Google Website Translator Gadget

niedziela, 2 kwietnia 2017

Zagadkowa niedziela

Szczecin, Królewiec, Gdańsk, Drezno - co łączy te miasta?
Łatwizna, powiecie, w każdym z nich była kiedyś mennica. To oczywiste. Co jeszcze? W każdej z tych mennic bito monety przeznaczone do obrotu w Polsce (albo, jak to się mówi "monety z Polską związane"). To równie oczywiste, a skoro takie oczywiste, to gdzie tkwi haczyk?
Znalazłem go trochę nieoczekiwanie, poszukując informacji o autorach stempli pruskich falsyfikatów polskich monet bitych w czasie wojny siedmioletniej. Wykaz rytowników stempli mennicy drezdeńskiej bez trudu można znaleźć w niemieckiej Wikipedii.
https://de.wikipedia.org/wiki/M%C3%BCnzst%C3%A4tte_Dresden#M.C3.BCnzgraveure_der_M.C3.BCnzst.C3.A4tte_Dresden_.28unvollst.C3.A4ndig.29
Te nazwiska znam od dawna. I z nimi łączy się wiele zagadek, bo nie mamy na przykład pewności, czy J. F. Stieler po powrocie z Gubina do Drezna pracował na rzecz pruskich dzierżawców mennicy. Próbując to ustalić, przeszukiwałem zasoby bibliotek cyfrowych. Żmudna praca, dodatkowo utrudniona tym, że większość potencjalnych źródeł informacji, to publikacje niemieckie, w tym dziewiętnastowieczne (i starsze) drukowane "szwabachą". Żmudna, ale owocna. Pod warunkiem, że ma się dobre pomysły na słowa kluczowe dla wyszukiwarek, a dokładniej mówiąc nie na słowa kluczowe, tylko ich powiązanie. Same hasła typu "mennica", "Drezno", "stempelschneider" dają nadmiar wyników. Te stają się interesujące tylko gdy słowa kluczowe pojawią się w odpowiednim, wspólnym kontekście.
I tak dotarłem do książki Tassilo Hoffmanna o przydługim tytule "Jacob Abraham und Abraham Abramson : 55 Jahre Berliner Medaillenkunst 1755 - 1810".
Oto, czego się z niej dowiedziałem.
Jacob Abraham urodził się w roku 1723 (lub 1722, jak podają niektóre źródła) w Strelitz w pochodzącej z Rosji rodzinie tzw. hofjuden - Żydów dworskich.
Określano tak żydowskich finansistów i kupców związanych z władcami niemieckich państw. Ze względu na swoją użyteczność dla władcy, hofjuden nie podlegali ani jurysdykcji państwowej ani sądownictwu rabinackiemu. Byli równie mocno uzależnieni od "swojego pana", jak on od nich.
Jacob Abraham jako trzynastolatek rozpoczął naukę zawodu w... Lesznie. Nie mamy pewności, czy piszący o rosyjskim pochodzeniu rodziny Abrahama nie powinni raczej pisać o pochodzeniu polskim - pisali w czasach gdy Polski nie było na mapie, a jej część, w której Żydów było najwięcej pozostawała pod władzą Rosji. 
Uczył się w Lesznie (Lissa) - u kogo??? - rzeźby w kamieniu i grawerstwa. Szybko dał się poznać, jako zdolny wykonawca gemm. Nietypowe było tylko to, że o ile rzeźbił wspaniale o tyle nie był dobrym projektantem. Spod jego ręki wychodziły świetne dzieła zaprojektowane przez kogoś innego - był wykonawcą, nie twórcą.

W roku 1750 znajdujemy Jacoba Abrahama w gronie pracowników królewskiej mennicy w Berlinie. Był to czas wprowadzania 14-talarowej stopy menniczej Graumanna, co wiązało się z koniecznością wykonania dużej ilości nowych stempli. Wiele z nich wykonał Abraham. Krótko potem oberfałszerz Fryderyk II nakazał uruchomienie mennicy w Szczecinie. Dyrektorem został przysłany z Berlina Eimbke, a królewskim medalierem i grawerem stempli Jacob Abraham. Mennica ruszyła w 1753 i produkowała przede wszystkim monetę pruską, ale też pozwolono na bicie w niej monet pod stemplem polskim. Te nakazano puszczać w obieg wyłącznie w Rzeczpospolitej i w Prusach Wschodnich. Rok później urodził się najstarszy syn Jacoba Abrahama, Abraham znany jako Abraham Abramson, który odziedziczył zdolności po ojcu i kontynuował jego pracę w mennicach pruskich.
W Szczecinie Jacob Abraham wykonywał stemple zdawkowych monet pruskich oznaczanych literą G oraz stemple wspomnianych monet polskich.
W marcu 1754 r. nakazano zamknięcie mennicy szczecińskiej (na skutek podejrzeń, że bito w niej monety pruskie w ilości przekraczającej ustalenia kontraktu, na dodatek ze srebra zaniżonej próby. W 1755 nakazano wycofanie tych monet z obiegu. Abraham wrócił do Berlina, skąd szybko przeniósł się do Królewca. Tamtejsza mennica również zasłynęła produkcją monet Prus Wschodnich ale przeznaczonych do obrotu z Polską - oczywiście o próbie niższej, niż nakazana.W styczniu 1758 r. Królewiec zajęli Rosjanie i rozpoczęli bicie własnej monety dla Prus. Abraham wyjechał do Gdańska - co tam robił, nie wiemy. W Gdańsku odnaleźli go przedstawiciele spółki Gumperts, Isaak & Itzig dzierżawiącej między innymi mennicę drezdeńską. Abraham zajmował się w niej stemplami 4- i 8-groszówek bernburskich (Fryderyk fałszował nie tylko polskie monety). Czy przykładał rękę i do stempli monet polskich, nie wiemy.
W 1759 Drezno zajęły wojska austriackie, Abraham wrócił do Berlina, najpierw do nowej mennicy, w której wykonał stemple do bicia polskich augustdorów, w których złota było na lekarstwo - zamiast próby 23-karatowej miały ledwie 16-karatową. Krótko po tym został zatrudniony w miejscu, w którym zaczynał karierę, w starej mennicy berlińskiej. Pozostał w niej do końca życia w roku 1800. Wykonywał stemple do bicia monet i medali. Między innymi stemple medalu na 500-lecie Królewca i medali upamiętniających bitwy wojny siedmioletniej - Rossbach, Sarbinowo, Legnica, Torgau, a także stemple akademickich medali nagrodowych.
Najbardziej znanym stemplem monetarnym Jacoba Abrahama jest stempel talarów pruskich
pruski bancotaler z 1765 r. mennica w Berlinie, źródło - Wikipedia

Jak przyznał to syn Jacoba, Abraham Abramson, rewers tego talara nie był oryginalnym projektem ojca. Jacob Abraham wykorzystał pracę znakomitego szwajcarskiego medaliera Johanna Karla von Hedlinger (1691—1771), autora medalu na pokój rosyjsko-turecki w 1739 r.
Nieprzypadkowe jest odwrotne ułożenie głównego motywu orła. Jak już wspomniałem, Abraham był świetnym wykonawcą, odtwórcą. Widocznie łatwiej było mu przenieść rysunek medalu Hedlingera bezpośrednio na stempel, niż rytować obraz w lustrzanym odbiciu.
Abraham Abramson pod tym względem przewyższał ojca. I on korzystał z rysunków innych twórców, na przykład Gdańszczanina, Daniela Mikołaja Chodowieckiego, ale większość z licznych medali, których stemple wykonał, zaprojektował sam.

