Google Website Translator Gadget

poniedziałek, 17 listopada 2014

Z numizmatycznych podróży.

Trzy lata temu, listopadowy długi weekend spędziłem w Kutnej Horze. W tym roku wybrałem się jeszcze dalej.

Kutna Hora kojarzy się oczywiście z groszami praskimi. A z czym kolekcjoner monet powinien kojarzyć Jachymov?
A może powinienem napisać Joahimsthal.
Dziś na budynku, który był dla mnie pierwszym, ale nie głównym celem wycieczki jest taka tablica
Zanim jednak mincovna zyskała miano kralovskej, była mennicą prywatną. Założyli ją bracia Schlik (po czesku Šlikové) po uzyskaniu w 1520 roku od króla Ludwika Jagiellończyka prawa bicia monet. Pierwszy warsztat menniczy znajdował się w górującym nad miasteczkiem zamku Freudenstein. Dziś pozostały z niego dwie baszty. Jedną widać ładnie z uliczek na wschodnim stoku doliny.
Schlikowie bili monetę grubą. Na awersie dużych, srebrnych krążków umieścili wizerunek króla Ludwika, na rewersie świętego Joahima (Jáchyma) trzymającego ich herb. Od miejsca bicia nazywano je "Joachimsthalergulden". Nazwa przydługa, toteż wkrótce skróconą ją do Joachimsthaler, a następnie do Thaler. Stąd już blisko do talara i... dolara. Kiedyś już o tym pisałem.
Interes musiał się kręcić wspaniale, a hrabiowie Schlik bogacili się chyba zbyt szybko, więc jak to bywa, władca skorzystał ze swej władzy. Władcą tym nie był już Ludwik, tylko nowy, czeski król Ferdinand I z rodu Habsburgów. W 1528 r. odebrał Schlikom prawo bicia monety i przejął ich mennicę. Odtąd była mennicą królewską aż do roku 1671. W okolicznych górach brakło surowca.
Od 1964 roku w budynku mennicy mieści się muzeum.
Muzeum, jak muzeum. Z tych bardziej tradycyjnych. Kasa i ciąg sal z gablotami. Listopad, to nie sezon turystyczny - muzeum zwiedzałem sam, bez przewodnika (jak lubię), sam włączałem do kontaktu wtyczki od oświetlenia niektórych gablot (bo leżały sobie odłączone na podłodze, chyba dla oszczędności energii).
A w gablotach były rzeczy piękne. Na początku kolekcja minerałów z okolicznych gór, nieprzypadkowo zwanych Kruszcowymi albo Rudawami (od rud metali, a nie koloru włosów tubylców).
Dalej to, co zobaczyć chciałem bardziej
talary hrabiów Schlik
ich opisy i monety Habsburgów
monety Habsburgów
monety Habsburgów
Nie mogło zabraknąć mincerza
W misie leżały rzecz jasna kopie (nie wziąłem ani jednej, słowo honoru!), a jeśli ktoś pomyślał sobie patrząc na tę kukłę, że można było tą metodą bić talary, to muszę go wyprowadzić z błędu. Do wybicia srebrnej monety o średnicy około 40 mm trzeba znacznie mocniejszego uderzenia. Pierwsze talary bito korzystając z urządzenia przypominającego kafar, który widuje się dziś na dużych budowach.
Z oryginalnego wyposażenia Mennicy nie pokazano żadnych urządzeń. Nie wiem, czy jakieś zachowały się do dziś, a nie bardzo było z kim na ten temat rozmawiać.
Slečna pilnująca muzeum nic na ten temat nie wiedziała, a rozmowa z nią od samego początku nieźle mnie ubawiła. Wchodząc przywitałem się polskim "dzień dobry" i jak należy dodałem "dobrý den". W odpowiedzi usłyszałem "ajn moment, zehn minuten" (szkoda, że nie potrafię oddać akcentu). Okazało się, że przyszedłem pod koniec przerwy trwającej od 12 do 13. Przeprosiłem, wróciłem gdy zegar z ratuszowej wieży skończył wybijać trzynastą. Kupiłem bilet, zapytałem, czy mogę fotografować (wolno, nawet z lampą błyskową) i już miałem ruszyć w kierunku sal ekspozycyjnych, kiedy panienka przypomniała sobie, że jestem obcokrajowcem wobec czego z uśmiechem wręczyła mi zbindowany plik kartek z opisami sal i eksponatów.
Bardzo była zdziwiona, kiedy grzecznie podziękowałem, mówiąc, że od opisów po rosyjsku wolę jednak standardowe objaśnienia po czesku, które jak sądzę są przy eksponatach. Przyznała się, że nie była pewna, skąd też mogłem przyjechać. Stwierdziła, że dość zrozumiale mówiłem po czesku, tyle że z dziwnym akcentem. Kiedy przyznałem się, że jestem z Polski wyjaśniła, że nie miała okazji osłuchać się z naszym językiem, bo goście z Polski są w tych okolicach bardzo rzadko. Potwierdziła to później właścicielka pensjonatu, w którym się zatrzymałem.

Z dawnego wyposażenia mennicy zachowała się jedynie konstrukcja pieców do wytopu srebra (w piwnicach)
oraz imponujący komin


Na zwiedzanie jachymowskiego muzeum warto przeznaczyć nawet dwie godziny. Ekspozycja nie ogranicza się do tematyki górniczo-menniczej. Krótki przegląd można znaleźć na stronach muzeum.

