Nasze nowe monety bite w Walii (a właściwie jedna, bo na razie mam jedną) niespodziewanie okazały się trudnym do zgryzienia orzechem.
Nie, żebym testował zębami jakość mosiężnej powłoki na ich stalowym rdzeniu. Stomatolodzy za dużo sobie liczą.
Okazało się, że nowy bilon nie jest fotogeniczny. Bardzo brzydko wychodzi na zdjęciach, przynajmniej tych amatorskich.
Obrazy ze skanera były tragiczne.
Znaku menniczego dopatrzyć się trudno, kolor jakiś dziwny...
Pierwsze podejście z aparatem fotograficznym
nie dało wiele lepszych wyników.
Po kilkunastu próbach różnych ustawień oświetlenia, zabawy z migawką, przesłoną itp. itd. udało mi się uzyskać wynik,
który na razie uznałem za zadowalający (czytaj poddałem się bez dalszej walki).
Mam kilka nowych pomysłów, może za kilka dni opanuję trudną umiejętność fotografowania naszych nowych "miedziaków". Na razie pas!
Google Website Translator Gadget
środa, 18 czerwca 2014
sobota, 14 czerwca 2014
Ile jest srebra w srebrze?
Grzywna krakowska, grzywna kolońska, grzywna chełmińska, liga, próba, "ex marca pura", ordynacja mennicza, stopa mennicza - kolekcjonerów zwykle mało to wszystko obchodzi. Na poruszających te tematy fragmentach książek o monetach najmniej widać śladów przeglądania. A szkoda.
Spróbujcie sobie wyobrazić, że dostaliście zadanie - zaprojektować system monetarny dla swojego państwa. Dla uproszczenia możecie przyjąć, że nie ma potrzeby zawracania sobie głowy tym, co było wcześniej. Nieważne są tradycja, przyzwyczajenie ludności itp. Nie możecie jednak iść w uproszczeniach dalej i założyć, że Wasze państwo jest odizolowaną od reszty świata wyspą.
Najpierw trzeba by się zastanowić, jaki to będzie rodzaj pieniądza. Podstawową funkcją pieniądza jest zdolność do umarzania zobowiązań. Można to zrealizować na wiele sposobów. Można wprowadzić pieniądz pełnowartościowy - monety kruszcowe, których wartość rynkowa (zdolność do umarzania zobowiązań) jest równa (albo prawie równa) wartości zawartego w niej kruszcu.
Można wprowadzić pieniądz, dla którego fundamentem wartości jest umowa/deklaracja, tzw. pieniądz fiat - od łacińskiego fiat - niech się stanie. Inaczej mówiąc, pieniądz fiducjarny, wykonany z surowca o wartości znacznie niższej od jego wartości nominalnej. Mamy tu możliwość zadeklarowania, że pieniądz taki będzie można wymienić na określoną ilość kruszcu; możemy jednak takiej deklaracji nie składać. Na przykład:
Ustawa z 28 października 1950 r. o zmianie systemu pieniężnego zawierała taki zapis
ale niewiele z niego wynikało. Ani nie można było w banku wymienić banknotów na odpowiednią ilość złota, ani nie bito monet obiegowych ze stopów zawierających złoto.
Ustawa ta skończyła życie z końcem roku 1994.
(to fragment ustawy o denominacji złotego, w pierwszych jej artykułach o ekwiwalencie w złocie nie ma ani słowa).
Kiedy już podejmiecie pierwszą ważną decyzję, co do rodzaju pieniądza, pojawia się problem następny - ile pieniędzy powinno znaleźć się w obiegu.Gdy będzie ich za mało - ludzie będą sobie radzić wprowadzając własny "pieniądz zastępczy" albo prowadząc handel wymienny. Gdy wystąpi nadmiar pieniądza, jego wartość spadnie poniżej nominału.
Sprawa następna - jakie będą nominały. Teraz mamy (w groszach) 1, 2, 5, 10, 20, 50, 100, 200 itd. co nie jest jedynym słusznym systemem. Układ nominałów, to nie tylko sprawa wygody obywateli. To również kwestia kosztów produkcji i dystrybucji pieniądza. Coś na ten tema już pisałem
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-08
Powiedzmy, że mamy już plan - nasz pieniądz ma być pełnowartościowy, wiemy ile ton kruszcu będziemy potrzebowali do jego wybicia, mamy zaplanowany układ nominałów, co dalej?
Gdybyśmy chcieli bić monety w czystym kruszcu (100% srebra w srebrze), to monety o najmniejszym nominale musiały by być lekkie, a więc albo bardzo cienkie (ergo nietrwałe) albo malutkie (czyli niewygodne).
15 milimetrów średnicy (jak dzisiejsze grosze) to rozsądne minimum. Denarki jagiellońskie były mniejsze, miały około 12 mm średnicy i ważyły niewiele ponad ćwierć grama.
Z kolei niska próba srebra w dużych nominałach powodowała by, że były by to monety duże i ciężkie - to też źle.
Przyjrzyjmy się, jak z tymi problemami radzili sobie nasi przodkowie. Posłużmy się tabelką z Podręcznika numizmatycznego M. Gumowskiego.
Nie ma tu informacji o średnicach monet, ale jest to, co dla ekonomii najważniejsze - ich waga i próba. I pojawiają się nie dla wszystkich zrozumiałe nazwy: ordynacja, próba, fajn, grzywna (krakowska).
Ordynacja, to jakbyśmy dziś powiedzieli ustawa albo rozporządzenie. Przepis prawny ustalający zasady - w tym przypadku systemu pieniężnego (ordynacja mennicza).
Próba - stosunek ilości czystego kruszcu do ilości stopu. W starych dokumentach i opracowaniach czasem spotyka się określenie liga albo ziarno - to to samo, co próba. Próbę podaje się na różne sposoby. Dziś najczęściej w promilach - srebro próby 800 - to stop zawierający 800 promili srebra (inaczej mówiąc 80% albo 0,800).
W powyższej tabelce widzimy, że próby dla złota i srebra są podawane w różny sposób i bynajmniej nie są to procenty ani promile. Dla złota przyjęło się podawanie próby w karatach - czyste złoto, to 24 karaty. Próba dukatów Zygmunta I to inaczej 0,979.
A co ze srebrem? Skąd cyfry rzymskie.
W tym przypadku nie mówimy o karatach, tylko o łutach. Czyste srebro, to 16 (XVI) łutów. Denary koronne Zygmunta bito z niemal czystej miedzi. Próba 1 i 1/2 łuta oznacza, że srebra było w stopie zaledwie 9,8%
Grzywna, jak zresztą w tabelce wyjaśniono, to jednostka masy, w tym przypadku równa 197 g (grzywna krakowska). Nie dość, że co kraj, co miasto, to inna grzywna, to jeszcze jej wartość zmieniała się w czasie. Stare dokumenty tyczące mennictwa trzeba czytać bardzo uważnie.
Zamiast grzywna, często używa się pojęcia marka. Na monetach Poniatowskiego mamy "xxxx EX MARCA PURA COL." - czyli xxxx sztuk z grzywny (marki) czystej kolońskiej.
Z pojęciem grzywny wiążą się kolejne parametry uwidocznione w tabeli
- ilość monet bitych z grzywny - dwie możliwości: z grzywny brutto, czyli gotowego stopu; z grzywny fajnu, czyli z grzywny czystego kruszcu;
- przeciętna waga monety - to wymaga troszkę szerszych wyjaśnień.
Jasne jest chyba, że z pozoru identyczne monety modą różnić się ciężarem. Te współczesne bardzo nieznacznie, te starsze często bardzo wyraźnie, co wynika po pierwsze z technologii i niedoskonałości dawnych przyrządów pomiarowych, a po drugie ze sposobu, w jakim emitowano monety (wydawano z mennicy) - al marco albo al pezzo.
Al marco - z określonej ilości kruszcu (grzywny) wybijano ściśle określoną liczbę monet, które mogły różnić się wagą. Tym sposobem emitowano monety drobne (zdawkowe).
Al pezzo - każda moneta (z włoskiego pezzo = sztuka, moneta - "sztuka złota" - złota moneta, np. dukat) musiała odpowiadać standardowi (waga, próba). Egzemplarze zbyt lekkie przetapiano, zbyt ciężkie spiłowywano (justowano). Tak emitowano monety o dużych nominałach.
Dlaczego we wstępie pisałem, że nie branie pod uwagę świata otaczającego nasze teoretyczne "państwo" to błąd? A dlatego, że tworząc ordynację menniczą trzeba było tak zaplanować system monetarny, by nie wystąpiło zjawisko wywozu krajowej monety poza granice spowodowane różną zawartością czystego kruszcu w monetach o podobnych nominałach lub rozmiarach, czy po prostu różnicami cen kruszcu. Groźny był też napływ obcej monety, celowo upodobnionej do monety krajowej, ale o znacznie zaniżonej próbie. Przykładem mogą być półgrosze świdnickie emitowane przez Ludwika Jagiellończyka (a gdzie rodzinna solidarność?!), czy niemal jawnie fałszerska działalność Fryderyka II - niesławne efraimki, bąki, a nawet miedziane monety, które dawały królowi zysk w postaci czynszu menniczego, bo trzeba jeszcze pamiętać, że w wartości nominalnej monety siedzą schowane koszty jej wyprodukowania, w tym koszty pracy i zysk właściciela praw menniczych.
