Google Website Translator Gadget

wtorek, 30 października 2012

Węgierska miedź

Smolník, Szomolnok, Schmöllnitz, Semelnech - małe miasteczko na Słowacji, liczące ciut ponad tysiąc mieszkańców. Kilkaset lat temu, razem z innymi ośrodkami górniczymi "górnych Węgier" zaopatrywało w miedź znaczną część Europy.
Już w początku XIV wieku cesarz Karol Robert Andegaweński (teść Elżbiety Łokietkówny) nadał Smolnikowi  status wolnego miasta górniczego. Przez pewien czas działała w Smolniku mennica królewska.
Bogate złoża miedzi były łakomym kąskiem, zwłaszcza że ruda zawierała znaczący procent srebra. Skusił się na nie przedstawiciel bogatego węgierskiego rodu Jan Thurzo. Wykształcony na włoskich uniwersytetach w Wenecji i Padwie, opanował umiejętność oddzielania srebra z rud miedzi.
Jako że rodzinny interes obejmował nadzór nad kopalniami rud ołowiu, srebra, złota i miedzi w Olkuszu, Kutnej Horze i Górach Złotych, Thurzo miał nieograniczony dostęp do ołowiu - metalu niezbędnego do odciągania srebra z rud miedzi. W 1469 r. założył hutę miedzi i srebra w Mogile pod Krakowem (po II Wojnie Światowej powstała tam Nowa Huta). Poprzez małżeństwo syna, Jan Turzo związał się z rodziną Fuggerów. Z końcem XV w. Turzonowie i Fuggerowie utworzyli "Ungarischer Handel", która opanowała prawie cały europejski handel miedzią.
Pod koniec XVII wieku smolnickie kopalnie i huty zaczęły przechodzić pod zarząd państwa - cesarstwa austrowęgierskiego. W mieście powstała szkoła (późniejsza akademia)  górnicza. Od połowy XVIII w., przez całe stulecie Smolnik był siedzibą urzędu i sądu górniczego, którym podlegały nawet kopalnie miedzi z terenów dzisiejszej Rumunii.
Właśnie w połowie XVIII w. (1759) ustalono w Wiedniu, że monety o nominałach poniżej grosza będą bite wyłącznie w miedzi. Bańska Bystrzyca i Smolnik dostarczały surowca w wystarczającej ilości, nadwyżki eksportowano.
Wkrótce, w roku 1772, by uniknąć kosztów transportu, rozpoczęto w Smolniku bicie miedzianych monet - najpierw krajcarów i poltur. Później bito tu również wyższe nominały - aż do 30 krajcarów. Monety ze smolnickiej mennicy oznaczano literą S.

30 krajcarów z roku 1807 wybite w Smolniku.
Moneta ma 38 mm średnicy!

Pochwalę się jeszcze jednym miedziakiem, ze względu na stan zachowania. Duże austriackie miedziaki z początku XIX w. najczęściej wyglądają, jak pokazana wyżej 30-krajcarówka.
6 krajcarów 1807.
To też spory krążek - 32 mm średnicy.

Takie sześciokrajcarówki przebijano w 1813 r. w Zamościu na oblężnicze sześciogroszówki. Przeznaczono na to 1330 monet z magistrackiej kasy.

W roku 1813 w Smolniku wydarzyła się katastrofa. Po uszkodzeniu zapory większość kopalń została zalana wodą ze sztucznego jeziora. To zapoczątkowało upadek. Wydobywano coraz mniej miedzi, w roku 1817 wybito ostatnie monety o nominałach 1/4 1/2 i 1 krajcar (z datą 1816!). 31 grudnia 1828 mennicę zlikwidowano. 

W przewodnikach turystycznych próżno szukać informacji o miedzianej mennicy w Smolniku. Podobno nie ma już po niej śladu. Mimo to w przyszłym roku wybiorę się tam na wycieczkę. Zwłaszcza, że po drodze można zahaczyć o Starą Lubownię (Lubowl). To bardzo interesujące miejsce.
Dlaczego? Poczekajcie kilka dni.







niedziela, 28 października 2012

Zima?!?

Budzę się rano, a tu biało.

Krótki spacer potwierdził - to nie złudzenie. Spadł śnieg.
Na dłuższe spacery jakoś mi ochota przeszła, więc...

do pracy.

Napisałem kilka "kartek" poświęconych miedziakom A3S i w pewnym momencie ugrzęzłem. W poszukiwaniu odpowiedzi na kluczowe w tym momencie pytanie udałem się do biblioteki.
Jak to zwykle bywa, odpowiedzi nie znalazłem, za to pojawiły się nowe pytania.
Znalazłem mianowicie coś takiego:
To fragment strony z książki z 1904 r. F. Freiherr von Schrötter, Das preußische Münzwesen im 18. Jahrhundert, II. Die Münzen aus der Zeit des Königs Friedrich II. des Großen.
Autor przypisał grosze 1758 działalności Fryderyka i określił miejsce ich bicia na Drezno lub Lipsk (załącznik). Pan Profesor Paszkiewicz sugerował niedawno w katalogu 50 aukcji WCN, że grosze te wybito prawdopodobnie na Spiszu, co zgadza się z bardzo ciekawym tekstem Konopczyńskiego z "Ekonomisty" z roku 1910. Schrötter wymienia 4 warianty interpunkcyjne tego rocznika, co może oznaczać stosunkowo dużą produkcję, a to z kolei może jednak wskazywać na dobrze zorganizowaną mennicę. Na dodatek dołożył informację, że w muzeach przechowywane są dwa stemple tej monety. W królewskim munzkabinecie w Berlinie i w muzeum miasta Torunia. Może więc jednak to produkcja pruska?
O ile mi wiadomo, zbiory toruńskie uległy rozproszeniu. Napisałem wiec do Berlina, prosząc o informację czy nadal mają w muzeum stempel, o którym pisze Schrötter i czy z jego wyglądu można coś wnioskować na temat miejsca jego powstania. Ciekawe, czy i co odpowiedzą.

A swoją drogą chyba podpowiem redakcji Przeglądu Numizmatycznego, żeby podjęli akcję zewidencjonowania i pokazania stempli menniczych przechowywanych w polskich placówkach naukowych i muzealnych, podobnie do trwającej już kilka lat kwerendy polskich monet złotych.

Poszukując dalej odpowiedzi na pytanie, o którym wspomniałem na wstępie, znów wyciągnąłem na światło dzienne (jeszcze) moje zapasy. I znów - "sami nie wiecie, co posiadacie" - odpowiedź wyskoczyła, jak diabeł z pudełka (szczegóły
niebawem), ale (zawsze to ale!) stwierdziłem, że tych zapasów zrobiło się zbyt wiele. Cóż, trzeba zacząć to sprzedawać.

Żyłka awanturnicza spowodowała, że zamiast wystawić monety na Allegro, Kiermaszu czy innym eBayu postanowiłem przetestować możliwości Tictail. Zapraszam więc do kliknięcia w "SPRZEDAM" w menu u góry strony.


niedziela, 21 października 2012

Dlaczego Facebook mnie nie kusi.


Regularnie odbieram emaile z pytaniem „Czy jest Pan na Facebooku?”.
Regularnie odpowiadam krótkim „Nie”. I na tym się kończy.
Wczoraj pierwszy raz w odpowiedzi na moje „Nie” padło pytanie „Dlaczego?”. Spróbuję tu na nie odpowiedzieć.

Tu, na blogu możecie przeczytać: „W internecie jestem "od zawsze", zazwyczaj występuję pod nickiem "Monety" co wystarczająco wyraźnie określa moje zainteresowania.”. „Jestem w internecie” - to w moim przypadku tylko skrót myślowy. Powinienem raczej napisać „korzystam z internetu”.
Bardziej korzystam, niż jestem, bo od zawsze internet był (i nadal jest) środkiem (narzędziem), a nie celem. Jest środkiem komunikacji – przez internet kontaktuje się z rodziną, z przyjaciółmi, znajomymi i nieznajomymi, ale przede wszystkim jest dla mnie internet BIBLIOTEKĄ. Tę funkcję sieci wykorzystuję na dwa sposoby – czytam, słucham i oglądam to, co stworzyli inni, ale też udostępniam to, co sam tworzę.
Porządne biblioteki nie są jedynie miejscem przechowywania i udostępniania. W porządnych bibliotekach odbywają się koncerty, spotkania z twórcami, wystawy. Internet jest taką właśnie biblioteką i korzystanie z niej sprawia mi wiele radości i satysfakcji.