Na dziś koniec, choć to nie koniec relacji w wyprawy. Jak już pisałem, Jachymov nie był jej głównym celem. Ciąg dalszy za kilka dni.



czwartek, 13 listopada 2014

Mały Linneusz

W jednym z emaili, które dostałem po opublikowaniu wpisu http://zbierajmymonety.blogspot.com/2014/11/prosiaczek.html pojawiła się prośba o przybliżenie zasad, które zastosuję w opracowaniu miedziaków A3S.
...mógłby Pan napisać następny artykulik jakby nie było wolnego tematu na temat klasyfikacji odmian np jak w obecnym artykule...
Najgorsze, że sam do końca nie jestem jeszcze pewien, jak to powinno ostatecznie wyglądać.

Na potrzeby katalogu, który będzie częścią opracowania przyjąłem uproszczony system numeracji, który z założenia powinien być systemem otwartym - umożliwiającym dodawanie odmian i wariantów. Jednocześnie chcę, żeby numeracja w pewnym stopniu określała monetę, a nie była jakimś całkiem abstrakcyjnym kodem.

Zacznę od sprawy najprostszej. Mamy dwa nominały - szeląg i grosz, więc numer katalogowy zaczyna się od określenia nominału:
szeląg - S,
grosz - G.
Kolej na rocznik. W grę wchodzą lata 1749-1755 i 1758 - wystarczyła by ostatnia cyfra rocznika, ale zaczynając pracę umieszczałem w nazwach plików ze zdjęciami dwie cyfry. I tak zostanie. Dlatego na przykład numery wszystkich szelągów z roku 1753 zaczynają się od S53.

Awers, to portret króla i legenda, w której imię władcy pisane jest przez V lub przez U (AVGVSTVS / AUGUSTUS). Dlatego kolejnym członem numeru będzie U lub V.

Przechodzimy do rewersu. Tu najistotniejszym wyróżnikiem odmian jest znak pod tarczami herbowymi. Lub jego brak. Ponieważ trzy litery (C, F, T) pojawiają się w dwóch położeniach, dla ułatwienia litery odwrócone oznaczam apostrofem.
Przykład:
S53VC' - to początek numeru szeląga z roku 1753, z imieniem pisanym przez V i odwróconym C pod herbami. Czytelne, prawda?
Aha,  brak litery oznaczam znakiem - (minus).

Czytelne tylko do tego momentu, bo teraz zaczynają się schody. Zwłaszcza przy próbie sklasyfikowania groszy. Choć i przy szelągach też pojawiają się wątpliwości.
Weźmy takie dwa szelągi:
Na obu awersach jest AVGVSTVS. A na rewersach?
Korony różnej wielkości. Tarcza herbu Saksonii zaokrąglona albo ostra. Orły też wyraźnie różne. Najprościej było by po prostu dodawać kolejne cyferki
S53VA1, S53VA2 itd.
W przypadku groszy sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, bo występują różnice w:
  • portrecie króla,
  • kształcie koron,
  • rysunku herbów,
  • kształcie tarczy z herbem Saksonii,
  • kształcie całego obrysu herbów,
  • kształcie pola pod herbami - miejsca umieszczenia cyfry 3 w rocznikach 1752 i 1753.
Do tego jeszcze zdarzają się różnice wielkości liter w legendach. Na przykład takie dwa grosze z 1755 r.
Proszę zwrócić uwagę na wielkość liter i dolną część popiersia.

I na koniec znaki interpunkcyjne - raz mamy EL:SAX:17XX, a raz EL.SAX.17XX. Czasem jeszcze pojawia się kropka po dacie. Na awersie legenda może się kończyć kropką, ale może jej tam nie być (niekiedy kropka jest, ale już na ramieniu króla, bo nad nim brakło miejsca).

I co z tym zrobić?


Pewności jeszcze nie mam. Za to mam (jak na razie) 196 szelągów i groszy różniących się mniej lub bardziej. W tym na przykład 6, słownie sześć, wariantów grosza G54VH.

Skłaniam się ku osobnemu kodowaniu awersów i rewersów. Pełny numer monety miałby postać (przykładowo) S49V-a1r2
(szeląg z 1749 r. AVGVSTVS, oczywiście bez literki pod herbami, z awersem (a dokładniej portretem) w wariancie 1 - jest tylko jeden - i rewersem w wariancie 2.

Co zrobić z wariantami interpunkcyjnymi? Tego jeszcze nie wiem.

Podpowiecie?

P.S.
Z żalem przyjąłem do wiadomości kolejne zmiany na Allegro. Firma pozbyła się Pibyka, administratora/moderatora cafe numizmatyka. Szkoda, bo był to jeden z nielicznych przedstawicieli serwisu, któremu zależało nie tylko na dobru firmy, ale też (a może przede wszystkim) na dobru jej klientów.
Szkoda cafe.

