Google Website Translator Gadget

niedziela, 6 listopada 2022

Jesienne przyspieszenie.

 Dzieje się wiele. Dzień w dzień do mojej skrzynki e-mailowej wpadają wiadomości o kolejnych aukcjach monet. Uważnie przeglądam wszystkie katalogi i mam wrażenie, że firmy zaczynają mieć problem z dostępem do świeżego materiału. Oczywiście, nadal pojawiają się cudeńka, o których nawet marzyć się nie odważam, ale coraz częściej widzę w katalogach monety, które jeszcze kilka lat temu, jeśli miały szansę pojawić się na poważnej aukcji, to co najwyżej w zestawach dla początkujących. Teraz dostępują zaszczytu opatrywania indywidualnym numerem i często opisem stanu zachowania na poziomie niezapomnianej reklamy prusakoplepu. Bardzo jestem ciekaw, jaki stan zachowanie i jaką cenę wywoławczą firma XXX zaproponowała by dla szeląga, którego nie tak dawno temu kupiłem za kilkanaście złotych na Allegro. Było nie było, widać nawet dziurkę królewskiego nosa i ozdoby zbroi.

Rzadko, ale jednak jakieś drobiazgi kupić mi się udaje, . Listonosze i kurierzy dostarczyli w ostatnich dniach kilkanaście monet i jedną widokówkę. 
Teraz tylko trzeba znaleźć czas na czyszczenie, konserwację i opracowanie. "Zbrojarz" w wariancie z ilością jagódek, którego jeszcze nie miałem, drugi trojak zastąpi egzemplarz w gorszym stanie, szelągom i półtorakom muszę się jeszcze dokładniej przyjrzeć - coś ciekawego jest tam na pewno. A na widokówce z 1904 roku jest jezioro Bardze, jedno z dwu moich ulubionych miejsc do pływania. W sezonie oblężone, ale we wrześniu i później, spokojne, czyste, ciche.

A to znacie? 

Rozwojowy projekt, o którym dowiedziałem się niedawno, a któremu mocno kibicuję, bo lata, lata temu, napisałem krótki felieton o możliwościach WIKI https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2007/2007-40. Trzymajmy kciuki, pomagajmy.

Polska Encyklopedia Numizmatyczna, to niespodzianka i nowość. Stronę Stowarzyszenia Numizmatyków Profesjonalnych znałem od lat, odwiedzałem co jakiś czas, zazwyczaj wtedy, gdy nie miałem czasu na wyszukiwanie i skanowanie artykułów z Przeglądu Numizmatycznego potrzebnych mi czasem w formie cyfrowej. Na stronie SNP było kilkanaście numerów w plikach pdf. We wrześniu 2022 strona przestała działać, zamiast treści pojawiła się informacja 
Później termin zmieniono na 25 października, w końcu strona odżyła. 
Na razie udostępniono na niej PN od numeru 2/2010 do 1/2018, ale nie w postaci pobieralnych plików pdf. Poszczególne numery można przeglądać dzięki mechanizmowi 3d-flip-book.
Da się z tego korzystać, ale żal wygody posługiwania się pobranymi pedeefami. 

Pamiętacie czerwcowy wpis o niewiarygodnie pięknych boratynkach litewskich z 1661 roku? Zakończyłem go tak: "Prawdopodobieństwo, że to mistyfikacja, pułapka na zaawansowanych i zasobnych kolekcjonerów szacuję znacznie, znacznie wyżej, niż prawdopodobieństwo, że to monety wybite 361 lat temu."
Historia ma ciąg dalszy. Pojawiła się zapowiedź styczniowej aukcji Heritage 
Kolejna, mennicza sztuka?!? Koledzy z TPZN w ramach numizmatyki śledczej zainteresowali się statystykami publikowanymi przez firmy gradingowe. Najpierw NGC, bo w slabach tej firmy zamknięto dotychczas oferowane egzemplarze. I niespodzianka. 
W rejestrze jest sztuka oceniona na MS66! Długo nie trwało, by dotrzeć do jej zdjęć zapisanych w archiwum NGC. 
Poprzednie sztuki miały idealnie ułożone awers i rewers - żadnych "skrętek".  To była jedna z wielu przyczyn dla których zwątpiłem w ich oryginalność.  Ta piękność jest odwrotką, co w najmniejszym stopniu nie zmniejszyło moich wątpliwości. 
Kolejnym, naturalnym krokiem było sięgnięcie do zasobów drugiej dużej firmy gradingowej PCGS. I tu są mennicze boratynki z 1661 
Są ale jeśli takie,
to kwestionować można ocenę stanu, a nie oryginalność monety.

Zobaczymy, jak się to rozwinie. Polecam śledzenie wątku "Zastanawiający wysyp boratynek litewskich 1661". 
Ja nie zmieniam mojej opinii - nie wierzę w trzystuletnią z górą metrykę tych boratynek.

Na koniec jeszcze jedna informacja. Moje katalogi w wersji drukowanej, na razie dwa, można zamawiać na Amazon.

niedziela, 23 października 2022

Stan zachowania - obiecany wpis, którego nie będzie.

W odpowiedzi na jeden z komentarzy pod wpisem z ubiegłego tygodnia napisałem: "Dlaczego kwestionuje Pan/Pani ocenę gabinetu numizmatycznego? Które szczegóły o tym zadecydowały? Czy rozróżnia Pan/Pani stan zachowania od jakości bicia i wrażenia wywieranego przez monetę? Muszę chyba poświęcić tym tematom osobny wpis."

Zanim zabrałem się do spełnienia obietnicy, przeczytałem to, co na ten temat napisałem w marcu 2011 roku. Przeczytałem i zacząłem się zastanawiać. Cóż nowego mógłbym dodać do tego, co wtedy opublikowałem? Na pewno jakieś poglądowe zdjęcia. Ale..

Nie chcę wykorzystywać zdjęć z ofert aukcyjnych monet, których nie kupiłem. Takie przykłady publikowane w sieci zwykle prowadzą do sporów nie do rozstrzygnięcia. Ja mam swoje racje, firma - właściciel bądź pracownik - swoje, przy czym ja będę na z góry straconej pozycji, bo oni mieli monetę w ręku, a ja nie.

Ograniczę się więc do:

  • autocytatu z roku 2011

Stan zachowania i jakość bicia to dwie zupełnie różne sprawy. Dawne monety, bite ręcznie albo na prymitywnych maszynach przy pomocy ręcznie grawerowanych stempli, na krążkach wytwarzanych dość prymitywnymi metodami z definicji nie mogą wyglądać idealnie. Już opuszczając mennicę były niedoskonałe. Stąd często w katalogach aukcyjnych mamy opis "piękne bicie", "bardzo ładny egzemplarz" itp. Jednocześnie, tak określona moneta może być np. w IV stanie zachowania. 

Pamiętajmy, że stan zachowania opisuje nam w jakim stopniu moneta zmieniła swój wygląd od momentu opuszczenia mennicy, albo nawet od momentu zdjęcia jej z prasy menniczej!

  • kilku zdjęć moich monet
Co je łączy, poza tym, że cała czwórka to wiek XVII? Rozziew między stanem zachowania, a wyglądem. Trzykrajcarówkę Leopolda oglądaną przez dobrą lupę trudno ocenić niżej, niż na I-. Legenda po lewej stronie awersu i w dolnej części rewersu wygląda, jak wygląda, ale tak samo wyglądały w chwili gdy moneta wypadła prasy (bo to moneta walcowana). 

Przekrzywienie stempla trzymanego przez pracowników wybijających te boratynki spowodowało potężne niedobicia. Jednocześnie szczegóły rysunku dobitnie świadczą o tym, że monety te nie doświadczyły długiego obiegu. Obie kupowałem oceniona jako "pozastanowe", ale jestem przekonany, że kiedy wypadły spod stempli były może bardziej czerwonomiedziane, ale na pewno nie bardziej czytelne.. 
  • jednego zdjęcia monety, której nie mam
To nie dwie różne monety. To ta sama moneta sfotografowana w różnych warunkach - różny sprzęt, ale przede wszystkim różne oświetlenie. Być może dodatkowo jakaś komputerowa obróbka obrazu. Znakomity przykład, jak skrajnie różnie można oceniać monetę wyłącznie na podstawie zdjęć. Zdjęcie pochodzi z wątku z forum TPZN

Na koniec krótkie wspomnienie z katowickiej giełdy filatelistycznej na ul. Sienkiewicza. Lata, lata temu bywałem na niej bo i znaczki mnie interesowały. Podsłuchałem tam bardzo charakterystyczną rozmowę. Jeden z gości giełdy zrezygnował z wcześniej umówionego  zakupu - chodziło o nie pamiętam już jaki znaczek, ale nie byle co bo mowa była o dużych pieniądzach. Powodem rezygnacji miała być dorabiana guma (dla laików - ten klej do lizania na drugiej stronie znaczka). Sprzedający denerwował się wskazując, że przecież na znaczku są stempelki gwarancyjne samego Lesława Szmutza (wybitnego eksperta PZF). "A co mi tam jakiś Szmutz czy inny ekspert, ja swoje oczy i rozum mam. To jest lewe!". Kto w tym sporze miał rację, nie wiem. Zapamiętałem jedno - i sprawdza się to równie dobrze w naszym hobby - ekspert ekspertem, grading gradingiem, ale swój rozum i oko trzeba mieć. A żeby je mieć trzeba oglądać monety, setki monet, tysiące monet, kilogramy monet...

sobota, 15 października 2022

Dobrze, że mam już większość z tych monet...

