Google Website Translator Gadget

czwartek, 15 lipca 2021

Zabytki, prawo, wykrywacze metalu...

Dziś krótki oddech od cyklu o rozmaitych wcieleniach kolekcjonerów (nie tylko monet).

Pierwszego lipca, pod wpisem z 22 czerwca pojawił się komentarz (cytuję w całości):

Zahaczył Pan o ciekawy wątek w tym wpisie. Myślę tutaj o monetach pozyskanych z poszukiwań wykrywaczem... i mam bardzo konkretne pytanie - ciekaw jestem czy będzie Pan chciał w ogóle wyrazić swoje zdanie w tej kwestii.Czy uważa Pan, że monety pozyskane z poszukiwań wykrywaczem powinny legalnie trafiać w ręce poszukiwaczy, czy też powinny być uznawane za zabytki i trafiać do Skarbu Państwa/Muzeum? Dla mnie jest to temat bardzo zawiły, z jednej strony rozumiem, że to co wykopuje się z ziemi ma jakąś wartość zarówno historyczną jak i materialną więc dla czego miało by nie być własnością całego społeczeństwa. Z drugiej strony ktoś kogo to pasjonuje podejmuje pewien trud poszukiwań więc dlaczego nie mógłby wejść w posiadanie czegoś po co inni nie chcą sięgnąć ? Ponadto są jeszcze inne zawiłe kwestie... można znaleźć monetę sprzed 400 lat o tak pospolitym typie że nie wniesie nic ani materialnie ani historycznie do zbioru muzeum, zostanie schowana głęboko w regałach i dalej nikogo nie będzie cieszyć... ale faktycznie może być to też ten jeden jedyny nie opisany do dzisiaj typ. Może się też zdarzyć, że nawet pod kątem historycznym dla nauki więcej wniesie posiadany przez kogoś w szufladzie nie znany dotąd egzemplarz "próby" monety PRL niż znaleziony przez poszukiwacza denar krzyżowy... no i kwestia samej numizmatyki/kolekcjonerstwa... czy nie kłóci się trochę to, że możemy monety pozyskiwać na targach staroci, aukcjach internetowych, wymieniać się itd... ale nie można pozyskać ich przez "wykopki" ...
Ciekaw jestem Pańskiego zdania. Pozdrawiam !

Uważni i wytrwali czytelnicy mojego bloga na pewno przypomną sobie, że o wykrywaczach metalu już pisałem. Na przykład TU i TU. Wpisy te dzieli około siedmiu lat, podczas których w polskim prawie zaszła poważna zmiana. Oczywiście chodzi o ustawę z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Od stycznia 2018 nielegalne poszukiwanie zabytków nie jest już wykroczeniem, a przestępstwem. Wcześniej było to wykroczenie. Kolosalna zmiana, bo dla wielu osób (budżetówka), skazanie za przestępstwo umyślne jest równoznaczne z wykluczeniem z zawodu.
Sama treść przepisów nie uległa zasadniczej zmianie. Kluczowy artykuł 109c brzmi następująco:
Kto bez pozwolenia albo wbrew warunkom pozwolenia poszukuje ukrytych lub porzuconych zabytków, w tym przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 

Jego skutki dotknęły już niemałą grupę "poszukiwaczy skarbów", a jakoś nie słyszy się o postępowaniach prowadzonych w związku z artykułami poprzednimi, t.j.

Art. 109a. 
Kto podrabia lub przerabia zabytek w celu użycia go w obrocie zabytkami, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 
Art. 109b. 
Kto rzecz ruchomą zbywa jako zabytek ruchomy albo zbywa zabytek jako inny zabytek, wiedząc, że są one podrobione lub przerobione, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. 

Szkoda, bo fałszowanie i handel fałszywymi zabytkami, nie wyłączając monet, rozwija się w najlepsze.

Tyle w skrócie o aktualnym stanie prawnym. A co ja o tym myślę?

Po pierwsze Dura lex, sed lex, więc, jak śpiewa Piotr Bukartyk w piosence o sznurku, "Dzisiaj tego już nie robię ale lubię powspominać sobie". 

Po drugie, jak sądzę źródła wspomnianej ustawy, jak i innych ustaw, należy szukać w innej łacińskiej sentencji, znanej nam z pięciozłotówek z Nike - salus rei publicae suprema lex.

Bez wątpienia, dobrem Rzeczpospolitej są jej zabytki historyczne, materialni świadkowie jej dziejów. Zabytki, czyli co? W ustawie czytamy:

Art. 3.
Użyte w ustawie określenia oznaczają:
1) zabytek – nieruchomość lub rzecz ruchomą, ich części lub zespoły, będące dziełem człowieka lub związane z jego działalnością i stanowiące świadectwo minionej epoki bądź zdarzenia, których zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na posiadaną wartość historyczną, artystyczną lub naukową;
2) zabytek nieruchomy – nieruchomość, jej część lub zespół nieruchomości, o których mowa w pkt 1;
3) zabytek ruchomy – rzecz ruchomą, jej część lub zespół rzeczy ruchomych, o których mowa w pkt 1;
4) zabytek archeologiczny – zabytek nieruchomy, będący powierzchniową, podziemną lub podwodną pozostałością egzystencji i działalności człowieka, złożoną z nawarstwień kulturowych i znajdujących się w nich wytworów bądź ich śladów albo zabytek ruchomy, będący tym wytworem;

Podkreśliłem dwa fragmenty, które choć bardzo istotne, z reguły nie są brane pod uwagę podczas postępowań prowadzonych przeciwko poszukiwaczom. Regułą jest traktowanie każdej skorodowanej blaszki, równo z dukatem Łokietka albo szczerbcem co najmniej. 

Regułą też jest, przynajmniej w enuncjacjach "dziennikarskich", nazywanie wszelkiego złomu zabytkiem archeologicznym, a w tym względzie ustawa mówi jasno zabytek archeologiczny to zabytek nieruchomy (grodzisko, cmentarzysko, zamek itp). 

Żeby nie przeciągać.
Jestem za bezwzględnym karaniem poszukiwaczy rozkopujących stanowiska archeologiczne, cmentarzyska, kurhany, grodziska itp. 
Jestem za bezwzględnym karaniem poszukiwaczy, którzy odkrywają nieznane dotąd cmentarzyska, osady, grodziska i zamiast powiadomić instytucje wskazane w ustawie, prowadzą "wykopaliska", wydobywając zabytki ruchome (przy okazji niszcząc odkryte przez siebie zabytki archeologiczne). 
W tym jednak miejscu muszę podkreślić, że główną przyczyną nieinformowania służb konserwatorskich jest... A jakże, ustawa z dnia 23 lipca 2003 r. o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Owszem, można zwalić winę na dziki, ale może się zdarzyć, że gorliwi przedstawiciele służb postanowią złożyć człowiekowi poranną wizytę, która z reguły kończy się zatrzymaniem komputera (przy okazji można zarobić dodatkowe zarzuty za piractwo komputerowe!), konfiskatą wykrywacza, zatrzymaniem gromadzonych przez lata kolekcji, pomimo braku jakichkolwiek dowodów na ich nielegalne pochodzenie. O przyjemnościach pobytu "na dołku" nie wspominając.

Detektoryści penetrują z reguły pola, łąki, leśne drogi. Miejsca, których nigdy archeolog nie zaszczyciłby uwagą, gdyby nie spacerowicze z wykrywaczami metalu. Większe dobro zyskała by Rzeczpospolita, gdyby zezwoliła na swobodne poszukiwania w określonych granicach - nie instytucjonalne zezwolenie, tylko zgoda właściciela gruntu, oczywiste wyłączenie stanowisk i zabytków archeologicznych i obowiązek informowania o znaleziskach spełniających ściśle określone warunki. Naśladujmy najlepszych - zamiast wymyślać koło na nowo, ściągnijmy rozwiązania brytyjskie. O plagiat nas przecież nie oskarżą.

Wiadomość sprzed paru dni, wiadomość, którą powtórzył nawet The New York Times:
w okolicach Biskupca w warmińsko-mazurskim, poszukiwacz skarbów natrafił na polu kukurydzy na srebrne monety - pierwszy w Polsce skarb monet karolińskich. Archeolodzy z ostródzkiego muzeum przypuszczają, że monety mogą być częścią łupu zdobytego przez Wikingów w Paryżu w roku 845. Wyprawę na Paryż pokazano w serialu "Wikingowie", nie wnikam, czy rzetelnie od strony historycznej, ale niewątpliwie efektownie. Jedno zdanie z opisu znaleziska zasługuje na uwagę i podkreślenie. Część odkrytych do tej pory monet jest w dobrym stanie, część jest zgnieciona, prawdopodobnie przez pług rolnika.
Z każdym rokiem, z każdą orką, bronowaniem, z każdą toną nawozów, czy co tam jeszcze się na takich polach dzieje, rok po roku skarb ulegałby stopniowej degradacji. Bo cóż mogłoby skłonić naukowców do zainteresowania się zwykłym polem kukurydzy.

Mówiąc w skrócie - ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami, potrzebna i pożyteczna, w pewnej części idzie zbyt daleko. Dziecko wylane z kąpielą.

A żeby nie było, że tylko tekst i żadnych obrazków, "pochwalę się" porażką. Wąż w mojej kieszeni upomniał się o swoje i ta NIEZWYKLE interesująca monetka nie trafiła do mojego zbioru.

Jeszcze mnie skręca i brodę mam całą zaplutą, jak sobie przypomnę.


piątek, 9 lipca 2021

Kolekcjoner-magazynier, ciąg dalszy.

Zanim "towar" trafi do "magazynu" trzeba go "wciągnąć do ewidencji". Bo porządek musi być!

Ilu kolekcjonerów, tyle sposobów ewidencjonowania kolekcji. Jeśli zbiera się temat dobrze opracowany, obudowany dobrą literaturą, w tym szczegółowymi katalogami, problem ewidencji można rozwiązać tak.

Strona z Ilustrowanego katalogu monet polskich bitych w okresie 1916-1965 W. Terleckiego wydanego w roku 1965 w nakładzie 10000+200 egz.
Widoczne adnotacje właściciela - nie wiem, czym różniły się pozycje oznaczone "+" od "+ z kropką".