P.P.S.
Nie pierwszy raz przekonałem się, że zapisanie pomysłu pomaga w rozwiązaniu problemów. Niestety, będę musiał mocno przerobić to, co już napisałem w/s miedziaków Augusta III. Chodzi o numerację odmian/wariantów, a co za tym idzie o układ i kolejność w katalogu.
Podstawową jednostkę w katalogu będą określać:
NOMINAŁ,
ROCZNIK,
LITERA POD HERBAMI.
Pozostałe cechy będą wyróżnikami wariantów.
W pierwszej kolejności U lub V w imieniu króla.
Następnie:
portret króla,
herby na rewersie,
interpunkcja,
inne cechy (bo okazuje się, że są i inne...)


środa, 12 listopada 2014

10 groszy 184!

Na Allegro pojawiła się dziwna moneta. Bardzo nietypowa 10-groszówka z roku...
No właśnie - na monecie widoczne były tylko pierwsze trzy cyfry daty - 184.
Oczywiście zaczaiłem się na nią.
Po kilku dniach sprzedający wycofał monetę z aukcji.

Pomyślałem sobie, pewnie wpłynęła korzystna oferta i sprzedający wolał nie ryzykować zakończenia aukcji na niskim poziomie. Okazało się, że jest inaczej - w poczcie znalazłem wiadomość z propozycją zbadania monety. Propozycja z gatunku tych nie do odrzucenia.

Moneta wygląda tak:
a właściwie, to tak:
Odwrotka!
Średnica 18,5 mm. Teoretycznie powinno być 18,6 mm, ale 1/10 milimetra to naprawdę drobiazg. Tym bardziej, że rant jest mocno zużyty, a na dodatek ma ślady nacięć.
Gorzej jest z wagą. Dziesięciogroszówki z 1840 r. powinny ważyć 2,8 grama. Ta moneta waży tylko 2,45 grama. To już znaczna różnica.

Przyjrzyjmy się rysunkowi monety. Data.
Nie ma śladu po ostatniej cyfrze (jaka by nie miała być). Za to doskonale widać zdwojenie, które obejmuje całą powierzchnię rewersu. Czy to możliwe, żeby monetę wybito stemplem wytworzonym nowoczesną metodą tłoczenia z matrycy?

A co widać na awersie?
Tu też są braki - zniknęły literki M W - znak mennicy warszawskiej. Jest jeszcze jeden bardzo ważny szczegół.
Cały rysunek jest lekko przesunięty w górę; przy dolnej krawędzi krążka widać, że rysunek nie dochodzi do krawędzi.
Na skanie nie jest to tak dobrze widoczne, ale kiedy trzyma się monetę w ręku, to widać, że "pusty" obszar przy dolnej krawędzi awersu jest gładki, a rysunek monety wygląda jak nalepiona na ten krążek kalkomania (lekko przesunięta). Poza tym obszarem tło monety nie jest tak gładkie.
Bardzo dokładnie oglądając rewers i na nim można zauważyć ten sam efekt, tyle że na znacznie mniejszej powierzchni

Jedziemy dalej. Moneta wygląda na srebrną. Myślę, że nacięcia na rancie są śladami po próbach jakości metalu. Może ktoś sprawdzał, czy to nie miedziany rdzeń oklejony srebrnymi blaszkami?
Testy z cieczą probierczą są niszczące - na to nie dostałem zgody, ale mam przecież niemały zapasik innych 10-groszóweg z tego okresu. Próba polegająca na wsłuchiwaniu się w dźwięk wydawany przez monetę wirującą na twardej desce moim zdaniem wypada negatywnie. Nie mam na tyle dobrego mikrofonu, żeby przedstawić wyniki (swoją drogą, to może być pomysł na któryś z kolejnych wpisów), ale różnica jest. Ten dziwoląg brzęczy podobnie do monet cynkowych.

Wnioski.
Z mennicy, to to nie wyszło. Przynajmniej nie z tej oficjalnej. Ślady zużycia wskazują na to, że moneta była w obiegu (i wtedy też budziła podejrzenia!).
Stawiam na falsyfikat na szkodę emitenta - gdyby miał być na szkodę kolekcjonera, powinien być bity w bilonie*. Falsyfikat na szkodę emitenta ma sens tylko gdy koszt materiału i robocizny jest niższy od uzyskiwanego nominału.
Jak więc to zrobiono? Zapewne metodą dobrze znaną fałszerzom od co najmniej ćwierci tysiąclecia. Z oryginału robi się glinianą, lub gipsową formę. W niej odlewa jednostronne stemple (pozytywowe), które przed użyciem należy dobrze utwardzić (hartowanie). Takie matryce wgniata się w prasie w żelazny/stalowy, rozhartowany pręt, który po zahartowaniu staje się stemplem.
Między innymi, tak właśnie Majnert wykonywał stemple do niektórych swoich falsyfikatów. 
W tym przypadku fałszerz uznał, że stempel rewersu odcisnął się niedokładnie, więc "poprawił" go uzyskując efekt zdwojenia. Gładki brzeg na awersie, to wynik niedokładnego wzajemnego ułożenia matrycy i stempla. Na dodatek bijąc monetę odwrócił rewers o 180 stopni. Finalnie, pewnie nie był zadowolony z wyników swojej pracy.

A dlaczego usunął ostatnią cyfrę daty i litery mennicy? Tę tajemnicę zabrał do grobu.
A może żyje? Moje spekulacje funta kłaków nie warte, a monetka powstała całkiem niedawno w celu naciągnięcia kolekcjonerów. To mało prawdopodobne. Pracy mnóstwo, a zarobek niewielki.


