,8 - 2 mm (zależnie od głębokości reliefu monety) a następnie monetę, którą przykrywa się płytką 4 mm i ściska razem za pomocą prasy ręcznej z siłą około 50 kg.

Dalej autor wymienia zalety swojej metody, między innymi brak konieczności użycia aparatu fotograficznego i skomplikowanego oświetlenia oraz możliwość ponownego wykorzystania pleksiglasowej "kliszy" po jej podgrzaniu.
Przyznaje też, że metoda ma wady: uzyskany obraz bardziej przypomina rysunek, niż fotografię; metoda nie nadaje się do reprodukowania źle zachowanych, wytartych  monet.
I pokazuje reprodukcję monety uzyskaną swoją metodą.
Wydaje mi się , że metoda Bartynowskiego dawała lepsze rezultaty. Nawet, jeśli reprodukowano monetę w nieciekawym stanie zachowania.
Bartynotyp grosza Augusta III z roku 1755 z kontrmarką MS. 
Nie wiadomo, w czyjej kolekcji była ta moneta.

Mam podobną monetę
a teraz dodatkowo namacalny dowód na to, że monety z kontrmarkami od dawna interesowały kolekcjonerów i trafiały do kolekcji.

PS
Bezskutecznie poszukuję informacji, czy, a jeśli tak to gdzie i kiedy pojawił się na rynku kwartnik Kazimierza Wielkiego, taki, jak pokazany na drugim zdjęciu w tym wpisie. Prawdopodobnie wcierka Piekosińskiego była wzorem rysunku zamieszczonego w czterotomowym katalogu E. Kopickiego (nr 338). Nigdy jednak nie widziałem zdjęcia takiej odmiany tej monety. Pomożecie?


czwartek, 15 września 2016

Moje monety - trojak litewski 1584 - ciąg dalszy

Zgodnie z planem sprzed kilku dni, odwiedziłem bibliotekę uniwersytecką w Katowicach, a właściwie Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickie.
Muszę tam częściej zaglądać, bo budynek świetny, a organizacja pracy jeszcze lepsza - ciekawe, jak będzie w czasie roku akademickiego.

Przyczyną wycieczki do Katowic był trojak litewski z 1584 roku, o którym pisałem niedawno, a ściślej rzecz biorąc, ta książka
z którą wiązalem pewne nadzieje na choćby przybliżone rozwiązanie zagadki gwiazdek w legendzie awersu. 

Niestety. Gumowski też ubolewał nad brakiem źródeł odnośnie pracy mennicy wileńskiej za króla Stefana. Zaznaczył, że nie dotarł do danych o ilości kruszcu przebitego na monety ani o ruchach personelu mennicy.
W interesującym mnie okresie sprawy miały się mniej więcej tak:
w latach 1580 do 1586 (do 1 czerwca) podskarbim wielkim litewskim był Jan Janowicz Hlebowicz. Zarządzali mennicą Michał Radziwiłł (1580-1589), Jan Abramowicz (1581) i doktor Stanisław Sabinus (1581-1583).
Dzierżawcą mennicy i jednocześnie mincmistrzem i rytownikiem (medalierem) był w latach 1579 - 1591 człowiek nieznany z nazwiska, określony jako monogramista PP. Gumowski uważał, że "pan PP" był i rytownikiem i mincmistrzem, bo tylko ktoś pełniący te funkcje mógł swój monogram - PP właśnie - umieścić na medalach w wileńskiej mennicy wybitych. Monogram ten nie pojawia się na monetach. Na nich znakiem mincmistrza w tym okresie jest gałązka z trzema listkami. Ją uważa Gumowski za znak "pana PP".
Na tablicy VIII Gumowski pokazał obydwa wileńskie trojaki z gwiazdkami w legendach - mają numery 91 i 95.
Na trojaku z 1582 r. (nr 91) brak trójlistka, na awersie jest Leliwa, na rewersie kły Batorych, ale nie między Orłem i Pogonią, tylko w dole, rozdzielają ostatni wiersz legendy .
W opisie trojaka z 1584 r. (nr 95) Gumowski podkreślił odrębność portretu króla - zamiast zwykłej zbroi, Batory ma ozdobną zbroję łuskową.
Jak widać, obydwa te trojaki wyróżniają się w szeregu litewskich trojaków Batorego, ale zagadka ich odrębności musi jeszcze poczekać na rozwiązanie, albo pozostać zagadką na zawsze.



poniedziałek, 12 września 2016

Co nowego u Czapskich?