Sprawy związane z "zawartością srebra w srebrze" nie ograniczają się do ekonomii i praw rynku. Nie mniej ciekawe są aspekty metalurgiczne. Wydawać by się mogło, że metal, to metal i nie ma co dzielić włosa na czworo, bo dla mincerza to bez znaczenia, czy w krążku jest 50%, 70%, czy 15% kruszcu. Nic bardziej mylnego. O tym, za dni kilka.
Spróbujcie sobie wyobrazić, że dostaliście zadanie - zaprojektować system monetarny dla swojego państwa. Dla uproszczenia możecie przyjąć, że nie ma potrzeby zawracania sobie głowy tym, co było wcześniej. Nieważne są tradycja, przyzwyczajenie ludności itp. Nie możecie jednak iść w uproszczeniach dalej i założyć, że Wasze państwo jest odizolowaną od reszty świata wyspą.
Najpierw trzeba by się zastanowić, jaki to będzie rodzaj pieniądza. Podstawową funkcją pieniądza jest zdolność do umarzania zobowiązań. Można to zrealizować na wiele sposobów. Można wprowadzić pieniądz pełnowartościowy - monety kruszcowe, których wartość rynkowa (zdolność do umarzania zobowiązań) jest równa (albo prawie równa) wartości zawartego w niej kruszcu.
Można wprowadzić pieniądz, dla którego fundamentem wartości jest umowa/deklaracja, tzw. pieniądz fiat - od łacińskiego fiat - niech się stanie. Inaczej mówiąc, pieniądz fiducjarny, wykonany z surowca o wartości znacznie niższej od jego wartości nominalnej. Mamy tu możliwość zadeklarowania, że pieniądz taki będzie można wymienić na określoną ilość kruszcu; możemy jednak takiej deklaracji nie składać. Na przykład:
Ustawa z 28 października 1950 r. o zmianie systemu pieniężnego zawierała taki zapis
ale niewiele z niego wynikało. Ani nie można było w banku wymienić banknotów na odpowiednią ilość złota, ani nie bito monet obiegowych ze stopów zawierających złoto.
Ustawa ta skończyła życie z końcem roku 1994.
(to fragment ustawy o denominacji złotego, w pierwszych jej artykułach o ekwiwalencie w złocie nie ma ani słowa).
Kiedy już podejmiecie pierwszą ważną decyzję, co do rodzaju pieniądza, pojawia się problem następny - ile pieniędzy powinno znaleźć się w obiegu.Gdy będzie ich za mało - ludzie będą sobie radzić wprowadzając własny "pieniądz zastępczy" albo prowadząc handel wymienny. Gdy wystąpi nadmiar pieniądza, jego wartość spadnie poniżej nominału.
Sprawa następna - jakie będą nominały. Teraz mamy (w groszach) 1, 2, 5, 10, 20, 50, 100, 200 itd. co nie jest jedynym słusznym systemem. Układ nominałów, to nie tylko sprawa wygody obywateli. To również kwestia kosztów produkcji i dystrybucji pieniądza. Coś na ten tema już pisałem
https://sites.google.com/site/felietonynumizmatyczne/2005/2005-08
Powiedzmy, że mamy już plan - nasz pieniądz ma być pełnowartościowy, wiemy ile ton kruszcu będziemy potrzebowali do jego wybicia, mamy zaplanowany układ nominałów, co dalej?
Gdybyśmy chcieli bić monety w czystym kruszcu (100% srebra w srebrze), to monety o najmniejszym nominale musiały by być lekkie, a więc albo bardzo cienkie (ergo nietrwałe) albo malutkie (czyli niewygodne).
15 milimetrów średnicy (jak dzisiejsze grosze) to rozsądne minimum. Denarki jagiellońskie były mniejsze, miały około 12 mm średnicy i ważyły niewiele ponad ćwierć grama.
Z kolei niska próba srebra w dużych nominałach powodowała by, że były by to monety duże i ciężkie - to też źle.
Przyjrzyjmy się, jak z tymi problemami radzili sobie nasi przodkowie. Posłużmy się tabelką z Podręcznika numizmatycznego M. Gumowskiego.
Nie ma tu informacji o średnicach monet, ale jest to, co dla ekonomii najważniejsze - ich waga i próba. I pojawiają się nie dla wszystkich zrozumiałe nazwy: ordynacja, próba, fajn, grzywna (krakowska).
Ordynacja, to jakbyśmy dziś powiedzieli ustawa albo rozporządzenie. Przepis prawny ustalający zasady - w tym przypadku systemu pieniężnego (ordynacja mennicza).
Próba - stosunek ilości czystego kruszcu do ilości stopu. W starych dokumentach i opracowaniach czasem spotyka się określenie liga albo ziarno - to to samo, co próba. Próbę podaje się na różne sposoby. Dziś najczęściej w promilach - srebro próby 800 - to stop zawierający 800 promili srebra (inaczej mówiąc 80% albo 0,800).
W powyższej tabelce widzimy, że próby dla złota i srebra są podawane w różny sposób i bynajmniej nie są to procenty ani promile. Dla złota przyjęło się podawanie próby w karatach - czyste złoto, to 24 karaty. Próba dukatów Zygmunta I to inaczej 0,979.
A co ze srebrem? Skąd cyfry rzymskie.
W tym przypadku nie mówimy o karatach, tylko o łutach. Czyste srebro, to 16 (XVI) łutów. Denary koronne Zygmunta bito z niemal czystej miedzi. Próba 1 i 1/2 łuta oznacza, że srebra było w stopie zaledwie 9,8%
Grzywna, jak zresztą w tabelce wyjaśniono, to jednostka masy, w tym przypadku równa 197 g (grzywna krakowska). Nie dość, że co kraj, co miasto, to inna grzywna, to jeszcze jej wartość zmieniała się w czasie. Stare dokumenty tyczące mennictwa trzeba czytać bardzo uważnie.
Zamiast grzywna, często używa się pojęcia marka. Na monetach Poniatowskiego mamy "xxxx EX MARCA PURA COL." - czyli xxxx sztuk z grzywny (marki) czystej kolońskiej.
Złotówka (4 grosze srebrne) Stanisława Augusta
LXXX EX MARCA PURA, czyli 80 monet z grzywny kolońskiej fajnu.
Z pojęciem grzywny wiążą się kolejne parametry uwidocznione w tabeli
- ilość monet bitych z grzywny - dwie możliwości: z grzywny brutto, czyli gotowego stopu; z grzywny fajnu, czyli z grzywny czystego kruszcu;
- przeciętna waga monety - to wymaga troszkę szerszych wyjaśnień.
Jasne jest chyba, że z pozoru identyczne monety modą różnić się ciężarem. Te współczesne bardzo nieznacznie, te starsze często bardzo wyraźnie, co wynika po pierwsze z technologii i niedoskonałości dawnych przyrządów pomiarowych, a po drugie ze sposobu, w jakim emitowano monety (wydawano z mennicy) - al marco albo al pezzo.
Al marco - z określonej ilości kruszcu (grzywny) wybijano ściśle określoną liczbę monet, które mogły różnić się wagą. Tym sposobem emitowano monety drobne (zdawkowe).
Al pezzo - każda moneta (z włoskiego pezzo = sztuka, moneta - "sztuka złota" - złota moneta, np. dukat) musiała odpowiadać standardowi (waga, próba). Egzemplarze zbyt lekkie przetapiano, zbyt ciężkie spiłowywano (justowano). Tak emitowano monety o dużych nominałach.
Dlaczego we wstępie pisałem, że nie branie pod uwagę świata otaczającego nasze teoretyczne "państwo" to błąd? A dlatego, że tworząc ordynację menniczą trzeba było tak zaplanować system monetarny, by nie wystąpiło zjawisko wywozu krajowej monety poza granice spowodowane różną zawartością czystego kruszcu w monetach o podobnych nominałach lub rozmiarach, czy po prostu różnicami cen kruszcu. Groźny był też napływ obcej monety, celowo upodobnionej do monety krajowej, ale o znacznie zaniżonej próbie. Przykładem mogą być półgrosze świdnickie emitowane przez Ludwika Jagiellończyka (a gdzie rodzinna solidarność?!), czy niemal jawnie fałszerska działalność Fryderyka II - niesławne efraimki, bąki, a nawet miedziane monety, które dawały królowi zysk w postaci czynszu menniczego, bo trzeba jeszcze pamiętać, że w wartości nominalnej monety siedzą schowane koszty jej wyprodukowania, w tym koszty pracy i zysk właściciela praw menniczych.