Na koniec jeszcze jedna zagadka, kryminalna.
Jak myślicie, czy półmetrowej średnicy, trzycentymetrowej grubości, stukilogramowy krążek (???) złota nazywany monetą, który zniknął niedawno z wystawy w muzeum Bodego, nadal ma ten sam kształt? Nadal jest w menniczym stanie zachowania?
Stawiam złoto przeciw orzechom, że dawno skończył w tyglu, a rozważania w jaki sposób wyniesiono go przez okno z berlińskiego muzeum, są akademickimi spekulacjami. Wyrzucono toto przez okno na torowisko, zapakowano na wózek i wywieziono nie troszcząc się o zarysowania i skaleczenia, dbając tylko o to, by rabunek ukończyć jak najszybciej i by nikt niczego nie zauważył.

piątek, 17 marca 2017

Następnym razem...

Najpierw skończyła się ta aukcja
Trzysta pięćdziesiąt groszy Augusta III. Bez bicia przyznaję, że miałem w niej ustawiony limit. Snajper nawet nie miał okazji odbezpieczyć karabinu - odpadłem w okolicach Dnia Kobiet.
Limit nie był wysoki, bo ze zdjęcia wynikało, że są to monety z ziemi (a więc w większości słabo zachowane), a na dodatek nie ze znaleziska gromadnego (skarbu) tylko wykopywane pojedynczo. Gdyby ktoś się zastanawiał, skąd to wiem - wystarczy popatrzeć, każda moneta inaczej spatynowana; na pewno nie z jednego garnka.
Niespecjalnie mi zależało, niespecjalnie żałuję przegranej.

Następnego dnia kończyła się inna aukcja
Fałszywy grosz Augusta III. Z epoki oczywiście. Na tej monecie bardziej mi zależało - limit był wyższy, niż za 350 groszy oryginalnych, ale i tak okazał się za niski.

Książkę o miedziakach Augusta III kończę. Skończę, wydam, odpocznę i zajmę się czymś nowym, ale tym razem będzie inaczej.
O tym, czym się zajmuję, będę wiedział tylko ja.




poniedziałek, 13 marca 2017

LAST MINUTE OFFER


"VÄLKOMMEN TILL MYNTKABINETTET"
Żeby usłyszeć to powitanie, musicie się pospieszyć. Jedno z większych europejskich muzeów numizmatycznych zapowiedziało przerwę w działalności wystawienniczej. Chodzi o niemal pięćsetletni królewski gabinet numizmatyczny w Sztokholmie, który od 1 kwietnia 2017 zacznie stopniowo zamykać swoje wystawy. 20 sierpnia muzeum zostanie całkowicie zamknięte. Powód jest prozaiczny - pieniądze. Dotychczasowa siedziba jest własnością prywatną i koszty jej wynajmu na cele muzealne stały się zbyt wielkie. Gabinet ma zostać przeniesiony do budynku zajmowanego obecnie przez Muzeum Historii Szwecji (ul. Narvavägen). Przewidywany termin uruchomienia w nowej siedzibie, to rok 2019.
Sztokholmski gabinet numizmatyczny zgromadził ponad sześćset tysięcy obiektów - monet, banknotów, żetonów, papierów wartościowych itp. Jego początki sięgają szesnastego wieku. Kolekcja powstała za panowania Jana III Wazy (ojca naszego Zygmunta III). Początkowo gromadzono w niej monety, które miały dowodzić prawa Szwecji do posługiwania się herbem z trzema koronami. Najstarszy zachowany inwentarz kolekcji pochodzi z roku 1630 i obejmuje zaledwie 57 monet i medali.

Nigdy nie miałem okazji do odwiedzenia sztokholmskiego muzeum numizmatycznego i w tym roku na pewno tego nie zrobię, ale nie wykluczam, że po otwarciu nowej siedziby, wybiorę się na północ. Zdjęcia, które można zobaczyć na stronach muzeum robią duże wrażenie.

W tym roku planuję inną wycieczkę numizmatyczną, na południe. Plan minimum, to pałac arcybiskupi w Kromieryżu z krótkim przystankiem w Kremnicy (dla odświeżenia wspomnień). Dlaczego Kromieryż? Notatka w Wikipedii wspomina o "bogatym zbiorze numizmatycznym" i już to powinno wystarczyć. Wisienką na torcie są nie monety, tylko urządzenia do ich produkcji. Z różnych internetowych źródeł dowiedziałem się, że na tamtejszej wystawie można zobaczyć między innymi "taschenwerki", które wyewoluowały z pras walcowych - stemple ryte na powierzchniach walców zastąpiono wymiennymi wkładkami mocowanymi w walcach. Te maszynki były mniej wydajne od pras walcowych, bo jeden ruch dźwigni tłoczył jedną monetę, ale były ekonomiczniejsze w użyciu. Uszkodzenie jednego stempla nie powodowało konieczności wymiany całego wałka z kilkoma stemplami.
Plan maksimum obejmuje dodatkowo Das Wiener Münzkabinett, który kiedyś polecał na swoim blogu Damian Marciniak.
Pożyjemy, zobaczymy.


poniedziałek, 6 marca 2017

Wiem, że nic nie wiem...

Świadom jestem, że macie już dość mojej obsesji (?), stałego wałkowania tematu miedziaków koronnych Augusta III. Też powoli zaczynam mieć już tego dość.
Pomijając sprawy poza numizmatyczne, bo i takie są na świecie, król August et consortes są głównymi winowajcami ostatnich zaniedbań na blogu. Z tym koniec. Blog to blog - musi żyć swoim życiem, a miedziaki Wettyna, swoim.
Zanim do tego dojdzie, podzielę się z Wami pewnymi przemyśleniami natury historycznej i ogólnej.