Odhaczanie numerów katalogowych było i nadal jest bardzo popularne. Zaletą jest łatwość sprawdzenia, co już mamy, a czego w zbiorze brakuje. Wadą, brak informacji o miejscu przechowywania (można to naprawić dopisując numer ewidencyjny, który zostanie powtórzony na kopertce/holderze/podkładce w "munzschranku". 

Nie wyobrażam sobie jednak, by tak katalogować poważny zbiór monet starszych (rozumiem przez nie już monety XIX-wieczne) lub zbiór specjalistyczny - monet zbieranych na odmiany i warianty. 

Prowadzenie katalogu takiego zbioru wymaga więcej pracy, bo trzeba zapisać znacznie więcej informacji. Tradycyjna metoda stosowana w muzeach - ale też przez wielu kolekcjonerów - polega na prowadzeniu katalogu kartkowego i księgi ze spisem obiektów. W księdze zwykle umieszczano tylko podstawowe informacje, w tym o dacie i źródle pozyskania oraz oczywiście numer karty katalogowej. W książce M. Kowalskiego "Vademecum kolekcjonera monet i banknotów" wydanej przez Ossolineum w 1988 r. są przykłady kart katalogowych - muzealnych i prywatnych. Jeden z nich:


Karta z katalogu Emeryka Hutten-Czapskiego wygląda tak
skan z broszury edukacyjnej wydanej przez muzeum

Dziś, dzięki technice komputerowej mamy więcej możliwości. Zaczynając od stworzonych tylko do tego programów, poprzez liczne serwisy on-line pozwalające na tworzenie katalogu przechowywanego gdzieś "w chmurze", na pakietach biurowych (edytory tekstu, arkusze kalkulacyjne, bazy danych) kończąc. 

Przetestowałem kilka programów reklamowanych, jako wygodne, łatwe w obsłudze i bezpieczne dzięki tworzeniu kopii zapasowych. Celowo nie podaję nazw. Żaden z nich nie znalazł uznania w moich oczach. Intuicyjność obsługi zwykle przedstawiała wiele do życzenia (może nie w oczach twórców), a nie jestem w tym względzie laikiem. Z komputerami mam do czynienia od połowy lat 70-tych, z tymi domowymi od początku lat 80-tych, mam za sobą kilkuletni okres pracy na stanowisku informatyka w całkiem pokaźnej firmie. Mimo to, zdarzało mi się, że pewne proste w zamyśle twórcy programu operacje, musiałem kilkakrotnie powtarzać, by osiągnąć zamierzony cel. 

Programy tworzone w USA, o ile odpowiednie dla kolekcjonerów monet USA, bo wyposażone w gotowe bazy z możliwością pobierania na bieżąco aktualizowanych cen rynkowych, w przypadku kolekcji starszych monet europejskich okazały się mało wygodne. Problem w tym, że to właściciel zbioru powinien decydować o zawartości jego katalogu. 

Od końcówki lat 90-tych, do dziś używam "najlepszego programu na świecie". Bliski jednak jestem decyzji o zmianie w tym zakresie. Program ma przeszło 22 lata; nadal bez większych problemów uruchamia się na komputerze z linuksem (przy użyciu Wine oczywiście), ale nie wiem, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Każda próba zainstalowania go w systemie Windows 10 kończy się niepowodzeniem. Próbowałem tego na prośbę znajomego kolekcjonera - skończyło się na protezie - Windows 10 + Virtualbox + Windows XP i dopiero w tym zwirtualizowanym środowisku Commence 2000 działa. Jak napisałem, pracuję (na razie koncepcyjnie - "w rozumie") nad przejściem na arkusz kalkulacyjny. Uważam, że to rozwiązanie optymalne. Arkusz można dowolnie sortować i filtrować; w każdej chwili można go rozszerzać dodając nowe kolumny w następstwie pojawiających się potrzeb. Nie wymaga wielkiej pracy stworzenie mechanizmu drukowania kart katalogowych zawierających zdjęcia monet i wybrane, albo i wszystkie zapisane w arkuszu dane monety. Nie ma też problemu z powiązaniem takiego katalogu z prowadzonym w innym arkuszu dziennikiem transakcji (a tego z listą firm, sklepów, kolekcjonerów). Jeśli komuś nie odpowiada praca z arkuszami kalkulacyjnymi, można ten cały ich zestaw przekształcić w relacyjną bazę danych - ma tę możliwość i MS Office i LibreOffice. Oczywiście można też korzystać z rozwiązań sieciowych, np. z dokumentów Google lub ich odpowiedników. Przejście z Commence na arkusze kalkulacyjne nie będzie skomplikowane, bo w Commence jest funkcja eksportowania baz danych do plików w różnych formatach odczytywalnych przez arkusze kalkulacyjne (np. csv albo dbf) 

Proszę tylko pamiętać, że dokumenty cyfrowe bywają ulotne. Absolutnie nie wolno rezygnować z wersji drukowanej, którą zresztą łatwo stworzyć - w końcu od tego są pakiety biurowe.

Czy ktoś z Was ma wątpliwości, co do niezbędności tworzenia i systematycznego prowadzenia katalogu zbioru? Oprócz oczywistości (oczywistości nie tylko dla mnie), czyli posiadaniu narzędzia dzięki któremu wiemy co w zbiorze mamy (a więc i wiedzy o w zbiorze lukach), wiemy gdzie się poszczególne monety znajdują, katalog ma jeszcze co najmniej dwie bardzo ważne funkcje, powiedzmy ekonomiczne.

Po pierwsze, jeśli (odpukać trzy razy w niemalowane drewno) padniemy ofiarą przestępstwa, ktoś nas obrabuje, to mamy podstawę do oszacowania wartości straty w celu wystąpienia z roszczeniem ubezpieczeniowym (trzeba mieć ubezpieczenie - o tym magazynier też powinien pamiętać). Mając dobre zdjęcia monet, możemy ostrzec innych kolekcjonerów przed kupnem monet z kradzieży lub prosić o sygnał, gdyby pojawiła się oferta ich sprzedaży. Mamy też wtedy możliwość udowodnienia tzw. organom, że odzyskane podczas jakiejś akcji numizmaty były naszą własnością. 

Po drugie, nie jesteśmy wieczni. Dawno temu, bo w roku 2008 napisałem o tym krótki felieton. Przeczytajcie go, proszę i postawcie sobie pytanie - CO SIĘ STANIE Z MOJĄ KOLEKCJĄ? 

W związku z tym ostatnim akapitem mam jeszcze jedną uwagę. Zauważyłem, że wszystkie programy i serwisy sieciowe do katalogowania monet mają rubryki do wpisywania aktualnych cen rynkowych. Jeśli będziecie z nich korzystać, albo jeśli stworzycie własne rozwiązania (np. w arkuszach kalkulacyjnych), dajcie sobie spokój z aktualizowaniem tych rubryk. To syzyfowa praca, na dodatek jej efekty i tak zawsze po krótkim czasie przestają być aktualne. Lepszą informacją dla zstępnych, że prawniczego żargonu użyję, będzie zapisywanie informacji o cenie zakupu, lub cenie rynkowej w dniu sporządzania zapisu w katalogu kolekcji, ale cenie przeliczonej na jakąś twardą walutę, euro albo szwajcarskiego franka, lub wyrażonej w ilości czystego złota. Taki zapis będzie dobrą wskazówką dla kogoś, kto będzie kiedyś naszą kolekcję spieniężać. 

PS 2021.07.11

Zapomniałem o jeszcze jednej ważnej sprawie. Kiedy coś z naszego zbioru znika - sprzedaż, wymiana, kradzież, darowizna itp. - nie usuwamy obiektu z katalogu zbioru, tylko odpowiednio oznaczamy, oczywiście zachowując zdjęcia i wszystkie notatki. To się przydaje!


środa, 7 lipca 2021

Nienotowany grosz z 1753 r.

Dziś krótka przerwa w cyklu o różnych wcieleniach kolekcjonerów. Chociaż... To mógłby być dobry przykład do odcinka Kolekcjoner-tropiciel albo kolekcjoner-łowca.

Pan "Zdzicho" Szuplewski żalił się niedawno licytacyjną porażką, którą tłumaczył swoją aktywnością na forach. I ja tego często doświadczam - trudno się dziwić, im więcej kolekcjonerów dowiaduje się o rzadkich (a więc potencjalnie cennych) odmianach i wariantach, tym trudniej tanio je kupić. Na szczęście, tylko trudniej, a nie "nie da się". Kwestia szczęścia, to bezdyskusyjne, kwestia aktualnej mody, przede wszystkim jednak, kwestia wiedzy i systematyczności.

Teraz wystąpię, jako kolekcjoner-chwalipięta. Od kilku dni jestem szczęśliwym posiadaczem tej monety.

Widywało się ładniejsze, powiecie i oczywiście będziecie mieć rację. Ale... Czy macie, albo czy zdarzyło się Wam widzieć grosza z 1753 r. z Orłami w koronach?

Już awers tego rocznika z imieniem AUGUSTUS jest rzadki. Do tej pory znałem tylko taki wariant odmiany G.53.3.Z.U:

Próżno na nim wypatrywać koron na głowach orłów. Inaczej wygląda też łuk otaczający cyfrę 3 oznaczającą nominał (trzy szelągi). Na moim nowym nabytku łuk ten zwęża się ku dołowi, jak w kilku wariantach odmiany z imieniem AVGVSTVS.

To pierwszy i mam nadzieję, że nie ostatni, kupiony w tym roku grosz A3S, o którym można było napisać "Chałupski nie notuje". Teraz już notuje, to znaczy na razie jeszcze nie, bo do nowego wydania katalogu trzeba by trochę więcej, niż dwa, czy trzy nowe warianty. 

Okazuje się przy tym, że teoretycznie otwarty system numeracji, jaki przyjąłem w moim katalogu, nie jest tak bardzo otwarty, jakbym chciał. Cechy tej nowej monety sprawiają, że najwłaściwsze dla niej miejsce, jest w katalogu pomiędzy G.53.3.Z.U.a, a G.53.3.Z.U.b ale między literami a i b nie ma wolnego miejsca. Z konieczności nowy wariant będzie miał numer G.53.3.Z.U.c.

