Google Website Translator Gadget

środa, 14 października 2015

Zaległości odrobić trzeba.

Po pierwsze - XVII Śląska Giełda Kolekcjonerów.
Najbardziej spodobała mi się...
droga do Spodka.
Katowice pięknieją, co zauważyłem już przy okazji niedawnego koncertu. Giełda niestety zachwyciła mniej. Stoisk masa, monet, literatury, akcesoriów - mnóstwo. Niby pięknie, ale myślę, że to mocno nie w porządku, że monety wycenia się na poziomie 150 do 300% powyżej cen na giełdach w Czechach i Niemczech. Mam na myśli monety pospolite i wcale nie idealnie zachowane. Proponowanie wymiany banalnego półtoraka z lat dwudziestych XVII w. na nowiutki banknot 50 zł zupełnie mi się nie podoba.


Jeśli narobiłem komuś apetytu na wizytę u Czapskich, proponuję zaplanować wyjazd na któryś z wtorków i połączenie zwiedzania z wysłuchaniem wykładu z cyklu "Numizmatyka, czyli co?". Właśnie opublikowano plan na najbliższe miesiące. Za jakiś czas link będzie nieaktualny, więc dla potomności - zrzut ekranu.

Zbiór stale rośnie i stale przybywa materiału do pracy o miedziakach A3S. Ostatnio dostałem prezent:
grosz Augusta III z kontrmarką z literami MS. Kontrmarkę tę przypisuje się księciu Aleksandrowi Michałowi Sapiesze. Tak przynajmniej napisał Vincas Ruzas w książce "Coins of the Grand Duchy of Lithuania at the Money Museum of the Bank of Lithuania". Miałem już w zbiorze tę kontrmarkę na groszu z roku 1754.

I jeszcze jedna moneta A3S z kontrmarką

strasznie skorodowany grosz z rocznika 1754 lub 1755 z kontrmarką - orzeł z głową zwróconą w lewo. Ładne uzupełnienie do grosza, którym już się kiedyś pochwaliłem

Przy okazji odkryłem, że oprócz wykazu polskich monet kontrasygnowanych opublikowanego przez Soubisie-Bisiera, jest całkiem współczesna, dobrze zilustrowana baza zawierająca przeszło 50 różnych kontrmarek. Opublikował ją w Lwowskich Zapiskach Numizmatycznych pan Андрей Бойко-Гагарин.  Jak się okazuje, autor wielu ciekawych publikacji mogących zainteresować polskich kolekcjonerów
https://independent.academia.edu/AndreiBoikoGagarin

Dlaczego wśród monet z kontrmarkami jest tak wiele miedziaków Augusta III?  To reforma monetarna Stanisława Augusta Poniatowskiego spowodowała, że z końcem XVIII wieku rolę pieniądza dominialnego zaczęły pełnić wytarte i wycofane z obiegu monety oficjalne oznakowane kontrmarkami z inicjałami albo herbem właściciela majątku, lub innymi znakami graficznymi. Nie opatrywano ich nominałami - wartość określał właściciel dóbr.  Pieniądz dominialny, to wewnętrzny pieniądz dużych majątków ziemskich. Wprowadzenie go miało dla właścicieli majątku wiele zalet. Po pierwsze, zwalniało ich z konieczności gromadzenia drobnych monet oficjalnych, które miały by służyć do wypłaty wynagrodzenia za pracę. Po drugie, umożliwiało czerpanie korzyści z zamkniętego obiegu pieniężnego. Poddany nie miał gotówki, którą mógłby wykorzystać poza majątkiem. Pieniądze, które dostawał za pracę mógł wydawać tylko w karczmach dzierżawionych od właściciela majątku (przymus propinacyjny).

Niestety, większości kontrmarek nie potrafimy przypisać do dóbr, w których obiegały. Jeśli udaje się powiązać miejsce znalezienia takiej monety z herbem albo inicjałami właściciela majątku leżącego w pobliżu, to można zaryzykować teorię o inicjatorze emisji. Gorzej, gdy kontrmarka jest "niema" - nie jest herbem ani inicjałami albo gdy nic nie wiadomo o miejscu znalezienia monety.  Wtedy pozostaje ona anonimowa.


niedziela, 11 października 2015

Antycznej? Przecież nie zbierasz antyku.

Kiedy syn zapytał mnie, co właściwie robiłem w Krakowie przez dwa dni i dowiedział się, że  brałem udział w Toruńskich Warsztatach Numizmatyki Antycznej nie zaintrygowało go, że w Krakowie, a z jakiegoś powodu toruńskie tylko zapytał
- Antycznej? Przecież nie zbierasz antyku.
Prawda, nie zbieram (choć niedawno kupiłem antyczny drobiazg), ale w przypadku TWNA  nie tematyka jest  najważniejsza. 

Program warsztatów, po niewielkich (taka tradycyja?) zmianach przedstawiał się tak:

9 października: wykłady i zwiedzanie od godz. o 10.00 do 18.00
  • „Mennictwo Imperium Romanum w Rzymie i w prowincjach: wprowadzenie” - 2 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
    Dwie godziny minęły niepostrzeżenie. Wykład ciekawy nie tylko z powodu piękna omawianych monet.
  • zwiedzanie wystawy czasowej "Od Damaszku do Andaluzji" (oprowadzała D. Malarczyk).
    Wystawa monet islamskich z okresu od końca VII wieku do końca wieku XIII. Monety na pozór nudne i nieciekawe, bo w znakomitej większości pozbawione przedstawień figuralnych.

    Monety znane z wielu skarbów znajdowanych w Polsce, bo arabskie srebro przez wieki do nas napływało i pełniło rolę pieniądza.

    Dla wielu zwiedzających zaskoczeniem okazało się, że monety nie pochodzą z kolekcji muzealnej, tylko jest to ekspozycja zbioru krakowskiego kolekcjonera (uczestnika Warsztatów zresztą).
    Najdłużej zatrzymałem się przy gablocie z niepozornymi monetami emitowanymi na Sycylii przez Normanów. Normanowie odbili Sycylię z rąk arabskich pod koniec XI wieku. Odbili, ale uszanowali dziedzictwo dwuwiekowego islamskiego panowania na wyspie. Na monetach pozostawiono część legend w języku arabskim. Czasem nawet imiona normańskich władców przedstawiano na nich w transliteracji na to pismo.
    I przy jeszcze jednej gablocie postałem chwilę dłużej. Były w niej monety dynastii Urtukidów, Zangidów i Bektiginidów. Na wielu z nich wbrew koranicznym ograniczeniom pokazano wizerunki istot żyjących. Patrząc na tę monetę

    zastanawiałem się - czy Pablo Picasso to widział, czy nie?

  • „Moneta jako źródło archeologiczne” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. Rakoczy)
    Żywo dyskutowany wykład-sprawozdanie z archeologicznych badań pozostałości obozu rzymskiej kohorty w rumuńskich Karpatach.
  • „Badania składu pierwiastkowego monet ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. M. del Hoyo)
    Wstęp do tej części Warsztatów, na którą nie tylko ja ostrzyłem sobie zęby.
10 października: od godz. 9.00 do 18.00
  • od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich.
  • „Mennictwo Seleukidów - cz. 3.” - 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
    O czasach tak odległych (III w. pne.) nie myślimy - jeśli już do tego przyjdzie - w kategoriach dzisiejszej polityki, a to chyba błąd. Polityczne ambicje, zawieranie i łamanie sojuszy, podboje i klęski - to wszystko odbywało się tak samo jak dziś. Tylko możliwości techniczne za Antiocha III Wielkiego były inne.
  • Panel dyskusyjny poświęcony aspektom prawnym związanym z numizmatyką - 1,5 godz. (P. Groński)
    Słuchaliśmy i dyskutowaliśmy o legalnych i nielegalnych poszukiwaniach monet, o problemach z ich przywozem i wywozem, o obciążeniach podatkowych, których należy się spodziewać gdy kolekcjoner postanawia sprzedać część lub całość swoich zbiorów.
  • „Nieniszczące badania monet” – 1,5 godz. wykładu pracownika LANBOZu - ciąg dalszy przygotowań do zwiedzania laboratorium
  • Zwiedzanie Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych – 2 godz.
Pracownicy LANBOZ pochwalili się narzędziami swojej pracy. Zaczynając od studia fotograficznego ,
(w którym fotografuje się nie tylko monety)
 
poprzez stanowiska technik obrazowania (mikroskop stereoskopowy i elektronowy),
Kto zgadnie, jaką monetę umieszczono w mikroskopie elektronowym?

aż po aparaturę rentgenowską do badania składu monet (i nie tylko)

Uczestnicy Warsztatów mieli niepowtarzalną okazję do zbadania przyniesionych z sobą monet. Wielu z nas skorzystało z tej możliwości. Nie zauważyłem, żeby wyniki któregoś z badań okazały się niezgodne z oczekiwaniami właścicieli monet. Co miało być z dobrego srebra, takie było, a co miało składać się z głównie z miedzi, miedzią się okazało.

