Google Website Translator Gadget

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Linuks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Linuks. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2020

Tło - jak je usunąć???

Przymierzam się do pracy nad nowym numizmatycznym tematem. Muszę odpocząć od osiemnastowiecznej miedzi.
Temat nowy, monety stare, bite ręcznie, na ręcznie przygotowywanych krążkach, wyjątkowo rzadko okrągłych. Zdarzają się prawie eliptyczne, ale najczęściej mają nieregularne, z grubsza tylko przypominające koło, a na dodatek nierzadko z wykruszeniami na krawędziach.
Takie monety fotografuje się łatwo, jak każde inne (z wyjątkiem monet bitych polerowanym lub lustrzanym stemplem), ale przygotowanie zdjęcia do publikacji już takie proste nie jest.
Można oczywiście pójść na łatwiznę i nie przejmować się tłem. Efekt jest taki.
 

Niespecjalnie mi się to podoba. Można oczywiście pomanewrować ustawieniami jasności i kontrastu, ale to nadal nie to.
Przedstawiłem tu kiedyś mały poradnik na temat komputerowej obróbki zdjęć monet. Dziewięć lat temu - kawał czasu. Poradnik dotyczył przykładu banalnego - zdjęcia współczesnej, bitej maszynowo, okrągłej monety. Dla przypadków pokazanych wyżej mało przydatny.
Później, w roku 2014, temat powrócił na forum TPZN. Wątek przywołano ponownie w roku 2018, czyli temat wydaje się nadal aktualny.
Zwykle staram się przystępować do pracy dopiero po zgromadzeniu niezbędnych materiałów i narzędzi. Dlatego poświęciłem niedawno dwa popołudnia na poszukiwanie narzędzia, które tło usunie szybko i dokładnie, przy jak najmniejszym moim udziale. Najlepiej automatycznie, bo jak wiecie leniem jestem. Z mizernym skutkiem przetestowałem masę filtrów i dodatków do programu GIMP, którego używam. Przykład - dwukrotne użycie "różdżki" dało taki efekt.
Jak widać pozostały jeszcze "artefakty", które trzeba usuwać ręcznie. Jedno, czy dwa zdjęcia można tak obrobić, ale kilkadziesiąt? Nie mając do dyspozycji tabletu graficznego, musiałbym męczyć się z niewygodną do takich prac myszką, przy okazji natężając (i nadwyrężając) wzrok, żeby przypadkiem nie usunąć tego, co powinno pozostać.
Przy okazji poszukiwań dodatków do GIMP natknąłem się na niezliczoną ilość ofert usuwania tła ze zdjęć online. Wysyłasz pliki, AI (sztuczna inteligencja) zajmuje się nimi gdzieś tam, nie wiadomo gdzie i po chwili dostajesz obrobione zdjęcia, z których usunięto tło.
Kolejny wieczór zajęło mi testowanie tych ofert. Większość umożliwia oczywiście "darmowe" przetestowanie usługi. Cudzysłów, bo darmowe oznacza tylko, że stan konta w banku pozostaje niezmieniony, ale trzeba się zarejestrować - podać adres e-mail, imię nazwisko, czasem numer telefonu... Te dane, to przecież też waluta. Okazało się, że najczęściej nie wszystko, co niezwykle przekonująco pokazano w ramach reklamy serwisu, w praktyce okazuje się takie szybkie i skuteczne. Najczęściej, na szczęście nie oznacza zawsze. Są serwisy robiące to, czego od nich oczekiwałem, czyli skutecznie usuwające niejednorodne tło ze zdjęć monet o nieregularnych kształtach. Jeden z nich, Remove.bg, na dodatek oferuje oprogramowanie ułatwiające transfer plików w obie strony.
W odróżnieniu od większości pozostałych, Remove.bg zajmuje się tylko usuwaniem tła. Po zarejestrowaniu się w serwisie, użytkownik generuje swój identyfikator, klucz API, który jest konieczny do skonfigurowania wspomnianego programu, jeśli chcemy z niego korzystać. A korzystać warto, bo oszczędza się sporo czasu. Wystarczy przeciągnąć wybrane pliki na okno programu.
Operacja trwa kilka sekund. Wynik? Dla mnie całkowicie zadowalający.

Darmowa usługa ma oczywiście pewne ograniczenia - nie więcej, niż 50 zdjęć miesięcznie z jednego klucza API, wynikowe zdjęcia ograniczone do 0,25 megapiksela, czyli 500 x 500 pikseli. Są oczywiście opcje płatnych planów, ale na razie nie przypuszczam, bym musiał z nich korzystać.

Narzędzie mam, teraz czas na pracę. Na razie nie chcę ujawniać jej tematu - nie zależy mi na wzroście cen monet, które w związku z tą pracą będę chciał kupować w nieodległej przyszłości. Czy monety użyte jako przykład mają coś wspólnego z moim nowym tematem? NIE, ale jako przykład sprawdziły się całkiem nieźle.

piątek, 1 maja 2015

Gadżeciarstwo

Zacznę od spraw okołokomputerowych, bo to dla gadżeciarzy wymarzone pole do popisu.

Komputer, to dla mnie przede wszystkim narzędzie pracy, a od narzędzi wymagam niezawodności i wygody w użytkowaniu. Potrzeba niezawodności skłoniła mnie do rozstania z systemami Microsoftu, potrzeba wygody trzyma mnie przy zwykłym "blaszaku". Mimo, że w pracy zawodowej używam też laptopów, do ich klawiatur przyzwyczaić się nijak nie mogę. Gadżeciarska żyłka odzywa się we mnie kiedy patrzę na coś takiego
Dla moich potrzeb wystarczające aż nadto. Miejsca na biurku nie zajmuje toto wcale (można przyczepić za monitorem) i jest bezgłośne -  żadnych wiatraków! Zainteresowani? Brać, wybierać: https://system76.com/desktops/meerkat
Linuks na tym czuje się świetnie
- à propos Linuksa; Wzburzyłem się niedawno zmianą sposobu aktualizacji mojej dystrybucji (Netrunner). Wziąłem się nawet poważnie za poszukiwania rozsądnej alternatywy. Wstępnie padło na powrót do źródeł, czyli do Debiana ale jak to w życiu bywa, okazało się, że kiedy się człowiek z takim pomysłem prześpi, przechodzi ochota na radykalne zmiany. Pośpiech sprawdza się przy łapaniu pcheł, a nie przy podejmowaniu decyzji o daleko idących konsekwencjach. Osądźcie sami. Używam teraz Netrunnera w wersji 14 – Main Edition LTS Long Term Support, czyli wersji o długim, bo pięcioletnim okresie wsparcia. Do roku 2019 mam zagwarantowane konieczne poprawki bezpieczeństwa i aktualizacje podstawowego oprogramowania. Może nie błyszczy nowościami i wodotryskami, znaczną część pakietów gadżeciarze uznali by za przestarzałe ale system jest stabilny, wystarczająco szybki, bezpieczny i to mi w zupełności wystarcza.
Kiedy okres wsparcia się skończy, pomyślę o zmianie. Do roku 2019 wiele się zdarzyć może i nie ma sensu zastanawiać się na zapas nad nowym systemem. Może będzie to Debian (stable), może nowe wydanie Netrunnera (LTS oczywiście). Pewne nadzieje wiążę z wpisem na forum Netrunnera - może coś z tego wyniknie. Wiem jedno - pozostanę przy Linuksie.