Biblioteki (i księgarnie) są różne. Najbardziej lubię te, które pozwalają na swobodny dostęp do półek. Pozwalają na szybkie zorientowanie się, czy treść będzie równie ciekawa, jak tytuł, czy znajdę w niej to, czego szukam i co mi potrzebne. Znam wiele internetowych bibliotek, szczególnie cenię sobie Scribd. To miejsce znacznie ciekawsze od dokumentów Googla. Zaglądam tam ostatnio częściej, szukając materiałów dotyczących polskiego mennictwa Augusta III. Drugą "biblioteką", z którą odświeżyłem znajomość jest Digital Library Numis


Revenons à nos moutons!
Facebook podobno jest „miejscem” do spotkań ze znajomymi i do zawierania nowych znajomości, a także do manifestowania swoich poglądów i podejmowania wspólnych działań. Skoro bloguję, udzielam się na forach i listach dyskusyjnych, to dlaczego nie chcę mieć konta na Facebooku? Powodów widzę kilka.

Po pierwsze, nie znoszę monopoli, a coraz częściej spotykam się z tym, że jedyna droga dostępu do jakichś treści prowadzi przez Facebooka. Gdyby była to tylko jedna z możliwości, nie miał bym zastrzeżeń. 

Po drugie, doba ma tylko 25 godzin, a tydzień tylko 8 dni (albo coś koło tego), a ja pracuję zawodowo, mam rodzinę i staram się pamiętać, że monety, to nie wszystko.

Po trzecie...
Kilka osób przekonywało mnie, że dzięki Facebookowi mój blog, moje strony będą miały więcej odwiedzających. Czy mylę się sądząc, że aby tak było musiał bym w miarę regularnie umieszczać na "fejsie" informacje o nowych treściach umieszczanych w innych miejscach sieci? A mając w pamieci punkt poprzedni...
Google zapytany o „Jerzy Chałupski” w ciągu 0,21 sekund częstuje przeszło dwoma tysiącami odnośników. Nie jestem więc anonimowy, a ten poziom „popularności” wystarczająco dopieszcza moją próżność. Jasne, że nie wszystkie linki od Googla wskazują na mnie (nie każdemu psu Burek, nie każdemu chłopu Jurek). Pojawia się i link do profilu Jerzego Chałupskiego na Facebooku, ale to nie mój profil i niech tak zostanie.

Czy zdarza się Wam, że odkrywacie coś nowego wśród monet, które macie od dawna? Kilka dni temu porządkowałem dublety i przyjrzałem się bliżej takiemu grosikowi.
To dość rzadka odmiana z nietypowym popiersiem opisana przez A. Antczaka w Przeglądzie Numizmatycznym 1/2008. Autor błędnie uznał ją za odmianę nową, wcześniej nieznaną, podczas gdy ten typ awersu jest odnotowany w literaturze. Gumowski opisuje go jako "popiersie z rzemieniami". 
W zbiorze mam egzemplarz lepiej zachowany.
Ponieważ zagrzebałem się ostatnio w prace nad miedziakami A3S, odruchowo porównuję wszystko, co mi w ręce wpadnie z tym, co zdążyłem już odnotować  w tworzonym katalogu. 
Jak widać, na monecie ze zbioru orzeł, jak ten wróbelek z dowcipu, ma jedną nogę "bardziej, niż drugą". 
Przypuszczam, że stempel dubletu powstał wcześniej, niż stempel monety ze zbioru. Punca z orłem uległa w międzyczasie uszkodzeniu, a podczas jego usuwania urwaną nogę dorobiono nieprecyzyjnie. 
Kolejny wniosek - stempel rewersu tej odmiany nie był ryty w całości. Wykonano go używając punc z poszczególnymi fragmentami rysunku - oba orły są jednakowe. Nie zawsze tak było, bo na niektórych szelągach A3S są dwa różne orły i dwie różne pogonie.
I wniosek następny - Jado, nie patrzo.



poniedziałek, 15 października 2012

Tu l'as voulu, George Dandin

Mogłem to przewidzieć!
Wydawało mi się, że fantazyjny limit 111,11 zł, jaki ustawiłem w aukcji Allegro 2704388472 powinien wystarczyć.
W końcu to tylko niecentrycznie wybity i słabo zachowany koronny szeląg "grubasa".  Błąd. Zostałem przelicytowany. Nie wiem, czy po prostu mam rywala w polowaniu na miedź Augusta III, czy też zadziałał mechanizm, który obserwowałem po moich wcześniejszych publikacjach (monety Królestwa Polskiego 1917-1918 albo dziesięciogroszówki 1840). Mówi się trudno, poluje się dalej.


Próbując wydobyć na światło dzienne informacje o miejscach bicia poszczególnych odmian groszy i szelągów A3S dotarłem do wykazu dokumentów przechowywanych w niemieckich archiwach. Pisałem o tym na cafe Allegro. Dziś dotarła do mnie oferta - za wykonanie kopii pięciu najciekawszych (z tytułów sądząc) archiwalnych zapisów archiwum zażyczyło sobie 560,40 euro + 2,50 opłaty stałej + 2,50 euro za nośnik. A cały zlokalizowany zasób archiwalny liczy 26 pozycji! Trochę zainwestuję, ale gdybym chciał ściągnąć całość, to bez separacji od stołu i łoża bym się chyba nie wywinął.

Dla odreagowania i oderwania się od żmudnej (choć wciągającej) pracy nad uporządkowaniem wiadomości i rozwikłaniem kilku osiemnastowiecznych zagadek wybiorę się w najbliższym czasie do Muzeum Śląskiego.
17 października zostanie w nim otwarta wystawa czasowa "Śladami Rzymian po Polsce". Kilka szczegółów na stronie muzeum. Przypuszczam, że na figurkach, ozdobach i naczyniach się nie skończy - monety też powinny się na wystawie pojawić.

Na koniec jeszcze krótka informacja:
W związku z powtarzającymi się pytaniami o legalne sposoby nabycia moich katalogów informuje, że w tej chwili chętnym pozostaje wyłącznie rynek wtórny i...
http://www.poszukiwanieskarbow.com/Forum/viewtopic.php?f=1&t=103593

Powodzenia.

P.S.
17.03.2017 - trochę się pozmieniało - katalogi (wyłącznie w formie cyfrowej) można nabyć tu: http://ebookpoint.pl/autorzy/jerzy-chalupski

niedziela, 7 października 2012

Deszczowa niedziela.

Wczoraj słonecznie, ciepło, pięknie. Dziś od rana paskudna plucha. Zamiast wycieczki w plener, wypad na giełdę kolekcjonerów.

Jak widać, organizatorzy nie są perfekcjonistami, na bilecie (nienumerowanym? sprzedanym bez paragonu z kasy fiskalnej?) dziesięć lat poszło w zapomnienie i zamiast giełdy XIV mamy IV.
Szatni brak, więc ruszam na obchód w lekko skropionej deszczem kurtce. Na szczęście nie ma tłoku.

Stoiska na dwóch poziomach, większość w holu głównym. Postanowiłem skoncentrować się na temacie pochłaniającym ostatnio prawie cały mój "wolny" czas i nie rozpraszać się przeglądaniem wszystkich wystawionych monet.
Miedziaki koronne Augusta III znalazłem na kliku zaledwie stoiskach. W większości w stanach fatalnych - do tego już się przyzwyczaiłem. Mimo to udało mi się nie wrócić z pustymi rękami. Do kolekcji dołączyły dwa szelągi i dwa grosze.

Podczas drugiego kółka między stoiskami przypadkowo rzuciłem okiem na pudło z napisem "wszystkie monety 1 zł", który nie oznaczał niestety, że mogę całe to pudło nabyć za złotówkę. Złotówka za sztukę, bo to ten napis oznaczał, to cena niewygórowana. Zwłaszcza, że nie miałem nawet zamiaru przeglądać zawartości pudła. Jedną ręką sięgnąłem po monetę leżącą na wierzchu, drugą do kieszeni po drobne. Tym sposobem kupiłem...
całkiem zgrabny falsyfikat PRL-owskiej dwudziestozłotówki. Odlewany, a nie bity.

W sumie wyjazd udany. Mam jednak wrażenie (poparte opiniami kilku sprzedających), że organizatorzy powinni następnym razem postarać się o zapewnienie lepszych warunków swoim gościom. Złe oświetlenie, brak bufetu i szatni, to główne powody narzekań.

Poniewczasie, jak to zwykle bywa, zacząłem żałować, że nie kupiłem nic na stoisku, przy którym spędziłem ładnych kilkanaście minut. Stoisko było skromne - kilka stron z klasera z kieszonkami wypełnionymi głównie monetami antycznymi (polując na XVIII-wieczne miedziaki zwracałem uwagę na wszystkie małe, ciemnobrązowe krążki). Sprzedawcą była pani mówiąca po rosyjsku, a oferowanymi monetami były głównie rzymskie emisje prowincjonalne, część z greckimi legendami. Był dość ładny Probus, dwie monety Aureliana i wiele innych, kŧórych nie oglądałem szczegółowo, bo stoisko było wyjątkowo nędznie oświetlone. Ceny od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu złotych nie odstraszały, ale moja żyłka awanturnicza jakoś nie dała znać o sobie. Teraz trochę tego żałuję.