Dlaczego będę próbował znaleźć czas na udział w kolejnych Warsztatach? Bo to czas nie zmarnowany. Interesujące wykłady (pomimo, że antyku nie zbieram), nie mniej interesujące rozmowy z innymi kolekcjonerami (zwykle zbierają nie tylko antyk), okazja do zweryfikowania swoich przemyśleń na tematy numizmatyczne i okołonumizmatyczne.
Muszę jakoś wygospodarować dwa dni urlopu na wyjazd na Toruńskie WNA do Torunia, bo może w końcu będę mógł wziąć udział w spotkaniu nieformalnym, już po godzinach zajęć warsztatowych.

wtorek, 29 września 2015

Przepraszam...

Niewiele się tu ostatnio dzieje. Przepraszam, ale potrwa to jeszcze przez mniej więcej miesiąc. Piszę teraz dużo, dużo więcej niż zwykle, ale nie tu. Składam w całość to, co przez ostatnich pięć lat gromadziłem na temat szelągów i groszy koronnych Augusta III Wettyna.
Blog musi poczekać, bo nie chcę się rozpraszać.

Kto próbował, wie jak trudno zapisywać myśli w sposób czytelny, logiczny, zrozumiały dla jak najszerszego grona odbiorców. Mam, lekko licząc, kilkaset zdjęć odmian i wariantów monet, o których piszę. Do tego dochodzi ponad setka notatek z książek, katalogów, artykułów. Notatek z tekstów pisanych od czasów tym monetom współczesnych, do dzisiaj. Niełatwo to uporządkować i skleić w strawną całość.

Monety, to "twarde" fakty (pod warunkiem, że na tyle dobrze zachowane, na tyle czytelne, żeby niuanse rysunku i legend można analizować bez cienia wątpliwości). Trzeba tylko uważać, żeby się nie zgubić, żeby widzieć równie dobrze i las i drzewa.
Publikacje, to sprawa całkiem inna. Jedne są bardziej wiarygodne, inne mniej. Gdy rozbieżności między publikacjami dotyczą monet, to można próbować je weryfikować na podstawie monet właśnie. Gdy rozbieżne są opinie - ich jakość można oceniać po jakości materiału źródłowego i jasności rozumowania. Gorzej, gdy autorzy piszą różnie o wydarzeniach. Na przykład w kwestii groszy z datą 1758. W literaturze numizmatycznej spotykamy się z różnymi wyjaśnieniami kto i gdzie te grosze wybił:
  • Marian Gumowski w pracy "Gubin i jego mennice" pisze, że mennica w Gubinie została zamknięta w roku 1755 na rozkaz Fryderyka II. To chyba nie jest zgodne z prawdą, bo wojska pruskie wkroczyły do Saksonii dopiero 29 Sierpnia 1756 r. Gumowski pisze dalej, że w roku 1758 rozkazem Fryderyka II na krótko uruchomiono mennicę gubińską i wybito pewną ilość groszy z datą 1758.
  • Józef A. Szwagrzyk w Pieniądzu na ziemiach polskich X - XX w. pisze tak: "od 1758 r. szelągi i grosze bili bezprawnie tymi samymi stemplami mincerze pruscy Fryderyka II ...".
  • Borys Paszkiewicz w "Podobna jest moneta nasza do nadobnej panny" sugeruje, że grosze z datą 1758 wybito w Lubowli na Spiszu, nie precyzując jednak kto stał za tą emisją.
  • Jeśli przyjąć, że Konopczyński prawidłowo zinterpretował materiały źródłowe, to możliwe jest że na Spiszu bito polskie miedziaki koronne. W takim przypadku była by to emisja "prywatna" na rachunek ministra Brühla, podskarbiego Teodora Wessela i Piotra Mikołaja Neugarten von Gartenberg Sadogórskiego, a rzecz miała miejsce nie w roku 1758, a trzy lata później, w okresie piastowania starostwa spiskiego przez ministra Brühla. Uprawdopodobniają to dodatkowo archiwa opublikowane przez Františka Žifčáka (Mincovňa v Starej Ľubovni, Spravodaj Slovenskej numizmatickej spoločnosti 2/1986).
  • F. Freiherr von Schrötter w drugim tomie "Das preußische Münzwesen im 18. Jahrhundert, Die Münzen aus der Zeit des Königs Friedrich II. des Großen" przypisał grosze 1758 działalności Fryderyka, określając miejsce ich bicia na Drezno lub Lipsk.
Jak rozstrzygnąć, kto ma rację? Które źródło uznać za wiarygodne, a które odrzucić?
Najrozsądniejszym wyjściem wydaje się rezygnacja z rozstrzygnięcia i ograniczenie się do zacytowania takich całkowicie lub częściowo sprzecznych treści i pozostawienie decyzji czytelnikom. Mam wątpliwości, czy to właściwa droga, czy nie lepiej napisać tylko o tym, co pewne. A może jednak spróbować ocenić wiarygodność źródeł?

Znacie to. Wszyscy to znamy. Kafelkarz narzeka na murarza, murarz na architekta, elektryk na kafelkarza, malarz na elektryka:
- Panie Jurku, a kto to Panu tak s...ł Co za patałach to murował/malował/projektował ?!?!!! (niepotrzebne skreślić)
Często zdarza mi się podobnie reagować na to, co napisali poprzednicy. I od razu przychodzi otrzeźwienie - przecież o moim pisaniu ktoś może pomyśleć tak samo. Staram się więc jak moge, żeby nie powtarzać bzdur, żeby opinie i tezy formułować tylko gdy potrafię je logicznie wyprowadzić korzystając z nie budzących wątpliwości przesłanek.
Staram się pisać zwięźle, ale bez nadmiernych uproszczeń i skrótów, żeby czytało się to dobrze (pamiętając, że ma to jednak być coś bliższego nauce, a nie literaturze). Mimo to tekst się wydłuża. Dziś doszedłem do 37 stron, a do końca jeszcze daleko.

Wiecie, co w tej żmudnej pracy najlepsze?
Monety mówią. Opowiadają. Nie śmiejcie się, naprawdę mówią. Wystarczy uważnie słuchać. W chaotycznym gąszczu zdjęć, liczb, opisów, relacji zaczynają pojawiać się uporządkowane wzory, sekwencje, ścieżki. Ujawniają się powiązania wcześniej nie przeczuwane. O niektórych takich momentach już tu pisałem. O innych przeczytacie, kiedy skończę pisać.

Żeby nie zagrzebać się całkiem w tym osiemnastym wieku, od czasu do czasu wybieram się "na łowy". Bezkrwawe nawet dla portfela. Ostatnio coś  ciągnie mnie w stronę antyku. Najnowszy nabytek - poczta dziś dostarczyła:

Moneta opisana, jako "Roman Coins, Constantin I" jest w rzeczywistości monetą jego i Fausty syna, Konstancjusza II. To centenionalis wybity w Antiochii w latach 348-350 n.e. (RIC VIII Antioch 125). Duża, ładna moneta - 22,4 mm, 4,5 g.

niedziela, 13 września 2015

Sarmaci

W drugim tomie katalogu kolekcji Emeryka Hutten-Czapskiego znajdujemy rozdział z monetami obcymi odnoszącymi się do historii Polski i jej miast. Rozdział rozpoczyna follis Konstantyna I Wielkiego wybity w latach 324-325 n.e. w Sirmium -obecnie Sremska Mitrovica, miasto nad Sawą na terenie Serbii.
Na rewersie monety przedstawiono boginię Wiktorię depczącą jeńca, trzymającą w jednej ręce tropajon, w drugiej gałązkę palmową. Scenę otacza napis SARMATIA DEVICTA.

Bez wyjaśnień się nie obędzie.
Tropajon to symbol zwycięstwa - zbroja ściągnięta z wroga (trofeum), gałązka palmowa- znak mocy i zwycięstwa. I jeszcze stopa na grzbiecie pokonanego. Nie tylko pokonanego, ale i podporządkowanego. Moneta upamiętnia zwycięstwa Konstantyna nad Sarmatami odniesione w roku 322. Zwycięstwa, które zapewniły Rzymowi na pewien czas spokój na granicy nad Dunajem.