Sprawy związane z "zawartością srebra w srebrze" nie ograniczają się do ekonomii i praw rynku. Nie mniej ciekawe są aspekty metalurgiczne. Wydawać by się mogło, że metal, to metal i nie ma co dzielić włosa na czworo, bo dla mincerza to bez znaczenia, czy w krążku jest 50%, 70%, czy 15% kruszcu. Nic bardziej mylnego. O tym, za dni kilka.
wtorek, 10 czerwca 2014
Jerzy, czeka Cię trudny wybór.
Życie jest pełne niespodzianek. Powód do radości, do uśmiechu może pojawić się w każdej chwili.
Rozbawić potrafi nawet Allegro (i nie mam wcale na myśli fantazyjnych opisów monet serwowanych przez niektórych sprzedawców).
Dziś ubawiłem się czytając wiadomość nadaną przez powiadomienia@allegro.pl
Miała temat "Jerzy, czeka Cię trudny wybór." i wyglądała tak:
Trudny wybór?
Nie sądzę.
Chociaż? Mennicza dwugroszówka z 1997 zamknięta w holderze...
Może jednak?
Rozbawić potrafi nawet Allegro (i nie mam wcale na myśli fantazyjnych opisów monet serwowanych przez niektórych sprzedawców).
Dziś ubawiłem się czytając wiadomość nadaną przez powiadomienia@allegro.pl
Miała temat "Jerzy, czeka Cię trudny wybór." i wyglądała tak:
Trudny wybór?
Nie sądzę.
Chociaż? Mennicza dwugroszówka z 1997 zamknięta w holderze...
Może jednak?
Autor:
Zbierajmy monety
o
20:20
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Allegro,
internetowe aukcje monet
wtorek, 3 czerwca 2014
Ciekawe, czy to się sprzeda.
Firmy Fritz Rudolf Künker GmbH & Co. KG z Osnabrück chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Działa już kilkadziesiąt lat, jej katalogi aukcyjne mogą być ozdobą każdej numizmatycznej biblioteczki. Można to sprawdzić tutaj.
Niestety, nawet najlepszym zdarzają się dziwne błędy.
Podczas letniego cyklu aukcji (to taka spécialité de la maison tego domu aukcyjnego) pod młotek pójdzie zbiór monet niemieckich bitych po 1871 r. z pokaźnym zestawem prób - katalog nr 252.
Z przyzwyczajenie zajrzałem, czy nie ma czegoś ciekawego z okresu GG i Królestwa Polskiego 1917-1918. Ciekawostki są, niestety.
Królestwo Polskie - trzy oferty:
Najpierw jednofenigówka z 1917 r. Zdjęcia tego egzemplarza nie miałem w archiwum. To już dwudziesty trzeci znany mi egzemplarz. Cena wywoławcza 250 euro - dość niska, jak na tej czytelności okaz.
Ceny wywoławcze dwóch następnych monet, to kpina. O ile dwudziestofenigówka może zostać uznana za wyrób stuttgarckiej mennicy, to dziesiątkę za prawdziwą wziąć może tylko ktoś o słabym wzroku.
Nie tylko ja uważam, że te cynkowe monety, to falsyfikaty na szkodę emitenta. I wcale nie są aż tak rzadkie.
Moja cynkowa dziesięciofenigówka z 1917 r. jest bardzo mocno zniszczona korozją
Mimo to widać na niej charakterystyczny, nieudolny rysunek upierzenia.
Cynkowych dwudziestek mam sześć albo siedem. Nawiasem mówiąc potwierdza to tezę o fałszerstwie - podrabianie większego nominału bardziej się opłacało.
Mam egzemplarze bite
Mam i odlew
To może nawet nie cynk.
Kuenker wystawił egzemplarze może i lepiej zachowane, ale na pewno nie warte wywoławczej ceny.
Ciekawe, czy to się sprzeda. A jeśli tak, to za ile?
Niestety, nawet najlepszym zdarzają się dziwne błędy.
Podczas letniego cyklu aukcji (to taka spécialité de la maison tego domu aukcyjnego) pod młotek pójdzie zbiór monet niemieckich bitych po 1871 r. z pokaźnym zestawem prób - katalog nr 252.
Z przyzwyczajenie zajrzałem, czy nie ma czegoś ciekawego z okresu GG i Królestwa Polskiego 1917-1918. Ciekawostki są, niestety.
Królestwo Polskie - trzy oferty:
Najpierw jednofenigówka z 1917 r. Zdjęcia tego egzemplarza nie miałem w archiwum. To już dwudziesty trzeci znany mi egzemplarz. Cena wywoławcza 250 euro - dość niska, jak na tej czytelności okaz.
Ceny wywoławcze dwóch następnych monet, to kpina. O ile dwudziestofenigówka może zostać uznana za wyrób stuttgarckiej mennicy, to dziesiątkę za prawdziwą wziąć może tylko ktoś o słabym wzroku.
Nie tylko ja uważam, że te cynkowe monety, to falsyfikaty na szkodę emitenta. I wcale nie są aż tak rzadkie.
Moja cynkowa dziesięciofenigówka z 1917 r. jest bardzo mocno zniszczona korozją
Mimo to widać na niej charakterystyczny, nieudolny rysunek upierzenia.
Cynkowych dwudziestek mam sześć albo siedem. Nawiasem mówiąc potwierdza to tezę o fałszerstwie - podrabianie większego nominału bardziej się opłacało.
Mam egzemplarze bite
Mam i odlew
To może nawet nie cynk.
Kuenker wystawił egzemplarze może i lepiej zachowane, ale na pewno nie warte wywoławczej ceny.
Ciekawe, czy to się sprzeda. A jeśli tak, to za ile?
wtorek, 27 maja 2014
Oj nieładnie, nieładnie.
Miesiąc się kończy, a na majowym liczniku jeden wpis zaledwie. Wybaczcie proszę. To przecież maj!
Wywrotka ziemi taczkami rozwieziona, pograbiona; trawa zasiana (żeby jeszcze jakiś patent na te cholerne gołębie mieć - przylatują, jak na stołówkę), nowe buty rozbiegane, rowery wyczyszczone, nasmarowane - na liczniku pierwsze dziesiątki kilometrów.
Jak w tych warunkach czas dla bloga znaleźć?
Ostatnio coś niewiele interesujących mnie blaszek na Allegro i eBayu. Jakieś pojedyncze drobiazgi tylko.
Najciekawszą z majowych monet będzie chyba ta
Jeszcze mi jej poczta nie dostarczyła. Czekam cierpliwie aż dotrze.
Pokrak, prawda?
Aż się wierzyć nie chce, ale będzie to pierwszy fałszywy miedziak Augusta III w moim zbiorze.
Fałszywe boratynki spotyka się na każdym kroku. W niektórych skarbach było ich prawie tyle, co oryginałów. A fałszywych miedziaków Sasa ze świecą szukać.
Mam zarchiwizowane zdjęcia nie więcej, niż pięciu monet. Groszy. Widocznie szelągów zupełnie się nie opłacało fałszować, a i zysk z fałszowanych groszy wielki być nie mógł.
Opłacalne było tylko fałszowanie miedzi na wielką skalę. Niedostępne dla "zwykłego człowieka", łatwe dla wrogiego władcy. Prusy ciągnęły ten proceder niemal do końca osiemnastego wieku.
A propos falsyfikatów. Jak myślicie, Panie i Panowie, skąd u Chińczyków pomysł na produkcję "kopii" monet. Takich, o których już tu pisałem. Nie wierzę, że sami na to nie wpadli. Ktoś złożył zapytanie ofertowe, dostarczył wzory, zapewnił zbyt. I tak się to zaczęło. Teraz, kiedy producenci nabrali rozpędu, sami szukają nabywców. I mamy takie kwiaty: http://www.allegromat.pl/aukcja160575
Nie żal mi nabywców tego badziewia. Przy odrobinie wysiłku mogli łatwo stwierdzić, że to nie oryginał. Martwi mnie coś innego.
Ćwiczenie, czyni wicemistrza (bo mistrzem trzeba się urodzić), więc prędzej, czy później dojdzie do tego, że jedyną metodą na odróżnienie falsyfikatów od oryginałów będzie rzut monetą - czyste losowanie; orzeł albo reszka.
Już teraz nie odważę się na zakup rzadszych (niekoniecznie nawet drogich) monet na giełdach. Wolę kupować przez internet, bo tylko dzięki komputerowi mam możliwość sprawdzenia, czy przypadkiem nie pojawiły się na rynku monety identyczne, albo z identycznymi usterkami.
Pouczający przykład:
http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,7610.msg54516.html#msg54516
Skąd miąłbym wiedzieć, kupując na giełdzie albo nawet w renomowanym sklepie, że na rynku jest całkiem pokaźna monet posiadających charakterystyczne,
stałe okaleczenie na rewersie między E a G w słowie REG?
Uważajcie, co i od kogo kupujecie!