 Szkoda, że nie wszystkie.

Dziś kilka zdań o wynikach niedawnych aukcji. Oczywiście ograniczę się do "moich" tematów.

Na początek ciekawostka z wrześniowej aukcji na Alegro 

Oryginalność potwierdzona przez PCGS. Cena? Moim zdaniem bardzo okazyjna. Rzecz zdecydowanie rzadsza od jednofenigówki 1917. 
Za mój egzemplarz (niegradowany) zapłaciłem w kwietniu 2007 roku okrągłe 50 złotych. Wygląda na to, że nie była to inwestycja z tych najbardziej opłacalnych, ale kupowałem bynajmniej nie z myślą o przyszłych zyskach. Kupiłem to 
w sklepiku pana Jana Mączki razem z Przeglądem Numizmatycznym 1/2007 (12 zł), szóstakiem SAP z 1794 r. (30 zł), półgroszem Olbrachta (5 zł), groszem Augusta 3 z 1755 r. (5 zł). Odnotowałem, że przy okazji przekazałem panu Jankowi egzemplarz pierwszego wydania mojego katalogu monet Królestwa Polskiego 1917-1918. 
Jak ten czas leci...

Wracamy do roku 2022, ale pozostajemy przy monetach Królestwa Polskiego ze Stuttgarckiej mennicy. 
Na jesiennej aukcji GNDM wystawiono 24 loty, w tym kilka zestawów; sprzedano 23 pozycje. Spadła pospolita, leciutko skorodowana, niegradowana dziesięciofenigówka 1917. Cena wywoławcza 50 zł okazała się zbyt wysoka, co zupełnie mnie nie dziwi. Zaskoczyło mnie powodzenie nie tak znów rzadkiego cynkowego falsyfikatu 

472 złote (w tym młotkowe), to dużo, zwłaszcza, gdy porównamy to z kwotą 531 zł za naprawdę ładny egzemplarz bardzo rzadkiego wariantu jednofenigówki z 1918 r. 
Za identyczną cenę sprzedano jeszcze jedną ciekawostkę - 10 fenigów 1917 z intrygującą perforacją. Na razie nie udało mi się wyjaśnić jej pochodzenia.


Nadal interesują mnie miedziaki Augusta III - mam jeszcze kilka pozycji na liście braków i świadomość, że ta lista może być niekompletna, bo rzadko, ale jednak, co jakiś czas pojawiają się monety dotąd nieznane. I taka właśnie pokazała się u pana Damiana. 
W chwili wydania mojego katalogu nie miałem szeląga 1752 z literką N. Udało mi się go kupić w styczniu 2021. 
Zwróćcie uwagę na to N! Na moim egzemplarzu, to malutka literka nabita na stemplu puncą. Monetę z aukcji GNDM  wybito innymi stemplami. Na awersie jest popiersie z mocno odsłoniętym napierśnikiem zbroi. Na rewersie są inne ozdobniki (łukowate) przy podziale tarczy herbowej, a literę N pod herbami złożono na stemplu z trzech kresek - autor opisu aukcyjnego uznał, że to N, ale równie dobrze można by przyjąć, że to nieprecyzyjnie wykonane H. Szeląga 1752 H znam tylko ze słabych zdjęć. Też jest bardzo rzadki. Niestety, mój limit dla pozycji 4779 okazał się zbyt niski. 
Wśród pozostałych miedziaków A3S nie było nic dla mnie ciekawego. Ładny szeląg z pierwszego rocznika 1749 poszedł tanio, za 260 zł. Drogo sprzedały się dwa szelągi z odwróconymi literkami 
Interesujące miedziaki, w tym Augusta III były w zestawie razem z monetami Jana Kazimierza 
Oprócz boratynki z 1659 roku był tam bardzo rzadki szeląg Augusta z roku 1750, rzadszy od rocznika 1749! Zestaw poszedł za 531 zł, średnio ciut ponad 20 zł/sztukę. Nabywca powinien być zadowolony.

Nie wiem natomiast, co spowodowało takie zainteresowanie zestawami "wycieruchów" - Księstwa Warszawskiego 

ponad 170 zł/sztukę!?
i groszy Królestwa Polskiego 
Takie czasy. Coraz trudniej kupić coś porządnego za rozsądną cenę. Z drugiej strony, coraz łatwiej można sprzedać coś słabego za niespodziewanie duże pieniądze. 

Z siedmiu pozycji, dla których ustawiłem limity na jesiennej aukcji GNDM wygrałem jedną. Dobre i to. 

niedziela, 9 października 2022

Intymne rozkosze numizmatyki spekulatywnej

W Słowniku Języka Polskiego pod redakcją Witolda Doroszewskiego znajdujemy: "Spekulatywny - oparty na spekulacji w znaczeniu. 1, nie liczący się z  doświadczeniem i praktyką, oderwany od rzeczywistości". W tym samym słowniku znajdujemy wyjaśnienie dwu znaczeń rzeczownika spekulacja: 

  1. myślenie abstrakcyjne, nie opierające się na danych doświadczenia, nie zmierzające do działania, do realizacji w dziedzinie praktyki; rozumowanie empirycznie niesprawdzalne, jałowe. (podkreślenie moje),
  2. nieuczciwe operacje handlowe dokonywane w celu osiągnięcia wyższego niż przeciętnie zysku
Dziś o numizmatyce spekulatywnej w znaczeniu pierwszym, z naciskiem na niesprawdzalność, z zastrzeżeniem, że niemożność doświadczalnego potwierdzenia spekulacji nie musi oznaczać ich jałowości.

Ileż to razy monety, które przecież do nas mówią jak wiele razy tu pisałem, zadają nam zagadki, nad którymi głowimy się nieraz latami i z różnym skutkiem. Wydawało by się, że problemy mogą pojawiać się, gdy zagadki dotyczą monet antycznych czy średniowiecznych. Błąd! Problemy mamy  nawet z monetami, którymi jeszcze niedawno teoretycznie moglibyśmy płacić w sklepach, vide 10 groszy 1973 bez znaku mennicy.

Myślę, że każdy poważny kolekcjoner bez dłuższego zastanowienia może wskazać odpowiedni przykład z bliskiej mu dziedziny, ale też jestem pewien, że tylko nieliczni, nawet spośród bardzo poważnych kolekcjonerów, próbują rozwikływać te zagadki. Szkoda, bo to "sport" dający wiele - od wiedzy zaczynając, na satysfakcji i środowiskowej sławie kończąc. I jak w każdym sporcie, mamy dodatkowe elementy - rywalizację i współpracę. 

"Rozumowanie empirycznie niesprawdzalne" - najlepiej wyjaśnić to na przykładzie. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to śledztwo przeprowadzone przez Marcina Żmudzina, dotyczące dwu drobnych monet z końca XVI wieku. Takich monet:

Szczegóły na blogu https://spodstempla.pl, który śledzę od samych jego początków, z żalem odnotowując, że od dwóch lat niczego nowego pan Marcin nie napisał. 
Ustalenie, czy to monety z mennicy poznańskiej, czy lubelskiej wymagało drobiazgowej analizy źródeł odnoszących się do historii obu mennic i ludzi z nimi związanych. To była jedna ścieżka prowadząca do rozwiązania zagadki. Jedna, ale nie jedyna. Drugą był niemniej żmudny proces porównywania elementów rysunku monet, de facto porównywania narzędzi menniczych użytych do wykonania ich stempli. Mogę sobie wyobrazić, co Marcin czuł, kiedy krok po kroku upewniał się, że jego teoria ma sens, że broni się przed kontrargumentami innych zainteresowanych tematem kolekcjonerów. 
Mogę to sobie wyobrazić, bo znam te uczucia z autopsji. Przeżywałem to samo próbując ustalić chronologię dziewiętnastowiecznego bilonu - monet bitych latami bez zmiany widniejącej na nich daty, czy próbując ustalić w których mennicach wybito miedziane monety koronne Augusta III. 
Inne przykłady? Proszę bardzo.
Cóż pozostaje? Procedura, jak w procesach poszlakowych, z pełnym poszanowaniem logiki i  zasad pracy naukowej. Brak bezpośrednich dowodów - relacji świadków, wiarygodnych zapisów. Tylko domniemania, ale domniemania układające się w logiczne łańcuchy. Rezultaty są oczywiście "empirycznie niesprawdzalne", ale bynajmniej nie jałowe, bo wpływające na stan wiedzy numizmatycznej. Czy na pewno? Tak, na pewno, bo to co zostało napisane, pozostanie. Jeżeli nie ostateczna prawda objawiona, to przynajmniej, jako głos w dyskusji. Chyba, że zostało opublikowane wyłącznie w formatach cyfrowych, bo jestem sobie w stanie wyobrazić taką przyszłość naszego świata, w której zasoby cyfrowe przepadną w niebycie i ludzie utracą do nich dostęp. Tyle, że wątpię, by w takiej przyszłości ktoś jeszcze dyskutował nad problemami numizmatycznymi. 