I jeszcze jedno, stopień rzadkości RRR (monety bardzo rzadkie, w ofercie rynkowej co najwyżej raz na kilka lat) należy się temu groszowi, jak psu zupa.


czwartek, 1 lipca 2021

Kolekcjoner - magazynier.

"Magazynier" to nie przedstawiciel jakiejś niewielkiej grupy kolekcjonerów, tylko standard, norma. Każdy kolekcjoner jest magazynierem. Nie każdy dobrym.

Ponieważ wszystko jest powiązane ze wszystkim, wracamy do chwalipięctwa. Może ono wyglądać tak:
- Kupiłem niedawno ładnego dukacika Jana Kazimierza.
- A ja miałem szczęście, i udało mi się upolować próbnego szóstaka z 1766.
Taka zwykła rozmówka "szarych zbieraczy". Aż się prosi, by kontynuować ją, pochylając się nad tymi monetami, podziwiając ich piękny stan (- przecież brzydkiego talara bym nie kupił) i finezję detali stempli. W tym momencie dochodzimy do jednego z częściej pojawiających się na forach pytań: jak przechowujecie swoje monety?

Można tak

ale nie polecam. Tak przechowywane monety cierpią. Tym bardziej cierpią im częściej są przeglądane. Tak, to można magazynować żwir.

Dobrego magazyniera poznajemy po tym, że:

  • dba o to, żeby magazynowany towar nie ulegał degradacji
  • wie, gdzie co jest i potrafi wszystko szybko znaleźć
  • prowadzi rzetelną dokumentację magazynu, notując co, kiedy, od kogo, komu, za ile
Każdy z tych punktów, to temat na co najmniej magisterium. No może na ten drugi wystarczy licencjat.

"Dba o to, żeby magazynowany towar nie ulegał degradacji".

Zacznijmy od spraw oczywistych.
Wszyscy wiemy, że musimy chronić monety przed uszkodzeniami mechanicznymi, unikamy więc oglądania ciężkich talarów ponad leżącymi na stole dukatami z miękkiego przecież złota. Nie jest już tak oczywiste, czy oglądając takiego talara, możemy trzymać go po prostu w ręce, czy powinniśmy założyć rękawiczki, a jeżeli już założyć, to jakie. Dość dobitnie wytłumaczył mi to (a przy okazji i innym) pan Damian Marciniak. Komentując jeden z Jego filmików, zasugerowałem, że pokazując tej klasy monetę (nie pamiętam już, co to było, ale na pewno nie byle co) powinien mieć rękawiczki. Odpowiedź była krótka - to nie lustrzanka, tylko wiekowa moneta, która nie takie rzeczy przetrwała, a trzymanie jej w bawełnianych rękawiczkach powoduje, że chwyt może nie być pewny i moneta może upaść. Zauważyłem później, że pan Damian zaczął używać cienkich rękawiczek, nie wiem, czy lateksowych, czy nitrylowych. Przez nie doskonale czuje się trzymany przedmiot, chwyt jest pewny, a przy tym trzymany obiekt jest zabezpieczony przed niekorzystnym wpływem potu. To ostatnie ma szczególne znaczenie przy operowaniu menniczymi monetami miedzianymi - zobaczcie post z 22 czerwca 2021 na FB Gabinetu Numizmatycznego Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego i filmik w jednym z komentarzy do tego postu.

Czasem widuję, najczęściej na zdjęciach w ofertach na eBay, czy Allegro, monety trzymane w pęsetach. Pół biedy, jeśli są to pęsety odpowiednie, z końcówkami zabezpieczonymi nakładkami z miękkiego tworzywa. Zdarza się niestety, że są to zwykłe pęsety chirurgiczne, z ząbkami na końcach. Moneta może i nie wypadnie, ale najpewniej pozostaną na niej jakieś zarysowania. To już lepiej sprawdzi się goła ręka. 

Mniej oczywisty jest wpływ środowiska na przechowywane monety. Środowisko zawsze na nie wpływa. Tego w standardowych warunkach naszych mieszkań nie unikniemy, ale możemy minimalizować zagrożenia. Na przykład przechowując zbiór nie w pokoju z aneksem kuchennym, tylko w pomieszczeniu mniej narażonym na wilgoć i spaliny (z gazowej kuchenki). Przechodzimy teraz do problemu, co wybrać klaser, palety, kopertki, kapsle, slaby itd.

Nasi wielcy i pomniejsi poprzednicy trzymali swoje zbiory w mniej lub bardziej opancerzonych "minckabinetach". Sejf u Czapskich jest wielki i piękny. Tu przykład skromniejszy - szafka, którą można było kiedyś kupić u Kuenkera.

Ładna, umożliwia utrzymanie porządku, łatwo można odnaleźć dowolną monetę, byle tylko mieć dokładny spis z podaniem numeru szufladki i wskazaniem miejsca na niej. Do spisów/katalogów przejdę w kolejnym wpisie. Jeśli kiedyś zdarzy się Wam kupić na aukcji monetę ze starego zbioru przechowywanego w podobnym meblu, może Was zaskoczyć, że patyna na awersie jest całkiem inna, niż na rewersie, a to przecież nic dziwnego. Powietrze, a więc i wilgoć i związki siarki z dymu z kominka/pieca miały lepszy dostęp  górnej powierzchni monety. Z kolei dolna powierzchnia była narażona na związki uwalniające się z tkaninowej podkładki i kleju, którym ta podkładka była przylepiona do dna szuflady.
Chętnie trzymałbym swój zbiór w takiej szafce, ale jego objętość - przeszło trzy tysiące monet - oznacza, że szafka musiałaby być dość duża. Nie na nasze mieszkanie!

Z tego samego powodu nie zdecyduję się na nowoczesne wyroby oferowane przez wielu producentów akcesoriów kolekcjonerskich.

Takie kasety też gdzieś trzymać trzeba. 

Mniej miejsca zajmują klasery. 
Z klaserami też trzeba ostrożnie. W czasach kiedy sfotografowano mnie nad moim "zbiorem" (zdjęcie pierwsze) w Polsce dostępne były praktycznie tylko klasery nazwane później "zemstą Honeckera". Produkowane w NRD (albo DDR, jak kto woli), z miękkiego polichlorku winylu. Na przechowywanych w nich 
srebrnych monetach w krótkim czasie pojawiał się mazisty, zielonkawy nalot, który można było usunąć tylko spirytusem (szkoda marnować) albo czystym acetonem (broń Boże zmywaczem do paznokci). Czego by nie użyć, bywało, że monety nie dało się przywrócić do dawnej świetności. Miedź reagowała jeszcze gorzej!

Później pojawiły się klasery z tworzywa obojętnego dla monet. Przynajmniej teoretycznie obojętnego. Kolejnym krokiem były popularne do dziś klasery, w które wkłada się monety nie bezpośrednio, tylko w holderach. 

Są jeszcze klaserki miniaturki, tzw. giełdowe. To w nich oferowane są na wszelkiego rodzaju giełdach i targach staroci monety nie zawsze oryginalne, prawie zawsze mocno zużyte i na dodatek słabo widoczne przez porysowaną, a często po prostu brudną folię. Do przechowywania zbioru absolutnie nieodpowiednie.

Klasery występują w dwu standardach - albo są to w zasadzie segregatory z twardymi okładkami, do których wpina się pojedyncze karty z kieszonkami na monety, albo są to wykonane w całości z tworzywa "książeczki" z mniejszą lub większą ilością kart. I jedne i drugie, jeśli ustawiane na półkach, jak książki, odkształcają się - karty się wyginają i słabo to po jakimś czasie wygląda. Układane poziomo, ciężkie przecież od zawartości, powodują, że monety na tych najniższych kartach, jeśli nie są w holderach, zostają wprasowane w kieszonki kart i trudno je później stamtąd wyjmować. 

Mamy jeszcze jeden typ klaserów - "książki" z kartami z grubego kartonu, z okrągłymi otworami na monety, otworami zamkniętymi paskami lub arkuszami przezroczystej folii - po jednej stronie zamocowanymi na stałe, z drugiej strony wysuwanymi, by można było wkładać  monety w odpowiednie otwory. Odpowiednie, bo obecnie tego typu klasery produkuje się nie z przeznaczeniem na dowolne monety, tylko do przechowywania zestawów rocznikowych albo serii monet, np. naszych "złotych" dwuzłotówek. Coś na wzór produkowanych kiedyś bordowych klaserów filatelistycznych na kolejne roczniki znaczków - z gotowymi opisami i kieszonkami dopasowanymi do wielkości i liczności serii.

Wspomniałem o holderach, czyli kartonowych kwadratach - zwykle 50 mm x 50 mm - z okrągłym otworem zakrytym przeźroczystą folią z neutralnego chemicznie tworzywa. Niektóre holdery mają nałożoną warstwę kleju - po usunięciu zabezpieczającej folii, złożeniu i zaciśnięciu powinny się trwale skleić uniemożliwiając wypadnięcie monety. Niestety różnie z tym bywa, czasem klej puszcza i moneta wypada - dobrze, jeśli tylko do kieszonki klasera, gorzej, gdy znika nie wiadomo gdzie. Holdery można przechowywać nie tylko w klaserach. Znakomicie sprawdzają się w pudełkach o dopasowanych wymiarach, ale wtedy nie można już tak łatwo chwalić się zbiorem. Każdą monetę trzeba pokazywać osobno. 

Holdery po zaklejeniu nie pozwalają niestety na wykonanie pomiarów wagi i średnicy monety i utrudniają wykonanie dobrych zdjęć. Nadają się więc do przechowywania monet "bezproblemowych", nie wymagających późniejszych badań.
Monety, które być może będą wymagały jeszcze dokładnych oględzin albo pomiarów lepiej przechowywać w papierowych lub plastikowych kopertkach o identycznych z holderami wymiarach. Kopertki z tworzywa są przezroczyste, często z dodatkową kieszonką, w której można umieścić kartonik z opisem monety.

