Internetowe serwisy aukcyjne aż pękają w szwach od dowodów na to, że czyścić monety potrafi każdy. Albo, że mu się wydaje, że potrafi.
Przykład pierwszy z brzegu:
Pal sześć, gdy tak, jak na pokazanym zdjęciu, chodzi o monety bardzo źle zachowane albo gdy czyściciel zamęczy jakiegoś pospolitego miedziaka sprzed parudziesięciu lat.
Niestety zdarza się też, że bezpowrotnie niszczone są monety rzadkie i cenne (niekoniecznie materialnie - ważniejsza bywa wartość historyczna).
Coraz częściej ambitni czyściciele posuwają się dalej i zaczynają operować (stąd tytuł), a operacje mają tylko jeden cel - kassssssa.
Jak to z operacjami plastycznymi bywa, chodzi o to aby coś usunąć, coś dodać, coś zmienić.
No to po kolei. Najpierw "liposukcja".
Pilnik, szlifierka, papier ścierny, siedem minut hałasu i już mamy jednostronną, próbną odbitkę dziesięciozłotówki z Bolesławem Prusem
Tylko, że średnica zamiast 25 mm ma tylko 24,7 mm, a była moneta waży 7,24 g zamiast 7,7 g. Cóż za skuteczne odchudzanie!
Mając do dyspozycji precyzyjniejsze urządzenia można pokusić się o usuwanie bardziej subtelnych "wad urody" - na przykład usunąć znak mennicy z pewnej aluminiowej dziesięciogroszówki. Zazwyczaj chodzi o rocznik 1973, ale znam przypadek, kiedy chirurg wiedział, że dzwonią, ale nie wiedział w którym kościele i wyprodukował nieznany nauce okaz 10 groszy 1976 bez znaku mennicy.
A teraz powiększymy sobie biust.
Żartowałem.
To tylko zwykłe plombowanie.
No może nie takie zwykłe, bo plombowano ząbek dobrze widoczny w uśmiechu, w związku z czym stomatolog wykazał się umiejętnościami rzeźbiarskimi i dorobił to, co z monety kiedyś zniknęło.
Mam w zbiorze trochę monet z nitowanymi/lutowanymi otworami, ale jeśli mam wybór między monetą "naprawioną", a taką:
wybieram "dziurawca.
Pora na korektę niedostatków urody.
Najczęściej przeszkadzają cellulit lub zmarszczki albo obie te przypadłości na raz. Metoda najprostsza - pealing (fachowcy od obróbki metali mówią raczej o polerowaniu). Pasta polerska (ale może być i pasta do zębów), "troszku proszku", filc, polerka, szlifierka...
Troszkę zmarszczek jeszcze zostało, ale usunięcie ich wymaga bogatszego warsztatu. Tu potrzebny jest botoks (czytaj napylanie), a to nie każdy ma w swoim garażu. Grasował kiedyś na Allegro osobnik o nicku podobnym do amerykańskich bombowców, który "operował" w ten sposób sreberka II RP.
Czasem konieczna jest korekta wybranych części twarzy - na przykład mało wyraziste usta. Przy okazji można się zająć i fryzurą.
Poważnie fachowcy nie wahają się nawet przed przeszczepami. Jedna, czy dwie cyferki w dacie i cena strzela w stratosferę. Nike 1928 może mieć każdy, rocznik 1932 tylko wybrańcy losu. Miło przez chwilę poczuć się wybrańcem.
Przykłady można mnożyć, tylko po co? Przecież dobrze wiadomo, że "chirurgowi" chodziło tylko o zarobek.
O ile rzetelnie wykonane czyszczenie monety służy odkryciu niewidocznych detali rysunku, a czasem wprost może uratować numizmat przed dalszą degradacją, o tyle "chirurgia plastyczna" monetę nieodwracalnie niszczy i nie jest niczym innym, jak tylko oszustwem.
Nie dajcie się oszukiwać! Myślcie!
Google Website Translator Gadget
sobota, 28 kwietnia 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
Upolowałem legendę!
Jakiś czas temu zalicytowałem dość wysoko i wygrałem taką monetkę
Gdyby zdjęcie na aukcji było tak dobre, jak mój skan, to bym nie licytował, a że było gorsze, to wydawało mi się, że w tym miejscu
są dwie "jagódki", a nie trzy.
Nie da się ukryć, że są jednak trzy.
Dwadzieścia dni później trafiła do mnie kolejna trzygroszówka. Tym razem czekając na nią gryzłem palce z niecierpliwości, bo wiedziałem, że to jest TO:
Nie ma wątpliwości - "jagódki są dwie.
I w ten sposób mój zbiór wzbogacił się o monetę, którą Plage odnotował pod numerem 191 (nie opatrując jej żadną wzmianką o stopniu rzadkości).
Pomimo tego, że rysunki w katalogu są precyzyjne i układ jagódek jest doskonale widoczny, to w archiwum WCN większość trojaków 1840 opisano jako "Plage 191", choć wszystkie mają 3 jagódki po drugim pęczku liści. W rzeczywistości są to monety oznaczone u Plagego numerami 192 i 193 (zależnie od wielkości cyfr daty i kształtu trójki).
Prawdziwej odmiany Plage 191 w archiwum WCN brak. Na Allegro też jej jeszcze nie widziałem - może za mało uważnie przeglądam oferty aukcyjne?
Berezowski opisał mój nowy skarb też trochę niekonsekwentnie, bo wprawdzie wyróżnił odmianę "z wieńcem 1839" dając jej rzadkość R3 i wyceniając na 20 złotych (nr 751), ale nie podał dla niej żadnego numeru z Plagego. Za to numer 191 pojawia się u niego w opisie numeru 746, pomimo tego, że w tym samym opisie jest informacja "jak 744", a w opisie numeru 744 wyraźnie opisał układ jagódek właściwy dla późnych wariantów bitych z datą 1840 (3 jagódki po 2 pęczku).
Brakuje mi jeszcze wielu miedziaków z lat 1835-1841 opisanych w szczegółowych katalogach. Pocieszam się, że niektóre są tylko pustymi zapisami na papierze powstałymi z nieprecyzyjnego przepisywania od poprzedników. Myślę, że są też wśród nich opisy niedokładnych rysunków monet, których autorzy katalogów nigdy w naturze nie widzieli.
Nie należy wierzyć we wszystko, co czytamy i widzimy w katalogach. Czasem dopiero widząc monetę uświadamiamy sobie, co właściwie miał na myśli autor katalogu tworząc enigmatyczne i niejasne (nie dla niego!) opisy monet.
Zdarza się też, że wpada nam w ręce moneta, której próżno w katalogach szukać.
I to tygrysy lubią najbardziej.
Gdyby zdjęcie na aukcji było tak dobre, jak mój skan, to bym nie licytował, a że było gorsze, to wydawało mi się, że w tym miejscu
są dwie "jagódki", a nie trzy.
Nie da się ukryć, że są jednak trzy.
Dwadzieścia dni później trafiła do mnie kolejna trzygroszówka. Tym razem czekając na nią gryzłem palce z niecierpliwości, bo wiedziałem, że to jest TO:
Nie ma wątpliwości - "jagódki są dwie.
I w ten sposób mój zbiór wzbogacił się o monetę, którą Plage odnotował pod numerem 191 (nie opatrując jej żadną wzmianką o stopniu rzadkości).
Pomimo tego, że rysunki w katalogu są precyzyjne i układ jagódek jest doskonale widoczny, to w archiwum WCN większość trojaków 1840 opisano jako "Plage 191", choć wszystkie mają 3 jagódki po drugim pęczku liści. W rzeczywistości są to monety oznaczone u Plagego numerami 192 i 193 (zależnie od wielkości cyfr daty i kształtu trójki).
Prawdziwej odmiany Plage 191 w archiwum WCN brak. Na Allegro też jej jeszcze nie widziałem - może za mało uważnie przeglądam oferty aukcyjne?
Berezowski opisał mój nowy skarb też trochę niekonsekwentnie, bo wprawdzie wyróżnił odmianę "z wieńcem 1839" dając jej rzadkość R3 i wyceniając na 20 złotych (nr 751), ale nie podał dla niej żadnego numeru z Plagego. Za to numer 191 pojawia się u niego w opisie numeru 746, pomimo tego, że w tym samym opisie jest informacja "jak 744", a w opisie numeru 744 wyraźnie opisał układ jagódek właściwy dla późnych wariantów bitych z datą 1840 (3 jagódki po 2 pęczku).
Brakuje mi jeszcze wielu miedziaków z lat 1835-1841 opisanych w szczegółowych katalogach. Pocieszam się, że niektóre są tylko pustymi zapisami na papierze powstałymi z nieprecyzyjnego przepisywania od poprzedników. Myślę, że są też wśród nich opisy niedokładnych rysunków monet, których autorzy katalogów nigdy w naturze nie widzieli.
Nie należy wierzyć we wszystko, co czytamy i widzimy w katalogach. Czasem dopiero widząc monetę uświadamiamy sobie, co właściwie miał na myśli autor katalogu tworząc enigmatyczne i niejasne (nie dla niego!) opisy monet.
Zdarza się też, że wpada nam w ręce moneta, której próżno w katalogach szukać.
I to tygrysy lubią najbardziej.
Autor:
Zbierajmy monety
o
19:56
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
3 grosze 1840,
błędy w katalogach monet
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Gdzie ja miałem oczy Panie Januszu?!
9 kwietnia 2012 pod wpisem podsumowującym rok 2010 (a więc dość starym) pojawił się komentarz "... a 5 groszy 1840 z małą datą i dużą 5,takiej w katalogu nie dostrzegłem ...".
Poprosiłem o zdjęcia.
Dzień później dostałem e-maila:
"Mam małe pytanko. W PAŃSKIM KATALOGU Z 5-CIO GROSZÓWKAMI 1840 r są różne typy, rodzaje, pisze pan o jagódkach, listkach, kropkach, a o dacie pan zapomniał? Np. mam 5 groszy 1840, której data jest napisana mniejszymi liczbami od innych nominałów z tego okresu, zaś 5 jest wąska i wysoka."
Nawiązała się korespondencja, w wyniku której trafiły do mnie trzy 5-groszówki 1840.
Pan Janusz, właściciel monet, zwrócił uwagę na cyfrę zero, która na każdej z monet jest inna.
Rzeczywiście, tak się może wydawać ale naprawdę mamy do czynienia z dwiema odmianami. Jeden typ reprezentują dwie monety: pierwsza i trzecia. W moim katalogu ma oznaczenie typ b, wariant c
https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/katalog/5-groszy/1840/5-groszy-1840---b-c
Druga (środkowa) moneta to na pierwszy rzut oka typ f, wariant a
https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/katalog/5-groszy/1840/5-groszy-1840---f-a
mamy nowy awers - z małymi piórkami między nasadą nóg, a ogonem - i mamy niską piątkę na rewersie. Jeśli jednak zgodnie z sugestią Pana Janusza popatrzymy na cyfry daty, to zamiast
widzimy
Nie mamy więc do czynienia z różną wielkością cyfr, tylko ze zmienionym ich kształtem. Dotyczy to zwłaszcza ósemki i (jak słusznie Pan Janusz zauważył) zera.
W tej sytuacji pozostało mi tylko jedno - przegląd monet w zbiorze. I cóż się okazało? Przegapiłem! Mam taka monetę.