Publikujmy więc, na papierze i w formatach cyfrowych, ale pamiętajmy o jeszcze jednym - znakomita większość naszych nowych prac numizmatycznych, i tych poważnych, całościowych i tych mniejszych, przyczynkowych, dociera wyłącznie do kolekcjonerów polskich. Nasze publikacje, choć wzmiankowane w katalogach aukcyjnych dostępnych dla całego świata, pozostają tylko kilkoma, nic nie znaczącymi  literkami i cyframi. W świadomości zagranicznych kolekcjonerów postaciowy grosz z 1598 roku nadal będzie opisywany, jako poznański, bo tak napisano w katalogach wydanych wiek temu. Trzeba chyba pomyśleć też o publikacjach dostępnych dla kolekcjonerów nie znających naszego języka. Albo pokładać nadzieję w coraz doskonalszych tłumaczach automagicznych. 

P.S.
Tytuł dzisiejszego wpisu, to trawestacja części zdania z opowiadania znanego pisarza. Pierwsza osoba, która poda jego nazwisko i tytuł opowiadania, dostanie...
Niespodziankę.

niedziela, 2 października 2022

Kolekcjoner - oszust, złodziej.

 W czerwcu 2021 zacząłem umieszczać na blogu wpisy o różnych wcieleniach kolekcjonerów. Pomysł na temat dzisiejszego wpisu przyszedł mi do głowy po lekturze wspomnień Jana Michalskiego, o których dowiedziałem się z komentarza pod sierpniowym wpisem. 

Wspomniany komentarz umieszczono 26 września. Natychmiast zabrałem się za poszukiwanie tej książki. Wystarczyło kilka chwil, by zlokalizować ją w cyfrowych zasobach Pedagogicznej Biblioteki Wojewódzkiej w Gdańsku https://pbc.gda.pl/dlibra/docmetadata?showContent=true&id=93813. Następnego dnia zabrałem się za lekturę "55 lat wśród książek". 

Rewelacyjna lektura, niezwykły człowiek. We wstępie napisanym przez Wacława Borowego jest kilka zdań podsumowujących kolekcjonerskie dokonania Michalskiego: 

Nie odziedziczył on żadnej fortuny; jak z jego wspomnień widać, już od młodych lat musiał zarabiać na życie; a później nigdy nie „piastował" godności pozwalającej na szybkie zbieranie pieniędzy. Przeciwnie: przez całe prawie życie pracował jako nauczyciel. A zbiory, do których doszedł, to nie jakaś kolekcyjka curiosów, ale biblioteka obejmująca około czterdziestu tysięcy tomów i to jakich! Wśród starych druków polskich były w niej rzeczy, które stanowiły sensację dla bibliografów. Jego dział Poloniców osiemnastowiecznych porównywano z analogicznym działem Biblioteki Jagiellońskiej. Jego Mickiewicziana można było zestawiać ze zbiorem książek Muzeum Mickiewiczowskiego w Paryżu. To, co miał z literatury o Słowackim, ustępowało w kompletności chyba tylko zasobom Ossolineum. A było tam jeszcze mnóstwo innych działów: kolekcja autorów polskich wszystkich wieków, prawie komplet ich opracowań krytycznych, wielki zbiór przekładów z literatur klasycznych i nowożytnych, komplety dzieł poświęconych różnym zagadnieniom społeczno-kulturalnym itd. Rzecz aż nie do wiary, że tyle mógł zgromadzić jeden człowiek i to wcale w jakiś szczególny sposób przez los nie uprzywilejowany.

Z tym ostatnim zdaniem nie do końca się zgadzam; podstawy swoich zbiorów bibliofilskich zgromadził Michalski penetrując zasoby warszawskich antykwariatów na przełomie XIX i XX wieku. Znaczną część jego wspomnień zajmują charakterystyki żydowskich w większości antykwariuszy, opisy ich sklepików, ich podejścia do książek. Możliwości nabywania "za grosze" białych kruków, o których rzadkości i wartości nie mieli pojęcia sprzedawcy nie umiem nazwać inaczej, niż uprzywilejowaniem przez los. Też z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy na różnych pchlich targach kupowało się niezłe półtoraki, boratynki, czy XIX-wieczny bilom po dwa, trzy złote za sztukę. Było, minęło...

Od razu pojawia się i dziś aktualna kwestia etyczna - czy uczciwym jest wykorzystywanie niewiedzy sprzedającego? Problem ten pojawiał się już kilkakrotnie na moim blogu. Niezmiennie uważam, że ewidentną nieuczciwością jest wykorzystywanie nieświadomości sprzedającego przez kupca zawodowo zajmującego się handlem antykami - monetami, książkami, meblami itd. Uważam za oszustwo to, o czym napisałem kiedyś w jednym z felietonów dla e-numizmatyki - byłem przy tym, jak właściciel pewnego sklepu numizmatycznego po zorientowaniu się, że ma do czynienia z osobą zupełnie nie zorientowaną, co posiada i zaproponował około 10% rynkowej wartości monet  przyniesionych do oceny i ewentualnej sprzedaży. Zbiorek był całkiem przeciętny, nie było w nim żadnych rarytasów - typowa kolekcja srebra II Rzeczpospolitej - niekompletna, oczywiście bez Nike 1932, "głębokiego sztandaru", "konstytucji" czy dwuzłotówki z Birmingham. Nieważne. Istotne jest, że przyniosła te monety osoba dotknięta osobistym nieszczęściem i przy tym całkowicie nieświadoma ich wartości. Wiedziała tylko, że bliska jej osoba uważała je za cenne. Ta osoba uznając kompetencje właściciela sklepu gotowa była przyjąć jego ofertę za uczciwą, a tak niestety nie było.

W drugą stronę, moim zdaniem działa to odmiennie. Nie dostrzegam nieuczciwości, a tym bardziej oszustwa gdy kolekcjoner świadomy realnej wartości obiektu, kupuje go tanio od zawodowca, który nie zadał sobie trudu by tę wartość poznać. Nieważne, czy z lenistwa, czy z prostej kalkulacji - czas to pieniądz i może szkoda marnować go dla niepewnego rezultatu.

Michalski, jak sam to opisał, czasem posuwał się do różnych sztuczek dobrze znanych i dzisiejszym bywalcom giełd staroci - sztuczek mających na celu nieujawnianie, którą z wielu oglądanych książek interesuje się naprawdę, a które są tylko "dymną zasłoną". To również trudno uznać za nieuczciwe. 

Borykał się Michalski ze zjawiskiem nieobcym i dzisiejszym kolekcjonerom, tym z kolekcjonerskiej ekstraklasy:

To przesadne pojęcie o moim znawstwie bardzo było niedogodne dla mnie na licytacjach książek. Gdy bowiem stawałem do niej, wielu innych amatorów sądząc, że to pewnie dzieło rzadkie i wartościowe, podbijało cenę i uniemożliwiało mi nabycie potrzebnej książki, a przepłacać nie chciałem. Gdy się to prawie stale powtarzało, licytowałem i to z pasją rzeczy małowartościowe, podbijałem cenę i w odpowiedniej chwili przerywałem zabieg, a uszczęśliwionemu u zbieraczowi oświadczałem, że zdobycz nie należy do cennych. Nie chodziłem później na te walki; prosiłem natomiast znajomych, aby dla m nie nabywali rzeczy, które przed licytacją widziałem lub wiedziałem o nich z katalogu. 

Opisał jednak Michalski rzeczy znacznie gorsze. I to w wydaniu kolekcjonerów uznawanych przez nas za ojców polskiej numizmatyki. Przykłady? Proszę bardzo. 

Kazimierz Stronczyński - Oto np. ma Stronczyński obejrzeć w Bibliotece ordynacji Krasińskich czy u Zamoyskich zbiór dyplomów. Sygnalizując o tym w liście do zarządu biblioteki zaznacza ktoś, że nie można w żaden sposób odmówić uczonemu korzystania z zasobów bibliotecznych, ale zaklina na wszystko, aby pilnować, bo senator z niezwykłą zręcznością odcina pieczęcie w celu powiększenia swoich zbiorów. 

Tadeusz Czacki - K. Świdziński często odwiedza i ogląda cenne zbiory jakiegoś wybitnego numizmatyka. Wyciąga w szalce szufladkę z monetą czy medalami i szybko z powrotem zamyka, bo zamiast okazu leży kartka z napisem: „Ukradł Świdziński". Rzecz powtarza się w drugiej i trzeciej przegródce. Zbieracz przerywa czynność przeglądania zbioru i zwraca się do właściciela ze słowami: „Mości dobrodzieju! Czyż nie proponowałem ci zamiany, grubej sumy pieniężnej, a ty nic. Cóż mi pozostawało?" Właściciel zbioru zastosował tylko zwyczaj, który jak wieść niesie, istniał w wielu kolekcjach, gdy po wizycie Tadeusza Czackiego zamiast egzemplarza widniała karteczka z napisem: „Świstavit Czacki". (Konstanty Świdziński zgromadził m. innymi zbiór numizmatyczny, z którego korzystali pisząc swe prace Lelewel i Stronczyński). 

Stronczyński, Świdziński, Czacki złodziejami!? Nie do pomyślenia, a jednak...

Są u Michalskiego ciekawe i często zaskakujące charakterystyki znanych kolekcjonerów - głównie bibliofilów, ale też i kilku numizmatyków. 