Jutro moneta wraca do właściciela. Mnie pozostają zdjęcia, Wam lektura.

P.S.
Czy ktoś z Was trafi na coś podobnego?

P.P.S. - 13 listopada 2014
A jednak! Trochę srebra w tym jest. Ciecz chromowa nie kłamie.
Próba jest gorsza od monet oryginalnych - czerwień pojawia się wolniej i jest znacznie bledsza, niż na wytartych obiegiem dziesiątkach  sprzed 170 lat.
Podtrzymuję tezę, że to falsyfikat na szkodę emitenta.

P.P.P.S - 18 listopada 2021
Kilka dni temu zaproponowano mi sprzedaż bardzo podobnie wykonanych dziesięciogroszówek z pełnymi datami - 1841 i 1837. Oferent nie zgodził się niestety na wykonanie zdjęć. 
Tym samym teza o fałszerstwie na szkodę emitenta jest nie do obronienia. Ewidentnie mamy do czynienia z próbami oszukania kolekcjonerów!




niedziela, 2 listopada 2014

Prosiaczek.

Ręce opadają.
Jedyną chyba szansą na skończenie opracowania miedziaków koronnych Augusta III jest czasowa rezygnacja z rozglądania się za nowymi monetami do zbioru.
Już wyjaśniam dlaczego.

Pod koniec kwietnia ubiegłego roku kupiłem takiego grosza:
Awers na skanie jest słabo czytelny, ale na żywo widać więcej. Roboczo ochrzciłem ten typ awersu PROSIACZKIEM. Zaraz stanie się jasne, dlaczego.
Stylem zdecydowanie różni się od innych groszy z tego rocznika, który nawiasem mówiąc jest bogaty w różne przedstawienia portretu Wettyna.
Legenda awersu też wygląda dość nietypowo. Zwykle litery w legendach groszy A3S są ładnie puncowane, a litery zachowują ten sam krój.
Tu mamy wąskie pierwsze S, jakby obcięte po bokach, a R w REX bardziej przypomina P z dorobioną nóżką.

W połowie października wypatrzyłem i upolowałem monetę z awersem wybitym tym samym stemplem. Dotarła zza oceanu w końcu października.
Awers wygląda lepiej, niż na pokazanej wyżej monecie.
Prawda, że trochę prosiaczkowaty? Literki S, R i jak się jeszcze okazuje O co najmniej dziwne - taki efekt mógł powstać tylko przy naprawianiu uszkodzonego stempla

A teraz zaskoczenie (nie dla mnie, bo zauważyłem to już ustalając limit w aukcji). Rewers.

Z pozoru też ten sam. Takie same, niemal bezgłowe konie, ale orły wybito już innymi puncami.
A najdziwniejsze jest to, co pod herbami. Na monecie kupionej rok temu jest H - wyraźne i nie pozostawiające żadnych wątpliwości.
A tu?

Wygląda to, jak H "poprawione" odwróconą do góry nogami literą P.

Jak to wpasować, w dotychczas zebrany i wstępnie ułożony materiał?
A dziś wygrałem kolejne dwie aukcje, które też mogą namieszać wśród poukładanych do tej pory cegiełek.

I tak bez końca.


środa, 29 października 2014

Jeszcze jeden powód, dla którego warto zbierać monety.

Uzupełniam systematycznie zdjęcia w katalogu mojego zbioru. Część, tych dawno zrobionych jest słaba - trzeba je zastąpić lepszymi. Części monet, przyznaję się bez bicia, sfotografować nie zdążyłem. Odłożyłem to na później, teraz nadrabiam zaległości.
I przy okazji, co jakiś czas wgapiam się w monitor, bo dopiero na monitorze widać szczegóły i szczególiki.
To na przykład kilkumilimetrowy fragment austriackiego halerza z przełomu XIX/XX wieku. Cała moneta ma średnicę 17 milimetrów.

To fragment jeszcze mniejszy z rewersu dwudziestomilimetrowego miedziaka.
Grosz Augusta III. Rysunek orła uproszczony do bólu, ale widać i koronę i pióra na szyi.

A to maleńki fragment trochę starszego miedziaczka.
Szeląg litewski Jana Kazimierza. Rytownik stempla awersu tej monety był mniej zdolny. Najjaśniejszy Pan wyglądał według niego tak:
Jeszcze jedna litewska boratynka.
Na koniec zagadka.
Ta drapieżna główka ma na monecie nie więcej, niż 4 milimetry. A co to za moneta?

I co? Warto zbierać monety? Nawet na bardzo niepozornych na pierwszy rzut oka monetach zaskakują szczegóły świadczące o kunszcie i rzetelnej pracy ich twórców.

Monety są ładne! To też powód, by je zbierać.


wtorek, 28 października 2014

Królestwo Polskie 1917-1918 - trzecie wydanie katalogu.

Uporałem się z trzecim wydaniem. Nareszcie

Ilość skatalogowanych monet (wliczając wszystkie nowo ujawnione przypadki zdwojeń stempli) wzrosła przeszło dwukrotnie.
Katalog jest dostępny, jak wydanie poprzednie i pozostałe dwa tomy - na serwisie Scribd.
Cena nie wzrosła.