Zachęcony informacją o nowej wystawie czasowej
wybrałem się w niedzielę do Krakowa i nie żałuję.
Wystawa piękna. Prezentowane starodruki tyczą co prawda tej części numizmatyki, która rozmija się z moimi zainteresowaniami, ale same w sobie są wspaniałymi obiektami. Dowodzą też, że już na przełomie XVII/XVIII wieku kolekcjonerstwo monet i medali miało się świetnie.
Przecież jeżeli byli wydawcy stricte numizmatycznych miesięczników (a nawet tygodników), to musieli być i kolekcjonerzy zainteresowani nabywaniem tych publikacji. Na wystawie są też przykłady podręczników, dla zbieraczy i potencjalnych autorów publikacji.

Przy okazji obejrzałem drugą wystawę czasową, otwartą jeszcze przed wakacjami. Wcześniej nie znalazłem dla niej czasu.
Muzeum Czapskich powstało dzięki darowi rodziny Czapskich dla Muzeum Narodowego. Od 1903 roku kolekcja rozrasta się stale, między innymi dzięki hojnym darom kolekcjonerów. Bez ofiarności Karola Halamy nie było by w niej reprezentatywnego zbioru monet antycznych, bez daru Państwa Kleczkowskich, znacznie skromniej wyglądał by dział monet średniowiecznych. To tylko dwa przykłady całych wielkich kolekcji włączanych w zbiory Muzeum Czapskich.
Wspaniałe monety, medale, archiwalia, banknoty trafiają do nich co roku.
Interesującym przykładem jest dar Lecha Kokocińskiego - wielotysięczna kolekcja monet fałszywych. Fałszerstw na szkodę emitenta, ale też i falsyfikatów wytwarzanych z myślą o kolekcjonerach.
 
Zdjęcia robiłem niestety telefonem, i to takim z dość podłym aparatem, więc nie wiem, czy peerelowska dziesięciogrószówka widoczna na dolnym zdjęciu jako jasny krążek, to falsyfikat słynnej dziesiątki 1973 bez znaku mennicy (zwiedzający widzą tylko rewers), czy przykład nadmiernego (???) optymizmu fałszerza próbującego konkurować z mennicą, wówczas państwową.

Oczywiście nie ominąłem wielokrotnie już oglądanych gablot na parterze. Zawsze znajduję tam coś, co wcześniej umknęło mojej uwadze. Wczoraj zainteresował mnie denarek ryski Stefana Batorego z 1582 r. Trzynastomilimetrowe maleństwo, na którego awersie udało się zmieścić i piękny portret króla i legendę otokową, a na rewersie herb miasta, również otoczony legendą. Monetka w świetnym stanie - kolejny raz potwierdziło się, że takie małe srebra bardzo źle się fotografują. Zdjęcia tej monety na komputerowej planszy przy gablocie, nawet w największym powiększeniu wydają się mniej wyraźne, niż leżąca obok moneta. A Muzeum dysponuje przecież bardzo dobrym studio fotograficznym.

Odwiedzajcie Czapskich. Monety oglądane  nawet przez szybkę gabloty to coś nieporównywanie więcej, niż te same monety w albumach, katalogach, na ekranie komputera.





czwartek, 8 września 2016

Moje monety - trojak litewski 1584

Dawno, dawno temu, wśród felietonów pisywanych dla e-numizmatyki pojawiały się cyklicznie teksty połączone tytułem "Moje monety".

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją tego cyklu.

W roku 2008 opisałem perypetie związane z kupnem pewnego trojaka na eBay. W skrócie - sprzedawca omyłkowo wysłał mi inną monetę, znacznie bardziej wartościową. Pojawił się problem, jak ją legalnie odesłać. Zresztą, przeczytajcie sami - link jest kilka linijek wyżej.
Niedawno jeden z czytelników moich felietonów zapytał mnie o jakiegoż to ciekawego trojaka chodziło. Odpowiedziałem i jednocześnie pomyślałem, że to może być pomysł na kolejny wpis na blogu.