Dlaczego wcześniej nie zwróciłem uwagi na inną ósemkę? Nie wiem, ale ma to coś wspólnego z wpisem sprzed roku przeszło Jado, nie patrzo...
Zauważyłem jeszcze, że rewers nowego wariantu (f/b) jest identyczny, jak na wariancie b/b, który (żeby było ciekawiej) ma awers, jak f/a. Wniosek jest prosty - kolejność bicia była taka: b/b ---> f/b ---> f/a.
Panu Januszowi odsyłam monety razem z gorącymi podziękowaniami za zwrócenie uwagi na cztery małe (ale istotne) cyferki.
Odpowiednie zmiany umieściłem w katalogu i...
z niecierpliwością czekam, co też jeszcze uda się znaleźć w tak dokładnie, zdawało by się, rozpracowanym dziale.
Poprosiłem o zdjęcia.
Dzień później dostałem e-maila:
"Mam małe pytanko. W PAŃSKIM KATALOGU Z 5-CIO GROSZÓWKAMI 1840 r są różne typy, rodzaje, pisze pan o jagódkach, listkach, kropkach, a o dacie pan zapomniał? Np. mam 5 groszy 1840, której data jest napisana mniejszymi liczbami od innych nominałów z tego okresu, zaś 5 jest wąska i wysoka."
Nawiązała się korespondencja, w wyniku której trafiły do mnie trzy 5-groszówki 1840.
Pan Janusz, właściciel monet, zwrócił uwagę na cyfrę zero, która na każdej z monet jest inna.
Rzeczywiście, tak się może wydawać ale naprawdę mamy do czynienia z dwiema odmianami. Jeden typ reprezentują dwie monety: pierwsza i trzecia. W moim katalogu ma oznaczenie typ b, wariant c
https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/katalog/5-groszy/1840/5-groszy-1840---b-c
Druga (środkowa) moneta to na pierwszy rzut oka typ f, wariant a
https://sites.google.com/site/krolestwopolskie18351841/katalog/5-groszy/1840/5-groszy-1840---f-a
mamy nowy awers - z małymi piórkami między nasadą nóg, a ogonem - i mamy niską piątkę na rewersie. Jeśli jednak zgodnie z sugestią Pana Janusza popatrzymy na cyfry daty, to zamiast
widzimy
Nie mamy więc do czynienia z różną wielkością cyfr, tylko ze zmienionym ich kształtem. Dotyczy to zwłaszcza ósemki i (jak słusznie Pan Janusz zauważył) zera.
W tej sytuacji pozostało mi tylko jedno - przegląd monet w zbiorze. I cóż się okazało? Przegapiłem! Mam taka monetę.
Dlaczego wcześniej nie zwróciłem uwagi na inną ósemkę? Nie wiem, ale ma to coś wspólnego z wpisem sprzed roku przeszło Jado, nie patrzo...
Zauważyłem jeszcze, że rewers nowego wariantu (f/b) jest identyczny, jak na wariancie b/b, który (żeby było ciekawiej) ma awers, jak f/a. Wniosek jest prosty - kolejność bicia była taka: b/b ---> f/b ---> f/a.
Panu Januszowi odsyłam monety razem z gorącymi podziękowaniami za zwrócenie uwagi na cztery małe (ale istotne) cyferki.
Odpowiednie zmiany umieściłem w katalogu i...
z niecierpliwością czekam, co też jeszcze uda się znaleźć w tak dokładnie, zdawało by się, rozpracowanym dziale.
sobota, 14 kwietnia 2012
Czy jestem zakupoholikiem?
Obawiam się, że tak, niestety.
Nie to, żebym biegał od jednej galerii handlowej do drugiej i zostawiał w nich wszystkie pieniądze, które mam i których nie mam (ale pożyczyłem).
Zauważyłem tylko, że zdarza mi się zapomnieć o wyniesieniu śmieci albo zakupie pieczywa, a jakoś nigdy nie zapominam, by przed snem siąść do komputera na cowieczorne polowanie na monety. A jak już siądę, to zwykle wypatrzę coś godnego zalicytowania.
Kończy się różnie. Albo ustawię zbyt niski limit (niedawno zdarzyło mi się pięciokrotne przebicie mojego limitu!), albo okazuje się, że limit był w porządku, ale to, co kupiłem nie jest tym, czym miało być w moim mniemaniu (cóż, wzrok już nie ten), albo - w końcu - wszystko jest tak, jak być miało i puste miejsce w zbiorze zapełnia się.
A najbardziej lubię, gdy nowy nabytek zostaje w zbiorze, ale nie trafia w puste miejsce, bo jego istnienia nawet nie podejrzewałem.
Na pierwszy rzut oka, grosz 1840 z G, jak C (bezszeryfowym) i dużymi cyframi w roczniku.
Bliższe oględziny ujawnią dlaczego zalicytowałem:
i widzimy, że pod czwórką są resztki trójki.
Miałem już w zbiorze podobną monetę z przerabianą datą
na której na dodatek widać, że zero pojawiło się na miejscu dziewiątki.
Podobną, ale jednak inną, bo cały jej rewers wygląda tak:
G w GROSZ nie przypomina C. Katalog uzupełniony!
W najbliższych dniach pojawią się w nim następne uzupełnienia (jak ja mogłem wcześniej tego nie dostrzec?!?)
Kolejną lukę w zbiorze - tym razem o niej wiedziałem - zapełniłem po powrocie z warzywniaka.
Nie to, żebym biegał od jednej galerii handlowej do drugiej i zostawiał w nich wszystkie pieniądze, które mam i których nie mam (ale pożyczyłem).
Zauważyłem tylko, że zdarza mi się zapomnieć o wyniesieniu śmieci albo zakupie pieczywa, a jakoś nigdy nie zapominam, by przed snem siąść do komputera na cowieczorne polowanie na monety. A jak już siądę, to zwykle wypatrzę coś godnego zalicytowania.
Kończy się różnie. Albo ustawię zbyt niski limit (niedawno zdarzyło mi się pięciokrotne przebicie mojego limitu!), albo okazuje się, że limit był w porządku, ale to, co kupiłem nie jest tym, czym miało być w moim mniemaniu (cóż, wzrok już nie ten), albo - w końcu - wszystko jest tak, jak być miało i puste miejsce w zbiorze zapełnia się.
A najbardziej lubię, gdy nowy nabytek zostaje w zbiorze, ale nie trafia w puste miejsce, bo jego istnienia nawet nie podejrzewałem.
Na pierwszy rzut oka, grosz 1840 z G, jak C (bezszeryfowym) i dużymi cyframi w roczniku.
Bliższe oględziny ujawnią dlaczego zalicytowałem:
i widzimy, że pod czwórką są resztki trójki.
Miałem już w zbiorze podobną monetę z przerabianą datą
na której na dodatek widać, że zero pojawiło się na miejscu dziewiątki.
Podobną, ale jednak inną, bo cały jej rewers wygląda tak:
G w GROSZ nie przypomina C. Katalog uzupełniony!
W najbliższych dniach pojawią się w nim następne uzupełnienia (jak ja mogłem wcześniej tego nie dostrzec?!?)
Kolejną lukę w zbiorze - tym razem o niej wiedziałem - zapełniłem po powrocie z warzywniaka.
MS, to to nie jest, ale dla mnie ważne jest, że od dziś mam dwie 50-groszówki 2011 różniące się rewersami.
Na nowym rewersie (zdjęcie dolne) O jest bardziej okrągłe,
a listki mają cieńsze i ostrzejsze zakończenia.
I tak sobie poluję dzień po dniu gromadząc przy okazji zapas lektur na czas urlopu: "Numismatyka Krajowa" Bandtkiego, "Dallas 63" Kinga, "Włosi w Polsce - Tytus Liwjusz Boratyni" Hniłki, "Każdy szczyt ma swój czubaszek" Czubaszek...
Do lipca pewnie coś jeszcze do tego eklektycznego koszyka dołożę.
P.S.
Gdyby ktoś chciał uzupełnić biblioteczkę o pierwszy tom mojego katalogu (Królestwo Polskie 1917-1918), musi polować na rynku wtórnym - nakład wyczerpany.
piątek, 6 kwietnia 2012
Przedświąteczne porządki
Podczas "porządkowania" portmonetki znalazły się dwie nowe monety
O ile mi wiadomo, poza tymi nominałami, inne nie wypłynęły jeszcze na światło dzienne.
Bardzo prawdopodobne, że dla jednogroszówek jest to ostatni rocznik emisji.
Remanent przeprowadzony w stosiku czasopism przyniósł kolejne odkrycie.
Nie wiem jak to się stało, ale przeoczyłem informację, że Muzeum Śląskie w Katowicach przygotowało interesującą wystawę. Do 10 czerwca będzie można podziwiać skarb z Głogowa, na który składają się monety stanowiące część znaleziska dokonanego w 1987 roku podczas prac ziemnych na terenie ogródków działkowych w Głogowie.
Cały skarb składał się z 20.000 srebrnych monet i kilkunastu srebrnych obiektów niemonetarnych.
Większość prezentowanych monet pochodzi z drugiej połowy XII wieku, choć jet tez kilka starszych o stulecie. Przeważają monety Bolesława Wysokiego i Mieszka Plątonogiego.
Więcej na stronie Muzeum Śląskiego: http://www.muzeumslaskie.pl/skarb-z-glogowa.php
O ile mi wiadomo, poza tymi nominałami, inne nie wypłynęły jeszcze na światło dzienne.
Bardzo prawdopodobne, że dla jednogroszówek jest to ostatni rocznik emisji.
Remanent przeprowadzony w stosiku czasopism przyniósł kolejne odkrycie.
Nie wiem jak to się stało, ale przeoczyłem informację, że Muzeum Śląskie w Katowicach przygotowało interesującą wystawę. Do 10 czerwca będzie można podziwiać skarb z Głogowa, na który składają się monety stanowiące część znaleziska dokonanego w 1987 roku podczas prac ziemnych na terenie ogródków działkowych w Głogowie.
Cały skarb składał się z 20.000 srebrnych monet i kilkunastu srebrnych obiektów niemonetarnych.
Większość prezentowanych monet pochodzi z drugiej połowy XII wieku, choć jet tez kilka starszych o stulecie. Przeważają monety Bolesława Wysokiego i Mieszka Plątonogiego.
Więcej na stronie Muzeum Śląskiego: http://www.muzeumslaskie.pl/skarb-z-glogowa.php
niedziela, 1 kwietnia 2012
Nadejszła wiekopomna chwiła...
Pierwszy raz na moim blogu pokazuję zdjęcie dwuzłotówki nordic gold. Nie oznacza to, że od dzisiaj staję się miłośnikiem, orędownikiem i kolekcjonerem "złotych" dwójek.
Oznacza to tylko, że przyłączam się do grona świętującego 50-lecie Trzeciego Programu Polskiego Radia.
Trójki słucham od roku 1966 albo 67 - dokładniej nie potrafię tego określić. To znaczy, że dla mnie Trójka, to MiniMax, Ilustrowany Tygodnik Rozrywkowy, Muzykalny Detektyw, Teatrzyk Zielone Oko, Trzy Kwadranse Jazzu, Mój Magnetofon, W Tonacji Trjki, Muzyczna Poczta UKF...
