Google Website Translator Gadget

niedziela, 23 listopada 2014

Jachymow - turystycznie

Do tegorocznej listopadowej wycieczki numizmatycznej zacząłem przygotowania pod koniec września. Internet sypnął adresami jachymowskich pensjonatów. Wybrałem sześć; wysłałem zapytania; przyszła jedna odpowiedź:
Dobrý den,v uvedeném termínu máme ještě volný pokoj pro 1osobu, máme ho pro Vás rezervovat? S pozdravem Pavlína Kubínová Penzion U Štoly

Zajrzałem na stronę pensjonatu, zapytałem o cenę noclegu i uznałem, że nie ma powodu do wybrzydzania. Poprosiłem o rezerwację na dwie noce.

GPS doprowadził mnie, jak po sznurku.Przyjechałem ciut za wcześnie, mimo to zostałem serdecznie przyjęty. Pokój okazał się czysty, ciepły, przytulny. Za oknem...
pięknie. Odległość od kościelnej wieży i poziom, na którym jest ta wieża w stosunku do mojego pokoju potwierdziły to, co wcześniej zaobserwowałem z okien samochodu - spacery po Jachymowie wymagają dobrej kondycji. 
Rozpakowałem rzeczy i ruszyłem do muzeum (muzea mają swoje godziny otwarcia i to decyduje o planie dnia). Topografia miasteczka wymusiła pragmatyczne rozwiązania. Zamiast iść 500 metrów ulicą, którą przyjechałem, skorzystałem ze skrótu
(zadaszenie chroni przed śniegiem, nocą schody są oświetlone!) i dalej stromą uliczką 
w sumie jakieś 150 m. Zwiedzanie muzeum już opisałem.  

Po zwiedzaniu żołądek upomniał się o swoje prawa, ruszyłem na poszukiwanie miejsca, w którym będzie można zjeść obiad. Okazało się, że poza sezonem nie ma zbyt wielkiego wyboru. Odpuściłem sobie lokale w dolnej, sanatoryjnej części miasta,
darowałem sobie fastfoody i "chińczyka", wylądowałem w lokalu przy pensjonacie VZHŮRU NOHAMA. Bardzo smacznie gotują, o takiej oczywistości, jak dobre piwo wspominać nie trzeba (ale można). 

Ze wstępnego rekonesansu internetowego wiedziałem, że w Jachymowie jest basen. Ba! Nie zwykły basen, tylko AQUACENTRUM AGRICOLA.
Nazwa miejscowego aqua-centrum jest oczywiście nieprzypadkowa. "Ojciec geologii", Georgius Agricola, autor De Re Metallica był w latach 1527-1533 mieszkańcem Jachymova. 
Sprawdziłem, jak to wygląda z bliska i... nie ma rady, trzeba wspiąć się do pensjonatu po kąpielówki i ręcznik. W linii prostej 2 kilometry, różnica wzniesień 150 metrów, ale po kilku godzinach spędzonych za kierownicą poprzedniego dnia i dzisiaj, nie ma nic lepszego, niż basen. Po przepłynięciu czterdziestu długości  i kwadransie w jacuzzi człowiek jest, jak nowy. Pomimo, że to zwykły basen, ze zwykłą wodą. 

W Jachymowie leczy się ludzi wodą niezwykłą. 
Mój pensjonat mieści się przy ulicy Na Svornosti, a dojeżdża się do niego przez...
kopalnię uranu. Dawną kopalnię uranu, jeszcze dawniejszą kopalnię srebra. Miałem wielką ochotę na jej zwiedzenie. Niestety, taką możliwość mają tylko goście największych domów uzdrowiskowych Jachymova. Wycieczka do kopalni jest jedną z atrakcji oferowanych kuracjuszom.

Kiedy w XVI wieku odkryto tutejsze złoża srebra nikt nie przypuszczał, że to tylko jedno z bogactw tej ziemi. Okazało się później, że pod Jachymowem jest cała tablica Mendelejewa. W tym szczęście i nieszczęście zarazem - uran. To stąd pochodziła ruda, z której Maria Skłodowska Curie wyodrębniła rad i polon. Noblistka odwiedziła Jachymov, w muzeum jest jej wpis z pamiątkowej księgi
miejscowej fabryki barwników wytwarzanych z rudy uranowej. 

Jachymov zasłynął, jako pierwsze na świecie uzdrowisko radonowe. Kurował się tu między innymi...
Radon, to gaz szlachetny, produkt rozpadu radu. Rad z kolei jest produktem rozpadu uranu. Okazało się, że podziemne wody wypływające w chodnikach kopalni zawierają duże ilości radonu. Dziś wody te są podstawowym produktem kopalni (przynajmniej oficjalnie).