Rzecz dotyczyła tego wytartego i dziurawego trojaka litewskiego z 1584 roku.
W katalogu Igera V.84.1.d - jedyny, na którym na awersie rolę interpunkcyjnego przerywnika pełnią gwiazdki.
Wtedy jeszcze katalogu P. Tadeusza nie miałem (kupiłem go dopiero w październiku), w katalogu Kurpiewskiego w opisie awersu pierwszego wileńskiego trojaka z 1584 r. jest tylko uwaga "istnieje szereg odmian interpunkcji", bez informacji o jakie znaki może chodzić.
W archiwum WCN takiego wariantu wtedy nie było więc uznałem że to na tyle ciekawa odmiana, że mimo stanu zachowania warto się tą monetą zainteresować.
Kiedy już miałem na półce katalog Igera, sprawdziłem, co w nim o tej monecie napisano. Iger nie wyróżnił tego wariantu, jako rzadszego (wszystkie warianty V.84.1 mają R), ale nie widuje się go często. W archiwum WCN jest coś takiego:

Nie wiem, dlaczego panowie z WCN napisali, że to V.84.1.d skoro dodali od razu, że interpunkcja kropkowa.

Po jakimś czasie WCN udostępnił pełny katalog kolekcji Tadeusza Igera. Sprawdziłem, czy moja odmiana jest w nim uwzględniona.
Oczywiście, że jest i to z dwoma różnymi portretami króla. W końcu jest to kolekcja trojaków pretendująca do miana najpełniejszej.
Od tego czasu w archiwum WCN przybyło wiele trojaków litewskich z 1584 r. ale na żadnym z nich, na awersie nie ma gwiazdek. Wygląda na to, że udało mi się zdobyć monetę o niedoszacowanej rzadkości.

Zastanawiam się jeszcze, skąd się te gwiazdki wzięły. Na wileńskich trojakach Batorego gwiazdki są na rewersach odmiany V.82.2, na żadnej innej monecie Batorego, nieważne z której mennicy, takiego znaku interpunkcyjnego się nie dopatrzyłem. Zwykle w takich przypadkach mówi się, że użycie nietypowej puncy było spowodowane uszkodzeniem lub zaginięciem właściwej (albo pomyłką), ale ten przypadek wydaje się inny. Najprostszym wyjaśnieniem było by przyjęcie, że człowiek, który wykonał stemple rewersu w roku 1582 zniknął na przeszło rok ze swoim kompletem punc i pojawił się ponownie w roku 1584, przygotował dwa (lub więcej) stemple awersu z gwiazdkami i znów ślad po nim przepadł.
Nie mam monografii mennicy wileńskiej. Nie wiem, czy są w niej na tyle szczegółowe wzmianki, ale mam zamiar sprawdzić to wkrótce - praca Gumowskiego jest dostępna w nieodległej bibliotece. O wynikach poszukiwań, poinformuję.

PS
Ciąg dalszy nastąpił: http://zbierajmymonety.blogspot.com/2016/09/moje-monety-trojak-litewski-1584-ciag.html 



środa, 7 września 2016

Zmiana koncepcji!

Nie, nie, nie - bez obaw.
Hasło "ZBIERAJMY MONETY!" nadal obowiązuje.

W tym roku zmieniłem koncepcję urlopową. Zamiast tradycyjnego, pięciotygodniowego buszowania po okolicach Chojnic, Człuchowa, Charzyków itd. pojechaliśmy tam na zaledwie trzy tygodnie.
Wróciłem, zdałem krótkie sprawozdanie i...

Nie mogę usiedzieć na miejscu. Od tego czasu zdążyłem już:
  • odwiedzić dawno nie odwiedzane góry,
  • sprawdzić jak wygląda zamknięcie sezonu letniego w Charzykowach,
  • urządzić sobie krótką, ale "gęstą" wycieczkę na Słowację.
Po kolei więc.
Najpierw, 20 sierpnia wdrapałem się na Lipowską i kilka innych górek.
 
 
Było pięknie i smacznie.

Później zachciało mi się sprawdzić, jak też wygląda końcówka letniego sezonu w Charzy.
W niedzielę 28 sierpnia, charzykowska promenada mogła konkurować z Krupówkami. Tłok był wszędzie - na plaży, w smażalniach, barach, restauracjach, a nawet w lesie. Grzybiarzy było chyba więcej, niż grzybów. Zostawały tylko takie
Za to już dzień później, w poniedziałek - cud, miód ultramaryna. Pogoda piękna, a ludzi, jakby wywiało. Można było spokojnie, bez narażania życia swojego i innych, przejechać na rowerze całą promenadę nie hamując ani razu. Zastanawiam się, czy nie przesunąć przyszłorocznego urlopu na późniejszą porę.