Kopertki papierowe mają jedną wadę, dla niektórych nieakceptowalną - żeby obejrzeć monetę, trzeba ją z kopertki wyjąć. Dla kolekcjonera, u którego dominuje potrzeba chwalenia się zbiorem to może być główną przyczyną wyboru innej metody jego przechowywania. Najwidoczniej przeważają u mnie inne potrzeby, bo wybrałem akurat kopertki papierowe. Mogą być gotowe, kupowane w sklepach z akcesoriami. 
Mogą być wykonywane własnoręcznie, zwłaszcza gdy przeznacza się je na gorzej zachowane monety, którym niewiele już może zaszkodzić. Żeby się niepotrzebnie nie powtarzać, odsyłam do wpisu sprzed lat z jednym uzupełnieniem. Od czasu gdy go pisałem minęło 9 lat i nadal nie widzę negatywnego wpływu zwykłego papieru biurowego na monety.

W kopertkach przechowywał swój zbiór Tadeusz Kałkowski. Na aukcjach (tu przykład z GNDM) monety z jego zbioru oferowane są z kopertkami wykonywanymi przez niego. Przypuszczam, że kopertki te mają całkiem pokaźny udział w końcowych cenach.


W internecie można znaleźć szablony do własnoręcznego wykonywania klejonych kopertek, czasem z nadrukiem rubryk do opisania monety albo wręcz z gotowymi opisami z numerami katalogowymi i oficjalnymi parametrami metrologicznymi.

Dochodzimy w końcu do najnowszej metody przechowywania monet, do slabów - z konieczności musiałem użyć angielszczyzny, bo polskiego odpowiednika nie ma. Chyba, że będziemy się posługiwać potoczną nazwą często pojawiającą się na forach - slaby "żartobliwie" nazywa się  na nich trumienkami.

Mam kilka (!) tak zapakowanych monet. Kilka kolejnych uwolniłem z "trumienek" bo ani szczególnie dobrze zachowane, żadne tam MS67, ani szczególnie cenne. W slabach została na przykład dwuzłotówka z Piłsudskim z 1936 r. i grosz z 1837.
Z tym groszem, to ciekawa sprawa, bo fachowiec oceniający stan i autentyczność monety nie zauważył, że to arcyrzadki wariant z błędnym oznaczeniem mennicy WM zamiast MW. Slaby mają wady holderów - nie można monety zważyć ani zmierzyć, nie widać rantu i na dodatek utrudniają wykonanie dobrych zdjęć monety. Mają jeszcze jedną, dość zasadniczą wadę - ich grubość, to około 1 cm. Liczymy - 3000 monet = 3000 cm = 30 m. Trzydzieści metrów! OK, slaby nie muszą być ustawione w jednym tylko rządku. Ich szerokość, to coś około 6 cm, czyli na standardowej bibliotecznej półce o głębokości 30 cm można ułożyć 4 rzędy. Tylko cztery, bo slaby nie mogą przecież stać luzem, tylko muszą być w jakichś pudełkach. W sumie potrzebne by mi było siedem, do ośmiu metrowych półek. Chyba już wspominałem, że w naszym mieszkaniu nie ma zbyt wiele miejsca. Musiałbym wyrzucić książki! 

Zostanę przy kopertkach
Niedługo ciąg dalszy o kolekcjonerach-magazynierach.

wtorek, 22 czerwca 2021

Kolekcjoner... od chwalipięty do mentora

Kolekcjoner, to prawie zawsze CHWALIPIĘTA. Prawie, bo wyłamują się z tej reguły przypadki patologiczne - zbieracze, którzy ukrywają swoje rarytasy, nie dzielą się nimi z nikim. Nikomu nie pokazują, nikomu o nich nie opowiadają, nie udostępniają do badań, publikacji, na wystawy. Nazwałem te przypadki patologicznymi, bo albo są to posiadacze okazów pozyskanych nielegalnie, jak słynny już miłośnik Moneta, który ukradł "Plażę w Pourville" z Muzeum Narodowego w Poznaniu, albo osoby chorobliwie nieufne - w obu przypadkach można mówić o patologii.

Chwalić się można na wiele sposobów. W czasach przedinternetowych dominował przekaz bezpośredni, rozmowa w cztery oczy lub w większym gronie, kiedy zaczęły powstawać stowarzyszenia kolekcjonerskie. Za pewną formę chwalenia się, można uznać prywatne muzea, wywodzące się ze znanych już w średniowieczu gabinetów osobliwości. Ich charakter lepiej oddaje niemiecka nazwa - kunstkamera, czyli gabinet sztuki. Już w XVI wieku Kunstkamerami chwalili się prawie wszyscy władcy niemieckich, włoskich i francuskich księstw i królestw. Wiele z nich było publicznie dostępnych. Część z nich przetrwała i po włączeniu w zbiory muzealne, jest udostępniana publiczności (np. kompleks muzeów drezdeńskich).

Z czasem kunstkamery zaczęli tworzyć arystokraci, duchowni, bogaci kupcy i mieszczanie oraz szkoły. Polskim przykładem jest oczywiście puławska Świątynia Sybilli założona przez Izabellę Czartoryską, oraz, by pozostać w kręgu numizmatyki, zbiory gdańskiego Gimnazjum Akademickiego, Biblioteka Liceum Krzemienieckiego i niemożliwe przecież do pominięcia, zbiory Emeryka Hutten-Czapskiego, Jerzego Dunin-Borkowskiego... Mógłbym tak długo wymieniać

Na wszystkich forach numizmatycznych, które znam, pojawiają się wpisy  kolekcjonerów chwalących się nowymi nabytkami. Często zakłada się na nich specjalnie do tego celu przeznaczone wątki. Na forum TPZN jest na przykład wątek zatytułowany
Połowy drobnicy staropolskiej (i nie tylko drobnicy). Zanim do niego zajrzycie, przeczytajcie proszę mój wpis z listopada 2018, zatytułowany, a jakże, Połowy drobnicy staropolskiej. Wpis ujawniający moje oczywiste ciągoty do chwalenia się monetami pozyskiwanymi do zbioru, ale  co ważniejsze, przedstawiający kolekcjonera nie ograniczającego się do gromadzenia monet. Kolekcjonera, którego można nazwać i BADACZEM i AUTOREM (o tych wcieleniach w późniejszych odcinkach), ale również MENTOREM, NAUCZYCIELEM. Nie chcę przepisywać tego, co we wskazanym wpisie już napisałem. Przeczytajcie, odszukajcie wykład, wysłuchajcie go uważnie. 

Skoro już o chwaleniu się nowymi nabytkami mowa, to... nie bardzo mam się w tym roku czym chwalić. Jakoś nie mam szczęścia. I portfel też chyba za chudy, jak na tegoroczne ceny. Najciekawszą zdobyczą pochwaliłem się już w styczniu. A co tam. Pokażę to maleństwo jeszcze raz (opis w linku powyżej).

"Pochwalę się" też zakupem nieudanym. 


Gdybym takiego grosza nie miał, gdybym się już nim wcześniej nie chwalił, licytowałbym wyżej. A tak, to ustawiłem niewysoki limit, na zasadzie "pewnie nie wygram, ale na pewno nie przegapię zakończenia i zapiszę kolejne notowanie, a jeśli konkurencja zasugeruje się ceną szacunkową (60 zł !!!) to będzie to lepsza lokata, niż banki oferują". O tej zasadzie jeszcze w którymś odcinku więcej napiszę.

Pan Dariusz Marzęta nie jest wyjątkiem. Jest nas "mentorów" (nas, bo i siebie do tego grona zaliczam) wielu i to nasze grono rośnie. Tradycje mamy znakomite. W końcu jesteśmy kontynuatorami tego, co zaczęli Beyer, Bartynowski, Ryszard, Czapski, Mańkowski czy Kałkowski. Jesteśmy kolekcjonerami, którzy oczywiście chwalą się swoimi zbiorami, ale też "chwalą się" swoją wiedzą na temat monet - ich historią, znajomością technik produkcji, regułami przechowywania i konserwowania. Dawniej, ale i teraz również, to "chwalenie się" odbywało się najczęściej podczas zebrań klubowych PTAiN i później PTN i innych stowarzyszeń kolekcjonerskich. Oczywiście pewną jego formą były też publikacje w Biuletynie Numizmatycznym i regionalnych periodykach. Nową formą (w sensie organizacyjnym) są sesje wykładowe organizowane przez muzea oraz domy aukcyjne. Nową formą (w sensie technicznym), są internetowe blogi, videoblogi, podcasty oraz cykle krótszych lub dłuższych filmów udostępnianych na stronach internetowych, np. na YouTube. Tradycyjne prelekcje (wykłady), o ile nie pojawiają się przeszkody formalne, też coraz częściej są nagrywane i udostępniane wszystkim chętnym.

W tym miejscu musi pojawić się ostrzeżenie. Filmy na YouTube i podobnych serwisach może umieszczać każdy. I może, niestety, pleść totalne bzdury i pokazywać rzeczy wołające o pomstę do nieba. Zalecam szczególną ostrożność w korzystaniu z porad dotyczących "cudownych" metod czyszczenia i konserwacji monet. Można je oczywiście oglądać, ale najlepszą nauką, jaką można i należy z nich wyciągnąć, jest rezygnacja z reklamowanych w nich metod i środków. Wystarczy porównać wygląd monet na początku filmu, przed "zabiegami" i na jego końcu. Niewiele się pomylę, szacując, że 99 na 100 "wyczyszczonych" monet, to monety bezpowrotnie zniszczone. Zanim więc postanowicie pochwalić się swoimi umiejętnościami i osiągnięciami w dziedzinie konserwacji monet, mocno się zastanówcie - szkoda tych monet. Będę o tym jeszcze pisał w odcinku o KONSERWATORACH. 