Uran, to smutna karta w historii Jachymova. Wykorzystywanie jeńców i więźniów do jego wydobycia zaczęli Niemcy. Uran potrzebny był im do stworzenia wunderwaffe - cudownej broni, która miała przechylić szalę zwycięstwa w II Wojnie Światowej na stronę III Rzeszy. Na szczęście się nie udało. 
Po wojnie, już w 1945 r. niemieckie obozy przejęli Rosjanie. W tym właśnie roku władze Czechosłowacji podpisały tajny układ z ZSRR, na mocy którego wydobywana w Czechosłowacji ruda uranu trafiała do ZSRR. Początkowo w kopalniach zatrudniano jeńców niemieckich. Później dowieziono z Rosji jeńców z niemieckiego frontu wschodniego. Od roku 1949 do obozów pracy przy jachymowskich kopalniach zaczęli trafiać więźniowie polityczni. W 1953 r. było tych obozów piętnaście, a w nich, w nieludzkich warunkach przebywało 12.000 więźniów. 
Jeden z tych obozów znajdował się bezpośrednio nad szybem Svornost (Svornost = zgoda), tym w sąsiedztwie pensjonatu U Štoly. U Štoly = przy sztolni, tu akurat nie chodzi o szyb, tylko sztolnię, znajdującą się kilkadziesiąt metrów dalej.
Do obozu prowadziło 250 stromych, drewnianych schodów otoczonych zasiekami z drutu kolczastego. To było jedyne miejsce, w którym więźniowie nie byli bezpośrednio pilnowani przez strażników. Dziś niewiele z nich zostało.
Próby ucieczki w drodze między strażnicami u dołu i nad schodami skończyły się ujęciem zbiegów w bardzo trudnym terenie i egzekucją wykonaną na miejscu.
Na cmentarzu przy kościele Wszystkich Świętych jest zbiorowy grób ofiar "Jachymowskiego piekła".
Zwróćcie uwagę na daty! To trwało do roku 1960!
W roku 1962 Rosjanie zamknęli jachymovskie kopalnie uranu, próbując uniemożliwić ich dalszą eksploatację zalewając chodniki i zasypując szyby. Czechom udało się uruchomić niektóre z nich, dzięki temu Jachymov nadal może pełnić rolę uzdrowiska leczącego wodami radonowymi.

Początkowo planowałem, że w Jachymowie spędzę sobotę, w niedzielę pojadę do Gruntalu i w poniedziałek ruszę w powrotną drogę do domu.  Jachymov tak mi się spodobał, że odsunąłem powrót na wtorek.
W poniedziałki muzea na całym świecie (prawie) są pozamykane, więc na ten dzień zaplanowałem dłuższą pieszą wycieczkę.


Po śniadaniu w pensjonacie (wliczone w cenę noclegu) ruszyłem na szlak. Tuż nad pensjonatem zaczyna się "Naučná stezka Jáchymovské peklo" - szlak turystyczny prowadzący śladami uranowych obozów pracy. W sumie około 8,5 kilometra, ale z mnogością stromych podejść i zejść w dół. Początkowo prowadzący w górę, stromymi leśnymi ścieżkami, przy których co jakiś czas pojawiały się dziwne obiekty.
 związane z ujęciami wody dla miasta i kopalni
i wejścia do dawnych sztolni. Po kilkudziesięciu minutach dochodzimy do resztek jednej z wielu kopalń - Důl Eduard.
Teraz trochę w dół, mijając tereny narciarskie oczekujące na sezon (który zwykle zaczyna się tu około połowy listopada - zwykle, ale nie w tym roku),
leśne jeziorko
dochodzi się do miejsca, w którym znajdował się kolejny obóz. Obóz Eliáš, miejsce, do którego razem z pierwszymi więźniami trafiła w roku 1949 grupa skautów. Upamiętnia ich krzyż stojący na leśnej polanie.
Kolejne kilometry szlaku doprowadzają do pozostałości zamku Freudenstein, w którym znajdowała się pierwsza mennica Schlików.

Stąd blisko już do zamknięcia pętli szlaku przy szybie Svornost.
Jak widać, pogoda nie była już tak piękna, jak w dniu przyjazdu. Mimo to, zamiast skończyć spacer, ruszyłem dalej. W sobotę nie zdążyłem przejść się zachodnią stroną doliny.
Minąłem Svornost i kościół Św. Joachima (patrona doliny i miasta)
i zacząłem się wspinać (tu wszędzie trzeba się wspinać) na zbocze wąskimi uliczkami, które zimą stają się przejezdne tylko dla samochodów z napędem na cztery koła (i to z łańcuchami na kołach).
Było w górę, będzie w dół. Strome schodki sprowadziły mnie do ulicy biegnącej dnem doliny. Stąd znów pod górę, na cmentarz, ten z mogiłą ofiar obozów pracy.
Przeważają na nim stare nagrobki. Współczesne pochówki w Czechach, to w niemal stu procentach urny umieszczane w kolumbarium.
Większość starych  mogił zachowała się w niezłym stanie.
Z cmentarza było już całkiem niedaleko (i w dół) do przetestowanego w sobotę lokalu. Po obfitym obiedzie, powrót do pensjonatu (w górę), krótki odpoczynek i... znów w dół (na basen), a potem, chcąc nie chcąc w górę, z powrotem do pensjonatu. Kolacja, pakowanie, a we wtorek rano start w drogę do domu.