Wywrotka ziemi taczkami rozwieziona, pograbiona; trawa zasiana (żeby jeszcze jakiś patent na te cholerne gołębie mieć - przylatują, jak na stołówkę), nowe buty rozbiegane, rowery wyczyszczone, nasmarowane - na liczniku pierwsze dziesiątki kilometrów.
Jak w tych warunkach czas dla bloga znaleźć?
Ostatnio coś niewiele interesujących mnie blaszek na Allegro i eBayu. Jakieś pojedyncze drobiazgi tylko.
Najciekawszą z majowych monet będzie chyba ta
Jeszcze mi jej poczta nie dostarczyła. Czekam cierpliwie aż dotrze.
Pokrak, prawda?
Aż się wierzyć nie chce, ale będzie to pierwszy fałszywy miedziak Augusta III w moim zbiorze.
Fałszywe boratynki spotyka się na każdym kroku. W niektórych skarbach było ich prawie tyle, co oryginałów. A fałszywych miedziaków Sasa ze świecą szukać.
Mam zarchiwizowane zdjęcia nie więcej, niż pięciu monet. Groszy. Widocznie szelągów zupełnie się nie opłacało fałszować, a i zysk z fałszowanych groszy wielki być nie mógł.
Opłacalne było tylko fałszowanie miedzi na wielką skalę. Niedostępne dla "zwykłego człowieka", łatwe dla wrogiego władcy. Prusy ciągnęły ten proceder niemal do końca osiemnastego wieku.
A propos falsyfikatów. Jak myślicie, Panie i Panowie, skąd u Chińczyków pomysł na produkcję "kopii" monet. Takich, o których już tu pisałem. Nie wierzę, że sami na to nie wpadli. Ktoś złożył zapytanie ofertowe, dostarczył wzory, zapewnił zbyt. I tak się to zaczęło. Teraz, kiedy producenci nabrali rozpędu, sami szukają nabywców. I mamy takie kwiaty: http://www.allegromat.pl/aukcja160575
Nie żal mi nabywców tego badziewia. Przy odrobinie wysiłku mogli łatwo stwierdzić, że to nie oryginał. Martwi mnie coś innego.
Ćwiczenie, czyni wicemistrza (bo mistrzem trzeba się urodzić), więc prędzej, czy później dojdzie do tego, że jedyną metodą na odróżnienie falsyfikatów od oryginałów będzie rzut monetą - czyste losowanie; orzeł albo reszka.
Już teraz nie odważę się na zakup rzadszych (niekoniecznie nawet drogich) monet na giełdach. Wolę kupować przez internet, bo tylko dzięki komputerowi mam możliwość sprawdzenia, czy przypadkiem nie pojawiły się na rynku monety identyczne, albo z identycznymi usterkami.
Pouczający przykład:
http://forum.tpzn.pl/index.php/topic,7610.msg54516.html#msg54516
Skąd miąłbym wiedzieć, kupując na giełdzie albo nawet w renomowanym sklepie, że na rynku jest całkiem pokaźna monet posiadających charakterystyczne,
stałe okaleczenie na rewersie między E a G w słowie REG?
Uważajcie, co i od kogo kupujecie!
środa, 7 maja 2014
Smaki i smaczki.
Dzisiejszy wpis dedykuję Panu Michałowi, który niedawno dokonał ważnego wyboru. Napisał do mnie tak:
To bez wątpienia bardzo interesujące monety.
Bito je masowo, przez kilkanaście lat, nic więc dziwnego, że użyto nieprzeliczonej ilości stempli korzystając z niebagatelnej ilości punc. Okazuje się, że kolejność puncowania poszczególnych elementów była dość dowolna.
Na tym stemplu
najpierw umieszczono cyfrę 2 (rocznik), a dopiero później obwódkę otaczającą królewskie jabłko. Na następnym,
najpierw była obwódka, cyfrę dwa nabito później.
Przykładów podobnych zmian kolejności nabijania punc na stemple jest oczywiście znacznie więcej. Ich wyszukiwanie, to fajna zabawa.
Intrygują mnie pojawiające się na monetach pewne drobne nieprawidłowości, odstępstwa od wzorców, od logiki. Niezbite dowody na to, że ludzie żyjący kilkaset lat temu miewali podobne, jak my problemy. Bywali przepracowani, być może ukrywali jakieś swoje niedomagania (Słaby wzrok? Drżenie rąk?) przed szefami. Może porzucali pracę, może ich zwalniano, może nie kończyli dzieła, bo po prostu umierali, a to co zaczęli, kończył ktoś inny.
Monety mogą być punktem wyjścia do całkiem zgrabnego opowiadanka.
Na przykład taki zestaw.
Pierwsza:
Stemple bardzo starannie przygotowane. Ozdobniki nad krzyżem wieńczącym jabłko niespotykane w innych rocznikach. Pięknie dopracowana tarcza okalająca herb podskarbiego. Aż tu nagle...
Herb imć Mikołaja Daniłowicza nie wygląda tak, jak powinien.
Gdzie druga gwiazdka?
Tu błąd naprawiono.
Są dwie gwiazdki. Trochę wyżej, ale są.
Druga:
Tym razem gwiazdek w ogóle nie ma. Zamiast nich, są kropki (zresztą takie same, jak nad krzyżem).
Czy to nadal Sas?
Mógł podskarbi mógł mieć nienajlepszą opinię w niektórych kręgach? Mógł. Mogli ludzie dawać temu wyraz postponując jego rodowy herb? Mogli. Można z tego wysnuć ciekawą opowieść? Można. I co z tego, że może to być stuprocentowa fikcja? Takie przecież ładne materialne dowody mamy.
A taki półtoraczek?
Zobaczcie, jak na nim wygląda herb Sas, jak tu wyglądają gwiazdki.
Każda inna (włączając w to gwiazdkę - przerywnik legendy). Tę w legendzie nabito puncą. Tę po prawej stronie herbu, być może też, ale inną puncą. A ta po lewej, została na stemplu wycięta od ręki. Dlaczego?
Dlaczego trzy znaczki, które mogły być jednakowe i w związku z tym mogły być nabite jedną puncą, tak bardzo różnią się między sobą? Czyżby rytownicy stempli podkradali sobie narzędzia? A może stempel nie wyszedł spod jednej ręki? Ktoś go zaczął, ktoś inny skończył. A może to skutek naprawiania stempla? Może uszkodzone miejsce zostało zaklepane, a rysunek uzupełniono wycinając herb podskarbiego dłutkiem?
Może ktoś zapytać: jaki sens łamać sobie głowę takimi drobiazgami. Nie ma Pan innych zmartwień?
A co ma jedno do drugiego? Kolekcjonowanie, to nie tylko gromadzenie przedmiotów. Sama świadomość faktu, że te niepozorne krążki słabego srebra przetrwały czterysta lat. Że w czasach szwedzkiego potopu były już monetami starymi, półwiecznymi bez mała. Że mogły przejść przez ręce wielkich naszych przodków, którym podręczniki szkolne i encyklopedie poświęcają cenne miejsce. To powody wystarczające do tego, żeby poświęcić im uwagę, czas myśli. I jeszcze to, o czym już wspomniałem. Wszystkie te monety, to świadkowie losów, czynów, zwyczajów, ludzi żyjących przed wiekami Ludzi z krwi i kości. Żyjących, czujących, kochających, nienawidzących.
No to jeszcze dwa półtoraki. Trochę późniejsze, bo z czasów, gdy podskarbim był Hermolaus Ligęza herbu Półkozic. Pokażę tylko fragmenty z tym herbem.
Co sprawiało, że jednemu człowiekowi chciało się dopracowywać szczegóły, żeby nie powiedzieć szczególiki, tak maleńkiego fragmentu monety, a drugiemu wystarczało zaznaczenie konturów tylko?
Takie smaki i smaczki naszego hobby lubię. To dzięki nim zbiór tak dla jednego nieciekawych monetek, dla drugiego może być światem pełnym zagadkowych cudów.
"Jakiś czas temu pisałem do Pana w podziękowaniu za Pana blog, oraz wspomniałem, że zamierzam skupić się na jakiejś konkretnej tematyce numizmatycznej. Podjąłem decyzję, że zainteresuję się bliżej półtorakami – nie są one może zbyt urodziwe, lecz ilość odmian oraz stosunkowo przystępna cena dają możliwość stworzenia całkiem ciekawego zbioru."Pogratulowałem wyboru i "z rozpędu", a przy okazji uzupełniania fotograficznej dokumentacji własnego zbioru, przyjrzałem się dokładniej kilku moim półtorakom.
To bez wątpienia bardzo interesujące monety.
Bito je masowo, przez kilkanaście lat, nic więc dziwnego, że użyto nieprzeliczonej ilości stempli korzystając z niebagatelnej ilości punc. Okazuje się, że kolejność puncowania poszczególnych elementów była dość dowolna.
Na tym stemplu
najpierw umieszczono cyfrę 2 (rocznik), a dopiero później obwódkę otaczającą królewskie jabłko. Na następnym,
najpierw była obwódka, cyfrę dwa nabito później.
