Google Website Translator Gadget

czwartek, 28 listopada 2013

Przeprowadzka.

Przewożenie mebli, ustawianie, skręcanie - pestka!
Przewożenie i układanie wyposażenia kuchni, ubrań - łatwizna!
Książki! To jest problem.

A jakiż to problem spakować tych kilka książek, przewieźć i ustawić na nowej półce? Kilka? Jak kilka, to nie problem. My mamy około tony.
Męczę się już trzeci dzień i końca nie widać.

Są i pozytywy.
Znalazło się kilka tytułów, których od niepamiętnych czasów nie mogłem namierzyć na półkach. Pewien już byłem, że komuś pożyczyłem i nie wróciły. A tu niespodzianka. Są.
Nie muszę wydawać pieniędzy na siłownię. Nie macie pojęcia ile waży niewielki nawet karton wypełniony książkami drukowanymi na kredowym papierze. Znoszenie tego z trzeciego piętra bez windy świetnie poprawia kondycję.

Siłą rzeczy mam mniej czasu dla monet. Mniej, nie znaczy wcale. Udało mi się na przykład wypatrzyć (i kupić za niewielkie pieniądze) takiego szeląga
Literka R (poprawiana, albo dwukrotnie odbita puncą na stemplu) do pospolitych nie należy, a na dodatek na awersie jest AUGUSTUS. Literatura notuje tę odmianę tylko z AVGVSTVS.
Ile jeszcze niespodzianek przed nami? Ile nieodnotowanych wcześniej odmian i wariantów saskich miedziaków?

Na dziś wystarczy. Jutro noszenia książek ciąg dalszy. Byle do wiosny!



środa, 20 listopada 2013

Dwa dni bez internetu - JAK ŻYĆ?!?

Niedzielne popołudnie.
Wracam do domu. Internetu brak. Dzwonię do dostawcy. O dziwo, infolinia działa.
- Tak, niestety, mamy poważną awarię światłowodu. Pracujemy nad usunięciem awarii.
Pewnie jakieś omułki myślały, że to miedziany kabel i porąbały. Historia medycyny zna takie przypadki.
Nic to.
Poniedziałek.
Sprawdzam przed wyjściem do pracy. Sieci brak.
Wracam z pracy - sieci brak.
Telefon...
- Tak, niestety, mamy poważną awarię światłowodu. Pracujemy nad usunięciem awarii. Za półtorej godziny wszystko powinno działać.
Zobaczymy. Na razie mam inne sprawy do załatwienia.
Wracam do domu koło północy - sieci brak.
Wtorek.
Sprawdzam przed wyjściem do pracy. Sieci brak.

Telefon...
- Tak, mieliśmy poważną awarię światłowodu. Uszkodzenie usunięto wczoraj wieczorem. Wszystko powinno już działać.
- Powinno, ale nie działa.
- A łączy się Pan przez router, czy bezpośrednio?
- Przez router.
- To trzeba zresetować.
- Zresetowałem, zanim do Pani zadzwoniłem.
- To może jednak coś u Pana. Wyślę techników.
- Ale ja idę do pracy.
- Sprawdzą zdalnie.
- Mam nadzieję.
Wracam z pracy - JEST!
I co z tego, kiedy nie mam czasu. Szybki obiad i w samochód. O osiemnastej u Czapskich zaczyna się wykład Pana Mateusza Woźniaka "Unikatowe monety polskiego średniowiecza".
Ledwo zdążyłem. Najpierw korek do bramek na autostradzie. Dzisiaj przeczytałem:

"Około godziny 14.30 doszło do wypadku na A4 przed bramkami wjazdu na autostradę w stronę Krakowa. - Kierujący samochodem marki citroen z nieustalonych jeszcze przyczyn uderzył w tył ciężarówki stojącej przed bramkami, odbił się od niej i uderzył w barierki osłaniające budki"

Z nieustalonych przyczyn? Z tego, jak wyglądał citroen, można przypuszczać, że kierowca za późno zaczął hamować przed bramkami.
Nic to. Na zjeździe było luźno, ale za to w Krakowie...
Piłkarski wtorek. Eliminacje młodzieżówek do ME. Mecz Polska - Grecja. I znajdź tu człowieku miejsce do zaparkowania.
Zdążyłem w ostatniej chwili.
To pierwszy wykład z cyklu "Numizmatyka, czyli co", którego miałem przyjemność wysłuchać w sali audiowizualnej u Czapskich. Zwiedzając ją kilka tygodni wcześniej miałem obawy, że sala może się okazać za mała, że nie pomieści wszystkich chętnych. Coś w tym jest, bo wczoraj wolnych miejsc nie było. Trudno się dziwić.
Temat interesujący, wykład ilustrowany zdjęciami rarytasów eksponowanych piętro wyżej, w tym oczywiście denara GNEZDUN CIVITAS i łokietkowego florena. Słuchacze dowiedzieli się bardzo ciekawych rzeczy o unikatach. O monetach które były znane w jednym egzemplarzu, a straciły unikalny charakter po nowych odkryciach. O monetach, które znano w kilku egzemplarzach, a które zostały unikatami, bo część monet przepadła podczas wojen. O monetach znanych tylko z opisów w starych kronikach. O monecie, którą badacze uważali za wymysł znanego z fantazji dziewiętnastowiecznego kolekcjonera, a która okazała się bytem jak najbardziej realnym.

Nie brakło i akcentu humorystycznego. Okazuje się, że dosyć regularnie zgłaszają się do Czapskich "odkrywcy" kolejnych egzemplarzy GNEZDVN CIVITAS. O, takich:
i bardzo trudno wytłumaczyć im, że to nie oryginał, tylko jedna z tysięcy "kopii" produkowanych dla turystów.

Do domu wróciłem późno. Internet był!
Późno, nie późno, trzeba nadrobić zaległości. Spać położyłem się już dzisiaj.

- Jak to? Dwa dni braku internetu, to dla Pana problem? Przecież co roku pisze Pan, że przez cały długi urlop obywa się Pan bez dostępu do sieci i nie sprawia to Panu przykrości ani nie komplikuje życia.

Tak. Tylko przed urlopem składam w banku zlecenia przelewów na wszystkie płatności, które muszę w tym czasie wykonać. Odpowiednio wcześnie przestaję brać udział w aukcjach. Zawieszam subskrypcje wiadomości. Jadę i jestem spokojny, że sprawy potoczą się swoją drogą, jak należy.
A taka niespodziewana awaria, to masa problemów. Okazało się, że przez te dwa dni wygrałem trzy aukcje. Trzeba potwierdzić zakup, zapłacić, uzgodnić warunki przesyłki. Trzeba zapłacić za gaz i prąd, a ja nie cierpię "internetu w komórce" - mój "smartfon" ma malutki ekran.
Internet, to świetny wynalazek. Mam jednak wrażenie, że trochę za bardzo się od niego uzależniamy. Trzeba będzie dobrze to przemyśleć.



niedziela, 10 listopada 2013

To do list, czyli pomysły na jutro i pojutrze.