Teraz będę miał więcej czasu na miedziaki Wettyna, ale najpierw przydadzą się ze dwa dni odpoczynku.

A  żeby nie było bez obrazków, pochwalę się jedną z bardzo pożytecznych zabawek
Działa bez zasilania, waży z rozdzielczością 10 miligramów i niewiele gorszą dokładnością. Może nie tak szybko, jak cyfrowa, ale mam do niej większe zaufanie.





niedziela, 19 października 2014

Gdzie Rzym, gdzie Krym...

Gdzie Toruń, gdzie Kraków.
IX edycja Toruńskich Warsztatów Numizmatyki Antycznej odbyła się w...
Krakowie.
Tym razem udało mi się wziąć udział. Tylko w drugim dniu, ale i tak się cieszę.
Po małych przetasowaniach, program drugiego dnia warsztatów wyglądał tak:
18 października
  • od godz. 9.00 do 10.00 indywidualne zwiedzenie ekspozycji monet w Pałacu Czapskich
    Zupełnie inaczej ogląda się wystawę w towarzystwie ludzi dzielących się wiedzą o monetach i ich historii. Trudno o lepszych przewodników.
  • „Mennictwo starożytnej Licii przed podbojem Aleksandra Wielkiego" - J. Bodzek
    Temat daleki od moich zainteresowań, ale bardzo ciekawy, choćby ze względu na kwestie związane z identyfikacją mennic na podstawie charakterystycznych cech stylu portretów i wyobrażeń z rewersów monet. Swoją drogą niebywała różnorodność wyobrażeń - trudno czasem uwierzyć, że kolejne monety przedstawiały tę samą osobę.
     
  • „Mennictwo Olbii Pontyjskiej” - J. Rakoczy
    Prezentacja monet Olbii - od brązowych "delfinków", grotów/rybek i as grave. Do tego pasjonujący, żywy opis prac ekspedycji archeologicznej prowadzącej badania w zatopionej części miasta.
    Po wykładzie długa dyskusja o problemach wywoływanych przez nielegalne wykopaliska i przez próby wprowadzania monet fantazyjnych i fałszywych do obiegu naukowego i kolekcjonerskiego.
  • Panel dyskusyjny poświęcony aspektom prawnym związanym z numizmatyką - P. Groński
    W nawiązaniu do wykładu poprzedzającego - kwestia nielegalnych poszukiwań monet (i innych zabytków metalowych) przy użyciu wykrywaczy metali, z porównaniem zagranicznych systemów prawnych. Zagrożenia dla kolekcjonerów - paserstwo świadome i nieświadome - dokumentujcie swoje zakupy, bo nie znacie dnia ani godziny, kiedy możecie stanąć przed koniecznością udowodnienia, że wasza kolekcja nie składa się z monet uzyskanych drogą przestępstwa. Niestety praktyka jest taka, że to kolekcjoner musi wykazać swoją niewinność, a nie wymiar sprawiedliwości udowodnić jego winę.
    I do tego, nie mniej ważne sprawy podatkowe.
  • „Mennictwo Seleukidów - cz. 2.” - J. Bodzek
    Po wspólnym zdjęciu przed gmachem muzeum i przerwie obiadowej, kontynuacja wykładu z poprzedniej edycji TWNA.
  • „Rzymskie monety prowincjonalne jako źródła epigraficzne” - B. Awianowicz.
    Wykład ilustrowany nie tylko slajdami - omawiane monety można było obejrzeć na żywo. Nawet nie przez szybę gablotki. Bardzo ciekawe omówienie treści legend monet prowincjonalnych pod kątem językowym, gramatycznym i ortograficznym. Wykładowca udostępnił uczestnikom warsztatów bardzo pomocne materiały - "Jak czytać monety rzymskie okresu Republiki i Cesarstwa" kompendium głównych legend, skrótów oraz datowania.
Był więc i Rzym i Krym, i Toruń, i Kraków. Jestem bardzo zadowolony z prawie dziesięciu godzin spędzonych "u Czapskich". Myślę, że w przyszłym roku będę musiał się postarać i pojechać na następną edycję warsztatów do Torunia.

Oglądając zdjęcia ilustrujące wykład o mennictwie licyjskim, próbując doszukać się podobieństwa bardzo różnych twarzy na monetach jednego przecież władcy nie mogłem nie przypomnieć sobie o monetach znacznie, znacznie późniejszych.
Czekam teraz niecierpliwie na tego grosza
A razem ze mną czekają koledzy:
 
To podobno też ten sam władca.

środa, 8 października 2014

Fachowa robota. Prawie...

Kupiłem sobie monetę z dziurką.

Opisaną, jako falsyfikat z epoki.

Dziurka, jako taka, nie jest w tym przypadku niczym niezwykłym. Zjawisko uniemożliwiania ponownego wprowadzenia do obiegu monet, które uznano za fałszywe znane jest od stuleci.

Podobnie postępowano w Polsce w okresie międzywojennym.