Przykładów podobnych zmian kolejności nabijania punc na stemple jest oczywiście znacznie więcej. Ich wyszukiwanie, to fajna zabawa.
Intrygują mnie pojawiające się na monetach pewne drobne nieprawidłowości, odstępstwa od wzorców, od logiki. Niezbite dowody na to, że ludzie żyjący kilkaset lat temu miewali podobne, jak my problemy. Bywali przepracowani, być może ukrywali jakieś swoje niedomagania (Słaby wzrok? Drżenie rąk?) przed szefami. Może porzucali pracę, może ich zwalniano, może nie kończyli dzieła, bo po prostu umierali, a to co zaczęli, kończył ktoś inny.
Monety mogą być punktem wyjścia do całkiem zgrabnego opowiadanka.
Na przykład taki zestaw.
Pierwsza:
Stemple bardzo starannie przygotowane. Ozdobniki nad krzyżem wieńczącym jabłko niespotykane w innych rocznikach. Pięknie dopracowana tarcza okalająca herb podskarbiego. Aż tu nagle...
Herb imć Mikołaja Daniłowicza nie wygląda tak, jak powinien.
Gdzie druga gwiazdka?
Tu błąd naprawiono.
Są dwie gwiazdki. Trochę wyżej, ale są.
Druga:
Tym razem gwiazdek w ogóle nie ma. Zamiast nich, są kropki (zresztą takie same, jak nad krzyżem).
Czy to nadal Sas?
Mógł podskarbi mógł mieć nienajlepszą opinię w niektórych kręgach? Mógł. Mogli ludzie dawać temu wyraz postponując jego rodowy herb? Mogli. Można z tego wysnuć ciekawą opowieść? Można. I co z tego, że może to być stuprocentowa fikcja? Takie przecież ładne materialne dowody mamy.
A taki półtoraczek?
Zobaczcie, jak na nim wygląda herb Sas, jak tu wyglądają gwiazdki.
Każda inna (włączając w to gwiazdkę - przerywnik legendy). Tę w legendzie nabito puncą. Tę po prawej stronie herbu, być może też, ale inną puncą. A ta po lewej, została na stemplu wycięta od ręki. Dlaczego?
Dlaczego trzy znaczki, które mogły być jednakowe i w związku z tym mogły być nabite jedną puncą, tak bardzo różnią się między sobą? Czyżby rytownicy stempli podkradali sobie narzędzia? A może stempel nie wyszedł spod jednej ręki? Ktoś go zaczął, ktoś inny skończył. A może to skutek naprawiania stempla? Może uszkodzone miejsce zostało zaklepane, a rysunek uzupełniono wycinając herb podskarbiego dłutkiem?
Może ktoś zapytać: jaki sens łamać sobie głowę takimi drobiazgami. Nie ma Pan innych zmartwień?
A co ma jedno do drugiego? Kolekcjonowanie, to nie tylko gromadzenie przedmiotów. Sama świadomość faktu, że te niepozorne krążki słabego srebra przetrwały czterysta lat. Że w czasach szwedzkiego potopu były już monetami starymi, półwiecznymi bez mała. Że mogły przejść przez ręce wielkich naszych przodków, którym podręczniki szkolne i encyklopedie poświęcają cenne miejsce. To powody wystarczające do tego, żeby poświęcić im uwagę, czas myśli. I jeszcze to, o czym już wspomniałem. Wszystkie te monety, to świadkowie losów, czynów, zwyczajów, ludzi żyjących przed wiekami Ludzi z krwi i kości. Żyjących, czujących, kochających, nienawidzących.
No to jeszcze dwa półtoraki. Trochę późniejsze, bo z czasów, gdy podskarbim był Hermolaus Ligęza herbu Półkozic. Pokażę tylko fragmenty z tym herbem.
Co sprawiało, że jednemu człowiekowi chciało się dopracowywać szczegóły, żeby nie powiedzieć szczególiki, tak maleńkiego fragmentu monety, a drugiemu wystarczało zaznaczenie konturów tylko?
Takie smaki i smaczki naszego hobby lubię. To dzięki nim zbiór tak dla jednego nieciekawych monetek, dla drugiego może być światem pełnym zagadkowych cudów.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Rzucam pomysł, a Wy go łapcie.
I to nie jeden pomysł.
Na początek rozwiązanie konkursu. Najpełniejszą odpowiedź przysłał Pan Jerzy Przywara:
A teraz obiecane pomysły.
Pomysł 1. Polecam rozważenie zakupu literatury.
Pojawiło się kilka ciekawych książek na interesujące nas tematy.
Kazimierz Drożdż - "Podskarbiówki i liczmany Rzeczypospolitej Obojga Narodów i z Rzeczpospolitą związane."
Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński - "Katalog Monet Stefana Batorego 1576-1586"
Tomasz Witkiewicz i Wojciecha Gibczyński - „Podwójne szelągi w mennictwie pomorskim (1594 – 1670)”
Przy okazji - duże katalogi wydawane przez J. Parchimowicza obejmują teraz okres od 1545 r do 2012 z wyłączeniem panowania Zygmunta III Wazy.
Niestety ceny wydawnictw J. Parchimowicza są dość wysokie. Na katalog monet króla Stefana trzeba na przykład przeznaczyć 450 złotych.
Alternatywa? Albo gromadzenie informacji na własną rękę albo korzystanie z archiwów firm aukcyjnych, wyszukiwarek lub licznych serwisów internetowych w rodzaju Coinarchives lub Nummus.org.
Budowanie własnej bazy informacyjnej na wybrany temat, to właśnie pomysł numer 2. Po osiągnięciu "masy krytycznej" można pokusić się o opublikowanie, tym samym trwale zapisać się w historii numizmatyki.
Następny, trzeci (3) pomysł, troszkę związany z poprzednim podsunął mi tekst Henryka Goldsteina zatytułowany "I czegoż jeszcze naszej numizmatyce potrzeba?". Znaleźć go można w pierwszym numerze Zapisków Numizmatycznych, kwartalniku wydawanym przez Mieczysława Kurnatowskiego od 1884 r.
Goldstein podkreślił w swoim artykule potrzebę, a właściwie konieczność
zebrania w jednym miejscu rozproszonych informacji publikowanych w różnych czasopismach, książkach itp. Miał nadzieję, że rolę takiego agregatora pełnić będzie kwartalnik Kurnatowskiego. Jak wiadomo, nadzieje takie pozostają płonne do dziś. Niewiele zmieniły w tym względzie Wiadomości Archeologiczno-Numizmatyczne i masa innych periodyków. Znacznie wartościowsze okazały się bibliografie opracowane przez Antoniego Ryszarda i Mariana Gumowskiego. Brak im jednak tego, co umożliwione zostało dopiero z upowszechnieniem się komputeryzacji - nie mają indeksów słów kluczowych, etykiet albo tagów, jak się dziś mówi. Bardzo często pamiętamy mgliście, że na ważny w danym momencie temat już coś gdzieś czytaliśmy, ale nie mamy możliwości wyszukania tej informacji. Albo sobie przypomnimy, albo nie.
Na dodatek sytuację komplikuje fakt, że coraz więcej ważnych publikacji pojawia się wyłącznie w formie cyfrowej.
Przydał by się serwis internetowy - bibliografia polskiej numizmatyki, w pełni wykorzystujący wszelkie dobrodziejstwa i możliwości informatyki.
Goldstein miał pomysłów więcej. Sugerował na przykład (bezsprzecznie słusznie!), że numizmatykę należy propagować. Jako jeden ze sposobów na to widział emitowanie pamiątkowych żetonów (medalików) przez uzdrowiska, organizacje itp. Widzimy dziś, że do niczego dobrego to nie prowadzi. "Dukaty lokalne", lustrzanki i inna metaloplastyka może i skłoniły ku numizmatyce pewną ilość osób. Myślę jednak, że znacznie większe grono zniechęciły fałszywie obiecując połączenie w jedno kolekcjonerstwa z działalnością inwestycyjną.
Lepiej przysłużą się numizmatyce (lub tylko kolekcjonerstwu numizmatów) raczkujące nieśmiało działania edukacyjne niektórych muzeów. Szkoda, że PTN nie wykazuje w tym zakresie jakiejś znaczącej inicjatywy. O!? Niespodziewanie pojawił mi się pomysł 4.
Jeszcze jeden pomysł Goldsteina uważam za częściowo realny (pomysł 5?). Marzyło mu się stworzenie "Stowarzyszenia numizmatyków polskich", które dzięki dużemu kapitałowi obrotowemu (nie wiadomo skąd pochodzącemu) miało by zapewnić nabywanie ważnych polskich numizmatów na światowym rynku i kierowanie ich do krajowych kolekcji. Chyba miało to być coś w rodzaju konsorcjum największych (i najzamożniejszych) kolekcjonerów działające na rzecz swoich członków. Na dużych aukcjach europejskich zdarza się, że nasi koledzy łączą siły, tworząc "spółdzielnie" w celu zapobieżenia wzajemnemu konkurowaniu w walce o monety, jednak takiego stowarzyszenia działającego formalnie, stale, jakoś sobie nie wyobrażam.