Gadżeciarstwo, to dziś głównie smartfony i współpracujące z nimi zabawki. Moim telefonem też już się tu chwaliłem. Używam go nadal i nie przewiduję zmian w najbliższym czasie. Ładowarki używam raz na dziesięć dni, nie straszny mu upadek ani wywrotka na kajaku, a i przelew bankowy można na nim zrobić i pocztę sprawdzić. Ma moduł GPS dzięki któremu i dzięki doinstalowanemu programikowi TrekBuddy modę rejestrować wycieczki piesze, rowerowe, kajakowe itp. Póki działa nad zmianą zastanawiać się nie będę.

Skoro już o GPS mowa, to mam i nawigację samochodową. Też posuniętą w latach. Dawno, dawno temu atak gadżetomanii skłonił mnie do zakupu takiej zabawki
Taniego zakupu, bo urządzenie proste i na dodatek kupione w akcji kuponowej Gazety Wyborczej. Urządzenie ma preinstalowaną nawigację MapaMap, do której od początku miałem masę zastrzeżeń. Bez większego kłopotu znalazłem w sieci sposób na zmianę oprogramowania. Przez jakiś czas używałem Automapy ale o ile do jej funkcjonalności nie miałem uwag, to tryb aktualizacji (i jej koszty) podobały mi się mniej.
Kilka minut pracy z wyszukiwarką naprowadziło mnie na stronę MapFactor. Stosunek jakości do ceny znakomity - wersja Free :-)
Zamiast Hołowczyca jest syntetyczny "lektor", czasem trudno go zrozumieć, ale zawsze rzut oka na ekranik wyjaśnia wszystko. Mapy aktualizowane są co miesiąc i są to mapy całego świata - do wyboru do koloru. Ilość opcji wyznaczania tras nie poraża, ale to, co konieczne, jest - definiowanie "ulubionych" lokalizacji, wybór rodzajów dróg, wyznaczanie tras przez zadane punkty pośrednie (z możliwością automatycznego sortowania kolejności tych punktów). Jeżdżę i nie narzekam. Dzięki Navigator 14 stara nawigacja działa bez zarzutu.

A co z gadżeciarstwem numizmatycznym?
Praktycznie mnie nie dotyka. Interesuję się wyłącznie monetami obiegowymi. Lustrzanki, "dukaty" lokalne i podobna metaloplastyka to zupełnie nie moja bajka.
Monety przechowuję w papierowych kopertkach 5 x 5 cm ułożonych w drewnianych kasetach na slajdy (czy pamiętacie jeszcze, co to takiego?).
Wiele publikacji o monetach mam w postaci plików komputerowych, ale w dalszym ciągu większość biblioteki, to normalne, drukowane książki, katalogi i czasopisma (a może to forma gadżeciarstwa właśnie?). Może to i niewygodne,kiedy trzeba przekopywać się przez stertę książek kombinując przy tym "gdzie ja to widziałem?", ale za to jak wspaniale ćwiczy pamięć!

A skoro już przy monetach jesteśmy, to odkryłem dziś we własnym zbiorze coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Półgrosz litewski Aleksandra Jagiellończyka
Nie zauważyłem wcześniej, że w DVC LITVANIE zamiast C użyto odwróconej litery D. Mincerz nawet nie spróbował usunąć pionowej kreski by to D upodobnić do C.To jedno.
Druga interesująca rzecz to znaki przestankowe w legendach awersu i rewersu. Zobaczcie:
Po obu stronach monety mamy kombinację dwóch znaków, kółka i wygiętego klina (róg?). O ile mi wiadomo, żaden z autorów publikacji numizmatycznych nie zwrócił na to uwagi, a przecież nie są to kropki, kółka czy dwukropki - zwykłe znaki przestankowe, jakie spotykamy w legendach. Nawet bardzo drobiazgowy wykaz znaków menniczych, jaki E. Kopicki umieścił w części czwartej dziewiątego tomu swojego Katalogu Monet i Banknotów Polskich, wykaz w którym wśród znaków menniczych są pojedyncze kropki i kółka, tych znaków z półgroszków Aleksandra nie uwzględnia.
Warto by było poświęcić trochę czasu na zbadanie sprawy. Może uda się dopasować te znaki do konkretnej osoby?






 






środa, 18 lutego 2015

Niespodzianki.

Najpierw przyjemne.

Moja kolekcja miedziaków Augusta III z kontrmarkami powiększyła się o jedną monetę.

Grosz 1754 AVGVSTVS z literą H.
Soubisie-Bisier nie wymienił takiej kontrmarki w artykule zamieszczonym w Wiadomościach Archeologiczno-Numizmatycznych.  Być może była wzmiankowania w jakichś późniejszych publikacjach, ale na razie nie miałem czasu na przekopanie się przez biblioteczkę.
Swoją drogą, czeka mnie ta przyjemność prędzej, czy później. Raczej prędzej, bo wypadało by umieścić w opracowaniu miedziaków "Grubasa"  jak najwięcej dostępnych informacji.
Dlaczego to niespodzianka? Po pierwsze dlatego, że to kontrmarka, o której istnieniu nie wiedziałem. Po drugie, bo kupiłem ją praktycznie bez walki.

Drugą niespodziankę znalazłem przeglądając internetowe nowinki muzyczne.
Pierwszy koncert w Polsce. Tanio nie jest, ale nie ma rady, trzeba będzie pojechać. 