Chwalipięctwo nie jest niczym złym, ale może mieć złe skutki nie tylko dla monet, ale i dla chwalipięty. Rzecz w tym, że trzeba mieć instynkt samozachowawczy. Zaglądam często na forum "poszukiwaczy skarbów". Jest tam między innymi wątek pod wdzięcznym tytułem ...piątkowy wącik chwalipięty.... Jeden z wielu, w którym poszukiwacze chwalą się swoimi znaleziskami, ale w odróżnieniu od innych, zakończony (zawieszony?) w roku 2019. Przypuszczam, że jego autor uznał, iż po niedawnych zmianach, ustawa o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami wprowadziła tak daleko idące restrykcje wobec "kopaczy", że  kontynuowanie wątku jest po prostu niebezpieczne. Jak działa ta ustawa, przekonał się na własnej skórze pan Jacek Urbański z Gdyni. Jeden z wielu gazetowych tekstów opisujących jego przypadek ma tytuł "Policja zarekwirowała kolekcjonerowi 13 tys. monet. Sprawę umorzono, ale cenny zbiór nie wrócił do właściciela". Poszukajcie w sieci, poczytajcie i zastanówcie się, na ile chwalenie się swoimi zbiorami jest bezpieczne. 

Moje rady w tym zakresie są, myślę, jasne i uzasadnione:

  • należy unikać chwalenia się "wykopkami" - monetami noszącymi świeże ślady długiego pobytu w ziemi,
  • lepiej unikać chwalenia się zakupionymi na Allegro, OLX, eBay itp. dużymi zespołami monet, zespołami o cechach charakterystycznych dla skarbów (niezależnie od ich wieku, no, może do PRL nikt się nie przyczepi)
Jeszcze jeden nieciekawy aspekt zbyt ufnego chwalenia się kolekcją - chwalmy się tak, by nie prowokować wizyt włamywaczy. Warto unikać podawania w sieci dokładnej lokalizacji. Dobrą praktyką jest korzystanie przy zakupach z systemów płatności z pośrednikiem, tak by sprzedawca lub nabywca nie znał ani Waszego numeru konta, ani adresu, który pojawia się na tradycyjnych przelewach. Warto korzystać z paczkomatów, a w przypadku tradycyjnej poczty, z wysyłki na jakiś inny adres, np. do pracy, jeśli to tylko jest możliwe. Dobrze mieć skrytkę pocztową.
A jeśli już stało się i Wasz adres nie jest pilnie strzeżoną tajemnicą, nie chwalcie się w mediach społecznościowych, że właśnie siedzicie gdzieś daleko od domu, pod palmami, na plaży, w górach i innych fantastycznych miejscach, ani że coś takiego macie w planach. 

Chwalić się można nie tylko przed innymi kolekcjonerami.
Krystyna Zachwatowicz śpiewała kiedyś pod Baranami:
...a potem on powiedział, żeby pójść do niego
że on obrazki różne ręczne w domu ma
Obrazków nie miał, tylko tapczan, tam gdzie śpi
i czyja nózia? - tak się pytał, że niby nie wie czyja...
i różne inne części także ściskał mi

Tylko pamiętajcie, że ostrzegałem. Żeby się potem nie okazało, że jakiś dukacik wylądował u jubilera i zamienił się w (nawet ładny) pierścionek.



czwartek, 17 czerwca 2021

Nowy cykl, stary tytuł

Dość długa przerwa w publikowaniu na blogu nie oznacza, że mi się znudziło. Wręcz przeciwnie, tyle, że czasu coś ostatnio mało, a ten, którym dysponuję elastyczny nie jest wcale. Przez ten prawie miesiąc nie było dnia, żeby do mojej skrzynki mailowej nie wpadały nowe wiadomości. Co ciekawe, można je podzielić na dwie niemal równoliczne grupy. Pierwsza, to "odkrycia nowych destruktów" z prośbami o opinię i wycenę (przypominam - NIE WYCENIAM!), druga to pytania podstawowe: o przechowywanie, katalogowanie, czyszczenie, falsyfikaty, literaturę itp.

Wiadomości z pierwszej grupy, w której nazwie cudzysłów był nieprzypadkowy, nie są nadmiernie absorbujące - odpowiedź na 95% z nich jest krótka - moneta uszkodzona poza mennicą.

Druga grupa wymaga większego nakładu pracy. Mógłbym w zasadzie też przygotować kilka (kilkanaście) standardowych szablonów i załatwiać sprawę metodą Ctrl-C Ctrl-V, ale nie czułbym się z tym dobrze. Czytam te pytania i prośby o pomoc i widzę ich autorów - jedni młodzi, albo bardzo młodzi, inni - "powracający", którzy przypomnieli sobie młodzieńcze, jeśli nie dziecięce pasje i próbują do nich wracać. Później przychodzą wiadomości zwrotne, podziękowania, prośby o dodatkowe wyjaśnienia, nowe pytania. Przychodzą, albo i nie przychodzą - ludzie są różni, dlatego nie wyobrażam sobie traktowania ludzi gotowcami nie uwzględniającymi wiedzy pytającego, jego zdolności percepcji, poczucia humoru...

Zastanawiając się nad kilkoma takimi odpowiedziami, przypomniałem sobie wykład, a raczej referat, który wiosną 2014 r. (jak ten czas leci!) miałem zaszczyt wygłosić u Czapskich w ramach cyklu "Numizmatyka, czyli co". Tytuł brzmiał "Kolekcjoner, czyli kto". 

Krótkie omówienie jest oczywiście na blogu. Tak sobie pomyślałem, że umieszczę na blogu  rozbudowane, zaktualizowane rozwinięcia części tego referatu i uzupełnię je o tematy wtedy nie poruszone, a ważne. Wytkniecie mi pewnie, że to też będą bezosobowe "gotowce", że to też pójście na łatwiznę, na skróty. Mam nadzieję, że po pierwszych wpisach z tego cyklu zmienicie zdanie.

Będzie o MAGAZYNIERACH, ZAOPATRZENIOWCACH, TROPICIELACH i ŁOWCACH, HAZARDZISTACH, ZWIERZYNIE ŁOWNEJ czyli o JELENIACH, o INWESTORACH, ANTYKWARIUSZACH, KONSERWATORACH, BIBLIOTEKARZACH, DYDAKTYKACH, DETEKTYWACH, NAUKOWCACH, ODKRYWCACH, AUTORACH, FAŁSZERZACH, ZŁODZIEJACH, OSZUSTACH, ARCHIWISTACH, TŁUMACZACH, FOTOGRAFIKACH, LITERATACH, HISTORYKACH SZTUKI. To już wiem, a na pewno w trakcie pojawią się jeszcze inne kolekcjonerskie wcielenia.  

Zaczynamy we wtorek, 22 czerwca. Od czego zacznę? Pewności jeszcze nie mam, na razie tylko wstępny pomysł. W oczekiwaniu na wtorek przeczytajcie proszę wpis podlinkowany pod ilustracją. Oczywiście jestem otwarty na Wasze propozycje - o jakim jeszcze wcieleniu kolekcjonera chcielibyście przeczytać? 


środa, 19 maja 2021

Tym razem o kupowaniu.

Było o sprzedawaniu, dwukrotnie nawet. Pora napisać coś o kupowaniu monet, literatury i innych numizmatycznych "pomocy naukowych". 

Prawie codziennie wpadają do mojej skrzynki (wirtualnej) powiadomienia o nowych aukcjach. Gdybym chciał dokładnie te wszystkie katalogi przeglądać, a potem jeszcze analizować rezultaty, czasu na jedzenie i sen by mi brakło. Pierwszy wniosek jest prosty, automatyczny - skoro jest taka podaż, to musi być popyt, a to oznacza, że nasze hobby ma się dobrze.

Prawie codziennie trafiam też na przeróżnych forach na skargi i narzekania na absurdalnie wysokie ceny końcowe tych wszystkich licytacji. Piszący je, zwykle nie mają wątpliwości - wszystkiemu winni są inwestorzy, dla prawdziwych kolekcjonerów nastały czasy posuchy. 

Gdy zestawić oba te zjawiska, obraz staje się jeszcze klarowniejszy - popyt jest większy, niż mogło by się początkowo zdawać. I nie ma co zwalać winy na inwestorów, bo ci prawdziwi, nie takimi drobiazgami jak monety są zainteresowani. Trzeba przecież pamiętać, że to już nie te czasy, kiedy kisiliśmy się w naszym małym krajowym stawku. Teraz rekiny buszują po oceanach i w ruch nierzadko idą kwoty równe obrotowi całych, wielodniowych aukcji największych z naszych firm numizmatycznych.

W zakładkach mojej przeglądarki (Vivaldi, gdyby ktoś był ciekawy) zapisuję sobie co ciekawsze handlowo-numizmatyczne smaczki. Na przykład takie.

Rzadka, a właściwie bardzo rzadka dziesięciogroszówka 1840 z omyłkowym znakiem mennicy - w opisie mamy W-W, a tak naprawdę, to pierwsze W, to nie W, tylko M obrócone do góry nogami. Tak to wygląda z bliska.

Jakby nie było, to moneta rzadka, znana od dawna, już Plage o niej pisał:

"106 - Odmiana - w napisie GROSZY zamiast litery G jest C, a pod orłem litera M jest odwrócona i przypomina W." 

Zwróciliście uwagę na moje podkreślenie? W opisach jednogroszówek Plage pisał "G przypomina C" - oczywiście chodziło o nieobecność pionowego szeryfa. Bez niego G rzeczywiście przypomina C. 

Zakładać trzeba, że opisy "zamiast G jest C" i "G przypomina C" są tożsame. No dobrze, co wobec tego sprzedano na 18 aukcji PDA za 360 zł + młotkowe? Na monecie szeryf ewidentnie jest, słusznie więc w opisie znalazło się podkreślenie, że Plage nie notuje. Podano numer 9391 z Kopickiego, i słusznie, bo w tomie "Tablice, część 2" na rysunku poz. 9391 szeryf jest.  