Dlaczego Czapski uznał tę monetę za związaną z Polską? Pośrednio zawinił Karol Beyer (muszę i tu o nim coś więcej napisać), bo to od niego Czapski nabył tę monetę w maju 1872 r. Winowajców ważniejszych trzeba szukać w czasach znacznie wcześniejszych, bo teorie wiążące (a nawet utożsamiające) Słowian - a więc i Polaków -  z Sarmatami sięgają średniowiecza. To wtedy uczeni odkrywali na nowo pisma starożytnych (Herodota, Ptolomeusza, Pliniusza) i z różnym skutkiem starali się identyfikować starożytne nazwy krain i ludów. Długosz, opisując geografię Polski, nazywał Karpaty górami sarmackimi, a Bałtyk morzem sarmackim. Późniejsze dzieła (m. innymi Miechowity i Kromera) utrwaliły pogląd o sarmackim pochodzeniu Polaków. Jeszcze Staszic w 1807 r. pisał "O ziemiorództwie gór dawnej Sarmacyi". Późniejsi badacze zanegowali sarmackie pochodzenie Polaków. Zdecydowanie sprzeciwił się tej teorii Joahim Lelewel (też mocno zainteresowany numizmatyką!). Mimo to w czasach Czapskiego nie brakowało numizmatyków uważających, że naszymi przodkami byli waleczni Sarmaci. Dlatego w katalogach zbiorów Leona Mikockiego, Antoniego Ryszarda, Karola Beyera na jednych z pierwszych pozycji znajdują się denary Marka Aureliusza z legendą awersu M.ANTONINVS AVG. GERM. SARMAT. P.P.S.O. i follisy Konstantyna Wielkiego z rewersem SARMATIA DEVICTA.

Kiedy przeglądając monety wystawione na eBay zauważyłem tę monetkę
ustawiłem limit w snajperze. Niewysoki, ale wystarczył. Moneta już do mnie jedzie. Gdy dotrze na miejsce będę mógł się upewnić co do mennicy, w której ją wybito. Na zdjęciu z aukcji wydaje się, że litery w odcinku to STRN. To oznaczało by mennicę w Trewirze, mieście założonym na miejscu obozu Legionów Juliusza Cezara, które podbiły  celtyckie plemiona Trewerów pomiędzy 58 a 50 p.n.e. Miasto powstało w 16 p.n.e. Rzymianie nazwali je Augusta Treverorum ku czci cesarza Augusta.

Może też okazać się, że w odcinku jest SIRN, co wskazywało by na Sirmium, jak w przypadku monety Czapskiego. Co ciekawe, ostatnia litera odcinka wydaje się niewątpliwa - N. Nie natknąłem się w literaturze na taką monetę. Na razie cierpliwie czekam.

Aktualizacja 19.09.2015
Moneta dotarła. Jednak SIRM, czyli mennica w Sirmium. Zostaje w kolekcji.

Miało być coś o muzyce.
Proszę bardzo.
Katowice świętują w tym roku 150-lecie istnienia. Z tej okazji odbywa się mnóstwo imprez, wystaw, koncertów. Nie mogłem nie skorzystać z okazji obejrzenia plenerowego koncertu Archive na terenach po zamkniętej kopalni "Katowice" , które miasto od kilku lat przekształca w strefę kultury. To tu mieszczą się nowa siedziba Muzeum Śląskiego, nowy wspaniały budynek Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia i Międzynarodowe Centrum Kongresowe - bliski sąsiad słynnego "Spodka". Znika powoli rozbierany od góry paskudny wieżowiec DOKP.
Na tym terenie jest też wystarczająco dużo miejsca, by organizować duże koncerty plenerowe.

W piątek, 11 września odbyły się w tym miejscu dwa świetne koncerty. Najpierw pokazała, co potrafi Natalia Przybysz
 zdjęcie z http://www.cityfun24.pl

później Archive

zdjęcie z profilu grupy na Facebooku

Obydwa koncerty (znakomite!) potwierdziły to, co zawsze powtarzałem - słuchanie muzyki z płyt jest jak lizanie cukierka przez szybę. Dopiero muzyka słuchana na żywo daje pojęcie o tym co naprawdę potrafią muzycy.
Wysłuchanie tego to też tylko namiastka, ale posłuchajcie - 150 lat Katowic - Archive  na bis.

Jeszcze tylko miesiąc i parę dni, a zweryfikuję umiejętności moich ulubieńców.

P.S.
Natalia Przybysz na bis zaśpiewała "Sto lat" (nie, nie ten biesiadny evergreen), poprzedzając to życzeniami dla słuchaczy. Powiedziała, że mogły by to być też życzenia dla miasta, ale "co to sto lat dla miasta...". A nad nią był napis 150 lat miasta Katowice. Dla Katowic sto lat to wieczność. Dwieście lat temu były tu lasy i mokradła.











czwartek, 10 września 2015

Pięć lat, sześćdziesiąt miesięcy, 297 wpisów.


Równo, równiutko pięć lat temu napisałem "Zbierajmy monety, a nie monetopodobne bibeloty".
Odwiedziliście mnie przeszło 425 tysięcy razy. Odbieram to jako zachętę do dalszego pisania i serdecznie wszystkim tu zaglądającym dziękuję.

Najpoczytniejsze wpisy to:
12902
5432
5415
04.11.2010,
3236
3072

Tematyka wpisów zajmujących pierwsze dwa miejsca na pudle zawsze interesowała kolekcjonerów i zawsze budziła zażarte dyskusje, żeby nie powiedzieć kłótnie. O ile ocena stanu zachowania zawsze jest oceną subiektywną i dyskusje w tym temacie są wskazane (jeśli merytoryczne, to zawsze pouczające), to na pytanie - czyścić, czy nie? moim zdaniem odpowiedź może być tylko jedna.
NIE CZYŚCIĆ!
Jeśli pytasz, to znaczy, że nie masz pewności ani w kwestii potrzeby takiego działania ani w kwestii wyboru właściwej metody. Więc nie niszcz. Gdybym miał mały ułamek procenta monet zniszczonych "czyszczeniem" w czasie tych pięciu lat pisania bloga, miałbym najwspanialszą kolekcję numizmatyczną w całej okolicy.

Popularność kolejnych dwóch wpisów z tej pierwszej piątki bardzo mnie cieszy, bo dowodzi zapotrzebowania na wiedzę.

Dlaczego przedurlopowy wpis sprzed roku jest aż tak popularny - nie wiem.

Skąd do mnie trafiacie?
www.google.pl 110045
www.google.com 10222
www.poszukiwanieskarbow.com 2476
monety.pl 1953
forum.tpzn.pl 1818
www.facebook.com 1816

Chyba muszę zastanowić się nad sensem poświęcania czasu Facebookowi.

Najczęściej wyszukiwane słowa kluczowe, które kierowały na mojego bloga to:
"zbierajmy monety" 3467
"jerzy chałupski" 531
"zbierajmymonety" 455
"10 groszy 1840" 325
"10 groszy 1923" 298

 Bez niespodzianek

Późno się zrobiło. Idę świętować pięciolecie bloga.
Następny wpis pojawi się w weekend - będzie o muzyce i ...
O czym by tu...?
Może znów o monetach?
Na przykład o tej.

środa, 2 września 2015

Co słychać?

To zależy od tego, gdzie się ucho przyłoży.

Suchar, wiem. Ale...


Od lat (jeśli nie stuleci) wprawne ucho ratowało ludzi przed przyjmowaniem fałszywych monet. Wystarczyło zakręcić monetą na twardym stole i było wiadomo - to srebro, a to nie.

Teraz, kiedy światem rządzi elektronika, ucho można zastąpić dobrym mikrofonem przypiętym do komputera. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy z uniwersytetu w Tallinie. Estońscy naukowcy opublikowali w czasopiśmie "ELEKTRONIKA IR ELEKTROTECHNIKA" wyniki badań nad akustyczną metodą umożliwiającą szybkie i pewne odróżnienie fałszywych monet euro "Acoustic Spectrum Analysis of Genuine and Counterfeit Euro Coins".
Jeden rysunek i dwie tabelki powinny wystarczyć do zrozumienia pomysłu Estończyków.