Czy też tak macie, że kiedy przyjdzie Wam niespodziewanie do głowy jakiś pomysł, to zapisujecie go na byle świstku, żeby nie zapomnieć?
Jeśli nie, to poczekajcie jeszcze kilka lat. Też do tego dojdziecie.

Łatwiej jest, kiedy siedzi się przy komputerze i zauważy coś ciekawego, na co na razie nie ma czasu. Wystarczy zapisać link w zakładkach. Mam na takie sytuacje nawet specjalny folder zakładek,
a w nim na dzisiaj taki spis
Po prawej od razu możecie zobaczyć, dlaczego w dziale "do zrobienia" mam link do jednego z wpisów własnego bloga - zdjęcia gdzieś się zapodziały. Trzeba je szybko zlokalizować i skorygować odnośniki.

A pozostałe?
No to po kolei.
  1. Academia.edu - ciekawe miejsce, w którym ludzie nauki udostępniają swoje publikacje. Numizmatycy też.
  2. Dalej są linki do trzech wątków z numizmatycznej kafejki Allegro.
    Ostatnio niewiele ciekawego się tam dzieje, ale czasem ktoś podzieli się ciekawym odkryciem. Na przykład zauważy istnienie dwóch wariantów stempla pięciozłotówki "sztandar" z 1930 r. Trzeba będzie uzupełnić listę braków i zrobić notatki dla uzupełnienia katalogu specjalizowanego.
  3. Cyfrowe Muzeum Narodowe - Warszawa chwali się zbiorami, również numizmatycznymi. Muszę się przyjrzeć, czy jest coś z tematów, które mnie interesują.
  4. Kolejny link - forum monety.pl - wątek, w którym pojawia się informacja o prawdopodobnym istnieniu wariantów złotówki z 1929 r. Do sprawdzenia.
  5. Inhaltsverzeichnisse numismatischer Zeitschriften und Aufsatzsammlungen - spisy treści niemieckojęzycznych periodyków numizmatycznych. To tu znalazłem namiar na bardzo ciekawy artykuł Klausa Heinza o miedziakach koronnych Augusta III. Co z tego wynikło, napiszę za chwilkę. Link został, bo do przejrzenia zostało mi jeszcze kilka spisów.
  6. Następny link wymaga znajomości języka rosyjskiego - forum...
    Nie, tym razem nie numizmatyczne, a jubilerskie, i długi, długi wątek na temat technik wykonywania stempli do monet, medali itp. Pasjonująca i pouczająca lektura. Na razie dotarłem do siedemnastej strony.
  7. "Katalog monet" - ktoś podesłał mi link z pytaniem, co sądzę o tej stronie. Na pierwszy rzut oka wygląda nieźle, ale na razie nie znalazłem czasu na dokładniejsze oględziny.
  8. "Wiadomości o pieniądzach" - chyba blog? Ostatnie wpisy z 2011 r. Przypadkowe trafienie googlowej szukajki. Jak poprzednio - na razie brak czasu na sprawdzenie, czy to coś warte.
  9. Biuletyn Informacyjny TPZN na gościnnym portalu M4N - ten link dawno powinien trafić do folderu z linkami do publikacji numizmatycznych. Dziś tak się stanie.
  10. Numismatischer Verein zu Dresden e.V. - prosta konsekwencja odwiedzin linku z poz. 5 w powiązaniu z przeciągającą się pracą nad miedziakami A3S.
  11. Wersenian dwusodowy (EDTA) - 100 g - zapasy mi się kończą, trzeba będzie dokupić troszkę.
  12. "Wydawnictwo Piotr Kalinowski to firma specjalizująca się w wydawaniu katalogów numizmatycznych Śląska." - jak poz. 9 - już zamówiłem, co miałem zamówić, a link wart zachowania na dłużej.
  13. "Twoje zdjęcia robione telefonem są niewyraźne? To już nie problem. Mamy dla Ciebie poradnik" - zawsze mówiłem, że telefon jest do telefonowania, a zdjęcia monet robić należy aparatem fotograficznym (byle z funkcją makro). Okazuje się, że potrzeba matką wynalazków i telefonem też się da jako tako. Trzeba tylko użyć soczewki wypukłej (dla nie-fizyków - szkła powiększającego). 
A teraz obiecanych kilka słów na temat artykułu Heinza. Pochwaliłem się niedawno najświeższym nabytkiem. Moneta rzadka, tego nie trzeba przypominać. Ale jak rzadka? Katalogi nakładu nie podają. Sprawa wydaje się beznadziejna, ale to tylko pozory. W drezdeńskim archiwum państwowym przechowywany jest zbiór akt  dotyczących mennic w Grunthalu i Gubinie. Ściągnąłem stamtąd płytkę ze skanami niektórych dokumentów i mozolnie pracuję nad ich odcyfrowaniem. Heinz ma łatwiej. Po pierwsze, zna niemiecki, po drugie, jest na miejscu i ma bezpłatny dostęp do akt. Też bym miał, jak każdy zresztą. Wystarczy pojechać do Drezna.
Krótko mówiąc. Pan Heinz dotarł do zapisów mówiących ile miedzi przebito na monety w tych mennicach w poszczególnych latach. Jako, że grosze 1752 bito tylko w Gubinie i na dodatek nie bito tam szelągów, sprawa jest prosta - na wybicie groszy 1752 poszły 2 cetnary, 46 funtów i 11 łutów miedzi. Wystarczy to teraz przeliczyć na "normalne" jednostki i podzielić przez wagę jednego grosza.

Po chwili (Wikipedia) miałem przelicznik
bis 1839 (Handel)[Bearbeiten]
1 Zentner = 5 Steine = 110 Pfund (Krämergewicht) ≈ 51,392 Kilogramm
1 Pfund (Krämergewicht) = 16 Unzen = 32 Lot = 128 Quentchen ≈ 467,2 Gramm
1 Pfund (Apothekergewicht) = 12 Unzen = 24 Lot = 96 Quentchen ≈ 350,4 Gramm
3 Pfund (Krämergewicht) = 4 Pfund (Apothekergewicht)
1 Unze = 2 Lot = 8 Quentchen ≈ 29,2 Gramm
1 Lot = 4 Quentchen ≈ 14,6 Gramm 
Zweryfikowałem dane zaglądając do Brockhausa (zgadzały się!), przeliczyłem
2 x 51,392 kg + 46 x 0,4672 kg + 11 x 0,0146 kg + 124,4358 kg

A ile ważył oficjalnie jeden grosz?
Z grzywny kolońskiej (233,812 grama) nakazano wybijać 180 szelągów albo 60 groszy. Dawało to wagę szeląga 1,30 grama i wagę grosza 3,90 grama.
  Od połowy 1753 r. obniżono próbę monet - z grzywny zaczęto bić 190 szelągów lub 63 grosze. Cena dukata wzrosła do 1620 szelągów, ale my jesteśmy jeszcze w roku 1752. Liczymy:
124435,8 g / 3,9 g = 31 906,615 co dla łatwiejszego zapamiętania można śmiało zaokrąglić do 32 tysięcy. Mało, prawda?