Bisier - Myszkując po różnych kątach już w lalach po uniwersyteckich dotarłem do „Wystawy starożytności" na Krakowskim Przedmieściu w pałacu Czetwertyńskich. Pod taką firmą prowadził tam handel antykami Bisier. Był on z zawodu złotnikiem bez wykształcenia. Podziwiać należało nadzwyczajne wrodzone zdolności tego człowieka, który wyrobił się na pierwszorzędnego znawcę monet polskich, medali, porcelany, szkła i innych antyków.
Był to dziwak, nie uznający ładu i porządku, gromadzący po różnych schowkach i dziurach nabywane i komisowe rzeczy. Trzeba było mieć anielską wprost cierpliwość i dużo czasu, aby po długim czekaniu Bisier dotarł nareszcie do poszukiwanego przedmiotu wśród stłoczonych w kilku salach szaf, stołów etc.
Bisier miał żyłkę zbieracza i to przeszkadzało mu również w organizacji handlu. Zbierał monety, medale, porcelanę polską, szkło, broń, masonerię etc. Podobno największy jego zarobek pochodził z komisów, które po iluś tam latach niepokazywania się właściciela przechodziły prawnie na własność kupca. 

Wiktor Wittyg - Inżynierem tytułowano Wiktora Wittyga, który był przedsiębiorcą przy robotach regulacyjnych na Wiśle i na tym dobrze zarabiał. Przy tym zajęciu z konieczności wyrobił w sobie umiejętność ugaszczania ludzi, lubił życie towarzyskie i raczej od bibofilstwa przeszedł do bibliofilstwa. Zamiłowania kolekcjonerskie niewątpliwie posiadał. Zbierał pieczęcie, numizmaty, heraldykę, Varsoviana, ekslibrysy i inne rzeczy. Wydał kilka dzieł z zakresu numizmatyki i heraldyki oraz pierwszą obszerniejszą rzecz o ekslibrysach polskich. Mówiono, że korzystał z wybitnej pomocy fachowców, co zupełnie dla mnie było wiarogodne ze względu na jego samouctwo i fatalną polszczyznę, jaką się posługiwał w życiu potocznym. 

Miał Michalski jakąś awersję do numizmatyków. Widać to choćby we fragmencie, który zacytowano w komentarzu do sierpniowego wpisu. Ja jeszcze jeden dowód na tę awersję znalazłem: Najwięcej poszukiwanymi i przeto mającymi największe ceny w handlu antykwarskim były książki z dziedziny heraldyki i genealogii, numizmatyki, wojskowości. Z tej racji książki wymienionych dziedzin chętnie nabywane były przez antykwariuszów i zawsze można było je znaleźć w zasobniejszych sklepach. Osobiście miałem awersję do heraldyki, numizmatyki i wojskowości. Może wpłynęli na to różni zbieracze tych działów. Większość tego typu kolekcjonerów raziła mię ciasnotą i ograniczonością umysłową. 

Miejmy nadzieję, że w tej większości numizmatycy stanowili mniejszość

Tak. Kolekcjonerzy nie wahają się czasem przed popełnianiem czynów niegodnych. 

Na deser świetna gawęda Lecha Kokocińskiego z jednej z sesji GNDM https://youtu.be/N-ppLWH_f1g


sobota, 17 września 2022

Jeszcze lato, a już jakby jesień.

Pogoda dziś nie rozpieszcza więc zamiast do lasu udałem się przed monitor i klawiaturę.

Czy wspominałem już, że zdanie "Po przejściu na emeryturę będę mieć więcej czasu na moje hobby" niekoniecznie jest zdaniem prawdziwym? Jak jest w moim przypadku, widać po częstotliwości ukazywania się nowych wpisów na blogu. Trochę usprawiedliwia mnie (przynajmniej w mojej, subiektywnej ocenie) sytuacja na rynku numizmatycznym, który wyewoluował w złym (przynajmniej w mojej, subiektywnej ocenie) kierunku. Złym, to może jednak przesada - lepiej chyba myśleć o nim, jako nieoptymalnym. 

Mamy X dużych, jak na polską skalę, firm numizmatycznych, regularnie organizujących aukcje, na których  oferowane są fantastyczne numizmaty dotąd niedostępne nie tylko dla przeciętnych (i nieprzeciętnych) kolekcjonerów, ale też takie, o których najlepsze muzea mogą tylko marzyć. Zauważyliście z pewnością, że nie mam zwyczaju rozpisywania się na blogu o tych aukcjach i tych monetach. Firmy wystarczająco dobrze dbają o ich reklamę. Wyjątek robię dla monet, które interesują mnie w związku z moimi katalogami, ale robię to dopiero po zakończeniu aukcji. Tak jest i dziś. 

Niedawno, na 11 aukcji Coinsnet wystawiono grupę monet Królestwa Polskiego 1917-1918, a wśród nich jednofenigówkę 1917. 

Cena razem z opłatą aukcyjną nie przekroczyła trzech tysięcy złotych. Nic dziwnego, bo to jeden z 35 znanych mi egzemplarzy tej do niedawna "unikalnej" monety. Jego zdjęcie zapisałem w archiwum w lutym 2020 jako egzemplarz 33.  

Dla zwykłych kolekcjonerów pozostają Allegro i eBay, gdzie wspomniane wyżej firmy oferują zazwyczaj towar z niższych i najniższych półek. Mamy też "Allegro Lokalnie" i OLX, ale tam trwa bezustanne i bezskuteczne - mam nadzieję - "polowanie na jelenia". Kupić tam coś porządnego za rozsądną cenę to zadanie trudne, ale sprzedaje się łatwo. No i jest oczywiście FB. Bez konta w serwisie można co najwyżej obserwować niektóre, bo nie wszystkie, potencjalnie interesujące profile. Coraz rzadziej coś ciekawego widzę. Handel i wymiana dostępne są tylko dla członków grup zamkniętych. Wiem, że wielu kolekcjonerów korzysta z tej możliwości, ale zdarza się, że czasem administratorzy grup blokują dostęp niektórym osobom z sobie tylko znanych powodów. Z Facebooka zrezygnowałem z powracać tam nie zamierzam. Cóż więc pozostaje - cierpliwość! Cierpliwość i poszukiwanie innych możliwości. Szukam więc i cierpliwie próbuję - łatwo nie jest, najczęściej wynik jest taki lub podobny: 

Szkoda, bo wypatrzyłem fajne monety, ale nie udało się raz, nie uda się sto razy, a za sto pierwszym... Może już 20 września? Mam coś na oku :-)

Kilka dni później Numisbalt będzie sprzedawać monetę, która wydaje się powinna mnie zainteresować, ale jakoś nie mam przekonania, że to co opisano jako kontrmarkę jest nią w rzeczywistości. Tego grosza nie będę licytować, ale zapamiętam go i będę cierpliwie czekać na jego debiut na polskim rynku. 

Za sprawą platformy OneBid zainteresowałem się ponownie sieciowymi "kolekcjami". To rzecz nienowa, od lat działają  na przykład uCoin.net i colleconline. Teraz możliwość budowy wirtualnej kolekcji zaoferował właśnie OneBid. 

Zarządzaj swoją kolekcją

W związku z licznymi pytaniami od naszych użytkowników o taką funkcjonalność z radością pragniemy poinformować że udostępniliśmy już możliwość budowania własnych kolekcji. Zakładka Kolekcje znajduje się w Profilu po zalogowaniu na konto. Tworzone kolekcje mogą być prywatne lub publiczne. Pierwszy rodzaj będzie dostępny wyłącznie w panelu użytkownika i nikt poza właścicielem nie będzie miał do niej dostępu. W przypadku kolekcji publicznej podstawowe informacje na jej temat będą dostępne dla każdego. Kolekcje publiczne są dostępne pod adresem https://onebid.pl/pl/collections/.

Jeden użytkownik może mieć wiele kolekcji, które mogą być uporządkowane w wielu kategoriach. Do kolekcji można dodawać dowolne obiekty, nie tylko kupione za pośrednictwem naszego serwisu. Jednocześnie informujemy że tworzenie kolekcji publicznych może być wyłącznie na użytek własny i nie może mieć charakteru komercyjnego.

Na razie jest skromnie, widzę tylko jedną kolekcję publiczną. 

Przyczyna niewielkiej jak dotąd popularności usługi tkwi być może w zapisach regulaminu. 

§ 10. PUBLIKACJA KOLEKCJI W SERWISIE

  1. Kolekcje mogą być publikowane w Serwisie wyłącznie przez zalogowanych Użytkowników.
  2. Publikacja Kolekcji w Serwisie jest bezpłatna.
  3. Opublikowana Kolekcja jest dostępna dla wszystkich korzystających z Serwisu.
  4. Z momentem publikacji Kolekcji Użytkownik udziela Usługodawcy niewyłącznej, nieograniczonej terytorialnie i nieodpłatnej licencji na utrwalanie, zwielokrotnianie i rozpowszechnianie całości lub dowolnego fragmentu Kolekcji, w celu jego wyświetlania w Serwisie, a także w dowolnym miejscu za pośrednictwem sieci Internet, w tym w wyszukiwarkach internetowych (jak np. Google), portalach społecznościowych (np. Facebook, Instagram, YouTube). Udzielenie licencji jest konieczne dla pełnego korzystania z Serwisu.
  5. Użytkownik zachowuje swobodę określenia treści Kolekcji, pod warunkiem, że mieści się ona w granicach prawa i spełnia następujące wymagania:
    1. opis Kolekcji sporządzony zostanie w języku polskim lub obcym, nie będzie zawierał słów powszechnie uznanych za wulgarne lub obraźliwe
    2. treść Kolekcji powinna zawierać jasny, dokładny i kompletny opis, zgodny z prawdą i niewprowadzający w błąd
    3. w treści Kolekcji nie mogą się znajdować jakiekolwiek dane kontaktowe do właściciela kolekcji
  6. Usługodawca ma prawo zablokowania Użytkownikowi możliwość publikacji Kolekcji

 Punkt czwarty może budzić zastrzeżenia. 