Wracając do tematu zaprzątającego ostatnio moją uwagę.
Bardzo, bardzo proszę o kontakt właścicieli szelągów Augusta III z literkami O, G, P, L, J. Zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy takie monety w ogóle istnieją.

środa, 3 października 2012

Kryzys?

Najpierw, w ramach ogólnej apatii wywołanej powszechnym kryzysem i w związku z brakiem perspektyw dla jakiejkolwiek działalności gospodarczej, moja osiedlowa sieć  komputerowa została wchłonięta przez regionalnego operatora. Może to nie rekin, ale na naszą płotkę wystarczył.

Rezultat? Mam znacznie lepszy transfer za znacząco niższy abonament. Brzmi nieźle, ale "prędkość internetu" to niestety nie jedyna konsekwencja zmiany operatora. Drugą jest odejście w niebyt stron hostowanych na serwerach Vitnetu. Tym samym strona monety.vitnet.pl podzieliła los poprzedniczki (monety.polskie.webpark.pl). Przestały się też na innych moich stronach wyświetlać zdjęcia, które przechowywałem na Vitnecie. Oczywiście mam kopie, więc w miarę odkrywania białych plam na stronach, będę wprowadzać odpowiednie korekty, tak, jak zrobiłem to tutaj.

Później, w obliczu szalejącego kryzysu Antykwariat Numizmatyczny P. Niemczyka zaplanował skromną aukcję. Zaledwie 377 obiektów, wśród których są co prawda perełki typu unikatowy poznański dukat Batorego z 1586 r. (lot 34) czy półportugał Zygmunta III (lot 44) albo 50-dukatowej wagi medal Jana Kazimierza. Kolekcjonerzy bardziej dotknięci kryzysem będą musieli ograniczyć się do denarów Chrobrego, mniej lub bardziej pospolitych talarów i dukatów  albo familijnej dziesięciozłotówki z 1836 r.

W tę samą tendencję wpisuje się katalog 52 aukcji WCN. Nic dziwnego, że na forach numizmatycznych pojawiają się głosy "...ciekawy materiał dla zwykłych zbieraczy...", "...już drugi raz z rzędu brak perełek,które można walnąć na okładkę...". Bo cóż to za rarytasy? Tych pięć denarów Chrobrego? Ledwo 103 monety Zygmunta III, kilkanaście talarów i trzy zaledwie dukaty Stanisława Augusta? Bieda panie.
Swoją drogą, niezwykle jestem ciekaw jakie przebicie osiągnie na przykład taki drobiażdżek, jak poobgryzany szeląg litewski Jana Kazimierza z 1652 r z liczbą 360 pod Pogonią.

Na Allegro też cienko. Jakieś lustrzanki (1 000 000 złotych, Józef Piłsudski - prawie 40 dekagramów złota), dziurawy dukat Zygmunta III, zapuszkowana pięciogroszówka 1934 wyceniona na 32 tysiące złotych. I do tego 69379 innych monet. I są licytujący! Nawet sporo.

To ja już sam nie wiem. Jest ten kryzys, czy go nie ma?

Na wszelki wypadek nie rezygnuję z zakupów (podobno zakupy w kryzysowych czasach są najkorzystniejsze). Dziś przyniosłem z poczty między innymi takie maleństwo.
Trafiłem na nie podczas nieustannego polowania na miedziaki koronne A3S. To co prawda nie szeląg koronny, ale tak ładnego przykładu brockage jeszcze w kolekcji nie miałem. Mechanizm powstawania takich destruktów bardzo ładnie opisano i zilustrowano na forumancientcoins.

A może ktoś z Was pokusi się o rozwiązanie zagadki i spróbuje wydedukować, z której mennicy pochodzi mój nowy nabytek?




czwartek, 20 września 2012

Katalogi specjalizowane - nakład wyczerpany.

Sprzedałem dziś ostatni egzemplarz ostatniego drukowanego katalogu.

Jeżeli zdecyduję się na dodruk - informacja pojawi się oczywiście na tym blogu.

P.S.

Mam  jeszcze trzy egzemplarze tomu drugiego z małym defektem - introligatornia wkleiła zawartość w okładkę do góry nogami. Po otwarciu tytułowej strony okładki ukazuje się ostatnia strona katalogu, na dodatek odwrócona.

Cena okazyjna 25 zł (w tym koszt przesyłki).

 Kto pierwszy, ten lepszy.

środa, 19 września 2012

Słoń, a sprawa polska.

Na wystawie mijanej niedawno księgarni zauważyłem kątem oka okładkę z obrazem znanym wszystkim chyba kolekcjonerom monet.
Pan Dariusz Krupa, projektant okładki dodał co nieco do "Poborcy podatków" Marinusa van Reimersvale'a, w tym i mały polski akcent.
Wszedłem do księgarni, poprosiłem o pokazanie książki i zabrałem się za jej przeglądanie. Pisałem kiedyś o moim prywatnym szybkim sposobie kwalifikowania książek do zakupu.
Tym razem trafiłem na takie zdania:
"Przyznanie, że istnieje pewien składnik wartości pieniądza wynikający z kosztów bicia monety, tworzy rysę w doktrynie, że monety są tylko kawałkami metalu".
"Czy władca może zmieniać obowiązujące jednostki rozliczeniowe?"
"Przez dwadzieścia lat poprzedzających inflację, w Saksonii produkowano 400 tysięcy florenów rocznie".
Może ciekawe, ale nie pasjonujące i na dodatek pisane nie przez historyków, a przez ekonomistów.
Książka została w księgarni ale jakoś nie dawała mi spokoju. W końcu kupiłem na Allegro oszczędzając całe 90 groszy.

Teraz sobie czytam. Powoli, bo to nie czytadło do wanny. Czytam i ciekawych rzeczy się dowiaduję. Na przykład, że Polska, to nie pępek świata. Zwykle patrzymy na historię naszego mennictwa w oderwaniu od reszty świata. Fakt, pamiętamy, że przed groszami Kazimierza Wielkiego były grosze praskie, że półtoraki Zygmunta III dziwnie przypominają niezliczone niemieckie grosze, które zresztą bywają przez niedoświadczonych kolekcjonerów przypisywane naszemu królowi. Natomiast świadomość, że szelągi Jana Kazimierza wymyślone przez Boratiniego nie były europejskim precedensem nie jest już tak powszechna.
Polskiego czytelnika książki T. J. Sargenta i F. R. Veldego może zdziwić, że naszemu mennictwu poświęcono w niej kilka niewielkich fragmentów, a przedstawiona w niej teoria opisująca zasady tworzenia systemów monetarnych opiera się na badaniu zjawisk z pieniężnych rynków Francji, Anglii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec. To nie wszystko!
W literaturze dotyczącej technicznych aspektów numizmatyki, w momencie gdy mowa o wprowadzeniu do użytku pras walcowych, przywoływana jest postać Hansa Stippelta (Hanusza Sztypla), któremu przypisuje się ten wynalazek. Bracia Goeblowie w spółce ze Stippeltem dostali w roku 1584 królewski patent na tłoczenie monet prasą walcową, ale w rzeczywistości był to pomysł o kilkadziesiąt lat wcześniejszy. Jak się z mojej nowej książki dowiedziałem, pierwszą działającą prasę walcową uruchomiono w Zurychu (Emil Hahn "Jakob Stampfer, Goldschmied, Medailleur und Stempelschneider von Zurich"). Później wynalazek trafił do Francji, a dopiero w następnych latach na ziemie niemieckie.

Przyznać się muszę, że czytając "Wielki problem drobniaków" największą uwagę przykładam do powiązań teorii ekonomicznych z rozwojem technik menniczych. Ciekawe spostrzeżenie autorów dotyczy na przykład ochrony przed fałszowaniem monet jako czynnika motywującego postęp techniczny. By zapobiec obcinaniu i opiłowywaniu monet (zwłaszcza złotych i grubych srebrnych) zaczęto tłoczyć ozdoby i napisy na rancie.
Wielkim utrudnieniem dla fałszerzy stało się wprowadzenie maszyn redukcyjnych do produkcji najpierw stempli, a później matryc do stempli. Konsekwencją była znakomita powtarzalność rysunku monet nawet w emisjach wielkonakładowych. Postawiło to fałszerzy przed dwiema możliwościami. Albo stosować niskowydajne technologie (np. odlew) albo inwestować w kosztowne urządzenia, które trudno ukryć przed aparatem ścigania (a kary były okrutne).