Jachymov jest piękny. Szkoda, że większość zabytkowych, szesnastowiecznych kamienic chyli się ku upadkowi. Po wielu zostały już tylko puste miejsca.
Na wielu kamieniczkach jest informacja, że wystawiono je na sprzedaż.
Gdyby ktoś chciał kupić, na zdjęciu znajdzie numer telefonu. Wystarczy zadzwonić. A może się opłacać, bo...
podobno za- albo pod każdym niemal domem są ślady po niewielkich, "prywatnych" sztolniach. Ich właściciele mieli nadzieję, że kopiąc trafią na mityczne srebrne kieszenie - miejsca, w których gromadził się cenny kruszec. Ilu je znalazło?

Jachymow jest wart odwiedzin, niezależnie od pory roku. Ładnie jest tam nawet w tak nieciekawym miesiącu, jak listopad.

Na koniec zagadka, bynajmniej nie numizmatyczna. Kto wie, do czego służy ta rura?




środa, 19 listopada 2014

Podróży ciąg dalszy

Ciekawe, czy ktoś z Was domyślił się, dokąd pojechałem z Jachymowa.
Nie domyślacie się? Może mapka pomoże.
W lewym dolnym rogu - Joachimsthal. A w prawym górnym?
Olbernhau. Dlaczego miało by to być miejsce ciekawe dla kolekcjonera interesującego się polskimi monetami?
Podpowiedź numer dwa. Tym razem prawy dolny róg mapki.
I wszystko jasne! Z takiej okazji nie mogłem nie skorzystać. Cóż znaczy dodatkowych 60 kilometrów i granica, która jest, a jakby jej nie było.
Na teren muzeum - skansenu wchodzi się bez konieczności uiszczania opłaty. Dawna Saigerhutte zajmuje spory obszar, na którym oprócz muzeum jest hotel, restauracja, sklepy z pamiątkami i mnóstwo innych ciekawych miejsc.
 Ja najpierw skierowałem się do najstarszej części zakładu.
Żeby wejść do środka, trzeba kupić bilet.
Jak widać, drogo nie było, a za to było co oglądać.
To nie jest mennica. Tymi młotami nie bito monet. Tu kuto kotły, misy, a przede wszystkim rozkuwano bryły miedzi. Stąd pochodzą miedziane blachy na dachy zabytkowych budynków połowy Europy. Młoty są potężne, napędzane kołem wodnym i co najciekawsze, cała ta maszyneria została zrekonstruowana i działa do dzisiaj. Skromnie ubrany przewodnik (próbowaliście kiedyś wysłuchać cierpliwie piętnastominutowej przemowy w całkiem obcym Wam języku? - O ile z niemieckich tekstów pisanych jestem w stanie zrozumieć całkiem dużo, to szybko trajkoczącego Niemca nie byłem w stanie zrozumieć, więcej się domyślałem) nagle podszedł do ściany, pociągnął w dół wiszący przy niej kij i zablokował w jednym w wywierconych w ścianie otworów, usunął kołek podpierający młot (widać go dobrze na powyższym zdjęciu) i...
Usłyszeliśmy szum wody spadającej na koło i za moment ziemia się zatrzęsła. Młot zaczął uderzać w kawał grubej gumy leżącej na kowadle.
W podobny sposób napędzany był potężny miech podający powietrze do palenisk pieców.

Nazwa Saigerhutte nie pochodzi od nazwy miejsca ani nazwiska właściciela tego przedsięwzięcia. Pochodzi od metody segregowania składników stopu, tzw. czarnej miedzi. Rudy miedzi zawierają zwykle wiele domieszek, w tym między innymi srebro. Saigerung, to właśnie metoda segregacji, oddzielania srebra od miedzi. Metodę opracowano na początku XV wieku. Umożliwiała ona opłacalne odzyskiwanie srebra ze stopów miedzi, w których metalu tego było mniej, niż pół procenta. W procesie tym wykorzystywano ołów, bo zauważono, że srebro łączy się z nim znacznie lepiej, niż miedź oraz fakt, że poszczególne składniki stopu mają różne temperatury topnienia. Cały proces przedstawiono oczywiście w jednej z muzealnych gablot.