Cierpliwie czekam na ciąg dalszy działań na stronie SNP - po zmianach we władzach stowarzyszenia i zapowiedziach rozwoju strony internetowej pojawiła się na niej taka informacja 

To na dziś cała zawartość strony, zobaczymy co stanie się za miesiąc.

Tymczasem obol licznych nienumizmatycznych zajęć znajduję chwile na:

  • porządkowanie zbioru i systematyczne opróżnianie pudełek z dubletami i monetami dla mnie zbędnymi, 
  • porządkowanie mojej numizmatycznej biblioteczki - też wymaga odchudzenia
  • poszukiwanie informacji do nowych wydań katalogów.

Kilka świeżo znalezionych przykładów z międzywojennej prasy: 

Przesłanka wskazująca na fałszywość oskarżeń kierownictwa mennicy o brak nadzoru nad stemplami polskich monet w mennicy wiedeńskiej. Wygląda na to, że chodziło o zwykłą kradzież. Swoją drogą, ukraść bilon na kwotę "przeszło 7 milionów"? Nieprawdopodobne! 

Informacja o źródłach srebra na monety bite w USA 
I jeszcze dwie wiadomości z roku 1924 
Zbieram mozolnie takie wiadomości, bo często są bardzo dokładne i znakomicie pokazują jak budowano system pieniężny II Rzeczpospolitej. 

Nie znalazłem niestety czasu by dziś zameldować się w Praszce, na kolejnym seminarium w tamtejszym muzeum.

Szczerze żałuję, bo kilka lat temu przekonałem się, że warto tam bywać. 

Nie byłem także na XVI Kongresie https://inc2022.pl, i też żałuję. Coraz bardziej...

 

środa, 31 sierpnia 2022

Numizmatyczna biblioteczka beletrystyczna.

Ostrzeżenie -  dziś będzie bardzo dużo do czytania, w tym masa cytatów, ale za to mało obrazków.

Na moich dożywotnich wakacjach mam na czytanie nie więcej czasu, niż przed nimi, co oznacza, że nadal czytam dużo. Jestem jednym z tych mieszkańców naszej niepokojącej ojczyzny, dzięki którym średnia ilość książek przeczytanych na obywatela jest większa, niż zero. Na lubimyczytac.pl opublikowano w lipcu wyniki badań Krajowego Instytutu Mediów. Wyniki straszne. 

Ponad połowa Polaków nie przeczytała ani jednej książki w ciągu ostatniego roku. Jak podaje Krajowy Instytut Mediów, na przestrzeni minionych dwunastu miesięcy aż 56% badanych nie sięgnęło po żadną lekturę – ani w formie papierowej, ani elektronicznej.

 

Książek nie czytała przeszło połowa osób z wykształceniem średnim i prawie jedna trzecia osób z wykształceniem wyższym. Zgroza!

Dobra. Ponarzekałem, czas by napisać o tym, co zaplanowałem. Otóż, co oczywiste, czytam nie tylko opracowania numizmatyczne. Znajduję czas na beletrystykę i tzw. literaturę faktu. O niej kiedy indziej, dziś o beletrystyce. Wspominałem już kiedyś o Naszej Pani Radosnej W. Zambrzyckiego. Jest tam niewielki fragment związany z monetami - przed planowanym przeskokiem w czasy cesarza Oktawiana, główny bohater kupuje w antykwariacie "drobne pieniążki", które będą mu i jego towarzyszom potrzebne w pierwszych dniach w cieniu Wezuwiusza. Co jakiś czas wracam do tej książeczki przypominając sobie stare i znajdując nowe smaczki. Szczerze polecam.  

W tym roku kończę długi, długi cykl książek sir Terence'a Davida Johna Pratchetta opisujących magiczny świat dysku. 

Czekają na swoją kolej jeszcze cztery ostatnie tomy, a z przeczytanych chciałbym polecić dwa, które powinien przeczytać i zastanowić się nad nimi każdy kolekcjoner - nie tylko kolekcjoner monet. To "Piekło pocztowe" i "Świat finansjery". Pratchett, z właściwym sobie poczuciem humoru opisał świat kolekcjonerów, nie mniej dziwny od świata dysku spoczywającego na grzbietach czterech słoni: Berilii, Tubula, Wielkiego T’Phona i Jerakeena, stojących na skorupie A’Tuina, wielkiego żółwia płynącego przez Kosmos. Albo Pratchett sam był kolekcjonerem, albo znał jakichś i uważnie ich obserwował. Inaczej nie mógłby napisać takich zdań. 

Świat szpilek był światem cudownym. Szpilki to hobby, które może zająć człowieka na cale życie. Moist wiedział o tym, ponieważ wydał jednego dolara na "Szpilki" niejakiego J. Lanugo Owlsbury'ego, zapewne najnowsze dzieło na ten temat. Niektórzy klienci, przeglądający książki na półkach ("Niedociągnięcia, podwójne ostrza i skazy", "Szpilki Uberwaldu i Genoi", "Pierwsze kroki wśród szpilek", "Przygody w Akufilii"…) i zerkający ukradkiem na gablotę szpilek pod szkłem, mieli twarze tak zachłanne, że go to przeraziło. Wszyscy byli płci męskiej. Najwyraźniej kobiety nie były naturalnymi "łebkarzami".

Brzmi znajomo? Następny akapit docenią kolekcjonerzy pamiętający wydawane kilkadziesiąt lat temu lokalne, amerykańskie i angielskie periodyki numizmatyczne. A z resztą, czy ten opis nie pasuje do pierwszych wydań Biuletynu Numizmatycznego, albo Numizmatyka Krakowskiego? 

Znalazł "Szpilki Totalne" na dolnej półce. Magazyn miał wygląd pisma  przygotowanego w warunkach domowych i trochę rozmazany, drobny druk, brakowało mu natomiast takich subtelności jak akapity, a w wielu przypadkach także interpunkcja. 

Jednego, czego polski kolekcjoner czegokolwiek powinien zazdrościć pratchettowskim "łebkarzom" była obfitość oferty fachowej literatury. 

Kiedy Moist położył niewielki magazyn na ladzie, właściciel sklepu – potężny brodaty mężczyzna z dredami na głowie, szpilką w nosie, piwnym brzuchem, który by wystarczył na trzy osoby, i słowami "Szpilki albo Śmierć" wytatuowanymi na bicepsie – podniósł broszurę, po czym opuścił lekceważąco.

–Jest pan pewien? – zapytał. – Mamy tu "Miesięcznik Szpilkowy", "Nowe Szpilki", "Szpilki Praktyczne", "Szpilki Współczesne", "Superszpilki", "Szpilki Międzynarodowe", "Mówią Szpilki", "Świat Szpilek", "Szpilki Świata", "Szpilki i Szpilkarnie", "Przegląd Akufilii", "Szpilki Ekstremalne", z Uberwaldu, bardzo dobre pismo, jeśli kolekcjonuje pan zagraniczne szpilki, "Szpilki dla Początkujących"… to takie pismo kolekcjonerskie, co tydzień dołączają nową szpilkę, "Czas Szpilek" oraz… – W tym miejscu właściciel mrugnął porozumiewawczo – "Szpilki w Zaułkach".

Bohater książki, Moist Lipwig, oszust i znawca ludzkiej psychologii, został obarczony niełatwym zadaniem wskrzeszenia poczty w Ankh-Morpork. Zadanie z sukcesem zrealizował, przy okazji wynajdując znaczki pocztowe, które błyskawicznie zdetronizowały szpilki i zostały ulubionymi przez Morporkczyków przedmiotami kolekcjonerstwa.  

–Co pan rysuje, panie Lipwig? – Chłopak wyciągnął szyje. – Wygląda jak Urząd Pocztowy!

–Doskonale. Będzie na stemplu, Stanley. Popatrz tutaj… Co myślisz o pozostałych? – Wręczył mu resztę szkiców.

–Jej, niezły z pana rysownik, panie Lipwig. Ten wygląda całkiem jak Vetinari!

–To stempel za pensa – wyjaśnił Moist. – Skopiowałem jego wizerunek z jednopensówki. Herb miasta na dwupensowym, Morporkia z widłami na piątce, a Wieża Sztuk na dużym, jednodolarowym stemplu. Myślałem tez o stemplu dziesięciopensowym.

–Bardzo ładne, panie Lipwig – przyznał Stanley. – Tyle szczegółów… Jak male obrazy. Jak się nazywają te cienkie linie?

–Sianko. Dzięki temu bardzo trudno je podrobić. A kiedy list ze stemplem trafia do Urzędu Pocztowego, rozumiesz, bierzemy któryś ze starych gumowych stempli i przybijamy na nowym stemplu… Nie, lepiej nazwę je znaczkami, bo oznaczają opłacenie poczty, a stempel i tak trzeba przybić. Wiec przybijamy na znaczku, żeby nie dało się go użyć drugi raz…

Co było dalej, łatwo się domyślić - przecież większość z nas też kiedyś, mniej lub bardziej poważnie ćwiczyła filatelistykę. 