Autorzy książki są wysoko cenionymi ekonomistami. Ich publikacja to przede wszystkim przedstawienie i uzasadnienie teorii ekonomicznej, ale myślę, że kolekcjonerzy monet też mogą wiele skorzystać na jej lekturze. Ja znalazłem wiele interesujących i pomocnych informacji.

Mniej interesującej lektury przyniósł mi Przegląd Numizmatyczny 3/2012. Przykuły moją uwagę dwa tylko teksty.
Pierwszy opisuje sposób przeliczania i porównywania prób metali wyrażonych w różny sposób (w systemie metrycznym, karatowym, łutowym i rosyjskim). To może zaciekawić wielu kolekcjonerów i ułatwić im czytanie katalogów i opracowań numizmatycznych. Dla mnie, fizyka z wykształcenia, to rzeczy oczywiste.
Drugi, to mała notatka o odkryciu nowej odmiany gdańskiego szeląga Zygmunta Starego z odwróconą kolejnością liter w inicjale mincmistrza Macieja Schillinga. Nie pasjonuję się tym okresem naszego mennictwa więc pojawienie się nowej odmiany nie wzbudziło we mnie szczególnych emocji. Ucieszyłem się jednak, bo tekścik ten jest świetnym argumentem na rzecz zwolenników poświęcenia uwagi MONECIE, a nie jej STANOWI ZACHOWANIA.
Jestem pewien, że żaden z miłośników "trumienek", MS-ek i mr Sheldona nie poświęcił by tej monecie ani sekundy, bo cóż może być interesującego w takim dziurawym "ogryzku". Okazuje się, że ten "ogryzek" to jednak coś bardzo ciekawego i że wszystko zależy od tego kto i na co patrzy.

Oglądajcie monety dokładnie. Wszystkie.


niedziela, 16 września 2012

O czytaniu ze zrozumieniem.

Podobno 15 procent polskich piętnastolatków nie umie czytać ze zrozumieniem. Taki wniosek wyciągnięto z badań PISA. Podobno powinniśmy się cieszyć, bo w całej Unii Europejskiej odsetek ten sięga 20 procent. Co piąty młody człowiek kończący kształcenie na poziomie gimnazjalnym nie zrozumie wiadomości w gazecie (o ile po nią sięgnie), będzie uruchamiał urządzenia na chybił-trafił, bo nie zrozumie instrukcji obsługi (o ile po nią sięgnie), nie odróżni prawdy od zmyśleń, reklamy od recenzji.
Pani minister edukacji broni polskiego szkolnictwa twierdząc, że w Amber Gold oszczędności ulokowali ludzie, którzy nie dostąpili szczęścia pobierania nauki w gimnazjum i że na początku tego stulecia było gorzej bo aż 24 procent 15-latków nie umiało czytać ze zrozumieniem.
Gimnazjalistów spotykam na ulicy, w autobusach, pociągach i zauważam to, co opisał niedawno Krzysztof Varga w artykule "W kraju Morloków" - "przyszłość narodu" (świata, ludzkości?) dzieli się na dwie grupy. Jak zawsze - są ci ładni, czyści, dobrzy i są odrażający, brudni źli. Z rozmów jednych, które słyszę nie podsłuchując, bo o ile oczy mogę zamknąć, to uszu nie, nie wynika, by czytali cokolwiek poza wiadomościami SMS. Oni po prostu są i to że są  widać i słychać.
Rozmów tych drugich nie słyszę. Widzę, że rozmawiają, że mówią długimi zdaniami. Widzę też, że jest ich mało. Dlatego często nie rozmawiają, bo nie mają z kim i cóż wtedy robią - czytają.
Morloków jest niestety więcej, niż Elojów.
Mam wrażenie, że wnioski z wyników badań PISA tylko pozornie są optymistyczne, bo gdy popatrzyć na nie przez pryzmat zasady Pareto, okaże się że to tych około 20% obywateli-półanalfabetów będzie miało wpływ na 80% tego, co się na naszą przyszłość złoży.

Co to ma wspólnego na naszym ulubionym hobby? A tyle, że i mnie się zdarza czytać publikacje na tematy numizmatyczne nie do końca rozumiejąc, co czytam.

Próbuję właśnie poskładać w jakąś sensowną całość klocki gromadzone bezładnie od kilku lat. Klockami są miedziane monety koronne Augusta III i wszelkie informacje ich dotyczące. Te informacje to sterta katalogów, ogólnych opracowań dotyczących środkowoeurpejskiego mennictwa nowożytnego, notatki i artykuły z czasopism kolekcjonerskich (i nie tylko).
Autorzy zgodnie powtarzają - brak przesłanek pozwalających na przypisanie szelągów i groszy A3S do poszczególnych mennic. Tylko jeden rocznik wydaje się być pewny - szelągi 1749 wybito w Dreźnie. Kolejne roczniki mają być zagadką.

E. Kopicki w Ilustrowanym skorowidzu pieniędzy polskich pisze co prawda, że szelągi z datami 1750 i 1751 wybito w Gubinie, ale z kolei M. Gumowski w pracy "Gubin i jego mennice" pisze, że organizację mennicy gubińskiej  i kierownictwo powierzono baronowi von Stein 13 lipca 1751 r. przekazując mu równocześnie zalecenia, co do stopy menniczej a dopiero 18 listopada 1751  przesłano do Gubina 94 szelągowe stemple mennicze (nie jest jasne czy stemple, czy pary stempli) i polecono, by produkcja ruszyła jak najszybciej. Być może udało się ją uruchomić jeszcze w tym samym roku, ale rocznik 1750, jako produkt mennicy gubińskiej należy wykluczyć.

Czy możliwe jest, by rocznik 1750 wybito w Grünthalu?  Tamtejszą mennicę ustanowiono dekretem z dnia 30 lipca 1750 r. W dniu 12 listopada 1750 dyrektor mennicy drezdeńskiej Friedrich Wilhelm ô Feral poinformował, że Saygerhütte Grünthal zamówiła 3 śrubowe prasy mennicze. Dostarczono je w styczniu 1751 r. Nie mogły więc posłużyć do wybicia szelągów z datą 1750.

Z tej chronologii zdarzeń wynika, że szelągi z datą 1750 zostały wybite w Dreźnie

W ciągu ostatnich dwóch lat czytałem te informacje kilka razy (a i wcześniej też) i jak się okazuje, nie było to czytanie ze zrozumieniem. Dopiero przy dopasowywaniu klocków (lepszą analogią będzie chyba składanie puzzli), to co cały czas miałem przed oczami, jako elementy całkiem osobne, zaczęło składać się w całość.

Z następnymi rocznikami będzie trudniej, bo Gubin i Grünthal pracowały równolegle i brak dostępu do historycznych materiałów źródłowych.

Pogoda nie rozpieszcza, ale nie można stale siedzieć przed monitorem i grzebać w książkach. Jako, że dziś trzecia niedziela miesiąca, wybrałem się na giełdę staroci do Dąbrowy Górniczej. Nie było łatwo, bo jak się okazało ruch samochodowy w połowie miasta ograniczono ze względu na Mistrzostwa Polski w Maratonie MTB Lang Team. Start imprezy o godz. 10:40 w Parku Hallera spowodował, że giełda organizowana w tym samym miejscu zeszła na drugi plan. Sprzedawców było ze cztery razy mniej, niż zwykle, kupujących też. Mimo to nie wróciłem z pustymi rękami.
Szeląg Augusta III z 1752 r. z odwróconą literą F pod herbami.

Z której mennicy? Co ta literka F oznacza i dlaczego jest odwrócona?

I druga monetka. Również miedziak
Austria 5/10 krajcara z mennicy w Wenecji.

Oprócz monet polskich zbieram też, jak kiedyś pisałem, austrowęgierską drobnicę XIX-wieczną. Nie mogłem więc przejść obojętnie obok tego maleństwa - monety z mennicy weneckiej są trochę rzadsze od wiedeńskich i kremnickich i prawie tak rzadkie, jak mediolańskie. Trudniej tylko o monety z Karlsburga, czyli... Kto wie, jak teraz nazywa się to miasto i gdzie leży?

P.S.
Od 29 stycznia 2020 moja książka "Miedziane monety koronne Augusta III" jest dostępna tu:
https://ridero.eu/pl/books/miedziane_monety_koronne_augusta_iii/




wtorek, 11 września 2012

Wpis jubileuszowy



Dziś drugie urodziny mojego bloga. Obydwaj mamy się całkiem nieźle.
Licznik odstukał właśnie 110110 odwiedziny (ile to będzie w kodzie dwójkowym?). Wszystkim odwiedzającym dziękuję i polecam się wdzięcznej pamięci.