Otrzymano powtarzalne wyniki pozwalające na pewne wyselekcjonowanie falsyfikatów. Metoda będzie bardzo pomocna w pracy banków i sieci sklepów obracających dużą ilością bilonu.
Jej pomysłodawcy podkreślają, że kolekcjonerzy również na niej skorzystają, bo można przy jej użyciu identyfikować produkty chińskich fabryk oferujących "kopie" okolicznościowych monet (nie tylko euro).

Puławscy policjanci też wytężyli słuch (i wzrok). Dwa cytaty z "Kuriera Lubelskiego"
31-letni mieszkaniec z Puław, posiadacz monet pochodzących z XI wieku, od dłuższego czasu próbował ustalić ich wartość, bo chciał je sprzedać. Sprawą zainteresowała się policja. Według Lubelskiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków są to srebrne monety pochodzące najprawdopodobniej ze skarbu odkrytego w 1932 roku w Karczmiskach. Policjanci wyjaśniają w jaki sposób znalazły się w jego rękach.  




Policjanci wyjaśniają w jakich okolicznościach monety znalazły się w rękach puławianina. - Pamiętajmy, że wszystkie przedmioty będące zabytkami archeologicznymi odkrytymi, przypadkowo odnalezionymi albo pozyskanymi w wyniku badań archeologicznych stanowią własność Skarbu Państwa.
Pogratulować pewności siebie. Ciekawe, w jaki sposób biegli - bo na pewno trzeba będzie powołać biegłych - ustalą, czy te konkretnie monety pochodzą ze skarbu z Karczmisk. Skarbu, który po odkryciu niemal w całości włączono w zbiory Zamku Królewskiego w Warszawie i który bez śladu zaginął podczas wojny.


Cała Polska - i nie tylko polska - nadstawia ucha na wiadomości z Wałbrzycha. Czy z tunelu wyłoni się złoty pociąg, czy pociąg pancerny? Czy w ogóle jest jakiś tunel?
Na wszelki wypadek przypominam tabliczkę, którą każdy pasażer PKP musiał kiedyś widzieć


piątek, 21 sierpnia 2015

Jesienny terminarz.

Jesień zapowiada się bardzo interesująco.

Najpierw ósma aukcja u Michała Niemczyka - 3 października w warszawskim hotelu Westin. W sieci jest już wstępny przegląd wystawionego materiału. Sporo ciekawego materiału (piękny zestaw literatury z oryginałami katalogów aukcji najważniejszych polskich kolekcji numizmatycznych). Na pełny katalog trzeba jeszcze chwilę poczekać.

Następny weekend  - Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej, wbrew nazwie nie w Toruniu tylko w Krakowie (u Czapskich). To już XI edycja warsztatów, druga w Krakowie. W zeszłym roku znalazłem czas tylko na drugi dzień, w tym roku będę na całości.
Zachęcam do udziału. Program przedstawia się następująco (cytuję treść ogłoszenia z forum TPZN):
Organizatorzy:    Muzeum Narodowe w Krakowie, Fundacja „Traditio Europae”
Patronat:      Institut für Numismatik und Geldgeschichte, Universität Wien
Termin:       9-10 października 2015 roku
Miejsce:      Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, ul. Piłsudskiego 12, Kraków
Dla kogo?
Toruńskie Warsztaty Numizmatyki Antycznej są cyklem wykładów i zajęć praktycznych z zakresu mennictwa starożytnej Grecji i Rzymu oraz obszarów kulturowo pokrewnych lub zależnych (perskich, partyjskich, celtyckich i naśladownictw z obszaru północnego Barbaricum). Skierowane są do studentów oraz doktorantów archeologii i historii, kolekcjonerów monet antycznych starożytnej Grecji i Rzymu, jak też do wszelkich miłośników kultury antycznej.

Program:
9 października: wykłady i zwiedzanie od godz. o 10.00 do 18.00, między modułami przerwa na obiad - od 14.30 do 15.30:
- „Mennictwo Imperium Romanum w Rzymie i w prowincjach: wprowadzenie” - 2 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (B. Awianowicz)
- „Moneta jako źródło archeologiczne” - 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. Rakoczy)
- „Badania składu pierwiastkowego monet ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie” – 1,5 godz. wykładu + 30 min. dyskusji (J. M. del Hoyo, M. Matosz)
- zwiedzanie ekspozycji monet antycznych MNK w Pałacu Czapskich (oprowadza J. Bodzek).

10 października: od godz. 9.00 do 18.00, między modułami obiad - od 14.30 do 15.30:
- od godz. 9.00 do 10.00 możliwość indywidualnego zwiedzenia ekspozycji monet w MNK w Pałacu Czapskich
- „Mennictwo Seleukidów - cz. 3.” - 1,5 godz. wykładu + ok. 30 min. dyskusji (J. Bodzek)
- Panel dyskusyjny poświęcony aspektom prawnym związanym z numizmatyką - 1,5 godz. (P. Groński)
-  „Nieniszczące badania monet” – 1,5 godz. wykładu pracownika LANBOZu
- zwiedzanie Laboratorium Analiz i Nieniszczących Badań Obiektów Zabytkowych – 2 godz.

Warsztaty poprowadzą m.in.:
dr hab. Bartosz Awianowicz – filolog klasyczny, adiunkt w Katedrze Filologii Klasycznej UMK, prezes Toruńskiego Oddziału PTN, autor podręcznika Język łaciński z elementami epigrafiki i numizmatyki rzymskiej dla historyków i archeologów (wyd. 1. Toruń 2006, wyd. 3. Toruń 2010), kompendium legend i skrótów na monetach republikańskiego Rzymu pt. Monety Republiki Rzymskiej. Kompendium (2010) oraz wielu artykułów z zakresu m.in. epigrafiki i numizmatyki antycznej.
dr hab. Jarosław Bodzek – archeolog, kierownik Gabinetu Numizmatycznego w Muzeum Narodowym w Krakowie, adiunkt w Instytucie Archeologii UJ, redaktor „Notae Numismaticae”, autor monografii ΤΑ ΣΑΤΡΑΠΙΚΑ ΝΟΜΙΣΜATA. Mennictwo satrapów w okresie panowania Achemenidów (ok. 550-331 a. C.) (Kraków 2011), tomu Sylloge Nummorum Graecorum. Poland. Volume III. The National Museum in Cracow. Part 4. Sarmatia-Bosporus (Kraków 2006) oraz wielu artykułów poświęconych archeologii i numizmatyce antycznej.
mgr Paweł Groński – sędzia Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie; do 2004 r. specjalista w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji; współpracownik Kancelarii Premiera i Sejmu RP oraz Prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego; autor publikacji m. in. z zakresu prawa administracyjnego oraz prawa pracy; pasjonat numizmatyki (głównie antycznej) od ponad 20 lat.
dr Julio M. del Hoyo-Meléndez – absolwent Universidad Politecnica de Valencia w zakresie konserwatorstwa, pracownik LANBOZ Muzeum Narodowego w Krakowie, specjalista analiz materiałowych przedmiotów muzealnych, w tym monet – współautor m.in. wraz z Martą Matosz publikacji m.in. na temat badań promieniami X  monet piastowskich.
dr Jacek Rakoczy – archeolog, asystent w Zakładzie Archeologii Antycznej UMK, współautor Mennictwa bosporańskiego od VI do końca II wieku p.n.e. (Toruń 2012) i autor artykułów archeologicznych i numizmatycznych.

Warunki uczestnictwa:
Prosimy o potwierdzenie chęci uczestnictwa w warsztatach do końca września 2015 r. Prosimy też o informację, czy będą Państwo uczestniczyć w całości, czy też w części przewidzianych zajęć. Jeśli przyjeżdżają Państwo jedynie na część warsztatów, prosimy o informację o konkretnych terminach.
Koszt uczestnictwa w warsztatach: 80 zł za całość, lub 40 zł za udział w modułach jednego dnia (w cenę wliczony obiad i materiały). Dla studentów i doktorantów udział darmowy.
Prosimy o wpłaty najpóźniej do 30 września 2015 r. na konto Fundacji „Traditio Europae” w Volkswagen Bank Direct: 16 2130 0004 2001 0426 1574 0001 z dopiskiem: „darowizna na cele statutowe – numizmatyka antyczna”.

Wszystkich zainteresowanych prosimy o kontakt z Bartoszem Awianowiczem: bartosz.awianowicz@uni.torun.pl
Październik zakończę w Gdańsku na koncercie DMB - z numizmatyką niewiele ma to wspólnego, ale na monetach świat się nie kończy.