To był początek działalności gubińskiej mennicy. W następnych latach przebijano tam znacznie więcej surowca. Na przykład w 1754 roku wybito grosze z 806 cetnarów i 55 funtów i szelągi z 1216 cetnarów i 55 funtów. Potężna różnica.

Co jeszcze kryje się w drezdeńskim archiwum?






czwartek, 7 listopada 2013

Dopadłem drania :-)

Ładny?
August III, grosz koronny 1752 z mennicy w Gubinie.

Mnie się podoba, mimo, że ktoś dłubał w górnej części rewersu.

Polowanie trwa, teraz czaję się na tę odmianę rewersu

Idę świętować.



piątek, 1 listopada 2013

Trzy tysiące!

Stało się. W moim zbiorze pojawiła się moneta numer 3000 (i następne).
Trzytysięczna wygląda tak.
Na skanie nienajlepiej, trzymana w ręce znacznie ładniej. Rocznik 1841 jest rzadki i czyhałem na niego bardzo długo. Co ciekawe, w ciągu ostatnich trzydziestu dni na Allegro była jeszcze jedna sztuka (brzydsza). W archiwum Allegro są trzy notowania, z lat 2003, 2005 i 2010. U Niemczyka dwa, z 2011 i 2012r.

Równie zadowolony jestem z sąsiadów tego trojaka.
Numer 2999
Dwudenar z 1579 r. ze śladami poprawiania stempla na rewersie.
To interesująca moneta, bo...
Część badaczy twierdzi, że to moneta litewska Stefana Batorego wybita w Mitawie (Kurlandia). W 1579 roku mennica wileńska nie pracowała.
Rzeczywiście, dwudenar ten jest niemal bliźniaczo podobny do litewskich dwudenarów Zygmunta Augusta. Niemal, bo pod inicjałem Batorego jest malutki herb - hak kotłowy Kettlerów. To z jego powodu monetę traktuje się też jako lenną monetę kurlandzką bita na stopę litewską.
B. Paszkiewicz w katalogu pięćdziesiątej aukcji WCN pisze, że dwudenary z herbem Kettlerów wybił w Mitawie książę Gotard Kettler za zgodą Batorego. Zgoda opiewała na przebicie 30000 grzywien srebra na dwudenary na stopę litewską. Miało to pomóc Kurlandii w przeciwstawianiu się Moskwie. Faktem jest, że te dwudenary trafiły do obiegu na Litwie i częściej spotyka się je w skarbach litewskich, niż kurlandzkich.

Numer 3001.
Grosz koronny Augusta III z 1753 r. z mennicy w Gubinie.

Moneta z ostatniej fazy bicia tego rocznika charakteryzująca się sposobem umieszczenia nominąłu na rewersie - w poszerzającym się rozwidleniu tarcz herbowych. Na monetach bitych wcześniej, trójka była zamknięta w węższych lub szerszych łukach, jak w roku 1752.

Bardzo udany tydzień. Poczta dostarczyła też wypatrzony na eBay drugi numer Dresdner Numismatische Hefte z bardzo ciekawym artykułem na temat miedziaków Augusta III bitych w saskich mennicach. Nie ma rady, trzeba wziąć się za tłumaczenie.

Udany tydzień. Aż tu nagle!
Na stronie Narodowego Banku Polskiego pojawiła się informacja:
"Dzisiaj, 31 października 2013 r., w wyniku zakończonego postępowania przetargowego zawarto umowę na dostawę monet 1, 2 i 5 groszy ze zmienionego stopu i nowym awersem. Na mocy zawartego kontraktu od kwietnia 2014 do końca 2016 roku ich producentem będzie The Royal Mint z Wielkiej Brytanii. NBP zaoszczędzi na tej operacji ponad 50 milionów złotych. Tym samym produkcja najdrobniejszych monet będzie o połowę tańsza niż dotychczas. Mennica Polska S.A. na zlecenie Narodowego Banku Polskiego nadal będzie produkowała monety powszechnego obiegu o nominałach: 10 gr, 20 gr, 50 gr, 1 zł, 2 zł i 5 zł oraz monety okolicznościowe i kolekcjonerskie."
Royal Mint będzie dostarczać monety stalowe powlekane jednowarstwowo (czym?) juz od stycznia 2014 r. Najpierw, w pierwszym kwartale, trafią one do dostawców i użytkowników urządzeń przyjmujących płatności w monetach. Trzeba te wszystkie automaty przystosować do nowych monet nie blokując jednocześnie możliwości używania monet z mosiądzu manganowego, których kilka miliardów w obrocie jest i nadal pozostanie.

Mennica Polska prawdopodobnie będzie protestować, ale jak sądzę, sprawa jest już przesądzona.
Czekamy więc na nowe polskie obiegowe monety z obcej mennicy. Ostatni taki przypadek w naszym kraju miał miejsce w roku 1978, w którym skorzystalno z usług mennic kremnickiej i leningradzkiej. Royal Mint biła polskie monety w czasach II Rzeczpospolitej. Nihil novi sub sole.


niedziela, 27 października 2013

Z MIEDZI KRAIOWEY

Kilka dni temu trafiło do mnie zdjęcie "monety" i prośba o jej zidentyfikowanie:
Rewers (na zdjęciu po lewej) wygląda, jak rewers trojaka Królestwa Polskiego z 1826 r. Zupełnie nie pasuje do niego awers z legendą MIEDZIANA GÓRA i herbem, który stylistycznie nie ma nic wspólnego z pierwszą połową XIX wieku.
Wniosek może być tylko jeden - to współczesny żeton bity w Miedzianej Górze.

Miedziana Góra, to dawna podkielecka wieś, dziś stanowiąca część kieleckiej aglomeracji. W pobliżu znajduje się tor wyścigów samochodowych. Nas najbardziej interesują związki miejscowości z działalnością menniczą.

Wszystkie polskie monety miedziane emitowane przed rokiem 1786 bito na krążkach z importowanego surowca. Albo sprowadzano miedź albo już gotowe miedziane krążki. Głównie z terenów dzisiejszej Słowacji i Węgier.
Polskie złoża miedzionośne w Górach Świętokrzyskich poznano znacznie wcześniej. Miedziana Góra, jako osiedle górnicze powstała pod koniec XVI wieku, jednak dopiero za panowania Stanisława Augusta zadecydowano o jej wykorzystaniu w charakterze dostawcy surowca do warszawskiej mennicy.
Podobno z kieleckich złóż pochodziła miedź, której użyto do pokrycia wawelskich dachów.

W roku 1782 powołano Komisję Kruszcową z siedzibą w Miedzianej Górze. Jej celem było poszukiwanie złóż rud metali, soli kamiennej i węgla. Rzeczpospolita utraciła część swoich złóż wskutek I rozbioru. Trzeba było znaleźć nowe dla zapewnienia dostaw surowców i dochodów dla skarbu. Komisja miała się również zajmować sprawami związanymi z produkcją pieniądza.