Kiedy powstawały Zapiski Numizmatyczne, Polska, jako państwo nie istniała. Dziś działają instytucje państwowe zajmujące się zabytkami. Mamy państwowe muzea. Jest w końcu odpowiednie ministerstwo. Coraz częściej obserwujemy, że wszystkim tym organizacjom zdarza się działać na rzecz zakupienia cennych numizmatów do polskich zbiorów publicznych.
Na koniec pomysł 6 - podpatrzony w internecie.
Wielokrotnie krytykowałem autorów zdjęć monet - zdjęć nieostrych, zdjęć, na których moneta zajmuje kilka procent całości powierzchni. Często autorzy ci tłumaczyli się brakiem odpowiedniego sprzętu - aparatu fotograficznego z funkcją makro. Okazuje się, że i aparatem wbudowanym w telefon można zrobić niezłe zdjęcia monet.
albo prościej: http://imgur.com/a/ixfah
Na początek rozwiązanie konkursu. Najpełniejszą odpowiedź przysłał Pan Jerzy Przywara:
W związku z ograniczona ilością miejsca na monecie, rytownicy zmuszeni byli do stosowania różnych skrótów wyrazów. Jednym z nich jest znak 9, który zastępuje pisownie us, w tym przypadku SOLID9-Solidus.Pozostaje nam tylko ustalić sposób przekazania nagrody.
Najbardziej znane przykłady zastosowania tego skrótu to: SIGISMVND9-Sigismvndus , PRIM9-Primus - grosze koronne Zygmunta Starego z 1526 i 1527 roku. DVCAT9-Dvcatus - na większości półgroszy litewskich.
A teraz obiecane pomysły.
Pomysł 1. Polecam rozważenie zakupu literatury.
Pojawiło się kilka ciekawych książek na interesujące nas tematy.
Kazimierz Drożdż - "Podskarbiówki i liczmany Rzeczypospolitej Obojga Narodów i z Rzeczpospolitą związane."
Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński - "Katalog Monet Stefana Batorego 1576-1586"
Tomasz Witkiewicz i Wojciecha Gibczyński - „Podwójne szelągi w mennictwie pomorskim (1594 – 1670)”
Przy okazji - duże katalogi wydawane przez J. Parchimowicza obejmują teraz okres od 1545 r do 2012 z wyłączeniem panowania Zygmunta III Wazy.
Niestety ceny wydawnictw J. Parchimowicza są dość wysokie. Na katalog monet króla Stefana trzeba na przykład przeznaczyć 450 złotych.
Alternatywa? Albo gromadzenie informacji na własną rękę albo korzystanie z archiwów firm aukcyjnych, wyszukiwarek lub licznych serwisów internetowych w rodzaju Coinarchives lub Nummus.org.
Budowanie własnej bazy informacyjnej na wybrany temat, to właśnie pomysł numer 2. Po osiągnięciu "masy krytycznej" można pokusić się o opublikowanie, tym samym trwale zapisać się w historii numizmatyki.
Następny, trzeci (3) pomysł, troszkę związany z poprzednim podsunął mi tekst Henryka Goldsteina zatytułowany "I czegoż jeszcze naszej numizmatyce potrzeba?". Znaleźć go można w pierwszym numerze Zapisków Numizmatycznych, kwartalniku wydawanym przez Mieczysława Kurnatowskiego od 1884 r.
Goldstein podkreślił w swoim artykule potrzebę, a właściwie konieczność
zebrania w jednym miejscu rozproszonych informacji publikowanych w różnych czasopismach, książkach itp. Miał nadzieję, że rolę takiego agregatora pełnić będzie kwartalnik Kurnatowskiego. Jak wiadomo, nadzieje takie pozostają płonne do dziś. Niewiele zmieniły w tym względzie Wiadomości Archeologiczno-Numizmatyczne i masa innych periodyków. Znacznie wartościowsze okazały się bibliografie opracowane przez Antoniego Ryszarda i Mariana Gumowskiego. Brak im jednak tego, co umożliwione zostało dopiero z upowszechnieniem się komputeryzacji - nie mają indeksów słów kluczowych, etykiet albo tagów, jak się dziś mówi. Bardzo często pamiętamy mgliście, że na ważny w danym momencie temat już coś gdzieś czytaliśmy, ale nie mamy możliwości wyszukania tej informacji. Albo sobie przypomnimy, albo nie.
Na dodatek sytuację komplikuje fakt, że coraz więcej ważnych publikacji pojawia się wyłącznie w formie cyfrowej.
Przydał by się serwis internetowy - bibliografia polskiej numizmatyki, w pełni wykorzystujący wszelkie dobrodziejstwa i możliwości informatyki.
Goldstein miał pomysłów więcej. Sugerował na przykład (bezsprzecznie słusznie!), że numizmatykę należy propagować. Jako jeden ze sposobów na to widział emitowanie pamiątkowych żetonów (medalików) przez uzdrowiska, organizacje itp. Widzimy dziś, że do niczego dobrego to nie prowadzi. "Dukaty lokalne", lustrzanki i inna metaloplastyka może i skłoniły ku numizmatyce pewną ilość osób. Myślę jednak, że znacznie większe grono zniechęciły fałszywie obiecując połączenie w jedno kolekcjonerstwa z działalnością inwestycyjną.
Lepiej przysłużą się numizmatyce (lub tylko kolekcjonerstwu numizmatów) raczkujące nieśmiało działania edukacyjne niektórych muzeów. Szkoda, że PTN nie wykazuje w tym zakresie jakiejś znaczącej inicjatywy. O!? Niespodziewanie pojawił mi się pomysł 4.
Jeszcze jeden pomysł Goldsteina uważam za częściowo realny (pomysł 5?). Marzyło mu się stworzenie "Stowarzyszenia numizmatyków polskich", które dzięki dużemu kapitałowi obrotowemu (nie wiadomo skąd pochodzącemu) miało by zapewnić nabywanie ważnych polskich numizmatów na światowym rynku i kierowanie ich do krajowych kolekcji. Chyba miało to być coś w rodzaju konsorcjum największych (i najzamożniejszych) kolekcjonerów działające na rzecz swoich członków. Na dużych aukcjach europejskich zdarza się, że nasi koledzy łączą siły, tworząc "spółdzielnie" w celu zapobieżenia wzajemnemu konkurowaniu w walce o monety, jednak takiego stowarzyszenia działającego formalnie, stale, jakoś sobie nie wyobrażam.
Kiedy powstawały Zapiski Numizmatyczne, Polska, jako państwo nie istniała. Dziś działają instytucje państwowe zajmujące się zabytkami. Mamy państwowe muzea. Jest w końcu odpowiednie ministerstwo. Coraz częściej obserwujemy, że wszystkim tym organizacjom zdarza się działać na rzecz zakupienia cennych numizmatów do polskich zbiorów publicznych.
Na koniec pomysł 6 - podpatrzony w internecie.
Wielokrotnie krytykowałem autorów zdjęć monet - zdjęć nieostrych, zdjęć, na których moneta zajmuje kilka procent całości powierzchni. Często autorzy ci tłumaczyli się brakiem odpowiedniego sprzętu - aparatu fotograficznego z funkcją makro. Okazuje się, że i aparatem wbudowanym w telefon można zrobić niezłe zdjęcia monet.
albo prościej: http://imgur.com/a/ixfah
wtorek, 22 kwietnia 2014
Helle
Kiedy wysłałem pierwsze opowiadanie do wydawcy, nie przypuszczałem, że ten akurat jego szczegół wzbudzi czyjeś zainteresowanie. A jednak.
W zwrotnym emailu znalazły się pytania:
- Czy miejscowość Helle istnieje? Jeśli tak, to jak się obecnie nazywa?
W odpowiedzi napisałem:
- Helle dziś już nie istnieje. To była malutka osada na północ od szosy łączącej Chojnice z Człuchowem, jakiś kilometr na wschód od Nieżywięcia (Nissewanz), tyle samo na zachód od wioski Zagórki.
I na tym można by skończyć, gdyby nie to, że Helle, a właściwie miejsce, gdzie kiedyś Helle było, jest miejscem niezwykłym.
Znam kilka takich miejsc, w górach, nad morzem. Albo w Krakowie - wystarczy przejść niepiękną przecież Krupniczą i z Szewskiej (nie mniej paskudnej) wejść na Rynek. Kilka miejsc zachwyciło mnie, ale kiedy wróciłem do nich po jakimś czasie, okazywało się, że czegoś brakowało, by tamten nastrój wrócił. Może pogody, może byłam za bardzo zmęczony (albo za mało zmęczony). W Helle pięknie jest zawsze.
Pierwszy raz trafiłem tam latem 1999 roku. Włóczyłem się po okolicach Chojnic.