Wydawało mi się, że częściowo, bo częściowo, ale udało mi się uporządkować stan wiedzy o szelągach i groszach koronnych Augusta. Przypadek (Nie ma przypadków, Panie Doktorze!!!) sprawił, że poprzednie zdanie musiałem zacząć od "Wydawało mi się....".
A było to tak. Ktoś na forum internetowym zapytał o monetę, którą zdobył do swojej kolekcji; ktoś niezbyt dokładnie odpowiedział; zabrałem głos w dyskusji, przedstawiając swój punkt widzenia na pochodzenie tej monety na co odezwał się ktoś, kto ma na ten temat pogląd odmienny. Wywiązała się długa polemika, nie zawsze klarowna, bo pełna nieoczekiwanych zwrotów (by czytać dyskusje na tym forum, trzeba się zarejestrować - gwarantuję, że warto, nie tylko ze względu na wspomnianą polemikę). O ile mój adwersarz (Pozdrowienia!) zdaje się być całkiem pewny swoich tez, to mój aktualny pogląd na temat miejsca bicia miedziaków koronnych Augusta III sprowadza się do sokratejskiego "wiem, że nic nie wiem". No może nie całkiem nic, ale wiem, że nie wszystko, co wydawało mi się oczywiste, jest takim w rzeczywistości. Wszystko przez Wettynów z linii albertyńskiej.

Najpierw jeden z nich uznał, że władanie Saksonią i bycie jednym ze świeckich elektorów Świętego Cesarstwa Rzymskiego, to za mało. Skorzystał z okazji stworzonej przez wolną elekcję na polski tron i do bogatej i świetnie zorganizowanej Saksonii dodał wielką, żyzną Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Łatwo nie było, ale się udało i to do tego stopnia, że i jego syn zasiadł na polskim tronie. I po co im (i nam) to było?
Dziwne to było stulecie, ten wiek osiemnasty. Wiek oświecenia, wiek rozkwitu filozofii i nauk ścisłych, ale i wiek wielkich zmian na mapie świata, mapy Polski nie wyłączając. Mieli obaj Augustowie dość cyniczny stosunek do sprawowania rządów w Polsce. Ich działania sprowadzały się głównie do jak najsprawniejszego przysparzania sobie korzyści. Nie Saksonii, nie Polsce, tylko sobie. Nie można zaprzeczyć, że przy okazji oba kraje też wiele skorzystały. Największe profity osiągali jednak władcy i ich współpracownicy - jednostki, które w mniejszym lub większym stopniu wpłynęły na Historię.

Przedmiot mojego "sporu" z R. Janke to "zasługa" królewskiego oberministra Henryka Brühla, jego w pewnym okresie sekretarza Piotra Gartenberga, podskarbiego wielkiego koronnego Teodora Wessela i w końcu (co nie znaczy, że najmniej "zasłużonego") pruskiego króla Fryderyka II Wielkiego. Najpierw August III ze swoim ministrem uruchomili produkcję miedzianego pieniądza dla Polski. Król złamał przyrzeczenie zapisane w Pacta Conventa, ale przecież nie takie przyrzeczenia łamano dla pieniędzy znacznie mniejszych i powodów błahszych. Gartenberg pierwotnie był tylko jednym z trybików tej operacji. Później, kiedy odpowiednio się już wzmocnił został może nie dyrygentem, ale na pewno wybitnym solistą. Cała trójka, panowie B. G. i W. robili co mogli aby i król miał korzyść z produkcji monety dla Polski i oni sami osiągali co najmniej takie same korzyści. Nie dość, że wpływali na ordynacje mennicze, że kontrolowali produkcję pieniądza w mennicach Saksonii, że dbali prośbą, groźbą i przekupstwem, by te pieniądze trafiały na polski rynek, to jeszcze według wszelkich znaków na Niebie i Ziemi, zorganizowali swoją prywatną mennicę w starostwie spiskim. 

Już to wystarczyłoby, żeby nie było łatwo ustalić gdzie, które monety bito. Żeby było jeszcze trudniej, swoje dołożył Fryderyk Wielki. W 1756 zaatakował Saksonię, wszczynając wojnę siedmioletnią. Wojna ogarnęła pawie całą Europę i za szyderstwo losu poczytać można, że Polsce największe straty poniosła nie z powodu działań militarnych, tylko przez bezprecedensowy, co do wielkości, zamach na jej system pieniężny. Wojenny bałagan sprawił, że tylko osoby bezpośrednio związane z produkcją spodlonego polskiego pieniądza wiedziały kto, gdzie, ile i jakie monety bił, dbając przy tym, by ta wiedza nigdy nie stała się zbyt powszechna. Wędrował personel mennic (ze swoimi narzędziami), wędrowały maszyny, gotowe stemple... W rezultacie jest bardzo prawdopodobne, a czasem całkiem pewne, że monety z wszelkimi cechami charakterystycznymi dla pewnej mennicy okazują się produktami mennicy zupełnie innej. Stąd w polskiej literaturze numizmatycznej, od samego początku, od przełomu XVIII/XIX wieku tyle przekłamań i sprzecznych informacji o szelągach i groszach koronnych Augusta III. Stąd nasze dzisiejsze trudności w uporządkowaniu tematu.

Jak więc mamy się dziś w tym wszystkim połapać? Jak rozstrzygnąć, gdzie, co bito? Możemy tylko próbować, posiłkując się podobieństwami różnych wyrobów mennic i manierą rytowników stempli. Zawsze jednak bliżej temu będzie do intuicyjnych prób odgadnięcia rozwiązania zagadki niż do naukowej analizy. 

Może to, co napisałem wyglądać pesymistycznie, ale tak nie jest. Wykształcono mnie, wpajając zasadę, że z faktami się nie dyskutuje. Druga zasada jest nie mniej ważna (a może nawet ważniejsza) - trzeba umieć odróżnić fakty od ich interpretacji. Faktem jest na przykład, że pewne fragmenty dwóch różnych monet wyglądają identycznie. Interpretacją (wnioskiem) jest twierdzenie, że wobec tego monety te wybito w tej samej mennicy, albo, że stemple do nich wykonał ten sam człowiek, ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jedno nie musi pociągać za sobą drugiego i że możliwe są jeszcze inne interpretacje. Bytów oczywiście mnożyć nie należy i zwykle najbliższe prawdy jest rozstrzygnięcie najprostsze. Niestety i to może okazać się złudne, bo sytuacja w latach 1756-1763 zmieniała się, jak w kalejdoskopie, miasta i mennice przechodziły z rąk do rąk, a wszystkim rządziła żądza bogactwa. 

Jak bardzo by to pesymistycznie nie brzmiało, zapewniam, że książka, którą zacząłem pisać powstanie. Nie przedstawię w niej jednak jednej, jedynie słusznej prawdy objawionej, bo ani takiej nie poznałem, ani takiej ambicji nie mam. Pokażę różne punkty widzenia. Przedstawię ich uzasadnienia. Pokażę jak najwięcej odmian i wariantów szelągów i groszy trzymając się zasady, że informacje o nich muszą być potwierdzone w co najmniej dwóch źródłach. Nie uważam, że pokazanie gdzieś w internecie jednego zdjęcia dowodzi istnienia odmiany/wariantu.
Nawet tak niedoskonałe opracowanie będzie czymś lepszym, niż lekceważące pomijanie trudnego tematu, z jakim mamy do czynienia od dwustu pięćdziesięciu lat. 