Pierwsze monety z legendą "Z MIEDZI KRAIOWEY", grosze i trojaki, wybito w roku 1786. Produkcja miedzi w podkieleckich kopalniach nie wystarczała do zaspokojenia potrzeb mennicy. Z polskiej miedzi wybito część jednogroszówek w latach 1786, 1787 i 1788 i część trojaków w latach 1786-1788 i 1791-1792. Nakładów nie znamy. Wiadomo tylko, że są to monety znacznie rzadsze od monet z tych roczników, na których umieszczono normalne legendy.

Stanisław August Poniatowski odwiedził Miedzianą Górę w roku 1787. Król żywo interesował się działalnością mennicy warszawskiej. Powstała przecież z jego inicjatywy.

Mennica warszawska wznowiła bicie groszy i trojaków "Z MIEDZI KRAIOWEY" w czasach Królestwa Polskiego. W latach 1822-1825 bito grosze
w latach 1826-1827 trojaki

Tym razem znamy nakłady tych monet. Grosze wybito w nakładach:
1822 - 2,7 miliona
1823 - 5,0 miliona
1824 - 5,4 miliona
1825 - 2,1 miliona
Nakład trojaków znamy dla rocznika 1826 - 569867 sztuk. Ile trojaków wybito w roku następnym nie wiemy, ale ilość ta nie mogła być bardzo różna od rocznika 1826 - częstości występowania są podobne.

Dziś Polska jest w czołówce światowych producentów miedzi. Nasze zasoby szacuje się na niecałych 30 milionów ton, a ich lokalizacja to nie Kielecczyzna lecz okolice Legnicy i Głogowa. Złoża miedzionośne występują i w innych rejonach (o dolnośląskiej Miedziance już kiedyś pisałem), lecz ich wielkość jest zbyt mała dla zapewnienia opłacalności eksploatacji.
Jednym z takich wyeksploatowanych złóż jest Miedzianka pod Chęcinami (niedaleko Kielc) - góra i niewielka wioska. Pierwsza wzmianka o złożach miedzi w Miedziance pochodzi z XV wieku. Poważne wydobycie rozpoczęto tam za czasów Zygmunta III Wazy. Trwało ono do wieku osiemnastego. Wydobycie z mocno wyeksploatowanego złoża próbował bezskutecznie wznowić Stanisław Staszic. Nowe złoże w tej okolicy zlokalizowano dopiero na początku XX wieku. Wyeksploatowali je w czasach I Wojny Światowej Austriacy. Miedź była potrzebna na frontach wielkiej wojny. Poszukiwania rud miedzi pod Chęcinami prowadzono jeszcze w początku lat 50-tych XX wieku. Zasoby okazały się zbyt małe dla uruchomienia wydobycia.
Dziś Góra Miedzianka to rezerwat przyrody, który przy okazji chroni pozostałości po pracach górniczych. W pobliżu znajduje się Muzeum Górnictwa Kruszcowego.

Okolice podchęcińskiej Miedzianki to miejsce akcji "Księgi urwisów", powieści zmarłego niedawno Edmunda Niziurskiego i miejsce, w którym kręcono plenerowe zdjęcia do opartego na książce filmu "Tajemnica dzikiego szybu".

poniedziałek, 21 października 2013

Jesienny sezon polowań.

Aż mi się oczy zaświeciły

Grosz poszedł za fantazyjną kwotę 3333,33 zł. Mój limit nie sięgał nawet jednej trzeciej tej kwoty, ale też ustawiłem go głównie w celu śledzenia aukcji. Na wygrana nie liczyłem ani przez chwilę.

W tym przypadku nie musiałem nic śledzić.
Grosz Augusta III z kontrmarką AK

Monetę wypatrzyłem w sklepie WCN. Szybka decyzja, logowanie, przelew...

Kontrmarkę nabito bardzo starannie wykonaną puncą. Monogram AK (litery w ligaturze, czyli połączone wspólnym elementem) na razie pozostaje anonimowy. Nie ma go w wykazie opublikowanym przez Gustawa Soubisie-Bisiera "Kontrasygnatury prywatne na monetach" w Wiadomościach Numizmatyczno-Archeologicznych z 1911 roku.

Tym samym liczba kontrasygnowanych miedziaków Augusta III w moim zbiorze wzrosła do sześciu.

Kolejna aukcja http://www.allegromat.pl/aukcja145241 zainteresowała mnie z innego powodu. Zobaczcie, co widać po powiększeniu fragmentu zdjęcia
10 groszy 1838 - rewers

To bardzo rzadki wariant - G w GROSZY wygląda, jak na monetach z datą 1840 bitych w końcowym okresie ich emisji (G z szeryfem). Nie licytowałem, bo mam ładniejszy egzemplarz, który ilustruje ten wariant w moim katalogu. Gratuluję nabywcy, bo jak dotąd widziałem zaledwie dwa egzemplarze tej monety, której nie odnotowali ani Plage ani Berezowski.

I tak się to kręci. Czekam jeszcze na kilka wylicytowanych niedawno monet i jedną, większą kopertę z Niemiec. Wypatrzyłem archiwalny numer Dresdner Numismatische Hefte z ciekawie zapowiadającym się artykułem dotyczącym mennictwa Augusta III. 




sobota, 12 października 2013

Jak "zmarnować" trzy godziny.

A dokładniej 2:57:51.
Spróbować pierwszego uruchomienia neostrady.

Żartowałem. To zajęło mi tylko pół godziny, choć łatwo nie było. Okazało się, że w Sosnowcu, w było nie było, dużym mieście w województwie śląskim są takie miejsca, w których neostrada jest jedynym sposobem uzyskania w miarę rozsądnego dostępu do internetu. Nie ma kablówki, nie ma osiedlowej sieci, w zasięgu wzroku brak anten sieci radiowej, a LTE też napotyka na jakieś przeszkody. Biała plama, HIC SUNT LEONES. Pozostaje kabelek od TP SA i NEO 1-10 Mb (bo na lepszy transfer nie pozwala odległość od najbliższej centrali).
Broszurka, którą znalazłem w pudełku z modemem/routerem krok po kroku opisuje co należy zrobić by uzyskac dostęp do sieci. Pięknie, ładnie, modem się synchronizuje, laptop łączy się z modemem przez WiFi. Wszystko zgodnie z planem, czyli "Komputer jest połączony z modemem Sagemcom F@st 2704, ale nie ma dostępu do internetu." Czytam, co dalej...
"Uruchom przeglądarkę internetową... wpisz adres strony www.rejestracja. neostrada.pl i zarejestruj neostradę."
Zaraz, zaraz! Jak zarejestrować, skoro nie ma dostępu do internetu?!

Gdyby nie możliwość dostępu do sieci przy pomocy przeglądarki w telefonie musiał bym wsiadać w samochód, jechać do domu, uruchamiać swój komputer, rejestrować neostradę, wsiadać w samochód, wracać na pole bitwy. Pół godziny mogło by nie wystarczyć. A co ma zrobić ktoś, dla którego komputery to wiedza tajemna?

Instrukcja dołączana do modemu przez Orange to mistrzostwo świata.