Trzecia niespodzianka jest niestety przykra.
Jak wiecie, moim komputerem rządzi Linuks, a konkretnie Netrunner. Do tej pory wszystkie nowe wydania tej dystrybucji instalowałem metodą aktualizacji. Czasem wymagało to posłużenia się skryptem przygotowywanym przez opiekunów dystrybucji, ale zawsze udawało mi się uniknąć konieczności instalowania na nowo oprogramowania, które nie było częścią Netrunnera.
15 lutego zaskoczyła mnie wiadomość o wydaniu nowej edycji - Netrunner 15. Zaskoczyła, bo bardzo niedawno, 24 stycznia poprzednie, 14 wydanie doczekało się dużej aktualizacji (do wydania 14.1). Wydanie 15 zapowiada się bardzo interesująco, głównie za sprawą umieszczenia w systemie KDE Plasma Desktop 5.2. Ściągnąłem obraz systemu, przygotowałem pendrajwa. System wystartował bez przeszkód, wygląda ładnie, działa sprawnie więc zajrzałem na forum, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę przeprowadzić aktualizację. I...
Dla niedowidzących - ostatnia odpowiedź w wątku brzmi:
There is no upgrade path due to the many fundamental changes that come with Plasma 5.2 
Czyli jest problem. Albo, chcąc mieć zaktualizowany system, muszę go zainstalować od nowa i ręcznie dodać niezbędne mi programy (wielkim problemem by to nie było), albo chcąc mieć święty spokój, muszę pozostać przy obecnie zainstalowanej wersji. Ma być wspierana do 2019 r. więc to też nie było by wielkim problemem.
Problemem jest za to sposób potraktowania użytkowników systemu. Stawianie ich przed koniecznością radykalnych zmian. Zupełnie, jak w przypadku kolejnych wersji systemu z Redmond, z którym postanowiłem zerwać.
Netrunner od niedawna jest tez dostępny w formie dystrybucji ciągłej (rolling release) wolnej od takich okresowych rewolucji, ale to dystrybucja oparta na  Manjaro/Arch, a nie na Debianie. Zupełnie inna bajka, nie bardzo mi pasująca.

Jeszcze nie zadecydowałem co zrobię. Na dziś najbliższy jestem decyzji przesiadki na "czystego" Debiana. Przetestowałem działanie systemu uruchomionego z płyty "live". Żadnych problemów nie doświadczyłem. Może więc zamiast pracować na systemie wywodzącym się z Ubuntu, które wywodzi się z Debiana lepiej wrócić do źródeł,czyli do Debiana właśnie?


niedziela, 25 stycznia 2015

Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?

- Dlaczego ludzie w ogóle używają Linuksa?
zapytał mnie kolega z pracy (młodszy kolega, mam dzieci w jego wieku).
Czasu za wiele nie było, poopowiadałem coś o bezpieczeństwie, o łatwości aktualizacji oprogramowania i systemu, o swobodzie konfigurowania systemu itp. Rzecz jasna wspomniałem też o kosztach.

Trudno się odpowiada na takie pytania. Cóż ja mogę wiedzieć o motywacjach innych ludzi. Mogę tylko przypuszczać, że czasem ich motywacje są takie same, jak moje. Łatwiej mi odpowiedzieć, dlaczego ja używam Linuksa.

Swoje PC-ty zawsze składałem sam. Zaczynając od pierwszego, gdzieś około roku 1990. Bez twardego dysku, z systemem MS-DOS uruchamianym z dyskietki. Później rozbudowanym o HDD (całych 40 MB - po prostu rozpusta), kolorowy monitor i system Windows 3.11. Na początku nikt się specjalnie prawami autorskimi Microsoftu nie przejmował. Firmy oficjalnie kupowały i użytkowały składaki nie zastanawiając się nad jakimiś licencjami na system i inne programy. Ja też się tym nie przejmowałem.
Pierwszy raz spróbowałem zastąpić Windowsa Linuksem pod koniec lat 90-tych. To był Knoppix. Pierwsze koty za płoty. Software nie mógł dogadać się z hardware. Wróciłem do Windows (98). Później próbowałem jeszcze kilka razy, zwykle przy jakichś większych modernizacjach sprzętu. I tak trwało to do roku 2009. Wtedy przytrafiła mi się większa awaria. Padła płyta główna. Dość archaiczna, więc siłą rzeczy kupno nowej wywołało lawinę - wymagała innego zasilania - kupiłem nowy zasilacz. Trzeba było wymienić procesor, pamięć. Nawet mysz i klawiaturę, bo miały wtyczki których nie dało się wcisnąć w gniazda PS2. System i dane przeżyły - dysk HDD nie został uszkodzony. Cóż z tego, skoro system nie wstał. Nowa konfiguracja sprzętowa okazała się przeszkodą nie do pokonania. Włożyłem płytkę z pirackim XP-kiem do napędu i okazało się, że instalacja systemu od nowa też prosta nie będzie. Proces wieszał się w pewnym momencie; czarny ekran, a po restarcie informacja o braku systemu na dysku.
Sięgnąłem po płytkę z Ubuntu (kiedyś Canonical rozsyłał je za darmo, nie trzeba było nic ściągać i wypalać).
System uruchamiany z CD wystartował. Hardware został wykryty bezbłędnie, połączenie z siecią wystartowało, sprawdziłem, że mam dostęp do swoich danych na dysku. Decyzja nie mogła być inna. Na szczęście zawsze przestrzegałem zasady, że dane powinny być na innej partycji, niż system, więc nie było problemu z zastąpieniem starego systemu nowym. Na partycji systemowej, miejsce Windows XP zajęło Ubuntu, a dokładniej jego wersja z KDE, czyli Kubuntu. Mogłem pracować dalej.
Z czystej ciekawości sprawdziłem ile kosztowało by mnie zainstalowanie legalnej siódemki od Microsoftu. Wersja Home premium oznaczała konieczność wydania przeszło 350 złotych. W życiu! Dwa lata później za taką kwotę kupiłem dwa twarde dyski SATA po 500 GB każdy.
I tak już zostało. W moim PC nie ma śladu po MS Windows. Kubuntu zostało zastąpione najpierw przez PCLinux OS, później przez Netrunnera.

Dlaczego więc używam Linuksa?

  • Bo nie mam żadnych problemów z obsługą sprzętu, w tym skanera, bezprzewodowej myszki i klawiatury multimedialnej oraz  kamerki internetowej.
  • Bo Linuks jest bezpłatny, a do tej pory nawet  mając legalny system Windows trzeba było płacić za przejście na nowe wydanie (z XP na Vistę, Seven, ósemkę; teraz podobno ma się to zmienić, pożyjemy zobaczymy).
  • Bo bez problemu znajduję w repozytoriach potrzebne mi oprogramowanie, a kiedy je już zainstaluję, mam zapewnioną łatwą jego aktualizację bez dodatkowego wysiłku z mojej strony - pilnuje tego system.
  • Bo Linuks jest bezpieczny, jeśli tylko przestrzega się w minimalnym stopniu zasad bezpieczeństwa - nie pracuj na koncie roota (administratora), nie korzystaj z niepewnych repozytoriów. 
  • Bo mam pełną swobodę w kształtowaniu środowiska pracy.
  • Bo gdy chcę myszką ściszyć lub pogłośnić dźwięk, to wystarczy, że pokręcę kółkiem myszy na ikonie programu za to odpowiadającego. Nie muszę klikać i poruszać suwakiem. 
  • Bo mnóstwo rzeczy mogę wykonać łatwo i szybko używając terminala (konsoli). W odwiecznym sporze Windowsowców z Linuksiarzami, argumentem tych pierwszych przeciwko Linuksowi jest konieczność używania terminala. Rzecz w tym, że to nie konieczność - tzw. zwykły użytkownik wyklika wszystko, co mu potrzebne. A okazuje się, że czasem klikanie jest trudniejsze od użycia terminala. Pisałem kiedyś, jak używając terminala mogę bez użycia okienkowego programu graficznego sklejać w całość zdjęcia awersu i rewersu monety. A kiedy takich par awers-rewers mam kilka? Pisze się program w języku terminala. Program, to duże słowo. Zakładając, że zdjęcia awersów i rewersów są w katalogu Dokumenty wystarczy coś takiego:
    for i in `seq -w 1 $1`
    do
    montage -geometry 1200 ~/Dokumenty/$i'aa'.jpg ~/Dokumenty/$i'a'.jpg ~/Dokumenty/$i.jpg
    done