Na dowód, że miedziaki Augusta III nie przesłoniły mi innych monet, pochwalę się świeżo kupionym szelągiem Zygmunta III
Szeląg ryski z 1612 roku z pełną datą na rewersie. Na awersie legenda kończy się bardzo nietypowo: RE POL. Takiego wariantu napisowego nie znalazłem w "nowym" Kopickim. Przy odmianie z pełną datą (nr 1386 R1) jest informacja, że istnieją odmiany, ale brak informacji o różnicach między nimi. Mała ciekawostka, a cieszy.

piątek, 17 lutego 2017

Katalog monet Królestwa Polskiego 1917-1918 na ebookpoint.pl

Od kilku lat jedynym miejscem, gdzie można było kupić moje katalogi był serwis Scribd. Niedawno serwis ten przekazał mi niemiłą informację:
We’re writing to let you know that Scribd is officially closing its Document Store on March 1, 2017.
The Document Store is closing because Scribd has been moving in a new direction for the past several years, and closing the store is a continuation of that long process. We are dedicating ourselves to bringing our members top-quality content through a subscription and, as such, the Document Store no longer fits with our business model.
Nie, to nie. Mówi się trudno.
Po mozolnym przeszukiwaniu innego serwisu oferującego podobne możliwości zdecydowałem się na współpracę z EBOOKPOINT.PL

Na pierwszy ogień poszła część pierwsza, czyli katalog Królestwa Polskiego 1917-1918.
Od dzisiaj jest dostępny tu
http://ebookpoint.pl/ksiazki/specjalizowany-katalog-monet-polskich-xx-i-xxi-w-krolestwo-polskie-1917-1918-jerzy-chalupski,s_002c.htm
Zainteresowanych zapraszam na zakupy.

Uzupełnienie: 18.02.2017
Jak szaleć, to szaleć, część druga też jest już na ebookpoint.pl
http://ebookpoint.pl/ksiazki/specjalizowany-katalog-monet-polskich-xx-i-xxi-w-ii-rzeczpospolita-generalne-gubernatorstwo-1918-jerzy-chalupski,s_002d.htm#format/e

Uzupełnienie 21.02.2017
Na Ebookpoint.pl jest już komplet katalogów.

czwartek, 16 lutego 2017

Wypatrzyłem, zalicytowałem, kupiłem

Sześć lat temu umieściłem na blogu wpis o awersach monet Królestwa Polskiego od roku 1835.
Wśród wielu zdjęć pokazałem, jak przedstawiano na monetach order świętego Apostoła Andrzeja Pierwszego Powołańca.
To fragment awersu dziesięciogroszówki, ale na pięciogroszówkach ten fragment, choć z konieczności mniejszy, wygląda podobnie. Na roczniku 1840 na przykład tak.
Na pięciogroszówce z roku 1839, którą mam w zbiorze od kilku lat ten fragment też jest podobny.
Przypomnę może, jak ma wyglądać ten order. Otóż jego odznaką jest złoty dwugłowy orzeł rosyjski pokryty czarną emalią. Na piersi orła niebieski krzyż świętego Andrzeja z postacią ukrzyżowanego apostoła w naturalnych kolorach, ze złotą opaską na biodrach. Na ramionach krzyża łacińskie litery S.A.R.P. (Sanctus Andreas Russiae Patronus). Na monetach ani św. Andrzeja, ani przepaski na jego biodrach, ani tym bardziej liter na ramionach krzyża nie zobaczymy, nawet gdyby były w stanie menniczym. Wyraźnie jednak widać, że skrzydła orła  składają się z kilku piór.

Kilka dni temu, przeglądając kończące się aukcje na Allegro zauważyłem takie zdjęcie awersu pięciogroszówki z 1839 r.
W tej sytuacji nie mogłem nie zalicytować.
Udało się. Dziś moneta trafiła do mnie. Z bliska wygląda tak
a kluczowy dla niniejszego wpisu fragment, tak
Piór brak. Rytownik uznał, że orle skrzydła można zastąpić trójkątem. Myślał pewnie, że na takim maleństwie i tak tego nikt nie zauważy.

Może to i dzielenie włosa na czworo, może to właśnie przykład na "Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich", ale dla mnie wypatrywanie takich smaczków, to esencja kolekcjonowania monet.

Teraz nastąpi nagła zmiana tematu. Czy znacie tę panią?
Nie sądzę. Ja zobaczyłem to zdjęcie całkiem niedawno. Jest na nim Beth Deisher, która przez 27 lat była wydawcą Coin World. Teraz, już jako emerytka (ale stale aktywnie zajmująca się numizmatyką) została szefową Anti-Counterfeiting Task Force, komitetu mającego zająć się mobilizacją sił i środków w celu zapewnienia integralności amerykańskiego systemu pieniężnego. Komitet ma też prowadzić szkolenia dla urzędników na temat powodowanych obrotem fałszywymi monetami kolekcjonerskimi i bulionowymi zagrożeń  dla kolekcjonerów i ogółu społeczeństwa. 

Przypuszczam, a nawet jestem pewien, że i w Polsce przydała by się podobna akcja, bo nie spotkałem się z żadnym oficjalnym odzewem naszej administracji państwowej, kierownictwa Narodowego Banku Polskiego ani Mennicy Polskiej SA na wprowadzanie do obrotu kolekcjonerskiego (czy tylko kolekcjonerskiego???) dwuzłotówek GN. Monet, formalnie rzecz biorąc,  obiegowych. 
Na profilu Antykwariatu Numizmatycznego na FB pojawiło się ostrzeżenie:
UWAGA NA FAŁSZYWE 2 złotówki Golden Nordic!
Ostatnio mieliśmy przyjemność prezentować w materiale TVN24 jak na monetach 2 złote można zarobić, teraz pokazujemy jak można stracić.
Klient przyniósł do wyceny dwie monety - 2 złote Zygmunt August, na pierwszy rzut oka prawidłowe. Jak się okazało nawet te numizmaty są fałszowane a nieoryginalne egzemplarze łatwo kupić na pewnym znanym portalu z wyrobami z Chin.
RADZIMY UWAŻAĆ!
Nie jest tajemnicą, który portal jest dostawcą tych falsyfikatów
nie jest też tajemnicą, że wśród nabywców dominują nasi rodacy
Tajemnicą, przynajmniej dla mnie, pozostaje brak właściwej reakcji aparatu ścigania. O ile w przypadku afery sprzed kilku lat - przypomnę, chodziło o produkowanie w warszawskiej mennicy "prób" monet obiegowych - interpretowanie zjawiska jako wprowadzania fałszywych monet do obiegu ocierało się o absurd, tym razem można wytoczyć armaty. Choć nigdy nie uważałem tych monet (GN) za sensu stricto obiegowe, to z formalnego punktu widzenia mamy do czynienia z produkowaniem fałszywych polskich monet przez zagranicznych przedsiębiorców i wprowadzaniem tych falsyfikatów do obiegu w naszym kraju.