Pół godzinki zleciało, neostrada działa (ciekawe, na jak długo?). Wracam do domu, pustego niestety - przede mną samotny weekend. Plan jest taki. Dzisiaj nadrabiam zaległości w katalogowaniu zbioru - ostatnie nabytki czekają na zeskanowanie, pomierzenie, przeważenie i opisanie. Później trzeba napisać coś na bloga. Wieczorem jakiś film, a jutro w plener, na grzybki.

No to do roboty.
Jedna moneta, druga, trzecia...
Na zegarze dochodzi czternasta. Ostatnia moneta - numer 2995. Za kilka dni powinienem dobić do trzech tysięcy.
trzy krucierze Zygmunta III Wazy z 1615 r. mennica krakowska

Kopicki nr 887. Średnica 21 mm, waga 1,43 grama - w normie.
To ciekawa moneta, o nominale, który trudno wpasować w polski system pieniężny. Zadziwiające, że inny nominał, równie obcy naszemu systemowi wprowadzony do obiegu o rok wcześniej rozpowszechnił się niebywale i przetrwał az do roku 1627, a trzykrucierzówki bito tylko przez cztery lata i to w niewielkiej ilości. Chodzi oczywiście o półtoraki.
półtorak koronny Zygmunta III Wazy z 1618 r. mennica krakowska
Kopicki 850, Średnica 19,5 mm, waga 0,84 grama.

Porównajmy. Na obu monetach, na awersach mamy cyfrę 3 - raz oznacza ona trzy krucierze (nominał powtórzony w legendzie rewersu III CRV), raz - trzy półgrosze, bo ten drugi "obcy" nominał, to oczywiście półtorak. Na półtoraku mamy jeszcze liczbę 24 - oznaczającą teoretycznie, że ta moneta stanowi 1/24 część talara. 

Wzorem dla półtoraków były grosze emitowane w państwach niemieckich.
Trzykrucierzówka naśladowała habsburskie trzykrajcarówki. 

Dlaczego w Polsce pojawiły się monety wzorowane na nominałach ościennych państw? Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze. Nasze półtoraki i trzykrucierzówki bito ze srebra próby niższej, niż pierwowzory. Ich eksport (czytaj: wprowadzenie do obiegu w sąsiednich państwach) miał przynosić zysk. Czy przyniósł? Nie. Trzykrucierzówki zniknęły w roku 1619. Półtoraki, o coraz niższej zawartości srebra na długo stały się najpospolitszym pieniądzem używanym w codziennych transakcjach - w kraju.  

Kiedy kończyłem opisywać trzykrucierzówkę, czułem już wyraźnie, że najwyższy czas na obiad. Jestem z gatunku "czytaczy". Czytam przy każdej okazji, nie pomijając posiłków (a Mama mówiła - nie czytaj przy jedzeniu!). Ponieważ czytam teraz książkę, której nie da się położyć na stole - gruba i klejona, zamyka się kiedy się jej nie trzyma - postanowiłem umilić sobie ucztę muzyką. Uruchomiłem kupioną wiosną zabawkę i otworzyłem zakładkę ze znalezionymi wcześniej koncertami, których nie miałem czasu przesłuchać. Pozycja pierwsza: "June 29, 2013 Dave Matthews Band, Susquehanna Bank Center, Camden, NJ Night 2".
Zanim klikniecie w ten link, upewnijcie się, że macie wolne trzy godzinki. Trzeba sobie wygodnie usiąść, ustawić głośność nie oszczędzając sąsiadów i słuchać.
Band Dave'a Matthewsa to moim zdaniem najlepsza machina koncertowa na świecie. Jej koncerty zawsze zaskakują. A to chłopaki jakoś "nie mogą" skończyć kawałka i ciągną wspólną improwizację, a to wstęp do utworu zabierze im więcej czasu, niż sam utwór. Pierwszy raz zaskoczyli mnie w pięćdziesiątej drugiej minucie. Tego akordu nie można z niczym pomylić. Good times bad times w wykonaniu DMB brzmi znakomicie, solówki Reynoldsa nie wyłączając. Kapela, która jest w stanie po przeszło dwugodzinnym koncercie odpalić w końcówce bisów osiemnastominutowe szaleństwo Two step płynnie przechodząc w niemniej szalony, prawie pięciominutowy cover Higher Ground (taki ładny kawałek Wondera, który znacie z wykonań Red Hot Chili Peppers) to rzadkość. Te ostatnie dwadzieścia trzy minuty występu dają więcej satysfakcji, niż niejeden cały koncert wielu grup dobrze wypadających na żywo.
A przy okazji.
Czy grający na skrzypcach Boyd Tinsley nie przypomina troszkę Predatora?
Fryzurą, sylwetką?

Za oknem jesień. Topole straciły prawie wszystkie liście, na brzozach coraz więcej żółtego.
Jutro na grzyby!





niedziela, 6 października 2013

Odliczanie trwa... Pięć.

Zaczynam kolejny wpis. Piąty dzień dziesiątego miesiąca. Pierwsze skojarzenie:
Austria 5/10 krajcara, Wiedeń
Dlaczego pięć dziesiątych, a nie jedna druga? Tak, czy inaczej mamy do czynienia z połówką (krajcara w tym wypadku). Czysta propaganda - chodziło rzecz jasna o rozpropagowanie systemu dziesiętnego w układzie nominałów pieniężnych.

Piątka w nominałach polskich monet pojawia się bardzo późno, bo dopiero w dziewiętnastym wieku. Pięciodukatowe donatywy pomijam, bo trudno nazwać je monetami obiegowymi.
Wcześniej cyfrę 5 znajdujemy w rocznikach. Początek XVI wieku - krój cyfry jeszcze gotycki:
Półgrosz litewski Zygmunta I.
Kilkadziesiąt lat później, na trojaku Batorego kształt piątki jest trochę bardziej podobny do dzisiejszego zapisu
Trojak koronny 1585, mennica w Olkuszu.

Mijały stulecia i nic się nie zmieniało,
Grosz koronny Augusta III.

bo cóż się miało zmieniać. Zawsze można próbować wprowadzić jakiś ozdobnik. To próba raczej nieudana, ta piątka jest mało foremna:
Grosz koronny Stanisława Augusta z monogramem Gartenberga na rewersie.

W 1811 roku cyfra pięć występuje pierwszy raz na polskiej monecie w roli nominału.

Księstwo Warszawskie, 
5 groszy 1812 wybite na pruskim groszu (1/24 talara)

Kolejne lata nie przynoszą wielu zmian, choć pojawiają się nieśmiałe eksperymenty z kształtem piątki.
 
Dwa warianty pięciogroszówki z datą 1840.

W dwudziestym wieku pierwszy raz widzimy piątkę, jako nominał.
Królestwo Polskie, 5 fenigów 1917
Na obu stronach monety widoczne zarysy rysunku przeciwnej strony 
- ślady po zderzeniu stempli bez krążka.