Statystyki po dwóch latach  wyglądają ciut lepiej, niż te sprzed roku, choć na przykład nie podwoiłem liczby wpisów. Za to miesięczna liczba wyświetleń prawie się podwoiła i dość regularnie przekracza 6000. Łączna ilość komentarzy przekroczyła 300 (mogło by być lepiej).

Z innych ciekawostek statystycznych: moja ulubiona przeglądarka Opera spadła na czwarte miejsce wyprzedzona przez Chrome; Linuks utrzymał drugą pozycję (za IE), a jego udział wzrósł z 2% do 3% (o całe 50% !!!).

Rok temu napisałem:
"Wakacje wybiły mnie trochę z rytmu. 5 tygodni urlopu to rzecz wspaniała, ale powrót do codziennych obowiązków nie jest łatwy i wymaga trochę czasu. Przed urlopem zacząłem przygotowywać materiały do większego tekstu poświęconego szelągom Augusta III."

Pierwsze zdanie jest aktualne - niedawno powtórzyłem je prawie dokładnie. Zaplanowany "większy tekst" rozrósł się zdecydowanie - gros wolnego czasu poświęcam teraz stronie "MIEDZIANE MONETY KORONNE KRÓLA AUGUSTA III", która na razie pozostaje w głębokim ukryciu, ale gdzieś pod koniec roku powinna ujrzeć światło dzienne. Nawet, jeśli nie będzie w stu procentach gotowa.

Okazało się, że klucze do zagadek dotyczących miedziaków A3S są bardzo głęboko zagrzebane, a za wytrychy będą musiały służyć analizy porównawcze obydwu nominałów.
Powoli, powoli zaczyna się to klarować. Mam nadzieję, że w 2013 r., kiedy odbędzie się obiecywane otwarcie Europejskiego Centrum Numizmatyki Polskiej w krakowskim Pałacu Czapskich, pojawią się możliwości dodatkowych badań (biblioteka, kwerenda zbioru). Albo moje pomysły okażą się funta kłaków warte, albo zyskam dodatkowe argumenty na ich poparcie. W każdym razie nie będę czekał z upublicznieniem nowej strony na otwarcie ECNP.

Epoka saska wciąga. Gdyby się komuś nudziło, niech sobie poczyta: Przesilenie monetarne w Polsce za Augusta III autorstwa Władysława Konopczyńskiego (kwartalnik Ekonomista, rok 1910, T 1) dostępnym w zasobach Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. To były afery! Co tam jakaś AmberGold!

Sasi, Sasami, a i między nowymi monetami wyskakują ciekawostki. Najpierw napisał o tym do mnie jeden z kolekcjonerów, kilka dni później sam znalazłem taką monetkę. Chodzi o 10 groszy z rocznika 2012. W roku 2010 zaczęły się pojawiać monety obiegowe z lekko poprawionymi rewersami. Dziesięciogroszówkę z 2010 znam z rewersem starym, z 2011 z nowym. Do niedawna miałem najnowszą, z 2012 r. z rewersem nowym i przypuszczałem, że w przeciwieństwie do np. dwudziestogroszówek, na dziesiątkach nie występują oba warianty w jednym roczniku. 
Błąd. W roczniku - uwaga, uwaga - 2012 mamy też monety ze starym rewersem

Czy to oznacza, że w 2011 też tak jest? Nic pewnego, trzeba szukać, szukać, szukać...





piątek, 7 września 2012

Monety opowiadają o...


Dawno, dawno temu, dostałem w prezencie książeczkę „Monety opowiadają o historii”. Tłumaczenie z rosyjskiego, autor Fiedorow-Dawydow H.

Dla dziesięciolatka na początku kolekcjonerskiej ścieżki nie była to lektura porywająca, ale z czasem zacząłem ją doceniać. Pokazała mi tę druga stronę kolekcjonerstwa, po której mniej ważne jest ile masz monet, jaka maja wartość, w jakim są stanie. Nie uświadamiałem sobie wcześniej, że moneta w mojej dłoni to materialny świadek historii , od którego można się dowiedzieć mnóstwa ciekawych rzeczy. Trzeba tylko wiedzieć, jak świadka do opowieści skłonić.

Kupiłem niedawno takiego szeląga.
 Zygmunt III Waza, Ryga, rocznik 1598

O czym opowiada ten kawałek metalu?
O królu Zygmuncie III i jego tytułach, o pięknym mieście Rydze i kluczach w jego herbie, o polskiej (i europejskiej)ekonomii końca szesnastego wieku i o rozwoju techniki. Na tej ostatniej opowieści chcę się dziś skoncentrować.

Dlaczego jedna strona monety mieści się na krążku w całości, a druga nie? 
Dlaczego na pustym polu, poza rysunkiem monety widać jakieś znaczki? 
Dlaczego krążek nie jest okrągły, tylko ma półokrągłe wycięcie na brzegu?

Trzy pytania, jedna odpowiedź – bo ta moneta nie została wybita, tylko wytłoczona.
Zamiast młotka:
użyto jednego z takich (lub podobnego) urządzeń:
prasy walcowe

Prasy walcowe pojawiły się w mennicach już wcześniej, ale nie używano ich do tłoczenia monet, tylko do przygotowywania blachy, z której wycinano krążki na monety. Zamiast mozolnie rozklepywać blachę na kowadle uzyskując placki o nieregularnym kształcie i nierównej grubości, walcowano pasy blachy do osiągnięcia wymaganej i mniej więcej stałej grubości.
Tłoczenie monet stało się możliwe po opanowaniu wytwarzania przekładni zębatych na tyle dokładnych, by możliwe było uzyskanie dobrej synchronizacji obrotowego ruchu dwóch walców kręcących się w przeciwnych kierunkach. 
Pewnie ktoś zauważył, że podczas walcowania blach, na ich powierzchni odbijają się wypukłości i wgłębienia istniejące na walcach. Od takiego spostrzeżenia już tylko krok do tłoczenia monet walcami. Tylko ta synchronizacja. Nawet dziś rachunek kół zębatych nie jest prostą zabawą, a przecież trzeba jeszcze teoretyczne obliczenia zrealizować w praktyce. W XVI wieku nie było numerycznie sterowanych obrabiarek.

Przy tłoczeniu mojego szeląga, prasa się troszkę rozjechała – awers i rewers nie znalazły się na blasze idealnie naprzeciwko siebie. 

Blachy po przejściu przez prasę wyglądały tak:
fragment paska z ryskimi szelągami królowej Krystyny 
pochodzący z fałszerskiej mennicy w Suczawie

Teraz należało wyciąć monety. Robiono to ręcznie przy pomocy wycinaka i młotka. Trzeba było ułożyć blachę z odciskami monet na płaskiej powierzchni i uderzyć. Ułożyć, ale nie byle jak! To, że prasy nie były idealne i że awers i rewers nie zawsze idealnie się pokrywały nie było niespodzianką. Którą stronę można było „okaleczyć”? No jasne, że nie awers, na którym był inicjał i tytuł (a czasem i portret) króla. Dlatego to strona z herbem miasta (rewers) wychodzi częściowo poza krążek.
A że w pośpiechu (plany i normy trzeba było wykonywać od zawsze) czasem wycinak zahaczał o rysunek kolejnej monety, która z tego powodu nie była już idealnie okrągła.

Na rewersie, poza rysunkiem monety widać wypukłe kropki. Oznacza to, że na walcu były wgłębienia. Skąd się tam wzięły? Z pewnością nie są to przypadkowe skaleczenia. Przypuszcza się, że w walcach robiono wgłębienia, aby zapobiec ślizganiu się blachy między walcami w chwili jej wkładania. Dzięki temu walce „zabierały” blachę, jak wyżymaczka mokrą ścierkę.
pomiędzy negatywami monet widoczne wgłębienia
 
Na zdjęciach nie widać jeszcze jednej charakterystycznej cechy monet tłoczonych walcami. Siłą rzeczy takie monety maja stały układ osi awersu i rewersu. Przy ręcznym biciu młotem otrzymywano monety (np. boratynki) o bardzo rożnych kątach obrotu awers/rewers. Na mojej monecie awers i rewers mają górę w tym samym miejscu, zupełnie jak bilon, którym się dziś w Polsce posługujemy. Wiedząc o tym, zauważa się, że niedobicia (a raczej niedotłoczenia) są dokładnie naprzeciwko siebie. Można z tego wnioskować, że osie walców nie były idealnie równoległe
(albo walce nie były walcami, tylko miały kształt lekko stożkowaty).
 