Później doszły do tego Ilustrowany Magazyn Autorów, Lista Przebojów, Bielszy Ocień Bluesa, Nie Tylko dla Orłów i wiele innych.
Moja Trójka, to Piotr Kaczkowski, Wojciech Mann, Tomasz Beksiński, Jan Chojnacji, Jan Weber, Jan Ptaszyn Wróblewski, Jerzy Kordowicz, Marek Dalba, Grzegorz Wasowski, Jan Kaczmarek, Jacek Fedorowicz, Ewa Szumańska, Jacek Janczarski, Adam Kreczmar, Jonasz Kofta...
Wszystkich nie sposób wymienić.
Niepowtarzalni, różni, jak ich audycje, ich muzyka, teksty, a mimo tego tworzący program spójny i rozpoznawalny na pierwszy rzut ucha.
Najnowsza okolicznościowa dwuzłotówka nie jest pierwszą monetą związaną z Trójką. Pierwszą była pierwsza dwuzłotówka z otworem wybita dla uczczenia Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. WOŚP to dziecko Trójki. Nim w marcu 1993 r. powstała fundacja WOŚP, w programie III PR uruchomiono akcję zbiórki pieniędzy na rzecz dzieci z wrodzonymi wadami serca. Akcję prowadził oczywiście Jerzy Owsiak prowadzący nadawany w piątki magazyn BRUM TOP.
Niech nam Trójka nadaje jak najdłużej!
Autor:
Zbierajmy monety
o
12:52
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
50 lat Trójki,
50-lecie Trójki,
Trójka
sobota, 31 marca 2012
Ich dwóch, ona jedna, czyli ile jest warta jedna literka?
Literka N, dodajmy.
Przed chwilą zakończyła się aukcja. Dla porównania inna, też niedawno zakończona. Dlaczego za brzydszą, gorzej wybitą, gorzej zachowaną monetę z tego samego rocznika zapłacono trzydziestokrotnie więcej?
Powody są dwa (a, właściwie trzy).
Powód pierwszy, to właśnie ta tytułowa jedna literka. Chodzi oczywiście o N. Na jednej monecie jest IOANN, na drugiej IOAN. W obydwu przypadkach jet to skrót łacińskiego brzmienia imienia naszego króla Joannes.
Niełatwo znaleźć tę monetę w katalogach. Nie miał jej Czapski, nie ma jej w katalogu panów Kamińskiego i Kurpiewskiego. Nie było jej w skarbie z Przasnysza (ponad 17000 monet), który stał się podstawą do opracowania W. Niemirycza.
Pojawia się wyłącznie w specjalistycznych opracowaniach, np. u H. Wojtulewicza (HENRYK WOJTULEWICZ, Polska moneta miedziana za Jana Kazimierza (1648-1668), Lubelskie Wiadomości Numizmatyczne, nr XIII 2006.)
Powodem drugim (i trzecim) jest udział w aukcji dwóch kolekcjonerów specjalizujących się w szelągach Jana Kazimierza. Ich dwóch, ona jedna - to zawsze był dobry powód do rywalizacji. Tym razem na szczęście w użyciu były komputery, a nie szpady ani pistolety.
Przed chwilą zakończyła się aukcja. Dla porównania inna, też niedawno zakończona. Dlaczego za brzydszą, gorzej wybitą, gorzej zachowaną monetę z tego samego rocznika zapłacono trzydziestokrotnie więcej?
Powody są dwa (a, właściwie trzy).
Powód pierwszy, to właśnie ta tytułowa jedna literka. Chodzi oczywiście o N. Na jednej monecie jest IOANN, na drugiej IOAN. W obydwu przypadkach jet to skrót łacińskiego brzmienia imienia naszego króla Joannes.
Pojawia się wyłącznie w specjalistycznych opracowaniach, np. u H. Wojtulewicza (HENRYK WOJTULEWICZ, Polska moneta miedziana za Jana Kazimierza (1648-1668), Lubelskie Wiadomości Numizmatyczne, nr XIII 2006.)
Powodem drugim (i trzecim) jest udział w aukcji dwóch kolekcjonerów specjalizujących się w szelągach Jana Kazimierza. Ich dwóch, ona jedna - to zawsze był dobry powód do rywalizacji. Tym razem na szczęście w użyciu były komputery, a nie szpady ani pistolety.
Autor:
Zbierajmy monety
o
22:03
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
boratynka 1660,
Jan Kazimierz,
skarb z Przasnysza,
szeląg
niedziela, 25 marca 2012
Henryk Mańkowski
Takie teraz mamy dziwne czasy, że każdy może zlecić wyprodukowanie własnych "monet". Z nazwiskiem i portretem zleceniodawcy - proszę bardzo, z popiersiem ukochanej - wedle życzenia, z karykaturą najgorszego wroga - nic trudnego.
Tyle, że będą to "monety", a nie monety i z numizmatyką będą miały tyle wspólnego, co ja z lotem na Marsa.
Dawniej, właściciele majątków ziemskich i przedsiębiorstw emitowali na ich potrzeby własny, prywatny pieniądz, który spełniał podstawowy warunek bycia pieniądzem właśnie. Takimi monetami i papierowymi bonami można było płacić za towary i usługi. Oczywiście obieg ich był mocno ograniczony terytorialnie. Nie za wszystko też można było nimi płacić.
Historia polskiego pieniądza prywatnego sięga co najmniej wieku szesnastego, a kończy się...
Pewnie nie skończy się, dokąd będą się zdarzać sytuacje, w których potrzebny będzie jakikolwiek materialny nośnik wartości.
Przyjmuje się jednak, że ostatnim polskim pieniądzem dominialnym (czyli pieniądzem funkcjonującym w obrębie konkretnego majątku ziemskiego) były monety Henryka Mańkowskiego kursujące w Winnogórze.
Winnogóra, dawniej Winna Góra to wieś wielkopolska, która była kiedyś posiadłością biskupów poznańskich. Jej nazwa pochodzi od winnic istniejących w okolicy w średniowieczu. Dziś, pomimo globalnego podobno, ocieplenia klimatu winorośl się na tych terenach tak dobrze nie udaje.
Na początku XIX wieku, Napoleon, cesarz Francuzów przekazał za zasługi winnogórski majątek generałowi Janowi Henrykowi Dąbrowskiemu (1755-1818). To dla niego Józef Wybicki napisał w 1797 roku "Pieśń Legionów Polskich we Włoszech", która po odzyskaniu przez Polskę niepodległości stała się hymnem państwowym.
Wkrótce po śmierci generała majątek odziedziczyli potomkowie jego córki, Bogusławy z Dąbrowskich Mańkowskiej. W ich rękach Winnogóra pozostawała do roku 1939, kiedy to majątek po zajęciu przez okupanta został przekazany feldmarszałkowi Keitlowi.
Nas interesuje Jan Henryk Dezydery Mańkowski, prawnuk Jana Henryka Dąbrowskiego. Dziś, 25 marca, mija 140 rocznica jego urodzin.
Mańkowski, używający imienia Henryk jako głównego, objął w posiadanie Winnogórę w roku 1914. Wcześniej administrował w Osinie koło Oleśnicy.
Henryk Mańkowski był ziemianinem dobrze wykształconym. Po ukończeniu gimnazjum we Wrocławiu studiował na uniwersytetach w Hall i Paryżu. Już w czasach gimnazjalnych (rok 1888) interesował się numizmatyką. Niewątpliwy wpływ na rozwój tego zainteresowania miała znajomość ze Stanisławem hrabią Walewskim (autorem pracy "Trojaki koronne Zygmunta III"). Kupił zresztą od niego znaczną część zbioru. Odziedziczył też kolekcję po swoim wuju, Bronisławie Dąbrowskim. W krótkim czasie zgromadził jeden z najbogatszych zbiorów numizmatycznych w Polsce - przed rokiem 1910 miał około dziesięciu tysięcy monet i medali. Kupował monety między innymi od Sobańskiego, Bartynowskiego, Soubise-Bisiera. Były w tej kolekcji głównie monety polskie.
Mańkowski nie ograniczał się do gromadzenia monet. Pisał artykuły do Wiadomości Numizmatyczno-Archeologicznych. Od 1907 roku należał do Towarzystwa Numizmatycznego w Krakowie. W roku 1908 został jego prezesem. Był nim do roku 1922. Miał w kolekcji grupę około 140 falsyfikatów - w tym wyprodukowanych przez Majnerta. Zebrane przez niego materiały dotyczące falsyfikatów numizmatycznych opublikowano już po śmierci Mańkowskiego ("Fałszywe monety polskie" -Poznań 1930).
Problemy finansowe spowodowały, że kolekcja Mańkowskiego została rozproszona. Monety piastowskie kupił Wyssenhoff, XVII- i XVIII-wieczne Frankiewicz, przeszło 700 monet kupiło Muzeum Wielkopolskie. Część kolekcji trafiła też do muzeów w formie darów. W 1907 roku - 412 jedenastowiecznych krzyżówek ze skarbu, z okolic Winnogóry, w 1910 ozdoby ze znaleziska z Dzierznicy, w latach 1916-1918 kilkaset bonów wojennych, asygnat, monet zastępczych z lat 1914-1915 z różnych miast Wielkopolski i Pomorza.
Między nimi były zapewne i cynkowe monety, które wybito na jego zamówienie. Niedawno kupiłem sobie jedną z nich.
Stan beznadziejny. Nominał (10), który znajdował się pomiędzy datą 1917, a nazwą majątku WINNOGÓRA - zniknął. Ledwo widoczny jest też herb Mańkowskich. Pod nim daje się odczytać napis H. MAŃKOWSKI.
Mimo tak słabego stanu skusiłem się na zakup. Chciałem mieć w kolekcji pamiątkę po prawdziwym numizmatyku.
Tyle, że będą to "monety", a nie monety i z numizmatyką będą miały tyle wspólnego, co ja z lotem na Marsa.
Dawniej, właściciele majątków ziemskich i przedsiębiorstw emitowali na ich potrzeby własny, prywatny pieniądz, który spełniał podstawowy warunek bycia pieniądzem właśnie. Takimi monetami i papierowymi bonami można było płacić za towary i usługi. Oczywiście obieg ich był mocno ograniczony terytorialnie. Nie za wszystko też można było nimi płacić.
Historia polskiego pieniądza prywatnego sięga co najmniej wieku szesnastego, a kończy się...
Pewnie nie skończy się, dokąd będą się zdarzać sytuacje, w których potrzebny będzie jakikolwiek materialny nośnik wartości.
Przyjmuje się jednak, że ostatnim polskim pieniądzem dominialnym (czyli pieniądzem funkcjonującym w obrębie konkretnego majątku ziemskiego) były monety Henryka Mańkowskiego kursujące w Winnogórze.
Winnogóra, dawniej Winna Góra to wieś wielkopolska, która była kiedyś posiadłością biskupów poznańskich. Jej nazwa pochodzi od winnic istniejących w okolicy w średniowieczu. Dziś, pomimo globalnego podobno, ocieplenia klimatu winorośl się na tych terenach tak dobrze nie udaje.
Na początku XIX wieku, Napoleon, cesarz Francuzów przekazał za zasługi winnogórski majątek generałowi Janowi Henrykowi Dąbrowskiemu (1755-1818). To dla niego Józef Wybicki napisał w 1797 roku "Pieśń Legionów Polskich we Włoszech", która po odzyskaniu przez Polskę niepodległości stała się hymnem państwowym.