Trzeciego września wybrałem się za południową granicę. Odstawszy ile trzeba w korkach na zakopiance dotarłem do niewielkiej wioski Vrbow.
Wioska ładna, na horyzoncie niedalekie Tatry (tego dnia, mimo niezłej pogody, kryły się nieśmiało w chmurach), zadbane domy - na oko w co trzecim PRIVAT albo PENZION. Dlaczego?
Przyczyna kryje się w pobliskiej dolinie - Thermal Park Vrbov.
Wymoczywszy i wypływawszy się do oporu, napchałem się miejscowymi specjałami (zemiakové pirohy s bryndzou) - też do oporu mogłem już tylko spać.
Następny dzień przeznaczyłem na objazd nieodległych miasteczek.
Najpierw była Levoča. Miasteczko otoczone murami, słynne ołtarzem mistrza Pawła. Byłem tam już kiedyś, więc tym razem ograniczyłem się do spaceru wzdłuż murów i wałęsaniu się bocznymi uliczkami. Na nich też można ciekawe rzeczy zobaczyć. I stare
 
 i nowe

Kolejnym przystankiem było Spišské Podhradie i górujący nad nim zamek. Zwiedzanie go, to niezła zaprawa. Najpierw trzeba wdrapać się na całkiem spore wzgórze, a potem wędrować po niezliczonych schodach ogromnego zamczyska.
W pierwszą niedzielę miesiąca wstęp na zamek jest bezpłatny. Nie tylko wstęp, ale również pokazy pojedynków i scen rodzajowych z epoki świetności zamku.
Ja większość uwagi poświęciłem zamkowemu muzeum i obecnym w nim akcentom numizmatycznym.
W jaskini pod zamkiem dokonano w 2003 roku makabrycznego znaleziska. Znaleziono szkielet, a przy nim sakiewkę z rzymskimi denarami z I i II w. n.e. - od Wespazjana do Komodusa. Niestety monety nie są eksponowane. Jest tylko taka tablica informacyjna.
Może to i lepiej, bo ekspozycja kolejnych (i jedynych w ekspozycji) monet woła o pomstę do nieba. Tablica informacyjna jest czytela, owszem. Opisano na niej i pokazano celtycką monetę określoną jako monetę kultury puchowskiej (typ spiski). Lud, który bił te monety znany jest też jako Kotynowie, albo Kotyni.
Monety Kotynów umieszczono głęboko w gablocie i oświetlono tak, że równie dobrze można tam było położyć dowolne blaszki z dowolnie wybranej epoki.
Droga z zamku w dół, na parking i dalej w drogę. Kolejny etap był trochę dłuższy, bo prawie sześćdziesięciokilometrowy, drogą przez góry do zamu nad miastem Stará Ľubovňa. Droga, poza kilkukilometrowym fragmentem dobra, choć wąska i pokręcona. Za to widoki! Tyle przestrzeni! W Polsce nawet w Bieszczadach jest więcej śladów ludzkiej obecności, niż tam. Wymarzona trasa dla wprawnych rowerzystów.
O Lubowni już tu wspominałem. W tym roku zamek odwiedziłem.
Miasto wchodziło w skład tzw. zastawu spiskiego. Król Zygmunt z rodu Luksemburgów pożyczył od naszego Władysłąwa Jagiełły 37 tysięcy kop groszy praskich (2.220.000 groszy, około ośmiu ton!). Pieniądze przekazano na zamku w Niedzicy, a zabezpieczeniem pożyczki zostało szesnaście miast spiskich (w tym i Vrbow i Spišské Podhradie - ale bez zamku). W muzeum prezentowane jest faksymile umowy zastawnej.
 Przez wiele lat starostami spiskimi byli Lubomirscy.
Podczas szwedzkiego potopu na zamku w Lubowni ukryto klejnoty koronne polskich królów. W roku 2010 nowosądecki metaloplastyk wykonał ich kopie na podstawie opisów sporządzonych po koronacji S. A. Poniatowskiego. Kopie są prezentowane w jednym z pomieszczeń zamku. Jest to płaszcz koronacyjny Poniatowskiego
 oraz jabłko królewskie, berło i tzw. korona Chrobrego
 Na koniec wpis do księgi gości
i w drogę do domu.

Za kilka dni będzie więcej o monetach. 
Obiecuję.

 




czwartek, 18 sierpnia 2016

Sprawozdanie z urlopu 2016'

Lato w tym roku nie rozpieszcza.
Jeszcze się nie skończyło, ale wiele osób mówiło mi, że mają wrażenie, że nawet się nie zaczęło. Jeżeli już trafi się ładna pogoda, to góra na kilka dni, a potem na zmianę, zimno, mokro...