Czy koś z Was ma/widział/ma zdjęcia odmiany 10 groszy 1840 WW z G bez szeryfa? Ja takiej sztuki nigdy nie widziałem, ani na żywo, ani na zdjęciu. Z faktu braku ilustracji tej odmiany u Plagego wnioskuję, że i On takiej monety nie widział. Oparł się zapewne na czyimś niedokładnym opisie i pozostało "zamiast G jest C" i... okazja do podkreślenia wyjątkowości zapisem "Plage nie notuje". Co prawda, to prawda, przecież nie notuje, ale moim zdaniem, ciekawsze byłoby pochwalenie się monetą dokładnie odpowiadającą opisowi odmiany numeru 106.

Wylicytowana cena, 360 zł + prowizja, czyli łącznie 425 zł nie jest przesadnie wysoka. Powiem więcej, na tle innych monet o porównywalnej rzadkości, uważam ją za niewygórowaną. Może powodem był brak gradingu, ale przecież rzetelnie opisany stan 4 nie dawał szans na dobrą ocenę gradera. Nieważne. Ktoś kupił za niecałe pół tysiąca rzadką monetę, pojawiającą się na rynku raz na kilka lat i powinien być z tego zadowolony. Ja byłbym, bo za swój egzemplarz zapłaciłem w 2007 roku 199 zł. i ani wtedy, ani dziś tego wydatku nie żałuję. 

Plage nie notuje, Chałupski nie notuje... Dwie monety, w których opisach znalazła się ta ostatnia wzmianka zwróciły niedawno moją uwagę. Obie na 19 aukcji WDA. 

Pierwsza z nich, to szeląg Augusta III z 1751 r. z literką S. 

Poszedł za 270 zł + prowizja. Ciekawe, co wywarło na kupującym  większe wrażenie, R7 u Kamińskiego, czy brak tego wariantu w moim katalogu. 

Druga, szeląg tegoż władcy, rocznik 1752, literka A.

Tym razem cena poszybowała, że ho, ho - 1450 zł + prowizja i w tym przypadku przypuszczam, że to moja wina/zasługa (niepotrzebne skreślić)

Pisząc swój katalog miedziaków koronnych Augusta III oczywiście przeprowadziłem kwerendę w kilku muzeach, ale nie powiedziałbym, że była to "gigantyczna kwerenda w większości muzeów". Licentia poetica, powiedzmy.
Faktem jest, że budując coś w rodzaju zbioru badawczego, mającego być podstawą do opracowania katalogu, za szelągi w podobnym stanie zachowania płaciłem po kilka/ kilkanaście złotych, w kilku wyjątkowych przypadkach (nie przyznam się których) zapłaciłem coś między 50, a 100 zł. Więcej dałem tylko za szelągi z kontrmarkami i za gruntalskiego szeląga (bez literki) z roku 1755 - było to w roku 2016 i od tego czasu nie natknąłem się na żadną ofertę tej monety! Więcej zapłaciłem też za kilka monet już po ukazaniu się mojego katalogu.
Faktem jest też, że szeląga z 1752 r z literką A i AVGVSTVS nie mam i chętnie włączyłbym go do zbioru, jednak nie za te pieniądze za taki stan zachowania. To, że na tę kombinację cech dotąd nie natrafiłem, nie musi być równoznaczne z jej niebywałą rzadkością. Mogło się zdarzyć, że miałem szansę taką monetę widzieć i kupić, ale widząc 1752 A, jakoś wariant pisowni imienia króla zlekceważyłem. Sidła zastawione. Cierpliwie poczekam, aż coś w nie wpadnie.

Jakie wnioski z tego wszystkiego mogą wyciągnąć kupujący?

  • Dobrze mieć katalogi, żeby wiedzieć czego nam brakuje, co jest rzadkie, a co pospolite.
  • Dobrze mieć rozeznanie, czy to co czytamy w katalogach jest prawdą, przypuszczeniem, czy zwykłą pomyłką (vide szeląg 1751 S z rzadkością R7 u Kamińskiego/Żukowskiego - a może już w 1980 wiedzieli o wariancie "z szeroką koroną", tylko nie umieścili tego w opisie?)
  • Dobrze mieć umiejętność oddzielania reklamy od rzetelnego opisu - tu ponownie wraca konieczność posiadania katalogów i weryfikowania opisów serwowanych przez sprzedawców - na jednej z najbliższych aukcji wystawiono lipski grosz (1/24 talara) Augusta III z roku 1760 bez inicjałów mincmistrza na awersie, pisząc, że to moneta nienotowana, choć w katalogu Kahnta bez trudu znajdujemy ją pod numerem 594 z całkiem przeciętną wyceną.
  • Dobrze mieć swój własny kanon zachowań na zakupach i ściśle się go trzymać.
    • Ja, jeśli jakąś monetę "muszę mieć", a pojawia się ona w sprzedaży tylko sporadycznie, to licytuję wysoko, czasem nieracjonalnie wysoko, ale przecież, jeśli MUSZĘ...
    • Jeśli to moneta z gatunku, fajnie było by ją mieć i jednocześnie to coś, co pojawia się na rynku dość często, to licytuję rozsądnie - cena w tym przypadku musi odzwierciedlać i rzadkość i stan zachowania
    • Jeśli to moneta, bez której mój zbiór może się obejść, licytuję na zasadzie "dam wyraźnie poniżej poziomu rynkowego - jeśli się uda to świetnie, jeśli nie, to nie".
Bardzo jestem ciekaw, jak na poziom cen obiegówek II RP wpłynie niedawno wypuszczone na rynek, drugie wydanie katalogu J. Parchimowicza, poszerzone o warianty stempli niskich nominałów. Pewne może być tylko to, że ceny wydania pierwszego powinny spaść. Chyba, że do gry wkroczą miłośnicy pierwodruków :-)

czwartek, 13 maja 2021

OLX, czyli o sprzedawaniu monet przez kolekcjonerów raz jeszcze.

W marcu napisałem krótki tekst, w reakcji na narzekania o braku "porządnego portal do handlu, wymiany, tylko dla monet". Nie będę przypominał dziś powodów, dla których oczekiwanie "portalu ... tylko dla monet" jest mrzonką. Chcę natomiast podzielić się spostrzeżeniami po dwumiesięcznym prawie, intensywniejszym korzystaniu z OLX. 

Podtrzymuję opinię wyrażoną w marcu, że jest to bardzo dobre miejsce do pozbywania się dubletów i monet, które z różnych powodów przestały pasować do zbioru.

Po pierwsze, jako sprzedawcy mogą działać osoby nie prowadzące działalności gospodarczej. Oczywiście, tak samo jest na eBay.pl, choć już nie na Allegro.pl, bo tam sprzedawcy okazjonalni zostali wrzuceni do tworu Allegro Lokalnie.
eBay i Allegro mają nad OLX przewagę, bo oferują sprzedaż aukcyjną - wyceny dokonuje "niewidzialna ręka rynku" (czasem With a little help from the sellers friends), ale z kolei OLX wygrywa, nie pobierając prowizji od sprzedawców monet i innych obiektów kolekcjonerskich.

Po drugie, na OLX zagląda naprawdę wiele osób. Według badania Gemius/PBI w marcu 2020 serwis OLX.pl zanotował 13,4 mln użytkowników (dane PBI/Gemius), którzy wygenerowali 1,5 mld odsłon (za Wikipedią). 

Po trzecie, bezpieczeństwo sprzedających. Mechanizm wysyłki z paczkomatu do paczkomatu (Przesyłka OLX), oprócz racjonalnych kosztów wysyłki oraz sprawnie działającego bezpiecznego systemu przekazywania należności, zapewnia sprzedającemu prywatność. Kupujący nie poznają adresu ani numeru konta sprzedających. Rozumiem oczywiście, że z punktu widzenia kupującego niekoniecznie wygląda to na rozwiązanie w pełni bezpieczne, ale przy zachowaniu reguł zdrowego rozsądku, narażenie nie jest większe, niż na innych serwisach. 

Co mi się nie podoba w funkcji "Przesyłka OLX", to brak możliwości łączenia przesyłek. Zasada osobnej przesyłki do każdego ogłoszenia sprawia, że kupujący unikają ogłoszeń dotyczących pojedynczych, niedrogich monet, bo po doliczeniu kosztów wysyłki, niedrogie stają się drogimi. To zjawisko wymusza na sprzedających oferowanie takich niedrogich monet w zestawy, co nie zawsze musi odpowiadać potencjalnym nabywcom. Każde ograniczenie można oczywiście obejść. Można korespondencyjnie lub telefonicznie umówić się na wysyłką łączną kilku oferowanych osobno obiektów, ale w takich przypadkach margines ryzyka może się znacznie poszerzać.

Wszystko, co wyżej napisałem, może się Wam wydawać nadmiernym optymizmem, bo pierwsze wrażenie po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła "monety" może czasem wbić w fotel, i to nie z powodu atrakcyjności oferty. Gwarantuję (niestety), że najpierw rzucą się Wam w oczy takie na przykład "kwiatki":


Można się długo zastanawiać, na co liczy oferent. Mam nadzieję, że tylko oferent, a nie sprzedawca, bo szansę na sprzedaż tego "numizmatu" za te pieniądze oceniam na porównywalne z szansą na główną wygraną w Eurojackpot. Z drugiej strony, kto bogatemu zabroni bezsensownego wydawania pieniędzy. 

Metodą na unikanie obrazków i opisów podważających wiarę w rozsądek naszych rodaków jest umiejętne używanie wyszukiwarki. To zresztą dotyczy nie tylko OLX. Na innych serwisach sprzedażowych też można znaleźć numizmatyczne cudeńka, jeśli się tylko wie czego szukać, albo gdy się człowiek wczuje w sposób myślenia kogoś, kto niekoniecznie wie, co ma, albo myśli, że wie, a w rzeczywistości wie nie całkiem.

Ceny! Te na pierwszy rzut oka mogą odstraszać. Nie mam teraz na myśli przypadków, jak na pokazanym wyżej obrazku, mówię o standardowych ogłoszeniach wystawionych przez przeciętnych oferentów. Na szczęście większość z nich jest otwarta na rozsądne negocjacje dotyczące i ceny i łączonej wysyłki wielu obiektów. Wiem, co piszę, bo testowałem z pozytywnymi efektami.