Wkrótce po śmierci generała majątek odziedziczyli potomkowie jego córki, Bogusławy z Dąbrowskich Mańkowskiej. W ich rękach Winnogóra pozostawała do roku 1939, kiedy to majątek po zajęciu przez okupanta został przekazany feldmarszałkowi Keitlowi.
Nas interesuje Jan Henryk Dezydery Mańkowski, prawnuk Jana Henryka Dąbrowskiego. Dziś, 25 marca, mija 140 rocznica jego urodzin.
Mańkowski, używający imienia Henryk jako głównego, objął w posiadanie Winnogórę w roku 1914. Wcześniej administrował w Osinie koło Oleśnicy.
Henryk Mańkowski był ziemianinem dobrze wykształconym. Po ukończeniu gimnazjum we Wrocławiu studiował na uniwersytetach w Hall i Paryżu. Już w czasach gimnazjalnych (rok 1888) interesował się numizmatyką. Niewątpliwy wpływ na rozwój tego zainteresowania miała znajomość ze Stanisławem hrabią Walewskim (autorem pracy "Trojaki koronne Zygmunta III"). Kupił zresztą od niego znaczną część zbioru. Odziedziczył też kolekcję po swoim wuju, Bronisławie Dąbrowskim. W krótkim czasie zgromadził jeden z najbogatszych zbiorów numizmatycznych w Polsce - przed rokiem 1910 miał około dziesięciu tysięcy monet i medali. Kupował monety między innymi od Sobańskiego, Bartynowskiego, Soubise-Bisiera. Były w tej kolekcji głównie monety polskie.
Mańkowski nie ograniczał się do gromadzenia monet. Pisał artykuły do Wiadomości Numizmatyczno-Archeologicznych. Od 1907 roku należał do Towarzystwa Numizmatycznego w Krakowie. W roku 1908 został jego prezesem. Był nim do roku 1922. Miał w kolekcji grupę około 140 falsyfikatów - w tym wyprodukowanych przez Majnerta. Zebrane przez niego materiały dotyczące falsyfikatów numizmatycznych opublikowano już po śmierci Mańkowskiego ("Fałszywe monety polskie" -Poznań 1930).
Problemy finansowe spowodowały, że kolekcja Mańkowskiego została rozproszona. Monety piastowskie kupił Wyssenhoff, XVII- i XVIII-wieczne Frankiewicz, przeszło 700 monet kupiło Muzeum Wielkopolskie. Część kolekcji trafiła też do muzeów w formie darów. W 1907 roku - 412 jedenastowiecznych krzyżówek ze skarbu, z okolic Winnogóry, w 1910 ozdoby ze znaleziska z Dzierznicy, w latach 1916-1918 kilkaset bonów wojennych, asygnat, monet zastępczych z lat 1914-1915 z różnych miast Wielkopolski i Pomorza.
Między nimi były zapewne i cynkowe monety, które wybito na jego zamówienie. Niedawno kupiłem sobie jedną z nich.
Stan beznadziejny. Nominał (10), który znajdował się pomiędzy datą 1917, a nazwą majątku WINNOGÓRA - zniknął. Ledwo widoczny jest też herb Mańkowskich. Pod nim daje się odczytać napis H. MAŃKOWSKI.
Mimo tak słabego stanu skusiłem się na zakup. Chciałem mieć w kolekcji pamiątkę po prawdziwym numizmatyku.
poniedziałek, 19 marca 2012
Sezon rozpoczęty
Piękna pogoda nie pozostawiła wyboru.
Krótkie spodenki, na stopy buty do biegania i w drogę. Trzeba
sprawdzić, co po zimie z kondycji zostało.
Najlepiej do takiego celu nadaje się
dobrze wcześniej poznana trasa więc wylądowałem w Dąbrowie
Górniczej nad Pogorią trzecią.
Przed rozgrzewką uruchomiłem nową
zabawkę (prezent od pracodawcy!).
Samsung SOLID B2710
Przy okazji testu kondycji miała to
być również pierwsza terenowa próba GPS wbudowanego w telefon i
programu TrekBuddy, który zainstalowałem kilka dni wcześniej. Gdy GPS zasygnalizował, że udało mu
się już określić nasze położenie, wdusiłem START i ruszyłem. Szybko poczułem, że zimowa przerwa
nie minęła bez konsekwencji. Nie ryzykując kontuzji przebiegłem
dystans w tempie mocno rekreacyjnym – dzięki temu dziś żadne
schody mi nie straszne.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć (w nowej zabawce jest
„aparat fotograficzny”) - i w drogę do domu.
Jak widać, jezioro
jeszcze zamarznięte, a świetna pogoda przyciągnęła nad nie wielu
spacerowiczów.
Po zgraniu zapisu trasy z telefonu do
komputera pooglądałem sobie podsumowanie pierwszego tegorocznego
biegania. Wystarczyło otworzyc zapisany plik w programie GoogleEarth
(albo wczytać w formularzu na jednej z mnóstwa stron dla cyklistów,
biegaczy, turystów, np. tu: http://utrack.crempa.net/).
Sprawdźcie sobie sami – plik z moją wczorajszą trasą jest tu.
Koniec zabawy. Pora na poważniejsze
zajęcia.
W domu na „obróbkę” czekało
kilka monet dostarczonych przez pocztę w zeszłym tygodniu. Miedzy
nimi nowy okaz do kolekcji bilonu Królestwa Polskiego:
odmiana z małą kropką
po roku i staro-nowym wieńcem
(jagódki 1-2-1-2, ale dwa listki pod jedynką z rocznika),
Przez pewien czas w podpisie pod zdjęciem było 1-3-1-2 - pomyłka, którą bezbłędnie wychwycił "monbank1" - dziękuję.
znana mi i w zbiorze już obecna. Ta
jednak moneta, to jednak coś nowego – zdjęcie dokładnie
odzwierciedla wzajemny układ awersu i rewersu. Skrętka! Mała
rzecz, a cieszy.
Drugą monetą jest
antoninian Aureliana (RIC temp #1733)
wybity wiosną roku 274 w mennicy w Rzymie (dziesiąta oficyna). Tak dokładną identyfikację
zawdzięczam wspomnianej tu już wcześniej sieciowej edycji RIC V/1
http://www.ric.mom.fr/en/home.
Swoją drogą, dziwnymi ścieżkami
przypadki chadzają. Na tę aukcję natrafiałem 26 albo 27 lutego.
Ustawiłem limit w Snipie i czwartego marca monetę wygrałem.
Zalicytowałem bez jakiegoś
szczególnego powodu. W ogóle, to trafiłem na tę aukcje też
przypadkiem. Dawno, dawno temu szukałem na eBay pewnej bardzo
konkretnej monety i metoda prób i błędów przygotowałem
zapytanie, które umożliwiało jej znalezienie niezależnie od
kategorii, w której umieścił ją sprzedający. Zapytanie dawało
ciekawe rezultaty (to kwestia słów użytych w opisie aukcji) więc
zapisałem je sobie i od czasu do czasu uruchamiam.
Tym razem w wynikach pojawił się ten
Aurelian. Jak widać nie zapłaciłem za niego za dużo.
Dzień, czy dwa po natrafieniu na
Aureliana, na forum TPZN pojawiła się informacja o sieciowym Roman Imperial Coinage AD 268-276.
Przypadek? Ależ oczywiście, że przypadek.
Jeden z niezliczonej liczby przypadków
składających się na życie każdego człowieka.
Autor:
Zbierajmy monety
o
19:08
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
10 groszy 1840,
antoninian,
Aurelian,
bieganie,
Pogoria,
RIC V/1,
Samsung SOLID B2710,
TrekBuddy
niedziela, 11 marca 2012
Co robić, by nie kupować falsyfikatów na Allegro.
Temat i część materiału zdjęciowego do tego wpisu przysłał mi Pan Bartek Pająk.
Jeden z pierwszych wpisów na moim blogu miał mało numizmatyczny tytuł ŚMIECI. Jego kluczowe fragmenty powtórzyłem na cafe Allegro (tu kiedyś był link do cafe, ale po fatalnej decyzji właścicieli Allegro, cafe odeszła do krainy wiecznych łowów - nigdy im tego nie daruję). Niestety problem nie zniknął, ba co jakiś czas powraca z coraz większą mocą.
Wrócił po raz kolejny.
Jedną z rzadszych monet obiegowych II Rzeczpospolitej jest pięciogroszówka z 1934 r. Problem fałszerstw tej monety wydawał się w miarę uporządkowany dzięki analizom przeprowadzonym przez aktywnych użytkowników cafe numizmatyka:
dyskusja pierwsza
uzupełnienie
"test scyzora" - szkoda, że zdjęcia przepadły w pomroce dziejów.
Wszystko było jasne:
Niestety, opisana we wspomnianym wyżej wpisie "żądza pieniądza" sprawiła, że znów mamy problem.
Allegrowy specjalista od "kopii" monet rzucił na rynek takie cacka
To kopia wykonana na podstawie oryginału - "dzióbek" korony jest przed początkiem podstawy dziewiątki. I się zaczęło:
http://www.allegromat.pl/aukcja100773
http://www.allegromat.pl/aukcja100779
i wiele podobnych.
Patrząc na taką ofertę i nie porównując zdjęć z innymi ofertami nie mamy szans. Licytujemy i płacimy niemałe pieniądze za bezwartościowe śmieci.
Skąd wiadomo, że to nie oryginały? Wszystkie te monety maja jednakowe uszkodzenia dobrze widoczne na pokazanej wyżej kopii.
Najbardziej charakterystyczne, to:
Dowodem na premedytację niektórych sprzedających jest dokładanie dodatkowych uszkodzeń i nakładanie sztucznej patyny.
I taką metodą, produkcja "kopii" rzadkich monet do celów "edukacyjnych i wystawienniczych" nie jest niczym innym, niż dostarczanie towaru oszustom, czyli de facto pomocnictwem w oszustwie.
Co możemy z tym zrobić?
Nie wiem. Opinia Pibyka wyrażona w moim "śmieciowym" wątku z cafe współgra z od dawna obserwowaną praktyką administracji Allegro - tolerowaniem takich działań, które nie szkodzą bezpośrednio serwisowi (wręcz przeciwnie, przynoszą zyski) choć wyrządzają szkody wielu kupującym. Postulat o wpisaniu na listę towarów zakazanych "kopii" bez trwałego oznakowania będę powtarzał regularnie. Może w końcu wywoła to jakąś pozytywną reakcję.
Co Wy możecie (musicie) zrobić, żeby nie licytować w aukcjach oszustów. Dobrze oglądać zdjęcia. Jak są złe - nie licytować, prosić o przysłanie lepszych. Nie będzie lepszych zdjęć - nie licytować. Porównywać dobre zdjęcia ze zdjęciami takich samych monet oferowanych w ostatnim miesiącu (do tego mamy dostęp) na Allegro, Świstaku, Kiermaszu itd. Kilka monet z identycznymi uszkodzeniami to sygnał alarmowy. Przeglądać ofertę znanych producentów i sprzedawców "kopii" - nie po to by coś od nich kupić, tylko po to by odnotować charakterystyczne cechy ich produktów.