Technika oddzielania srebra od miedzi, ciekawa sama w sobie, nie była oczywiście tym, co sprowadziło mnie do Gruntalu. Magnesem była mennica. To tu bito miedziane szelągi i grosze koronne z portretem Augusta III.
Gruntal miał wcześniejsze tradycje mennicze. Miedziane kuźnice pierwszy raz wykorzystano do produkcji monet w 1621 r. podczas niesławnego Kipper- und Wipperzeit. Bito tam wówczas jednostronne fenigi z niskopróbnego srebra (bilonu).
Dekretem z dnia 30 lipca 1750 r. król Polski August III Sas ustanowił w Gruntalu mennicę, w której miano bić polskie monety. 12 Listopada 1750 dyrektor mennicy drezdeńskiej Friedrich Wilhelm ô Feral zapisał, że Saygerhütte Grünthal zamówiła 3 śrubowe prasy mennicze. Dostarczono je w styczniu 1751 r. Trochę wcześniej, bo w listopadzie 1750 r. dyrektor Feral oddelegował do Gruntalu Johanna Friedricha Rennera jako Münzdruck-Werkmeister. Nawiasem mówiąc, z tej chronologii zdarzeń wynika, że szelągi z datą 1750 zostały wybite w Dreźnie, podobnie jak testowa emisja z datą 1749.
Stemple dla mennicy w Gruntalu dla roczników 1751 i 1752 wykonał drezdeński rytownik Carl Christoph Pribus. Za 102 pary stempli polskich szelągów otrzymał 300 talarów.
Monety wybite w Gruntalu transportowano do Drezna i stamtąd do Polski. Jeden z zachowanych raportów - autorstwa Johanna Gottheita am Ende (zarządcy mennicy) z 27 września 1753 r. - informuje, że z Saygerhütte Grünthal wysłano do Drezna zgodnie z zamówieniem z 14 września tegoż roku 1050 talarów w polskich szelągach. Monety wysłano w 60 workach, z których każdy zawierał po 10 dukatów czyli 15200 szelągów i ważył około 20 kilogramów.
7 Stycznia 1756 do mennicy trafiło następujące polecenie:
„Ponieważ zdecydowaliśmy łaskawie zakończyć bicie polskich monet w Grünthal, wszystkie istniejące maszyny mennicze i dodatkowe wyposażenie... należy z zachowaniem należytej ostrożności przetransportować do mennicy w Dreźnie."
Za kilka miesięcy wybuchła wojna siedmioletnia. Mennicę zajęli Prusacy. Maszyny wróciły do Drezna dopiero 3 czerwca 1765 r. Z zapisów mennicy drezdeńskiej wynika, że były to te same maszyny, które przekazano do Gruntalu w 1751 r.
W latach 1751 do 1755 w Gruntalu wybito przeszło 41 milionów szelągów i prawie półtora miliona groszy.

Dziś po mennicy nie ma śladu, a w muzeum...
zamiast monet eksponuje się ich zdjęcia. Są to zdjęcia monet z kolekcji zgromadzonej przez Guntera Baumanna, autora broszury o gruntalskiej mennicy. W biblioteczce miałem jej pierwsze, jeszcze NRD-owskie wydanie. Teraz zaopatrzyłem się w wydanie drugie, poprawione.
Po długiej, mozolnej, ale miłej rozmowie z sympatyczną pracownicą muzeum dowiedziałem się, że monety ze zbioru Baumanna wystawione są w muzeum miejskim w Olbernhau. Dostałem kupon rabatowy na zakup biletu, wpisałem się do księgi pamiątkowej
i ruszyłem do centrum miasteczka.
Rzeczywiście, tu były monety.
Niestety, ani w jednym, ani w drugim muzeum nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na pytania związane z powodami, dla których Baumann przypisał niektóre z tych monet Gruntalowi, a nie mennicy gubińskiej (jak to czynią inni autorzy). Dostałem za to adres i telefony do prezesa miejscowego stowarzyszenia numizmatycznego. Będę próbował to wykorzystać.

Muzeum miejskie w Olbernhau ma bogate zbiory. Prezentowana jest historia okolic od czasów neolitu, geologia (to w końcu te same Góry Kruszcowe), przyroda, sztuka, etnografia, technika i w końcu rękodzieło. Okolica słynie z wyrobów drewnianych - od przyborów szkolnych po zabawki. Zabawki dla dzieci i dla dorosłych.
Kraków szczyci się konkursami szopek, a mieszkańcy Erzgebirge długie zimowe wieczory spędzali tworząc takie cacka

Zmęczony, ale zadowolony z wycieczki  do Niemiec wróciłem do Jachymowa, do gościnnego pensjonatu U štoly. 

Co było dalej, napiszę za dni kilka - uprzedzam, o monetach nie będzie nic.




 





























poniedziałek, 17 listopada 2014

Z numizmatycznych podróży.

Trzy lata temu, listopadowy długi weekend spędziłem w Kutnej Horze. W tym roku wybrałem się jeszcze dalej.