Perforowano nie tylko falsyfikaty. Po rozpoczęciu niemieckiej okupacji, na ziemiach wcielonych do Rzeszy natychmiast wycofano polskie pieniądze. Obowiązywała tam waluta niemiecka. Dla Generalnego Gubernatorstwa
przewidziano coś w rodzaju ograniczonej autonomii. Jednymi z jej przejawów było utworzenie Banku Emisyjnego w Polsce (Dziennik Rozporządzeń Generalnego Gubernatora dla okupowanych polskich obszarów nr 14 z 23 grudnia 1939 r.) i zachowanie złotego, jako obowiązującej waluty. Bank Emisyjny uruchomiono 8 kwietnia 1940 r. Od razu rozpoczęto wymianę banknotów Banku Polskiego na banknoty Banku Emisyjnego (w relacji 1:1) i wycofywanie bilonu, który kierowano do przetopienia. Metal  zawarty w monetach był cennym surowcem dla przemysłu zbrojeniowego. W celu uniemożliwienia nielegalnego przekazywania wycofanych monet z powrotem do obiegu, unieważniano je w prasach walcowych lub perforowano.

Złotówka, którą odebrałem wczoraj na poczcie jest falsyfikatem bardzo ciekawym. Po pierwsze metrologia - średnica 25,2 mm, a więc ciut większa, od normatywnej. Mogło by to sugerować odlew, ale inne cechy świadczą o biciu stemplami.
Masa, zaledwie 5,46 g (norma, to 7,00 g!). Na dodatek całkowity brak reakcji na magnes, a przypominam, oryginalne złotówki 1929 bito w niklu, który jest przyciągany przez magnes.
Obejrzyjmy monetę dokładniej.
Awers, a właściwie jego fragment:
Mamy dwie możliwości. Albo fałszerz tłoczył stempel z matrycy i to na niej pojawiło się zdwojenie, albo wielokrotnie ściskał krążek między stemplami nie zachowując ich idealnego ułożenia i zdwojenie pojawiło się dopiero na monecie. Jak było, nie wiemy. Jeśli jednak ujawnią się inne egzemplarze z identycznym zdwojeniem, górę weźmie hipoteza pierwsza, co oznaczało by, że fałszerz (fałszerze?) miał sporą wiedzę i dobrze wyposażony warsztat.
O tym, że był niezłym fachowcem wiem już dzisiaj.
Porównajmy rewers z dobrze zachowanym oryginałem.
Rysunek rewersu złotówki z 1929 r. wbrew pozorom nie jest prosty do skopiowania. Wielość krzywizn utrudnia idealne odtworzenie rysunku. Stemple prawie na pewno powstały na bazie odlewów oryginalnej monety. Bardzo dobrych odlewów.

Zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie falsyfikat na szkodę kolekcjonerów, bo jak widać znaku mennicy na falsyfikacie nie ma. Tylko jaka jest szansa na to, że kolekcjoner polujący na białego kruka obiegowych monet II RP nie zauważy takiego niedoboru masy? Poza tym, wszystkie znane oryginały bez znaku mennicy nie mają żadnych zdwojeń. Co za dużo, to nie zdrowo. Taki nadmiar szczęścia powinien uruchomić alarm w głowie każdego kolekcjonera.

I ten otwór.
Nie zrobiono go przebijakiem, bo wygląda jak otwór wiercony pod śrubę ze stożkowym łbem. I tak chyba powstał - wlot rozwiercono wiertłem o większej średnicy. Po co? Może chodziło o uzyskanie możliwości lepszego podejrzenia struktury krążka. Taki sposób perforacji mógł mieć związek z badaniami kryminalistycznymi, a nie służyć do zwykłego unieważnienia falsyfikatu.

Jakby nie było, moneta ciekawa. I na dodatek falsyfikatu tego nominału jeszcze nie miałem. Okazało się, że konkurentów miałem niewielu i moneta trafiła do mojego zbioru.

Pisałem kiedyś o zagadkach dotyczących obiegowych monet PRL:
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-03
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-05
Temat pasjonujący, nic dziwnego, że sprowokował i inne osoby.
Bardzo żałuję, że nie znalazłem czasu na wyjazd do Łodzi  do Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego na wykład Pana Andrzeja Fąka "Powojenne monety obiegowe i okolicznościowe. Krótka lista wątpliwości". Zapoznałem się tylko z krótkim sprawozdaniem umieszczonym na stronie łódzkiego oddziału PTN http://lodz.ptn.pl/wyklad-02-10-2014/
Szkoda, że nie upowszechniło się jeszcze rejestrowanie takich wydarzeń i udostępnianie ich zainteresowanym, którzy z różnych powodów nie mogli uczestniczyć w nich osobiście.

niedziela, 28 września 2014

Oddam pomysł w dobre ręce.

Czasu naciągnąć się nie da. Można próbować (podobno), ale per saldo to się nie opłaca. Te chemikalia niestety mają skutki uboczne.
Naciągnąć się nie da, a tymczasem w głowie kiełkują pomysły, które wydają się niezłe.
Jeden z tych pomysłów spróbuję dziś "sprzedać". Tanio!

Zagrzebuję się coraz głębiej w pracę nad dwoma katalogami. Uznałem, że najwyższy czas sfinalizować temat miedziaków koronnych A3S. To jeden.
Kilka razy obiecałem, że w tym roku postaram się zrobić trzecie wydanie katalogu monet Królestwa Polskiego 1917-1918. To drugi.
Obydwa wymagają mnóstwa żmudnej pracy nad zgromadzonymi przez lata zdjęciami monet. Tu nie da się nic zautomatyzować, przyspieszyć, uprościć. A czasu do dyspozycji mam tyle, ile zostaje z każdej doby po odjęciu godzin snu, pracy na etacie (z dojazdem), prac domowych, zakupów i takich "niepotrzebnych" dodatków, jak życie rodzinne, spotkania ze znajomymi, książki, filmy, rower, bieganie. Parę innych pożeraczy czasu można by jeszcze znaleźć.