I na koniec - zgłaszać takie aukcje do administracji Allegro - najlepiej na dwa sposoby - po pierwsze, korzystając z rady Pibyka, po drugie, posługując się formularzem kontaktowym. Niech Allegro wie o skali zjawiska i przestanie traktować oferowanie "kopii" jako oryginałów. Może w konsekwencji uda się też wymusić jakieś kroki przeciwko sprzedaży nieoznakowanych "kopii".
Jeden z pierwszych wpisów na moim blogu miał mało numizmatyczny tytuł ŚMIECI. Jego kluczowe fragmenty powtórzyłem na cafe Allegro (tu kiedyś był link do cafe, ale po fatalnej decyzji właścicieli Allegro, cafe odeszła do krainy wiecznych łowów - nigdy im tego nie daruję). Niestety problem nie zniknął, ba co jakiś czas powraca z coraz większą mocą.
Wrócił po raz kolejny.
Jedną z rzadszych monet obiegowych II Rzeczpospolitej jest pięciogroszówka z 1934 r. Problem fałszerstw tej monety wydawał się w miarę uporządkowany dzięki analizom przeprowadzonym przez aktywnych użytkowników cafe numizmatyka:
dyskusja pierwsza
uzupełnienie
"test scyzora" - szkoda, że zdjęcia przepadły w pomroce dziejów.
Wszystko było jasne:
Niestety, opisana we wspomnianym wyżej wpisie "żądza pieniądza" sprawiła, że znów mamy problem.
Allegrowy specjalista od "kopii" monet rzucił na rynek takie cacka
To kopia wykonana na podstawie oryginału - "dzióbek" korony jest przed początkiem podstawy dziewiątki. I się zaczęło:
http://www.allegromat.pl/aukcja100773
http://www.allegromat.pl/aukcja100779
i wiele podobnych.
Patrząc na taką ofertę i nie porównując zdjęć z innymi ofertami nie mamy szans. Licytujemy i płacimy niemałe pieniądze za bezwartościowe śmieci.
Skąd wiadomo, że to nie oryginały? Wszystkie te monety maja jednakowe uszkodzenia dobrze widoczne na pokazanej wyżej kopii.
Najbardziej charakterystyczne, to:
rysa na rombie przy początku daty
skaleczenia na obrzeżu i pierwszej literze O w RZECZPOSPOLITADowodem na premedytację niektórych sprzedających jest dokładanie dodatkowych uszkodzeń i nakładanie sztucznej patyny.
I taką metodą, produkcja "kopii" rzadkich monet do celów "edukacyjnych i wystawienniczych" nie jest niczym innym, niż dostarczanie towaru oszustom, czyli de facto pomocnictwem w oszustwie.
Co możemy z tym zrobić?
Nie wiem. Opinia Pibyka wyrażona w moim "śmieciowym" wątku z cafe współgra z od dawna obserwowaną praktyką administracji Allegro - tolerowaniem takich działań, które nie szkodzą bezpośrednio serwisowi (wręcz przeciwnie, przynoszą zyski) choć wyrządzają szkody wielu kupującym. Postulat o wpisaniu na listę towarów zakazanych "kopii" bez trwałego oznakowania będę powtarzał regularnie. Może w końcu wywoła to jakąś pozytywną reakcję.
Co Wy możecie (musicie) zrobić, żeby nie licytować w aukcjach oszustów. Dobrze oglądać zdjęcia. Jak są złe - nie licytować, prosić o przysłanie lepszych. Nie będzie lepszych zdjęć - nie licytować. Porównywać dobre zdjęcia ze zdjęciami takich samych monet oferowanych w ostatnim miesiącu (do tego mamy dostęp) na Allegro, Świstaku, Kiermaszu itd. Kilka monet z identycznymi uszkodzeniami to sygnał alarmowy. Przeglądać ofertę znanych producentów i sprzedawców "kopii" - nie po to by coś od nich kupić, tylko po to by odnotować charakterystyczne cechy ich produktów.
I na koniec - zgłaszać takie aukcje do administracji Allegro - najlepiej na dwa sposoby - po pierwsze, korzystając z rady Pibyka, po drugie, posługując się formularzem kontaktowym. Niech Allegro wie o skali zjawiska i przestanie traktować oferowanie "kopii" jako oryginałów. Może w konsekwencji uda się też wymusić jakieś kroki przeciwko sprzedaży nieoznakowanych "kopii".
sobota, 10 marca 2012
W sieci nic nie ginie (prawie).
Pisałem niedawno, że za przyczyną lekceważącego podejścia Allegro do dorobku społeczności udzielającej się na cafe (ze wskazaniem na cafe numizmatyka), przy okazji "udoskonalania" serwisu beztrosko ten dorobek skasowano.
Nie dawało mi to spokoju i po kilkugodzinnych poszukiwaniach udało mi się namierzyć stronę, na której stara kafejka się zachowała. Jak długo tam pozostanie, nie wiem.
Wysłałem znaleziony adres do Pibyka, opiekuna cafe. Chyba zmobilizowałem Pana Piotra do działania. Okazało się, że na aukro.sk i na aukro.ua, po ręcznym uzupełnieniu adresu strony o właściwy numerek również można uzyskać dostęp do archiwalnych wątków.
Ponieważ nie ma pewności, że przy okazji kolejnych działań rozwojowych i te możliwości znikną, Pibyk zarchiwizował najbardziej interesujące wątki na swoim serwerze i umieścił na cafe linki do nich.
W sieci nic nie ginie. Prawie nic - niestety część zdjęć zniknęła albo została zamieniona innymi, zupełnie nie związanymi z tematami wątków. To "zasługa" zewnętrznych serwisów oferujących usługi przechowywania i udostępniania plików. Trzeba się z tym pogodzić. Trudniej było by pogodzić się z całkowitą utratą treści archiwum.
W międzyczasie udało mi się zapełnić kolejną lukę w kolekcji miedziaków Królestwa Polskiego 1835-1841. Wypatrzyłem i wylicytowałem jednogroszówkę z 1836 r. skatalogowaną przez Karola Plage pod numerem 243.
Nie dawało mi to spokoju i po kilkugodzinnych poszukiwaniach udało mi się namierzyć stronę, na której stara kafejka się zachowała. Jak długo tam pozostanie, nie wiem.
Wysłałem znaleziony adres do Pibyka, opiekuna cafe. Chyba zmobilizowałem Pana Piotra do działania. Okazało się, że na aukro.sk i na aukro.ua, po ręcznym uzupełnieniu adresu strony o właściwy numerek również można uzyskać dostęp do archiwalnych wątków.
Ponieważ nie ma pewności, że przy okazji kolejnych działań rozwojowych i te możliwości znikną, Pibyk zarchiwizował najbardziej interesujące wątki na swoim serwerze i umieścił na cafe linki do nich.
W sieci nic nie ginie. Prawie nic - niestety część zdjęć zniknęła albo została zamieniona innymi, zupełnie nie związanymi z tematami wątków. To "zasługa" zewnętrznych serwisów oferujących usługi przechowywania i udostępniania plików. Trzeba się z tym pogodzić. Trudniej było by pogodzić się z całkowitą utratą treści archiwum.
W międzyczasie udało mi się zapełnić kolejną lukę w kolekcji miedziaków Królestwa Polskiego 1835-1841. Wypatrzyłem i wylicytowałem jednogroszówkę z 1836 r. skatalogowaną przez Karola Plage pod numerem 243.
Czym ta odmiana różni się od innych odmian w tym roczniku?
Najistotniejsza różnica, to kształt ogona orła. Na pozostałych odmianach (niezależnie od tego, czy św. Jerzy ma na plecach płaszcz, czy nie) ogon wygląda tak:
a na nowym nabytku tak:
Plage nie podkreślił innego kształtu ogona, dopiero Berezowski odnotował, że może w nim być 5 lub 7 piór.
Różnica w wyglądzie monet niewielka, ale dość istotna.
Autor:
Zbierajmy monety
o
12:21
0
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
1 grosz 1836,
Archiwum cafe Allegro
niedziela, 4 marca 2012
Verba volant, scripta manent.
Dziewiąty tydzień roku 2012 przyniósł (między innymi rzecz jasna) dwa wydarzenia.
RIC = The Roman Imperial Coinage = wielotomowe dzieło - katalog monet Cesarstwa Rzymskiego. Tom pierwszy wydano po raz pierwszy w roku 1923. Od tego czasu doczekał się oczywiście wielu wznowień i aktualizacji. RIC, to podstawowe narzędzie do identyfikacji i klasyfikacji monet cesarstwa. Chwalone za rzetelność, czasem ganione za trudności w korzystaniu.
RIC obciążony jest wszystkimi przypadłościami typowego katalogu drukowanego.
Nowe odkrycia wprowadzają do katalogu nieznane wcześniej monety, a także zmieniają stopnie rzadkości opisanych już odmian i wariantów. Spowodowało to pojawienie się w internecie serwisów zawierających korekty i uzupełnienia do wydań drukowanych - NOT IN RIC albo stanowiących swego rodzaju przewodnik po katalogu, np. Roman Imperial Coinage by Frederic Weber lub Helvetica's RIC Tables.
Niedawno pojawiła się w sieci cyfrowa wersja pierwszej części piątego tomu RIC. Francuscy historycy zgromadzili i przedstawili bazę zawierającą opisy przeszło 4500 pozycji katalogowych wzbogaconych ponad 80000 fotografii. Wszystko dostępne dzięki świetnie działającej wyszukiwarce, bez której baza była by równie trudna w użyciu, jak tom papierowy.
Przyjrzyjmy się teraz sytuacji na Allegro.
Było tak:
jest tak:
Wygląd, to nie wszystko. Najwięcej zmian kryje się "pod spodem". Zyskalismy możliwość edycji własnych postów (przez 5 minut, ale zawsze to coś), zyskaliśmy możliwość ilustrowania wpisów zdjęciami magazynowanymi na serwerach Allegro, wprowadzono możliwość oceniania przydatności wpisów, miłośnicy portali społecznościowych też zyskali potrzebne im narzędzia. Wśród nowości jest również "ulepszona wyszukiwarka postów". I tu w miejscu listy zysków otwiera się lista strat.
Zadaję pytanie z wyborem przeszukiwania archiwum - odpowiedź brzmi: "Niestety - brak wyników. Proszę spróbować użyć innych zwrotów".
Próbuję odnaleźć wpis, od którego zaczynała się stara kafejka
Wpis zniknął.
Razem z nim w czarną dziurę wpadły wszystkie gromadzone od 2004 roku tworzone przez Allegrowiczów wątki stanowiące Ich wkład w historię numizmatyki. Zaczynając od klasyfikacji gdańskich 10-fenigówek z 1920 roku opracowanej przez Ozyriewa i Sonię, poprzez opracowania Granit01 dotyczące mennictwa Stanisława Augusta, na mojej chronologii 10-groszówek 1840 kończąc.
Pibyk, opiekun cafe numizmatyka, napisał:
"Przy okazji - niestety przynajmniej chwilowo szlag trafił ... linki do archiwalnych postów. Postaram się to jakoś naprawić, ale nie gwarantuję rezultatów."
Niestety, świadczy to o bardzo niefrasobliwym podejściu administracji serwisu do zasobów tworzonych przez użytkowników. Można było zrezygnować z archiwizowania zawartości "mydelniczki" ale brak kopii bezpieczeństwa cafe kategorii uważam za karygodny błąd.