Kutna Hora kojarzy się oczywiście z groszami praskimi. A z czym kolekcjoner monet powinien kojarzyć Jachymov?
A może powinienem napisać Joahimsthal.
Dziś na budynku, który był dla mnie pierwszym, ale nie głównym celem wycieczki jest taka tablica
Zanim jednak mincovna zyskała miano kralovskej, była mennicą prywatną. Założyli ją bracia Schlik (po czesku Šlikové) po uzyskaniu w 1520 roku od króla Ludwika Jagiellończyka prawa bicia monet. Pierwszy warsztat menniczy znajdował się w górującym nad miasteczkiem zamku Freudenstein. Dziś pozostały z niego dwie baszty. Jedną widać ładnie z uliczek na wschodnim stoku doliny.
Schlikowie bili monetę grubą. Na awersie dużych, srebrnych krążków umieścili wizerunek króla Ludwika, na rewersie świętego Joahima (Jáchyma) trzymającego ich herb. Od miejsca bicia nazywano je "Joachimsthalergulden". Nazwa przydługa, toteż wkrótce skróconą ją do Joachimsthaler, a następnie do Thaler. Stąd już blisko do talara i... dolara. Kiedyś już o tym pisałem.
Interes musiał się kręcić wspaniale, a hrabiowie Schlik bogacili się chyba zbyt szybko, więc jak to bywa, władca skorzystał ze swej władzy. Władcą tym nie był już Ludwik, tylko nowy, czeski król Ferdinand I z rodu Habsburgów. W 1528 r. odebrał Schlikom prawo bicia monety i przejął ich mennicę. Odtąd była mennicą królewską aż do roku 1671. W okolicznych górach brakło surowca.
Od 1964 roku w budynku mennicy mieści się muzeum.
Muzeum, jak muzeum. Z tych bardziej tradycyjnych. Kasa i ciąg sal z gablotami. Listopad, to nie sezon turystyczny - muzeum zwiedzałem sam, bez przewodnika (jak lubię), sam włączałem do kontaktu wtyczki od oświetlenia niektórych gablot (bo leżały sobie odłączone na podłodze, chyba dla oszczędności energii).
A w gablotach były rzeczy piękne. Na początku kolekcja minerałów z okolicznych gór, nieprzypadkowo zwanych Kruszcowymi albo Rudawami (od rud metali, a nie koloru włosów tubylców).
Dalej to, co zobaczyć chciałem bardziej
talary hrabiów Schlik
ich opisy i monety Habsburgów
monety Habsburgów
monety Habsburgów
Nie mogło zabraknąć mincerza
W misie leżały rzecz jasna kopie (nie wziąłem ani jednej, słowo honoru!), a jeśli ktoś pomyślał sobie patrząc na tę kukłę, że można było tą metodą bić talary, to muszę go wyprowadzić z błędu. Do wybicia srebrnej monety o średnicy około 40 mm trzeba znacznie mocniejszego uderzenia. Pierwsze talary bito korzystając z urządzenia przypominającego kafar, który widuje się dziś na dużych budowach.
Z oryginalnego wyposażenia Mennicy nie pokazano żadnych urządzeń. Nie wiem, czy jakieś zachowały się do dziś, a nie bardzo było z kim na ten temat rozmawiać.
Slečna pilnująca muzeum nic na ten temat nie wiedziała, a rozmowa z nią od samego początku nieźle mnie ubawiła. Wchodząc przywitałem się polskim "dzień dobry" i jak należy dodałem "dobrý den". W odpowiedzi usłyszałem "ajn moment, zehn minuten" (szkoda, że nie potrafię oddać akcentu). Okazało się, że przyszedłem pod koniec przerwy trwającej od 12 do 13. Przeprosiłem, wróciłem gdy zegar z ratuszowej wieży skończył wybijać trzynastą. Kupiłem bilet, zapytałem, czy mogę fotografować (wolno, nawet z lampą błyskową) i już miałem ruszyć w kierunku sal ekspozycyjnych, kiedy panienka przypomniała sobie, że jestem obcokrajowcem wobec czego z uśmiechem wręczyła mi zbindowany plik kartek z opisami sal i eksponatów.
Bardzo była zdziwiona, kiedy grzecznie podziękowałem, mówiąc, że od opisów po rosyjsku wolę jednak standardowe objaśnienia po czesku, które jak sądzę są przy eksponatach. Przyznała się, że nie była pewna, skąd też mogłem przyjechać. Stwierdziła, że dość zrozumiale mówiłem po czesku, tyle że z dziwnym akcentem. Kiedy przyznałem się, że jestem z Polski wyjaśniła, że nie miała okazji osłuchać się z naszym językiem, bo goście z Polski są w tych okolicach bardzo rzadko. Potwierdziła to później właścicielka pensjonatu, w którym się zatrzymałem.

Z dawnego wyposażenia mennicy zachowała się jedynie konstrukcja pieców do wytopu srebra (w piwnicach)
oraz imponujący komin


Na zwiedzanie jachymowskiego muzeum warto przeznaczyć nawet dwie godziny. Ekspozycja nie ogranicza się do tematyki górniczo-menniczej. Krótki przegląd można znaleźć na stronach muzeum.

Na dziś koniec, choć to nie koniec relacji w wyprawy. Jak już pisałem, Jachymov nie był jej głównym celem. Ciąg dalszy za kilka dni.



czwartek, 13 listopada 2014

Mały Linneusz

W jednym z emaili, które dostałem po opublikowaniu wpisu http://zbierajmymonety.blogspot.com/2014/11/prosiaczek.html pojawiła się prośba o przybliżenie zasad, które zastosuję w opracowaniu miedziaków A3S.
...mógłby Pan napisać następny artykulik jakby nie było wolnego tematu na temat klasyfikacji odmian np jak w obecnym artykule...
Najgorsze, że sam do końca nie jestem jeszcze pewien, jak to powinno ostatecznie wyglądać.