Na tym nie koniec. Umiejscowienie niedobić wskazuje na sposób rozmieszczenia rysunków monet na walcach.
 układ stempli na rozwinięciu powierzchni walca

Czy to wszystko?
O nie!
Można na przykład zauważyć, że do wykonania obydwu walców:  ze stemplami awersów i ze stemplami rewersów użyto tego samego zestawu punc z literami
Litera G
po lewej z awersu, po prawej z rewersu
Moja nowa moneta opowiada jeszcze wiele innych historii. Jej średnica, to tylko 18 mm, a waga 1,39 grama. Jak te parametry mają się do obowiązującej wówczas stopy menniczej?
Gdyby mieć dostęp do większej ilości szelągów ryskich z 1598 r. można by się pokusić o ustalenie ilości stempli znajdujących się na walcu, a także ilu par walców użyto w tym roku i przy okazji oszacować nakład rocznika.
Gdyby mieć dostęp do większej ilości szelągów ryskich z sąsiednich roczników, można by ustalić, czy tych samych walców używano przez kilka lat.
I tak dalej, i tak dalej...
Monety opowiadają. Warto ich posłuchać.





piątek, 31 sierpnia 2012

Ostatni dzień wakacji.

Nie. Nie jestem nauczycielem.
Z urlopu wróciłem niecałe dwa tygodnie temu, ale tak jakoś opornie się po powrocie aklimatyzowałem, że dopiero dziś dotarła do mnie ta smutna prawda.
Wakacje się skończyły. Pora poważnie wziąć sie do pracy.

Najpierw przegląd "prasy".

Jeśli brak w Waszych zbiorach denarów Chrobrego albo Mieszka II (tych, które do niedawna przypisywano Mieszkowi I), to będzie okazja do wypełnienia luk. 21 października na 3 aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Pawła Niemczyka.

Wieści z Poznania - Allegro planuje kontrowersyjne (jak na mój gust) posunięcie - likwidację opcji "KUP TERAZ". Po zmianie będzie można nadal kupować po ustalonych sztywno cenach, ale tylko z wykorzystaniem "koszyka".

I nadal o Allegro.
Jeżeli oferta P. Niemczyka jest poza zasięgiem Waszych portfeli, to niech Was przypadkiem nie skusi oferta pewnego przyjemniaczka ze wschodu.
Takie (i wiele innych) "cacka"
 
 można kupić tanio, a nawet bardzo tanio, bo wystawiane są w kategorii
Allegro › Kolekcje › Numizmatyka › Pozostałe › Kopie i falsyfikaty.

Pozornie wszystko jest w porządku. Niestety, te do bólu brzydkie "kopie" nie są oznaczone i prędzej, czy później posłużą do oszukiwania niedoświadczonych kolekcjonerów.
Dopóki Allegro nie umieści nieoznakowanych trwale "kopii" monet na liście towarów zakazanych, dopóty naiwni kolekcjonerzy będą tracić pieniądze na kupno bezwartościowych krążków metalu.

Skoro o falsyfikatach mowa, to polecam wizytę na hiszpańskojęzycznej stronie  zatytułowanej "¿Es falso mi denario? Guía para la autentificación de las monedas de plata de la Antigüedad"
Strona po hiszpańsku, ale z opcją automatycznego tłumaczenia na francuski i angielski. Bardzo bogato ilustrowana i niezwykle pożyteczna. Na zachętę Neron z "okładki"
Pan Carlos Traver Fábrega opisał metody demaskowania falsyfikatów monet antycznych, ale wiele spostrzeżeń i uwag bez żadnych modyfikacji można stosować analizując monety średniowieczne i nowożytne.

Na koniec krótki komunikat - pozostało mi jeszcze tylko sześć egzemplarzy
katalogu PMW+GG (tom II). Tomów I i III już nie mam.
Biję się z myślami, czy pokusić się o dodruk (z uwzględnieniem wielu nowych ustaleń, zwłaszcza w tomie I), czy spróbować publikacji w formie e-booków.
Na myślenie daję sobie czas do grudnia.
Do tego czasu zajmował mnie będzie August III.


środa, 22 sierpnia 2012

Pięć tygodni w balonie.

Pamiętacie taką książeczkę Pana Verne'a? Ramota (z 1863 r) ale sympatyczna. Geograf Samuel Fergusson, jego służący Joe oraz myśliwy, Dick Kennedy przelecieli balonem nad Afryką, z wybrzeża wschodniego na zachodnie przeżywając wiele przygód i poznając nie do końca poznany wówczas kontynent.

Pięciotygodniowe wakacje, oderwanie się od codziennych obowiązków na z górą miesiąc bardziej mi się podoba, niż dzielenie należnego mi urlopu na kilka tygodniowych (albo i krótszych) okresów. Stąd brak nowych wpisów na blogu od połowy lipca.
Nie latałem balonem nad Afryką, lecz jak zwykle przemierzałem Bory Tucholskie. Piechotą, kajakiem, na rowerze i samochodem.
Jak się odrywać od codzienności, to bez reszty. Na wakacje nie biorę komputera, staram się też nie myśleć zbyt wiele o monetach. Bo jak myśleć o monetach w takim otoczeniu:
Startujemy do spływu Chociną.

Trasa wyglądała tak
a możemy ją sobie oglądać i analizować dzięki zabawce, którą już tu kiedyś opisałem. Telefon sprawdza się w każdych warunkach. Przeżył na przykład bez szwanku wywrotkę kajaka. GPS, to bardzo użyteczny wynalazek, pod warunkiem, że włączając go nie wyłączamy myślenia.

Kto w Swornegaciach był, wie że metą spływu była restauracja Jeziorna. Zachęcam do odwiedzin - karmią dobrze i niedrogo, a przy tym można podziwiać piękne widoki (nawet gdy pogoda nienajlepsza).

Niestety, jak podczas każdych wakacji zdarzają się widoki mniej ciekawe. Na przykład pieski obsrywające trawniki przy charzykowskiej promenadzie (i samą promenadę też). Dumni właściciele i właścicielki czworonogów do bólu rasowych wnikliwie obserwują żaglówki na jeziorze, własne paznokcie lub czubki własnych butów. Byle nie patrzeć na klocki stawiane przez pieski, byle nie skrzyżować wzroku z osobami spacerującymi promenadą. Gdyby chociaż korzystali z bezpłatnie rozdawanych woreczków na odchody.
Przez pięć tygodni ani raz nie widziałem, by ktoś po swoim psie sprzątał.

Śmiem przypuszczać, że sterty śmieci zalegające rowy (włącznie z tymi przy leśnych drogach, nawet w parku narodowym) to dzieło jeśli nie tych miłośników piesków, to z pewnością ich "krewnych w rozumie".  Takim osobom powinno się odbierać prawa publiczne.

Grzyby, ryby, lasy, rzeki, jeziora i mnóstwo czasu. Można czytać, słuchać muzyki, można po prostu siedzieć i patrzeć.
Widok z werandy przed naszym pokojem 8 sierpnia o 19:47
Przed chwilą padało.

Jedyny kontakt z naszym ulubionym hobby ograniczyłem do codziennych przeglądów portmonetki. Rezultat? Z rocznika 2012 mam 4 nominały: 1, 2, 10 i 50 groszy, a w zapasach na czarną godzinę dwie monetki z rewersem obróconym względem awersu o blisko 180 stopni.

I jeszcze myślenie, którego jakoś wyłączyć nie potrafię. Przemyślałem więc sobie planowaną od dawna publikację na temat miedziaków koronnych Augusta III. Wiem już, co chciałbym w niej ująć, w jakiej kolejności, wiem z jakich materiałów będę korzystał. Teraz pozostaje rzecz najnudniejsza - fotografowanie, skanowanie, obróbka grafik i najtrudniejsza - pisanie.

P.S.
Verne napisał też "Dwa lata wakacji", ale tyle urlopu nie uzbieram.
Trzeba poczekać na emeryturę.

P.P.S.
Podczas urlopu licznik odwiedzin zaczął wyświetlać wartości sześciocyfrowe. Dziękuję i polecam się na przyszłość.

środa, 11 lipca 2012

Karol Plage

Karol Henryk Plage (08.10.1857 – 10.02.1927)
  • Monety bite w miedzi za panowania Stanisława Augusta, Warszawa 1897
  • Monnaies Frappées Pour Le Royaume de Pologne en 1815 a 1864 et Monnaies Frappées a Cracovie en 1835, Kraków 1902
  • Monety Bite dla Prowinyi Polskich, przez Austryę i Prusy oraz Monety Wolnego Miasta Gdańska, Księstwa Warszawskiego i w Oblężeniu Zamościa, Kraków 1906
  • Okres Stanisława Augusta w historyi numizmatyki polskiej, Kraków 1913
Wszystkie doczekały się reprintów (najstarsza z książek najpóźniej) i to nie z powodów, powiedzmy , estetycznych, a z przyczyny ich szczegółowości i dokładności.