    Ot i cały program. Zdjęcia są sprowadzane do jednakowych rozmiarów (1200 x 1200 pikseli) i łączone parami.
    Pomagają też ALIASY. Alias to w skrócie zapis dowolnej komendy pod nazwą, która będzie dla użytkownika łatwiejsza do zapamiętania, a nadal będzie wykonywała wcześniejsze zadania. Polecenie montage -geometry +2+2 03a.jpg 03z.jpg 03.jpg
    mogę na przykład zastąpić słowem "sklej". Mogę też jednym słowem zastąpić zestaw kilku poleceń, na przykład mam coś takiego
    g='mocp -S && mocp -p'
    Wpisanie w terminal (który uruchamiam naciśnięciem klawisza F12) literki g i naciśnięcie ENTER uruchamia odtwarzanie muzyki z plików lokalnych w losowej kolejności - takie prywatne radyjko.  



Pewnie mógłbym jeszcze kilka innych powodów wymienić, ale te są najważniejsze. Bezpieczeństwo, wygoda, skuteczność, ekonomia. Czegóż chcieć więcej.

PS.
Cóż wart wpis bez grafiki.
Mój pulpit prezentuje się dziś tak:
Nie zaśmiecam go ikonami, i tak skryją się pod oknami uruchamianych programów. Nie skrywa się pasek widoczny po prawej. A na pasku są (od góry)
monitor sieci,
monitor systemu - obciążenie procesora, pamięci, pliku wymiany (mam mało RAMu),
monitor temperatury procesora,
ikony najczęściej uruchamianych programów (GIMP, Thunderbird, Krusader - dwupanelowy manager plików, Commence, Spotify, Opera),
wskaźnik powiadomień systemowych,
ikony programów i usług działających w tle (Dropbox, Skype, Mega, manager schowka, sterowanie audio),
zegar,
aktywator menu programów,
ikona wyłączania, uśpienia, wylogowania.

P.P.S.
Coś o monetach napiszę niebawem.

wtorek, 21 stycznia 2014

Zdrada, zdrada!

Stało się. Zdradziłem. Żona wie...

W niedzielę zdradziłem Operę, przeglądarkę, której byłem wierny od...
Nie pamiętam, od kiedy. Na pewno pierwsza zainstalowana na moim komputerze wersja była płatna (shareware) i miała numer 3.cośtam. To musiało być jeszcze przed rokiem 2000. Opera była szybka, wygodna. Nie pamiętam już teraz, czy od początku miała wbudowanego klienta poczty. Mogła nie mieć, bo pamiętam, że eksperymentowałem z The Bat. Pewne jest, że najstarsze "operowe" maile na moim dysku maja daty z 2001 r. Gdybym gromadził statystyki użycia poszczególnych programów, Opera na pewno była by na pierwszym miejscu.

Od trzech dni nie jest. Dlaczego? W lipcu 2013 r. wydano ostatnią wersję dla Linuksa. To nie było takie straszne, bo nowe chromopodobne wersje windowsowe wykastrowano ze wszystkiego (prawie), co decydowało o moim przywiązaniu do Opery. Przede wszystkim wycięto klienta poczty. Paradoksalnie, to właśnie operowa poczta była jedną z dwóch przyczyn przypieczętowania decyzji o zmianie. Nie wiem, czy coś się zmieniło w kwestii kompatybilności z IMAP na gmail, ale zaobserwowałem, że Opera coraz dłużej się uruchamia wyświetlając informację o skanowaniu poczty. Szalę przeważyło kilkakrotne zamrożenie całego systemu po otwarciu większej ilości kart. Fakt, było ich ze czterdzieści, ale po eksperymentalnym uruchomieniu tego samego zestawu w Firefoksie system nic nie stracił na responsywności. Czyli sprawa jasna - Firefox zostaje na dłużej, może na stałe.

A co z pocztą? Jakoś nie mogę się przekonać do obsługi poczty z poziomu strony gmaila. My dinozaury chyba już tak mamy. W systemie (Netrunner) mam Kmail, który mocno siedzi w środowisku KDE integrując się poprzez Kontact z resztą elementów tworzących coś w rodzaju PIMa. PIM mi niepotrzebny, bo używam najlepszego programu na świecie. Kmail oczywiście przetestowałem. Początkowo wydawało się, że będzie OK., bo bez problemu wykrył możliwość importu zapisanych lokalnie wiadomości z Opery. Wykrył, prawda, ale import przebiegał do bólu ślamazarnie. Kmail - out!

Nie całkiem co prawda, bo w systemie został - bo za bardzo jest z nim zintegrowany. Szybki przegląd blogów i dyskusji nakierował mnie na Thunderbirda. Ten co prawda nie ma możliwości automatycznego importu maili z Opery, ale proste i łatwe rozwiązanie problemu opisano na mnóstwie stron. Rejestracja gmailowego konta przebiegła bezboleśnie. Ręczne, ale niezbyt skomplikowane importowanie operowej listy adresów i RSS-ów też. Pozostał problem braku funkcji, które w Operze były out of the box. Na przykład gromadzenie notatek, które później mogły być wklejane w emailach albo formularzach na stronach WWW. Thunderbirda trzeba było wyposażyć w dodatki, co też nie okazało się nadmiernie skomplikowane, więc również notatki mogłem przekopiować z Opery.


Na zrzucie ekranu:
w górnej części Opera z otwartymi obok siebie oknami "speed dial" i pocztą, poniżej Firefox i Thunderbird.