Kilka lat później, już na monecie emitowanej przez niepodległą Polskę: i w nominale i w dacie.
5 groszy 1925, Warszawa

Pierwsze po wojnie monety mają datę 1949, ale pojawiły się w obiegu dopiero w roku 1950. Zarządzenie wprowadzające je do obiegu z datą 30 października 1950 r. opublikowano 14 lutego 1951 r (Monitor Polski A-14, poz 196) - zadziwiająca i zagadkowa chronologia wydarzeń. Więcej na ten temat - tutaj. Bito te monety poza granicami kraju. Pięciogroszówki najpierw w brązie, w Bazylei Bernie, później w aluminium, w Kremnicy.
Aluminiowe 5 groszy, Kremnica.

Wśród PRL-owskich monet zwracały uwagę pięciozłotówki, pierwsze polskie obiegówki z przedstawieniem figuralnym nie prezentującym władcy ani świętego.
5 złotych 1958 z szeroką ósemką, tzw. bałwanek.

Ich następczynie nie prezentują się tak efektownie. Ani te z czasów PRL
5 złotych 1975 z leningradzkiej mennicy

ani współczesne, wprowadzone do obiegu po denominacji w roku 1995
bimetaliczne 5 złotych bite w Warszawie





wtorek, 1 października 2013

Problem z głowy?

Od maja mniej więcej próbowałem rozwiązać problem, który opisałem 10 czerwca.

Pisałem na Berdyczów, znaczy do Allegro, pisałem do Snipa, przekopałem się przez kilkadziesiąt stron opisujących sposoby radzenia sobie z dziwacznymi sposobami uwierzytelnień i nic.

Postanowiłem sprawdzić, jak radzi sobie konkurencja i - odpukać - wydaje mi się, że znalazłem taką, która sobie z problemem radzi.
program do Allegro eBay
wygrywanie aukcji w końcówce


Nie ukrywam, że jeśli zarejestrujecie się wchodząc z mojej strony, coś z tego dla mnie skapnie.

Przez testowy miesiąc komunikat "inny błąd" nie zdarzył się ani raz, a testowałem intensywnie.

Między innymi trafiłem
za 12,51 (z przesyłką).
Oby tak dalej.


poniedziałek, 30 września 2013

Wygoń węża z kieszeni!

8 maja 1840 roku dyrekcja warszawskiej mennicy dostała polecenie przygotowania projektu monet jednogroszowych o zmienionym wyglądzie.

15 czerwca tegoż roku, do Komisji Finansów wpływa odpowiedź z Warszawy.

Dyrekcja informuje, że podstawą nowego projektu jest chęć uniemożliwienia przeróbek groszy na dziesięciogroszówki, łatwych ze względu na podobieństwo wielkości i rysunku stempli tych nominałów.
Dla odróżnienia groszy od dziesiątek zaproponowano podawanie nominały słownie oraz usunięcie wieńca okalającego nominał i datę na rewersie. Dyrekcja zaproponowała również, by w przypadku zaakceptowania nowego wzoru, wycofać z obiegu stare grosze i przebić je na nowe.

Zjawisko przerabiania groszy na dziesięciogroszówki musiało więc być częste.Mimo to, przez wiele, wiele lat ani nie zdobyłem, ani nawet nie widziałem takiej przeróbki. Do ubiegłego tygodnia.
Na Allegro pojawiła się aukcja 10 Groszy 1838 r MIEDZIAK-DESTRUKT
To nie destrukt!

To właśnie przeróbka, która tak dawała się we znaki instytucjom finansowym Królestwa Polskiego. Być może po przeróbce moneta była jeszcze pobielona - pokryta warstewką srebra albo jasnego metalu udającego srebro.

Zobaczyłem i od razu zastawiłem pułapkę. Sprzedawca napisał co prawda 
"Jest to moneta nie spotykana, znawcy cos na ten temat wiedza." 
ale dalszy opis: 
"Literka Y jest nizej ,10-ka nie rowno wybita, brak wybicia litery "W"." 
świadczy raczej, że sam nie zdawał sobie sprawy z tego co sprzedaje. 
Jedno tylko się w opisie zgadza: "Prawdziwy rarytas".
Mimo to, coś mnie podkusiło żeby ustawić bardzo ostrożny limit. Za bardzo ostrożny. Wynik skąpstwa łatwy do przewidzenia - przegrałem.
Następnym razem będę mniej ostrożny.

Szklaneczką Glenfiddich zamiast uczcić zwycięstwo, złagodziłem gorycz porażki.

A późnym wieczorem dotarła do mnie taka miła wiadomość:

Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego
Oddział Muzeum Narodowego w Krakowie
ul. Piłsudskiego 12,
Sala audiowizualna wtorki, godz. 18.00

01 października
Anda Jaworucka-Drath, Banknoty z nadrukami w kolekcji MNK

15 października
Jacek Budyn, Koczownicy u bram – nomadzi w numizmatyce

05 listopada
dr Jerzy Ciecieląg, Antyczne monety żydowskie w służbie propagandy

19 listopada
Mateusz Woźniak, Unikatowe monety polskiego średniowiecza

03 grudnia
dr Marcin Biborski, Monety w konserwacji

17 grudnia
dr hab. Jarosław Bodzek, Król na monecie – numizmatyczne portrety władców
hellenistycznych

07 stycznia
dr hab. Sławomir Sprawski, Moneta w badaniach wczesnych dziejów Tesalii i
Macedonii

14 stycznia
Anna Bochnak, Warsztat numizmatyczny hrabiego Czapskiego

Kilka terminów w kalendarzu już zarezerwowałem.

sobota, 28 września 2013

Wystarczy chcieć?

Tydzień temu spędziłem kilka godzin w muzeum Czapskich. Metodycznie, sala po sali, gablota po gablocie, oglądałem, podziwiałem. Tym razem w spokoju, bez tłumu gości zaproszonych na uroczyste otwarcie, ale nie w samotności. Muzeum oprócz mnie zwiedzało jeszcze kilka osób, w większości w parach. Mieszanych. Panowie pokazywali swoim towarzyszkom co ciekawsze okazy i cierpliwie tłumaczyli powody, dla których te czasem niepozorne numizmaty, są ważniejsze od innych.

Zauważyłem dwie prawidłowości. Panie najwięcej czasu spędzały przed wielką gablotą z medalami i wszystkie, czasem głośno, zachwycały się...
rękopisami Hrabiego. Najpierw pojedynczymi kartami umieszczonymi w gablotach razem z monetami, których dotyczyły. Później, w osobnej salce, rękopiśmiennym katalogiem.

Monety, medale może kupić każdy. To tylko kwestia czasu i pieniędzy. Niemałych, to prawda, ale tylko pieniędzy. Opracowanie zgromadzonej kolekcji, jej rzetelne skatalogowanie to już inna bajka. Niewątpliwie wymaga to czasu, mnóstwa czasu, jeśli kolekcja liczy wiele tysięcy obiektów. Ale dysponując nawet stuleciami, nie zrobi się nic nie mając do tego chęci, nie czując wewnętrznego przymusu. Czy ktoś nakazał tę pracę Czapskiemu? Czy ktoś go z niej rozliczał? Nie. On tak po porostu miał.
karta z katalogu kartkowego Emeryka Hutten-Czapskiego
skan z broszury edukacyjnej wydanej przez muzeum

Karty miedziaków są nie mniej precyzyjne od kart medali i portugałów. Na kartach monet średniowiecznych Hrabia pieczołowicie odtwarzał krój liter legend. Wszystkie osoby zatrzymujące się na dłużej w gabinecie Czapskiego miały jeden komentarz - to niewiarygodne!