–Ludzie wysyłają koperty ze znaczkami w kopertach adresowanych do zajazdu dyliżansów w Genoi, żeby pierwsza kopertę można było odesłać w drugiej kopercie.

–Chcą dostać z powrotem te koperty? Po co?

–Bo były użyte, sir.

–I przez to są wartościowe?

–Nie jestem pewien, w jaki sposób, sir. To tak jak mówiłem, sir. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie nie wierzą, że to prawdziwe znaczki, dopóki nie wykonały tej pracy, dla której zostały wymyślone, sir. Pamięta pan ten pierwszy wydruk pensowych znaczków, które musieliśmy rozcinać nożyczkami? Koperta z takim znaczkiem warta jest dla kolekcjonera dwa dolary.

–Dwieście razy więcej niż znaczek?

–Tak to już jest – stwierdził Stanley. Oczy mu błyszczały. – Ludzie wysyłają listy do siebie, żeby je oznaczyć, znaczy ostemplować, sir. Żeby były użyte.

–Mam w kieszeni parę używanych chusteczek – odparł zdziwiony Moist. – Myślisz, że ludzie zechcą je kupić za dwieście razy więcej, niż kosztowały?

–Nie, sir – uznał Stanley.

–Wiec dlaczego…? 

Dlaczego? Wiecie dlaczego? 

Oczywiście, na tym się nie skończyło.   

Zbieranie znaczków... Zaczęło się już pierwszego dnia, a potem szaleństwo rosło jak... jak coś wielkiego, stosując się do dziwacznych, zwariowanych zasad. Czy istniała jakaś inna dziedzina, w której skaza zwiększała wartość towaru? Czy ktoś kupiłby garnitur dlatego, że jeden rękaw jest krótszy od drugiego? Albo przyszyty jest przypadkowy kawałek materiału? Oczywiście, kiedy Moist to zauważył, zaczął wprowadzać błędy świadomie, dla publicznej rozrywki, ale na pewno nie zaplanował tego, by głowa lorda Vetinariego pojawiała się dołem do góry jeden raz na każdym arkuszu niebieskich. Pewien drukarz chciał je zniszczyć, ale Moist powalił go atakiem z wyskoku.

Cały ten interes wydawał się nierealny, jak zawsze w świecie Moista. Kiedyś, kiedy Moist był niegrzecznym chłopcem, sprzedawał marzenia, a prawdziwym przebojem było to, w którym dzięki szczęśliwemu przypadkowi człowiek zdobywa fortunę. Sprzedawał szkło jako brylant, bo chciwość przesłaniała ludziom wzrok. Rozsądni, uczciwi ludzie, którzy każdego dnia ciężko pracowali, wbrew wszelkim doświadczeniom wierzyli jednak w pieniądze za nic. Ale zbieracze znaczków... Ci ludzie wierzyli w drobne doskonałości. Możliwe było, by maleńką część świata doprowadzić do właściwego stanu. A nawet jeśli się nie dało, człowiek przynajmniej wiedział, których kawałków brakuje. Mógłby to być, na przykład, niebieski trójkątny za 50 pensów z błędem, ale gdzieś krążyło jeszcze sześć takich i kto wie, czy szczęście nie uśmiechnie się do zaangażowanego poszukiwacza? Musiałoby to być wielkie szczęście, co Moist musiał przyznać, gdyż cztery z tych sześciu czekało bezpiecznie w ołowianej skrzynce pod podłogą w jego gabinecie, odłożone na ciężkie czasy. Ale i tak gdzieś pozostały jeszcze dwa, może zniszczone, zagubione, zjedzone przez ślimaki albo – i tutaj nadzieja leżała warstwą grubą jak śnieg zimą – wciąż w jakimś zapomnianym pliku listów w głębi szuflady.

Czy to Wam czegoś nie przypomina?

Po sukcesie pocztowym. Moist w nagrodę, a może raczej za karę dostał zadanie następne - miał dokonać sanacji banku centralnego i... mennicy. Pratchettowi bliżej było do filatelistów, niż numizmatyków. W Świecie finansjery, z którego pochodzi poprzedni cytat, o monetach, jako obiektach kolekcjonerskich jest niewiele, jeśli nie nic. Za to, dostajemy wyjaśnienie pojęcia pieniądza fiducjalnego. Kawa na ławę.

– Złoto jest bardzo ciężkie, panie Lipwig. To szlachetny metal, czysty i bez domieszek. – Lewa powieka Benta zadrgała. – To metal, który nigdy nie wypadł z łask.

– Naprawdę? – zapytał Moist i sprawdził, czy drzwi nadal są otwarte.

– Jest również podstawą bardzo solidnego systemu finansowego – ciągnął Bent, a światło odbijało się od sztabek i rozjaśniało jego twarz. – To jest Wartość! To Cena! Bez zakotwiczenia w złocie nastąpiłby chaos!

– Dlaczego?

– Kto by ustalał wartość dolara?

– Ale przecież nasze dolary nie są z czystego złota, prawda?

– Ach, no tak. Są złotego koloru, panie Lipwig. Mają mniej złota niż morska woda; są złotawe. Osłabiliśmy własną walutę, panie Lipwig. To nikczemność! Nie istnieje gorsza zbrodnia! Oko zadrgało mu znowu.

– Eee... morderstwo? – podpowiedział Moist. Tak, drzwi wciąż były otwarte. Pan Bent machnął ręką.

– Morderstwo zdarza się tylko raz, a kiedy podważy się zaufanie do złota, zapanuje chaos. Ale to była konieczność. Te potworne monety są rzeczywiście tylko złocone, lecz stanowią materialny symbol prawdziwego złota w skarbcu. W swej nędzy uznają jednak prymat kruszcu i naszą niezależność od manipulacji rządu! My sami mamy tu więcej złota niż jakikolwiek inny bank w mieście, a tylko ja posiadam klucz do tych drzwi! No, prezes też go ma, oczywiście – dodał, całkiem jakby przypomniał sobie coś irytującego i nieprzyjemnego.

– Gdzieś czytałem, że moneta reprezentuje zobowiązanie wydania złota o wartości dolara – podpowiedział Moist. Pan Bent złożył dłonie w piramidkę i skierował wzrok ku górze, jakby się modlił.

– W teorii tak – przyznał po chwili. – Ale wolałbym powiedzieć, że to niepisane porozumienie, iż wykonamy zobowiązanie wymiany monety na złoto wartości dolara, pod warunkiem jednak, że nikt nas o to nie poprosi. 

 Mennica w Ankh-Morpork była przedsiębiorstwem archaicznym, złożonym z mnóstwa szop. 

Ludzie z Szop obsługiwali szopę szlifowania, szopę stemplowania, szopę polerowania, odlewnię (dwie szopy), ochronę (jedna szopa, ale bardzo duża) oraz szopę magazynową z zamkiem, który Moist potrafiłby otworzyć kichnięciem. Inne szopy pozostawały tajemnicą, ale prawdopodobnie zbudowano je na wypadek, gdyby ktoś szybko potrzebował jakiejś szopy.

 Mennica miała swoją historię i swoje problemy. 

Była to historia kompletna i wymagała porządnej opowieści. W pewnym momencie Moist był już pewien, że przyszedł czas na epokę lodowcową. Słowa przepływały obok jak deszcz ze śniegiem, ale jak deszcz ze śniegiem, niektóre się lepiły. Stanowisko dziedzicznego majstra powołano setki lat temu, kiedy pozycja zarządcy mennicy była tylko synekurą przyznawaną kumplowi od kieliszka obecnego króla czy patrycjusza, ten zaś wykorzystywał ją jak skarbonkę i robił tyle, że co jakiś czas pojawiał się z wielkim workiem, kacem i znaczącym spojrzeniem. Majstrostwo ustanowiono, ponieważ niejasno zdawano sobie sprawę, że ktoś powinien wszystkim kierować, w miarę możliwości na trzeźwo.

– Więc to pan wszystkim tutaj kieruje? – wtrącił pospiesznie Moist, by zatamować strumień naprawdę interesujących informacji o pieniądzach.

– Zgadza się, sir. Czasowo. Od stu lat nie mieliśmy zarządcy.

– Więc jak dostajecie wypłatę? Przez chwilę trwała cisza. Potem pan Shady odpowiedział takim tonem, jakby tłumaczył coś dziecku:

– To jest mennica, sir.

– Sami produkujecie swoje pensje?

– A kto inny mógłby to zrobić, sir? Ale wszystko oficjalnie, prawda, panie Bent? To on dostaje wszystkie kwity. Właściwie tylko eliminujemy pośredników.

– No, przynajmniej prowadzicie zyskowny interes – stwierdził grzecznie Moist. – Znaczy, robicie tu niezłe pieniądze.

– Udaje nam się wyjść na zero, sir, rzeczywiście – zgodził się Shady takim tonem, jakby nie była to łatwa sprawa.

– Na zero? Jesteście mennicą! Jak można nie mieć zysków, kiedy się produkuje pieniądze?

– Koszty, sir. Gdzie pan spojrzy, wszędzie mamy koszty.