I tak:
Minusy:
  • zamiast jednego programu (Opera) uruchamiam dwa (Firefox + Thunderbird),
  • muszę przyzwyczaić ręce do nowych skrótów klawiaturowych (albo przystosować system do starych, operowych kombinacji klawiszy),

Plusy:
  • płynnie działający system

sobota, 16 lutego 2013

Ani słowa o monetach

Większość emaili, które dostaję od czytelników mojego bloga dotyczy monet, ale często zdarzają się inne pytania. Najwięcej dotyczy spraw komputerowych - programy, których używam do obróbki zdjęć, do katalogowania zbioru, do pisania katalogów i pytanie niemal standardowe
"Czy to prawda, że nie ma pan Windowsa na swoim komputerze?"

Prawda! Od trzech lat korzystam z Linuksa, pozostając cały czas w kręgu pochodnych Debiana ze środowiskiem KDE. Nie potrafię odpowiedzieć jaka to dystrybucja, bo...
Teoretycznie jest to Kubuntu, ale troszkę przekształcone, bo do repozytoriów udostępnianych przez Canonical dołożyłem repozytoria Netrunner. Błąd. Nie dołożyłem, tylko ustawiłem je w roli repozytoriów głównych. System jest stabilny, sprzęt i potrzebne mi programy działają płynnie i szybko. Pulpit wygląda tak:
Rolę tapety pełni zdjęcie Jeziora Niedźwiedziego,
które zrobiłem z kajaka w zeszłym roku.

W związku z tym, że naprawdę nie używam w domu systemu Microsoftu, moje odpowiedzi na pytania o oprogramowanie (Gimp, LibreOffice, Commence) prowokują następne pytania.
"Czy przy pomocy tych programów da się..." i tu następują konkrety: przeskalować grafikę, napisać tekst dłuższy, niż 20 stron (no przecież moje katalogi są grubsze), słuchać muzyki, zgrywać muzykę z płyt itd. itp.
Tymczasem pytanie nie powinno brzmieć "Czy można?" tylko "Jak zrobić....?".

Na część pytań, przyznaję, odpowiedzieć nie potrafię - nie gram. Nie strzelam, nie rozjeżdżam staruszek kradzionymi samochodami, nie zarządzam ligami piłkarskimi.
Korzystam z multimediów. Muzyka, filmy - żadnych problemów, niezależnie od kodeków itp. W roli głównej VLC i Clementine. Nie ma też problemów z wysłaniem filmu na TV po pięciometrowym kabelku HDMI. Celebration Day albo 12-12-12 na dużym ekranie z niezłymi głośnikami - sama radość.
W ramach gadżeciarstwa, które czasem mnie napada, za kilka dni (mam nadzieję) spróbuję zrezygnować z kabla HDMI zastępując go taką zabawką
O rezultatach poinformuję.

Skoro dziś na tapecie komputery i okolice, to przypominam, że użytkownicy komputerów dzielą się na dwie grupy: tych, którzy nie robią kopii zapasowych i tych, którzy będą je robić. Używam komputerów od trzydziestu lat, pierwszy pojawił się w moim domu w roku 1986 (Amstrad CPC 128), więc etap rezygnacji z backupów mam dawno za sobą. Część rzeczy mam na płytach (zdjęcia, katalogi, artykuły), ale nie są to jedyne kopie. Najważniejsze rzeczy na domowych komputerach są zdublowane - to się dzieje "automagicznie" po WiFi. Również bez konieczności pamiętania, na bieżąco, najważniejsze pliki archiwizują się dodatkowo "w chmurach". Jest tego sporo, więc zatrudniam serwery Google'a (5 GB), Dropboxa(3 GB) i Bitcasy (10 GB).
Pomyśleć, że mój pierwszy pecet miał HDD 40 MB, a Amstrad 128 kB (pamięć stronicowana podzielona na sekcje po 16 kB) i 8-bitowy procesor Zilog Z80 z zegarem 4 MHz.
Cóż, kiedy rodził się mój dziadek, nie było jeszcze samolotów (bracia Wright dokonali pierwszego kontrolowanego, dwunastosekundowego lotu dopiero dwanaście lat później). Ojciec mojej babci urodził się w roku 1841. Dinozaurów już nie było, ale podobno na Syberii trafiały się jeszcze niedobitki mamutów (jeśli nie wierzycie, sprawdźcie w Wikipedii). Jeździły już pociągi, ale o telefonach jeszcze się nikomu nie śniło. O telewizji, komputerach, samochodach tym bardziej.
Nie potrafię sobie wyobrazić, jaki będzie świat moich prawnuków.

czwartek, 5 stycznia 2012

Początek roku.

Dziwny ten początek roku. Zima to, czy nie zima? Co by to nie było, do spacerów nie zachęca, siedzę więc w domu i czytam, czytam, czytam...

Historia pieniądza – działa, jak szklaneczka whisky – najpierw zachwyca i troszkę oszałamia, później podnosi ciśnienie. Mnie na przykład iskry spod plomb poszły gdy dotarłem do czasów Augusta III. Rozumiem, że nie dało się szczegółowo wszystkiego opisać i potrzebne były redakcyjne cięcia. Nie rozumiem jednak, dlaczego po cięciach z akapitu dotyczącego mennicy toruńskiej został tylko okaleczony kadłubek. Nie dość, że niespójny, to jeszcze nieprawdziwy – widział kto kiedy toruńskie szelągi z portretem „grubaska”?

Kilka kartek później jest rozdział omawiający mennictwo Poniatowskiego. Po obietnicy złożonej przez autora we wstępie i lekturze „rozdziałów średniowiecznych” miałem nadzieję, że kwestia odróżnienia miedziaków krakowskich od warszawskich zostanie przedstawiona z uwzględnieniem wyników dociekań R. Janke przedstawionych na cafe Allegro i w Biuletynie Numizmatycznym.
Czyją to matką nadzieja?

I co z tego, że ciśnienie skacze, jeżeli książka tak piękna? Podtrzymuję opinię napisaną po pierwszej lekturze – książkę A. Dylewskiego kupić trzeba.

Książka, przy wszystkich swoich zaletach i wadach jest jednocześnie dobrym obrazem stanu polskiej numizmatyki. Profesjonaliści - naukowcy koncentrują się na antyku i średniowieczu, niewiele uwagi poświęcając monetom nowożytnym. Czy to nie dziwne na przykład, że nie podjęto poważnych badań w celu wyjaśnienia zagadki pierwszej mennicy warszawskiej, która w/g źródeł pisanych zaczęła działać pod koniec panowania Zygmunta III?
Możliwości podejmowania takich badań są dziś niepomiernie większe niż były w czasach prekomputerowych. Przykład:
Na cafe numizmatyka na Allegro poruszono problem szóstaków malborskich z 1596 r. w wariancie "duża głowa". Wystarczyło zaangażowanie kilku osób i przed upływem tygodnia pojawiło się niemal gotowe opracowanie porządkujące ten wycinek mennictwa Zygmunta III i jednocześnie otwierające pole do dalszych badań. Jeśli ktoś to przegapił, pora nadrobić zaległości.
Szóstak 1596, Malbork "mała głowa"
dużej w zbiorze nie mam (na razie).