Na tym nie koniec.
Na Facebooku, profilu Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka pojawiła się informacja o przygotowaniach do wydania dwóch publikacji Rafała Janke. Będą to "Katalog monet Stanisława Augusta Poniatowskiego" zapowiadany na koniec roku oraz "Historia Mennicy Warszawskiej 1765-1868", która ma się ukazać już w październiku. Obie pozycje zapowiadają się niezwykle interesująco i na pewno pojawią się na półkach mojej biblioteczki.


Żeby tradycji stało się zadość muszę jeszcze znaleźć jakieś zdjęcie. Co by tu...
O!
Taki widoczek mieliśmy z werandy przed naszym wakacyjnym locum.


A potem przyleciały szpaki.





środa, 19 sierpnia 2015

Jak zwykle o tej porze roku.

Blog mi się nie znudził ani tym bardziej nie umarł. Jak co roku zafundowałem sobie pięciotygodniowy urlop - bez pracy, bez komputera, internetu, telewizji i gazet, za to z książkami i radiem.
Jak zwykle Bory Tucholskie. Jak zwykle wspaniale, tyle że niestety prawie bez grzybów - zaczynam się do tego powoli przyzwyczajać.
Od monet też odpoczywałem. Jedyny wyjątek, to tradycyjne odwiedziny w chojnickim muzeum, które jak zwykle przygotowało bardzo interesujące wystawy czasowe. Jak łatwo przewidzieć, zainteresowała mnie zwłaszcza wystawa "Archeologiczne świadectwa kultu maryjnego w średniowiecznym Gdańsku". Oczywiście ze względu na monety i liczmany.

Znakomicie prezentowały się gabloty z plakietami pielgrzymimi
i manekin pokazujący ich miejsce na stroju pielgrzymów.

W muzeum, co było do przewidzenia, tłoku nie było. Byłem jedynym zwiedzającym. Tłum był na plażach. Tam, gdzie od lat spędzamy wakacje jest na szczęście mnóstwo miejsc, w które łatwo przed tłumami uciec. Nie trzeba, jak nad naszym morzem, wstawać o świcie by zapewnić sobie wystarczającą ilość miejsca nad wodą. Bywały dni - nawet te upalne - w które na naszym ulubionym miejscu nad naszym ulubionym jeziorem byliśmy sami. Mam nadzieję, że ten stan rzeczy długo się jeszcze utrzyma. Nie chcę, by wakacje zaczęły mi się kojarzyć tylko z "kutrem rybackim przerobionym na statek wycieczkowy w kształcie okrętu pirackiego" (cytat z radiowej wiadomości o wypadku "wycieczkowca" bodajże w Ustce) ruszającym w rejs z przystani przy zatłoczonej do granic możliwości plaży. Bo i takie atrakcje można w okolicy znaleźć.

Przed urlopem rozesłałem kwerendę do dziewięciu muzeów szczycących się dużymi kolekcjami numizmatycznymi. Pytania dotyczyły oczywiście miedziaków A3S, a konkretnie kilku szelągów, które znam wyłącznie z publikacji. Nie udało mi się pomimo usilnych starań zobaczyć ich ani w naturze ani nawet na zdjęciach. Odpowiedziało - na razie - 5 placówek. Może po wakacjach odpowiedzą i pozostałe. Jeśli nie, to trudno.
W czterech muzeach interesujących mnie monet nie ma "prawie na pewno". Prawie, bo jedno z nich zaproponowało żebym upewnił się osobiście, a to z tego powodu, że część monet jest słabo zachowana i mogą pojawić się problemy z ich jednoznaczną identyfikacją. Łatwo na przykład pomylić stojącą na głowie literę T z literą L. Z tej propozycji na pewno skorzystam
Piąte muzeum też zaprosiło mnie do przeprowadzenia osobistej kwerendy ale z innego powodu. Wiadomość brzmiała tak:
"Uprzejmie informuję że w ..... znajduje się przynajmniej 380 szt. tych monet z różnych lat wybicia. Są one w zdecydowanej większości bliżej nieokreślone, w związku z czym bardziej szczegółowa kwerenda powinna zostać przeprowadzona przez Pana osobiście."
Postaram się i tam dojechać i przejrzeć te cztery setki monet. Ciekawe, co się między nimi kryje.



W ogóle, magazyny muzealne to ciekawy temat.



Po leniwym lecie zapowiadają się pracowite i numizmatycznie ciekawe  jesień i zima, ale o tym napiszę pojutrze.

niedziela, 28 czerwca 2015

Od łagodnej zimy do samoobsługowej myjni samochodowej.

Zima na przełomie 1881 i 1882 roku była łagodna i krótka. Z jednej strony, to dobrze, bo mniej wydano na opał, nie było powodzi, wcześniej ruszyła wegetacja roślin uprawnych. Z drugiej strony, krótka i łagodna zima naraziła przemysł spożywczy na wielkie straty i spowodowała spadek podaży piwa w drugiej połowie roku 1882.
Wymieniona w tekście wielka lodownia warszawska była przedsiębiorstwem dostarczającym towaru pierwszej potrzeby, na równi z wodociągami. Z nadejściem wiosny, co roku pojawiały się w gazetach ogłoszenia.
Lodownia przy Jeziorku Czerniakowskim nie była jedyna. Konkurencja oferowała nawet niższe ceny

Zauważyliście, że najmniejszą ilością lodu oferowaną w ogłoszeniach jest pół puda? To nie przypadek. Pud to rosyjska jednostka wagowa, około 16 kilogramów. Pół puda lodu (nieco ponad 8 kilogramów) zapewniał utrzymanie przez całą dobę odpowiednio niskiej temperatury w domowych "lodówkach" (zwanych lodowniami pokojowymi) - drewnianych szafkach, w których przechowywano mięso i inne łatwo psujące się produkty żywnościowe.
Lodówka- szafka z szufladą na lód (u góry)
źródło - Wikipedia

Co to wszystko ma wspólnego z monetami, z numizmatyką? Jeśli gdzieś w kontekście pojawiają się pieniądze, to zwykle coś wspólnego znaleźć można.

Kogo było stać, zamawiał abonament na codzienne dostawy lodu. Kosztowało to niemało, bo jak w ogłoszeniach czytamy, pół puda dziennie wymagało wydania co najmniej dwa i pół rubla miesięcznie przez co najmniej osiem miesięcy w roku. Dwadzieścia rubli - kawał grosza. Nie każdy potrzebował lodu codziennie. W końcu nie co dzień było w domu mięso. Można było kupować lód tylko wtedy, kiedy był niezbędny. Można było oczywiście płacić gotówką, ale nie było to wygodne. Z innych doniesień prasowych znamy pojawiające się okresowo braki pieniądza zdawkowego na rynku. Nie było czym płacić, nie było czym wydawać reszty. I jeszcze jedno - lód roznosili ludzie niekoniecznie biegli w rachunkach i co tu dużo mówić, nie zawsze uczciwi. Lekarstwem było wprowadzenie bonów, które w przypadku wielkiej lodowni warszawskiej przyjęły formę metalowych żetonów
awers: WIELKA LODOWNIA WARSZAWSKA
rewers: SŁUŻBA LODOWNI POKOJOWYCH / PÓŁ PUDA
mosiądz? - średnica 23 mm, waga 5 gramów

Pojęcie pieniądza zastępczego jest dobrze znane kolekcjonerom.Zwykle nie mamy problemów z rozpoznaniem w metalowym krążku pieniądza dominialnego czy deputatowego. Rzadziej zastanawiamy się jak taki pieniądz funkcjonował w praktyce. Nie mamy wątpliwości, jak wyglądała transakcja, w której wymieniano żeton na określone dobra (piwo, gotówkę, lód, wodę, chleb). Mniej wiemy o tym, jak pieniądz zastępczy trafiał do ludzi. Łatwo opisać to dla pieniądza dominialnego (folwarcznego) - tu żetony były potwierdzeniem wykonania ustalonej pracy. Nie wymagały od nikogo umiejętności pisania i czytania - odpracowałeś dniówkę przy żniwach, masz "pieniądz" - zrobisz z nim, co zechcesz - wymienisz na normalną gotówkę (tak też można było), dostaniesz w mojej karczmie dzbanek okowity albo odbierzesz równowartość w mące, ziemniakach itp.
Przeczytałem gdzieś, że żetony wydawane przez gazownie stosowano w przypadku klientów, którzy "niechętnie regulowali należności". Takim delikwentom zamiast normalnego licznika miano montować licznik wrzutowy - chciałeś gotować albo mieć jasno, musiałeś wrzucić żeton do licznika. Wydaje mi się, że prawda jest nieco inna. Liczniki wrzutowe zakładano po prostu w mieszkaniach na wynajem. Im częściej zmieniali się lokatorzy tym chętniej stosowano takie rozwiązanie. Stosuje się jej zresztą do dzisiaj.