– Wszędzie?

– Wszędzie – potwierdził dziedziczny majster stanowczo. – One nas rujnują, sir, naprawdę. Produkcja ćwierćpensówki kosztuje pół pensa, a półpensówka prawie pensa. Pens wychodzi pensa i ćwiartkę, ale sześciopensówka to dwa i ćwierć pensa, więc na nich zarabiamy. Pół dolara kosztuje siedem pensów. Dolary są tańsze, po sześć pensów, ale to dlatego, że wszystko robimy na miejscu. Prawdziwy problem to szelągi: warte są pół ćwiartki, ale kosztują po sześć pensów, bo to delikatna robota, skoro są takie małe i jeszcze mają w środku dziurkę. Trzypensowe, sir... mamy tylko kilka osób, które je wykonują, te monety są bardzo pracochłonne, wychodzi po siedem pensów sztuka. I niech pan nawet nie pyta o dwupensówki...

– A co z dwupensówkami?

– Cieszę się, że pan o to spytał, sir. Delikatna robota, kosztują nas po siedem i jedną szesnastą pensa.

Mam wrażenie, że ktoś powinien dać Świat finansjery do poczytania prezesowi NBP, ministrowi finansów i premierowi. 

Czytam dużo i nie tylko Pratchetta. Jeden z ubiegłotygodniowych wieczorów zajął mi Brandon Sanderson. Większość jego książek, to sięgające tysiąca stron cegły, ale tym razem trafiłem na krótkie opowiadanie - Migawka. 

Tytułowa migawka, to wierna do najmniejszych szczegółów rekonstrukcja miasta. Rekonstrukcja żyjąca. Mieszkańcy migawki  - podróbki - "żyją" do momentu jej wyłączenia, a do tego czasu odtwarzają wszystko, co wydarzyło się w czasie między wybranym dniem z przeszłości, a dniem włączenia migawki. Do migawki wprowadza się detektywów mających rozwiązać zagadki przestępstw - morderstw, kradzieży, włamań. Wewnątrz odtworzonej Migawki detektywi Davis i Chaz są najwyższą władzą. Ich odznaki pozwalają im ominąć każdą przeszkodę i lekceważyć prawa obywatelskie otaczających ich podróbek. Jeden z nich wykorzystuje to (między innymi) do lokalizowania monet. Wszystko dzieje się w przyszłości, w której monety, choć nadal są używane zgodnie z przeznaczeniem - można nimi płacić za zakupy, to już się ich nie produkuje. Stają się coraz rzadsze. Detektyw, jak wielu z nas, poszukuje okazów, których brak w zbiorze jego syna - konkretnych nominałów, roczników, mennic. Problemem jest to, że z migawki nie można nic wynieść. Nie udaje się nawet próba połknięcia rzadkiej dwudziestopięciocentówki. Pozostaje tylko nadzieja, że po powrocie z migawki do normalnego świata, wiedząc gdzie jest pożądany okaz, uda się go zdobyć. 

W Migawce kolekcjonerstwo nie gra ani głównej ani nawet ważnej roli. Może to tylko zabieg autora, by atrakcyjnie i możliwie nie łopatologicznie wyjaśnić, dlaczego detektywi wysyłani do migawki nie ulegają pokusie łatwego zarobku. 

Miałem kiedyś podobny pomysł. Pisząc dwa tekściki do Opowiadań numizmatycznych zastanawiałem się nad fantastyczną nowelką na motywie podróży w czasie i wykorzystywania ich do zdobywania jeśli nie monet, to tylko (tylko?) wiedzy o nich - o mennicach, ludziach...

Może kiedyś?

Na koniec pytanie - czy Wy też natrafiliście w swoich nienumizmatycznych lekturach na jakieś ciekawe motywy kolekcjonerskie?

wtorek, 9 sierpnia 2022

Ogórki 2022

I to co za oknem - bo przecież lato, i to co się dzieje w kraju i na świecie - bo ostatnio wyprawiają się rzeczy straszne, wszystko to powoduje, że monety schodzą na plan drugi albo nawet trzeci. Nie miejcie więc proszę pretensji, że rzadko ostatnio piszę. Zwykle też tak latem bywało i w latach poprzednich, choć wtedy przeszkadzały tylko wakacyjne "obowiązki". 

Nie zmieniło się również to, że latem, w przerwach od lasu, ogrodu, rowerów, jezior, wieczornego przesiadywania ze znajomymi przy dobrym jedzeniu i piciu, troszkę łatwiej można upolować jakąś interesującą monetę. A że przerw niewiele, to i monet niewiele. W lipcu dwie tylko i na dodatek prawie identyczne. 

Różni je oczywiście rocznik. Co się jeszcze w oczy rzuca, to litery N na rewersie - na pierwszej monecie są w odbiciu lustrzanym. Jakie jeszcze widzicie istotne różnice? Co jest istotne?
Pan Dariusz Marzęta w swoim Wirtualnym Muzeum Polskiego Szeląga przyjął, że dla tych monet istotne są (dla rocznika 1622):

Kryteria zastosowane do wyróżnienia odmian w danym roczniku:
– ozdobniki po bokach korony na awersie
– korona nad Snopkiem lub jej brak
– litery „N” w napisie na rewersie (normalne lub odwrócone)
– dwie ostatnie cyfry daty (22 lub ZZ)

Kryterium zastosowane do wyodrębnienia wariantów:
– stylistyka liter „Z” w dacie (dolne belki przechylone do dołu, dolne belki przechylone do góry, górne belki równe, górne belki przechylone do góry) 

Zaskoczyło mnie, że w WMPS nie znalazłem szelągów z identycznym zestawem cech charakterystycznych. Zaskoczyło, bo to przecież monety specyficzne, bite przez dwa lata tylko.  Przypisuje się je mennicy warszawskiej, o której wiemy niewiele - że istniała i że związani z nią byli mincerze - Jan Szmidt i Stanisław Bierman oraz dzierżawca - Jakub Jacobson - holenderski mincerz, przedsiębiorca, zarządca naszych mennic koronnych i miejskich (Bydgoszcz, Gdańsk, Toruń, Elbląg, Kraków, Warszawa, Wilno). 

Dziwne, że tak mało o tej mennicy wiemy. Jedną z nielicznych, godnych uwagi publikacją na jej temat jest artykuł Zbigniewa Kurzyny w Wiadomościach Numizmatycznych - rok 1970, zeszyt 1. Wiemy z diariuszy sejmowych, że król Zygmunt III Waza tłumaczył się z otwarcia mennicy w Warszawie na sejmie w roku 1623, ale nie mamy pewności co do okresu, w którym ta mennica była czynna. Jej produkcja była na tyle obfita, że napisowe szelągi warszawskie fałszowano w Suczawie, na dodatek nie zawsze kładąc właściwe daty na monetach. Oprócz falsyfikatów z datami 1622 i 1623 znamy też takie fałszywe szelągi z 1616 r. Jest taki u Czapskich (w katalogu kolekcji nr 2577), do pewnego czasu uznawany za oryginalny. Czapski uznał tę monetę za tak ważną, że umieścił w katalogu jej rysunek! Katalog zbioru hrabiego Emeryka  był i do dziś często jest uznawany przez innych autorów za bardzo wiarygodne źródło. Dlatego, pomimo, że to moneta, w której srebra na lekarstwo, a na rysunku wyraźnie widać cechy tłoczenia na prasie walcowej, pojawia się w nowszych katalogach. W katalogu monet Zygmunta II z 1990 roku ilustruje ją rysunek przekopiowany z Czapskiego. O suczawskich falsyfikatach więcej znajdziecie w artykule Krzysztofa Wnęka "Fałszerstwa szelągów Rzeczypospolitej z XVII wieku wykonane techniką walcową" w Wiadomościach Numizmatycznych Rocznik LVII (2013) zeszyt 1–2.

Dziwne też (a może nie), że w roczniku 1622 jest stosunkowo dużo odmian i wariantów stempli, a rocznik 1623 to tylko jedna odmiana i bardzo nieliczne warianty. Najprostszym wyjaśnieniem mogłoby być założenie, że mennica rozpoczęła intensywną produkcję w początku 1622 roku i przerwała ją krótko po rozpoczęciu roku następnego.

Sezon ogórkowy zakończy się wkrótce i przeskok do normalnej aktywności, dla numizmatyków będzie przeskokiem w aktywność nadzwyczajną. 11 września rozpocznie się w Warszawie XVI Międzynarodowy Kongres Numizmatyczny. Potrwa do 16 września. Szczegółowy program i wszystkie niezbędne informacje na temat kongresu można znaleźć na jego stronie internetowej. Pełny harmonogram wystąpień i prezentacji uczestników jest tutaj. Można go pobrać w formie dokumentu pdf. Kongres pierwotnie planowano na jesień 2021. Plany pokrzyżowała pandemia COVID-19 i kongres przesunięto na wrzesień 2022. Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że polska będzie gospodarzem kolejnego kongresu, miałem szczery zamiar udziału w nim - jako widz/słuchacz. Późniejsze wydarzenia sprawiły, że będę musiał ograniczyć się do lektury artykułów, które jak zwykle, po każdym kongresie są publikowane w różnych wydawnictwach. Dla zachęty do zainteresowania się tymi publikacjami proponuję zapoznanie się z częścią plonu poprzednich kongresów.