Przed Świętami udało mi się nareszcie znaleźć czas na skonsumowanie jeszcze jednego jesiennego zakupu. Nie, nie mam na myśli żadnych smakowitych trunków. W październiku zorientowałem się, że na dyskach mojego komputerka coraz mniej miejsca. A zdjęć monet (i nie tylko) przybywa. Postanowiłem, że nareszcie wykorzystam konsekwencje niegdysiejszej awarii komputera, która zaowocowała wymianą płyty głównej i możliwością skorzystania z dysków SATA. Kupiłem 1 TB w dwóch kawałkach, ale stale brakowało czasu na przeniesienie na nie systemu i danych.
Czas w końcu znalazłem. Najpierw wpiąłem oba nowe dyski, odpiąłem stare i zabrałem się za instalację dopiero co wydanego nowego Kubuntu 11.10. Poszło sprawnie, ale kiedy zabrałem się za kopiowanie danych ze starych dysków, zauważyłem, że nie wszystko działa tak, jak bym chciał. Pewne operacje trwały zbyt długo. Miarka się przebrała, kiedy postanowiłem umilić sobie czas oczekiwania słuchając dopiero co skopiowanej muzyki. Serwer dźwięku PulseAudio okazał się strasznie humorzasty. Jak w starym kawale o milicjantach - działa, nie działa. I tak na zmianę. Troszkę mnie to zdenerwowało. Nie ma na co czekać - trzeba poszukać rozwiązania. Po przeczytaniu połowy internetu zdecydowałem, że dam szansę innej dystrybucji Linuksa. Ściągnąłem obraz płyty, wypaliłem i uruchomiłem sesje live. Wszystko działa, out of the box, jak mawiają za Atlantykiem. Dźwięk też!
No to do roboty. Kubuntu wyleciało z dysku, a na jego miejsce wskoczył PCLinuxOs. Ponieważ obie dystrybucje operują w środowisku KDE, zaeksperymentowałem i przerzuciłem do partycji /home nowego systemu zawartość /home z Kubuntu. Na tej partycji przechowywane są między innymi wszystkie ustawienia programów użytkownika. Dzięki temu, nawet gdy trzeba od nowa instalować system, nie traci się ustawień poczty, kontaktów z komunikatorów i mnóstwa innych ważnych rzeczy. Okazało się, że nowy system bez żadnych oporów przyjął ustawienia. Trochę czasu zajęło mi jeszcze kopiowanie pozostałych danych, ale w sumie cała operacja przebiegła bezboleśnie i zajęła rozsądną ilość czasu.
Wynik: nowy, stabilny system na dużych, szybkich dyskach.

Początek roku.
Zwyczajowo czas podsumowań i planów.
Podsumowywać mi się nie chce - sprawozdawałem na bieżąco.
Plany - trudno coś konkretnego planować w obliczu zagrożenia kryzysem (i końcem świata). Na początek zgłosiłem mojego bloga do konkursu Blog Roku 2011

Koszt SMS to 1,23zł brutto. 
Uwaga! W numerze bloga znak 0, to cyfra zero.
Pamiętaj, także, aby nie wstawiać w SMS spacji!

Co z tego wyniknie - przyszłość pokaże.

P.S.
Kiedy syn zobaczył, że majstruję coś z nowymi dyskami skomentował to krótko:
- Ale sobie porę na zakup dysku wybrałeś! Przy takich cenach?!
Pokazałem mu fakturę z 17 października z kwotą za dwa dyski wyraźnie niższą od grudniowej ceny jednego.
- Ty to masz szczęście, powiedział.
Może starczy na cały rok?

sobota, 28 maja 2011

Komputerowa obróbka zdjęć monet.

Zdjęcia zrobione (pisałem o tym tu i tu). Teraz pora na ich wykorzystanie.

Przyłączamy aparat do komputera i kopiujemy (albo przenosimy) pliki na dysk komputera. Otwieramy pierwszy z nich i widzimy...
Zdjęcie takie sobie, ale w tym odcinku chodzi o pokazanie, w jaki sposób można wykorzystać nawet nienajlepsze zdjęcia dla osiągnięcia możliwie najlepszego efektu.

Jak widać na zrzucie ekranu, posługuję się GIMPem. Jest bezpłatny, działa pod Windowsem i Linuksem, ma mnóstwo funkcji, filtrów.
Photoshop pewnie ma większe możliwości, ale kogo stać na kupno tego programu, ot tak do domu.

Można korzystać do obróbki zdjęć z dowolnego innego programu graficznego, pod jednym tylko warunkiem - musi on mieć możliwość zaznaczania (wyboru) obszarów eliptycznych albo obszarów o dowolnym kształcie, które są pokryte jednym kolorem. Tylko tak można pozbyć się niepotrzebnego tła.

Do szybkich, prostych operacji na plikach graficznych od zawsze używałem windowsowego programu Irfan Viewer. Teraz też korzystam z niego (np. do łączenia dwóch zdjęć w jedno - awers i rewers obok siebie), bo bezproblemowo działa pod Linuksem przy użyciu Wine.

Wróćmy do GIMPa. Na początek przyjrzyjmy się lepiej zdjęciu. Powiększamy podgląd...
Z kolorami nie jest najlepiej, ale mamy przecież możliwość automatycznej  korekcji balansu bieli
Teraz lepiej. Kolejnym krokiem jest usunięcie niepotrzebnego tła. Zaznaczamy część zdjęcia zawierającą wyłącznie obraz monety
Zwykle robię to ręcznie, korzystając z funkcji zaznaczenia obszaru eliptycznego, ale tym razem skorzystałem z "magicznej różdżki" wybierającej obszar o zbliżonym odcieniu (niebieski). Wartość parametru liczbowego  "próg" ustawiłem na podstawie wcześniejszych prób. W ten sposób jednym kliknięciem zaznaczyłem tło, które chcę usunąć. Naciskam klawisz "Delete" i otrzymuję ...
Następnym etapem jest obrócenie zdjęcia tak, aby ustawić pionowo oś symetrii orła. Korzystając z narzędzia "miarka" prowadzę pomocniczą linię łączącą środkowy czubek korony z końcem najdłuższego pióra w ogonie.
Na pasku stanu w dolnej części okna zdjęcia odczytuję, że narysowana linia pomocnicza nachylona jest do poziomu pod kątem 77,24 stopnia. Do pionu brakuje 12,76 stopnia. O tyle obracam w lewo obraz i otrzymuję...
W poprzednim odcinku pisałem, że moneta powinna zajmować jak największą część zdjęcia. Niepotrzebnego pustego obszaru pozbywam się korzystając z funkcji automatycznego przycięcia. W rezultacie otrzymuję coś takiego:
Na belce tytułowej okna mam informację o wielkości pliku (1172 x 1173 pikseli). Plik można oczywiście przeskalować, np. do rozmiarów 800 x 800 pikseli. Od niedawna w serwisie Picasa (Google oczywiście) można przechowywać nieograniczoną ilość plików o takich rozmiarach.