W sali z monetami antycznymi w opisach wielu monet powtarza się zdanie: "Dar Karola Halamy". O kim mowa?
O panu naczelniku urzędu pocztowego z Żywcu, który już po drugiej wojnie światowej, w roku 1946 przekazał krakowskiemu Muzeum Narodowemu 2574 monety starożytne, w tym 858 greckich, 108 Republiki Rzymskiej, 1541 rzymskich okresu Cesarstwa oraz 67 bizantyńskich - z małym wyjątkiem  brązowych i srebrnych oraz 150 tomów literatury numizmatycznej. Do dziś dar Karola Halamy stanowi około jednej trzeciej całej kolekcji antycznych monet MNK.
Pan naczelnik był od  1891 roku członkiem Wiedeńskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Kilkanaście lat później ok. 1909 roku zapisał się do Krakowskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Publikował, korespondował, budował kolekcję, urządzał w swoim domu wystawy monet dostępne dla publiczności. Kierował żywiecką pocztą, był członkiem Rady Miejskiej w Żywcu, pracował w Komisjach Rewizyjnych, Zarządzie Miasta, w Wydziale Powiatowym i w Komunalnej Kasie Oszczędności i prowadził, jak byśmy dziś powiedzieli, działalność charytatywną. Czy ktoś mu kazał? Ktoś go z tego rozliczał?
Podczas wojny uchronił kolekcję przed rabunkiem i rozproszeniem. Po wojnie zrealizował swój zamiar jeszcze z 1939 roku - darował kolekcję Muzeum Narodowemu.

Sprawdziłem i sam w to nie mogę uwierzyć. W dwustu pięciu postach, które do tej pory opublikowałem ani raz nie pojawiło się nazwisko Boratini. Tak dalej być nie może. Kiedyś napiszę o nim coś więcej, dziś coś w rodzaju kalendarium.

Urodził się przed rokiem 1620, prawdopodobnie w 1617.
W roku 1637, jako "doktor z Wenecji" udał się w naukową podróż do Egiptu. Dwudziestolatek!
Do 1641 roku badał zjawisko wylewów Nilu, wykonał pomiary zabytków egipskich próbując odtworzyć starożytny system miar, ustalił i zapisał współrzędne odwiedzanych zabytków (nie miał GPS).
Po wyjeździe z Egiptu pojawił się w Polsce, ale wkrótce, w 1645 r. ją opuścił udając się przez Węgry do Włoch. Na Węgrzech obrabowano go z cennych egipskich notatek i rękopisu pracy poświęconej udoskonaleniu wagi hydrostatycznej wynalezionej przez Gallileusza. Zwiększenie dokładności tej wagi pozwoliło Boratiniemu na dokładne zmierzenie ciężaru właściwego różnych substancji. W tym samym czasie rozpoczął opracowywanie jednolitego systemu miar. Zajęło mu to około trzydziestu lat. A w międzyczasie?
W 1648 r. wrócił do Polski.
W 1650-tym pojechał do Paryża szukając sponsora dla sfinansowania machiny latającej zdolnej unieść w powietrze człowieka. Miał "tylko" model, w którym mógł latać kot. Nie wyszło, ale z Francji wrócił wzbogacony o umiejętności wykonywania miedziorytów.
1651 - sprowadzał z Wenecji soczewki dla Heweliusza. Sam nauczył się je wytwarzać trochę później i osiągnął w tym wielką biegłość. Zbudował obserwatorium astronomiczne i  jako pierwszy zaobserwował plamy na Wenus.
1652 - pracuje jako architekt w Warszawie (Pałac Kazimierzowski, zamek Ujazdowski) i uzyskuje dzierżawę olbory olkuskiej - podatku płaconego w naturze przez olkuskich gwarków.
1654 - udaje się z misją dyplomatyczną do Toskanii równocześnie wykorzystując wyjazd do uzupełnienia wiedzy.
1657 - wraca do Polski, razem z bratem bierze czynny udział w wojnie ze Szwecją.
1658 - obejmuje kierownictwo mennicy krakowskiej (do roku 1661). Ponownie otrzyma ją w 1667 w zarząd na dwa lata razem z mennicą bydgoską. W tym samym roku występuje z projektem emisji miedzianych szelągów.
1659 - tworzy mennicę w Ujazdowie przeznaczoną do miedzianej produkcji szelężnej (do roku 1665). Boratynki bije też w Krakowie.
1660 - osiada na stałe w Polsce, kupuje majątek w Sulgostowie pod Opocznem. Prawdopodobnie jeszcze w tym samym roku organizuje mennicę miedzianą w Brześciu Litewskim.
1662 - podróż do Włoch.
1664 - obejmuje mennicę litewską w Wilnie.
1666 -  buduje most na Wiśle (i bierze go w dzierżawę).
1668 - po zamknięciu mennic angażuje się w politykę, nieskutecznie próbując doprowadzić do  elekcji Kondeusza. Królem zostaje Michał Korybut.
1675 - publikuje dzieło o mierze uniwersalnej. 
1678 - otrzymuje ponownie zarząd mennicy krakowskiej.
1681 (lub 1682) - Tytus Liwiusz Boratini umiera, ale jego spadkobiercy nadal biją w Krakowie monety z jego inicjałami (aż do 1687 r.)


Jako fizyk (z wykształcenia) i metrolog (z zawodu), nie mogę nie wspomnieć raz jeszcze o traktacie Misura universale. Opisał w nim sposób ustanowienia ujednoliconych, odtwarzalnych jednostek miary długości i ciężaru. Jednostką długości miał być metr (tak, ta nazwa to pomysł Boratiniego) będący długością wahadła wykonującego jedno wahnięcie na sekundę. Sześcian o boku równym jednej szesnastej metra napełniony wodą (Boratini podał dokładny przepis dotyczący sposobu pobierania wody w tym celu - deszczówka zbierana w określonych warunkach) miał być jednostka ciężaru.
Winieta karty tytułowej Misura universale
miedzioryt wykonany prawdopodobnie przez Boratiniego.


Co jeszcze?
Takie tam "drobiazgi" - skonstruował wiatrak pompujący wodę, wynalazł mikrometr (przez niektórych nazywany mikromierzem), zaplanował sposób przeprowadzenia pomiaru długości południka ziemskiego metodą triangulacyjną.
W międzyczasie miał sześcioro dzieci.

Czasem mam wątpliwości, czy życiorysy takich osób potwierdzają tezę, że "wystarczy chcieć", czy dowodzą, że same chęci to za mało. Że potrzebne jest coś jeszcze. Iskra boża, odwaga, brak instynktu samozachowawczego? Pewne wydaje mi się jedno - "wystarczy być", to złe podejście do życia (choć czasem przyjemne).

czwartek, 19 września 2013

Rachunek ekonomiczny.