Część opracowań zapoczątkowanych na cafe numizmatyka ukazała się w druku. Przypuszczam, że niektórzy z użytkowników zachowali niektóre z interesujących wątków w swoich archiwach.
Jeżeli starania Pibyka okażą się nieskuteczne, trzeba chyba będzie wspomóc go i podesłać nasze archiwa, ale trzeba też będzie zabezpieczyć się na przyszłość publikując je w kilku jeszcze miejscach w sieci. Ze swojej strony mogę zaoferować miejsce na moich stronach.
Co więc łączy oba wymienione na początku wydarzenia?
Stanowią one dowód na pożytki płynące ze współistnienia opracowań drukowanych i cyfrowych (multimedialnych). Starożytni twierdzili, że scripta manent i niewątpliwie mieli rację. Tyle, że od czasu do czasu biblioteki też płoną. Za sprawą głupców, za sprawą sił natury. Naszym obowiązkiem jest zachowanie dla przyszłości tego, co odziedziczyliśmy po przodkach i tego, co sami stworzyliśmy.
- W sieci pojawił się RIC V/1
- Allegro wprowadziło rewolucyjne zmiany do swoich list dyskusyjnych (cafe, dawniej społeczność, jeszcze dawniej - cafe).
RIC = The Roman Imperial Coinage = wielotomowe dzieło - katalog monet Cesarstwa Rzymskiego. Tom pierwszy wydano po raz pierwszy w roku 1923. Od tego czasu doczekał się oczywiście wielu wznowień i aktualizacji. RIC, to podstawowe narzędzie do identyfikacji i klasyfikacji monet cesarstwa. Chwalone za rzetelność, czasem ganione za trudności w korzystaniu.
RIC obciążony jest wszystkimi przypadłościami typowego katalogu drukowanego.
Nowe odkrycia wprowadzają do katalogu nieznane wcześniej monety, a także zmieniają stopnie rzadkości opisanych już odmian i wariantów. Spowodowało to pojawienie się w internecie serwisów zawierających korekty i uzupełnienia do wydań drukowanych - NOT IN RIC albo stanowiących swego rodzaju przewodnik po katalogu, np. Roman Imperial Coinage by Frederic Weber lub Helvetica's RIC Tables.
Niedawno pojawiła się w sieci cyfrowa wersja pierwszej części piątego tomu RIC. Francuscy historycy zgromadzili i przedstawili bazę zawierającą opisy przeszło 4500 pozycji katalogowych wzbogaconych ponad 80000 fotografii. Wszystko dostępne dzięki świetnie działającej wyszukiwarce, bez której baza była by równie trudna w użyciu, jak tom papierowy.
Przyjrzyjmy się teraz sytuacji na Allegro.
Było tak:
jest tak:
Wygląd, to nie wszystko. Najwięcej zmian kryje się "pod spodem". Zyskalismy możliwość edycji własnych postów (przez 5 minut, ale zawsze to coś), zyskaliśmy możliwość ilustrowania wpisów zdjęciami magazynowanymi na serwerach Allegro, wprowadzono możliwość oceniania przydatności wpisów, miłośnicy portali społecznościowych też zyskali potrzebne im narzędzia. Wśród nowości jest również "ulepszona wyszukiwarka postów". I tu w miejscu listy zysków otwiera się lista strat.
Zadaję pytanie z wyborem przeszukiwania archiwum - odpowiedź brzmi: "Niestety - brak wyników. Proszę spróbować użyć innych zwrotów".
Próbuję odnaleźć wpis, od którego zaczynała się stara kafejka
Wpis zniknął.
Razem z nim w czarną dziurę wpadły wszystkie gromadzone od 2004 roku tworzone przez Allegrowiczów wątki stanowiące Ich wkład w historię numizmatyki. Zaczynając od klasyfikacji gdańskich 10-fenigówek z 1920 roku opracowanej przez Ozyriewa i Sonię, poprzez opracowania Granit01 dotyczące mennictwa Stanisława Augusta, na mojej chronologii 10-groszówek 1840 kończąc.
Pibyk, opiekun cafe numizmatyka, napisał:
"Przy okazji - niestety przynajmniej chwilowo szlag trafił ... linki do archiwalnych postów. Postaram się to jakoś naprawić, ale nie gwarantuję rezultatów."
Niestety, świadczy to o bardzo niefrasobliwym podejściu administracji serwisu do zasobów tworzonych przez użytkowników. Można było zrezygnować z archiwizowania zawartości "mydelniczki" ale brak kopii bezpieczeństwa cafe kategorii uważam za karygodny błąd.
Część opracowań zapoczątkowanych na cafe numizmatyka ukazała się w druku. Przypuszczam, że niektórzy z użytkowników zachowali niektóre z interesujących wątków w swoich archiwach.
Jeżeli starania Pibyka okażą się nieskuteczne, trzeba chyba będzie wspomóc go i podesłać nasze archiwa, ale trzeba też będzie zabezpieczyć się na przyszłość publikując je w kilku jeszcze miejscach w sieci. Ze swojej strony mogę zaoferować miejsce na moich stronach.
Co więc łączy oba wymienione na początku wydarzenia?
Stanowią one dowód na pożytki płynące ze współistnienia opracowań drukowanych i cyfrowych (multimedialnych). Starożytni twierdzili, że scripta manent i niewątpliwie mieli rację. Tyle, że od czasu do czasu biblioteki też płoną. Za sprawą głupców, za sprawą sił natury. Naszym obowiązkiem jest zachowanie dla przyszłości tego, co odziedziczyliśmy po przodkach i tego, co sami stworzyliśmy.
Autor:
Zbierajmy monety
o
16:35
2
komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
Allegro,
cafe,
RIC,
Roman Imperial Coinage
niedziela, 26 lutego 2012
Uff...
Rzuciło mnie do Gdańska. Służbowy wyjazd na jeden dzień.
W dzisiejszym stanie PKP oznacza to:
W tzw. międzyczasie jeszcze dwa razy po 7 godzin snu.
Na "zajęcia własne" zostaje dwa razy po pięć godzin późnym popołudniem.
W sumie z życiorysu znikają trzy dni. Cóż, czasem trzeba się poświęcić.
Późne popołudnia - to oznacza, że na żadne wystawy, muzea itp szans nie ma. Ze względu na koincydencję terminów z aukcjami WCN i giełdą Monetarium niewielki sens miały by też wizyty w sklepach numizmatycznych - pro forma wstąpiłem do jednego - przypuszczenia potwierdziły się - nie było z kim rozmawiać, a oferta, jak to mówią "dupy nie urywa".
Chociaż...
Wiało tak, że najmniejsze rozluźnienie, najlżejsze osłabienie uwagi i mogło by urwać.
Podtrzymując ubiegłoroczną tradycję, po pracy ruszyłem w kierunku Targu Rybnego by zweryfikować ofertę kulinarną. Weryfikacja wypadła bardziej, niż pozytywnie. Ryzykowna z nazwy zupa cytrynowo-rybna okazała się znakomita. Sprawdził się też okoń, ale nie taki zwykły ościsty, tylko "Okoń morski z grillowanymi warzywami śródziemnomorskimi i greckim serem halumi podany z ziemniakami gratin". Po takim obiedzie, który niepostrzeżenie przerodził się w kolację (dorsz w ostrym sosie curry z fenkułem) grasujący na starówce przenikliwy, zimny wiatr nie był już tak dokuczliwy.
Tuż przed wyjazdem do Gdańska zdążyłem jeszcze przeczytać na cafe Allegro informację o Przeglądzie Numizmatycznym 1/2012, więc po drodze na przystanek tramwajowy zahaczyłem o Empik, zapewniając sobie lekturę na czas długiej, długiej podróży powrotnej.
W sumie, jak już napisałem, numer godny polecenia ze względu na treści merytoryczne. Niestety, tradycyjnie już, przy czytaniu nóż się w kieszeni otwiera za sprawą totalnego braku redakcji nadesłanych tekstów. Nie ma prawa do nazywania się redaktorem ktoś, kto ogranicza się do "przypięcia" przysłanego tekstu na "gazetce ściennej". Redaktor ma redagować!
Jadąc do Gdańska kończyłem lekturę Mojego Znaku Jerzego Illga, raz po raz natykając się na akapity tłumaczące, jak ważna dla wydawnictwa jest prowadzona wspólnie z autorem praca nad tekstem. Jak ważna jest poprawność tekstu, oprawa graficzna, formatowanie. Nie wolno wydrukować (nawet gdy autor tak napisał) "... Kacper zajęty był bardziej sprawami związanymi jeszcze z czasów wojny polsko-gdańskiej". Zwłaszcza, że w następnym zdaniu mowa jest o wydarzeniach z roku 1580, czyli mających miejsce po przeszło dwóch latach od "pogodzenia się" Batorego z Gdańskiem (12 grudnia 1576 r.). Nie wolno wydrukować (nawet gdy autor tak napisał) "... mamy dwie ciekawe warianty...". W REDAKCJI musi działać KOREKTA, REDAKTOR ma REDAGOWAĆ publikowane teksty.
Po powrocie zastałem pełną skrzynkę e-maili, kilkadziesiąt stron nowości zasubskrybowanych przez RSS, a wśród nich listę wynikową jubileuszowej aukcji WCN. Chapeau bas!
I zaległości w blogowaniu.
Koniec, uff...
W dzisiejszym stanie PKP oznacza to:
- 10 godzin 33 minuty siedzenia w pociągu w drodze na miejsce,
- 9 godzin pracy,
- 10 godzin 42 minuty siedzenia w pociągu w drodze do domu (10 minut dłużej, bo jazda na południe, czyli pod górkę).
W tzw. międzyczasie jeszcze dwa razy po 7 godzin snu.
Na "zajęcia własne" zostaje dwa razy po pięć godzin późnym popołudniem.
W sumie z życiorysu znikają trzy dni. Cóż, czasem trzeba się poświęcić.
Późne popołudnia - to oznacza, że na żadne wystawy, muzea itp szans nie ma. Ze względu na koincydencję terminów z aukcjami WCN i giełdą Monetarium niewielki sens miały by też wizyty w sklepach numizmatycznych - pro forma wstąpiłem do jednego - przypuszczenia potwierdziły się - nie było z kim rozmawiać, a oferta, jak to mówią "dupy nie urywa".
Chociaż...
Wiało tak, że najmniejsze rozluźnienie, najlżejsze osłabienie uwagi i mogło by urwać.
Podtrzymując ubiegłoroczną tradycję, po pracy ruszyłem w kierunku Targu Rybnego by zweryfikować ofertę kulinarną. Weryfikacja wypadła bardziej, niż pozytywnie. Ryzykowna z nazwy zupa cytrynowo-rybna okazała się znakomita. Sprawdził się też okoń, ale nie taki zwykły ościsty, tylko "Okoń morski z grillowanymi warzywami śródziemnomorskimi i greckim serem halumi podany z ziemniakami gratin". Po takim obiedzie, który niepostrzeżenie przerodził się w kolację (dorsz w ostrym sosie curry z fenkułem) grasujący na starówce przenikliwy, zimny wiatr nie był już tak dokuczliwy.