Proszę wrócić teraz na początek tego wpisu i porównać zdjęcie wyjściowe z końcowym. Prawda, że warto poświęcić trochę czasu na obróbkę zdjęć? 
Obróbka jednego zdjęcia zajmuje mi niecałą minutę. Przypuszczam, że proces ten można częściowo zautomatyzować, pozostawiając do ręcznego wykonania tylko obrót zdjęcia.

wtorek, 3 maja 2011

Prawdziwy przyjaciel człowieka.

Nie piesek, nie kotek...
Komputerek!

Przyjaciel powinien dostawać prezenty. Od czasu do czasu, żeby mu się w głowie nie poprzewracało. Mój dostał prezent w ostatnią sobotę, 30 kwietnia. Jeszcze ciepły Kubuntu Natty Narwhal 11.04

A stało się to tak. Usiadłem, żeby zrobić obiecany wcześniej wpis o monetach z podwójnymi literkami i rysunkami. Na tacce  systemowej pokazała się ikonka informująca o dostępności jakichś aktualizacji. Kliknąłem i okazało się, że nie chodzi o zwykłe aktualizacje, tylko o możliwość upgrade do nowego wydania systemu. No to jazda! Najpierw krótki test, później prośba o potwierdzenie decyzji i pozostało tylko czekanie na zakończenie aktualizacji. Do pobrania było ciut ponad 1 GB danych, serwery obciążone, bo na nowe wydanie systemu zawsze rzuca się masa zasysaczy. Znaczy, chwilę to potrwa. No to przecież nie będę tak siedział i czekał. Zaplanowany wpis miałem już przemyślany i częściowo przygotowany (wcześniej zrobiłem skany monet) więc nie ma wyjścia, trzeba pisać.
Jak to? Jednocześnie aktualizować system i pracować na nim? A dlaczego nie? Linuks tak już ma, że jest to możliwe.

Minęła godzina i okazało się, że pisanie trzeba na chwilę przerwać - nawet nie zauważyłem, że niezbędne dane już się pobrały, zaczął się właściwy proces aktualizacji i trzeba zadecydować, czy konfiguracja kilku programów ma zostać zachowana, czy zastąpiona nową. Nie ma się co zastanawiać - program działa - konfiguracja zostaje. Jeśli będą jakieś nowe możliwości konfiguracyjne, to później będzie pora je wypróbować.
Troszkę zmartwił mnie komunikat, że nowemu systemowi nie podoba się zastane wydanie GIMPa i program zostanie odinstalowany. Trudno, zgodziłem się - doinstalowanie go później, to przecież tylko kilka chwil.

Komunikat o konieczności ponownego uruchomienia komputera. Chwila napięcia - wstanie, nie wstanie...
A dlaczego miałby nie wstać? System uruchomiony. Wygląda, jak wyglądał. Pora kończyć wpis na bloga, ale trzeba jeszcze na nowo dodać GIMPa.  KPackageKit - wybór programu - potwierdzenie - okienko z komunikatami o stanie instalacji - gotowe. Można kończyć wpis.

A teraz, kiedy wpis już opublikowany, można zobaczyć, co nowego w systemie.
Zestaw programów, który miałem wcześniej w zasadzie się nie zmienił - najważniejsza zmiana, to zastąpienie OpenOffice przez LibreOffice. Sprawdziłem, czy kilka najczęściej otwieranych plików otwiera się jak należy - katalogi specjalizowane - OK, taki jeden pliczek z aktywnym połączeniem z internetową bazą danych - OK, połączenie jest, dane się aktualizują.
Opera - działa, COMMENCE -  działa (uff...), skaner - działa, Amarok - gra, VLC - gra, SAMBA - mam dostęp do swoich katalogów na laptopie małżonki, a ona może drukować na mojej drukarce. No to wszystko gra :-)

I w tym momencie przypomniałem sobie entuzjastyczne wzmianki o "działaniach" czyli Activities i ich przewadze nad pulpitami wirtualnymi. Trzeba przetestować. Wynik testów?
Krótko mówiąc - jest bardzo dobrze.
"Działanie" MONETY:

"Działanie" ROBOCZE:
 Terminal nie jest otwartym programem, tylko tzw. widgetem pulpitu, stale pod ręką.

Podoba mi się takie rozwiązanie. Trzeba będzie uważnie nasłuchiwać, czy na forach nie pojawią się jakieś nowe ciekawe pomysły na wykorzystywania "działań".

I jeszcze jeden zrzut ekranu
"Karta katalogowa" najświeższego nabytku - rozczulająco prymitywnego falsyfikatu szeląga (chyba ryskiego) Zygmunta III Wazy. Czy to ten przysłowiowy zły szeląg?
 

środa, 2 marca 2011

Zaniedbałem ostatnio mojego bloga :-(

Nie napisałem nic od przeszło tygodnia. Nie napisałem tu, ale nie znaczy to, że siedzę i nic nie robię. Na dowód malutki fragment większej całości, która zajmuje mi ostatnio gros czasu:

Nieprecyzyjne opisy awersów pięciogroszówek 1840 u Wittyga, Plagego i Berezowskiego utrudniają przypisywanie poszczególnych odmian numerom katalogowym. Katalog Bitkina nie pozostawia wątpliwości, że najrzadsza odmiana (Plage 141 - odmiana) to moneta z herbem Moskwy ze św. Jerzym w płaszczu.
Nawiasem mówiąc, nie udało mi się jeszcze ani jej zobaczyć ani nawet zdobyć jej zdjęcia!

Wittyg wyróżnia awersy z ogonem szerokim i wąskim. U Plagego nr 140 to "jak nr 139" (czyli jak w pospolitszej odmianie rocznika 1839), a nr 141 to "jak nr 140, lecz ogon orła inny". Berezowski nr 770 opisuje "ogon szeroki" i podaje, że to Plage 140. Analogicznie Berezowski 771 to "ogon wąski" = Plage 141.
Mając przed sobą monetę, której nie można porównać z innym egzemplarzem trudno orzec, czy ogon jest wąski, czy szeroki. Jest kilka dodatkowych szczegółów ułatwiających rozróżnienie odmian awersu pięciogroszówek.
Plage 140 =  ogon szeroki

 Plage 141 = ogon
wąski

1.
herb Moskwy - niski, szeroki, skrzydła smoka długie
1.
herb Moskwy - wysoki, wąski, skrzydła smoka krótkie
2.
brak dodatkowych piór między ogonem, a łapami
2.
dodatkowe pióra między ogonem, a łapami
3.
przed koniem ogniwo łańcucha orderu św. apostoła Andrzeja - tarcza z krzyżem X
3.
przed koniem ogniwo łańcucha orderu św. apostoła Andrzeja - dwugłowy orzeł cesarski

Awers z "szerokim ogonem" występuje na odmianach bitych w latach czterdziestych. "Wąski ogon" pojawia się na monetach bitych później. Tak przynajmniej wydaje mi się na obecnym etapie pisania, ale nie oznacza to, że coś się nie zmieni.
Stale zaskakuje mnie ilość znaków zapytania i wątpliwości wyskakujących, jak królik z kapelusza. Co moneta, to problem, co rocznik, to niejasności. Przynajmniej jest ciekawie.