Na koniec akcent dla niektórych humorystyczny, dla mnie symptom wtórnego analfabetyzmu i postępującego zgłupienia ogarniającego coraz większą część rodaków. 
Dłoń trzymająca monetę nie wygląda na dziecięcą! 

poniedziałek, 18 lipca 2022

Wakacyjna mieszanka

Moje wakacje zaczęły się w październiku 2021 i trwają nieprzerwanie do dziś, ale przypuszczam, że dla większości z Was wakacje, to maksymalnie tylko kilka tygodni podczas których praca i hobby spadają na dalszy plan. Dlatego dziś, choć w większości o monetach, ale nie tylko o nich.   

Po pierwsze, z przykrością donoszę, że pierwsza próba kupienia kilku polskich monet na poważnej, szwajcarskiej aukcji nie wypaliła - przelicytowano mnie jeszcze na etapie "pre-bid". Nie zniechęcam się, będą następne podejścia.

GNDM systematycznie dodaje kolejne pozycje do katalogu jesiennej aukcji. Jest między nimi bardzo ładny egzemplarz feniga Królestwa Polskiego z 1917 roku. 

W opisie podano, że razem z monetą, nabywca otrzyma dawne dokumenty z zakupu aukcyjnego. Dokumenty zawierają opinię eksperta potwierdzającą autentyczność monety i jej polaroidowe zdjęcia. I tu zaskoczenie - porównajmy zdjęcie aukcyjne ze zdjęciem z certyfikatu. 
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to dwie różne monety. Po uważnym porównaniu widać jednak, że to ten sam egzemplarz. Kolorowe zdjęcie GNDM uwydatniło plamy korozji, ale widoczne wżery nad literą O w POLSKIE i nad TW w KRÓLESTWO oraz skaleczenia nad literą K w KRÓLESTWO rozwiewają wątpliwości. Mam jednak wrażenie, że monetę źle przechowywano i aktywna korozja spowodowała pogorszenie stanu monety - plamka na krawędzi jedynki w nominale i plama pod OL w POLSKIE chyba urosły, bo na zdjęciach E. Paprotha są prawie niewidoczne. Trochę utrudniło to sprawdzenie, czy mam już w archiwum zdjęcia tej sztuki, ale dość szybko okazało się, że nie i że to kolejny do odnotowania, trzydziesty piąty już egzemplarz na rynku. Cena wywoławcza 8000 zł.

Ponieważ pojawiła się tu sprawa certyfikatu, chciałbym zwrócić Waszą uwagę na serwis reklamujący się krótko, ale dobitnie. 

Nazwisk ekspertów nie podano. Jest natomiast cennik. 
Jest i przykład ekspertyzy. 

Super! Dziękuję, nie skorzystam. 

Zostawiamy monety w spokoju, niech patynują, nabierają urody i wartości. A my w tym czasie do lasu, nad wodę... 

Albo na koncert. 

I będzie świetnie, bo - pamiętajcie, nie ma złej pogody, byle się odpowiednio ubrać. 


niedziela, 10 lipca 2022

Kolekcjonerska strategia zakupowa 2022-20??

Na forum Poszukiwanieskarbow.com, w październiku 2020 zainicjowano wątek o znaczącym tytule - "Świat oszalał ...". Zaczęło się od pomorskich szerfów, ale wątek rozwija się w różnych kierunkach, które jedno łączy - ceny nienajrzadszych monet przebijające sufit. Data publikacji i tytuł wątku skorelowane - w pandemicznym roku 2020 rozpoczął się trwający do dziś wzrost cen monet. Niech nad jego przyczynami dywagują ekonomiści i psychologowie. Ja, będąc kolekcjonerem muszę myśleć o tym, jak powiększać kolekcję bez narażania domowego budżetu. 

W czasach przedinternetowych, które dobrze pamiętam, monety kupowałem na giełdach staroci, spotkaniach kolekcjonerskich, w nielicznych sklepach numizmatycznych oraz oczywiście bezpośrednio od innych zbieraczy. Internet otworzył dostęp do szuflad i klaserów kolekcjonerów, których w realu nie miałbym szans spotkać. To był czas, kiedy mój zbiór rozrastał się najszybciej, głównie dzięki Allegro, na którym założyłem konto chyba w maju 2000.

Był jeszcze Swistak, Kiermasz, czeskie Aukro ściśle powiązane z Allegro, eBay (zarejestrowałem się na niemieckim, później pojawiła się wersja polska) - łatwo można było namierzać okazy zapełniające luki w zbiorze i wyszukiwać okazyjne oferty. Trwało to do przełomu spowodowanego odejściem największych graczy "na swoje". Pojawił się serwis OneBid i inne podobne gwarantujące profesjonalną obsługę, ale jednocześnie ceny zaczęły rosnąć, a malały szanse na upolowanie okazji. Malały, bo równolegle nastąpiła fundamentalna zmiana - jeden po drugim zaczęły pojawiać się specjalistyczne katalogi powodujące wzrost zainteresowania odmianami i wariantami monet. "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - motto sesji numizmatycznych GNDM świetnie wyjaśnia dlaczego coraz częściej pospolite z pozoru monety sprzedają się za kwoty niezrozumiale wysokie dla przeciętnego zbieracza. Przykład sprzed kilku dni, z cyklu czwartkowych aukcji WCN. 
Tak było jeszcze na kilka minut przed zakończeniem aukcji. Niekontrowersyjnie oceniony stan zachowania, cena szacunkowa podwojona, co niczym nadzwyczajnym nie jest. Tyle, że opis nie do końca poprawny (o czym za chwilę). Czwartkowy wieczór przyniósł zmianę - po zakończeniu aukcji sytuacja wyglądała tak. 
Cenę szacunkową przebito ponad dwudziestokrotnie. Dwie osoby widziały więcej, niż pozostali licytujący, a co ważniejsze więcej od autora aukcyjnego opisu monety. Widziały więcej, bo wiedziały więcej. Popatrzcie, obie monety (ta po prawej z innej aukcji WCN) opisno jako "Plage 106" 
Tymczasem u pana Karola Plage mamy: 

Widzicie różnice? Bardzo jestem ciekaw, jak potoczyła by się licytacja, gdyby opis był poprawny i gdyby pojawiła się w nim jeszcze jedna informacja, której Plage nie umieścił w swoim katalogu. Chodzi o cyfrę 4 w roczniku, a dokładniej o to, co jest pod tą cyfrą. Popatrzcie jeszcze raz na zdjęcie, widzicie? Spod czwórki nieśmiało wychyla się trójka. Dziesięciogroszówki z niezmienioną datą 1840 bito aż do roku 1865 - tę z aukcji WCN wybito prawdopodobnie w roku 1840, przerabiając stempel rewersu z poprzedniego roku. 

Na tej samej czwartkowej aukcji sprzedano też taką monetę 

Macedoński brąz wybity trzy wieki przed naszą erą. Ceny szacunkowej nie osiągnięto! 

Wracamy do tytułu dzisiejszego wpisu - jaką strategię zakupową ma przyjąć kolekcjoner, by rozsądnie powiększać zbiór. Jedno się nie zmienia - "W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz" - wiedzy nic nie zastąpi, kolekcjoner powinien wiedzieć jak najwięcej o tym, co kolekcjonuje. 

Co dalej? Gdybym miał teraz zastanawiać się nad profilem kolekcji, którą chciałbym budować, to wybrałbym, może niepatriotycznie, monety obce. W Polsce są znacząco tańsze od rodzimych. To oczywiste - im większy popyt, tym wyższe ceny, a popyt na rodzime z reguły jest większy od popytu na obce. A jeśli już masz jakiś zaawansowany zbiór numizmatów związanych z Polską, to czy przypadkiem nie jest to dobry moment na zmianę profilu? Spieniężenie zbioru za niezłe pieniądze (korzystna koniunktura) i przeznaczenie ich na nowe zakupy. 

Ja się chyba nie zdecyduję na tak drastyczny krok, a z rozbudowy zbioru rezygnować nie zamierzam. Będąc na garnuszku ZUS moje szanse na skuteczną walkę na krajowych aukcjach oceniam na bardzo nikłe. Moja strategia będzie wyglądać tak:

  • Nadal będę śledził duże aukcje (OneBid i podobne oraz aukcje organizowane własnymi siłami przez niektóre firmy i stowarzyszenia numizmatyczne) i licytował, kiedy zobaczę coś ciekawego. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Nadal będę śledził oferty na Allegro, eBay, OLX itp. Może czasem się uda coś wygrać.
  • Zainteresuję się aukcjami organizowanymi przez zagraniczne firmy numizmatyczne - myślę, że od czasu do czasu wypatrzę coś ciekawego pasującego do mojego zbioru. 
  • Częściej, niż przez ostatnie lata będę "polował" na giełdach, targach staroci i targowiskach. Muszę jednak bardziej polegać na tym, co sam wypatrzę, niż na pamięci sprzedawców - vide poprzedni wpis
  • Wymyśliłem sobie, że może warto by spróbować objazdu kilku flohmarktów - niemieckich pchlich targów. Już po wakacyjnym sezonie, przy okazji zwiedzając trochę oraz degustując tamtejsze wina i piwa. Jeśli plan wypali - podzielę się wynikami i wrażeniami.
A Wy? Macie może jakieś inne pomysły?


Printfriendly