Żetony na określoną ilość lodu, chleba, wody itp pełniły rolę pośrednią między abonamentem, a sprzedażą detaliczną. Abonament z WLW kosztował 3 ruble za pół puda dziennie, co oznaczało dzienny koszt w wysokości 10 kopiejek. Jednorazowy zakup pół puda lodu wymagał wydania powiedzmy 15 kopiejek. Możne było też kupić potrzebną ilość żetonów (każdy gwarantował dostawę pół puda lodu) po 12 kopiejek. Zysk dla wszystkich - klient miał tańszy lód i jak już miał żetony, to nie poszedł do konkurencji!

Czy nie przypomina Wam to żetonów do samoobsługowych myjni samochodowych?








niedziela, 21 czerwca 2015

Edukacja, głupcze!

Poniżej kilka interesujących (moim zdaniem) miejsc, które warto w internecie odwiedzić.

Monetarium bydgoskie
Polecam "czytelnię". Artykuł o kłopotach finansowych bydgoszczan, to źródło bardzo ciekawych wiadomości o finansach II Rzeczpospolitej widzianych oczyma zwykłych obywateli. Najnowszy artykuł poświęcony pięciozłotówce z 1925 r. (Konstytucja) to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika monet II RP.

Federację Bibliotek Cyfrowych już tu kilkakrotnie wspominałem. Federacja stale powiększa wielkość udostępnianych zasobów, a od niedawna testuje nową wersję strony - polecam gorąco.

Skoro już przy bibliotekach cyfrowych jestem, to chciałbym zachęcić do uważnego przeglądania niezliczonych stron tworzonych przez pasjonatów historii i przez lokalne instytucje. Całkiem przypadkowo trafiłem niedawno na portal Książnicy Cieszyńskiej, a na nim na artykuł profesora Borysa Paszkiewicza o średniowiecznych monetach księstwa cieszyńskiego. Niestety nie na wiele zdają się próby użycia wyszukiwarki umieszczonej na portalu. Lepiej użyć wyszukiwarki Google z opcją przeszukiwania zasobów konkretnej domeny. Wtedy łatwiej o takie odkrycia
http://archiwum.kc-cieszyn.pl/biblioteka/strony/pam9.php?autor=pam9&licz=1

Na kolejnej stronie, http://konik.pl/  jest niestety wiele odsyłaczy nieaktualnych (o tym kilka zdań za chwilę), ale wśród tych niezdezaktualizowanych trafiają się bardzo ciekawe. Na przykład znalazłem tu archiwum gazety "Poszukiwania".  Bardzo sympatyczna lektura na deszczowe dni nadchodzącego lata.

Tak już jest z internetowymi publikacjami, że zdarza im się zniknąć bez zapowiedzi i bez śladu, co gorsza. Dlatego, kiedy trafiam na coś, co uznaję za ciekawe/cenne/przydatne (niepotrzebne skreślić), zapisuję to sobie w archiwum - nie odnośnik, tylko zawartość. Treść strony, albo całego serwisu. Dzięki temu na przykład nie straciłem możliwości wygodnego przeszukiwania publikacji "Die Saurmasche Münzsammlung deutscher schweizerischer und polnischer Gepräge von etwa dem Beginn der Groschenzeit bis zur Kipperperiode" Hugona von Saurma-Jeltsch. Strona, na której udostępniano wygodną do przeglądania wersję (w html-u) od czasu do czasu znika. Ja mam jej pełne archiwum na dysku.
Czasem autor strony sam zaleca i ułatwia archiwizację, vide "Not in RIC" - znakomita strona z poprawkami i uzupełnieniami do "Roman Imperial Coinage". Autor zachęca do tworzenia lokalnych jej kopii http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,7168.0.html


Na tym kończę krótki przegląd prasy, ale na chwilę pozostanę jeszcze przy tematyce internetowej, zręcznie łącząc ją z nieuchronnie nadciągającym końcem roku szkolnego.
Regularnie sprawdzam, czego szukały w sieci osoby, które wyszukiwarki skierowały na mojego bloga. Nie ukrywam, że robię to licząc na podpowiedzi tematów do kolejnych wpisów. Ale nie na takie!
Konkurs!
Bez nagród.
Czy "autor" poniższego zapytania uczęszcza jeszcze do szkoły, a jeśli tak, to czy uzyska promocję do następnej klasy?
Wyszukiwarka Google została zaskoczona takim pytaniem:
"ślady orłuw na monetah"
Zaskoczona, nie zaskoczona, po krótkim namyśle zaproponowała między innymi mojego bloga (przetestowałem). 
Zaproponowała też poprawną pisownię treści zapytania. Czy pytający to zauważył? Czy zapamiętał? To już temat na inną opowieść.
Wszystkim, którzy zastanawiają się nad przyczynami niemalejącej stopy bezrobocia, nad upadkiem kultury, kindersztuby, fatalnymi wynikami ankiet na temat czytelnictwa (podobno 10 milionów moich rodaków nie dość, że nie przeczytało w ciągu roku ani jednej książki, to nawet nie ma w domu nic, co można by książką nazwać), wszystkim tym radzę, by zamiast naśladować Billa Clintona i koncentrować się na gospodarce ("It's the economy, stupid"), mieli przed oczyma
Edukacja, głupcze!
Bez edukacji gospodarka rady sobie nie da, choćby wpompować w nią wszystkie pieniądze i dołożyć jeszcze dwanaście groszy.

A jeśli już jesteśmy przy monetach (na razie grosze to jeszcze monety, a nie tylko cyfrowe zapisy na naszych kontach), a jeszcze nie odbiegliśmy zbyt daleko od edukacji, to spróbujcie proszę oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia.
Otóż nie planując ani nie poszukując ich specjalnie, w ciągu tygodnia kupiłem do zbioru dwie monety, które mimo tego, że mają różne nominały, zostały wybite w różnych metalach i różnych mennicach za panowania różnych władców (dzieli je niewiele, bo tylko dwadzieścia lat), mają niezwykłą wspólną cechę. Wybrałem je spośród milionów monet oferowanych w internecie.
Staszewski śpiewa prawie o tym samym
Wybrałem Cię spośród milionów.
Wybrałem tak jak mogłem wtedy najlepiej.
Wpuściłem Cię do swego domu.
Nie myślałem o tym co gdzie i kiedy
Właśnie. Nie myślałem, co gdzie i kiedy, a kupiłem:

Na szelągu, na tym skanie tak dobrze tego nie widać, ale na szóstaku już tak. Do wybicia obu monet użyto stempli rewersu z poprzedniego rocznika - 1660 i 1680 odpowiednio, ale ostatnią cyfrę daty zmieniono z zera na jeden. Zmieniono nie przejmując się, że pod jedynkami pozostają widoczne zarysy zer. Taka ciekawostka. Nie tylko numizmatyczna, bo przede wszystkim świadcząca o do bólu pragmatycznym podejściu naszych przodków do pracy, do życia.
 
Inne pytania, które przyprowadzały ostatnio odwiedzających na mojego bloga:
co warto zbierać,
drogie stare monety,
cenne rzeczy z prl.

świadczą o tym, że ludzi bardziej chcą mieć, niż być.No to jeszcze raz:
Edukacja, głupcze!

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Fałszerz Wielki.

Nie pamiętam już kiedy odnotowałem w kalendarzu treść przeczytanego gdzieś w sieci ogłoszenia.
8 czerwca w siedzibie PTN Pan Dariusz Pączkowski przedstawi wykład "Fałszerstwa monetarne Fryderyka II Wielkiego - zagadnienia ikonograficzne na przykładzie monet koronnych Augusta III Wettyna".
Na tydzień przed zapowiedzianą datą zacząłem się niepokoić - żadnej nowej informacji o wykładzie. Cierpliwie odczekałem do piątku, piątego czerwca - nadal nic. Zadzwoniłem do PTN - dyżurująca, dopiero po konsultacjach z szefem koła potwierdziła - wykład odbędzie się zgodnie z planem.
Czy zdziwię Was, jeśli napiszę, że uznałem ten wykład za wydarzenie typu "obecność obowiązkowa"?

Na miejscu byłem pół godziny przed planowanym rozpoczęciem, co okazało się godziną przed rozpoczęciem rzeczywistym. Źle się jeździ samochodem po stolicy.
Furda spóźnienie. Wykład wynagrodził długie wyczekiwanie, a mogło być jeszcze lepiej, po po prostu brakło czasu. Czasu potrzebnego na rozwinięcie tematu i na powykładową dyskusję.