A na to są paragrafy.






piątek, 10 lutego 2017

Mało casu kruca bomba!....

Jeszcze mam w uszach sylwestrowe fajerwerki i korki od szampana a tu już prawie połowa lutego za nami.

Pod poprzednim wpisem pojawiło się ponaglenie, łagodne (na razie) przypomnienie, że należało by tu coś nowego napisać, najlepiej o nowych numizmatycznych nabytkach. Chętnie bym o nich napisał, gdyby było to coś innego niż...
Mało efektowne monety, nieprawdaż? Ale co robić, kiedy w takiej, było nie było masówce, zobaczy się coś, czego w zbiorze brak. Ten na przykład szeląg 1752-V (lewy, dolny róg) ma wykończenie tarczy herbowej inne, niż na egzemplarzach, które miałem wcześniej.

W ogóle, te moje ostatnie zakupy jakieś monotematyczne
Za szesnaście złotych (w tym koszty przesyłki!) kupiłem Roczniki Historyczne sprzed czterdziestu lat. Kupiłem dla jednego w nich tekstu autorstwa Joerga Hoenscha (z Saarbruecken). Kapitalny artykuł, którego autor częściej chyba  sięgał do zasobów Biblioteki Czartoryskich, niż do archiwum drezdeńskiego. Czyżby PRL był łaskawszy niż NRD dla badaczy z RFN? Nie jest to może lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale dla kogoś zainteresowanego wydarzeniami drugiej połowy XVIII wieku po prostu porywająca. A na dodatek, w przypisach pojawiają się tytuły kolejnych dzieł, których nie znam, a po których można się wiele spodziewać. 

Czas zajmuje mi też przeglądanie internetowych aktualności i nie tylko aktualności. Odkryłem na nowo forum http://forum.castlecoins.ru.
Na nowo, bo kiedyś dość często tam zaglądałem, ale z jakiegoś powodu link przepadł w zakładkach odłożonych ad Calendas graecas. A szkoda, bo jest tu mnóstwo bardzo ciekawych dyskusji. Na przykład długi wątek o kropkach centrujących na monetach nowożytnych, czyli temat, który pojawił się też przy okazji dyskusji o boratynkach na forum poszukiwaczy skarbów.

Regularnie zaglądam na stronę http://www.przegladnumizmatyczny.pl w nadziei, że znajdę na niej rzeczy obiecane w ostatnim, ubiegłorocznym numerze Przeglądu. Jak na razie nic się tam nie dzieje, a czas płynie, płynie, płynie.

To wszystko drobiazgi. Głównym pożeraczem mojego wolnego (teoretycznie) czasu jest opracowanie miedzianych monet koronnych Augusta III i związane z nim zadanie domowe, które sam sobie zadałem. Dyskusja u Poszukiwaczy Skarbów zaczęła się całkiem przypadkowo, ale rozwinęła burzliwie, niestety jak na razie brak jej solidnego podsumowania. Pracy i czasu poświęconego tej dyskusji absolutnie nie żałuję, bo jest to coś co na pewno pomoże w pracy nad miedziakami Otyłego.

Zaczynam też powoli myśleć nad formą publikacji tej pracy. Pozytywne w sumie doświadczenia z dystrybucją katalogów przez serwis Scribd kierują mnie w stronę publikacji cyfrowej. Tyle tylko, że lepszy chyba był by dystrybutor krajowy, a najlepszy taki, który udostępniał by oprócz cyfrowej formy (e-book) również druk na żądanie. Testuję kilka rozwiązań znalezionych w sieci, co niestety też pożera czas, bo jak się okazuje, publikacje przeznaczone do tego rodzaju dystrybucji muszą być inaczej formatowane i redagowane. Niestety nie wchodzi tu w grę format pdf, który wydawał mi się najodpowiedniejszy dla katalogów. Typowe e-booki dobrze sprawdzają się w przypadku beletrystyki, gorzej to wygląda, kiedy w tekście jest dużo ilustracji i tabel, które nie powinny przypadkowo zmieniać miejsca i rozmiaru.Chyba najpierw przetestuję to na pierwszej części katalogu specjalizowanego (Królestwo Polskie 1917-1918) - przy okazji zmieniając numer wydania na 4 (okazuje się, że nawet w tak intensywnie eksplorowanym temacie nadal co pewien czas pojawia się coś nowego).

Muszę też uzupełnić katalog obiegówek III RP. Od tego roku mamy przecież nowy wzór rewersów awersów. I znów jeden wieczór z głowy.

I tak mijają dzień za dniem, tydzień za tygodniem. W najbliższym czasie postaram się o częstsze wpisy na blogu,  ale raczej nie liczcie Państwo na wielostronicowe, bogato ilustrowane wpisy.
Mało casu kruca bomba!....

wtorek, 17 stycznia 2017

Miedziaki koronne Augusta III - Dramatis personæ

W roli głównej, król
August III Sas (Fryderyk August Wettyn)

Muzeum Narodowe w Gdańsku
fotografia autora

Augustus III, Dei Gratia Rex Poloniae, Magnus Dux Lithuaniae, Russiae, Prussiae, Masoviae, Samogitiae, Kijoviae, Volhyniae, Podoliae, Podlachiae, Livoniae, Smolensciae, Severiae, Czerniechoviae, nec non hereditarius Dux Saxoniae Princeps et Elector etc.
a po naszemu August III, z Bożej łaski król Polski, wielki książę litewski, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podolski, podlaski, inflancki, smoleński, siewierski, czernihowski, a także dziedziczny książę saski i książę-elektor etc.

Podobno (tak twierdził Konopczyński, a może Kraszewski???), co rano król zadawał pytanie
- Brühl, hab'ich Geld?
na które zawsze słyszał w odpowiedzi
- Ja, Majestät.
I w ten elegancki sposób pojawia się osoba numer dwa - najważniejszy minister Augusta III, Heinrich von Brühl.
By Louis de Silvestre - www.wilanow-palac.pl, 
Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=12244132

To z jego poduszczenia August III miał zdecydować się na uruchomienie bicia pieniądza dla Polski wbrew Pacta Conventa, bez zgody Senatu Rzeczpospolitej. Rola ministra Brühla nie miała się ograniczyć do tylko inspiracji. Brühl najprawdopodobniej posunął się do bicia polskiej monety na własny (ze wspólnikami oczywiście) rachunek. Najprawdopodobniej odbywał się to na Spiszu, w Lubowli. Na uboczu, de facto, poza granicami Rzeczpospolitej, bez większych przeszkód, bo po śmierci królowej Marii Józefy to Brühl objął Starostwo Spiskie. Formalnie, bo już wcześniej sprawował tam rzeczywistą  władzę. Nie brakowało mu więc okazji by wykorzystać bliskość kopalń miedzi i srebra oraz chłonność rynku Rzeczpospolitej, potrzebującego pieniądza.