Ja nie narzekam.
I popływałem, i pojeździłem na rowerze, i pobiegałem.
Nawet sporo grzybów nazbierałem - ususzyliśmy więcej, niż przez ostatnie trzy lata łącznie, a i świeżych się podjadło.
Nawet takie dziwne, fioletowe sie pokazały.
Takich nie zbieram.

Kolejny urlop bez akcentów numizmatycznych. Nie mogłem nie sprawdzić, czy przypadkiem coś się nie zmieniło i czy niedzielne targi staroci pod bramą człuchowską nie przekształciły się w gwarną imrezę z bogatą ofertą.
Jak widać, nie.

Chojnice nadal piękne, czyste, przyjazne.
Charzykowy również, o czym miał okazję przekonać się Pan Robert, autor bloga (a właściwie floga) poświęconego kolejnictwu.
W tym roku wziąłem na wakcje laptopa, dzięki czemu po powrocie nie musiałem spędzać kilku godzin na przeglądanie zaległej poczty i komentarzy na blogu. Jeden z komentarzy umieścił właśnie Pan Robert, który w związku z pobytem w Chojnicach i okolicach postanowił zweryfikować moje doniesienia z ubiegłych lat .
Nie jestem miłosnikiem kolei, może za sprawą kilku podróży pociągiem do Zakopanego odbytych w "luksusowych" warunkach czyli na jednej nodze, na korytarzu w sąsiedztwie niedomykających się drzwi do "toalety". Mimo to z zainteresowaniem przeczytałem kilka ostatnich wpisów na blogu Pana Roberta. Pasja, wiedza, ciekawe zdjęcia - nie miałem pojęcia, że po torach jeździ tak różnorodna menażeria lokomotyw i innych dziwnych pojazdów szynowych.

W chojnickim muzeum też żadnych numizmatycznych nowinek nie zauważyłem. Jest za to ciekawa wystawa czasowa poświęcona Ottonowi Weilandowi, współtwórcy Polskiego Związku Żeglarskiego, "ojcu polskiego żeglarstwa". 
Mam w zbiorach ładne przedwojenne zdjęcie uroczystości Chojnickiego Klubu Żeglarskiego, Weiland powinien gdzieś na nim być.


Przed urlopem (w trakcie też nie) nie  robiłem żadnych numizmatycznych zakupów, więc na poczcie nie czekało na mnie nic ciekawego (poza rachunkami za wodę i prąd).

Polowanie czas więc zacząć.




czwartek, 14 lipca 2016

Historia Magistra Vitae Est.

Historia testis temporum, lux veritatis, vita memoriae, magistra vitae. 

Dlaczego więc się jej nie uczymy?

Jak to się nie uczymy, skoro się uczymy?
Jest w programie szkoły podstawowej od klasy czwartej, jest w gimnazjum, jest w liceum.
Teoretycznie po zakończeniu nauki historii w gimnazjum uczeń:
  • porządkuje i sytuuje w czasie wydarzenia, zjawiska oraz procesy historyczne,
  • ustala związki poprzedzania, równoczesności i następstwa,
  • dostrzega zmiany w życiu społecznym,
  • dostrzega ciągłość w rozwoju kulturowym i cywilizacyjnym,
  • wyszukuje i porównuje informacje z różnych źródeł oraz formułuje wnioski na ich podstawie,
  • w narracji historycznej dostrzega warstwę informacyjną, wyjaśniającą i oceniającą,
  • wyjaśnia związki przyczynowo-skutkowe analizowanych wydarzeń, zjawisk i procesów historycznych,
  • interesuje się przeszłością,
  • zna pojęcia niezbędne do zrozumienia współczesnego życia politycznego, społecznego, gospodarczego i kulturalnego,
  • rozumie i poprawnie interpretuje źródła historyczne,
  • zna dzieje Polski i łączy je z dziejami Europy i świata;
  • zna wkład Polski do kultury europejskiej oraz wpływ Europy na kulturę Polski,
  • okazuje szacunek i przywiązanie do własnego państwa i rodzimej kultury, a także szacunek i tolerancję dla innych państw i kultur,
  • zna i akceptuje wartości ogólnoludzkie, sprzyjające wychowaniu prawego człowieka i aktywnego, świadomego swych praw i obowiązków obywatela,
  •  wyjaśnia znaczenie poznawania przeszłości dla rozumienia świata współczesnego.
Ten katalog umiejętności, które powinien mieć każdy uczeń kończący gimnazjum z pozytywną oceną zaczerpnąłem z PROGRAMU NAUCZANIA HISTORII W GIMNAZJUM W KLASACH I–III Tomasza Małkowskiego i  Jacka Rześniowieckiego.