Testować będę nadal. I jako sprzedający (https://www.olx.pl/oferty/uzytkownik/PhPR/), i jako kupujący. Zachęcam do podjęcia takich samych prób. Przecież im więcej będzie tam ogłoszeń rozsądnych, tym większe będą szanse na sukcesy dla obu stron transakcji.


środa, 21 kwietnia 2021

Nowotko 1983

 Pisałem niedawno o dwudziestozłotówkach z Marcelim Nowotko bitych w latach 1974 do 1976. W komentarzach do tamtego wpisu pan Paweł przysłał odnośniki do zdjęć Nowotki z rocznika 1983. To ciekawy rocznik. Wybity w nakładzie zaledwie 152.000 egzemplarzy. Cały nakład rocznika 1983 rzekomo miał zostać rozprowadzony między działaczy PZPR oraz członków PTAiN.  Nieważne, co mówiono. Mimo niskiego nakładu, moneta nie cieszyła się dużym zainteresowaniem kolekcjonerów.

Przy tak niskim nakładzie nie należy oczekiwać istnienia wariantów stempli. Tych sto pięćdziesiąt dwa tysiące monet można było wybić kilkoma parami stempli, czyli teoretycznie powinna wystarczyć jedna matryca do ich tłoczenia. Tymczasem ze zdjęć przysłanych przez p. Pawła, zdaje się wynikać coś zdumiewającego. Zdjęcia wyglądają tak.

Czy różnica wielkości rysunku to złudzenie, czy nie?

Zdjęcia w tej formie nie nadają się do analizowania różnic stempli. Moneta górna została sfotografowana na wprost - oś obiektywu była prostopadła do powierzchni monety. Monetę dolną sfotografowano pod kątem. Obróbka zdjęć prowadząca do przekonwertowania do identycznych rozmiarów i jednakowego ułożenia daje taki efekt.

Widoczne linie siatki pomocniczej pokazują, że moneta po prawej ma troszkę mniejszą średnicę rysunku. Problem w tym, że może to być efekt zastosowanych przekształceń. Przeskalowanie elipsy (moneta sfotografowana pod kątem) do koła (tak powinna wyglądać fotografowana na wprost) zmienia proporcje rysunku, zaburza rzeczywiste rozmieszczenie szczegółów. 

Czy da się więc wykonać poprawną analizę zdjęć robionych pod różnymi kątami? Jest to możliwe, jeśli uda nam się poprawnie ocenić wzajemne ułożenie monety i obiektywu aparatu. Pomiar odległości elementów rysunku będzie prawidłowy tylko w płaszczyźnie prostopadłej do płaszczyzny wyznaczonej przez oś obiektywu i jej rzut na powierzchnię monety. To skomplikowane tylko na pierwszy rzut oka. Zobaczcie na następne zdjęcie.

Zdjęcie dolnej monety zostało wycięte, przeskalowane w jednej tylko osi, do szerokości równej szerokości monety górnej i ponownie wklejone. Linie pomocnicze przechodzące przez cyfry 9 i 8, przecinają je na obu monetach w tym samym miejscu, ale całość legendy monety górnej zamyka się w kole o średnicy większej, niż na monecie dolnej. Różnica jest niewielka, ale wyraźna.

To tylko zdjęcia. 100% pewności dadzą tylko bezpośrednie pomiary obu monet, ale prawdopodobieństwo, że wyniki będą takie, jak przy porównaniu zdjęć jest bardzo duże. To oznacza, że nie dość, że były dwie różne matryce, to jeszcze musiały być dwie patryce do ich wytłoczenia. Moim zdaniem oznacza to, że przygotowywano się do bicia znacznie większego nakładu, a skończono na tak małej ilości, bo ze względu na inflację, wartość nominalna monety byłaby nieakceptowalnie mała w stosunku do kosztów jej wybicia.   

Dlatego opowieści o specjalnym statusie tej monety, o jej jubileuszowym charakterze ("okrągła", 80-ta rocznica urodzin Nowotki), o rozprowadzaniu między wybrańcami itp. to moim zdaniem kolejna  bezsensowna "legenda miejska". Im takich legend mniej, tym lepiej dla numizmatyki. Z drugiej strony, fajnie słucha się takich dziwnych opowieści, siedząc w miłym towarzystwie, przy dobrym jedzeniu i piciu.

Cały ten mój wywód ma jeszcze jeden cel. Chodzi mi o uświadomienie ważności sposobu fotografowania monet, jeśli ich zdjęcia mają być podstawą do wyróżniania odmian i wariantów stempli. 

Ideał, to zdjęcia robione osobno każdej z monet przy zachowaniu identycznej geometrii stanowiska fotograficznego - aparat na statywie, oś obiektywu prostopadła do monety, stała odległość obiektywu od monety. W praktyce to dosyć trudne. Dlatego do takich celów lepiej nadaje się dobry płaski skaner CCD.

P.S. 23 kwietnia 2021

Dostałem kilka dodatkowych zdjęć od właściciela tych monet. Między innymi, były zdjęcia zrobione na wprost, bez elipsoidalnego zniekształcenia. Ich obróbkę ograniczyłem do pozbycia się tła i obrzeża - zostało pole monety. Po zastosowaniu procedury opisanej w niedawnym wpisie "Szczegóły i szczególiki" otrzymałem taki animowany obrazek.

Jak widać, rysunek na obu monetach jest identycznych rozmiarów. Nie mamy więc w tym przypadku do czynienia z wariantami stempla, tylko z różną szerokością obrzeża.


czwartek, 15 kwietnia 2021

10 groszy 1973 ciąg dalszy


Fascynująca moneta.
Nic dziwnego, że temat co jakiś czas wraca.
Tak zaczynał się niedawny wpis, którego część dotyczącą tej tajemniczej monety zakończyłem zdaniem "Jestem otwarty na rzeczową dyskusję, ale na razie pozostaję przy opinii, że ta niezwykle rzadka, "najdroższa obiegówka PRL" została wybita w Kremnicy.".
Minęły dwa tygodnie i okazało się, że konieczne jest dopisanie ciągu dalszego i zmiana opinii. Trochę zdopingował mnie wątek na monetyforum.pl. Tak sobie pomyślałem, że informację o tym, że 10 gr. 1973 bez znaku mennicy wybito w Kremnicy, umieściłem kiedyś na blogu nie zastanawiając się głębiej nad wiarygodnością jej źródła. Przypomnę, napisałem wtedy tak: 
"Nie przypuszczałem, że przewodnik będzie znał odpowiedzi na moje pytania ale miałem nadzieję, że pomoże mi dotrzeć do kompetentnej osoby. Tak się też stało. Niestety, kompetentny nie oznacza wszystkowiedzący. Krótko mówiąc, podobno nie zachowały się żadne dokumenty, z których mogło by wynikać kto, kiedy i dlaczego wybił dziesięciogroszówki 1973 r. w Kremnicy. Dowiedziałem się tylko, że około roku 1993, po podziale Czechosłowacji, mennica czyściła magazyny oferując niepotrzebne już zapasy na wolnym rynku. Podobno to wtedy trafiły na rynek nasze dziesięciogroszówki.Ile ich było, kto je kupił? Tego się nie dowiedziałem."
Oparłem się na krótkiej rozmowie z dwiema osobami, tylko na rozmowie, a nie na kwerendzie dokumentów. Wysłałem do kremnickiej mennicy list z prośbą o informacje na temat najdroższej obiegówki PRL.  
Zanim przyszła odpowiedź, na facebookowym profilu GNDM pojawił się wpis poświęcony banknotom PRL, a konkretniej, paczce wzorów banknotu 100.000 złotych. Sam wpis dla mnie mało interesujący, ale coś mnie tknęło, by zajrzeć do komentarzy do wpisu, a tam... Pytanie:
Chodzą tzw. Słuchy na rynku numizmatycznym ze podobnie jak banknoty tak samo NBP wyprzedawał zapasy monet prlowskich - ile w tym jest prawdy a ile miejskiej legendy?
I odpowiedź Pana Damiana:
Sam jeszcze w 2003 roku kupiłem resztówkę 20 groszy 1957 - ostanie 79 szt; obydwie odmiany daty, w tym 2/3 odmiany z szeroką datą która była wówczas mniej chciana, bo była "brzydsza" - na ciemnym aluminium. Już od pośrednika kupowałem rybaki 1958 (bałwanki) które kupił z NBP jeszcze w latach 90-tych, a jedynie ze słyszenia znam fakt że i1 zł 1957 też na początku były w ofercie 🙂 Słynne 10 gr 1973 bz też było z NBP - znam osobę, która miała album z PRL i pokuładane po jednej stronie w holderach nominałów z jednego rocznika. Jak ubywało to brał z woreczka kupionego w NBP i uzupełniał - dopiero po czasie zorientował się, że są wśród nich również te bez znaku (jakiś czas temu sprzedawaliśmy zbiór kolekcjonera, który kupił tak w tym sklepie właśnie swoje 10 gr 1973 bz).
To, że nasza 10-groszówka była sprzedawana z zapasów NBP, oczywiście nie jest równoważne temu, że monety te wybito w Warszawie, ale oznacza, że wybito je na zlecenie NBP. Otwarte pozostaje pytanie, gdzie je wybito (i kiedy).
12 kwietnia dostałem odpowiedź z Kremnicy.

Dobrý deň pán Chalupski

konzultovala som Vašu správu s kolegom z nášho archívu. Pozeral do sumáru razby mincí pre Poľsko, no z roku 1973 sú tam razby Mincovne len 50 Groš a 20 Zloty.

10 Groš sme razili v roku 1974. Tá však pravdepodobne vzácna nie je. Vyrazili sme ich 51 060 000 kusov. Dokumentácie k razbám týchto obehových mincí máme.   

Po uvoľnení opatrení si môžeme dohodnúť stretnutie priamo u nás v Mincovni.

Na wszelki wypadek, tłumaczenie:
Skonsultowałam się w pana sprawie z kolegą z naszego archiwum. Zajrzał do zestawienia bicia monet dla Polski, ale z roku 1973 są tam tylko bicia 50 groszy i 20 złotych.
10 groszy biliśmy w roku 1974. Te jednak prawdopodobnie nie są tak cenne. Wybiliśmy ich 51.060.000 sztuk. Dokumentację dotyczącą bicia tych monet obiegowych mamy. Po zniesieniu obostrzeń możemy umówić się na spotkanie bezpośrednio w naszej Mennicy. 