Ponieważ ograniczam się do monet miedzianych, następną osobą którą należy tu wymienić jest Friedrich Wilhelm ô Feral. W roku 1749 jednocześnie mincmistrz drezdeński i generalny probierz Saksonii. Jego inicjały pojawiają się na polskim srebrze bitym w Saksonii, na miedziakach nie, choć te pierwsze - szelągi z rocznikami 1749 i 1750 - wybito w Dreźnie. Nie dziwmy się, bo czy było by rozsądne firmowanie własnym nazwiskiem nie do końca legalnego przedsięwzięcia? Pierwsze szelągi zaprojektowali Christian Sigismund Wermuth i Johann Wilhelm Höckner. Wermuth, był synem najznakomitszego chyba saskiego medaliera Christiana Wermutha. Urodzony w Dreźnie w 1710 r. dożył sędziwego, jak na owe czasy wieku 81 lat. Nie zapisał się w historii, jako wielki medalier, przypisuje mu się jeden tylko medal upamiętniający brunszwicki kongres pokojowy z roku 1715 - medal powstał oczywiście znacznie później. To Wermutch właśnie wykonał stempel próbnego szelaga z 1749 r. Wykonawcą produkcyjnych stempli szelągów z roku 1749 był Höckner, uczeń (jeden z wielu) Christiana Wermutha.  Główny okres jego działalności przypadł na lata 1702-1733. Polskie szelągi były być może jego ostatnią pracą. Zmarł w roku 1749. W roli rytownika stempli polskich szelągów zastąpił go Carl Christoph Pribus, o którym niewiele wiadomo, poza tym, że pracował w mennicy drezdeńskiej aż do śmierci w roku 1787.

Kolejną osobą, o której powinienem wspomnieć jest Johann Gotthelf am Ende, zarządca (faktor) mennicy w Gruntalu. Am Ende nie zatrudniał własnego medaliera. Stemple szelągów bitych w jego mennicy powstawały w Dreźnie. Ich autorem był wspomniany wyżej Pribus. To tłumaczy stylistyczną jednorodność szelągów drezdeńskich (1749 i 1750) i późniejszych, gruntalskich (1751-1755).
Pracownikiem odpowiedzialnym bezpośrednio za produkcję monet był Johann Friedrich Renner, wcześniej pracujący w Dreźnie. 
Wbrew powszechnemu (w Polsce w każdym razie) przekonaniu, że Gruntal bił polskie szelągi tylko do roku 1755, do produktów tej mennicy musimy dopisać grosze. Pisałem o nich bardzo niedawno. Zanim do tego doszło, jeszcze w roku 1756, tajny rozkaz króla polecił pewnemu obrotnemu człowiekowi uruchomić dopiero co zamkniętą mennicę w Gruntalu i wybić w niej partię szelągów z wsteczną datą 1755 r. Człowiekiem tym był Peter Nicolaus von Gartenberg. Polecenia prawdopodobnie nie wykonał - brakło czasu, bo w lutym 1757 r. wkroczyli tam Prusacy.
Przyszedł rok 1762. Gruntal wrócił już pod kontrolę Saksonii. Lipsk był jeszcze w rękach pruskich, więc właściciel koncesji na bicie w tej mennicy srebra i złota dla Polski, Christian Gottlob Frege wystarał się o pozwolenie na uruchomienie mennicy w Gruntalu. Koncesję uzyskał, ale z zastrzeżeniem, że monety mają mieć daty wsteczne 1754 i 1755. Tym razem się udało, a i w tej operacji brał udział Gartenberg.

Mennica w Gubinie była przedsięwzięciem na większą skalę. Początkowo jej organizacją i zarządem zajmował się Francisco Theodor Freiherr von Stein (w literaturze spotyka się pisownię von Stain, ale również vom Stein). Przebieg wydarzeń zdaje się wskazywać, że pułkownik von Stein (pozostańmy przy tej pisowni) przecenił i swoje umiejętności w zakresie zarządzania i swoje możliwości finansowe. Jego kontrakt przewidywał ponoszenie wszelkich kosztów, począwszy od budowy i wyposażenia mennicy, przez zakup surowca i opłacanie personelu, po transport gotowych monet do wyznaczonego miejsca. Rozliczać miał się co kwartał. Dość szybko zadłużył się u Friedricha Ernsta Hertela, niższego stopniem, bo tylko kapitana. W rezultacie, od 1 listopada 1753 Hertel prowadził mennicę w Gubinie już samodzielnie.

W odróżnieniu od Gruntalu, Gubin miał własnego medaliera. Był nim Johann Friedrich Stieler (1729-1790), początkowo pracujący w Dreźnie - tam wykonał pierwsze stemple do szelągów 1751 z literą S - później w Gubinie, a od roku 1756 do śmierci na powrót w Dreźnie. Stieler od początku wykonywał stemple we własnej manierze. I portret króla i tarcza herbowa na rewersie są istotnie różne od projektu Wermutha. Przypomnę zdjęcia z wpisu Gdzie bito grosze koronne Augusta III.
 
Poszukując materiałów do książki, którą piszę, nie mogłem pominąć Numismatyki Krajowej Stężyńskiego-Bandtkie. A tam znienacka pojawia się nazwisko Stielera, ale wcale nie w związku z Augustem III.
Odszukałem więc publikację Lengnicha, w której rzeczywiście jest mowa o tym, że stemple trojaków Poniatowskiego z lat 1765 i 1766 (z popiersiem w zbroi) wykonał w Dreźnie nie kto inny, jak Stieler.

Stemple obu tych monet wyszły spod ręki J. F. Stielera.

Errata - 21 stycznia 2017
Według R. Janke, stemple trojaka którego przypisałem Stielerowi wyszły spod ręki jednego z braci Ludewig. Niestety, nie mam trojaka Stielera, aby go tu pokazać.

Związków między polskimi mennicami zarządzanymi przez Gartenberga i saskimi mennicami produkującymi miedziaki koronne Augusta III jest więcej. Na przykład likwidatorem mennicy w Gubinie (na początku 1756) był urzędnik mennicy drezdeńskiej, Benjamin Hunger. Urzędnik ten w roku 1766 czasowo pracował dla Gartenberga w Warszawie.