Nikt nie jest doskonały, więc i Plagemu zdarzyło się kilka pomyłek. Największa, dotycząca błędnego podziału części miedzianych monet S. A. Poniatowskiego między mennice krakowską i warszawską. Pierwsze sprostowanie pojawiło się już w roku 1898 - Wiadomości Numizmatyczno-Archeologiczne nr 1 (35), str. 393-394.
Definitywne, jak się zdaje, rozwiązanie zagadki przedstawił R. Janke w Biuletynie Numizmatycznym 4 (336) z roku 2004.

Mimo wszystko. cztery książki Karola Plage, pozostają jednymi z doskonalszych polskich prac numizmatycznych i w dużej mierze zachowują aktualność. Zwłaszcza dla kolekcjonerów odmian i wariantów monet Poniatowskiego i monet porozbiorowych.

Kim był Karol Plage.
Urodził się w warszawskiej rodzinie protestanckiej. Był synem urzędnika kolejowego Bogumiła Plage i Henryki z Boroszewskich.
Z wykształcenia inżynierem (ukończył studia techniczne), pracował na kolei. Niektóre źródła podają, że był urzędnikiem telegrafu.
Z zamiłowania był kolekcjonerem monet w pełni zasługującym na miano numizmatyka. Numizmatyka stała się Jego głównym zajęciem po przejściu na emeryturę. Katalogował polskie monety w Ermitażu, zajmował się kolekcją księcia Białozielskiego-Białozierskiego.
Plage był jednym z dobrodziejów Muzeum Narodowego w Krakowie, któremu w 1902 r. podarował kilkadziesiąt monet ze swojej kolekcji.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i po uruchomieniu w Warszawie nowej mennicy, jej dyrektor, Jan Aleksandrowicz (sam z resztą aktywny kolekcjoner) reaktywował kolekcję numizmatyczną. Plage został pierwszym kustoszem tego muzeum. Funkcję pełnił w latach 1925-1926. W roku odejścia Plegego z muzeum zbiory Mennicy liczyły 4611 sztuk monet (1007 monet polskich i 3604 monety obce) oraz 318 sztuk medali (187 polskich i 131 obcych).
Po Plagem, kustoszem został Władysław Terlecki.

Karol Plage zmarł rok po odejściu z muzeum mennicy. Został pochowany na Cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie.
(Zdjęcie z Wikimedia Commons – repozytorium wolnych zasobów, autor Mateusz Opasiński)

Do napisania tych kilku zdań o Karolu Plage zainspirował mnie jeden z ostatnich przedurlopowych zakupów. Moneta jeszcze nie dotarła, dysponuję na razie tylko zdjęciem z aukcji.
1 grosz 1836, Plage 244. 
Skan z reprintu Monnaies Frappées Pour Le Royaume de Pologne en 1815 a 1864 et Monnaies Frappées a Cracovie en 1835.

Autor katalogu w opisie monety podkreślił inny układ jagódek w wieńcu niż na pozostałych monetach z tego rocznika, próżno jednak szukać wzmianki o tym, że jest jeszcze jedna istotna różnica. G z szeryfem w GROSZ.
Brak też określenia stopnia rzadkości, ale nie jest to moneta pospolita. Wręcz przeciwnie. Plage umieścił przy niej literkę N, co oznacza nowe bicie. Nowe, czyli jakie?
Po wyjaśnienie zapraszam na jedną z moich stron numizmatycznych.

Tej "odmiany" nie umieściłem w moim katalogu. To przecież nie moneta obiegowa, tylko "nowodieł", bękart, jak te wszystkie lustrzanki, lokalne dukaty i inne podobne wynalazki.
Limit w aukcji ustawiłem na średnio wysokim poziomie. Szczerze mówiąc, nie liczyłem na wygraną, ale skoro wygrałem, to przecież jej nie wyrzucę. Jakoś to przeboleję.


środa, 4 lipca 2012

Ale upał!

Przedurlopowe lenistwo pogłębia się. Im wyżej pnie się słupek termometru za oknem, tym trudniej o mobilizację do pracy. Potrzebna jest bardzo, bardzo konkretna motywacja.
Na przykład kalendarz.

Rolnicy to znają. Pewne rzeczy trzeba zrobić w ściśle określonym terminie - nie wcześniej, nie później.

Ciąg dalszy za moment.
Po opublikowaniu poprzedniego wpisu dostałem pokaźną porcję emaili sugerujących przeprofilowanie bloga "Zbierajmy monety". Na przykład na "Jedz smacznie i niezdrowo". Zmiany profilu nie planuję, ale od czasu do czasu jakieś kulinarne wtręty będą się pojawiać.

Ad rem.
Dwa tygodnie po świętym Janie to najwłaściwszy czas na Nocino di Modena.
Przepisów na ten likier jest tyle, ile orzechów na dorodnym drzewie. Mam swój. Wypróbowany.

Bierze się litr spirytusu 95% i 20 do 25 zielonych orzechów włoskich zbieranych między 24 czerwca (dzień św. Jana), a 10 lipca (muszą się łatwo kroić nożem).
Orzechy tniemy na ćwiartki uważając, żeby się przy tym nie upaprać. W najgorszym razie przez kilka dni będziemy mieli brązowe plamy na rękach i na tym wszystkim, na co tryśnie sok z krojonych orzechów.
Pokrojone orzechy zalewamy spirytusem. Dorzucamy ćwierć laski wanilii, ćwierć ćwierci laski cynamonu (nie proszek!) i kilka goździków. Zamykamy szczelnie i ustawiamy w ciepłym, ciemnym miejscu na 40 dni. Zawartość szybko ciemnieje. Co kilka dni trzeba naczyniem potrząsnąć, ale jak się nie potrząsa, to też dobrze wychodzi.

Po 40 dniach odcedzamy orzechy i przyprawy. Ekstrakt zlewamy z powrotem do naczynia.
Do rondelka wsypujemy 80 dkg cukru (a najlepiej pół kilograma i mały słoik miodu).  Wlewamy do tego 0,4 litra wody i mieszając podgrzewamy aż do momentu, kiedy syrop zacznie wrzeć, ale nie gotujemy!. Jak przestygnie, wlewamy do ekstraktu, mieszamy, zamykamy szczelnie i znów odstawiamy w ciemne, ciepłe miejsce.

Cierpliwość ćwiczymy mniej więcej do Bożego Narodzenia. Wtedy zlewany likier do butelek, korkujemy i …

Otwieramy w razie potrzeby, najlepiej w długie, zimowe wieczory, w dobrym towarzystwie. Uwaga, bo to mocne!

Pierwszy etap mam już za sobą. Słój dobrze się prezentuje. Zawartość będzie wykorzystywana między innymi do oblewania przyszłych, udanych zakupów numizmatycznych (które mam nadzieję nastapią).
Na razie udało mi się trafić jednogroszówkę z 1841 r.
Mocno wymęczona, ale to na prawdę rzadki gość na rynku.

Biblioteczka wzbogaciła się o "Numizmatykę sredniowieczną" Stanisława Suchodolskiego. Bardzo to ciekawa pozycja. Dokładniejszą lekturę zostawiam sobie na czas urlopu.

A ten już tuż, tuż.





środa, 27 czerwca 2012

Jak żyć...?

Chyba dopadło mnie już przedwakacyjne rozleniwienie. Czerwiec się kończy, a na blogu tylko trzy wpisy. Pora na urlop.

Słuchałem wczoraj Akademii Rozrywki na trójce. Jednym uchem, ale coś tam przez nie wpadło. Na prośbę Artura Andrusa, słuchacze przesyłali swoje propozycje odpowiedzi na pytanie "Jak żyć?"

Zamiast pisać do Andrusa, napiszę tu.

W dobrych bajkach, kiedy już królewicz zbudził pocalunkiem śpiącą królewnę, albo pocałunkiem przywrócił zielonej żabce postać księżniczki, przyszłość rysowała się jasno, a opisuje się ją zwykle frazą: "... i żyli długo i szczęśliwie." To takie proste!

Łatwo powiedzieć, ale jak to zrealizować?

DŁUGO
Czy to od nas zależy, jak długo pożyjemy? Śmiem twierdzić, że w niewielkim stopniu.
Czytałem niedawno reportaz o stulatkach. Nie ma reguły. Piją alkohol, palą tytoń, jedzą tłuste mięso (prawda, z umiarem), dokąd się da unikają lekarzy.
Może więc lepiej się tym nie zamartwiać, bo jak się na coś wpływu nie ma, to lepiej oszczędzać siły na ciekawsze zajecia.

SZCZĘŚLIWIE
Tym razem skłonny jestem twierdzić, że prawie wszystko zależy od nas samych. Z moich obserwacji wynika, że najbardziej nieszczęśliwi są ludzie, którzy sami sobie swoje nieszczęście wmawiają. Nie potrafią cieszyć się życiem, bo oczekują więcej od losu, niż dostają.
A do szczęścia niewiele trzeba. Czasem wystarczy czyjś uśmiech, dobra książka, film, koncert, spacer...
Czasem trzeba popracować. Na przykład tak.