Pan Pączkowski poruszył temat od lat nurtujący kolekcjonerów. Monetarne fałszerstwa Fryderyka II zostały nieźle opracowane i opisane przez historyków i ekonomistów, ale nie doczekały się jak dotąd nawet próby poważnej analizy ze strony numizmatyków. Prace Szelągowskiego, Gumowskiego, czy Schrottera nie dają nam narzędzi pozwalających na odróżnienie pruskich fałszerstw od oryginalnych monet Augusta III poza nielicznymi wyjątkami - na przykład miedzianymi groszami z datą 1758. Uznaje się za pewne, że to produkt mennicy (mennic?) pod pruskim zarządem. Niewiele więcej można jednak stwierdzić. Zdaniem Pączkowskiego na przykład, bito je nie w 1758, tylko w 1760. A może aż do tego roku z nie zmienioną od 1758 datą?
grosz 1758 - to na pewno nie jest oficjalna moneta bita z polecenia króla Augusta

O miedziakach A3S mowa na wykładzie oczywiście była, ale podstawą rozważań Dariusza Pączkowskiego jest srebro. Szóstaki, orty, dwuzłotówki. Bito je (oryginały) krótko, bo od roku 1753 (orty od 1752) do 1756. Wtedy zaczęła się wojna siedmioletnia, saskie mennice przejęli Prusacy i się zaczęło. Bezprzykładna operacja masowego bicia monety obcego państwa za jawnym przyzwoleniem władcy innego państwa. Początkowo z wykorzystaniem narzędzi (w tym stempli) zagrabionych w zdobytych mennicach. Później stemplami wykonywanymi specjalnie w tym celu.
Rzut oka w katalogi wystarczy by się przekonać, jak obfite było to fałszerskie dzieło. Rzadko spotyka się tak wielką ilość odmian i wariantów w tak krótkim okresie. Krótkim z pozoru, bo cały czas na monetach kładziono daty 1753-1756, niezależnie od roku, w którym rzeczywiście je bito. Grosze 1758 i dwuzłotówki 1761 i 1762 to wyjątki. Na domiar złego, są mocne przesłanki do twierdzenia, że polskie srebro Augusta III fałszowano też w mennicach pruskich - np. we Wrocławiu i Królewcu.
Pączkowski zaproponował, by klucza pozwalającego na oddzielenie falsyfikatów od oryginałów poszukać analizując rysunek monet, szczególną uwagę zwracając na portret króla. Dla miedzianych groszy zaproponował dodatkowy wyróżnik - za fałszywe proponuje uznawać te z dużymi literami w legendzie. 
według D. Pączkowskiego to też pruski wyrób, co oznaczało by, że następna moneta, to oryginał
Z moich obserwacji wynika, że większość spotykanych groszy rocznika 1755 to pruskie falsyfikaty.

A co sądzić o groszach tego typu,
na których król "z twarzy nie jest podobny do nikogo"?

Jak wiadomo, August III znany był z obżarstwa "...jedz, pij i popuszczaj pasa". Już jako młody człowiek nie grzeszył nadmierną szczupłością, a z biegiem lat jego sylwetka zaokrąglała się. Dodatkowo dorobił się niedoczynności tarczycy, która przeszła w fazę obrzęku śluzowatego (choroby Gulla). Zmarł jak wiadomo na apopleksję, czyli mówiąc prościej wylew krwi do mózgu.
W chwili pruskiego ataku na Saksonię król był już blisko sześćdziesiątki (urodził się w 1696 r). Na pewno już wtedy zasługiwał na przydomek "otyły". Dlaczego to ważne? Dlatego, ża Pan Pączkowski zaproponował, by za pruskie falsyfikaty uznawać monety, na których August III został przedstawiony, jako posiadacz wielu podbródków albo wręcz monstrualnego podgardla. To w opozycji do części monet, na których Augusta przedstawiono, jako mężczyznę może nie szczupłego, ale z pewnością nie, jako grubasa.

Teza ciekawa i na pewno warta dyskusji, choć osobiście mam w związku z nią wiele wątpliwości.
Nie sądzę na przykład, by fałszerzom szczególnie zależało na jak najwierniejszym przedstawianiu gwałtownie tyjącego monarchy. W końcu poddani nieczęsto mieli okazję do osobistych spotkań z królem. O ile w Warszawie August często pojawiał się publicznie i mógł być widziany przez wiele osób, to na prowincji znano jego twarz głównie z monet i rozsądnie myślący fałszerz powinien dążyć do tego, by jego produkty jak najbardziej przypominały monety oryginalne, a nie do oddawania na bieżąco zmian królewskiej fizys.

Innym wyróżnikiem nieoryginalności może być niska próba kruszcu, z którego wybito monety. Fryderyk Wielki (fałszerz wielki) zarabiał krocie na podrabianiu polskiej monety. Zaniżanie próby kruszcu tylko ten zarobek powiększało. Samo bicie monet ze stopu o próbie niewiele odbiegającej od przepisanej ordynacją też dawało "godziwy" zarobek. Dlatego nie zawsze można dziś uznawać wyniki badania składu stopu za jedyny rzetelny i niepodważalny miernik oryginalności monet. Rzecz komplikuje dodatkowo upływ czasu i podatność monet na wpływy czynników środowiskowych oraz sama technologia mennicza, której elementem było wzbogacanie powierzchniowej warstwy monet czystym srebrem (bielenie). Na domiar złego, porównywanie wyników otrzymanych z użyciem różnych przyrządów (spektrometrów) charakteryzujących się różnymi warunkami i parametrami pracy też może zniekształcać wyniki analiz.
Wszystko to sprawia, że tak trudno dziś odróżnić fryderycjańskie podróbki od oryginałów.

Pan Pączkowski zapowiedział kontynuowanie prac nad tematem. Będę je śledził z uwagą i nadzieją, bo siłą rzeczy tematyka zagadnienia mocno zazębia się z absorbującym mnie problemem miedziaków koronnych Augusta III.

wtorek, 2 czerwca 2015

Co to jest?

Nie znam kolekcjonera monet, który przy okazji budowy zbioru nie nagromadził by mniejszej lub większej - zwykle większej - ilości niepotrzebnych monet. Dlatego, że czasem trzeba kupić jakiś zestaw, w którym wypatrzy się coś "niezbędnego". Dlatego, że czasem zastąpi się egzemplarz gorzej zachowany monetą ładniejszą. Dlatego, że czasem chciejstwo sprawia, że widzimy nie to co jest, tylko to, co widzieć chcemy, a kiedy już zdobycz trafi w nasze ręce, te opadają, bo to przecież nie TO, tylko jakieś byle co.

Szczególną kategorią takich niepotrzebnych nabytków są monety, o których nie wiemy nic poza tym, za ile i kiedy je kupiliśmy, choć nie zawsze wiemy dlaczego. Można by się tego pozbyć, ale z tyłu głowy siedzi taki natrętny podpowiadacz i sączy do ucha
- Jak nie możesz tego znaleźć w katalogu, to może być coś rzadkiego.
albo
- I co? Wystawisz bez identyfikacji? Napiszesz, że nie wiesz co to jest? Będą się z ciebie śmiać!

Mam oczywiście i ja szufladkę ze zbędnymi monetami. Od czasu do czasu wystawiam coś na Allegro albo eBay (ostatnio bardzo rzadko), na Tictail założyłem niewielki sklepik. Może kiedyś uznam, że trzeba się będzie tego pozbyć i zadziałam bardziej zdecydowanie. Na razie zapasy leżą. A wśród nich oczywiście są krążki, których nie zidentyfikowałem. Na przykład taki.
Jednostronnie bity w dobrym srebrze. Średnica 12,2 mm, waga 0,27 grama.
Jesteście nieocenieni. Wszystkie monety zostały zidentyfikowane. Ta, to węgierski brakteat z okresu 1172 - 1270 (Bela III - Bela IV).
edytowane 9 czerwca 2015.


I jeszcze jedna blaszka, też jednostronne bita.
Trochę większa, bo o średnicy 14,5 mm, ważąca 0,32 g.

To również Węgry; brakteat z tego samego okresu. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Trafiły do mnie te monetki razem z denarkami jagiellońskimi. Denarki nie sprawiły żadnych problemów, a z identyfikacją tych sreberek mam problem.

Nie pamiętam już czy następna monetka była w tym samym zestawie, czy nie.