Tuż przed wyjazdem do Gdańska zdążyłem jeszcze przeczytać na cafe Allegro informację o Przeglądzie Numizmatycznym 1/2012, więc po drodze na przystanek tramwajowy zahaczyłem o Empik, zapewniając sobie lekturę na czas długiej, długiej podróży powrotnej.
- Zestawienie złotych odznaczeń ze zbiorów wrocławskiego Muzeum Sztuki Medalierskiej pominąłem bez żalu.
- Kolejne złoto na stronie następnej - opis złotej odbitki półtoraka elbląskiego 1632.
- Następny artykuł poświęcony gdańskim odważnikom monetarnym przeczytałem uważnie. Autor postawił ciekawą tezę, że niektóre z odważników nie były używane do kontroli wagi "grubych" monet (talary, dukaty) lecz były narzędziem pomagającym w wymianie monet różnych systemów rozliczeniowych - zamiana krzyżackich szelągów na koronne denary i półgrosze.
- Do części katalogowej nie zaglądam od dawna (po co, skoro na przykład od roku 2004 nie aktualizuje się nakładów obiegówek III RP).
- "Gobeliusze, Gdańsk, Malbork, moneta..." - ten ważny tekst Rafał Janke zapowiedział w styczniu (znów na cafe Allegro) podczas dyskusji poświęconej malborskim szóstakom Zygmunta III Wazy. Warto kupić ten numer PN choćby tylko dla tego jednego artykułu. W numerze następnym ma się ukazać ciąg dalszy dotyczący trojaków.
Jak się rzekło, tekst ważny, pokazujący, jak potężnym dziś dysponujemy narzędziem (internet) i jak należy je wykorzystywać do rozwikływania zagadek historii, do których klucze w postaci dokumentów pisanych zniknęły bezpowrotnie. - Katalog monet Białorusi - monety 1 rubel 1996-2011 - dla mnie przejaw zwycięstwa pazerności nad rozumem. Nic to, że Łukaszenka to dyktator, że więźniowie polityczni, że reżim, że tępienie mniejszości polskiej. Ważne, żeby zareklamować towar, na którym można zarobić. Nieważne, że to towar wyprodukowany po to tylko by zarobił na nim reżim (przy okazji reklamując się tu i ówdzie). To już wolę (fakt, trącącą hipokryzją) amerykańską praktykę. Nie lubimy Fidela, ogłaszamy embargo na kubańskie towary i... w stojącym na mojej półce Standard Catalog of World Coins (Krause Publications, rok 1983) monety kubańskie kończą się na roku 1962.
Kubańskie cygara w USA kupić było można, to prawda, ale tylko z przemytu. - Na koniec jeszcze jeden wykaz złotych monet i medali - tym razem ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu.
W sumie, jak już napisałem, numer godny polecenia ze względu na treści merytoryczne. Niestety, tradycyjnie już, przy czytaniu nóż się w kieszeni otwiera za sprawą totalnego braku redakcji nadesłanych tekstów. Nie ma prawa do nazywania się redaktorem ktoś, kto ogranicza się do "przypięcia" przysłanego tekstu na "gazetce ściennej". Redaktor ma redagować!
Jadąc do Gdańska kończyłem lekturę Mojego Znaku Jerzego Illga, raz po raz natykając się na akapity tłumaczące, jak ważna dla wydawnictwa jest prowadzona wspólnie z autorem praca nad tekstem. Jak ważna jest poprawność tekstu, oprawa graficzna, formatowanie. Nie wolno wydrukować (nawet gdy autor tak napisał) "... Kacper zajęty był bardziej sprawami związanymi jeszcze z czasów wojny polsko-gdańskiej". Zwłaszcza, że w następnym zdaniu mowa jest o wydarzeniach z roku 1580, czyli mających miejsce po przeszło dwóch latach od "pogodzenia się" Batorego z Gdańskiem (12 grudnia 1576 r.). Nie wolno wydrukować (nawet gdy autor tak napisał) "... mamy dwie ciekawe warianty...". W REDAKCJI musi działać KOREKTA, REDAKTOR ma REDAGOWAĆ publikowane teksty.
Po powrocie zastałem pełną skrzynkę e-maili, kilkadziesiąt stron nowości zasubskrybowanych przez RSS, a wśród nich listę wynikową jubileuszowej aukcji WCN. Chapeau bas!
I zaległości w blogowaniu.
Koniec, uff...
Autor:
Zbierajmy monety
o
16:58
1 komentarze
Wyślij pocztą e-mailWrzuć na blogaUdostępnij w XUdostępnij w usłudze FacebookUdostępnij w serwisie Pinterest
Etykiety:
gdańsk,
Przegląd Numizmatyczny,
szóstak malborski,
Targ Rybny
poniedziałek, 20 lutego 2012
Podobna jest moneta nasza...
Weekendowe plany turystyczne wzięły w łeb. Może bym się i zmobilizował, ale uaktywniło się kilka przeszkadzajek. Jedna z nich wygląda tak
Niezwykle urodna to winowajczyni. Dwa w jednym - katalog jubileuszowej, pięćdziesiątej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego wpleciony w pasjonujący przegląd historii polskiego pieniądza.
Świetny tekst Borysa Paszkiewicza, niegorsze zdjęcia z archiwów WCN-u - w sumie 469 + 85 prezentujących okazy wystawione na aukcję. Centrum przygotowało na swój jubileusz piękną ofertę - są pozycje oszacowane na kwoty sześciocyfrowe ze względu na wyjątkową rzadkość, są i monety względnie pospolite, ale za to w niepospolitych stanach zachowania.
Nad książką spędziłem na razie kilka godzin, ale już wiem, że to jedno z tych dzieł, do których wraca się często. Dobrze, że katalog jest porządnie wydany - kredowy papier, twarda oprawa - powinien wytrzymać lata intensywnej eksploatacji.
Druga przeszkadzajka też prezentuje się godnie:
Zgrabna szafeczka z czterema szufladami, pierwotnie przeznaczona do przechowywania slajdów, świetnie sprawdza się w roli magazynku holderów i standardowych kopertek z monetami. Większość kolekcji przechowuję w bardzo podobnych, ale "jednopiętrowych", drewnianych kasetach. Ponieważ wolnego miejsca jest w nich co raz mniej, rozglądałem się za następnymi kasetami. Zamiast nich trafiłem na tę pamiątkę po "bratniej" NRD. I znów kilka godzin strawiłem na oczyszczeniu szafki i częściowym wypełnieniu nową zawartością.
Później, w ramach urozmaicenia zajęć, zabrałem się za oczekujące od kilku tygodni zdjęcia monet, które dostałem od Pana A. Dąbrowskiego. Mamy wspólne zainteresowania dotyczące monet Królestwa Polskiego z okresu 1835-1841. Dostałem zdjęcia kilku odmian trojaków, których brak w mojej kolekcji, w związku z czym w katalogu zamiast ilustracji umieściłem napis "brak zdjęcia".
Zdjęcia trzeba było poddać obróbce, by utrzymać przyjęty standard. Konieczne okazało się też uzupełnienie i skorygowanie części opisów.
I znów kilka godzin minęło niepostrzeżenie.
Niepostrzeżenie dla mnie. Żona była chyba innego zdania. I w tym momencie... ponownie sięgnąłem po katalog WCN, otworzyłem na stronie 194 i pokazałem palcem (tak, wiem, palcem się nie pokazuje) jeden z akapitów. Lekturę i koniec weekendu uczciliśmy butelką dobrego wina.
Czego i Wam życzę.
Niezwykle urodna to winowajczyni. Dwa w jednym - katalog jubileuszowej, pięćdziesiątej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego wpleciony w pasjonujący przegląd historii polskiego pieniądza.
Świetny tekst Borysa Paszkiewicza, niegorsze zdjęcia z archiwów WCN-u - w sumie 469 + 85 prezentujących okazy wystawione na aukcję. Centrum przygotowało na swój jubileusz piękną ofertę - są pozycje oszacowane na kwoty sześciocyfrowe ze względu na wyjątkową rzadkość, są i monety względnie pospolite, ale za to w niepospolitych stanach zachowania.
Nad książką spędziłem na razie kilka godzin, ale już wiem, że to jedno z tych dzieł, do których wraca się często. Dobrze, że katalog jest porządnie wydany - kredowy papier, twarda oprawa - powinien wytrzymać lata intensywnej eksploatacji.
Druga przeszkadzajka też prezentuje się godnie:
Zgrabna szafeczka z czterema szufladami, pierwotnie przeznaczona do przechowywania slajdów, świetnie sprawdza się w roli magazynku holderów i standardowych kopertek z monetami. Większość kolekcji przechowuję w bardzo podobnych, ale "jednopiętrowych", drewnianych kasetach. Ponieważ wolnego miejsca jest w nich co raz mniej, rozglądałem się za następnymi kasetami. Zamiast nich trafiłem na tę pamiątkę po "bratniej" NRD. I znów kilka godzin strawiłem na oczyszczeniu szafki i częściowym wypełnieniu nową zawartością.
Później, w ramach urozmaicenia zajęć, zabrałem się za oczekujące od kilku tygodni zdjęcia monet, które dostałem od Pana A. Dąbrowskiego. Mamy wspólne zainteresowania dotyczące monet Królestwa Polskiego z okresu 1835-1841. Dostałem zdjęcia kilku odmian trojaków, których brak w mojej kolekcji, w związku z czym w katalogu zamiast ilustracji umieściłem napis "brak zdjęcia".
Zdjęcia trzeba było poddać obróbce, by utrzymać przyjęty standard. Konieczne okazało się też uzupełnienie i skorygowanie części opisów.
I znów kilka godzin minęło niepostrzeżenie.
Niepostrzeżenie dla mnie. Żona była chyba innego zdania. I w tym momencie... ponownie sięgnąłem po katalog WCN, otworzyłem na stronie 194 i pokazałem palcem (tak, wiem, palcem się nie pokazuje) jeden z akapitów. Lekturę i koniec weekendu uczciliśmy butelką dobrego wina.
Czego i Wam życzę.
sobota, 11 lutego 2012
Wielkość ma znaczenie.
Duże monety, statystycznie rzecz biorąc, są droższe od małych. Weźmy na przykład drobne srebra Zygmunta III - trojak będzie nas kosztował więcej od półtoraka, pomimo że obie monety będą miały ten sam stopień rzadkości i ten sam stan zachowania. Różnica w cenie będzie większa od różnicy wartości srebra.
Nie o tym chciałem jednak pisać. Tym razem zajmę się innymi konsekwencjami wielkości niektórych monet.
Zwykle emitent stara się, by monety różnych nominałów różniły się wielkością. Ma to znaczenie dla uczestników obrotu handlowego. Dziś, kiedy nie posługujemy się już pieniądzem pełnowartościowym, siła nabywcza monety nie zależy od ilości kruszcu w niej zawartego, tylko od tego, co na monecie napisano. A nie wszyscy mają dobry wzrok i czasem ludzie polegają na tym co pod palcami czują.
W nieodległej naszej przeszłości mieliśmy takie kłopoty z pięciogroszówkami. Między pierwszymi powojennymi monetami PRL najpierw pojawiły się brązowe pięciogroszówki bite w Szwajcarii. Wprowadzono je do obiegu 30 października 1950 zarządzeniem z 14 lutego 1951 r. (sic!) (M.P. nr A-14, poz. 196). Miały średnicę 20 mm i ważyły 3 gramy.