Na potrzeby katalogu, który będzie częścią opracowania przyjąłem uproszczony system numeracji, który z założenia powinien być systemem otwartym - umożliwiającym dodawanie odmian i wariantów. Jednocześnie chcę, żeby numeracja w pewnym stopniu określała monetę, a nie była jakimś całkiem abstrakcyjnym kodem.

Zacznę od sprawy najprostszej. Mamy dwa nominały - szeląg i grosz, więc numer katalogowy zaczyna się od określenia nominału:
szeląg - S,
grosz - G.
Kolej na rocznik. W grę wchodzą lata 1749-1755 i 1758 - wystarczyła by ostatnia cyfra rocznika, ale zaczynając pracę umieszczałem w nazwach plików ze zdjęciami dwie cyfry. I tak zostanie. Dlatego na przykład numery wszystkich szelągów z roku 1753 zaczynają się od S53.

Awers, to portret króla i legenda, w której imię władcy pisane jest przez V lub przez U (AVGVSTVS / AUGUSTUS). Dlatego kolejnym członem numeru będzie U lub V.

Przechodzimy do rewersu. Tu najistotniejszym wyróżnikiem odmian jest znak pod tarczami herbowymi. Lub jego brak. Ponieważ trzy litery (C, F, T) pojawiają się w dwóch położeniach, dla ułatwienia litery odwrócone oznaczam apostrofem.
Przykład:
S53VC' - to początek numeru szeląga z roku 1753, z imieniem pisanym przez V i odwróconym C pod herbami. Czytelne, prawda?
Aha,  brak litery oznaczam znakiem - (minus).

Czytelne tylko do tego momentu, bo teraz zaczynają się schody. Zwłaszcza przy próbie sklasyfikowania groszy. Choć i przy szelągach też pojawiają się wątpliwości.
Weźmy takie dwa szelągi:
Na obu awersach jest AVGVSTVS. A na rewersach?
Korony różnej wielkości. Tarcza herbu Saksonii zaokrąglona albo ostra. Orły też wyraźnie różne. Najprościej było by po prostu dodawać kolejne cyferki
S53VA1, S53VA2 itd.
W przypadku groszy sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo występują różnice w:
  • portrecie króla,
  • kształcie koron,
  • rysunku herbów,
  • kształcie tarczy z herbem Saksonii,
  • kształcie całego obrysu herbów,
  • kształcie pola pod herbami - miejsca umieszczenia cyfry 3 w rocznikach 1752 i 1753.
Do tego jeszcze zdarzają się różnice wielkości liter w legendach. Na przykład takie dwa grosze z 1755 r.
Proszę zwrócić uwagę na wielkość liter i dolną część popiersia.

I na koniec znaki interpunkcyjne - raz mamy EL:SAX:17XX, a raz EL.SAX.17XX. Czasem jeszcze pojawia się kropka po dacie. Na awersie legenda może się kończyć kropką, ale może jej tam nie być (niekiedy kropka jest, ale już na ramieniu króla, bo nad nim brakło miejsca).

I co z tym zrobić?


Pewności jeszcze nie mam. Za to mam (jak na razie) 196 szelągów i groszy różniących się mniej lub bardziej. W tym na przykład 6, słownie sześć, wariantów grosza G54VH.

Skłaniam się ku osobnemu kodowaniu awersów i rewersów. Pełny numer monety miałby postać (przykładowo) S49V-a1r2
(szeląg z 1749 r. AVGVSTVS, oczywiście bez literki pod herbami, z awersem (a dokładniej portretem) w wariancie 1 - jest tylko jeden - i rewersem w wariancie 2.

Co zrobić z wariantami interpunkcyjnymi? Tego jeszcze nie wiem.

Podpowiecie?

P.S.
Z żalem przyjąłem do wiadomości kolejne zmiany na Allegro. Firma pozbyła się Pibyka, administratora/moderatora cafe numizmatyka. Szkoda, bo był to jeden z nielicznych przedstawicieli serwisu, któremu zależało nie tylko na dobru firmy, ale też (a może przede wszystkim) na dobru jej klientów.
Szkoda cafe.

P.P.S.
Nie pierwszy raz przekonałem się, że zapisanie pomysłu pomaga w rozwiązaniu problemów. Niestety, będę musiał mocno przerobić to, co już napisałem w/s miedziaków Augusta III. Chodzi o numerację odmian/wariantów, a co za tym idzie o układ i kolejność w katalogu.
Podstawową jednostkę w katalogu będą określać:
NOMINAŁ,
ROCZNIK,
LITERA POD HERBAMI.
Pozostałe cechy będą wyróżnikami wariantów.
W pierwszej kolejności U lub V w imieniu króla.
Następnie:
portret króla,
herby na rewersie,
interpunkcja,
inne cechy (bo okazuje się, że są i inne...)


środa, 12 listopada 2014

10 groszy 184!

Na Allegro pojawiła się dziwna moneta. Bardzo nietypowa 10-groszówka z roku...
No właśnie - na monecie widoczne były tylko pierwsze trzy cyfry daty - 184.
Oczywiście zaczaiłem się na nią.
Po kilku dniach sprzedający wycofał monetę z aukcji.