Na przykład korespondencja z innymi kolekcjonerami.
Jeden z nich poczuł potrzebę szczegółowego zajęcia się półtorakami Zygmunta III, na początek bitymi w Krakowie i poprosił o ocenę swoich pomysłów na opisanie i przedstawienie poszczególnych odmian i wariantów.
Pan Cezary oczywiście zna katalog półtoraków tworzony pod przewodnictwem Pana Góreckiego na forum TPZN
http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,3129.0.html
ale fakt, że ktoś tematem się już zajął, nie oznacza, że nie można zrobić tego w nieco odmienny sposób. Nawiasem mówiąc, katalog Góreckiego został niedawno uznany przez WCN za rzetelną literaturę źródłową
http://wcn.pl/archive/108922?q=108922&number=1
Z Panem Cezarym wymieniłem kilka emaili, pisząc, co w Jego katalogu mi odpowiada, a co zrobił bym inaczej. Jaki będzie efekt końcowy - czas pokaże.

Kolekcjonerzy, widząc niedoskonałości istniejącej literatury numizmatycznej coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce i przystępują do zapełniania luk w katalogach. Przykładów, oprócz powyższych, można znaleźć wiele. Zaczynając od stworzonego na cafe Allegro katalogu odmian 10-fenigówki gdańskiej z 1920 r. poprzez katalog odmian talarów R. Janke opublikowany w Przeglądzie NUmizmatycznym, na katalogach niżej podpisanego kończąc.
Autorzy przyjmują różne konwencje prezentowania materiału, różne systemy numeracji, różnie podchodzą do czysto technicznego problemu - przygotowywania ilustracji.

Jak już wspomniałem, ilustracje to bardzo pracochłonny etap opracowywania katalogu. Można oczywiście pójść na skróty i nie przejmować się tym, że na jednym zdjęciu awers jest po lewej, rewers po prawej, a na innym odwrotnie. Że jedne zdjęcia są jasne, inne ciemne, że mają różne rozdzielczości itp. W wyniku otrzymuje się niestety dzieło mało czytelne i po prostu nieestetyczne.
Jeśli zamiarem jest stworzenie katalogu czytelnego i łatwego "w obsłudze" trzeba się pogodzić z koniecznością poświęcenia masy czasu na obróbkę zdjęć - wycięcie zbędnego tła, ujednolicenie układu, rozdzielczości i wielkości zdjęć, ich jasności, kontrastowi itd.
Dobrym przykładem takiego podejścia do tworzenia katalogu jest dostępny (w części na razie) katalog szelągów Jana Kazimierza tworzony przez forumowicza z www.poszukiwanieskarbów.com - polecam lekturę dłuuuugiego wątku http://www.poszukiwanieskarbow.com/Forum/viewtopic.php?f=52&t=103301&hilit=boratynki+kolekcji
(by czytać, trzeba się zarejestrować na forum, ale warto!).

 Bardzo ważne jest, by z rozwojem katalogu - a to nieuniknione, gdy katalog jest szczegółowy - utrzymywać numerację. Jeśli chcemy, by katalog był traktowany poważnie, to po prostu konieczność.
A co zrobić, kiedy okaże się, że przyjęty system numeracji z czasem okazuje się po prostu zły (np. uniemożliwiając dodawanie nowych odkryć we właściwe miejsce)? Nie ma rady, trzeba się do błędu przyznać, konieczne zmiany wprowadzić i liczyć na zrozumienie ze strony użytkowników. 

A co z tytułowym "pomysłem w dobre ręce"? Już do tego dochodzę.
Dawno, dawno temu popełniłem tekst KATALOG IDEALNY.
Przeczytajcie, a potem wróćcie, by dokończyć czytanie tego wpisu.

Jesteście z powrotem? No to jedziemy dalej.
Przez jedenaście lat, które upłynęły od opublikowania zachęty do stworzenia katalogu idealnego utwierdziłem się w przekonaniu, że to pomysł dobry. W mojej niemałej biblioteczce numizmatycznej jest wiele katalogów. Znacznie więcej, niż wymieniłem w tamtym felietonie. Na dobrą sprawę, każdy jest inny. Z katalogów polskich najbardziej podobają mi się katalog trojaków T. Igera i katalog popularny Suchanka i Kurpiewskiego. Pierwszy, ze względu na bardzo czytelne przedstawienie wariantów napisowych i niezłe zdjęcia, drugi ze względu na zastosowanie układu nominałowo-chronologicznego, który spodobał mi się od momentu, kiedy dostałem pierwszy katalog Krausego.
Z katalogów obcych - wspomniany właśnie Krause (powód znacie) oraz "Red book" - o nim też kiedyś pisałem, i to nie raz:
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-01
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2006/2006-41

Biorąc z tych katalogów to, co najlepsze i korzystając z dostępnych dziś cyfrowych systemów dystrybucji publikacji można stworzyć rzeczywiście najlepszy na świecie katalog. Wtedy, w 2003 roku pomysł nie chwycił. Może teraz się powiedzie. Oddaję go za darmo. No prawie.
Zastrzegam sobie tylko prawo do bezpłatnej subskrypcji i miejsce w stopce redakcyjnej, jako autor pomysłu.