Odpowiedź krótka, ale zawierająca wiele informacji, w części wymagających dalszych poszukiwań. Najpierw nasza dziesięciogroszówka. Skoro w archiwum kremnickej mennicy jest dokumentacja produkcji polskich monet z lat 1973 i 1974, to należy przypuszczać, że brak zapisów dotyczących dziesięciogroszówki 1973 oznacza, że tej monety tam nie bito. Pozostaje  więc Warszawa. 

Jedziemy dalej. "Są tam tylko bicia 50 groszy i 20 złotych". Z rocznika 1973? Dwudziestozłotówki OK - chodzi o "bloki w tle łanów zboża", ale 50-groszówki? Według naszych katalogów, w Kremnicy bito ten nominał w latach 1975, 1976 i 1978. Może więc chodziło ogólnie o  wszystkie nominały bite dla Polski. Co w takim razie z innymi, w katalogach przypisywanymi Kremnicy, ze złotówkami choćby?

I sprawa następna, 10 groszy 1974. W naszych katalogach podaje się nakład 50.000.000 sztuk, tymczasem w otrzymanej wiadomości jest ilość większa o 1.060.000 sztuk. 

Nie ma rady, trzeba tę korespondencję kontynuować. Najpóźniej jutro wyślę szerszą tym razem listę pytań. Odpowiedzią oczywiście podzielę się tu na blogu. 

Zajrzałem w starsze katalogi. 

  • Cz. Kamiński - Ilustrowany katalog monet polskich 1916-1987 - 10 gr. 1973 b.z. nie ujęto.
  • J. Parchimowicz - Katalog monet polskich od 1916 wydanie z r. 1994 - jak wyżej
  • J. Parchimowicz - Katalog monet polskich XIX i XX wieku, wydanie z r. 2000 - jest, nakład nieznany, notowanie z 11 aukcji WCN 175 złotych (chyba pierwsze aukcyjne notowanie tej monety, ale nie jestem pewien).

11 aukcja WCN odbyła się w roku 1996.

Dla porównania, za menniczą dwudziestogroszówkę z 1957 r. zapłacono na niej 100 zł. Niewielka różnica notowań może świadczyć o tym, że dziesięciogroszówka nie zaistniała jeszcze w świadomości kolekcjonerów jako wyjątkowy rarytas. 

We wspomnieniu D. Marciniaka uderza, że ten rarytas nie był sprzedawany przez NBP osobno, jako jakaś wyjątkowa moneta, tylko był zmieszany z normalnymi monetami z tego rocznika. To samo dotyczy zresztą obu wariantów dwudziestogroszówki 1957. Czy w tej sytuacji, broni się jakoś teoria, że to monety wyprodukowane intencjonalnie, jako przyszłe kolekcjonerskie rarytasy?

P.S.

Skończyłem pracę nad ostatnim tomem katalogu specjalizowanego obejmującego monety obiegowe III RP.

Do nabycia tu: 
albo tu:

sobota, 10 kwietnia 2021

20 złotych - Marceli Nowotko - zagadka nie do rozwiązania?

Krótko po wyemitowaniu pierwszych dwudziestozłotówek ("bloki", rok 1973), bo już w roku następnym pojawiły się nowe monety obiegowe o tym nominale, zaprojektowane przez St. Wątróbską. 

Monety z wizerunkiem Marcelego Nowotko warto polecić kolekcjonerom próbującym wyjść poza najprostszy schemat nominałowo-rocznikowy. Niewielkim nakładem finansowym można zbudować ciekawy zbiorek z wieloma wariantami stempli, usterkami bicia i falsyfikatami na szkodę emitenta.

Pierwszy rocznik, 1974, został wybity w Warszawie, co potwierdza znak mennicy umieszczony na awersie. I już w tym pierwszym roczniku pojawiają się drobne, ale istotne różnice w rysunku awersów. Mamy dwa warianty, a w ramach jednego z nich, dwa podwarianty.

Wariant pierwszy - legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,2 mm;
dwa podwarianty różniące się położeniem znaku mennicy.

Wariant drugi - legenda zamyka się w okręgu o średnicy 24,6 mm

W roku 1975 bicie dwudziestozłotówek rozpoczęła mennica w Kremnicy (obecnie Słowacja).
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że i w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma wariantami o różnej średnicy rysunku awersu. To złudzenie spowodowane różną szerokością obrzeża. Na obu pokazanych wyżej monetach legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,6 mm. 
Obrzeże nie jest elementem rysunku monety, tylko pochodną sposobu obróbki krawędzi stempla. Najlepiej wyjaśnić to, pokazując zdjęcie przykładowego stempla.
Stemple złotówki z 1988 r.  
Szerokość podtoczenia na krawędzi stempla determinuje szerokość i głębokość obrzeża.

Rocznik 1975 bito tylko w Kremnicy. W roczniku następnym mamy dwudziestozłotówki w dwu odmianach - ze znakiem mennicy warszawskiej i bez niego. Na monetach warszawskich znów znak mennicy wędruje.
Trzy warianty różniące się położeniem znaku mennicy.

W moim katalogu monet PRL odnotowałem istnienie dwudziestozłotówek 1976 bez znaku mennicy różniących się szerokością obrzeża awersu. 
Ze wstydem przyznaję, że uznałem, że to analogia do rocznika 1974 i nie zadałem sobie trudu zmierzenia wymiarów rysunku dla tego rocznika. Zdopingowały mnie do tego niedawne publikacje internetowe, o których wspomniałem we wpisie poświęconym tajemniczej dziesięciogroszówce z 1973 r. Konkretnie chodzi o ten komentarz:
I jeszcze jedno mi się przypomniało. Analogiem do przedmiotowej 10 groszówki jest 20 złotych z Nowotką z 1976 r. Była bita ze znakiem mennicy w Warszawie i bez znaku w Kremnicy, z odmiennym stemplem awersu. Jednakże istnieje (również rzadka) odmiana tej monety bez znaku mennicy, z awersem takim samym jak dla emisji warszawskiej.
Sięgnąłem więc po monety i wykonałem pomiary. Na awersach monet ze znakiem mennicy, legenda zamyka się w okręgu o średnicy 25,2 mm (jak pierwszy wariant rocznika 1974), czyli wszystko się zgadza. Tymczasem na monetach bez znaku mennicy, okazało się, że różny wygląd awersów, to nie tylko kwestia szerokości obrzeża. Średnica legendy monet w wariancie z wąskim obrzeżem wynosi 25,3 mm, a dla wariantu z szerokim obrzeżem 25,8 mm. Błąd pomiaru szacuję na ± 0,5 mm. Czyli...
Jeden z wariantów dwudziestozłotówki 1976 bez znaku mennicy ma awers o wymiarach identycznych, jak na monetach wybitych w Warszawie, drugi zgadza się z wymiarami monet bitych w słowackiej Kremnicy. 

Czy na tej podstawie można przyjąć, że część nakładu rocznika 1976 bez znaku mennicy wybito w Warszawie? Moim zdaniem, nie. Za bardziej prawdopodobne uważam, że w Warszawie wykonano część stempli, których użyto w Kremnicy lub matrycę do nich. 
To oczywiście tylko przypuszczenie. Pewność może dać tylko wgląd w archiwa obu mennic, a to, jak przypuszczam, łatwe nie będzie. 

P.S.
Kolekcjonerów zainteresowanych monetami PRL zapraszam do zakupu mojego katalogu.
Najnowsze wydania moich katalogów są stale dostępne w internecie. 
Drukowane egzemplarze można zamówić w dowolnej ilości tutaj.
E-booki są dostępne tutaj 

piątek, 2 kwietnia 2021

1 fenig 1917 - egzemplarz Nr 31

Na rynku pojawił się i został sprzedany kolejny, już trzydziesty pierwszy znany mi egzemplarz feniga Królestwa Polskiego z roku 1917.

Rewers czytelny, awers w znacznie gorszym stanie. Końcowa cena, 1652 zł (prowizja wliczona) odzwierciedla i stan zachowania i obniżającą się z roku na rok ocenę rzadkości.

Na tej samej aukcji był też drugi egzemplarz, zachowany lepiej, z pełną czytelnością rysunku i ze śladami długiego, bliskiego kontaktu z korzeniami trawy.  

W tym przypadku cena była zdecydowanie wyższa. Pół roku wcześniej, na 25 aukcji AMN ten sam egzemplarz sprzedano za 2875 zł + młotkowe.

Na marcowej aukcji Numimarketu, w części poświęconej monetom Królestwa Polskiego 1917-1918 była jeszcze jedna ciekawostka - krążek jednofenigówki (blank).

Sprzedany za 650 zł + młotkowe. Jego oryginalność potwierdził PCGS. 
Problem w tym, że chęć zweryfikowania tej oceny, która musi opierać się na pomiarach fizycznych - średnica, waga, analiza spektralna, musi wiązać się ze zniszczeniem slabu. To z kolei może sprowokować do brzydkich posądzeń albo i pomówień o podmianę. Ja swojego egzemplarza, kupionego w 2007 r. w sklepie Jana Mączki, "puszkować" nie zamierzam.
To były inne czasy, inne ceny. Oprócz tego krążka kupiłem wtedy szóstaka SAP 1794, ładnego półgroszka Olbrachta i pruskie bicie grosza Augusta III z 1755 r. za wszystko płacąc 90 zł. Pan Jan oferował wtedy również wybitą jednofenigówkę z 1917 r. 

Cena ofertowa, 7000 zł mocno przekraczała mój kolekcjonerski budżet. I dobrze, bo półtora roku później zapłaciłem 1725 zł za egzemplarz z pewnością gorzej zachowany, ale czytelny.

Tak mi się dzisiaj na wspominki zebrało. Pana Jana nie ma z nami od 4 listopada 2008 r. Wielka szkoda, bo i wiedzę i styl miał niepospolite.


Printfriendly