Uznałem, że dobrze będzie przedyskutować te sprawy z uznanym specjalistą od mennictwa Stanisława Augusta, Rafałem Janke.
Pan Rafał zwrócił uwagę na wielkie podobieństwo, a właściwie identyczność punc, które posłużyły do stworzenia niektórych stempli groszy z datami 1754 i 1755, z puncami którymi wykonano stemple groszy Poniatowskiego dla mennicy krakowskiej. Jej zarząd - nie trzeba chyba przypominać - sprawował Gartenberg. Dla ścisłości, chodzi o punce Orłów i Pogoni.
Gartenberg musiał zdawać sobie sprawę, że znalezienie biegłego rytownika stempli w Krakowie, w którym mennica działała ostatnio za Sobieskiego, było praktycznie niemożliwe. Wykorzystał więc swoje powiązania z mennicami saskimi, głównie z Dreznem i zapewnił nowym polskim mennicom znakomitych fachowców. Dla kwestii związanych z mennictwem Augusta III ma to o tyle znaczenie, że nie znamy miejsca wybicia niemałej ilości odmian groszy Wettyna z datami 1754 i 1755. Jeśli znalibyśmy nazwiska medalierów monet Poniatowskiego używających punc, którymi wcześniej tworzyli stemple monet Wettyna i jednocześnie mieli wiedzę o tym, gdzie ci fachowcy wcześniej pracowali, mielibyśmy niemal pewność co do miejsca wybicia tych tajemniczych groszy. Na przykład tego:

Niemal, a nie na pewno, bo jak widać, nie zawsze używano stempli tam, gdzie je wykonywano. Niestety, o szeregowych pracownikach mennic źródła zazwyczaj milczą. Czy zawsze, znów nie wiemy.

Jacek Staszewski we wstępie do swojej książki "August III Sas" pisze "Archiwum drezdeńskie dysponuje setkami tysięcy tomów archiwaliów z czasów Augusta III i przejrzenie ich jest zadaniem wykraczającym poza życie jednego historyka." (podkreślenie moje). Uważam za wielką szkodę, że w naszej historiografii ciągle więcej znaczą pełne uprzedzeń poglądy Konopczyńskiego i Askenazego, niż rzetelne analizy źródeł archiwalnych. Tylko komu chce się jeszcze grzebać w starych papierzyskach, komu chce się uczyć archaicznej niemczyzny, odcyfrowywać ręczne pismo tak niepodobne do współczesnego.
 

sobota, 7 stycznia 2017

Gdzie bito grosze koronne Augusta III.

Pierwsze grosze koronne Augusta III wybito w 1752 r. w Gubinie. Tu żadnych wątpliwości nie mamy. To rzadkie monety. Znamy dwie odmiany różniące się rewersami, a właściwie dolną częścią rewersu.
 
Rok 1753 przyniósł niewielkie tylko zmiany - oprócz groszy z AVGVSTVS na awersie, zaczęto bić grosze z imieniem króla z literami U w miejsce V. Do tego doszło kilka wariantów rewersu. Nadal jednak wszystkie te grosze bito w Gubinie.
 
 
Nie pokazuję tu wszystkich wariantów groszy z datą 1753, bo nie jest celem tego wpisu przedstawienie pełnego katalogu. Dzisiaj chodzi o próbę wskazania miejsc bicia tych monet.
Cechą wspólną groszy z datami 1752 i 1753 jest po pierwsze wielkość głowy króla, po drugie kształt skrzydeł orłów na rewersie. Jak istotne to cechy, okaże się przy rocznikach następnych.
O co chodzi z tymi orłami?
 
Na monetach gubińskich, i szelągach i groszach, skrzydła orłów zostały skomponowane z ostrych klinów. Górne krawędzie skrzydeł układają się wzdłuż poziomej linii, całkiem inaczej, niż na szelągach z Drezna i Gruntalu. Przypomnę, że Gubin miał swojego medaliera odpowiedzialnego za wykonanie stempli, którym był Johann Friedrich Stieler.
Rok 1754 przyniósł mnóstwo zmian. Tak można by pomyśleć widząc, jak wiele z tą datą pojawia nowych odmian i wariantów groszy. Tyle, że to nieprawda. W roku 1754 i dalej w 1755 nadal jedyną mennicą bijącą grosze był Gubin. Jedyną zmianą, jaka zaszła w tym czasie jest zastąpienie na rewersie cyfry 3 oznaczającej nominał monety wyrażony w szelągach, literą H będącą pierwszą literą nazwiska nowego zarządcy mennicy - Friedricha Ernsta Hertela.
 
I to na pewno są grosze wybite "legalnie" w Gubinie. Cudzysłów, bo z punktu widzenia Rzeczpospolitej, wszystkie polskie monety Augusta III można by uznać za bite bezprawnie, ale to już całkiem inna historia.

A co w takim razie można powiedzieć o takich groszach?
 
Czy rysunek orłów na rewersach tych monet czegoś Wam nie przypomina? Mnie przypomina orły z szelągów z Gruntalu, do których (przypominam) stemple wykonywano w Dreźnie. W artykule opublikowanym przez Klausa Heinza w Dresdner Numismatische Hefte nr 2/2000 znalazłem bardzo ciekawą informację. Otóż w roku 1762, kiedy mennica w Lipsku (a właściwie w Pleissenbergu pod Lipskiem) znajdowała się jeszcze w rękach pruskich, drezdeński bankier Christian Gottlob Frege posiadający od 1753 roku koncesję na bicie złotych i srebrnych monet w lipskiej mennicy, dostał pozwolenie na wybijanie miedzianych groszy w Gruntalu uwolnionym właśnie  spod pruskiej kontroli. Pozwolenie to obwarowane było dodatkowymi warunkami. Primo - należało odtworzyć zniszczoną mennicę. Secundo - bite w niej grosze miały mieć wsteczne roczniki - 1754 lub 1755, nie późniejsze. Tertio - przedsięwzięcie miało pozostać tajemnicą. Produkcję zorganizował niejaki Gartenberg (ten sam, który produkował pierwsze monety Stanisława Augusta!) przy udziale personelu mennicy drezdeńskiej.
Uważam, że grosze z królewskim popiersiem w zbroi antycznej z datami 1754 i 1755, mające pod herbami cyfrę 3 wybito w Gruntalu w roku 1762. Zachowały się rejestry, z których wynika, że w 1762 r. w Gruntalu przebito na grosze 98 cetnarów 72 funty i 19 łutów miedzi, co przekłada się na około 1,4 miliona monet - ilość odpowiadającą częstotliwości występowania tych charakterystycznych groszy na rynku.