Odwieczne pytanie - "Czy to się opłaci?". Dobrze, jeśli zadaje się je PRZED zainwestowaniem albo założeniem firmy (pomińmy aktywności dla których pytanie to nie ma najmniejszego sensu - na przykład "Chcę zacząć zbierać monety, ale czy to mi się opłaci?").

Mam w zbiorze pięciogroszówkę z 1923 roku. O, taką:
Nie. To nie jest to słynne brązowe yeti polskiej numizmatyki. Chociaż...
Nie wiem, z jakiego metalu jest moja moneta. Kupiłem ją w 2011 r. na Allegro za całe czternaście złotych. Aukcja nr 1446157564 - Rzeczpospolita Polska  5 Groszy 1923r SKRĘTKA !!!
Skrętki monet II RP są rzadkie więc się skusiłem. Nędzny stan zachowania odstraszył konkurencję - wygrałem.
Moneta ewidentnie z ziemi. Skręcenie stempli nie jest jej jedyną wadą "fabryczną".  Na awersie, na godz. ósmej jest jeszcze coś, co może przypominać pęknięcie stempla, ale nim nie jest. Ślady pęknięć stempli są wypukłe, a na monecie jest wgłębienie. Coś takiego może powstać wskutek pęknięcia krążka pod naciskiem stempla ale takie pęknięcia są widoczne po obu stronach monety. Albo...
Albo jest to wada odlewu. Po upuszczeniu na blat stołu monety z pęknięciem krążka słychać brzydki, tępy, szybko gasnący dźwięk. Moja piątka dźwięczy ładnie. Kupiłem falsyfikat. Odlewany falsyfikat na szkodę emitenta.
Ten eksponat znam niestety tylko ze zdjęcia.
Forma odlewnicza do przedwojennych pięciogroszówek
znaleziona przez "poszukiwacza skarbów" w 2004 r.


5 groszy na początku lat 20-tych. Co za to można było kupić? Czy mogło się opłacać fałszować tak mały nominał?
W roku 1926 koszty utrzymania przeciętnej rodziny robotniczej na Górnym Śląsku wynosiły około 250 zł miesięcznie czyli pięć tysięcy takich pięciogroszówek. Stawka godzinowa robotnika oscylowała wokół jednego złotego. Wątpię, by można było odlać w ciągu godziny dwadzieścia monet posługując się taką pojedynczą formą. Za wyborem tak niskiego nominału do fałszowania mogła przemawiać tylko łatwość wprowadzania drobnego bilonu do obiegu. Pewnie nikt się pięciogroszówkom specjalnie nie przyglądał.

Co innego takie monety

Te dwa falsyfikaty trafiły do mnie niedawno dzięki uprzejmości kolegi zza wschodniej granicy. Pięciozłotówka  została znaleziona gdzieś na przedmieściach Lwowa, dziesiątka na Wołyniu.
Pięć złotych 1933 - odlew z jasnego metalu, brak srebrzenia, średnica OK, ale za lekka o 1,47 g.
Dziesięć złotych 1932 - ślady srebrzenia na ciemnym metalu, średnica za mała o 1 mm, waga o zaniżona aż o 4,67 g.

Dziesięciozłotówki fałszowano często. Niższe nominały zresztą też. Fałszowanie znaków pieniężnych, w tym monet powodowało znaczne straty materialne i groziło podważeniem zaufania do państwa. W roku 1933 odnotowano aż 5507 przestępstw tego rodzaju. Kartoteka przestępców parających się tym procederem zawierała dane 1422 osób. Oczywiście dane te dotyczą również obcych znaków pieniężnych (J. Kurpiewski, Fałszerstwa monet i banknotów, Warszawa 1990).
Dla ułatwienia eliminowania fałszywych monet z obiegu rozpoczęto produkcję prostych wag nie wymagających stosowania odważników.


Waga umożliwiająca szybkie sprawdzenie monet o różnych nominałach.
WCN aukcja 26, lot 855

Fałszywe monety wycofywane z obiegu perforowano, zapewne w celu uniemożliwienia ich powtórnego wprowadzenia do obiegu.


Banki i policja kierowały fałszywe monety do ekspertyzy do Mennicy Państwowej w Warszawie. W sprawozdaniu mennicy z działalności w latach 1930-1934 znajdujemy takie zestawienie
W zestawieniu nie ujawniono ilości monet poddanych ekspertyzie, ale pokazano strukturę nominałów. Wyraźnie widać, że po wprowadzeniu nowego wzoru pięciozłotówek w roku 1932 nastąpił gwałtowny, stuprocentowy wzrost udziału tego nominału w ogólnej liczbie falsyfikatów. Duży był też udział dwuzłotówek - na pewno wpływ na to miała wielkość monety i fakt, że niższe nominały falsyfikatów łatwiej wprowadzały się w obieg.Nominałów niższych od 10 groszy zestawienie, jak widać nie uwzględnia. Musiał to być rzeczywiście margines działalności międzywojennych fałszerzy.To, że fałszywe monety obiegowe II Rzeczpospolitej są znajdowane na terenie dawnych kresów wschodnich nie powinno dziwić. Ziemie te stanowiły przecież większą część terytorium Polski. W roku 2006 w Mińsku wydano niewielką, ale niezwykle interesująca publikację pod ciut mylącym tytułem - "Historia jednej fałszywej monety". Wbrew tytułowi, publikacja nie jest poświęcona jednej monecie. To kompleksowe omówienie fałszerstw monet obiegowych II RP. Pretekstem istotnie była jedna fałszywa moneta - dwuzłotówka 1932 ze stopu ołowiowego wchodząca w skład niewielkiego skarbu polskiego srebra odkrytego w okolicach Kobrynia w latach 70-tych. Autor bardzo dokładnie opisał falsyfikat porównując go z oryginałem. Nawiasem mówiąc, to chyba jedyna publikacja, w której można znaleźć informację, że na oryginalnej dwuzłotówce z 1932 r. na rancie jest 130 karbów ułożonych co 0,53 mm!
Sinczuk podaje również szczegółowe informacje o sile nabywczej pieniądza i wysokości zarobków. Przykładowo, za dniówkę przy żniwach płacono do 5 złotych, przy wykopkach ziemniaków do 2 złotych (porównajcie to z zarobkami śląskiego robotnika!); za krowę trzeba było zapłacić około 100 zł. Na moim blogu również znajdziecie podobne informacje.
Sfałszowanie dwuzłotówki było z pewnością opłacalne, o wyższych nominałach nie wspominając.
W dalszej części publikacji można się zapoznać z technikami produkcji fałszywych monet, składem stopu, z którego wykonano omawiany falsyfikat
oraz analizę opłacalności procederu i opis działań organów państwa skierowanych przeciwko fałszerzom. Mnóstwo cytatów, odnośników do literatury fachowej, ekonomicznej, archiwalnych akt urzędowych i przepisów prawa.

Obowiązkowa lektura dla każdego ambitnego kolekcjonera monet II RP. Wielka szkoda, że nikt jak dotąd nie pokusił się o wydanie polskiego przekładu (o ile mi wiadomo).
 



Printfriendly