Pomyślałem sobie, pewnie wpłynęła korzystna oferta i sprzedający wolał nie ryzykować zakończenia aukcji na niskim poziomie. Okazało się, że jest inaczej - w poczcie znalazłem wiadomość z propozycją zbadania monety. Propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia.

Moneta wygląda tak:
a właściwie, to tak:
Odwrotka!
Średnica 18,5 mm. Teoretycznie powinno być 18,6 mm, ale 1/10 milimetra to naprawdę drobiazg. Tym bardziej, że rant jest mocno zużyty, a na dodatek ma ślady nacięć.
Gorzej jest z wagą. Dziesięciogroszówki z 1840 r. powinny ważyć 2,8 grama. Ta moneta waży tylko 2,45 grama. To już znaczna różnica.

Przyjrzyjmy się rysunkowi monety. Data.
Nie ma śladu po ostatniej cyfrze (jaka by nie miała być). Za to doskonale widać zdwojenie, które obejmuje całą powierzchnię rewersu. Czy to możliwe, żeby monetę wybito stemplem wytworzonym nowoczesną metodą tłoczenia z matrycy?

A co widać na awersie?
Tu też są braki - zniknęły literki M W - znak mennicy warszawskiej. Jest jeszcze jeden bardzo ważny szczegół.
Cały rysunek jest lekko przesunięty w górę; przy dolnej krawędzi krążka widać, że rysunek nie dochodzi do krawędzi.
Na skanie nie jest to tak dobrze widoczne, ale kiedy trzyma się monetę w ręku, to widać, że "pusty" obszar przy dolnej krawędzi awersu jest gładki, a rysunek monety wygląda jak nalepiona na ten krążek kalkomania (lekko przesunięta). Poza tym obszarem tło monety nie jest tak gładkie.
Bardzo dokładnie oglądając rewers i na nim można zauważyć ten sam efekt, tyle że na znacznie mniejszej powierzchni

Jedziemy dalej. Moneta wygląda na srebrną. Myślę, że nacięcia na rancie są śladami po próbach jakości metalu. Może ktoś sprawdzał, czy to nie miedziany rdzeń oklejony srebrnymi blaszkami?
Testy z cieczą probierczą są niszczące - na to nie dostałem zgody, ale mam przecież niemały zapasik innych 10-groszóweg z tego okresu. Próba polegająca na wsłuchiwaniu się w dźwięk wydawany przez monetę wirującą na twardej desce moim zdaniem wypada negatywnie. Nie mam na tyle dobrego mikrofonu, żeby przedstawić wyniki (swoją drogą, to może być pomysł na któryś z kolejnych wpisów), ale różnica jest. Ten dziwoląg brzęczy podobnie do monet cynkowych.

Wnioski.
Z mennicy, to to nie wyszło. Przynajmniej nie z tej oficjalnej. Ślady zużycia wskazują na to, że moneta była w obiegu (i wtedy też budziła podejrzenia!).
Stawiam na falsyfikat na szkodę emitenta - gdyby miał być na szkodę kolekcjonera, powinien być bity w bilonie*. Falsyfikat na szkodę emitenta ma sens tylko gdy koszt materiału i robocizny jest niższy od uzyskiwanego nominału.
Jak więc to zrobiono? Zapewne metodą dobrze znaną fałszerzom od co najmniej ćwierci tysiąclecia. Z oryginału robi się glinianą, lub gipsową formę. W niej odlewa jednostronne stemple (pozytywowe), które przed użyciem należy dobrze utwardzić (hartowanie). Takie matryce wgniata się w prasie w żelazny/stalowy, rozhartowany pręt, który po zahartowaniu staje się stemplem.
Między innymi, tak właśnie Majnert wykonywał stemple do niektórych swoich falsyfikatów. 
W tym przypadku fałszerz uznał, że stempel rewersu odcisnął się niedokładnie, więc "poprawił" go uzyskując efekt zdwojenia. Gładki brzeg na awersie, to wynik niedokładnego wzajemnego ułożenia matrycy i stempla. Na dodatek bijąc monetę odwrócił rewers o 180 stopni. Finalnie, pewnie nie był zadowolony z wyników swojej pracy.

A dlaczego usunął ostatnią cyfrę daty i litery mennicy? Tę tajemnicę zabrał do grobu.
A może żyje? Moje spekulacje funta kłaków nie warte, a monetka powstała całkiem niedawno w celu naciągnięcia kolekcjonerów. To mało prawdopodobne. Pracy mnóstwo, a zarobek niewielki.


Jutro moneta wraca do właściciela. Mnie pozostają zdjęcia, Wam lektura.

P.S.
Czy ktoś z Was trafi na coś podobnego?

P.P.S. - 13 listopada 2014
A jednak! Trochę srebra w tym jest. Ciecz chromowa nie kłamie.
Próba jest gorsza od monet oryginalnych - czerwień pojawia się wolniej i jest znacznie bledsza, niż na wytartych obiegiem dziesiątkach  sprzed 170 lat.
Podtrzymuję tezę, że to falsyfikat na szkodę emitenta.