Niepostrzeżenie minął rok, jak pożegnałem się z oprogramowaniem Microsoftu. Po kilku początkowych eksperymentach (Ubuntu, Mint z KDE, Mint z Gnome) stanęło na Kubuntu i wszystko wskazuje, że jest to stan trwały. Wszystko działa bez zarzutu, co cieszy mnie niezmiernie.
A że codziennie, chcąc nie chcąc muszę wracać do zestawu MS Windows / MS Office w najróżniejszych wariantach, mam okazję do ciekawych porównań. Na przykład takie maleństwo - na pasku stanu siedzi sobie malutka ikonka - głośnik. Wiadomo, o co chodzi. Na moim Kubuntu wystarczy, że najadę kursorem na ikonkę i pokręcę kółkiem myszy - natychmiast jest głośniej, lub ciszej. W Windowsach trzeba ikonkę kliknąć i dopiero później można regulować poziom dźwięku. Niby drobiazg, ale komfort pracy nieporównywalny. Bardzo podobają mi się możliwości sterowania oprogramowaniem z konsoli. Mam dwa pliki jpg (np. awers i rewers monety). Wystarczy taka prościutka komenda:
montage -geometry +2+2 03a.jpg 03z.jpg 03.jpg
i już po ułamku sekundy mam trzeci plik, a w nim awers i rewers obok siebie, oddzielone dwupikselową przerwą.
A gdybym chciał, żeby plik wynikowy był w innym formacie, dajmy na to tiff (choć prawdę mówiąc ten kierunek konwersji jest mocno nielogiczny), to zamiast 03.jpg wpisał bym 03.tiff - tylko tyle. Nie muszę otwierać programu graficznego! Dla mnie bomba.

sobota, 13 listopada 2010

Najlepszy program na świecie.

*Po opublikowaniu posta Kupiłem sobie nowe narzędzie :-) jeden z czytelników zapytał mie, czy to "naprawdę prawda", że nie używam Windowsa i czy rzeczywiście linuks mi wystarcza.
Zapewniam więc i potwierdzam publicznie, nie używam żadnego systemu ani programu ze stajni MS i jest mi z tym bardzo dobrze. Może nie było by tak różowo, gdybym miał chęć i czas na granie w kosmiczne strzelanki, wyścigi samochodowe albo hodowanie wirtualnych cywilizacji. Na szczęście moje potrzeby rozrywkowe w wystarczającym stopniu zaspokajają brydż, muzyka, film, książki itp. - zaspokajają zresztą tym lepiej, im mniej mają wspólnego z komputerem.
Muszę jednak przyznać, że jest jeden program napisany dla środowiska MS Windows, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Używam mianowicie programu COMMENCE. Mam bardzo, bardzo starą wersję (pod wiele mówiącym numerem 2000, wcześniej używałem wersji '98), którą udostępniono kiedyś na płytce dołączanej do angielskiej mutacji miesięcznika PC-Plus. Commence pełni w moim komputerze rolę programu do katalogowania kolekcji, do katalogowania zasobów domowej biblioteki i płytoteki, do archiwizowania historii kontaktów i aukcji, do kontroli domowych finansów, gromadzenia notatek. Commence jest jednocześnie znakomitym terminarzem. Teoretycznie jest to program typu PIM (CRM) ale znakomicie sprawdza się jako system do tworzenia i obsługi relacyjnych baz danych. Relacyjnych, czyli powiązanych ze sobą. Kiedy wygram aukcję, to odnotowuję w bazie kontaktów dane sprzedającego, w terminarzu datę wykonania przelewu, w rejestrze przelewów bankowych kwotę, a kiedy poczta dostarczy przesyłkę, umieszczam opis i zdjęcie monety w katalogu zbioru. Dzięki powiązaniom między bazami mogę z poziomu "karty katalogowej" monety przejść bezpośrednio do danych sprzedawcy i na przykład sprawdzić inne z nim kontakty. Sprzedając coś, również mam zapewnioną kontrolę nad przebiegiem transakcji - odnotowanie wpłaty od kupującego, odnotowanie wysyłki, wystawienia i otrzymania komentarza itp.
I to wszystko zapewnia program, którego plik wykonywalny ma... 3,2 MB ( do tego dochodzi kilka bibliotek dll o łącznej objętości 428 kB). Tak jest, łącznie zaledwie ciut powyżej trzech i pół megabajta! A potrafi dużo, działa szybko i jest prosty w obsłudze - dla mnie Najlepszy Program na Świecie. Na dodatek Commence uruchamia się bez większych problemów dzięki linuksowemu oprogramowaniu WINE.

   

Program prawie doskonały, bo jak powszechnie wiadomo nikt i nic doskonałe nie jest (no może poza paroma gatunkami whisky i dwoma czy trzema winami z apelacji Médoc).

Cóż widać na tym zrzucie ekranu (oprócz informacji o działających teraz programach i stanie komputera)?
To karta katalogowa jednego z moich ostatnich nabytków - nienajlepiej zachowany, ale dosyć interesujący szóstak Zygmunta III Wazy. Kupiłem go na Allegro niespecjalnie przejmując się opisem. Tyszkiewicz nie przykładał nadmiernej uwagi do odmian napisowych, więc fakt nieodnotowania tej  konkretnej nie oznacza automatycznie jej wyjątkowości.
Odmiana z SIGIS:III na awersie i POL.16.23. jest odnotowana u Czapskiego (nr 10279), jako pospolita, bez żadnej R-ki. Tak samo ocenił ją E. Kopicki w Monetach Zygmunta III Wazy wydanych w 2007 r. (nr 916, odmiana). Ciekawe, że Kamiński z Kurpiewskim nie odnotowali takiej kombinacji awers/rewers - w/g ich katalogu, mój nowy szóstak ma awers numeru 1456 i rewers 1457 ale z GROS zamiast GRO. W sumie moneta pospolita, żadna rzadkość, ale w zbiorze wypada ją mieć. Nie miałem, więc kupiłem i mam. Na tym między innymi polega kolekcjonowanie monet.

Printfriendly