26 września 1956 zarządzeniem Ministra Finansów z 12 września 1956 (M.P. nr 80, poz. 963) zastąpiono je monetami z alupolonu, zachowując średnicę 20 mm zapominając (?), że w obiegu są już dwudziestogroszówki o tej samej średnicy bite z tego samego stopu. Jedyną "namacalną" różnicą był rant - ząbkowany na piątkach, gładki na dwudziestkach. Czterokrotna różnica nominału przy wielkiej łatwości omyłek była źródłem problemów. Pomijając kłopoty zwykłych użytkowników monet, nie można było na przykład rozdzielać tych nominałów stosując maszyny do sortowania monet.
Nic dziwnego, że postanowiono stan rzeczy zmienić i w roku 1958 spróbowano usunąć niedogodność wynikającą z istnienia dwóch nominałów o tej samej metrologii. Pojawiły się małe pięciogroszówki o średnicy 16 mm. Pięciogroszówki o średnicy 20 mm kończyły obieg 1 stycznia 1960 r.
Co prawda po tej zmianie pięciogroszówki przestano mylić z dwudziestogroszówkami, ale pojawiła się możliwość pomylenia ich z... dwugroszówkami, które też miały średnicę 16 mm. Na szczęście dwójki w latach 60-tych praktycznie zniknęły z obiegu ze względu na inflację.
Wielkość monet nabrała szczególnego znaczenia z chwilą upowszechnienia się automatów wrzutowych. Pierwsze takie urządzenia, służące do sprzedaży kart pocztowych, pojawiły się w Londynie około roku 1880. Niecałych dziesięć lat później zaczęto używać ich w USA do sprzedaży biletów kolejowych. Później automaty na monety upowszechniły się bardzo. Używa się ich do dziś do sprzedaży drobnych przedmiotów, napojów, biletów. Szybko zaczęto używać automatów w celach rozrywkowych - szafy grające, automaty do gier. Od początku właściciele automatów walczyli z nieuczciwymi klientami, którzy zamiast monet lub specjalnych żetonów wrzucali różne metalowe krążki o zbliżonych wymiarach.
Jednym z rodzajów automatów wrzutowych są automaty telefoniczne. W Polsce początkowo automaty telefoniczne działały na monety. W latach 90-tych inflacja sprawiła, że nominały monet obiegowych były za niskie i trzeba było zastąpić je automatami na żetony. Mennica warszawska wybiła trzy "nominały" oznaczone literami A, B i C. Żetony różniły się też wielkością.
Bardzo szybko okazało się, iż żeton B ma średnicę 20,75 mm i z powodzeniem może być zastępowany mosiężną dwuzłotówką z lat 1975-1988. Żetony C służące do opłacania rozmów międzymiastowych miały średnicę 24,5 mm. Spostrzegawczy rodacy szybko zorientowali się, że warto zainteresować się sowieckimi monetami o nominale pięciu kopiejek.
Kiedy pojawiła się możliwość swobodnego podróżowania poza granice Polski (z radością zauważam dziś, że dla coraz większej liczby Polaków, niesłychany wydaje się fakt, że kiedyś nie można było swobodnie wyjechać do bratniej podobno Czechosłowacji), kraj opuszczały tony PRL-owskiego bilonu "pasującego" do automatów na szwedzkich promach i berlińskich ulicach.
Dziś strumieniem płyną do Polski tureckie, bimetaliczne monety 50 kurus, które nietrudno pomylić z naszymi pięciozłotówkami.
(dziękuję Gran04 za skorygowanie błędu - zamiast 50 kurus było tylko 5).
Zbliżone lub identyczne wymiary różnych monet sprawiały problemy i dawniej. W roku 1835 w obiegu pojawiły się miedziane grosze i bilonowe dziesięciogroszówki o identycznej średnicy i niemal identycznym rysunku. Dziesięciokrotna różnica nominałów prowokowała do oszustw. Miedziaki pokrywano jasnym metalem, by mogły udawać "srebrne" dziesięciogroszówki. Nie trzeba było nawet dorabiać zera!
Podobieństwo rysunków tych nominałów powodowało, że w miejscu powstawania tych monet również mogło dochodzić do pomyłek.
Popatrzmy na dziesięciogroszówkę z 1837 r.
i na grosz z tegoż rocznika
Rewersy różnią się - względy oczywiste - ale awersy są identyczne. Czy na pewno? Bliższe oględziny wyprowadzają z błędu. Na dziesiątce dzioby orłów są bliżej skrzydeł, a święty Jerzy ma na zbroję zarzucony płaszcz. Na groszu płaszcza nie widać.
Kilka dni temu wypatrzyłem jedną z monet, na które cierpliwie od lat poluję. Zalicytowałem, wygrałem, zapłaciłem i moneta trafiła do mojej kolekcji
Nie o tym chciałem jednak pisać. Tym razem zajmę się innymi konsekwencjami wielkości niektórych monet.
Zwykle emitent stara się, by monety różnych nominałów różniły się wielkością. Ma to znaczenie dla uczestników obrotu handlowego. Dziś, kiedy nie posługujemy się już pieniądzem pełnowartościowym, siła nabywcza monety nie zależy od ilości kruszcu w niej zawartego, tylko od tego, co na monecie napisano. A nie wszyscy mają dobry wzrok i czasem ludzie polegają na tym co pod palcami czują.
W nieodległej naszej przeszłości mieliśmy takie kłopoty z pięciogroszówkami. Między pierwszymi powojennymi monetami PRL najpierw pojawiły się brązowe pięciogroszówki bite w Szwajcarii. Wprowadzono je do obiegu 30 października 1950 zarządzeniem z 14 lutego 1951 r. (sic!) (M.P. nr A-14, poz. 196). Miały średnicę 20 mm i ważyły 3 gramy.
26 września 1956 zarządzeniem Ministra Finansów z 12 września 1956 (M.P. nr 80, poz. 963) zastąpiono je monetami z alupolonu, zachowując średnicę 20 mm zapominając (?), że w obiegu są już dwudziestogroszówki o tej samej średnicy bite z tego samego stopu. Jedyną "namacalną" różnicą był rant - ząbkowany na piątkach, gładki na dwudziestkach. Czterokrotna różnica nominału przy wielkiej łatwości omyłek była źródłem problemów. Pomijając kłopoty zwykłych użytkowników monet, nie można było na przykład rozdzielać tych nominałów stosując maszyny do sortowania monet.
Nic dziwnego, że postanowiono stan rzeczy zmienić i w roku 1958 spróbowano usunąć niedogodność wynikającą z istnienia dwóch nominałów o tej samej metrologii. Pojawiły się małe pięciogroszówki o średnicy 16 mm. Pięciogroszówki o średnicy 20 mm kończyły obieg 1 stycznia 1960 r.
Co prawda po tej zmianie pięciogroszówki przestano mylić z dwudziestogroszówkami, ale pojawiła się możliwość pomylenia ich z... dwugroszówkami, które też miały średnicę 16 mm. Na szczęście dwójki w latach 60-tych praktycznie zniknęły z obiegu ze względu na inflację.
Wielkość monet nabrała szczególnego znaczenia z chwilą upowszechnienia się automatów wrzutowych. Pierwsze takie urządzenia, służące do sprzedaży kart pocztowych, pojawiły się w Londynie około roku 1880. Niecałych dziesięć lat później zaczęto używać ich w USA do sprzedaży biletów kolejowych. Później automaty na monety upowszechniły się bardzo. Używa się ich do dziś do sprzedaży drobnych przedmiotów, napojów, biletów. Szybko zaczęto używać automatów w celach rozrywkowych - szafy grające, automaty do gier. Od początku właściciele automatów walczyli z nieuczciwymi klientami, którzy zamiast monet lub specjalnych żetonów wrzucali różne metalowe krążki o zbliżonych wymiarach.
Jednym z rodzajów automatów wrzutowych są automaty telefoniczne. W Polsce początkowo automaty telefoniczne działały na monety. W latach 90-tych inflacja sprawiła, że nominały monet obiegowych były za niskie i trzeba było zastąpić je automatami na żetony. Mennica warszawska wybiła trzy "nominały" oznaczone literami A, B i C. Żetony różniły się też wielkością.
Bardzo szybko okazało się, iż żeton B ma średnicę 20,75 mm i z powodzeniem może być zastępowany mosiężną dwuzłotówką z lat 1975-1988. Żetony C służące do opłacania rozmów międzymiastowych miały średnicę 24,5 mm. Spostrzegawczy rodacy szybko zorientowali się, że warto zainteresować się sowieckimi monetami o nominale pięciu kopiejek.
Kiedy pojawiła się możliwość swobodnego podróżowania poza granice Polski (z radością zauważam dziś, że dla coraz większej liczby Polaków, niesłychany wydaje się fakt, że kiedyś nie można było swobodnie wyjechać do bratniej podobno Czechosłowacji), kraj opuszczały tony PRL-owskiego bilonu "pasującego" do automatów na szwedzkich promach i berlińskich ulicach.
Dziś strumieniem płyną do Polski tureckie, bimetaliczne monety 50 kurus, które nietrudno pomylić z naszymi pięciozłotówkami.
(dziękuję Gran04 za skorygowanie błędu - zamiast 50 kurus było tylko 5).
Zbliżone lub identyczne wymiary różnych monet sprawiały problemy i dawniej. W roku 1835 w obiegu pojawiły się miedziane grosze i bilonowe dziesięciogroszówki o identycznej średnicy i niemal identycznym rysunku. Dziesięciokrotna różnica nominałów prowokowała do oszustw. Miedziaki pokrywano jasnym metalem, by mogły udawać "srebrne" dziesięciogroszówki. Nie trzeba było nawet dorabiać zera!
Podobieństwo rysunków tych nominałów powodowało, że w miejscu powstawania tych monet również mogło dochodzić do pomyłek.
Popatrzmy na dziesięciogroszówkę z 1837 r.
i na grosz z tegoż rocznika
Rewersy różnią się - względy oczywiste - ale awersy są identyczne. Czy na pewno? Bliższe oględziny wyprowadzają z błędu. Na dziesiątce dzioby orłów są bliżej skrzydeł, a święty Jerzy ma na zbroję zarzucony płaszcz. Na groszu płaszcza nie widać.
Kilka dni temu wypatrzyłem jedną z monet, na które cierpliwie od lat poluję. Zalicytowałem, wygrałem, zapłaciłem i moneta trafiła do mojej kolekcji
Tak! Ten grosz ma awers z dziesięciogroszówki.
To oczywiście odmiana odnotowana w literaturze. Plage 245, Berezowski 679, wycena 12,00 zł podczas gdy zwykłego grosza wycenił Berezowski na 0,20 złotego - 60 razy taniej!
Nie wiemy dziś, czy 175 lat temu sparowano rewers grosza z awersem dziesięciogroszówki omyłkowo, czy celowo - bo na przykład stempel awersu grosza pękł, a nowego jeszcze nie było. Pewnie tego nigdy wiedzieć nie będziemy - na urzeczywistnienie wehikułu czasu się nie zanosi. Z drugiej znów strony, co by nam taka wiedza dała?
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