Wyszedłem z lasu, od północnej strony. Po lewej, w dole pokazało się wysychające i zarastające jeziorko. Po zejściu na jego brzeg poczułem się jak w górach.
Wróciłem na drogę i po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem wśród drzew resztki jakichś budynków,
a za nimi następne zagłębienie.
I w nim kiedyś było jeziorko. Dziś dno jest prawie suche. To zdjęcie zrobiłem siedem lat później.
Zdjęcia nie oddają piękna okolicy. Nie widać na nich tego, czego w Helle jest najwięcej - powietrza. Powietrze świetnie widać w wysokich górach. W Tatrach choćby. Kiedy patrzy się z Zawratu w stronę Doliny Pięciu Stawów, albo spod Wysokiej w kierunku galerii Ganku. Podobne wrażenie mam będąc w Helle. Niestety na zdjęciach nie potrafię tego uchwycić.
Na południe od osady pofałdowane pola opadają łagodnie aż do szosy Chojnice - Człuchów. Latem faluje na nich zboże.
Popatrzcie na zdjęcia satelitarne.
To drugie z nałożoną warstwą uzyskaną dzięki technice skaningu laserowego (LIDAR) pokazuje rozmieszczenie pozostałości po osadzie.
Zaglądam do Helle co roku. Prowadzę tam wszystkich znajomych odwiedzających nas podczas wakacji. Nikt, jak dotąd nie narzekał, mimo, że trzeba się nieźle nałazić. Na upartego można tam polnymi drogami podjechać samochodem, ale to nie to samo.
Ostatnio niestety w okolicy pojawili się quadowcy, zaraza z którą powinno się walczyć nie przebierając w środkach. Jedno ze zboczy suchego jeziorka całe jest poryte śladami opon. Wcześniej widywałem tam tylko dziki, sarny, jelenie, lisy.
I pająki
Aktualizacja 2026-04-11
W zwrotnym emailu znalazły się pytania:
- Czy miejscowość Helle istnieje? Jeśli tak, to jak się obecnie nazywa?
W odpowiedzi napisałem:
- Helle dziś już nie istnieje. To była malutka osada na północ od szosy łączącej Chojnice z Człuchowem, jakiś kilometr na wschód od Nieżywięcia (Nissewanz), tyle samo na zachód od wioski Zagórki.
I na tym można by skończyć, gdyby nie to, że Helle, a właściwie miejsce, gdzie kiedyś Helle było, jest miejscem niezwykłym.
Znam kilka takich miejsc, w górach, nad morzem. Albo w Krakowie - wystarczy przejść niepiękną przecież Krupniczą i z Szewskiej (nie mniej paskudnej) wejść na Rynek. Kilka miejsc zachwyciło mnie, ale kiedy wróciłem do nich po jakimś czasie, okazywało się, że czegoś brakowało, by tamten nastrój wrócił. Może pogody, może byłam za bardzo zmęczony (albo za mało zmęczony). W Helle pięknie jest zawsze.
Pierwszy raz trafiłem tam latem 1999 roku. Włóczyłem się po okolicach Chojnic.
Wyszedłem z lasu, od północnej strony. Po lewej, w dole pokazało się wysychające i zarastające jeziorko. Po zejściu na jego brzeg poczułem się jak w górach.
Wróciłem na drogę i po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem wśród drzew resztki jakichś budynków,
a za nimi następne zagłębienie.
I w nim kiedyś było jeziorko. Dziś dno jest prawie suche. To zdjęcie zrobiłem siedem lat później.
Zdjęcia nie oddają piękna okolicy. Nie widać na nich tego, czego w Helle jest najwięcej - powietrza. Powietrze świetnie widać w wysokich górach. W Tatrach choćby. Kiedy patrzy się z Zawratu w stronę Doliny Pięciu Stawów, albo spod Wysokiej w kierunku galerii Ganku. Podobne wrażenie mam będąc w Helle. Niestety na zdjęciach nie potrafię tego uchwycić.
Na południe od osady pofałdowane pola opadają łagodnie aż do szosy Chojnice - Człuchów. Latem faluje na nich zboże.
Popatrzcie na zdjęcia satelitarne.
To drugie z nałożoną warstwą uzyskaną dzięki technice skaningu laserowego (LIDAR) pokazuje rozmieszczenie pozostałości po osadzie.
Zaglądam do Helle co roku. Prowadzę tam wszystkich znajomych odwiedzających nas podczas wakacji. Nikt, jak dotąd nie narzekał, mimo, że trzeba się nieźle nałazić. Na upartego można tam polnymi drogami podjechać samochodem, ale to nie to samo.
Ostatnio niestety w okolicy pojawili się quadowcy, zaraza z którą powinno się walczyć nie przebierając w środkach. Jedno ze zboczy suchego jeziorka całe jest poryte śladami opon. Wcześniej widywałem tam tylko dziki, sarny, jelenie, lisy.
I pająki
Aktualizacja 2026-04-11
Teren Helle jest już ogrodzony i w części niedostępny. Na połowie terenu jest tor Off Road "Piekiełko".
czwartek, 17 kwietnia 2014
Dziewięć - cyklu cyfrowego odcinek...
przedostatni.
Pierwsze polskie monety z dziewiątką, to półgrosze Zygmunta Pierwszego z roku, rzecz jasna, 1509.
Jak widać, cyfra dziewięć wygląda na nich całkiem współcześnie. I taka pozostała przez następne stulecia.
Czasem tylko ustawiano ją nietypowo, ale nie bez przyczyny - chodziło o elegancję kompozycji. Na przykład na tym trojaku
obie cyfry rocznika (1596) położono.
I na tym trojaku, i na czworaku o ćwierć wieku wcześniejszym
szóstkę i dziewiątkę nabito na stemplach tymi samymi puncami (oczywiście inną na czworaku i inną na trojaku). Pięćset lat temu prawa ekonomii działały, kto wie, czy nie lepiej, niż dziś. Po co wykonywać dwie punce, jeśli można z powodzeniem użyć jednej.
Nie wiedział o tym "twórca" tego falsyfikatu malborskiego szóstaka Zygmunta III, (tzw. duża głowa)
Prawdopodobieństwo zniszczenia albo zagubienia puncy pomiędzy nabiciem na stemplu pierwszej i drugiej dziewiątki jest chyba mniejsze, niż moja dzisiejsza szansa na siedemnaście milionów w lotto. Literki G w legendzie rewersu też się między sobą różnią.
Dawno nie ogłaszałem żadnego konkursu. Co robi dziewiątka na rewersie tego szeląga toruńskiego z roku 1668?
Legenda rewersu brzmi:
Za najlepsze wyjaśnienie - nagroda, jak zwykle w postaci literatury numizmatycznej.
Dziewiątkowych ciekawostek ciąg dalszy.
Zobaczcie na ten fragment rewersu grosza z 1840 r.
Tu też była dziewiątka. I trójka. Resztki trójki kryją się pod czwórką, w oczku zera widać pozostałości po dziewiątce.
Warto uważnie oglądać niklowe monety II Rzeczpospolitej. Jak wiemy, dwudziesto- i pięćdziesięciogroszówki wybito w kilku zagranicznych mennicach w wielomilionowych nakładach. Siłą rzeczy na stemplach musiały pojawić się drobne różnice. Między innymi w kształcie dziewiątki na 50-groszówkach.
Na innych monetach kształt dziewiątki zmienia się ze zmianą rocznika. Porównajmy grosze z 1930 i 1932 r.
Nie tylko dziewiątki się różnią.
Czterdzieści parę lat później wybito różnie wyglądające monety, mimo że chodziło o ten sam nominał w jednym roczniku. Wspominałem o nich w odcinku poświęconym szóstce.
Dziewiątki też są różne na tych dwudziestogroszówkach.
Na koniec dwie monety, na każdej po trzy dziewiątki.
Tym razem cyferki są takie same, za to znak mennicy zmienia położenie.
Pozostała nam jeszcze jedna cyfra, zero, ale na wpis o niej musicie trochę poczekać.
Pierwsze polskie monety z dziewiątką, to półgrosze Zygmunta Pierwszego z roku, rzecz jasna, 1509.
koronny
i litewski.
Jak widać, cyfra dziewięć wygląda na nich całkiem współcześnie. I taka pozostała przez następne stulecia.
Czasem tylko ustawiano ją nietypowo, ale nie bez przyczyny - chodziło o elegancję kompozycji. Na przykład na tym trojaku
obie cyfry rocznika (1596) położono.
I na tym trojaku, i na czworaku o ćwierć wieku wcześniejszym
szóstkę i dziewiątkę nabito na stemplach tymi samymi puncami (oczywiście inną na czworaku i inną na trojaku). Pięćset lat temu prawa ekonomii działały, kto wie, czy nie lepiej, niż dziś. Po co wykonywać dwie punce, jeśli można z powodzeniem użyć jednej.