Na tym rzecz się nie kończy. Znamy na przykład jeszcze takie grosze:
W ich przypadku można powiedzieć tylko jedno - najprawdopodobniej wybito je podczas wojny siedmioletniej w jednej z saskich mennic przejętych przez Prusy. Przejętych z dobrodziejstwem inwentarza i z wykwalifikowanym personelem. Grosze te (w całej swojej masie) są co najmniej tak samo liczne, jak grosze rzeczywiście wybite w latach 1754-1755. Od groszy bitych w Gubinie odróżniają je przede wszystkim:
  • kształt skrzydeł orłów,
  • wielość wariantów popiersia króla,
  • ukośny (a nie poziomy) podział tarczy herbowej na rewersie,
  • wielkość liter w legendach - litery na monetach z Gubina są wyraźnie mniejsze.
Paradoksalnie, wyraźnie daje się zauważyć lepsza jakość pruskich falsyfikatów w stosunku do saskich oryginałów. Monety bite pod pruską kontrolą więcej ważą, bite są z lepszej jakościowo miedzi. Lepsza jest też jakość bicia. Cóż, najwyraźniej mennice w Dreźnie i Lipsku dysponowały lepszym wyposażeniem i personelem.

I na tym nie koniec. Mamy jeszcze przecież grosze z rocznikiem 1758 i to w kilku wariantach! Kiedyś mylnie uważane za równie rzadkie, jak rocznik 1752.
Bito je i z popiersiem w zbroi antycznej
i w zbroi typu kirys
To też produkcja pruska. Jednoznacznie wskazuje na to F. Freiherr von Schrötter, w Das preußische Münzwesen im 18. Jahrhundert, II. Die Münzen aus der Zeit des Königs Friedrich II. des Großen (Acta Borussica).


Czy to wszystko?
Ależ nie!
Mamy na przykład takie cudaki
Czy to też falsyfikat pruski? Tego, jak przypuszczam nigdy się nie dowiemy.

Tak samo za mało prawdopodobne uważam zidentyfikowanie produktów wzmiankowanej często, nielegalnej mennicy na Spiszu. Starostwem Spiskim po śmierci królowej Marii Józefy zarządzał minister Henryk Brühl, który blisko współpracował z wspomnianym wyżej Piotrem Gartenbergiem. W biogramie tego ostatniego opublikowanym przez Władysłąwa Konopczyńskiego w VII tomie Polskiego Słownika Biograficznego czytamy:
W ll. 1758–60 widzimy G-a na Spiszu, które to starostwo po śmierci królowej Marii Józefy dzierżył Brühl. G. administrował dobrami, szukał minerałów, opiekował się dysydentami (bo też sam był luteraninem), a przy sposobności znów produkował szelągi, bodaj na osobisty rachunek Brühla, i to w rozmiarach niemal inflacyjnych.
Czy tylko szelągi? A może i grosze?

środa, 4 stycznia 2017

Nakłady monet obiegowych 2016

Dobry zwyczaj utrwalił się i już w pierwszym tygodniu nowego roku zobaczyliśmy na stronie NBP uaktualnioną tabelę z wielkością nakładów monet obiegowych.

W roku 2016 wybito:

1 grosz    - 266 011 103
2 grosze   - 142 741 600
5 groszy   - 120 900 100
10 groszy  - 116 700 000
20 groszy  -  69 120 000
50 groszy  -  28 980 000
1 złoty    -  29 775 000
2 złote    -  35 150 000
5 złotych  -  35 040 000


Trzy najniższe nominały, to produkcja The Royal Mint. Skąd oni wydłubali te ostatnie trzy jednogroszówki?

Nakłady niemałe, a wszystkie znaki na niebie i Ziemi sugerują, że w tym roku nie będą mniejsze, za to z nowymi awersami.

Przy okazji pochwalę się jedną z nowo kupionych monet
Grosz 1754 z nietypowym rewersem (popatrzcie na orły i porównajcie z innymi monetami z tego rocznika!) i ładnie dopracowanym portretem króla. Gdyby ta moneta nie była tak płytko wybita, prezentowała by się nie gorzej od trojaka "mundurowca" S. A. Poniatowskiego.

Niedługo postaram się o kontynuację postu o szelągach - mowa będzie oczywiście o mennicach, w których wybito grosze Augusta III.


poniedziałek, 2 stycznia 2017

Przegląd Numizmatyczny przechodzi do sieci.

Numer 4/2016 (95) wedle zapowiedzi Red. J. Dutkowskiego jest ostatnim regularnym drukowanym numerem Przeglądu Numizmatycznego.
Od tej chwili rolę kwartalnika ma przejąć strona internetowa www.przegladnumizmatyczny.pl

Plany są ambitne. Redakcja obiecuje oprócz dostępu do nowych (już internetowych) wydań PN, także dostęp do wszystkich numerów archiwalnych. To za opłatą. Dostęp do aktualnego numeru ma kosztować 7,50 zł, dostęp roczny 25 zł. Nie podano, czy dostęp do archiwum będzie bezpłatny, czy również będzie konieczna opłata.

Zanim przejdę do innych obietnic Redakcji, kilka uwag dotyczących odpłatności za korzystanie z serwisu.
Zapowiedź o rezygnacji z wydawania PN drukiem nie zmartwiła mnie. Korzystam z cyfrowej formy czasopism od dawna. Zarówno z wydawnictw ukazujących się wyłącznie w sieci (przy okazji polecam oczywiście Gdańskie Zeszyty Numizmatyczne i z zupełnie innej beczki http://fullcirclemagazine.org/downloads/ - magazyn dla użytkowników Ubuntu), jak i z płatnego dostępu do prasy tradycyjnej. Warunkiem zainteresowania tą ostatnią formą jest łatwość opłacania usługi - PayPal albo inny sposób szybkiej płatności internetowej. Na razie nie wiadomo, czy taka szybka płatność będzie dostępna dla czytelników PN, bo w chwili, gdy to piszę strona PN ma jeszcze dawną zawartość - nie ma na niej ani słowa o zaplanowanej rewolucji. Za to w zakupionym dziś kwartalniku podano... numery kont, na które należy wpłacać pieniądze dla uzyskania dostępu do treści płatnych. Jak będzie realizowana kontrola dostępu, o tym ani słowa.

Co jeszcze obiecała nam Redakcja PN. Strona Przeglądu ma przybrać formę bloga. Będą zapowiedzi artykułów, krótkie notatki na tematy numizmatyczne, komentarze i recenzje wydarzeń z rynku numizmatycznego. Ma powstać "skrzynka pytań i odpowiedzi". Ma też zacząć działać forum.

Na razie pozostaje nam oczekiwanie - już dodałem internetowy adres PN do listy codziennych odwiedzin. Kiedy strona zacznie działać po nowemu, jeszcze nie wiadomo. Na pewno warto kibicować, by Redakcji udało się zrealizować przynajmniej część obietnic.

P.S.
Wyrok zawieszono. Więcej tu:
https://zbierajmymonety.blogspot.com/2017/04/przedswiateczne-zaskoczenia.html


Printfriendly