"Zna dzieje Polski..."
Zna lepiej od niejednego historyka, bo któryż z nich słyszał o Janie III Sasie władającym Polską w roku  1752?

Dobrze, tę aukcję wystawił...
Kto? Nie wiem, nie znam człowieka, ale jest konsekwentny. Sprzedaje też szeląga tego samego władcy (ale z roku 1751).
Dobrze, to aukcja prywatna - komuś znudziło się kolekcjonowanie monet, albo "ma podwójne" - sprzedaje.

Jako że nieustannie staram się uzupełniać moje braki w wykształceniu (nie tylko historycznym), kiedy moje oczy ujrzały te aukcje:

natychmiast wysłałem do sprzedawcy pytanie o źródła, w których mógłbym znaleźć uzasadnienie dla nazwania polskiego szeląga koronnego halerzem saskim, a grosza dwuhalerzem.

O Jana III nie dopytywałem (aukcja prywatna), halerze wystawiła niemała firma numizmatyczna, z dużym dorobkiem i z tego, co wiem z pokaźną biblioteką. Miałem nadzieję, że dowiem się czegoś nowego.

Nic z tego. Jakbym pisał na Berdyczów. Nadal nie wiem skąd pomysł taki, a niewiedza ta trochę mi dokucza.
 
Pamiętam, jak kiedyś kolega naśmiewał się z młodych amerykanów pyszniących się znajomością nazwisk i kolejnością rządów prezydentów USA.
-  Nie mają porządnej, wielusetletniej historii, to i uczą się takich bzdetów.
Zapytałem go o naszych królów i bardzo spokorniał. Dociskany, przyznał, że nie wie czy najpierw był Sobieski, czy może Władysłw IV. Obaj Sasi (na szczęście bez Jana) zlali mu się w jednego - Augusta III Mocnego.
- I co? Może ci Amerykanie nie są tacy głupi wymagając od młodzieży, by wiedziała kto i kiedy nimi rządził?
- Może i nie są.

Coś się ma w naszych szkołach zmienić (podobno). Dzieciaki mają dokładniej poznawać naszą historię (podobno). Mają być dumni z osiągnięć naszych przodków (przynajmniej z niektórych).
Jak będzie?
Źle będzie. Nic nie wskazuje na to, że o przyszłym absolwencie polskich szkół można będzie powiedzieć, że  wyszukuje i porównuje informacje z różnych źródeł oraz formułuje wnioski na ich podstawie, albo że
w narracji historycznej dostrzega warstwę informacyjną, wyjaśniającą i oceniającą.
Obawiam się, że nauka historii zostanie podporządkowana potrzebom bieżącej polityki. Ten kierunek rysuje się w wypowiedziach ministrów, posłów, senatorów...

I co?
I nic.

Zbierajmy monety!

 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Łódź to ładne miasto...

ale nareszcie nie muszę się przez nie przedzierać jadąc w ulubione wakacyjne okolice. Przetestowane w obu kierunkach - jest dobrze. Co będzie, kiedy uruchomią bramki (brrr) - nie wiem.
W każdym razie wszystkim tym, którzy kiedyś psy na ministrze Polu wieszali za pomysł wprowadzenia winiet (jak u obu naszych południowych sąsiadów) życzę, by w sezonie urlopowym przynajmniej raz w tygodniu musieli odstać godzinkę przy wjeździe i druga przy zjeździe z naszej "bursztynowej".

A kiedy mnie w domu nie było, poczta nie próżnowała i dostarczyła to brzydactwo,
z którego bardzo, bardzo się ucieszyłem i to mimo tego, że mam identyczny (bo spod tych samych stempli), a lepiej zachowany egzemplarz.
Skąd radość?
To powiedzcie kochani, ile widzieliście dziesięciogroszówek 1838 z G z szeryfem???

Ja, poza moimi - ANI JEDNEJ!

Inną charakterystyczną cechą tego wariantu są ślady poprawiania liter w znaku mennicy:
 
Ciekawe, czy awers z tymi poprawkami pojawia się na innym wariancie tej monety (to nie musi być ten sam rocznik!).

Printfriendly