Reszta w Waszych rękach.

Byłbym zapomniał o ilustracji.
To jeden z najświeższych nabytków
Nieregularny placek, chyba ołowiany, ważący 5.38 grama. Gładki z jednej strony, na stronie drugiej ma awers pięćdziesięciogroszówki z 1923 r. Przypuszczam, że to próbny odlew z fałszerskiej formy. 50 groszy w latach 20-tych XX w. to był nominał, którego fałszowanie miało ekonomiczne uzasadnienie. Wystarczyło pokryć taki odlew warstewką jasnego metalu i ktoś nieostrożny mógł przyjąć go za dobrą monetę.


niedziela, 7 września 2014

A to co?

Po wakacjach mam wrażenie, że na Allegro jest coraz mniej ciekawych monet (przynajmniej dla mnie). A przecież kolekcja powinna się rozwijać. I co?

Chciejstwo!
Wypatrzyłem (i wygrałem) aukcję http://www.allegromat.pl/aukcja164346
Nadzieje rozbudziła moneta pierwsza od lewej w dolnym rzędzie.
Cóż tam może być pod herbami?
Monety dotarły. Okazało się, że...

jest tam H. Niestety. Niestety, bo to nic rzadkiego. Awers też typowy, AUGUSTUS i okrągła, pusta w środku brosza spinająca płaszcz.
Jest jednak coś, co sprawia, że z zakupu jestem zadowolony. Na zdjęciu pokazałem rzeczywisty układ awers/rewers - ta moneta to tzw. skrętka. Destrukt menniczy. A miedziaki Augusta III w zdecydowanej większości bito poprawnie - jeśli pominąć niecentryczne ułożenie krążka między stemplami.

"Nieszczęścia" podobno chodzą parami.
 Tym razem nie był to zakup przypadkowy. Monetę wystawiono, jako destrukt.
Awers wygląda na odbity poprawnie, ale rewers uderzono co najmniej dwa razy. Jak myślicie, czy można ustalić, który to rocznik?
Można, ale trzeba mieć do dyspozycji mnóstwo materiału porównawczego.
Cechy charakterystyczne:
  • W imieniu króla U (a nie V)
  • W legendzie rewersu dwukropki
  • Duża tarcza herbowa
Taka kombinacja pojawia się tylko raz (przynajmniej w materiale, który udało mi się zgromadzić) - w roczniku 1755.


A skoro mowa o zagadkach, to na bardzo interesującą trafiłem na cafe Allegro. Zagadka dotyczy takiego czegoś (zdjęcia z wątku na cafe):

 




Pomijając dziwne dywagacje językowe i mało związane z przedmiotem dyskusji, werdykt allegrowiczów sprowadził się do stwierdzenia, że to zwłoki jednogroszówki z 1923 r. - skutek potraktowania oryginalnej monety jakimś żrącym środkiem.

A rant? Dlaczego jego krawędzie nie poddały się chemikaliom? Nikt się nad tym nie zastanowił.
Po krótkiej korespondencji moneta trafiła tymczasowo w moje ręce. Zważyłem, zmierzyłem. Waży 1,4 grama zamiast 1,5 g; ma średnicę 14,5 mm zamiast 14,7 mm. To nie są duże odchyłki od parametrów emisji.

Jak się ma monetę w ręku, to łatwo można ją porównać z podobną. Porównywanie zdjęć wykonywanych przez różne osoby, różnym sprzętem,  w różnych warunkach nie zawsze się udaje. Ale ja mam na chwilę i tę zagadkę i monetę z własnej kolekcji.
Po zeskanowaniu i złożeniu w jeden obrazek mam
To coś nie powstało przez wytrawienie normalnej, obiegowej monety. Żadne chemikalia nie mogą zmienić w taki sposób kształtu liter. Na przykład O w GROSZ. A gdzie się podziało obrzeże? Pamiętajcie, że rant jest kanciasty, jak w dobrze zachowanej monecie. A tu,, na rewersie, dolny zawijas litery S dochodzi do samej krawędzi krążka. Na zwykłej monecie od krawędzi dzieli go wąski pasek tła i jakieś pół milimetra obrzeża. A przecież średnica jest tylko o 0,2 mm mniejsza.

Wniosek?
To nie zniszczona moneta obiegowa. To coś - żeton, szton do jakiejś gry, próba fałszerstwa (bezsensowna, ze względu na nominał) - wytworzono metodą odlewu (najprawdopodobniej).
Kiedy? Przez kogo? W jakim celu?
Na te pytania odpowiedzi nie znamy i pewnie bez pomocy dokumentów źródłowych nie poznamy.

Moneta (?) wraca do właściciela, a ja pozostaję z przekonaniem, że daleko nam jeszcze do pełnej wiedzy o pieniądzu nieodległych przecież czasów II Rzeczpospolitej. I z przestrogą, by nie ferować radykalnych wyroków bez zastanowienia.



Printfriendly