Nie wiedział o tym "twórca" tego falsyfikatu malborskiego szóstaka Zygmunta III, (tzw. duża głowa)
Prawdopodobieństwo zniszczenia albo zagubienia puncy pomiędzy nabiciem na stemplu pierwszej i drugiej dziewiątki jest chyba mniejsze, niż moja dzisiejsza szansa na siedemnaście milionów w lotto. Literki G w legendzie rewersu też się między sobą różnią.
Dawno nie ogłaszałem żadnego konkursu. Co robi dziewiątka na rewersie tego szeląga toruńskiego z roku 1668?
Legenda rewersu brzmi:
SOLID9
CIVITATIS
THORVN
Za najlepsze wyjaśnienie - nagroda, jak zwykle w postaci literatury numizmatycznej.
Dziewiątkowych ciekawostek ciąg dalszy.
Zobaczcie na ten fragment rewersu grosza z 1840 r.
Tu też była dziewiątka. I trójka. Resztki trójki kryją się pod czwórką, w oczku zera widać pozostałości po dziewiątce.
Warto uważnie oglądać niklowe monety II Rzeczpospolitej. Jak wiemy, dwudziesto- i pięćdziesięciogroszówki wybito w kilku zagranicznych mennicach w wielomilionowych nakładach. Siłą rzeczy na stemplach musiały pojawić się drobne różnice. Między innymi w kształcie dziewiątki na 50-groszówkach.
Na innych monetach kształt dziewiątki zmienia się ze zmianą rocznika. Porównajmy grosze z 1930 i 1932 r.
Nie tylko dziewiątki się różnią.
Czterdzieści parę lat później wybito różnie wyglądające monety, mimo że chodziło o ten sam nominał w jednym roczniku. Wspominałem o nich w odcinku poświęconym szóstce.
Dziewiątki też są różne na tych dwudziestogroszówkach.
Na koniec dwie monety, na każdej po trzy dziewiątki.
Tym razem cyferki są takie same, za to znak mennicy zmienia położenie.
Pozostała nam jeszcze jedna cyfra, zero, ale na wpis o niej musicie trochę poczekać.
niedziela, 6 kwietnia 2014
Wiosna, panie sierżancie.
Taki, Panie zapieprz, że nie ma kiedy załadować, jak tłumaczył się szefowi facecik pchający puste paczki przez plac.
Czegoś podobnego doświadczam w konsekwencji niedawnej przeprowadzki.
Kto próbował odzyskać część podatku VAT zapłaconego przy okazji zakupu materiałów budowlanych, wie o czym myślę. Wybieranie z faktur tych pozycji, za które odliczenie się należy to dłubanina nie mniej uciążliwa, niż analizowanie odmian stempli monet, tylko znacznie mnie przyjemna.
A do tego dochodzą nie mniejsze "przyjemności" wynikające z ustawy o ewidencji ludności. Obowiązek meldunkowy ma zniknąć podobno za dwa lata. Na razie trzeba zmienić dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, powiadomić pracodawcę, urząd skarbowy, bank, ubezpieczycieli. Na pewno o czymś zapomnimy.
A tymczasem dzieje się tyle, że ho, ho.
Z pierwszych relacji z dni otwartych NBP wynika, że istnieją fizycznie monety 1, 2 i 5 groszy z nowymrewersem awersem z datą 2013!. Podobno, to monety z serii przeznaczonej do prób urządzeń liczących i automatów sprzedażowych. Ciekawe, kiedy pojawią się na rynku.
Jeśli już przy wystawach jesteśmy, to muszę się postarać o jakiś wyjazd do Poznania. W tamtejszym Muzeum Archeologicznym trwa wystawa "Srebra Chrobrego". Wystawa ważna z kilku powodów. Raz, ze względu na niebywałą okazję do zobaczenia aż pięciu nieznanych wcześniej denarów Chrobrego. Dwa, bo mam nadzieję, że jej sukces będzie impulsem dla kolejnych muzeów. Impulsem do odkrycia tego, co dawno odkryto i...
I ukryto w przepastnych magazynach niedostępnych dla nikogo.
Denary, którymi chwali się poznańskie muzeum trafiły do niego nie miesiąc, czy rok temu. Są w nim od dziesięcioleci. W oficjalnej informacji umieszczonej na stronach muzeum można przeczytać, że na przeszkodzie do opracowania zasobów magazynowych stanęła choroba i śmierć JEDNEGO PRACOWNIKA. Było to w roku 1968!.
Jak to było? Jakoś tak:
"Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie."
Może dlatego tak często w katalogach aukcyjnych pojawiają się zdania:
"znany w x egzemplarzach", "nie występuje w zbiorach publicznych", "unikat". Takich opisów pełno w najnowszym katalogu Antykwariatu Numizmatycznego P. Niemczyka. Firma reklamy nie potrzebuje - zapowiada się kolejna nadzwyczaj atrakcyjna aukcja. Katalog można przeglądać online albo pobrać w formacie pdf. Warto go dokładnie przejrzeć i przeczytać.
Czas kończyć, bo jak na początku wspomniałem, roboty mnóstwo, a doba trwa tyle, ile trwa. Jeszcze tylko kilka obrazków.
Nie zaniedbuję oczywiście saskich miedziaczków. Układając (a dokładniej, próbując ułożyć w sensownej kolejności) odmiany groszy dopatrzyłem się takich ciekawostek:
Szabla w ręku jeźdźca przypomina raczej worek piachu. Podobnie na monecie następnej
A teraz moneta następna
Prawie taka sama, jak poprzednia, ale ten rewers!
No i od razu szereg pytań, a jedno z nich najważniejsze.
Jak to możliwe, żeby taka szkarada wyszła z oficjalnej mennicy? Bo przecież awers nie daje podstaw do uznania go za "wyrób garażowy".
Czegoś podobnego doświadczam w konsekwencji niedawnej przeprowadzki.
Kto próbował odzyskać część podatku VAT zapłaconego przy okazji zakupu materiałów budowlanych, wie o czym myślę. Wybieranie z faktur tych pozycji, za które odliczenie się należy to dłubanina nie mniej uciążliwa, niż analizowanie odmian stempli monet, tylko znacznie mnie przyjemna.
A do tego dochodzą nie mniejsze "przyjemności" wynikające z ustawy o ewidencji ludności. Obowiązek meldunkowy ma zniknąć podobno za dwa lata. Na razie trzeba zmienić dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, powiadomić pracodawcę, urząd skarbowy, bank, ubezpieczycieli. Na pewno o czymś zapomnimy.
A tymczasem dzieje się tyle, że ho, ho.
Z pierwszych relacji z dni otwartych NBP wynika, że istnieją fizycznie monety 1, 2 i 5 groszy z nowym
Jeśli już przy wystawach jesteśmy, to muszę się postarać o jakiś wyjazd do Poznania. W tamtejszym Muzeum Archeologicznym trwa wystawa "Srebra Chrobrego". Wystawa ważna z kilku powodów. Raz, ze względu na niebywałą okazję do zobaczenia aż pięciu nieznanych wcześniej denarów Chrobrego. Dwa, bo mam nadzieję, że jej sukces będzie impulsem dla kolejnych muzeów. Impulsem do odkrycia tego, co dawno odkryto i...
I ukryto w przepastnych magazynach niedostępnych dla nikogo.
Denary, którymi chwali się poznańskie muzeum trafiły do niego nie miesiąc, czy rok temu. Są w nim od dziesięcioleci. W oficjalnej informacji umieszczonej na stronach muzeum można przeczytać, że na przeszkodzie do opracowania zasobów magazynowych stanęła choroba i śmierć JEDNEGO PRACOWNIKA. Było to w roku 1968!.
Jak to było? Jakoś tak:
"Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie."
Może dlatego tak często w katalogach aukcyjnych pojawiają się zdania:
"znany w x egzemplarzach", "nie występuje w zbiorach publicznych", "unikat". Takich opisów pełno w najnowszym katalogu Antykwariatu Numizmatycznego P. Niemczyka. Firma reklamy nie potrzebuje - zapowiada się kolejna nadzwyczaj atrakcyjna aukcja. Katalog można przeglądać online albo pobrać w formacie pdf. Warto go dokładnie przejrzeć i przeczytać.
Czas kończyć, bo jak na początku wspomniałem, roboty mnóstwo, a doba trwa tyle, ile trwa. Jeszcze tylko kilka obrazków.
Nie zaniedbuję oczywiście saskich miedziaczków. Układając (a dokładniej, próbując ułożyć w sensownej kolejności) odmiany groszy dopatrzyłem się takich ciekawostek:
Szabla w ręku jeźdźca przypomina raczej worek piachu. Podobnie na monecie następnej
A teraz moneta następna
Prawie taka sama, jak poprzednia, ale ten rewers!
No i od razu szereg pytań, a jedno z nich najważniejsze.
Jak to możliwe, żeby taka szkarada wyszła z oficjalnej mennicy? Bo przecież awers nie daje podstaw do uznania go za "wyrób garażowy".
Subskrybuj:
Posty (Atom)















