To maleństwo (9,5 mm 0,19 grama) ma na pewno coś wspólnego z Węgrami, ale co to dokładnie jest, nie wiem.
Teraz już wiem - rzeczywiście Węgry; parwus Zygmunta Luksemburskiego 1387-1437. 
edytowane 9 czerwca 2015.

Jeśli się nie dowiem, co to za monety, w rozpacz nie wpadnę, ale chętnie skorzystam z podpowiedzi. Lubię wiedzieć.

Bywa też tak, że wiedzieć w zasadzie muszę. Bo trzymać w zbiorze monety, o których się nic nie wie, to wstyd. Mam kilka monet, których identyfikacja zabrała mi sporo czasu. Oto jedna z nich.
Przy poprzednich, po prostu olbrzym. 30 mm średnicy ale waga tylko 3,88 grama.
Śląsk, a konkretniej księstwo legnicko-brzeskie. Rocznik 1621. To dało się z rewersu odczytać. Brak nominału w postaci liczby 24 wskazuje na ćwierćtalara.
Legenda awersu słabo czytelna. Długo nie byłem pewien, czy to Jan Chrystian, czy Jerzy Rudolf. Archiwum WCN nie dawało odpowiedzi. Dopiero mozolne wertowanie Ilustrowanego Skorowidza  E. Kopickiego doprowadziło do celu.Numer 5262 - Jerzy Rudolf Legnicki, ćwierćtalar z nieokreślonej mennicy.
Monetę kupiłem za kilkanaście złotych w roku 2009 wiedząc tylko tyle, że to Śląsk i rok tysiąc sześćset dwudziesty któryś - zdjęcia aukcyjne były fatalne.
Dopiero w roku 2012, kiedy Niemczyk wystawił na sprzedaż duży zbiór Śląska mogłem zobaczyć zdjęcie lepiej zachowanego egzemplarza http://archiwum.niemczyk.pl/img2.php?param=podglad&id=2879640260
Moją monetę, zanim do mnie trafiła spotkało wiele nieszczęść. Przypuszczam, że albo trafiła do latryny albo najpierw była w ogniu, a potem ktoś uparł się, że ją wyczyści - sądzę, że amoniakiem. Mocno straciła na urodzie i na wadze (odchudzanie, jak widać nie zawsze popłaca)..

Tożsamość ćwierćtalara odkryłem samodzielnie dzięki zasobom biblioteczki. Literatury, która pomogła by mi w rozszyfrowaniu pierwszych trzech pokazanych dziś monet niestety nie mam.
Czy ktoś z Szanownych Czytelników podpowie rozwiązanie zagadek?






niedziela, 24 maja 2015

Do Tych, czy do Tychów?

Przygotowując się do dzisiejszego wpisu musiałem sprawdzić czy mam Was zachęcać na wycieczkę do Tych, czy do Tychów. Zachęcić chcę, bo przedwczoraj, w piątek, łącząc pożyteczne z przyjemnym pierwszy raz zajrzałem nad Jezioro Paprocańskie. Wcześniej jakoś nigdy nie znalazłem na to czasu, czego od dwóch dni żałuję.
W piątkowe popołudnie pogoda nie zachwycała
ale samo miejsce, jak najbardziej.
Po powrocie do domu sprawdziłem jak to wygląda na mapie 
i wobec tego, że musiałem być w Tychach i w sobotę, i dzisiaj, w niedzielę, decyzja nie mogła być inna. Na dzisiejszy wyjazd wrzuciłem do bagażnika buty do biegania i zapasowy t-shirt (kolejny kłopot z polszczyzną t-shirt, czy tiszert?).
Dwanaście stopni - na szczęście powyżej zera - i leciutka mżawka to może nie pogoda wymarzona do biegania, ale też i nie odstręczająca. Obawiałem się, że po oddaleniu się od zagospodarowanej części w pobliżu tyskiej piramidy, już tak ładnie nie będzie. Myliłem się. Dookoła jeziora jest utwardzona, szeroka ścieżka dla rowerzystów, biegaczy i spacerowiczów. Jest czysto. Nawet na miejscach okupowanych przez wędkarzy, co wcale nie jest oczywiste. Dookoła prawdziwy las, na horyzoncie żadnych kominów i chłodni, jak nad Pogorią. Po prostu super.

Podobnie, jak do dzisiaj nie wiedziałem, że w niedalekim sąsiedztwie jest takie sympatyczne miejsce, tak i do wczoraj żyłem w błędnym przeświadczeniu, że fakt istnienia jednofenigówek Królestwa Polskiego z datą 1917 nie był znany przed rokiem 1967. Nie ma ich ani w pierwszym powojennym katalogu publikowanym przez Władysława Terleckiego od 1957 r. w Wiadomościach Numizmatycznych, ani w pierwszym wydaniu Katalogu Monet Polskich 1916-1965 tegoż autora. Rok 1967 jest ważny, bo wtedy właśnie dwóch anonimowych dziś kolekcjonerów uzyskało dostęp do tego, co pozostało po pożarze mennicy w Stuttgarcie, który wybuchł po bombardowaniu miasta 20 i 25 lutego 1944 roku. Odbudowując miasto zgromadzono na składowisku metal wydobyty z gruzów mennicy, w tym monety, niewykorzystane krążki oraz próby przechowywane w archiwum mennicy. To stamtąd w roku 1967 na rynek numizmatyczny trafiły prawdziwe rarytasy, niestety w przeważającej większości uszkodzone w pożarze i podczas późniejszego przechowywania w złych warunkach (informacja pochodzi ze strony internetowej firmy Münzenversandhaus Reppa GmbH).
Tak myślałem do wczoraj. A zmieniło się to za przyczyną monet Augusta III.
Zbierając materiały do opracowania na temat jego szelągów i groszy koronnych przeszukuję "półki" bibliotek cyfrowych. Co można tam znaleźć? Na przykład katalogi ofertowe. W jednym z nich wyceniono niektóre szelągi
i grosze
Katalog wydano w roku 1876. W ofercie krakowskiego antykwariatu nie ma grosza z roku 1752, ale są wszystkie pozostałe, łącznie z rocznikiem 1758 i wszystkie w tej samej cenie! Gdyby ktoś z Was zastanawiał się, skąd w tym zestawieniu grosz z roku 1753 z literą H, to proszę zwrócić uwagę na umieszczony przy nim numer z Zagórskiego. 640, to grosz z literą H, ale z roku 1754, a nie 1753. Ktoś, kto przygotowywał katalog do druku pomylił się po prostu.
Friedlein, moim zdaniem całkiem słusznie, potraktował szeląga 1751 z literką S, jako monetę pospolitą. Nie mam pojęcia, dlaczego Kamiński z Żukowskim oszacowali jej wartość na R7. Z kolei dziwi mnie troszkę fakt jednakowej wyceny szeląga 1749 bez literki i szeląga 1753 z literką A (ten ostatni wydaje mi się częściej występować), za to nie dziwi mnie, że oba te szelągi wyceniono kilkakrotnie wyżej od pospolitych groszy.

Ale ja przecież miałem pisać o fenigu z 1917 roku, a nie saskich miedziakach. Już wracam do tematu. Trafiłem mianowicie na  taki katalog,
a w nim
Wynika z tego, że świadomość istnienia feniga z datą 1917 miał już w roku 1929 jeden z naszych najbardziej znanych kolekcjonerów monet. Katalog aukcji frankfurckiej firmy Leo Hamburgera z 9 maja 1932 roku, na której pod młotek poszły rarytasy z kolekcji Chomińskiego jest do dziś cennym źródłem wiedzy numizmatycznej.
Dlaczego autorzy powojennych katalogów tak długo nic o fenigu 1917 nie wspominali?

Przy okazji. Mam w archiwum zdjęcia 27 różnych, ale bezspornie oryginalnych egzemplarzy feniga KP z 1917 r., które pojawiły się w ostatnich kilkunastu latach na rynku numizmatycznym. A są też przecież egzemplarze przechowywane w zbiorach muzealnych. Według klasyfikacji przyjętej dla monet znanych (zachowanych) przyjętej w katalogach E. Kopickiego oznacza to stopień rzadkości R5 (znanych 26 do 120 sztuk). Zdecydowanie odbiega to od szacunku R8 (2 do 3 sztuk), jaki dał tej monecie Kopicki w Ilustrowanym Skorowidzu w roku 1995.

P.S.
Można do Tych (forma poprawna leksykalnie), można do Tychów (regionalizm, ale rozpowszechniony na tyle, że nie uznawany za błąd).


Printfriendly