Bierzemy dwa świeże pstrągi, nie za duże, nie za małe. Patroszymy, skrobiemy łuski, płuczemy, suszymy papierowym ręcznikiem, lekko solimy od zewnątrz i w środku (moze być Kucharek albo inna Vegeta). Do środka rybek pakujemy po gałązce świeżej  bazylii, niedużym pasku szynki dojrzewającej i suszone pomidory z oliwy pokrojone w paseczki. Później owijamy każdą rybę paskami tej samej szynki (szwarcwaldzka z Lidla jest w sam raz). Tak opakowane ryby wkładamy do naczynia - może być gęsiarka, zwykły rondel albo płaska miska z żaroodpornego szkła. Polewamy niewielką ilością oliwy i przykrywamy pokrywą albo kawałkiem aluminiowej folii (nie musi to być całkiem szczelne) i wkładamy na 20 minut do piekarnika (170 stopni). Po tym czasie zdejmujemy przykrycie i przyrumieniamy na ostrzejszym ogniu.
Do posiłku siadamy z kimś sympatycznym. Rybki jemy uważając na ości, przegryzając podgrzaną w piekarniku bułką (najlepsza będzie ciabata) i popijając dobrze schłodzonym jasnym piwem. Chwile szczęścia gwarantowane i nie zepsuje ich nawet świadomość, że trzeba będzie później pozmywać naczynia!

Zamiast ziół, pomidorów i szynki można ryby wypchać i obsypać pokrojonymi słodkimi winogronami bez pestek i migdałowymi płatkami. W tym przypadku, od piwa lepsze będzie białe wino (np. jakieś chardonnay).

Szczęściu nie zaszkodzi też jakiś sukces. Dowolny. Mały, duży, własny, kogoś bliskiego, kogoś obcego (czy Małysz albo Radwańska, to obcy?).

Źródłem szczęścia mogą być i porażki (zwłaszcza cudze). Nie ukrywam radości z porażek moich konkurentów na aukcjach. Z drugiej strony, kiedy nie wygram, nie dręczę się, nie powtarzam sobie - trzeba było dać wyższy limit.
Raz na wozie


raz pod wozem.


I bardzo dobrze, bo bezustanne poczucie szczęścia było by nie do zniesienia.


czwartek, 14 czerwca 2012

Obrzeże

Z jakiegoś nieznanego mi powodu w ciągu ostatnich dwu tygodni dostałem cztery emaile z pytaniem o przyczyny różnego wyglądu obrzeża. Na wypadek, gdyby takie pytania miały się nadal powtarzać, postanowiłem umieścić odpowiedź na blogu.
Najpierw mały słowniczek, bo trzeba wiedzieć, co "poeta miał na myśli" pisząc "obrzeże".
Moi korespondenci pytali:

Cześć 10 groszówek z 2011 ma szerszy i bardziej kanciasty rant oraz chyba głębszy rysunek natomiast część ma węższy i bardziej okrągły rant oraz płytszy(?) rysunek.... Czy to raczej usterki czy odmiany czy jeszcze coś innego

Przesyłam porównanie dwóch monet - niby niewielka różnica ale szerokość obrzeża na rewersie jednak trochę inna. Byłbym wdzięczny gdyby wyraził Pan swoje zdanie w tym temacie.

Pierwsze pytanie dotyczy monet 1zł z 1977r. Otóż przeglądając ostatnio zakupioną masówkę, zwróciłem uwagę na okalający monety na awersie rząd półkol. Zauważyłem że dzielą się na dwa rodzaje, te które są zlane ze sobą oraz te które wyraźnie oddzielone są od siebie. Pytanie brzmi czy jest to wina uszkodzonego stempla (cała seria wybita takim samym uszkodzonym stepmplem) czy po prostu stempel był taki docelowo. W załczniku są zdjęcia ów otoków. Czy mam traktować te monety jak dwa różne rodzaje czy po prostu jako destrukty?

Nie wiem czy zauważył Pan, że w ostatnim czasie monety groszowe (zwłaszcza 10 i 20 groszy ) są wybijane z otokiem szerokim (grubym) bądź cienkim. Jeżeli otok (obwódka) monety jest grubsza to wydaje się ,że napis jest bliżej rantu.
Ponieważ żaden opis nie zastąpi obrazu, w odpowiedzi przesyłałem takie dwa zdjęcia

stemple monet z muzeum warszawskiej mennicy 

i w uzupełnieniu dodawałem krótkie wyjaśnienie, które też tu powtórzę.


Na monetach ze zwykłym, nieozdobnym obrzeżem (vide 1 zł 1929), szerokość obrzeża determinowana jest średnicą podtoczenia stempla. Obrzeże nie jest w tym przypadku elementem rysunku stempla! Dlatego nie uważam takich monet za warianty ani tym bardziej za odmiany.
Średnica okręgu wyznaczonego przez zewnętrzną krawędź legendy lub rysunku pozostaje stała. Dobrym przykładem są warianty dziesięciogroszówki z 1923 r.
Wyraźnie widać, że szerokość obrzeża, to jedno, a wielkość rysunku - drugie.

Na monetach z ozdobnym obrzeżem (jak złotówka 1988) legenda zachowa jednakową odległość od ornamentu (choć sama szerokość obrzeża na zewnątrz ornamentu też może być różna z wyżej opisanej przyczyny).

Na obrzeżu mogą się też pojawiać ślady niedoskonałej obróbki stempla, np. w postaci dodatkowej obwódki (na całym obwodzie, lub na jego części). Stąd powtarzające się informacje o istnieniu monet "z podwójną obwódką".

Cieszę się, że coraz więcej kolekcjonerów dokładnie ogląda monety ze swoich zbiorów interesując się przyczynami różnic w ich wyglądzie.




czwartek, 7 czerwca 2012

Spiskowa teoria dziejów.

Przeczytajcie uważnie ten opis:

Któż był "Carem polski - księciem"?
"100 czegoś 1922" nasuwa pewne podejrzenia... Czy to jednak możliwe, że ktoś, kto umie uruchomić komputer, zarejestrować się na Allegro (a więc umie czytać i pisać - przynajmniej na klawiaturze) mógłby nie wiedzieć, że na oferowanej monecie:

sportretowano Józefa Piłsudskiego, który - prawda - wielkim człowiekiem był, ana na miły Bóg nie "Carem polski" ani nie księciem. Przy nicku sprzedającego nie widzę oznaczenia obowiązkowego dla niepełnoletnich allegrowiczów. Czy mam rozumieć, że dla pełnoletniego Polaka poddanego rygorowi obowiązku szkolnego (a może się wymigał?) "Car polski - książę" może być czymkolwiek innym, niż figura stylistyczna rodem z political/historical fiction?

"5 osób licytuje..., aktualna cena 3000 zł"
Do roku 2005 była to mniej więcej realna cena rynkowa oryginalnej miedzianej próbnej  stumarkówki. Dziś na zakup oryginału trzeba przeznaczyć kwotę dziesięciokrotnie wyższą. A na aukcji nie oferowano oryginału!

W kontekście tego obrazka towarzyszącego wszystkim aukcjom Allegro:
interesuje mnie bardzo, jak zakończyła by się akcja kilku dobrych kolegów. Jeden udając kretyniątko wystawia "100 czegoś 1922", reszta udając "jeleni" licytuje. Któryś z nich wygrywa i po odczekaniu paru dni wszczyna spór
"Zostałem oszukany, kupiłem monetę wystawioną w dziale dla monet oryginalnych, a dostałem ordynarny falsyfikat.
Do sprzedawcy przychodzi policja i słyszy
"Ja się nie znam. Sam kupiłem to jako oryginał. Sprzedaję, bo potrzebuję pieniędzy. Gdyby moneta była fałszywa, to Allegro zamknęło by aukcję albo przeniosło do działu dla kopii i falsyfikatów, bo moją aukcję obśmiano na forum i administracja allegro była informowana, że to może być kopia. Nic nie zrobili, więc chyba wszystko było w porządku. Nikogo nie chciałem oszukać, pieniędzy nie oddam."
Czy Allegro zrekompensuje "stratę" kupującego? Jeśli nie, mógłby być bardzo ciekawy proces sądowy.

Pora na przypomnienie postulatu (obiecałem, że będę go co jakiś czas powtarzał) -

Dopóki Allegro nie umieści nieoznakowanych trwale "kopii" monet na liście towarów zakazanych, dopóty naiwni kolekcjonerzy będą tracić pieniądze na kupno bezwartościowych krążków metalu.



Printfriendly