P.P.P.S - 18 listopada 2021
Kilka dni temu zaproponowano mi sprzedaż bardzo podobnie wykonanych dziesięciogroszówek z pełnymi datami - 1841 i 1837. Oferent nie zgodził się niestety na wykonanie zdjęć. 
Tym samym teza o fałszerstwie na szkodę emitenta jest nie do obronienia. Ewidentnie mamy do czynienia z próbami oszukania kolekcjonerów!




niedziela, 2 listopada 2014

Prosiaczek.

Ręce opadają.
Jedyną chyba szansą na skończenie opracowania miedziaków koronnych Augusta III jest czasowa rezygnacja z rozglądania się za nowymi monetami do zbioru.
Już wyjaśniam dlaczego.

Pod koniec kwietnia ubiegłego roku kupiłem takiego grosza:
Awers na skanie jest słabo czytelny, ale na żywo widać więcej. Roboczo ochrzciłem ten typ awersu PROSIACZKIEM. Zaraz stanie się jasne, dlaczego.
Stylem zdecydowanie różni się od innych groszy z tego rocznika, który nawiasem mówiąc jest bogaty w różne przedstawienia portretu Wettyna.
Legenda awersu też wygląda dość nietypowo. Zwykle litery w legendach groszy A3S są ładnie puncowane, a litery zachowują ten sam krój.
Tu mamy wąskie pierwsze S, jakby obcięte po bokach, a R w REX bardziej przypomina P z dorobioną nóżką.

W połowie października wypatrzyłem i upolowałem monetę z awersem wybitym tym samym stemplem. Dotarła zza oceanu w końcu października.
Awers wygląda lepiej, niż na pokazanej wyżej monecie.
Prawda, że trochę prosiaczkowaty? Literki S, R i jak się jeszcze okazuje O co najmniej dziwne - taki efekt mógł powstać tylko przy naprawianiu uszkodzonego stempla

A teraz zaskoczenie (nie dla mnie, bo zauważyłem to już ustalając limit w aukcji). Rewers.

Z pozoru też ten sam. Takie same, niemal bezgłowe konie, ale orły wybito już innymi puncami.
A najdziwniejsze jest to, co pod herbami. Na monecie kupionej rok temu jest H - wyraźne i nie pozostawiające żadnych wątpliwości.
A tu?

Wygląda to, jak H "poprawione" odwróconą do góry nogami literą P.

Jak to wpasować, w dotychczas zebrany i wstępnie ułożony materiał?
A dziś wygrałem kolejne dwie aukcje, które też mogą namieszać wśród poukładanych do tej pory cegiełek.

I tak bez końca.


środa, 29 października 2014

Jeszcze jeden powód, dla którego warto zbierać monety.

Uzupełniam systematycznie zdjęcia w katalogu mojego zbioru. Część, tych dawno zrobionych jest słaba - trzeba je zastąpić lepszymi. Części monet, przyznaję się bez bicia, sfotografować nie zdążyłem. Odłożyłem to na później, teraz nadrabiam zaległości.
I przy okazji, co jakiś czas wgapiam się w monitor, bo dopiero na monitorze widać szczegóły i szczególiki.
To na przykład kilkumilimetrowy fragment austriackiego halerza z przełomu XIX/XX wieku. Cała moneta ma średnicę 17 milimetrów.

To fragment jeszcze mniejszy z rewersu dwudziestomilimetrowego miedziaka.
Grosz Augusta III. Rysunek orła uproszczony do bólu, ale widać i koronę i pióra na szyi.

A to maleńki fragment trochę starszego miedziaczka.
Szeląg litewski Jana Kazimierza. Rytownik stempla awersu tej monety był mniej zdolny. Najjaśniejszy Pan wyglądał według niego tak:
Jeszcze jedna litewska boratynka.
Na koniec zagadka.
Ta drapieżna główka ma na monecie nie więcej, niż 4 milimetry. A co to za moneta?

I co? Warto zbierać monety? Nawet na bardzo niepozornych na pierwszy rzut oka monetach zaskakują szczegóły świadczące o kunszcie i rzetelnej pracy ich twórców.

Monety są ładne! To też powód, by je zbierać.


wtorek, 28 października 2014

Królestwo Polskie 1917-1918 - trzecie wydanie katalogu.

Uporałem się z trzecim wydaniem. Nareszcie

Ilość skatalogowanych monet (wliczając wszystkie nowo ujawnione przypadki zdwojeń stempli) wzrosła przeszło dwukrotnie.
Katalog jest dostępny, jak wydanie poprzednie i pozostałe dwa tomy - na serwisie Scribd.
Cena nie wzrosła.

Teraz będę miał więcej czasu na miedziaki Wettyna, ale najpierw przydadzą się ze dwa dni odpoczynku.

A  żeby nie było bez obrazków, pochwalę się jedną z bardzo pożytecznych zabawek
Działa bez zasilania, waży z rozdzielczością 10 miligramów i niewiele gorszą dokładnością. Może nie tak szybko, jak cyfrowa, ale mam do niej większe zaufanie.





Printfriendly